Profesor, którego nie chciałam - Monika Magoska-Suchar - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Profesor, którego nie chciałam ebook i audiobook

Monika Magoska-Suchar

4,3

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

579 osób interesuje się tą książką

Opis

Filipina Stanos, zwana przez najbliższych Fifi, marzy o studiach na wydziale malarstwa. Aby to osiągnąć, przeprowadza się do Aten i ciężko pracuje. Gdy w końcu nadchodzi dzień egzaminu wstępnego, dziewczyna, spiesząc się na uczelnię, powoduje stłuczkę auta, pod którego koła nieopatrznie wjeżdża swoim rowerem. Nie ma pojęcia, że kierowcą tego samochodu jest profesor Aleksander Werner – światowej sławy artysta i jej upragniony mentor. Mężczyzna nienawidzi piratów drogowych, dlatego w ramach zemsty sprawia, że Fifi nie zostaje przyjęta na studia. Zrozpaczona dziewczyna musi wrócić do rodzinnego domu. Jednak prowadzenie tawerny na Krecie to ostatnie, czego pragnie. W desperacji zaczyna więc szukać pracy, która pomoże jej wrócić do stolicy i ponownie zawalczyć o miejsce na upragnionej uczelni. Rola niani niepełnosprawnej córki bogatego samotnego ojca wydaje się być dla niej idealną posadą. Do czasu, gdy okazuje się, że jej pracodawcą jest nikt inny jak sprawca jej nieszczęść, profesor Werner...

 

– Czy już się pan na coś zdecydował? – zagadnęłam przymilnie.

            – Owszem – odpowiedział dobrze mi znanym głosem. – Na ciebie.

 

Powieść spodoba się fankom motywów from enemies to lovers, age gap oraz profesora i studentki.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 392

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 23 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Milena Staszuk

Oceny
4,3 (16 ocen)
10
3
1
1
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
FascynacjaKsiazkami

Nie oderwiesz się od lektury

Historia w której się zatracisz.Kocham i polecam💜🎨💟
20
maralalus

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna historia ❤️
20
izabelakos88

Nie oderwiesz się od lektury

piękna i wciągająca jak poprzednie części ❤️
10
paulinkaemka

Nie oderwiesz się od lektury

trochę narwany profesorek ale książka fajne ❤️
10
Mbotka_56

Dobrze spędzony czas

Super.
10



Rozdział pierwszy

NARA, FRAJERZE

Zaspałam…

Tak. Wiem. To było idiotyczne, zwłaszcza dziś, w dzień tak ważnego dla mnie egzaminu wstępnego na studia, który decydował o moim być albo nie być w Ateńskiej Szkole Sztuk Pięknych, ale stres i nieprzespane przez przygotowania do tego dnia noce dały mi się we znaki i to do tego stopnia, że to, co miało być drzemką na momencik, okazało się kamiennym snem. Dosłownie ścięło mnie z nóg, straciłam poczucie czasu, a budzik dzwonił i dzwonił bezowocnie. Gdyby nie Leona, moja sąsiadka z internatu, która zorientowała się, że coś nie gra i przyszła mnie obudzić, nie miałabym pojęcia, że jest już ranek i straciłabym szansę na realizację swojego marzenia. Studia na Wydziale Malarstwa przeszłyby mi koło nosa, a przecież to był mój cel i główna przyczyna przeprowadzki z rodzinnej Krety do stolicy.

I teraz miałam za swoje, bo zamiast na spokojnie szykować się do wyjścia, nie miałam czasu, aby się umalować czy dobrać właściwą do okazji garderobę. Po prostu nałożyłam to, co miałam pod ręką – białą, pomiętą bluzkę, którą obiecywałam sobie wyprasować zaraz po wstaniu, krótką spódniczkę w szkocką kratkę i podkolanówki. Nie był to absolutnie strój galowy, ale nie miałam wyjścia. Szukanie odpowiedniego ubrania zajęłoby dodatkowe minuty, które w obliczu mojego zaspania nabrały bezcennej wręcz wartości. Zdążyłam tylko związać włosy w koński ogon, a następnie chwyciłam torebkę oraz teczkę z pracami i zbiegłam na dół. Odpięłam swój rower od stojaka, co nie było łatwe, bo ręce drżały mi ze zdenerwowania, po czym wskoczyłam na siodełko i z impetem ruszyłam z miejsca.

Szybciej, szybciej!, poganiałam się w duchu, wyzywając się jednocześnie od idiotek. Taka szansa, a ja mogłam ją zaprzepaścić przez zwykłe zmęczenie!

No dobra, to nie było zmęczenie, a przemęczenie i w tym tkwił szkopuł, ale przecież egzaminujących nie będzie to interesować. Spóźnienie to spóźnienie, oznaczało utratę miejsca w kolejce, a ja miałam prezentować komisji swój dorobek jako pierwsza. I to nie byle jakiej komisji, ponieważ – jak dowiedziałam się jakiś czas temu, co skłoniło mnie do wprowadzenia dodatkowych poprawek w moich pracach – na jej czele miał stać sam profesor Aleksander Werner!

Nie do wiary, miałam pokazywać swoje dzieła komuś takiemu! To był największy ze współczesnych autorytetów w dziedzinie rysunku i malarstwa. Prawdziwy mistrz pędzla, mentor idealny, o którym marzył każdy początkujący artysta. W sumie nawet i dojrzały nie wzgardziłby radami kogoś tak doświadczonego i cenionego w świecie sztuki. On mnie podszkoli, doszlifuje talent, który przejawiałam, wskaże drogę do dalszego rozwoju, a może nawet wypromuje, otwierając drzwi do świata wielkich pieniędzy i docenienia na międzynarodowym rynku. To była jedna okazja na miliard, a ja byłam bliska zaprzepaszczenia jej. Ech…

No dawaj! Spinaj pośladki, Fifi, bo kariera malarki przejdzie ci koło nosa i na zawsze zostaniesz gosposią w rodzinnej tawernie!

Przyspieszyłam. Już nie pędziłam, a zdawałam się przelatywać przez kolejne wąskie i zatłoczone uliczki. Mijałam ludzi i samochody, jakby byli przeszkodami, a ja bohaterką gry, polegającej na tym, aby nie zderzyć się z nimi. Wszystko wokół rozmywało się w feerię barw, a ja prowadziłam rower bardziej na wyczucie niż świadomie. Moje spanikowane myśli zdominował profesor Werner. Przecież to znak od Opatrzności, że artysta o tak znakomitej renomie i międzynarodowej sławie od nowego roku akademickiego będzie wykładał na uczelni, do której chciałam się dostać. Dotychczas pracował w uchodzącym za najlepszy na świecie londyńskim Royal College of Art. Nagle zapragnął zmiany i postanowił edukować studentów w Grecji, co otwierało przede mną nowe możliwości, dotychczas niewyobrażalne. Niby mogłam się przenieść do Wielkiej Brytanii i zacząć naukę na jego macierzystej uczelni, bo tam mieszkała moja siostra Zoe, która z całą pewnością nie szczędziłaby grosza na moje wykształcenie, ale mnie nie interesowały półśrodki. Po pierwsze, byłam zbyt dumna na sponsoring. Nie chciałam cudzych pieniędzy, aby osiągnąć szczyt swoich marzeń, bo wówczas czułabym, że ten szczyt nie jest do końca mój, a jednocześnie miałabym dług u siostry, którego nie potrafiłabym spłacić. Po drugie, w Grecji trzymały mnie kwestie rodzinne. Tata zmarł przed rokiem, a mama nie mogła zostać sama z interesem, zwłaszcza że już sobie z nim nie radziła. Była chora na cukrzycę, która ostatnio postępowała szybciej niż dotychczas. Moje najstarsze siostry, Weronika i Zoe, mieszkały za granicą, natomiast w kraju zostałyśmy tylko ja i Tala. Jedna z nas musiała więc być na stałe przy mamie. Druga miała szansę na rozwój. Nie chciałam być tą, która utknie na greckiej prowincji. I choć bardzo kochałam mamę, a także naszą rodzinną miejscowość, nie umiałam się dla nich poświęcić. Zdałam egzaminy do liceum plastycznego, a po jego ukończeniu otrzymałam stypendium, które pozwoliło mi opuścić Kretę. Jeśli więc teraz nie uda mi się dostać na upragnione studia, szansę na wyrwanie się z domu zyska Tala. Siostra była starsza ode mnie o trzy lata. Chorowała na astmę, która mocno utrudniała jej życie. Wiedziałam jednak, że też chciałaby ruszyć w świat i realizować swoje marzenia – tak jak nasze siostry i ja. Często podczas rozmów ze mną wspominała o przystojnym i bogatym mężu. W końcu Weronika i Zoe takich miały. Trafiły idealnie. Ona też tego pragnęła, zdawała sobie jednak sprawę, że w naszych rodzinnych stronach takiego nie znajdzie. I choć życzyła mi jak najlepiej i poświęciłaby siebie dla mojego dobra, wiedziałam, że gdyby powinęła mi się noga i musiałabym wrócić na Kretę, ona z chęcią wyjechałaby z domu. Zamieniłybyśmy się wtedy miejscami. To był nasz niepisany układ. Jednak ja nie chciałam, aby ten scenariusz się ziścił, dlatego teraz nie mogłam nic zepsuć. A już na pewno nie przez to, że zaspałam – po kilku dobach ciągłego malowania i rysowania. Pragnęłam być najlepsza spośród osób, które dostały się do tego etapu egzaminów, jednak perfekcja, paradoksalnie, mogła odebrać mi to, czego tak bardzo pożądałam. Byłam tak blisko celu. Nie mogłam się poddać!

