Prozy utajone - Franz Kafka - ebook
Opis

Prozy utajone to Kafka trochę inny od tego, z którym polski czytelnik zżył się przez lata i którego nauczył się czytać. Przygotowany przez Łukasza Musiała (i w jego przekładzie) zbiór stanowi kontynuację Opowieści i przypowieści (PIW 2016), prezentując mniej znane i nieznane polskiemu czytelnikowi opowiadania Kafki. Najobszerniejsza część tomu obejmuje ukazane w nowym kontekście prozatorskie fragmenty Dzienników, krótkie prozy i zapiski z tzw. Konwolutu 1920, opublikowanego tu w całości (w nim m.in. dwanaście opowiadań i miniatur znanych z wcześniejszych przekładów).

Ale nie na tym zasadza się nowatorstwo Próz utajonych. Przekładając Kafkę in extenso z edycji krytycznych jego pism, wraz z fragmentami niedokończonymi, brulionami i notatkami – pośród których czytelnik rozpozna znane już polszczyźnie opowiadania (niegdyś wyodrębnione przez strażnika spuścizny Kafki, Maxa Broda) − nie unikając wprawek, rodników, powtórzeń i fragmentów „słabszych”, tłumacz odsłania specyfikę twórczości autora Procesu. Okazuje się nią życiopisanie. Kafka – w interpretacji Musiała – to nie tyle zawodowy autor powieści i opowiadań, ile artysta, który nie uznaje podziałów gatunkowych, ulega kapryśnemu natchnieniu, a to, co pisze, pisze całym sobą.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 363

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Opowieści i przypowieści(ciąg dalszy)

SUKNIE

Gdy widzę gdzieś suknie z wielokrotnymi fałdami, falbankami, frędzelkami, tak pięknie spoczywającymi na pięknych ciałach, często myślę wtedy, że w takim stanie pozostaną one już niedługo, dostaną zmarszczek, niedających się wygładzić, pokryje je głęboki ornament kurzu, niedający się usunąć, i że nikt nie będzie chciał się narazić na smutek i śmieszność, codziennie rano zakładając tę samą drogocenną suknię, a wieczorem ją z siebie zdejmując.

A jednak widuję dziewczyny, które z pewnością są piękne, pokazują ponętne mięśnie i kostki, i skórę jędrną, i gęstwinę delikatnych włosów, a jednak codziennie pokazują się w owym naturalnym kostiumie maskaradowym, w te same powierzchnie dłoni wkładają wciąż tę samą twarz i raz za razem stają przed swoimi lustrami.

Czasem tylko, wieczorem, gdy późno wracają z jakiejś zabawy, twarz wydaje im się w lustrze zużyta, nabrzmiała, zakurzona, przez wszystkich już widziana, ledwie zdatna do noszenia.

WŚRÓD MOICH KOLEGÓW SZKOLNYCH

Wśród moich kolegów szkolnych byłem głupi, lecz nie najgłupszy. A kiedy mimo to kilku nauczycieli często utrzymywało w obecności moich rodziców i mojej to ostatnie, czynili tak powodowani jedynie szaleństwem ludzi, którzy wierzą, że ryzykując tak ostateczny wyrok, podbili pół świata.

Że jestem głupi, wierzono jednak powszechnie i naprawdę posiadano dowody, które dało się z łatwością przedstawić, gdy trzeba było na przykład poinstruować w mojej sprawie kogoś, kto z początku wcale nie miał o mnie niepochlebnego zdania i przed innymi bynajmniej tego nie ukrywał.

Z tego powodu często przychodziło mi złościć się i płakać. Były to wówczas jedyne chwile, gdy czułem się niepewny w swojej obecnej biedzie i zrezygnowany w obliczu tej przyszłej, wszelako niepewny tylko teoretycznie, i zrezygnowany też, albowiem jeśli zaraz potem przychodziło do jakiejś pracy, byłem pewny siebie i wyzbyty wątpliwości, a więc prawie jak aktor, który z kulis wypada w rozbiegu, na chwilę staje daleko od środka sceny, z mojego powodu przykłada sobie dłonie do czoła, podczas gdy pasja, która za chwilę będzie do tego potrzebna, tak w nim wezbrała, że nie potrafi jej ukryć, choć mrużąc oczy, przygryza wargi. Dawna, na wpół miniona niepewność unosi wzbierającą pasję, zaś pasja umacnia niepewność. Niepewność tworzy się niepowstrzymanie od nowa, obejmując je obie i nas.

Dlatego, gdy poznawałem obcych, robiłem się markotny. Targał mną niepokój, gdy niektórzy obserwowali mnie wzdłuż ścian swego nosa, tak jak z małego domku patrzy się przez lunetę ponad jeziorem lub nawet na góry, lub po prostu w powietrze. Dało się słyszeć absurdalne komentarze, statystyczne kłamstwa, błędy w geografii, fałszywe nauki, tyleż zakazane, co wyzbyte sensu, czy też solidne poglądy polityczne, godne uwagi opinie o aktualnych zdarzeniach, wartościowe pomysły, które zaskakiwały na równi mówiącego i zgromadzone grono, a wszystko potem znowuż potwierdzano mrugnięciem, pochwyceniem krawędzi stołu lub zeskokiem z krzesła. Gdy tylko zaczynali w ten sposób, od razu przestawali wpatrywać się w człowieka uporczywie i ostro, gdyż ich tułów sam z siebie porzucał normalne położenie, pochylając się to w przód, to w tył. Inni zapominali wręcz o swoich ubraniach (mocno uginali nogi w kolanach, żeby stanąć tylko na czubkach palców, albo na piersiach z wielką siłą ściskali marynarki w fałdy), inni nie, wielu mocno trzymało się palcami binokli, półek, ołówka, lorgnon, papierosa, a większości z nich, nawet jeśli mieli mocną skórę, twarz jednak się rozgrzewała. Ich spojrzenie ześlizgiwało się z nas niczym opadające ramię.

Wpuszczano mnie w moim naturalnym stanie, wolno mi było swobodnie czekać, a potem słuchać albo też odejść i położyć się do łóżka, co zawsze mnie cieszyło, bo często byłem senny, jako że byłem nieśmiały. Była to jakby długa przerwa w tańcu, podczas której nieliczni tylko decydowali się odejść, większość, czekając, to tu, to tam, stała lub siedziała, tymczasem muzycy, o których nikt nie myśli, wzmacniali się gdzieś przed dalszą grą. Tylko że wcale nie było tak spokojnie i nie każdy musiał dostrzec przerwę, na sali było równocześnie wiele balów.

Dzięki temu wszystkiemu nie czułem własnych obaw, obaw przed mężczyzną, któremu, wyzbyty wszelkich uczuć, podałem swoją dłoń, którego nazwiska nie znałem, gdy nagle jego imię wykrzyknął być może jeden z przyjaciół, i naprzeciwko którego siedziałem godzinami, w całkowitym spokoju, nieznacznie tylko, jak to czasem dzieje się z młodymi, osłabiony od skierowanych z rzadka tylko w moją stronę spojrzeń osoby dorosłej.

Kilka razy pozwoliłem, zgoda, spotkać się jego spojrzeniom z moimi, usiłując dłużej, ja, pozostawiony w spokoju, albowiem nikt się ze mną nie liczył, patrzeć w jego błękitne dobre oczy, niech będzie, że tym samym formalnie opuszcza się zgromadzone grono. Gdy się nie udawało, nie dowodziło to niczego poza samym faktem usiłowania. Dobrze, nie udało mi się, z tą nieumiejętnością zdradziłem się zaraz na początku i także później, ani przez chwilę nie potrafiłem jej ukryć, ale przecież również stopy niewprawnych łyżwiarzy chcą podążać każda w inną stronę, obie zaś – porzucić lód. Gdyby jakiś skądinąd porządny [luka w tekście] i mądrego, który nie znajdowałby się ani przed ową setką, ani obok niej, ani za nią, tak że można by go od razu i z łatwością dostrzec, lecz był pośrodku tych innych, tak że można by go ujrzeć tylko z podwyższonego miejsca, a i wtedy widziano by tylko, jak znika. Tak właśnie wyrokował o mnie mój ojciec, który w politycznym świecie mojej ojczyzny jest człowiekiem poważanym i odnoszącym sukcesy. Przypadkowo usłyszałem tę opinię, gdy miałem chyba siedemnaście lat, przy otwartych drzwiach czytając w pokoju obok pokoju mojego ojca jakąś książkę o Indianach. Te słowa zwróciły wtedy moją uwagę, zapamiętałem je, jednak nie zrobiły na mnie wrażenia w najmniejszym choćby stopniu. Jak to zwykle bywa z młodymi ludźmi, na których w żaden sposób takie wyroki nie wpływają. Bo albo całkowicie w sobie spoczywając, albo nieprzerwanie się w siebie cofając, odczuwają swoją naturę głośno i silnie, jak muzykę pułkową. Ogólny wyrok ma jednak dla nich nieznane przesłanki, nieznane zamiary, wskutek czego ze wszystkich stron jest on niedostępny; udaje spacerowicza na wysepce w stawie, gdzie brak łódek i mostów, słyszy muzykę, lecz sam jest niesłyszalny.

Tym samym nie chcę jednak atakować logiki młodych ludzi.

AEROPLANY W BRESCII

Przybyliśmy. Przed aerodromem znajduje się jeszcze wielki plac z podejrzanymi drewnianymi domkami, na których spodziewaliśmy się zupełnie innych szyldów niż: Garage, Grand Büffet International i tym podobne. Potworni, otłuszczeni w swych wózeczkach żebracy wyciągają ramiona na drogę, człowiek w pośpiechu próbuje ich przeskoczyć. Wyprzedzamy wielu ludzi, a wielu nas wyprzedza. Spoglądamy w powietrze, o które przecież tutaj chodzi. Bogu dzięki, żaden jeszcze nie lata! Nie schodzimy z drogi, a jednak nikt nas nie przejeżdża. Włoska kawaleria podskakuje między tysiącem furmanek, za nimi, w ich stronę. Chaos i nieszczęśliwe wypadki zdają się wykluczone po równi.

Pewnego razu w Brescii, późnym wieczorem, chcieliśmy dostać się prędko na określoną uliczkę, która naszym zdaniem była dość daleko. Dorożkarz żąda trzech lirów, my oferujemy dwa. Dorożkarz rezygnuje z jazdy i tylko z sympatii opisuje nam potworny dystans, dzielący nas od owej ulicy. Zaczęliśmy się wstydzić naszej oferty. Dobrze, trzy liry. Wsiadamy do środka, trzy zakręty pojazdu krótkimi uliczkami i oto jesteśmy tam, gdzie chcieliśmy. Otto, bardziej energiczny od nas obu, wyjaśnia, że za jazdę trwającą minutę w najmniejszym oczywiście stopniu nie zamierza zaoferować trzech lirów. Jeden lir będzie aż nadto. Oto jeden lir. Jest już noc, uliczka jest pusta, dorożkarz jest silny. Wpada od razu we wściekłość, jakby kłótnia trwała już całą godzinę: Co? – To oszukaństwo. – Co my sobie myślimy. – Stanęło na trzech lirach, należy zapłacić trzy liry, dawać mi tu trzy liry albo popamiętamy. Otto: „Taryfa albo straż!”. Taryfa? Nie ma taryfy. – Gdzież miałaby być na to taryfa! – To była umowa na nocną jazdę, lecz jeśli damy mu dwa liry, pozwoli nam odejść. Przestraszyć Otta: „Taryfa albo straż!”. Jeszcze kilka krzyków i trochę szukania, potem pojawia się taryfa, na której nie widać nic oprócz brudu. Zostaje przy lirze pięćdziesiąt i dorożkarz już jedzie dalej wąską uliczką, w której nie może zawrócić, nie tylko wściekły, lecz także, jak mi się zdaje, zasmucony. Albowiem nasze zachowanie dalekie było od poprawnego; we Włoszech nie można sobie tak poczynać, gdzie indziej może to być słuszne, tutaj nie. Ale któż by się zastanawiał nad tym w takim pośpiechu! Nie trzeba niczego żałować, w jeden tydzień nie można zamienić się we Włocha.

Skrucha jednakże nie powinna nam zepsuć radości na samym lądowisku, to spowodowałoby tylko znowu świeżą skruchę, bardziej tedy wskakujemy w aerodrom, niźli tam idziemy, z entuzjazmem naszych wszystkich kończyn, który pod tym słońcem nagle nas, jednego po drugim, czasami ogarnia.

Mijamy hangary, za zasłoniętymi kotarami stoją one tam sobie niczym pozamykane sceny wędrownych komediantów. Na frontonach widnieją nazwiska awiatorów, których maszyny kryją się w środku, powyżej trójbarwne sztandary ich ojczyzn. Odczytujemy nazwiska: Cobianchi, Cagno, Calderara, Rougier, Curtiss, Moncher (trydentczyk noszący włoskie barwy, ufa im bardziej niż naszym), Anzani, klub rzymskich awiatorów.  A   B l é r i o t?,  pytamy. Blériot, który cały czas był w naszych myślach, gdzież podziewa się Blériot?

Przed swoim hangarem, po ogrodzonym płotem placu, biega tam i z powrotem Rougier, niski człowieczek z wydatnym nosem i podwiniętymi rękawami. W widoczny sposób zajmuje go jakaś czynność, trochę niejasna, rzuca ramionami, rękami, nad wyraz niespokojnie, idąc, uderza się dłońmi, za kotarę posyła swoich ludzi, to znowu przywołuje ich z powrotem, sam wchodzi do środka, przepychając się przez wszystkich do przodu, podczas gdy jego żona, w przylegającym, białym odzieniu, w małym czarnym kapeluszu mocno naciśniętym na głowę, z delikatnie rozstawionymi nogami i w krótkiej spódnicy, spogląda w pusty gorąc, kobieta interesu i wszystkie jej troski, spadające na jej małą głowę.

Przed sąsiednim hangarem siedzi Curtiss, całkiem sam. Przez odrobinę tylko rozchylone zasłony dostrzec można jego maszynę; jest większa, niż opowiadano. Kiedy przechodzimy obok, Curtiss wysoko przed sobą trzyma „New York Herald”, czytając jakąś linijkę na górze strony; po półgodzinie znowu przechodzimy obok, teraz jest już w połowie tej strony; mija kolejne pół godziny, kończy stronę i zaczyna nową. Latać widocznie dziś nie chce.

Odwracamy się i widzimy rozległe pole. Jest tak olbrzymie, że wszystko, co się na nim znajduje, wydaje się opuszczone: pobliska tyczka wskazująca cel, maszt sygnałowy w oddali, katapulta startowa po prawej, automobil komitetu naprężonymi od wiatru żółtymi chorągiewkami rysuje po polu łuk, przystaje w swoim własnym kurzu, po czym znowu jedzie.

Stworzono tutaj, w tej krainie nieomal tropikalnej, sztuczne pustkowie, zgromadziła się tutaj najznamienitsza arystokracja Włoch, wspaniałe damy paryskie i tysiące innych, aby zmrużonymi oczami wpatrywać się w to słoneczne pustkowie. Nie ma na tym placu nic, co przynosi urozmaicenie na innych obiektach sportowych. Brakuje ślicznych przeszkód dla koni wyścigowych, białych linii boisk tenisowych, świeżej trawy meczów futbolowych, kamiennych wzniesień dla wyścigów automobilowych i kolarskich. Popołudniami jedynie, dwa albo trzy razy, przez ów płaski teren ciągnie kłusem barwny oddział konnych. Końskich kopyt nie widać w tym kurzu wcale, słońce świeci monotonnie do około piątej po południu. I aby nic nie zakłócało obserwacji terenu, nie gra tu muzyka, jedynie gwizdy tłumu, okupującego tanie miejsca, usiłują zaspokoić potrzeby uszu, tudzież niecierpliwość. Wszelako z perspektywy droższych trybun, stojących za nami, tłumek ów mógłby bez różnicy stopić się w jedno z pustkowiem.