Szybciej! Szybciej, do cholery!

W tym momencie światło na skrzyżowaniu przy uczelni, na które właśnie miałam wjechać, zmieniło się na żółte. Samochody jadące przede mną zaczęły zwalniać, przygotowując się do zatrzymania, ale ja nie mogłam iść ich śladem. Dzwony pobliskiej cerkwi wybiły godzinę dziewiątą, podczas gdy moja tura egzaminu zaczynała się za dziesięć minut. Nic z tego. Nie mogłam zwlekać. Ten egzamin był ważniejszy niż przepisy ruchu drogowego!

Zdesperowana przemknęłam niczym strzała obok ustawionych w kolejce aut i wjechałam na skrzyżowanie.

Zdążę. Jeszcze nie było czerwonego. To tylko kilka sekund. Przejadę przez ulicę i…

I w tym momencie z prawej strony nadjechało auto. Dostrzegłam je kątem oka. Było wielkie i czarne. I jechało z ogromną prędkością.

To koniec. Rozjedzie mnie, przeleciało mi przez myśl, która miała być moją ostatnią, jednak przed marnym końcem pod kołami samochodu uratował mnie jego kierowca, który musiał mnie dostrzec i gwałtownie skręcił w prawo. Ja byłam uratowana, jednak z nim było gorzej – wjechał w pobliską latarnię.

Cholera…

Czmychnęłam na chodnik, po czym zsiadłam z roweru i skierowałam się w stronę rozbitego samochodu. Powinnam odjechać, bo gonił mnie czas, ale poczułam się w obowiązku sprawdzić, czy nic nie stało się mężczyźnie, który je prowadził. Poniekąd to była moja wina, a przecież nie chciałam mieć nikogo na sumieniu. Chodziło mi tylko o jak najszybsze dotarcie na egzamin. Nic ponadto. Moja przyszłość zależała od najbliższych dziesięciu minut. Nie przewidywałam jednak ofiar na swojej drodze do spełnienia marzeń o dostaniu się na prestiżowe studia.

– Jak jeździsz, gówniaro?! – Kierowca opuścił przyciemnianą szybę i wychylił się przez okno, złorzecząc. Jedyne, na co zwróciłam uwagę w tej chwili, to że był szpakowaty i miał na twarzy ciemne okulary.

Ha, a więc żył i nic mu nie dolegało. To tylko zwykła stłuczka. Na szczęście.

– Do ciebie mówię, wariatko! Wjeżdżać na czerwonym na skrzyżowanie! Prosto pod koła rozpędzonego auta! Kretynka! Twoi rodzice powinni się wstydzić, że wychowali piratkę drogową! – ciskał się mężczyzna.

Gówniara? Wariatka? Piratka drogowa? Okej, powinnam odjechać i zostawić krzykacza samego sobie, ale te słowa zadziałały na mnie niczym płachta na byka. Nie byłam gówniarą. Nie znosiłam, gdy ludzie z mojego otoczenia mieli mnie za małolatę, a tak było od zawsze. Niestety byłam najmłodszą z czterech sióstr Stanos, dlatego wszyscy członkowie mojej rodziny oraz znajomi nie traktowali mnie jak dorosłej, a przecież nią byłam. Skończyłam liceum, miałam osiemnaście lat. Od kilku lat mieszkałam sama w Atenach, a teraz zamierzałam iść na studia, choć w moich rodzinnych stronach mało kto tak robił. Może więc wyglądałam dziecinnie przez swój niski wzrost i młodzieńczą urodę, której przez poranny pośpiech nie zdążyłam podrasować makijażem, ale to nie zmieniało faktu, że dzieckiem nie byłam już od dawna i nie metryka to warunkowała, a moje doświadczenia życiowe i dojrzałość wypracowana przez samodzielność, do której zmusiły mnie okoliczności. Nazywając mnie obraźliwie gówniarą, ten facet uderzał w moje najczulsze struny i uruchamiał największe kompleksy, a przez to wzbudzał gniew, nad którym nie umiałam zapanować.

– Miałam żółte, dziadku! – odkrzyknęłam wzburzona. – Prawie mnie rozjechałeś! Geriatria w twoim wieku nie powinna zasiadać za kółkiem!

– Przez ciebie rozwaliłem samochód, tępa pannico! – odwarknął.

– Sam jesteś sobie winien! – Wzruszyłam ramionami. – Masz tyle lat na karku, że wypadałoby, abyś zdążył już nauczyć się przepisów ruchu drogowego!

– Już ja ich nauczę, ale ciebie! Zapłacisz mi za zniszczenia! – zaczął się odgrażać. – To auto jest nowe i drogie! Niedawno je kupiłem i…

– Chcesz mi zaimponować? – przerwałam mu z drwiną. – Próżny trud. Nie lecę na kasę, a nade wszystko nie lecę na dziadków.

– A ja nie lecę na rozbestwione smarkule, które mogłyby być moimi córkami – krzyknął.

Irytowałam go. I dobrze. Niech ma za swoje, nadęty buc! Tacy faceci jak on byli najgorsi – przekonani o swojej wyjątkowości, bo bogaci! Pieniądze dawały im władzę i zapewniały bezkarność. Że też musiał mi się trafić taki egzemplarz i to właśnie teraz, na kilka minut przed moim egzaminem…

Właśnie, egzamin!

Rany Boskie! Zapomniałam o tym, że powinnam już być na uczelni. Przez tego typa spóźnię się jeszcze bardziej i nici z moich ambitnych planów nauki pod okiem profesora Wernera.

– Raczej wnuczkami, a nie córkami – syknęłam. – Ale tym lepiej, bo teraz każde z nas może iść w swoją stronę.

Po tych słowach wsiadłam na rower.

– Zamierzasz, ot tak, odjechać? – pieklił się szpakowaty kierowca. – Wiedz, że nie ujdzie ci to na sucho. Moi prawnicy puszczą ciebie i twoją rodzinę z torbami! Dostaniecie wezwanie do zapłaty! Nie daruję ci tego, smarkulo!

Chyba żartował. Nie zamierzałam płacić za nic, skoro wina leżała także po jego stronie. Oboje wjechaliśmy na skrzyżowanie w niewłaściwym momencie – ja za późno, on za wcześnie. Do tego nie zachował odpowiedniej prędkości i zasad bezpieczeństwa. Postanowiłam jednak nie tłumaczyć się z tego, co było oczywiste, ani dłużej zwlekać, zwłaszcza że czas naglił, a mężczyzna wysiadł z samochodu, co zapowiadało dalszą pyskówkę. W odpowiedzi na jego zachowanie nie pozostawało mi więc nic innego, jak pokazać mu środkowy palec.

– Nara, frajerze! – Do palca dołożyłam jeszcze język, który mu pokazałam, po czym ruszyłam pędem w stronę pobliskich bram uczelni.

To nie był mój dzień. Oj, nie był, ale przecież dopiero się zaczął. Już moja głowa w tym, aby okazał się przełomowy, dlatego nie mogłam skupiać się na tym, co się wydarzyło i stresować gołosłownymi groźbami jakiegoś furiata. Czas było się uspokoić i wkroczyć na salę egzaminacyjną jak na triumfatorkę przystało.