W pewnym miejscu, przy barierce, stoi obok siebie bardzo wielu ludzi. „Jaki mały!”, woła grupka Francuzów, jakby wzdychając. Co się stało? Przeciskamy się do przodu. Stoi tam, na polu, całkiem blisko, mały aeroplan, pokryty prawdziwą, żółtą farbą, przygotowywany do lotu. Teraz widzimy także hangar Blériota, obok hangar jego ucznia Leblanca, wzniesiono je oba na samym polu. Przy jednym ze skrzydeł maszyny stoi, oparty o nie, Blériot i patrzy na ręce swoim mechanikom dłubiącym przy silniku.

Jeden z robotników chwyta ramię śmigła, aby nim zakręcić, szarpie, słychać jakieś drgnięcie, coś jakby tchnienie silnego mężczyzny we śnie; lecz potem śmigło ani drgnie. Próbuje się raz jeszcze, próbuje dziesięć, czasem śmigło zatrzymuje się od razu, czasami pozwala sobie na kilka obrotów. To przez silnik. Praca zaczyna się od nowa, widzowie są nią znużeni bardziej niż ci, co ją wykonują. Silnik zostaje naoliwiony ze wszystkich stron; poluzowuje się ukryte śruby, po czym znowu je przykręca; jakiś człowiek biegnie do hangaru i przynosi zapasową część; nie pasuje; człowiek śpieszy z powrotem i kucając na podłodze hangaru, obrabia ją młotkiem między nogami. Blériot zamienia się miejscem z mechanikiem, ten zaś z Leblankiem. To jeden szarpie za śmigło, to drugi. Lecz silnik jest nieubłagany jak uczeń, któremu zawsze się pomaga, cała klasa mu podpowiada, a on nie, nie potrafi, wciąż tkwi w miejscu, wciąż w tym samym, nieudacznik. Przez chwilę Blériot siedzi spokojnie na swoim miejscu; sześciu ludzi stoi wokół niego bez ruchu; wszyscy zdają się śnić.

Widzowie mogą chwilowo odetchnąć i rozejrzeć się. Z macierzyńskim wyrazem twarzy przechodzi obok młoda pani Blériot, za nią dwójka dzieci. Nie lubi, gdy jej mąż nie może latać, lecz gdy lata, odczuwa strach; poza tym jej piękna suknia jest trochę zbyt ciężka jak na tę temperaturę.

Znów zakręcają śmigłem, być może lepiej, a być może wcale nie; silnik z hałasem zaczyna pracować, jak nie ten sam; czterech ludzi przytrzymuje maszynę od tyłu, ciąg powietrza, idący od wirującego śmigła, pośród ciszy wiatru wokół wzbija ich kitle robocze. Nie słychać żadnych słów, komendy zdaje się wydawać tylko hałas śmigła, osiem dłoni puszcza maszynę, która długo toczy się po grudach ziemi, jak niezdarny tancerz.

Podejmuje się wiele takich prób i wszystkie kończą się fiaskiem. Każda sprawia, że widzowie wstają z miejsc, wspinają się na wyplatane krzesła, na których z pomocą wyciągniętych ramion można było utrzymać balans, lecz także równocześnie pokazać nimi nadzieję, obawę i radość. W przerwach włoska arystokracja przechadza się wzdłuż trybun. Wymieniają się pozdrowieniami, ukłonami, rozpoznają, obejmują, wędrują schodami po trybunach to w górę, to w dół. Pokazują sobie Principessę Letycję Savoia Bonaparte, Principessę Borghese, leciwą damę, której twarz przybrała barwę ciemnożółtych winogron, Contessę Morosini. Marcello Borghese kręci się wokół wszystkich dam i żadnej zarazem, z daleka jego twarz zdaje się zdradzać zrozumienie, z bliska jednak policzki zamykają mu się obco ponad kącikami ust. Gabriele  d’A n n u n z i o,  niski i słabowity, kryguje się przed Contem Oldofredim, jednym z najznamienitszych członków komitetu. Z trybuny, ponad poręczą, widać mocną twarz  P u c c i n i e g o,  jego nos można by nazwać pijackim.

Jednak ludzi tych dostrzega się tylko wtedy, gdy się ich szuka, zwykle widać wszędzie, kradnące powszechną uwagę, wysokie współczesne modnisie. Wolą chodzić niż siedzieć, w ich sukniach nie siedzi się dobrze. Wszystkie twarze, azjatyckim zwyczajem zasłonięte welonem, są jakby spowite w delikatny zmierzch. Suknia, luźna u góry, całej postaci nadaje od tyłu charakter trochę niezdecydowany; gdy takie damy sprawiają wrażenie niezdecydowanych, wśród obserwatorów rodzi się coś na kształt niepokoju, zmieszania! Gorset spoczywa głęboko, prawie niedosięgły; talia wydaje się szersza niż zwykle, bo cała reszta jest wąska; te kobiety chcą, aby je obejmowano głębiej.

Jak dotąd pokazano tylko maszynę Leblanca. Lecz oto przybywa maszyna, którą Blériot przeleciał Kanał; nikt tego nie powiedział, a wiedzą to wszyscy. Dłuższa przerwa i oto Blériot jest już w powietrzu, nad skrzydłami widać jego prosty tułów, nogi wetknięte głęboko niczym część maszynerii. Słońce schyliło się ku zachodowi, pod rozpiętym nad trybunami baldachimem oświetla wznoszące się skrzydła. Wszyscy w oddaniu spoglądają na Blériota w górę, w żadnym sercu nie ma już miejsca dla nikogo innego. Robi małą rundkę, a potem ukazuje się nad nami prawie pionowo. Wszyscy, wyciągając szyje, widzą, jak jednopłat najpierw się chwieje, a potem zostaje opanowany przez Blériota i nawet unosi się w górę. Cóż to się dzieje? Tu w górze jest człowiek, 20 m nad ziemią, uwięziony w drewnianej konstrukcji, broniąc się przed niewidocznym, dobrowolnie wziętym na siebie ryzykiem. My tymczasem stoimy tu w dole całkiem odepchnięci, nierealni, przyglądając się temu człowiekowi.

Wszystko idzie jak trzeba. Maszt sygnałowy pokazuje w tym samym czasie, że wiatr jest korzystniejszy i Curtiss będzie się ścigał o wielką nagrodę Brescii. A więc jednak? Ledwie przekazano tę informację, a silnik Curtissa już mruczy, ledwie człowiek na niego spojrzy, a ten już odlatuje, leci ponad płaską przestrzenią, która zwiększa się przed nim, ku lasom w oddali, które robią wrażenie, jakby wyrosły dopiero teraz. Jego lot nad lasami trwa długo, znika, widzimy lasy, jego nie. Zza domów, Bóg wie gdzie, wyłania się na tej samej wysokości co wcześniej, pędzi w naszą stronę; wzbija się w górę, widać dół dwupłatowca ciemno nachylony, opada, wtedy górne płaszczyzny połyskują w słońcu. Okrąża maszt sygnałowy i zawraca, obojętny na okrzyki zachwytu, dokładnie tam, skąd przybył, aby znów osamotnieć i zmaleć. Robi pięć takich rund, przelatuje 50 km w 49’24’’ i tym samym zdobywa wielką nagrodę Brescii, 30 000 lirów. To wspaniały wyczyn, wspaniałych wyczynów nie traktuje się jednak z szacunkiem, na końcu każdy uznaje się zdolnym do wspaniałych wyczynów. I podczas gdy Curtiss samotnie pracuje nad lasami, a jego żona, wszystkim dobrze znana, martwi się o niego, tłum niemal już o nim zapomniał. Wszędzie słychać tylko narzekania, że nie wystartuje Calderara (jego maszyna uległa rozbiciu), że Rougier już od dwóch dni, nie dając za wygraną, majstruje przy swoim voisinie, że nie przybył wciąż zodiac, włoski sterowiec. O wypadku Calderary krążą tak chlubne dla niego pogłoski, że chce się nieomal sądzić, iż miłość własnego narodu bezpieczniej uniesie go w niebo niż jego samolot Wright.

Curtiss nawet nie zdążył ukończyć lotu, a już w trzech hangarach zaczynają, jak gdyby niesione natchnieniem, pracować silniki. Wiatr i kurz biją z przeciwległych kierunków. Dwoje oczu nie wystarcza. Człowiek kręci się na krześle, chwieje się, przytrzymuje kogoś, przeprasza, ktoś inny się chwieje, pociąga za sobą, słychać „Dziękuję”. Nastaje wczesny wieczór włoskiej jesieni, na polu nie wszystko już wyraźnie widać.

Właśnie wtedy, gdy po zwycięskim locie Curtiss przechodzi obok i na nikogo nie patrząc, lekko uśmiechnięty, zdejmuje czapkę, Blériot rozpoczyna małe okrążenie, którego wszyscy już wcześniej wyczekiwali! Nie wiadomo, czy oklaski są dla Curtissa, Blériota, czy może Rougiera, którego olbrzymia czarna maszyna wzbija się teraz w powietrze. Rougier siedzi przy drążkach niczym jakiś pan przy biurku, do którego można dotrzeć po małej drabinie za jego plecami. Wznosi się małymi okrążeniami, przelatuje nad Blériotem, przerabia go w widza i nie przestaje się wznosić.

Jeśli chcemy jeszcze złapać jakąś dorożkę, najwyższy czas stąd odejść; już wielu ludzi przepycha się obok nas. Wiadomo przecież, że ten lot to tylko eksperyment, a ponieważ zbliża się siódma, nie wejdzie do oficjalnego rejestru. Na przedpolu aerodromu widać szoferów i służących, jak siedzą i wskazują na Rougiera; przed aerodromem, na wielu rozrzuconych ścieżkach, stoją dorożkarze – wskazują na Rougiera; trzy pociągi zapełnione po ostatni zderzak nie ruszają się z miejsca z powodu Rougiera. Szczęśliwie zdobywamy jakąś dorożkę, dorożkarz kuca przed nami (kozła brak) i wreszcie, stając się na powrót samodzielnymi bytami, odjeżdżamy. Max czyni słuszną uwagę, że coś podobnego można by i trzeba zorganizować także w Pradze. To nie musiałyby być wyścigi lotnicze, mimo że, jak twierdzi, z pewnością by się to opłacało, jednak awiatora dałoby się zaprosić z łatwością i tak, i żaden uczestnik by tego nie pożałował. Rzecz byłaby przecież tak prosta, Wright lata teraz w Berlinie, potem w Wiedniu będzie latał Blériot, a w Berlinie Latham. Należałoby tylko przekonać tych ludzi, aby trochę nadłożyli drogi. Obaj nic nie odpowiadamy, bo po pierwsze jesteśmy zmęczeni, a po drugie i tak nie mielibyśmy nic przeciwko. Droga wije się, a Rougier szybuje tak wysoko, że człowiek niemal sądzi, iż jego położenie należałoby obliczać podług gwiazd, które zaraz pokażą się na ciemniejącym już niebie. Nie przestajemy się odwracać; Rougier wciąż wzbija się w górę, lecz nasza droga wiedzie ostatecznie w głąb Kampanii.

[Pierwszy rozdział książki Richard i Samuel autorstwa Maxa Broda i Franza Kafki]

Tomik zatytułowany Richard i Samuel – krótka podróż przez kraje Europy Środkowej będzie zawierał równoległe dzienniki podróżne dwóch przyjaciół o różnych charakterach.

Samuel to młody, bywały w świecie człowiek, który z ogromną powagą usiłuje wyrobić w sobie znajomość wielkiego stylu i prawidłowy osąd wszystkich kwestii życia i sztuki, nigdy wszakże nie popadając przy tym w nadmierną trzeźwość czy zgoła pedanterię. Richard nie ma żadnych określonych zainteresowań, daje się prowadzić swoim zagadkowym odczuciom, a bardziej jeszcze swej słabości, w owym wąskim i zmiennym obszarze okazując wszakże tak wiele intensywności i naiwnej samodzielności, że ów nigdy nie ulega komizmowi. Z zawodu Samuel jest sekretarzem pewnego stowarzyszenia artystycznego, Richard zaś urzędnikiem bankowym. Richard posiada majątek, pracuje wyłącznie dlatego, że nie czuje się na siłach znosić dni wolne; Samuel jest zmuszony żyć ze swojej (zresztą pełnej sukcesów i bardzo cenionej) pracy.

Obaj, choć koledzy szkolni, podczas opisywanej podróży przebywają ze sobą dłużej po raz pierwszy. Cenią się nawzajem, choć jeden drugiemu wydaje się niezrozumiały. Przyciąganie i odpychanie przejawia się na wiele sposobów. Opis pokazuje, jak ów stosunek rozpłomienia się zrazu w rozbuchaną intymność, potem zaś, po kilku incydentach na niebezpiecznym gruncie Mediolanu i Paryża, ustatecznia się, przyjmując postać wzajemnego męskiego porozumienia, po czym dokumentnie utrwala. Podróż kończy się tym, że obaj przyjaciele łączą swe umiejętności w nowym projekcie artystycznym.

Ukazać całą mnogość niuansów, jakie zdolne są wytworzyć przyjaźnie między mężczyznami, a zarazem, dzięki podwójnemu, niewolnemu od sprzeczności oświetleniu sportretować przemierzane kraje w całej ich świeżości i wartości, które zazwyczaj, niesłusznie, przypisuje się wyłącznie krainom egzotycznym: oto sens tej książki.

PIERWSZA DŁUGA PODRÓŻ POCIĄGIEM (PRAGA–ZURYCH)

S a m u e l:  Wyjazd 26 VIII 1911 o pierwszej w południe, minut 2.

R i c h a r d:  Widząc Samuela, który pisze coś zwięźle w swoim, znajomym mi, malutkim kalendarzu kieszonkowym, wracam do mojego dawnego, pięknego pomysłu, aby każdy z nas prowadził dziennik z tej podróży. Mówię mu o tym. Najpierw się zapiera, potem zgadza, uzasadniając jedno i drugie, jedno i drugie pojmuję z ledwością, lecz nic to nie szkodzi, jeśli tylko będziemy prowadzić dzienniki. Teraz znowuż naśmiewa się z mojego notatnika, który oprawiony w czarne glansowane płótno, nowy, bardzo duży, kwadratowy, istotnie bardziej przypo- mina zeszyt szkolny. Już teraz widzę, że będzie ciężko, a w każdym razie uciążliwie, przez całą podróż tak nosić ten zeszyt ze sobą w kieszeni. Poza tym mogę kupić sobie w Zurychu równocześnie jakiś inny, praktyczny. Ma także wieczne pióro. Będę je czasem pożyczał.

S a m u e l:  Na stacji wagon z wieśniaczkami, na wprost naszego okna. Jedna z nich się śmieje, na jej łonie śpi jakaś inna. Budząc się, daje nam znak, niestosowny w tym jej półśnie: „Chodź”. Jak gdyby z nas drwiła, bo przecież nie możemy przedostać się na drugą stronę. W przedziale obok jakaś inna, ciemna, heroiczna, całkiem nieruchoma. Głęboko odchylając głowę do tyłu, spogląda przez szybę na zewnątrz. Sybilla delficka.