Do dzieła, Fifi! Dasz radę! Ten dzień jeszcze będzie twój. Zaraz się o tym przekonasz…

Rozdział drugi

CZAS WRÓCIĆ NA ZIEMIĘ

Kręciłam się na krześle zdenerwowana. Przede mną za prezydialnym stołem siedziała komisja egzaminacyjna, jednak profesora Wernera wśród zebranych nie było. Jego miejsce pozostawało puste. Jak mnie poinformował profesor Valkirakis, który udzielał mi korepetycji z rysunku i pomagał kompletować teczkę prac na potrzeby dzisiejszego egzaminu, mój wyśniony mistrz nie dotarł z powodu jakichś problemów na drodze.

To mnie zdołowało. Byłam tu głównie dla niego. To znaczy i tak chciałam zdawać na ten kierunek, ale jego obecność na uczelni i perspektywa pracy u jego boku działały na mnie jako dodatkowy motywator. Zdałam wszystkie wcześniejsze testy najlepiej z moich rówieśników. Zostało mi już tylko i aż tyle: zaprezentować swój talent, a moje prace miały o nim zaświadczyć. Liczyłam, że słynny mistrz doceni go tak samo jak profesor Valkirakis, który zachwalał moją kreskę i kreatywność, rozbudzając marzenia o wielkiej karierze w artystycznym świecie. Ale jak miałam zaimponować Wernerowi, skoro on zwyczajnie nie przyszedł?! Miałam być triumfatorką, jego wymarzoną podopieczną, nieoszlifowanym diamentem, a tymczasem jego nie było!

Miałam ochotę się rozpłakać.

Okej, byli inni profesorowie, ale wiedziałam, że to jedna jedyna szansa, aby dostać się pod pieczę Wernera. Jeśli mnie nie oceni teraz, nie oceni pewnie już nigdy. Ponoć był chimeryczny i w swoich osądach nie kierował się opiniami innych, wyrabiając sobie własną na temat poszczególnych studentów. Jeśli więc dziś się nie pojawi, nici z moich marzeń. Za rok, nawet gdybym ponownie przystąpiła do egzaminów, może go już tu nie być. Nikt nie wiedział, dlaczego tak szanowany profesor, międzynarodowy autorytet i wybitny artysta z dnia na dzień rzucił wszystko i wybrał na miejsce swojej pracy i twórczości Ateny. Grecja mogła być jedynie jego kaprysem, chwilową odmianą. Może szukał weny i nowych bodźców? Jego życie osobiste było zagadką. Krył swoją prywatność, o czym świadczył fakt, że w internecie można było znaleźć wyłącznie wzmianki o jego dziełach i zawrotnych sumach, jakie osiągały one na aukcjach, a także o pracach naukowych, które napisał z zakresu malarstwa. To wyglądało trochę tak, jakby na jego życie nie składało się nic prócz sztuki. Zdjęć, zresztą mało aktualnych, także było niewiele, bo profesor unikał mediów. I to do tego stopnia, że od pewnego czasu nie pojawiał się na własnych wystawach, co budowało wokół niego klimat tajemniczości. W dobie tak powszechnych social mediów trzymał się na uboczu. Mimo to cieszył się niezwykłą popularnością na całym świecie, a jego obrazy były rozchwytywane. Fenomen. To wszystko świadczyło zarówno o jego geniuszu, jak i ekscentryczności, a także działało na mnie niczym magnes. Obcowanie z nim to byłby prawdziwy zaszczyt, tymczasem przewrotny los uwziął się dziś na mnie. Wszystko wskazywało na to, że nie poznam mojego idola i nie zdołam zaprezentować mu swoich prac, które naszykowałam specjalnie z myślą o nim.

Ciężko mi było się więc skupić, bo moje myśli krążyły wokół Wernera, a głowa mimowolnie odwracała się co chwilę w stronę drzwi wejściowych. Wciąż liczyłam na to, że się otworzą i stanie w nich mój mistrz, jednak nic takiego się nie działo, a z każdą minutą moje szanse na udowodnienie mu, że jestem jego idealną uczennicą, o której marzył równie mocno, co ja o nim jako o moim tutorze, topniały. Tymczasem członkowie komisji egzaminacyjnej rozpływali się nad moimi pracami:

– Rewelacyjna kompozycja.

– Połączenie sacrum i profanum tak płynne, że aż wiarygodne.

– Wydawało mi się, że tematy mitologiczne są u nas tak oklepane, że w ich ujęciu nikt mnie już niczym nie zaskoczy. Tymczasem pojawiła się panna Stanos ze swoimi współczesnymi interpretacjami mitów i jestem kupiony. Widziałbym panią w mojej grupie.

– Przedstawienie Posejdona jako zwykłego rybaka mógłbym mieć u siebie na ścianie.

– Mnie szczególnie ujęła Demeter – rolniczka. Wyniszczona pracą na roli Greczynka, która ścina złociste kłosy zbóż, jednocześnie dźwigając na plecach swoją córkę. Idealne uosobienie bogini płodności i urodzaju. To zdecydowanie mój numer jeden. Wysoko postawiła pani poprzeczkę, panno Filipino. Inni egzaminowani będą mieli problem, aby pani dorównać.

Uśmiechnęłam się lekko. Powinnam czuć się zaszczycona, że ci wszyscy zacni profesorowie tak mnie chwalą, ale ja byłam rozczarowana. Zależało mi wyłącznie na zdaniu Wernera. Co by powiedział na moje prace? Czy i jemu tak bardzo przypadłyby do gustu jak pozostałym? Czy by je pochwalił i na ich podstawie uznał, że byłabym godna miana jego uczennicy? Swoje prace wzorowałam na jego dziełach, jednocześnie zachowując własny styl. Redefiniowałam jego technikę i eksperymentowałam z kreską, traktując ją jako równorzędny środek wyrazu, a nie tylko pomocniczy kontur. Dzięki temu moje obrazy zyskały dodatkową głębię, unikalną fakturę i nowatorski charakter. Liczyłam, że to go zachwyci, jak zachwycało moich nauczycieli i tu obecnych egzaminatorów, jednak wszystko wskazywało na to, że moje starania nie miały głębszego sensu, bo Werner i tak ich nie doceni. Na nic mój trud i nadzieje, życie zweryfikowało moje plany po swojemu. Trafię pod skrzydła któregoś z tu obecnych i wtedy nici z międzynarodowej kariery, bo choć niewątpliwie byli to świetni nauczyciele, nie mieli zasięgu Wernera ani nie mogli pochwalić się równym mu dorobkiem artystycznym. W tej chwili czułam się bezsilna jak dziecko, a tego nienawidziłam. Musiałam pogodzić się z faktem, że będę się uczyć pod okiem kogoś innego i że tylko ubzdurałam sobie coś, co nigdy nie nastąpi. To jednak nie będzie łatwe, bo pokładałam w tym zbyt duże nadzieje i zbyt wiele czasu poświęciłam, aby wcielić je w życie.

– Panowie, musimy dojść do porozumienia. Panna Stanos jest jedna. Jakoś się nią podzielimy, czyż nie? – Zaśmiał się jeden z profesorów, choć mnie wcale nie było do śmiechu.

– Taka wybitna i dobrze rokująca studentka zasługuje na najlepszego z najlepszych, czyli na mnie! – odparł siedzący po jego prawej stronie starszy mężczyzna.

– Nie, bo na mnie! – Pokręcił głową jego sąsiad.

– Mylicie się. Ona jest stworzona dla mnie – stwierdził kolejny.

Przepychankę tutorów przerwało gwałtowne trzaśnięcie drzwiami, kierując uwagę zebranych w pomieszczeniu na mężczyznę, który z impetem wkroczył do środka.

– Ona nie jest stworzona dla nikogo! – oświadczył gniewnie nowo przybyły.

Że co?!

Wybałuszyłam na niego oczy i w tym momencie dotarło do mnie, że…

JA GO ZNAŁAM!

Ależ to jakiś żart! W stronę stołu prezydialnego kroczył właśnie szpakowaty kierowca, którego miałam wątpliwą przyjemność poznać chwilę wcześniej.

Co on tu robił?! Skąd się wziął?