R i c h a r d:  Tym mianowicie, co mi się nie podoba, jest jego zaczepne, fałszywie udające zażyłość, nieomal służalcze pozdrowienie skierowane do wieśniaczek. Oto pociąg już rusza i Samuel zostaje sam z tym swoim uśmiechem na wyrost i machającą czapką. – Nie przesadzam? – Samuel czyta mi swoją pierwszą uwagę, robi ona na mnie duże wrażenie. Powinienem był baczniej się przyjrzeć wieśniaczkom. Konduktor pyta, zresztą niewyraźnie bardzo, jak gdyby miał do czynienia wyłącznie z ludźmi, którzy już często pokonywali tę trasę, czy w Pilznie ktoś chce zamówić kawę. Jeśli pada takie zamówienie, wówczas nakleja na okno przedziału po jednej, wąskiej, zielonej karteczce na każdą porcję, tak jak kiedyś w Międzyzdrojach, gdy jeszcze nie było tam pirsu, z pomocą proporczyków parowiec pokazywał z oddali, ile będzie trzeba łódek do przewiezienia pasażerów na brzeg. Samuel w ogóle Międzyzdrojów nie zna. Szkoda, że nie byłem tam wtedy z nim. Było bardzo pięknie. Tym razem też będzie przepięknie. Podróż jest za szybka, mija zbyt prędko; żądza dalekich podróży, którą teraz w sobie odczuwam! Cóż to powyżej za archaiczne porównanie, wszak od pięciu lat w Międzyzdrojach pirs już stoi. W Pilznie kawa jest na peronie. Nie trzeba mieć ze sobą karteczki, dostaje się kawę i bez niej.

S a m u e l:  Z peronu widzimy, że jakaś obca dziewczyna wychyla się z naszego przedziału, Dora Lippert, jak się później okazało. Ładna, gruby nos, w białej bluzce koronkowej małe wycięcie pod szyją. Pierwsza wspólna rzecz podczas dalszej podróży: jej wielki owinięty w papier kapelusz, kołysząc się, zwisa z siatki bagażowej tuż nad moją głową. Dowiadujemy się, że jest córką oficera przeniesionego do Innsbrucka i jedzie do swoich rodziców, których od dawna nie widziała. Pracuje w biurze technicznym, w Pilznie, całymi dniami, ma bardzo dużo zajęć, ale sprawia jej to satysfakcję, jest bardzo zadowolona ze swojego życia. W biurze nazywają ją: nasz beniaminek, nasza mała jaskółka. Jest tam najmłodsza pośród samych mężczyzn. O, jakaż wesołość panuje w tym biurze! W garderobie zamienia się kapelusze, przybija gwoździami rogaliki albo gumą arabską przykleja komuś rękojeść pióra do teczki. Sami możemy zresztą mieć swój udział w takim „niewinnym” żarcie. Otóż pisze ona pocztówkę do kolegów z biura, gdzie stoi: „Przewidywania niestety się ziściły. Wsiadłam do złego pociągu i znajduję się teraz w Zurychu. Serdeczne pozdrowienia”. Mamy nadać tę pocztówkę w Zurychu. Oczekuje się od nas, „ludzi honoru”, że nic nie dopiszemy. W biurze oczywiście wszyscy będą się martwić, telegrafować i Bóg wie co jeszcze. Jest wagnerystką, nie przepuszcza żadnego przedstawienia wagnerowskiego, „ostatnio ta Kurz jako Izolda”, czyta właśnie korespondencję Wagnera z Mathilde Wesendonck, bierze ją ze sobą nawet do Innsbrucka, książkę pożyczył jej jakiś pan, naturalnie ten, który grał jej wyciągi fortepianowe. Ona sama niestety ma niewiele talentu do gry na fortepianie, to jednak obaj już wiemy, odkąd zanuciła nam kilka lejtmotywów. Zbiera papierki po czekoladzie, robi z nich wielką kulę staniolu, którą wiezie ze sobą. Ta kula jest przeznaczona dla przyjaciółki, kolejny cel nieznany. Ale zbiera również opaski od cygar, z całą pewnością na tacę1. Pierwszy bawarski konduktor prowokuje ją do tego, aby krótko i z wielkim zdecydowaniem wyrazić swoje, wszak córki oficera, niejasne i sprzeczne opinie o armii austriackiej i armii w ogólności. Za kiepską uważa bowiem nie tylko armię austriacką, lecz także niemiecką i w ogóle każdą. Lecz czy w biurze nie podbiega do okna, gdy odbywa się przemarsz orkiestry wojskowej? Otóż nie, bo to nie jest żadne wojsko. Tak, jej młodsza siostra, ona to co innego. Często tańczy w innsbruckim kasynie oficerskim. Tak więc mundury w ogóle jej nie imponują, a oficerów traktuje jak powietrze. Winę za to najwidoczniej ponosi częściowo ów pan, który pożycza jej wyciągi fortepianowe, częściowo jednak nasz spacer tam i z powrotem, po peronie dworca w Furth, po dłuższej podróży idzie się jej bowiem nadzwyczaj świeżo, przesuwa rozwartymi dłońmi po biodrach. Richard bierze wojsko w obronę, na poważnie. Jej ulubione wyrażenia: bez zarzutu – przyspieszenie zero przecinek pięć – wyrzucić kogoś za drzwi – prędki – kiepski.

R i c h a r d:  Dora L. ma okrągłe policzki pokryte grubym jasnym puszkiem; są wszelako tak bezkrwiste, że trzeba by bardzo długo przyciskać do nich dłonie, nimby się zaróżowiły. Gorset marny, ponad krawędzią, na piersiach bluzka się gniecie; trzeba to zmilczeć.

Jestem rad, że siedzę naprzeciwko niej, a nie obok, ponieważ z kimś, obok kogo siedzę, nie mogę rozmawiać. Np. Samuel chętnie siada obok mnie; obok Dory także chętnie siedzi. Ja tymczasem, gdy ktoś siedzi obok mnie, czuję się wypytywany. Przeciwko takiemu człowiekowi nie jest się zrazu uzbrojonym w spojrzenie, należy je najpierw ku niemu zwrócić. Wskutek tego, że siedzę naprzeciwko, jestem co prawda chwilowo wyłączony z rozmowy Dory i Samuela, zwłaszcza podczas jazdy pociągu; nie można mieć wszystkiego. Za to widziałem ich, choć chwilami tylko, siedzących obok siebie w milczeniu; oczywiście nie z mojej winy.

Podziwiam ją; jest tak muzykalna. Wszelako Samuel zdaje się uśmiechać z ironią, gdy ona mu cicho coś śpiewa. Być może określenie nie było całkiem trafne, ale czyż i tak nie jest godne podziwu to, że niezamężna, zamieszkująca wielkie miasto dziewczyna całym sercem interesuje się muzyką? Do swego pokoju, tylko przecież wynajmowanego, kazała sprowadzić wynajęty fortepian. Wyobraźmy sobie tylko: tak uciążliwa rzecz, jak transport fortepianu, kłopotliwa dla rodzin, a co dopiero dla słabej dziewczyny! Ileż trzeba do tego samodzielności i zdecydowania!

Pytam o jej utrzymanie. Mieszka z dwiema przyjaciółkami, wieczorem jedna z nich kupuje kolację w sklepie delikatesowym, dobrze im się ze sobą rozmawia i dużo się śmieją. Wydaje mi się dziwne, że wszystko to, jak słyszę, dzieje się przy lampach olejnych, ale nie mówię tego głośno. Kiepskie oświetlenie widocznie w ogóle jej nie przeszkadza, bo przecież przy jej energii mogłaby z pewnością wymóc na swojej gospodyni jakieś lepsze, gdyby tylko przyszło jej to na myśl.