A może… Może to jego zemsta za rozbite auto? Postanowił mnie pogrążyć na tak ważnym dla mnie egzaminie, bo chciał się odegrać? Tylko skąd wiedział, gdzie mnie szukać? Przecież tutejsza uczelnia była ogromna. Jakim więc cudem trafił akurat na mój egzamin? To nie trzymało się kupy. Jednak nie miałam najmniejszych wątpliwości, że to był właśnie on. Zdradzały go włosy i okulary przeciwsłoneczne skrywające mu oczy. Postura również, bo był rosły i dobrze zbudowany.

Cholera, cokolwiek go tu sprowadziło, nie wróżyło dla mnie zbyt dobrze, bo rozsierdzony mężczyzna dodał:

– A już na pewno nie jest stworzona do tego, aby uczyć się na tej zacnej uczelni!

– Aleksandrze, o czym ty mówisz? – zdumiał się profesor Valkirakis.

Aleksandrze?! Uderzyło mnie to imię, ale nie zdążyłam głębiej się nad nim zastanowić, bo pozostali egzaminatorzy zaczęli się burzyć:

– Panna Filipina to fenomen!

– Ależ ona rokuje najlepiej ze wszystkich potencjalnych studentów, którzy dziś wejdą do tej sali!

– Nikt z nas nie ma wątpliwości co do jej talentu i każdy z nas chce widzieć ją u siebie na zajęciach, dlaczego zatem twierdzisz, że nie powinna uczyć się w naszej szkole?

Byłam totalnie skołowana i nie pojmowałam tego, co właśnie się działo, a co gorsza – nie miałam żadnego wpływu na rozwój wydarzeń. Kimkolwiek był kierowca rozbitego auta, niewątpliwie cieszył się tu poważaniem i miał coś do powiedzenia w kwestii egzaminowanych, skoro pozostali byli ciekawi jego zdania.

– Ta dziewucha to pirat drogowy! – wybuchnął mężczyzna. – Rozbiłem przez nią auto, dlatego się spóźniłem. W dodatku jest tchórzem. Zamiast wziąć odpowiedzialność za swój haniebny czyn, uciekła z miejsca zdarzenia, a wcześniej się awanturowała. Jest też wulgarna i prostacka. Ktoś tak prymitywny, w dodatku stwarzający zagrożenie dla innych, nie może być brany pod uwagę jako kandydat na studenta tej uczelni. Młodzi artyści, którzy się tutaj kształcą, powinni być ludźmi z klasą. Niebezpiecznemu elementowi powinno się dziękować już na wejściu.

Niebezpiecznemu elementowi?! Ten krzykacz mówił o mnie jak o jakimś marginesie społecznym, a nawet mnie nie znał. Okej, nasze pierwsze spotkanie odbyło się w dość niefortunnych okolicznościach, ale to nie usprawiedliwiało tego, że zwyczajnie mnie oczerniał przed komisją egzaminacyjną. Naginał fakty, pomijając własną winę, a do tego uderzał w moją dumę. Nie byłam tchórzem, co postanowiłam mu udowodnić.

– Niech pan lepiej powie prawdę – żachnęłam się, wstając z miejsca. – Nie jestem jedyną winną tego, co się stało. O mało nie straciłam życia pod kołami pańskiego samochodu! No i kim pan w ogóle jest, aby zakłócać mój egzamin?! Lepiej niech pan opuści tę salę, inaczej wezwę służby porządkowe i oskarżę pana o nękanie.

Byłam pewna, że ten szaleniec się przestraszy i da mi wreszcie spokój, ale on zareagował w niebywały sposób – po prostu zaczął się śmiać.

– Profesorze Valkirakis – zwróciłam się błagalnie do swojego nauczyciela rysunku. – Niech pan coś zrobi. To stalker i wariat. Może być niebezpieczny. Boję się go…

Ku mojemu zdumieniu Valkirakis pobladł, a pozostali członkowie komisji zwiesili głowy, wyraźnie symulując zainteresowanie jakimiś dokumentami, które leżały na blacie przed nimi. Nikt z obecnych nie stanął w mojej obronie. Wszyscy wyglądali na przerażonych. Co tu się działo, do diabła?!

– Profesorze?! – powtórzyłam z naciskiem, ale zamiast Valkirakisa odpowiedział mi szpakowaty agresor:

– Przyszłaś na egzamin ze mną i nie wiesz, kim jestem? A to dobre!

Znów się śmiał – szyderczo, donośnie, potwornie irytująco. Byłam bezradna. To jakiś koszmar, a on był jego uosobieniem.

– Niech mnie zatem pan oświeci, skoro jestem aż tak niezorientowana, aby nie wiedzieć, z kim mam wątpliwą przyjemność rozmawiać – syknęłam, bo atak był moją jedyną bronią.

– Profesor Aleksander Werner do usług – przedstawił się. – I jako przewodniczący tej komisji egzaminacyjnej żądam, aby opuściła pani tę salę w trybie natychmiastowym. Inaczej to ja wezwę służby porządkowe i na karze pieniężnej za zniszczenie mojego mienia się nie skończy – dodał, częściowo papugując moje słowa sprzed chwili i dumnie zadzierając głowę.

A… Aleksander Werner?!

Ale jak to możliwe?

Przecież to żart! To nie mógł być on… W internecie wyglądał inaczej. Miał czarne włosy i…

I był młodszy!

W tym momencie poraziła mnie prawda. Boże, przecież zdjęcia w sieci były sprzed kilku lat, bo od pewnego czasu Werner chronił swoją prywatność. Teraz był starszy, dojrzalszy, dobrze po czterdziestce. Mógł osiwieć, to się zdarzało w takim wieku, zwłaszcza gdy ktoś miał sporo zmartwień lub chorował. Czasem decydowała o tym genetyka. W każdym razie w zmianie koloru jego włosów nie powinnam doszukiwać się niczego nadzwyczajnego.

Jakby na potwierdzenie prawdziwości swoich słów mężczyzna ściągnął okulary przeciwsłoneczne, a ja mogłam zobaczyć całą jego twarz i wtedy zdałam sobie sprawę, że faktycznie należy ona do mojego idola i mistrza. Miał te same szlachetne rysy, które znałam ze starych internetowych fotografii, prosty nos oraz surowe spojrzenie ciemnych oczu, które zdawały się przenikać na wskroś osobę, na którą patrzyły.

O kurwa…

Byłam zgubiona!

Takiego obrotu sprawy nie przewidziałam. Mężczyzna, dla którego zarywałam ostatnie noce, przygotowując idealne portfolio, i do którego skrycie wzdychałam przez cały okres pobytu w liceum plastycznym, marząc o możliwości poznania go i nauki pod jego okiem, okazał się awanturnikiem z rozbitego auta. On mnie prawie rozjechał, w dodatku nie zamierzał przyznawać się do błędu ani współdzielić ze mną winy, choć była ona niezaprzeczalna. Był butny, arogancki i kłótliwy, a przecież dotychczas miałam go za bóstwo, artystę doskonałego, mistrza, którego poszukiwałam. Jakże to rozczarowujące. Zderzenie z rzeczywistością okazało się bolesne, nie tak wyobrażałam sobie mojego mentora. Profesor Werner był kimś totalnie innym, niż to sobie ubzdurałam. Słyszałam co prawda, że był surowy, wymagający i krytyczny, ale nigdy mnie to nie zrażało, bo zdawałam sobie sprawę, że geniusze z reguły bywali specyficzni w obyciu. Nie miałam jednak pojęcia, że ten okaże się na dodatek aż takim dupkiem. Zwyczajnie go idealizowałam i przeceniałam. Mogłam znosić od niego połajanki dotyczące mojej sztuki, ale nie sytuacji, którą sprowokowaliśmy we dwoje!

I to mnie otrzeźwiło. Przecież on był odpowiedzialny za to, co się wydarzyło, tak samo jak ja. Dlatego nie miał prawa traktować mnie w ten sposób i to w obecności innych profesorów uczelni, na którą próbowałam się dostać.

– Nie wyrzuci mnie pan z mojego egzaminu – odparłam hardo, wysoko zadzierając głowę. – Nie jest pan rektorem, nie ma więc pan takiej władzy, profesorze. O moim losie zadecyduje wyłącznie jakość moich prac.

Lepiej, aby Werner skupił się na nich, a nie na niefortunnym zajściu, które nas skłóciło. Od tego tu był i tym powinien się zajmować, a nie roztrząsać na forum publicznym coś, co nas poróżniło. To było nieprofesjonalne i chciałam, aby to odczuł i zrozumiał swój błąd.

– Jakość pani prac? – Zmrużył oczy, cedząc złowróżbnie każde słowo.

– Owszem. Jesteśmy tu oboje, aby zajmować się sztuką, nie awanturami – stwierdziłam zaczepnie.

Wkurzałam go, to pewne. Ale on nie pozostawał mi dłużny. Okropnie mnie denerwował. Bardziej od niego irytował mnie jednak fakt, że nie był tym, kogo sobie wyśniłam. Że też mój idol musiał być takim arogantem i bubkiem. To nie do wiary!

Oczy mężczyzny zwęziły się jeszcze bardziej, a wokół nas zapanowała taka cisza, jakbyśmy byli na sali tylko we dwoje. Zupełnie jakby na czas naszej rozgrywki pozostali profesorowie zniknęli, a cały świat się zdematerializował.

– Chce się pani zajmować sztuką. Proszę bardzo – syknął w końcu Werner, po czym podszedł do stołu prezydialnego i sięgnął po pierwszą lepszą pracę leżącą na jego blacie.

To była chwila, której pragnęłam i o której marzyłam. Wielki mistrz, jeden z największych współczesnych artystów oglądał moje dzieło. W tej chwili jednak wcale mnie to nie cieszyło, ba, martwiło wręcz, bo mężczyzna przyjrzał się mu bardzo pobieżnie.

– O jakiej jakości mówimy, skoro ja widzę tu jedynie odtwórczą amatorszczyznę? – zapytał z drwiną w głosie, a ja pojęłam, że moje obawy były słuszne. On zamierzał mnie pogrążyć. Dla niego nie liczył się mój talent, ale to, żeby mi dopiec. Chciał mnie zniszczyć. To było pewne. Co za paskudny, pamiętliwy typ!

– Te bohomazy nie mają nic wspólnego z malarstwem – kontynuował swoją vendettę Werner. – To trywialne obrazki o równie trywialnej tematyce. Bogowie greccy. Na egzaminie praktycznym na greckiej uczelni. To żart z niej i kpina z tutejszych profesorów, którzy, jak mniemam, podzielają moje zdanie w tej materii, czyż nie, szanowni koledzy?

Popatrzył po towarzyszących mu tutorach, którzy pospuszczali głowy lub robili, co mogli, aby uciec przed moim spojrzeniem. Nagle żaden z nich nie śmiał się odezwać. Nikt, nawet Valkirakis, nie stanął w mojej obronie, choć wcześniej każdy z nich chwalił moje prace i widział mnie u siebie na zajęciach. Momentalnie straciłam ich wsparcie i pojęłam, że oni wszyscy zwyczajnie bali się Wernera i jego potęgi. On był prawdziwym autorytetem i gwiazdą tych murów. Z jego zdaniem nie dało się wchodzić w polemikę, bo to oznaczałoby kłótnię z kimś, kto był żywą legendą w artystycznym świecie, a tym samym ostracyzm w środowisku Ateńskiej Szkoły Sztuk Pięknych. Z kimś takim się nie dyskutowało, a nade wszystko nie podważało się jego zdania, bo to wiązałoby się z kłopotami, których nikt z tu zebranych zwyczajnie nie chciał.

– Pani prace, panno Stanos, to bazarowy kicz dla turystów. I tam właśnie, na bazarze, jest ich miejsce! – orzekł triumfalnie na zakończenie swojej tyrady, a ja poczułam się tak, jakby ktoś uderzył mnie w twarz i rzucił na kolana.

W sumie nie ktoś, a on. Cholerny Werner zwyciężył potyczkę. Pokonał mnie, rozgromił. Ja byłam nikim, on kimś. Nie miałam szans w starciu z jego autorytetem.

Łzy napłynęły mi do oczu, ale wiedziałam, że nie mogę się rozkleić. Byłam na to zbyt dumna i ten dupek musiał się o tym przekonać. A wraz z nim reszta egzaminatorów, którzy okazali się zwyczajnymi tchórzami, gotowymi poświęcić mój talent dla utrzymania dobrej relacji z tym potworem. Dlatego postanowiłam, że po raz ostatni stawię mu czoła, ale i spróbuję załagodzić sprawę na tyle, na ile było to konieczne, aby nie wyrzucił mnie z egzaminu.

– Ślęczałam nad tym, jak pan to nazywa, „kiczem” przez cały rok – oznajmiłam stanowczo. – A przez ostatni miesiąc nie robiłam nic innego prócz malowania. Rzuciłam pracę w kawiarni, aby udoskonalić swoją kreskę, a tym samym portfolio z pracami, które szykowałam, wiedząc, że będzie je pan oglądał i oceniał. Prawie nie sypiałam i nie jadałam, byleby stworzyć teczkę idealną, którą by się pan zachwycił. Tymczasem pan nawet dokładnie nie obejrzał jej zawartości, rzucając pobieżne spojrzenie na jeden z obrazów. Śmiem też twierdzić, że w swoim osądzie kieruje się pan prywatą, a to niegodne profesora pana pokroju. Powinien się pan wznieść ponad dumę i spojrzeć obiektywnie na to, co dla pana stworzyłam i panu dedykowałam. Nasze prywatne spory nie powinny wpływać na wynik tego egzaminu. Bez względu na to, co między nami zaszło, nadal pragnę uczyć się pod pana okiem i czerpać wiedzę od tak wybitnego tutora jak pan, profesorze, i…

– Nie dość, że spowodowała pani stłuczkę – przerwał mi wyraźnie rozsierdzony Werner – to jeszcze śmie pani podważać moje kompetencje, insynuując, że nie jestem w stanie ocenić kunsztu studenta na podstawie jego jednej pracy. To absurd! Od lat tworzę sztukę, promuję ją i jej uczę. Robię to zdecydowanie dłużej, niż ty jesteś na świecie, dziecinko, dlatego z łaski swojej zamilcz i przyjmij do wiadomości, że twój styl nie nadaje się do tej szkoły. Może kiedyś, jak się podszkolisz i okiełznasz swój wybuchowy charakterek, będziesz mogła startować tu ponownie, ale dziś mówię ci stanowcze nie. Ta uczelnia nie jest dla ciebie. Za wysokie progi. Lepiej to zaakceptuj i jeśli faktycznie chcesz kiedyś dostąpić zaszczytu nauki w takim miejscu jak ta placówka, jeszcze dziś zacznij doskonalić swój warsztat i szykować nową teczkę z pracami. A teraz nie marnuj już naszego i swojego czasu. Wiesz, gdzie są drzwi.

To było straszne. On, jego postawa i słowa. Ale też zachowanie pozostałych egzaminatorów, którzy wyglądali tak, jakby mieli zapaść się pod ziemię. Znów nikt nie przeciwstawił się potworowi, nikt nie zamierzał mnie bronić. Profesorowie, którzy dopiero co chwalili moje prace, teraz dawali nieme przyzwolenie, aby mnie zdyskwalifikować. To było niewiarygodne, wręcz surrealistyczne.

– Profesorze Valkirakis – zwróciłam się do swojego nauczyciela, jakby był moją ostatnią deską ratunku. – Naprawdę pozwoli pan na to, aby tak mnie potraktowano?

Mężczyzna gryzł nerwowo wargi, unikając mojego wzroku i patrząc na prace, które wykonywałam pod jego nadzorem. W końcu ośmielił się spojrzeć mi w oczy.

– Filipino, nie da się negować zdania kogoś tak wybitnego jak profesor Werner – stwierdził, wbijając mi tym samym nóż w plecy.

– A więc to tak – żachnęłam się. – Pozwoli pan… Pozwoli pan na to, abym została wyeliminowana i nie zdała egzaminu, choć zdaje pan sobie sprawę z niesprawiedliwości, która mnie spotyka. Nie zasłużyłam na to. I pan doskonale o tym wie…

Mężczyzna nie odpowiedział, tylko zwiesił głowę. Nie miałam w nim sojusznika i nie mogłam liczyć na jego wsparcie. Na nic godziny ciężkiej pracy, na nic korepetycje, których mi udzielał za ogromne pieniądze, jakie na nie łożyłam kosztem jedzenia czy drobnych przyjemności. Zostałam zniszczona przez Wernera i tych wpatrzonych w niego niczym w obraz słabeuszy. Moje marzenie zdeptano i wyrzucono do kosza jak śmieć – tylko dlatego, że przeszkadzało artyście, który miał się za Boga.