Jako że rozmawiając, musi pokazywać wszystko, co trzyma w torebce, widzimy tam także flakonik z czymś ohydnie żółtym w środku. Dopiero teraz dowiadujemy się, że nie jest całkiem zdrowa, a nawet przez długi czas leżała złożona chorobą. A i potem była jeszcze bardzo osłabiona. Sam szef radził jej wówczas (tak przyzwoici wszyscy są wobec niej), aby przychodzić do biura tylko na połowę dnia. Teraz ma się lepiej, musi jednak zażywać ten preparat żelaza. Radzę jej wylać go raczej za okno. Wprawdzie łatwo się zgadza (bo rzecz smakuje okropnie), lecz nie bierze tego na poważnie, mimo że, bliżej pochylony w jej stronę niż jeszcze przed chwilą, chcę jej przedstawić moje tak jasne akurat w tym względzie poglądy na temat naturalnego leczenia organizmu ludzkiego, ze szczerym mianowicie zamiarem pomocy, czy przynajmniej chcąc uchronić przed krzywdą to nieporadne dziewczę, w ten sposób mam poczucie, niechby tylko przez chwilę, że dla dziewczyny jestem szczęśliwym trafem. Gdy nie przestaje się śmiać, przerywam. Przeszkadzało mi także to, że w trakcie całej mojej przemowy Samuel kiwał głową. Znam go przecież. Wierzy w lekarzy i uważa metody naturalne za śmieszne. Doskonale to rozumiem: nigdy nie potrzebował lekarza i dlatego też nigdy poważnie i samodzielnie nie zastanawiał się nad tą sprawą, np. nie potrafi w ogóle odnieść do siebie tego obrzydliwego preparatu. Gdybym był z tą panną sam na sam, już ja bym ją przekonał. Albowiem: jeśli w tej sprawie nie mam racji, to nie mam jej w żadnej!

Przyczyna jej niedokrwistości była dla mnie przecież jasna od samego początku! Biuro. Życie biurowe można, jak wszystko, obrócić w żart (i ta dziewczyna robi to z całkowitą szczerością, pozostając w błędzie), lecz w istocie, co się tyczy nieszczęśliwych skutków?! Wiem przecież, jak to jest np. ze mną. A teraz w biurze ma przesiadywać jakaś dziewczyna, damska suknia w ogóle do tego się nie nadaje, jakże się musi wszędzie napinać, aby godzinami, bez przerwy, przesuwać się tam i z powrotem na twardym drewnianym krześle. I tak oto ściska się te krągłe pupy, przyciska te piersi do krawędzi biurka. – Przesadzam? – Dziewczyna w biurze to za każdym razem smutny dla mnie widok.

Samuel nawiązał już z nią relację dość zażyłą. Skłonił ją nawet do tego, o czym ja nigdy bym nie pomyślał, aby poszła z nami do wagonu restauracyjnego. Wkraczamy do niego, wśród obcych pasażerów, wszyscy troje, w niemożliwym wprost poczuciu wspólnoty. Należy zapamiętać, że chcąc umocnić przyjaźń, trzeba wyszukać sobie nowe otoczenie. Siedzę nawet obok niej, pijemy wino, nasze ramiona dotykają się, nasza wspólna radość z wakacji zmienia nas naprawdę w rodzinę.

Mimo całego jej stanowczego oporu, wzmocnionego padającym deszczem, Samuel, cały on, przekonał dziewczynę, aby półgodzinny postój w Monachium wykorzystać na przejażdżkę autem. Podczas gdy on sprowadza auto, dziewczyna mówi do mnie w arkadach dworcowych, biorąc mnie przy tym pod ramię: „Proszę, niech pan nie dopuści do tej przejażdżki. Nie wolno mi jechać. To całkiem wykluczone. Mówię to panu, ponieważ mam do pana zaufanie. Z pańskim przyjacielem nie da się rozmawiać. Jest taki szalony!”. Wsiadamy, to wszystko jest dla mnie niezręczne, ze wszystkimi szczegółami przypomina mi się obraz kinematograficzny Biała niewolnica2, w którym u wyjścia z peronu obcy mężczyźni wpychają w ciemnościach niewinną bohaterkę do automobilu i uprowadzają. Natomiast Samuel jest w świetnym humorze. Ponieważ wielki rozkładany dach zasłania nam widok, ze wszystkich budynków widzimy od biedy tylko pierwsze piętra. Jest noc. Perspektywa sutereny. Tymczasem Samuel wywodzi z tego fantastyczne wizje wysokości zamków i kościołów. Ponieważ na tylnym siedzeniu Dora ciągle milczy, a ja już niemal lękam się wybuchu, ogarnia go wreszcie zmieszanie i pyta, jak na mój gust nieco zbyt konwencjonalnie: „Cóż, nie jest pani na mnie przecież zła, panienko? Czy coś pani zrobiłem itd.?”. Ona na to: „Skoro już tu jestem, nie chcę panu psuć przyjemności. Jednak nie powinien był pan mnie do tego zmuszać. Gdy mówię «Nie», to nie mówię tego bez powodu. Nie wolno mi tak jeździć”. „Dlaczego”, pyta. „Nie mogę tego panu powiedzieć. Sam powinien pan rozumieć, że dziewczynie nie uchodzi jeździć po nocy z mężczyznami. Poza tym jest jeszcze coś. Przypuśćmy, że byłabym już związana...” Zgadujemy, każdy z nas z osobna, z cichym szacunkiem, że cała rzecz ma coś wspólnego z panem od Wagnera. Cóż, nie mam sobie nic do zarzucenia, mimo to usiłuję ją jakoś rozchmurzyć. Także Samuel, który do tej pory traktował ją trochę wyniośle, zdaje się tego żałować i chce odtąd mówić już tylko o przejażdżce. Szofer wykrzykuje, nakłoniony przez nas, nazwy niewidocznych dla nas osobliwości miasta. Pneumatyki szumią na wilgotnym asfalcie jak aparat w kinematografie. Znów ta Biała niewolnica. Te puste długie czarne uliczki, obmyte deszczem. Najwyraźniej widać niezasłonięte wielkie okna restauracji „Cztery pory roku”, której nazwa, jako tej najelegantszej, była nam już wcześniej znana. Ukłon kelnera w liberii przed towarzystwem zgromadzonym przy stole. Przy pomniku, który w swojej przytomności uznajemy na szczęście za pomnik Wagnera, okazuje zainteresowanie. Na dłuższy postój pozwalamy sobie tylko przy pomniku wolności i jego pluskających wśród deszczu fontannach. Most nad Izarą, której tylko się domyślamy. Piękne pańskie wille wzdłuż Ogrodu Angielskiego. Ludwigstraße, kościół Teatynów, Portyk Marszałków, browar Pschorr. Nie wiem, o co chodzi: niczego nie poznaję, mimo że w Monachium byłem już przecież wiele razy. Sendlinger Tor. Dworzec – bałem się (z powodu Dory zwłaszcza), że nie zdążymy na czas. Przemknęliśmy przez miasto, według taksometru w dokładnie dwadzieścia minut niczym nakręcona specjalnie w tym celu sprężyna.

Umieszczamy Dorę, jak gdybyśmy byli jej monachijskimi krewnymi, w bezpośrednim wagonie do Innsbrucka, gdzie jakaś odziana w czerń dama, której bardziej się należy obawiać niż nas, proponuje jej na noc ochronę. Dopiero wtedy widzę, że nam dwóm spokojnie można powierzać dziewczynę.

S a m u e l:  Sprawa z Dorą zupełnie nie wyszła. Im dalej było, tym gorzej. Miałem zamiar przerwać podróż i przenocować w Monachium. Aż do kolacji, mniej więcej do stacji Ratyzbona, byłem przekonany, że to się powiedzie. Usiłuję porozumieć się z Richardem za pomocą kilku słów skreślonych na karteczce. Widocznie w ogóle jej nie czytał, zważał tylko na to, aby gdzieś ją ukryć. Nieważne zresztą, nie miałem już ochoty na tę mdłą panienkę. Tylko Richard widzi w niej kobietę, te jego ceremonialne przemowy i uprzejmości. To właśnie umocniło ją w jej głupiej afektacji, która w automobilu stała się w końcu nieznośna. Przy pożegnaniu zrobiła się z niej, jak się oczywiście należało spodziewać, sentymentalna niemiecka Gretchen, Richard, który niósł jej walizkę, zachowywał się tak, jak gdyby doznał niezasłużonego szczęścia, ja tymczasem czułem się tylko niezręcznie. Aby wyrazić to zwięźle: Kobietom, które podróżują samotnie lub które ogólnie chcą być postrzegane jako samodzielne, nie wolno popadać w konwencjonalną kokieterię, dzisiaj już być może archaiczną, to przyciągając do siebie, to znowuż odpychając, i w powstałym w ten sposób zamieszaniu szukając dla siebie korzyści. Bo człowiek to przejrzy i prędko z przyjemnością pozwoli, aby odepchnąć go mocniej, niż one sobie tego życzyły.

Po tej niezupełnie czystej znajomości zawartej w podróży szczególną przyjemność sprawiło odnalezienie na dworcu zakładu stworzonego specjalnie do mycia rąk i twarzy. Otwarto nam „kabinę”; co prawda można by sobie wyobrazić ładniejsze otoczenie kąpielowe, poza tym starczyło nam, obładowanym ubraniami, czasu, by ledwie obrócić się między dwiema umywalkami, mimo to jesteśmy zgodni, że w owych niemieckich sanitariatach panuje jakaś kultura. W Pradze można by długo kręcić się po dworcach, zanimby coś takiego się znalazło.

Wsiadamy do przedziału, w którym, ku przerażeniu Richarda, pozostawiliśmy bagaż. Richard we właściwy sobie sposób gotuje się do snu, pod głową umieszcza swój pled i pozwala, żeby wisząca nad nim peleryna płaszcza zwisała mu wokół twarzy jak baldachim. Podoba mi się, że przynajmniej gdy chodzi o sen, okazuje bezwzględność, np. bez pytania przyciemnia światło, choć wie, że w pociągu nie mogę spać. Wyciąga się na swojej ławie, jak gdyby od innych pasażerów uzyskał szczególne prawa w tym zakresie. I natychmiast też spokojnie zasypia. A przy tym ten człowiek wciąż narzeka na bezsenność.

W przedziale siedzi jeszcze dwóch młodych Francuzów. (Gimnazjaliści z Genewy). Jeden, czarnowłosy, ciągle się śmieje, nawet z tego, że Richard prawie nie daje mu siedzieć (tak się wyciągnął), potem z tego, że wykorzystuje moment, gdy Richard się podnosi, prosząc towarzystwo, żeby tak dużo nie palono, i zajmuje część siedziska Richarda. Takie niewielkie potyczki są pośród obcokrajowców nieme i dlatego stacza się je z nadzwyczajną lekkością, bez przeprosin i wyrzutów. Francuzi skracają sobie godziny nocne, podając sobie blaszane pudełko z ciastkami, skręcając papierosy lub co chwila wychodząc na korytarz, przywołując tam siebie, to znowu wchodząc do środka. W Lindau (oni wymawiają to „Lendó”) śmieją się serdecznie i zaskakująco, jak na tę porę nocy, donośnie z austriackiego konduktora. Konduktorzy obcych państw sprawiają nieodparcie komiczne wrażenie, tak jak na nas zrobił je w Furth konduktor bawarski, z tą jego wielką czerwoną teczką, dyndającą mu nisko wokół nóg. – Rozległy widok na oświetloną reflektorami pociągu gładką powierzchnię Jeziora Bodeńskiego, aż po odległe światła po drugiej stronie brzegu, mrocznego i spowitego mgłą. Przypomina mi się stary wiersz ze szkoły, Der Reiter über den Bodensee3. Miło spędzam czas, odtwarzając go w pamięci. – Nagłe wejście trzech Szwajcarów. Jeden pali. Jeden, ten, który zostaje, gdy dwóch pozostałych wysiada, z początku jest nieistotny, daje się poznać nad ranem. Położył kres sporom między Richardem a czarnym Francuzem, obu im po równi odmówił racji i na resztę nocy sztywno usiadł między nimi, między nogami trzymając kij do górskich wędrówek. Richard pokazuje, że siedząc, również potrafi spać.

We wszystkich miasteczkach i wsiach wzdłuż całej trasy kolejowej Szwajcaria zaskakuje wolnostojącymi i dlatego z pozoru wyjątkowo prostymi, osobnymi domostwami. W St. Gallen brak korytarza ratunkowego. Być może wyraża się w tym niemiecki partykularyzm każdej jednostki z osobna, czemu sprzyjają warunki terenowe. Każdy dom, z tymi swoimi ciemnozielonymi okiennicami i mnóstwem zielonej farby na pruskim murze i balustradach, przypomina willę. Mimo to jest siedzibą firmy, tylko  j e d n e j,  między rodziną a przedsiębiorstwem nie ma widocznie żadnej różnicy. Ów zwyczaj prowadzenia przedsiębiorstw w willach przywodzi mi mocno na myśl powieść R. Walsera Der Gehilfe4.

Jest niedziela, piąta godzina rano, 27 sierpnia. Wszystkie okna jeszcze pozamykane, wszyscy śpią. Wciąż poczucie, że zamknięci w tym pociągu wdychamy, jak okiem sięgnąć, całe nieświeże powietrze, podczas gdy na zewnątrz kraina odsłania się przed nami w sposób naturalny, co dokładnie pochwycić można wzrokiem jedynie z okien nocnego pociągu, pod włączoną nieprzerwanie lampą. Kraina ta spływa najpierw z ciemnych wzgórz w przestrzeń między nie a pociąg, przyjmując postać wyjątkowo wąskiej doliny, potem dzięki porannym mgłom rozjaśnia się białawo, jak gdyby oświetlona oknem połaciowym, górskie hale stopniowo nabierają świeżości, dotknięte nią jak nigdy wcześniej, soczysta zieleń, która zaskakuje mnie w tym suchym jakże roku, od wschodzącego słońca trawa w końcu blaknie, ulegając powolnej przemianie. Ciężkie duże gałęzie drzew iglastych, spływające wzdłuż całego pnia aż ku jego podstawie.

Takie formy często widać na obrazach malarzy szwajcarskich i aż dotąd sądziłem, że są po prostu manierą.

Jakaś matka rozpoczyna ze swoimi dziećmi niedzielny spacer czystą ulicą. Przywodzi mi to na myśl Gottfrieda Kellera, wychowywanego przez matkę.

Wszędzie w tej krainie łąk niezwykle starannie wykonane płoty; niektóre zbudowano z szarych pni, zaostrzonych jak ołówki, często poprzedzielanych na pół. W ten właśnie sposób jako dzieci rozdzielaliśmy ołówki, aby wydobyć z nich grafit. Takich płotów nigdy jeszcze nie widziałem. Tak oto każdy kraj oferuje coś nowego w życiu codziennym, należy baczyć na to, aby ulegając radosnym wrażeniom, nie przeoczyć tego, co rzadkie.

R i c h a r d:  W pierwszych godzinach porannych Szwajcaria pozostawiona samej sobie. Samuel budzi mnie, rzekomo na widok jakiegoś interesującego mostu, który jednak już minęliśmy, nim na niego spojrzałem, i dzięki temu fortelowi być może zapewnia on sobie pierwsze silne wrażenie ze Szwajcarii. Obserwuję ją najpierw, o wiele za długo, wśród wewnętrznego i zewnętrznego świtania.