– W takim razie faktycznie nic tu po mnie – stwierdziłam słabo, bo głos zaczynał mi się niebezpiecznie łamać. Sięgnęłam po torebkę, odwróciłam się na pięcie, po czym pospiesznie ruszyłam do wyjścia. Starałam się zachować spokój i nie okazywać emocji, ale było to bardzo trudne, bo zbierało mi się na płacz.

– Panno Stanos, a pani teczka?! – zawołał za mną jeszcze któryś z egzaminatorów.

– Obejdzie się. Przecież to tylko bazarowy kicz – oznajmiłam, po czym opuściłam salę, donośnie trzaskając drzwiami. Na korytarzu otoczyli mnie pozostali kandydaci aplikujący na studia i zaczęli gorączkowo dopytywać:

– Co tak szybko? Ledwo wszedł, a ty już wychodzisz?

– Przyjęli cię?

– Jaki on jest? Jaki jest profesor Werner? Faktycznie taki ostry, jak mówią plotki?

To było straszne. Tłum wokół mnie zgęstniał. Wszyscy się przepychali i zadawali pytania, które raniły mnie niczym noże. Byłam bliska histerii, a oni tylko prowokowali jej szybszy wybuch. W końcu nie wytrzymałam. Gdy padło kolejne pytanie o Wernera, a także o to, jak oceniam egzamin z nim i jego jako człowieka, wykrzyknęłam wzburzona:

– Chcecie wiedzieć, jaki jest profesor Werner?! Proszę bardzo! To dupek! Dupek nad dupkami, egocentryk i zgred!

Po tych słowach wokół mnie zapanowała śmiertelna cisza, a na zgromadzonych padł blady strach. Obawiali się, że zostaną ukarani, gdy któryś z profesorów usłyszy inwektywy, jakie rzuciłam pod adresem gwiazdy tej uczelni. Miało to jednak ten pozytywny skutek, że czekający na egzamin odsunęli się ode mnie, jakbym była trędowata, dzięki czemu już bez dalszej zwłoki ruszyłam do wyjścia.

Kiedy znalazłam się poza budynkiem, wybuchnęłam płaczem.

Tyle zostało z moich marzeń. Czas wrócić na ziemię.

Rozdział trzeci

ZAWSZE JEST JAKIEŚ WYJŚCIE

Jak ja im to powiem?!

To pytanie towarzyszyło mi całą drogę z Aten na Kretę. Egzaminy dobiegły końca. Nie było dla mnie niespodzianką, gdy okazało się, że nie ma mojego nazwiska na liście przyjętych na wymarzone przeze mnie studia. Po spotkaniu z Wernerem pozostał niesmak i ocean wylanych łez. A teraz płynęłam promem i, wpatrując się w morskie fale, na nowo przeżywałam gorycz porażki, a jednocześnie odczuwałam lęk. Wieczorem stanę twarzą w twarz z mamą i Talą i co dalej? Wejdę do domu i oświadczę im, że zmarnowałam wszystkie lata swojego pobytu w Atenach przez jeden, wydawałoby się mało znaczący, ale jakże potężny w skutkach błąd, który polegał na wjechaniu na skrzyżowanie w złym momencie? Przecież to było irracjonalne. Wstydziłam się tego. Nie przejdzie mi to przez gardło. Co za upokorzenie!

Cholerny Werner! Cholerny Valkirakis i cała ta banda rzekomych mistrzów pędzla, która mnie oceniała! Wszyscy byli dupkami, tchórzami i malutkimi fiutkami! Wszyscy! Bez wyjątku!

Wyzywałam w myślach po raz milionowy profesorów z Ateńskiej Szkoły Sztuk Pięknych, ale wciąż nie czułam ulgi. Towarzyszyło mi za to poczucie niesprawiedliwości i krzywdy. Tylko się nakręcałam, ale prócz stresu nic z tego nie wynikało. Zostałam bez pracy i bez perspektyw. W dodatku bez weny twórczej, bo od feralnego egzaminu straciłam zapał i chęci do malowania. Zupełnie jakby Werner odebrał mi umiejętności, które posiadałam. Miałam wrażenie wypalenia i pustki. Nic mnie już nie cieszyło i nie inspirowało. I choć rysowałam, odkąd pamiętam, teraz nie byłam w stanie tego robić. Pierwszy raz w życiu nie cieszyło mnie i nie uspokajało trzymanie w rękach ołówka czy pędzla, bo byłam przekonana, że gdy tylko coś stworzę, będzie to znów bazarowy kicz i świat tego nie doceni.

Najgorsza była jednak świadomość, że nie miałam pojęcia, co dalej. Zaczęły się wakacje, czyli czas mojego powrotu do domu, aby pomóc rodzinie w najgorętszym okresie w roku. Do Malii, gdzie mieściła się nasza tawerna, zjeżdżały tłumy turystów. Lokal pękał w szwach i zarabiał na utrzymanie moich krewnych w okresie poza sezonem, gdy okolica świeciła pustkami. Wraz z końcem lata wracałam do Aten, aby kontynuować naukę. Teraz jednak, po raz pierwszy, nie miałam do czego i po co wracać. Powinnam zostać na Krecie, bo w stolicy nic mnie już nie czekało. Nie miałam szkoły, która by mnie chciała, ani za bardzo funduszy, aby utrzymać się samej. Wcześniej otrzymywałam stypendium dla najzdolniejszej uczennicy i dorabiałam dorywczo. Teraz, bez tych pieniędzy, na które liczyłam również podczas studiów w Ateńskiej Szkole Sztuk Pięknych, zwyczajnie nie było mnie stać na mieszkanie. Wraz z końcem wakacji kończyła się moja miejscówka w internacie, a najem przerastał mnie finansowo. Wszystko wskazywało więc na to, że wracam do Malii już na stałe. Mama i siostra na pewno będą wniebowzięte, że znów mieszkam z nimi, tylko że to oznaczało ostateczne zerwanie z wielkomiejskim życiem, które mi się podobało dużo bardziej od tego prowadzonego na prowincji. Byłam rozbita.

Może powinnam poprosić Zoe lub Weronikę o pomoc? Obie mieszkały za granicą, miały bogatych mężów i możliwości, jakimi ja nie dysponowałam. Dzięki nim i ich wsparciu z pewnością bez problemu dostałabym się do najlepszych uczelni artystycznych w Londynie czy Nowym Jorku. Zapewne też miałabym wystawy swoich prac w renomowanych galeriach i szybko wspięłabym się na szczyt, o którym marzyłam, bo ich bogactwo utorowałoby mi do niego drogę. To było nęcące rozwiązanie, ale duma wciąż powstrzymywała mnie przed skorzystaniem z tej alternatywy. Nie chciałam, aby mój sukces został kupiony za pieniądze sióstr. Pragnęłam sama do niego dojść i wypracować go, jak zrobiły to one. Zoe otwierała właśnie kolejną restaurację w Londynie, a tresowane pod jej okiem wierzchowce wygrywały międzynarodowe konkursy. Z kolei Weronika kontynuowała światową karierę jako wybitna tancerka u boku swojego męża. Obie robiły to, co kochały. Obie też były kochane przez swoich partnerów i to właśnie ta miłość zdawała się je uskrzydlać i pchać do przodu. Też tego pragnęłam i tego im zazdrościłam, ale nie chciałam, aby ktoś zarzucał mi, że wybiłam się na ich plecach. Nie. To nie było w moim stylu. Chciałam być samodzielna i zawdzięczać wszystko samej sobie i swojemu talentowi. Pytanie tylko, czy ja w ogóle jeszcze miałam ten talent, skoro odrzucono mnie na egzaminie wstępnym na Wydział Malarstwa? A wszystko to przez niego, przez cholernego Wernera! To jego wina! Że też musiał rozpocząć pracę w Ateńskiej Szkole Sztuk Pięknych, jakby nie mógł zostać w Wielkiej Brytanii. Że też miałam go za idola! Że też wjechałam na skrzyżowanie równocześnie z nim, jakby pchała nas ku sobie niewidzialna siła. Cóż za niefortunny zbieg okoliczności!

I tak trwałam przy barierce na górnym pokładzie promu, patrząc niewidzącym wzrokiem w morski horyzont, tocząc wewnętrzny monolog i wzdychając co jakiś czas z bezradności i gniewu.