W nocy spałem nadzwyczaj dobrze, jak prawie zawsze w pociągu. Mój sen w pociągu to robota dokumentnie czysta. Kładę się, głowę na samym końcu, na przygrywkę wypróbowuję kilka pozycji, odgradzam się od całego towarzystwa, choćby obserwowano mnie ze wszystkich stron, zakrywam twarz paltem lub czapką podróżną, rosnąca przyjemność z nowego ułożenia kołysze mnie do snu. Na początku ciemność oczywiście bardzo pomaga, dla dalszego przebiegu snu jest jednak niemal bez znaczenia. Rozmowa też mogłaby się toczyć tak jak wcześniej, tylko że najdalej nawet siedzący gaduła nie umie z obojętnością podejść do napomnienia, jakiego samą swoją osobą udziela ktoś głęboko śpiący. Trudno bowiem znaleźć inne miejsce, gdzie największe odmienności trybu życia są widoczne tak blisko, tak zaskakująco i bez przygotowania, jak w przedziale wagonu kolejowego, i gdzie wskutek uporczywej wzajemnej obserwacji zaczynają tak szybko na siebie oddziaływać. A choćby śpiący nie od razu zdołał uśpić innych, to przecież ucisza ich jednak albo mimowolnie skłania do większej refleksji na temat palenia, tak jak to niestety miało miejsce podczas tej właśnie podróży, gdy w dobrym powietrzu nienachalnych snów wdychałem dym papierosowy.

Dobry sen w pociągu wyjaśniam sobie tym, że w innych okolicznościach moja wynikająca z przepracowania nerwowość nie pozwala mi spać z powodu hałasu, który ona jeszcze we mnie wzmaga, nocą potęgowanym każdym przypadkowym odgłosem wielkiego domu i ulicy, każdym w oddali jadącym powozem, każdą kłótnią pijaków, każdym krokiem na schodach, tak że często w złości przypisuję całą winę hałasom zewnętrznym – gdy tymczasem w pociągu monotonia odgłosów jazdy, czy to będzie zawieszenie wagonu, tarcie kół, uderzenia szyn, czy drżenie całej konstrukcji drewnianej, szklanej i żelaznej, wszystko to zrównuje się do poziomu czegoś w rodzaju doskonałego spokoju, na którym mogę spać, niczym z pozoru zdrowy człowiek. Ów pozór ustępuje oczywiście od razu np. natarczywemu gwizdowi lokomotywy lub zmianie tempa jazdy, lub też, z całą pewnością, wrażeniom z kolejnych stacji, gnającym przez cały pociąg dokładnie tak samo, jak przez cały mój sen, aż po przebudzenie. Potem, bez zdziwienia już, dolatują moich uszu nazwy następnych miejscowości, przez które nigdy nie miałem nadziei przejeżdżać, jak teraz przez Lindau, Konstancję, sądzę, że również Romanshorn, i mniej mam z nich zysku, niż gdybym jedynie o nich śnił, przeciwnie, tylko przeszkadzają. Jeśli się budzę w trakcie jazdy, wtedy przebudzenie jest silniejsze, ponieważ jest ono jak gdyby wbrew naturze snu pociągowego. Otwieram oczy i przez chwilę zwracam się ku oknu. Za wiele tam nie widzę, to zaś, co widzę, jest uchwycone niedbałą pamięcią śniącego. A jednak mógłbym przysiąc, że gdzieś w Wirtembergii, jak gdybym mógł w ogóle tę okolicę wyraźnie rozpoznać, o drugiej godzinie w nocy ujrzałem mężczyznę, który na werandzie swojego wiejskiego domu wychylił się nad poręczą. Za nim widniały na wpół otwarte drzwi oświetlonego gabinetu, jak gdyby tylko wyszedł, aby przed snem ochłodzić jeszcze głowę. ...Na dworcu w Lindau, ale też podczas przyjazdu i odjazdu, dało się słyszeć mnóstwo nocnych śpiewów, a ponieważ podczas takiej nocnej jazdy z soboty na niedzielę człowiek zamiata na dalekich trasach, trochę tylko wybity ze snu, mnóstwo nocnego życia na kupkę, sen wydaje się wyjątkowo głęboki, a niepokoje na zewnątrz wyjątkowo głośne. Także konduktorzy, których często widziałem biegnących za moimi zaparowanymi oknami i którzy nikogo nie budzili, a tylko chcieli spełnić swój obowiązek, w pustce przestrzeni dworcowych przesadnie głośno wykrzykiwali do nas do środka najpierw jedną sylabę nazwy stacji, a potem kolejne. Moich towarzyszy podróży kusiło, żeby złożyć nazwę w całość, lub też podnosili się, aby przez nieustannie przecieraną szybę przeczytać nazwę samodzielnie; lecz moja głowa już opadała z powrotem na drewno.

Jeśli już jednak można tak dobrze spać podczas jazdy jak ja – Samuel spędza, jak utrzymuje, całą noc z otwartymi oczami – to należy przebudzić się dopiero w momencie przyjazdu, aby w chwili przebudzenia ze zdrowego snu człowiek nie stwierdził, że, skurczony w jakimś kącie przedziału, ma tłustą twarz, wilgotne ciało, na wszystkie strony rozczochrane włosy, a także bieliznę i ubrania, które, nieczyszczone i nieprzewietrzone, od dwudziestu czterech godzin zalegają w kolejowym kurzu, i że w tym stanie musi jechać dalej. Gdyby miał teraz siłę, przeklinałby sen, a tak to tylko w skrytości może zazdrościć ludziom, którzy jak Samuel spali snem urywanym, za to jednak lepiej mogli baczyć na siebie, prawie całą trasę przebyli świadomie, a tłumiąc swój sen, do którego ostatecznie byliby przecież zdolni, nieprzerwanie zachowują jasność umysłu. Rankiem byłem całkowicie zdany na łaskę Samuela.

Staliśmy obok siebie przy oknie, ja tylko ze względu na niego, i podczas gdy on pokazywał mi, co trzeba zobaczyć ze Szwajcarii, oraz opowiadał o tym, co przespałem, ja kiwałem głową i wyrażałem podziw, dokładnie tak, jak tego sobie życzył. Szczęście, że albo nie dostrzega u mnie takich stanów, albo też mylnie je ocenia, albowiem właśnie w takich chwilach jest dla mnie sympatyczniejszy niż wtedy, gdy na to bardziej zasługuję. Poważnie myślałem jednak wówczas tylko o tej Lippert. Z trudem tylko potrafię zdobyć się na prawdziwą opinię o nowych przelotnych znajomościach, zwłaszcza z kobietami. W chwili bowiem gdy taka znajomość trwa w najlepsze, doglądam raczej siebie samego, bo tam właśnie jest dużo do roboty, tak więc i w niej dostrzegłem tylko śmiesznie małą część tego, czego domyślałem się w niej i zaraz straciłem. We wspomnieniach znowuż takie znajomości przyjmują natychmiast wielkie, godne uwielbienia formy, są tam bowiem nieme, podążają tylko za tym, co zajmuje je same, a całkowicie zapoznając naszą osobę, okazują pogardę dla naszych znajomości. Lecz był jeszcze jeden powód, dla którego tak bardzo tęskniłem za Dorą, kolejną dziewczyną z moich wspomnień. Tego ranka Samuel mi nie wystarczał. Chciał podróżować ze mną jako mój przyjaciel, lecz to było mało. Oznaczało to tylko, że w każdym dniu podróży będę miał przy sobie ubranego mężczyznę, którego ciało mogę oglądać jedynie w łazience, nie odczuwając, także pod wpływem owego widoku, najmniejszego nawet pożądania. Samuel ścierpiałby przecież w końcu moją głowę na swojej piersi, gdybym chciał się wypłakać, lecz czy na widok jego męskiej twarzy, lekko powiewającej spiczastej bródki, jego – zaraz już kończę – ściśniętych ust, napłynęłyby mi do oczu łzy wyzwolenia?

(Ciąg dalszy nastąpi)

[Młody, ambitny student]

Młody, ambitny