– Fifi? To ty, skarbie? – W pewnym momencie z bolesnego zamyślenia wyrwał mnie damski głos.

Odwróciłam się niepewna, czy to nie złudzenie, bo dość głęboko tkwiłam w świecie smutnych analiz, aby zwracać uwagę na otoczenie. Przede mną stała koleżanka ze szkolnej ławki, z którą miewałam sporadyczny kontakt, mieszkając w Atenach.

– Witaj, Niki – przywitałam ją, próbując się uśmiechnąć, ale musiało mi to słabo wyjść, bo dziewczyna od razu zorientowała się, że coś nie gra.

– Co to za mina? – zdumiała się. – Wyglądasz, jakbyś jechała na pogrzeb, a nie do rodziny.

Skrzywiłam się, ale uśmiech znów mi się nie udał. Musiałam jednak coś odpowiedzieć. W końcu to była moja koleżanka, znałyśmy się nie od dziś, no i istniało duże, jeśli nie ogromne, prawdopodobieństwo, że jeśli nie dostanie ode mnie sensownego wyjaśnienia, w ciągu tygodnia będą o tym wiedzieć wszyscy mieszkańcy naszej okolicy. Malia uwielbiała ploteczki. W końcu zamieszkiwała ją mała społeczność, w której większość ludzi się znała, a już na pewno wszyscy znali lub choć kojarzyli rodzinę Stanos. Moje starsze siostry były tu traktowane jak celebrytki. Ich życie, tak idealne i medialne, było przedmiotem codziennych rozmów i plotek zawistników. Zoe i Weronika przysporzyły nam zarówno przyjaciół, jak i wrogów. Nie mogłam teraz dostarczyć tym drugim kolejnych sensacji. Niedoczekanie.

– Martwię się po prostu o pieniądze – odparłam to, co jako pierwsze przyszło mi do głowy.

Niki wyglądała na zdumioną.

– Nie masz pieniędzy? Przecież twoja rodzina jest bogata – stwierdziła.

– Poprawka. Moje siostry i ich mężowie są bogaci. Ja jestem biedna – oznajmiłam, starając się nadać głosowi żartobliwy ton, ale moja rozmówczyni nie dała się zwieść.

– Okej, wiem, że są dobrze sytuowane, ale myślałam, że tyczy się to także ciebie i Tali – powiedziała.

– My jesteśmy te „normalne” siostry Stanos – oznajmiłam z kpiną. – Nie mamy bogatych mężów i ich wsparcia, aby realizować nasze cele.

– Ale wkrótce pewnie będziecie miały – zachichotała. – W końcu, jak to u nas w Malii mówią, ładniejszych dziewczyn od sióstr Stanos próżno szukać na całej Krecie.

Nadal nie byłam w stanie się uśmiechnąć. Kompletnie mnie to nie bawiło, zwłaszcza w kontekście trudnej sytuacji, w jakiej się znalazłam.

– Wolałabym dojść na szczyt sama, bez udziału innych osób. Nie chcę do końca życia być komuś wdzięczna za to, że osiągnęłam sukces dzięki jego wsparciu – wyznałam.

– Jesteś ambitna. To się ceni – przyznała z uznaniem Niki.

– I bez grosza przy duszy – wtrąciłam smętnie.

– Szybko odbijesz się od dna. Zapowiadają, że to ma być dobry rok pod kątem turystów. Wszystko się ułoży. Ludzie lubią waszą kuchnię i polecają tawernę rodziny Stanos – próbowała mnie pocieszyć. Nie miała pojęcia, że to bezskuteczne.

– Pieniądze z utargów idą dla mamy i siostry, aby miały za co żyć w czasie zimy – odpowiedziałam. – Nie starczy tego na moje potrzeby. Życie w Atenach jest za drogie jak dla mnie. Chyba nie dam rady dalej tam mieszkać, bo brak mi na to funduszy.

Nie powiedziałam jej, że nie otrzymałam stypendium, bo nie dostałam się na upragnione studia, ale na szczęście Niki nie zgłębiała tego tematu, tylko żywo skomentowała moje słowa:

– Jesteś utalentowana. Masz zadatki na artystkę, dasz sobie radę. Nie możesz się poddać przez przejściowe kłopoty i to tak trywialne jak brak kasy. W Malii nie zrobisz kariery jako malarka, to pewne. Do tego trzeba życia w wielkim mieście i nauki u najlepszych przedstawicieli tego fachu.

Zrobiło mi się niedobrze na myśl o tych najlepszych przedstawicielach. Od razu przed oczami stanął mi szpakowaty Werner, potwór w ludzkiej skórze.

– Do tego też są niezbędne pieniądze, których nie mam – powiedziałam, zaraz dodając, aby uprzedzić jej pytanie o siostry: – A od Zoe i Weroniki nie chcę pożyczać. To nie w moim stylu błagać kogoś o kasę na swoje potrzeby.

Niki przyglądała mi się uważnie. Zaraz zapyta, dlaczego kieruję się dumą, albo mnie zgani, twierdząc, że to żaden wstyd korzystać z pomocy, zwłaszcza mając tak majętne rodzeństwo. Ku mojemu zaskoczeniu Niki oświadczyła:

– Rozumiem cię.

– Naprawdę? – Wytrzeszczyłam na nią oczy.

– Owszem – przytaknęła. – Sama nie chciałabym takiej pożyczki, za którą nie wiedziałabym, jak się odwdzięczyć. A jeszcze jakby się coś nie udało i plany wzięłyby w łeb, do końca życia miałabym poczucie, że zmarnowałam czyjąś kasę.

Kamień spadł mi z serca. Ktoś wiedział, co czuję i myślę. Fenomen.

– Dlatego chyba osiądę w Malii i zostanę z mamą i Talą – stwierdziłam. – Innego wyjścia nie widzę…

– Zawsze jest jakieś wyjście. Zawsze – powiedziała entuzjastycznie, chwytając mnie za dłonie.

– W tym wypadku chyba nie… – bąknęłam, spuszczając głowę.

– E tam. Praca w tawernie to niejedyna praca, jaka jest dostępna na Krecie – pocieszyła mnie. – I tak się składa, że chyba miałabym coś dla ciebie, o ile… lubisz dzieci!

Popatrzyłam na nią zaskoczona.

– Dzie… Dzieci? – wydukałam, nie bardzo wiedząc, co ma na myśli.

– Tak, dzieci. Jeśli ci nie przeszkadzają, chyba będę mogła ci pomóc – oświadczyła, uśmiechając się szeroko.

Szybko przeanalizowałam jej słowa. Byłam w desperacji, nie mogłam wybrzydzać. Musiałam jej wysłuchać.

– Raczej nie mam z nimi problemu – odpowiedziałam. – W mojej rodzinie jest sporo maluchów, poza tym w Atenach dorabiałam na imprezach i w hotelach jako animatorka. Uczyłam też rysunku w przedszkolu w ramach praktyk licealnych. Dzieci mi nie przeszkadzają, chyba mnie lubią, bo szybko znajdujemy wspólny język.

– To świetnie – skomentowała. – Tu nawet nie będziesz musiała szukać tego języka, bo ta mała jest niema.

Zmarszczyłam brwi podejrzliwie, pytając:

– O czym ty mówisz?!

– No przecież o pracy dla ciebie – zaśmiała się perliście.

– A co do tego mają nieme dziewczynki? – dociekałam nadal nieufnie.

– Bardzo dużo – parsknęła wciąż rozbawiona.

Jej postawa zaczynała mi działać na nerwy. Moje położenie było tragiczne. Nie byłam w nastroju do żartów.

– Czyli? – naciskałam.

– Czyli właśnie rozwiązałam twoje problemy finansowe – odparła pewnie.

– Nadal nie rozumiem… – zająknęłam się.

– Już ci wyjaśniam – odparła. – Pracuję dla agencji zajmującej się wynajmem niań. To bardzo opłacalne, zwłaszcza w okresie letnim.

Popatrzyłam na nią zaskoczona i zapytałam:

– Odkąd to bycie nianią jest opłacalne? A już szczególnie latem?

Niki uśmiechnęła się szeroko.

– Odkąd na naszą wyspę sprowadzają się bogaci turyści, którzy chcą w wakacje cieszyć się słońcem i urokami Krety – stwierdziła.

– I ci turyści naprawdę potrzebują nianiek? – powątpiewałam, bo brzmiało to dla mnie abstrakcyjnie.

– Oczywiście – potwierdziła. – Chcą odpocząć nie tylko od pracy, ale i od dzieci.

– W sumie to logiczne – odpowiedziałam po namyśle.

– I nawet nie wiesz, jak ostatnio częste – skomentowała ze znawstwem. – Rodzice idą w tango, a dziećmi musi się ktoś zająć, gdy oni imprezują. Stąd duży popyt na opiekunki.

– I to naprawdę może przynieść pieniądze? – zapytałam nadal bez przekonania.

– Już ci mówiłam, Fifi – chodzi o nianie dla dzieci bogaczy. Musisz zmienić sposób myślenia. Cudzoziemcy są skorzy zapłacić krocie za swój spokój. Pragną wypocząć. To jest dla nich bezcenne – wyjaśniła.

– Nawet jeśli tak jest, ja nie jestem nianią i nie należę do twojej agencji – westchnęłam ciężko.

Opieka nad dziećmi bogaczy nie brzmiała źle, ale musiałabym się do tego zahaczyć u odpowiedniego pracodawcy, a to na pewno było niełatwe ze względu na dużą konkurencję ze strony zawodowych opiekunek. No i nie miałam referencji ani kwalifikacji. Niki roztaczała przede mną nierealną wizję.

– To żaden problem. – Dziewczyna wzruszyła ramionami.

– Ależ co ty mówisz? – żachnęłam się i już chciałam podważyć jej optymizm i udowodnić, że mam rację, ale ona nie dała mi dojść do słowa, oznajmiając:

– Mówię, że to nie problem. Moja agencja szuka kogoś na moje miejsce. Zarekomenduję im ciebie.

– Na twoje miejsce? Dlaczego rezygnujesz z pracy, skoro twierdzisz, że jest tak bardzo opłacalna? – zdziwiłam się.

Coś tu się nie zgadzało. Ponownie ogarnęły mnie wątpliwości, ale Niki szybko je rozwiała, mówiąc:

– Wychodzę za mąż i przeprowadzam się do Salonik.

– O! Za Achillesa? – wykrzyknęłam zaskoczona.

– A jakże. – Błysnęła zębami. – Stara, szkolna miłość nie rdzewieje i patrz, do czego mnie doprowadziła. Ledwo stałam się pełnoletnia, a już będę żoną. W dodatku właściciela sklepu z pamiątkami, bo rodzice mojego narzeczonego chcą przekazać mu swój biznes w ramach prezentu ślubnego. Będę ustawiona do końca życia. Nie muszę już walczyć o każdy grosz, jak do tej pory.

Z grzeczności nie skomentowałam jej słów. Pełnoletniość dawała wiele możliwości, w tym ślub z kolegą z podstawówki. Ale dla mnie taka alternatywa była na końcu listy. Nie, absolutnie nie podzielałam jej entuzjazmu. Ja chciałam samodzielności, a nie zależności od kogoś. Oczywiście dla większości dziewczyn z moich okolic taki sposób myślenia stanowił abstrakcję. Wyjście za mąż oznaczało pewność. Od tej pory to mąż miał zastąpić ojca, ale i żywiciela rodziny. Dziewczyna nie musiała już martwić się o swój los, bo przenosiła to zmartwienie na swojego mężczyznę. Istne średniowiecze!

– Gratuluję. Cieszę się, że wam się wiedzie – skomentowałam, starając się wykrzesać z siebie entuzjazm, aby nie urazić Niki.

– Jestem szczęśliwa i tego szczęścia życzę i tobie – stwierdziła entuzjastycznie.

Skrzywiłam się.

– Ja w przeciwieństwie do ciebie nie poznałam nikogo ciekawego w szkole – stwierdziłam.

– Widać ten jedyny dopiero się objawi – zachichotała.

– Jasne. Wejdzie jako gość do naszej tawerny i rzuci mnie na klęczki. W dodatku będzie piękny i bardzo bogaty – zakpiłam.

– Takiego prędzej znajdziesz, pracując jako niania – oświadczyła z powagą.

Tym razem to ja zaczęłam się śmiać.

– Na bank zawrócę w głowie jakiemuś tatuśkowi – żartowałam.

– Jesteś piękna. To pewne – przytaknęła, a ja wywróciłam oczami.

– Bzdura. Ale miło, że tak sądzisz – odparłam, lekko się uśmiechając.

– Widzę, że w to powątpiewasz. Ale mam nadzieję, że to się zmieni – powiedziała. – Jak już wspomniałam, ci ludzie bywają bardzo bogaci. Samotni również. I właśnie takiego samotnego ojca tyczy się zlecenie, które miałam odrzucić z powodu mojego wyjazdu. Po to jadę na Kretę, aby złożyć wypowiedzenie.

– Miałaś opiekować się dzieckiem jakiegoś faceta? – zaciekawiłam się.

– Nie byle jakiego. To bogacz. Zdaje się jakiś artysta. Widziałam jego fotki. Gdybym nie była narzeczoną, leciałabym na niego. – Po tych słowach zniżyła konspiracyjnie głos i dodała z rozbawieniem: – No dobra. Lecę na niego nawet teraz, tylko nie mów nikomu.

Mnie to nie cieszyło. Artysta. Miałam ich po dziurki w nosie.

– Ja nie szukam męża, tylko sposobności do zarobku – żachnęłam się.

– Jedno może iść w parze z drugim. – Puściła do mnie oko. – Możesz zarobić kasę i znaleźć miłość.

– Podziękuję – odparłam niezbyt przyjaźnie. Coś, czego nie cierpiałam, to swatanie.

– Jeszcze zmienisz zdanie, jak zobaczysz tego gościa. Gorący tatusiek z niego, nie da się ukryć – parsknęła.

– Naprawdę ta twoja agencja nie ma innych klientów? – zapytałam z nadzieją.

– Podpytam, ale raczej wszystkie dziewczyny mają już swój wakacyjny przydział – stwierdziła. – Tego gościa dostałam ja i uważam, że naprawdę powinnaś w niego iść. Płaci dwadzieścia pięć tysięcy za miesiąc, z tego czterdzieści procent będzie dla ciebie, plus ewentualne napiwki i bonusy, które są wypłacane poza agencją przez zadowolonego klienta. To VIP. Nawet nie wiesz, jak się cieszyłam, gdy agencja mi go wytypowała, doceniając moją dotychczasową pracę u nich.

Niki coś jeszcze mówiła o tym, jak super jej się dotychczas pracowało dla tej firmy i jakie to osiągnięcia w niej odniosła, ale nie bardzo mogłam się skupić na jej słowach, bo w głowie włączył mi się kalkulator.

Czterdzieści procent z dwudziestu pięciu tysięcy to…

Rany, że też nie byłam świetna z matmy.

Dopiero po chwili dotarło do mnie, że to będzie dziesięć tysięcy…

Rany Boskie! DZIESIĘĆ TYSIĘCY EURO w miesiąc! Toż to prawdziwy majątek. Ten facet faktycznie musiał być bardzo bogaty, skoro stać go było na podobny wydatek dla swojej córki. Nagle pojęłam, że nie mam co wybrzydzać. To bez znaczenia, kim jest i czy coś jest nie tak z jego dzieckiem. Liczył się jedynie fakt, że dobrze płacił. Potrzebowałam pieniędzy. Taki zarobek mógł postawić mnie na nogi. Dorobię sobie, dzięki czemu wrócę do Aten i przez najbliższy rok poświęcę się rozwijaniu warsztatu tak, aby na kolejnych egzaminach żaden Werner nie był mi straszny i nie podciął mi skrzydeł. Podniosę się niczym Feniks z popiołów i wrócę do Ateńskiej Szkoły Sztuk Pięknych silniejsza i jeszcze lepiej przygotowana, niż byłam tym razem. Stworzę teczkę, w której będą same dzieła sztuki. W ich kontekście nikt nie ośmieli się wspomnieć o bazarowym kiczu. Moja gwiazda jeszcze rozbłyśnie, nie dam się stłamsić i zaszufladkować. Czas się ogarnąć i działać, a motywatorem będzie hojne honorarium od bogatego tatuśka.

– Poleć mnie! – oświadczyłam stanowczo, przerywając monolog Niki.

– O, jednak cię przekonałam! – zawołała entuzjastycznie.