Proces - Franz Kafka - ebook

Proces ebook

Franz Kafka

0,0

Opis

Aresztowanie Josefa K. dokonuje się w sposób tak dziwaczny, że początkowo zdaje się niezręcznym żartem. Stopniowo jednak, krok po kroku atmosfera zagęszcza się, a groteska ukazuje kryjące się w niej ziarno grozy. Jak potoczą się losy głównego bohatera powieści? Żeby dowiedzieć się tego — przeczytaj Proces Franza Kafki.

Znaczenie Procesu Kafki dla kultury i literatury

Nieuchwytne uwikłanie, zacieśniające wokół protagonisty swoje więzy i krok po kroku przechodzące w zagrożenie — czyli tzw. sytuacja kafkowska — stała się terminem, którego znaczenie daje się uchwycić właściwie tylko poprzez lekturę utworów Kafki, autora niezwykle oryginalnego, a jednocześnie jednego z najcelniejszych wyrazicieli ducha epoki. Proces (niem. Der Prozeß) to jego najbardziej rozpoznawalne dzieło, od lat obecne na listach lektur szkolnych, ale również wymieniane wśród najważniejszych książek naszej kultury. Na liście 100 książek XX wieku wg francuskiego dziennika „Le Monde” Proces Franza Kafki znalazł się na trzeciej pozycji na liście; figuruje również wśród 100 najlepszych książek Norweskiego Klubu Książki.

Wydźwięk Procesu. Alegoria, surrealizm i groteska

Proces Franza Kafki to powieść psychologiczna i surrealistyczna zarazem, operująca z jednej strony absurdem, z drugiej zaś parabolami, niczym dzieła religijne. Przy tym niezwykle istotny element stanowią w niej sceny i podteksty erotyczne. Powieść została wydana w 1925 roku, już po śmierci autora, który pracował nad nią ponad dziesięć lat. Bohater Procesu to tzw. zwykły, „szary człowiek”, przedstawiciel mieszczaństwa, zajmujący stanowisko prokurenta w banku, prowadzący umiarkowane, uporządkowane życie. Jego perypetie rozgrywają się w przestrzeniach równie zwykłych, niekiedy intymnych (jak sublokatorskie pokoje czy sypialnia adwokata), a jednak Josef K. (w innych tłumaczeniach spolszczony Józef K.) stał się postacią symboliczną, zaś jego prywatny dramat — wielką alegorią egzystencji ludzkiej.

Na Wolnych Lekturach znajdziesz e-book Proces Franza Kafki w nowym tłumaczeniu Katarzyny Łakomik. Przeczytaj utwór w aplikacji mobilnej, online lub pobierz na czytnik w wybranym formacie: EPUB, MOBI, PDF.

Książkę polecają Wolne Lektury — najpopularniejsza biblioteka on-line.

Franz Kafka
Proces
tłum. Katarzyna Łakomik
Epoka: Dwudziestolecie międzywojenne Rodzaj: Epika Gatunek: powieść psychologiczna

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 341

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Franz Kafka

Proces

tłum. Katarzyna Łakomik

Ta lektura, podobnie jak tysiące innych, jest dostępna on-line na stronie wolnelektury.pl.

Utwór opracowany został w ramach projektu Wolne Lektury przez fundację Wolne Lektury.

ISBN-978-83-288-8293-5

Proces

Książka, którą czytasz, pochodzi z Wolnych Lektur. Naszą misją jest wspieranie dzieciaków w dostępie do lektur szkolnych oraz zachęcanie ich do czytania. Miło Cię poznać!

Rozdział pierwszy

Aresztowanie — Rozmowa z panią Grubach — Potem panna Bürstner

Ktoś musiał oszkalować1 Josefa K., bo choć nie zrobił nic złego, pewnego ranka został aresztowany. Kucharka pani Grubach, od której wynajmował pokój, przynosząca mu codziennie koło ósmej śniadanie, tym razem nie przyszła. To się dotąd nigdy nie zdarzyło. K. zaczekał jeszcze jakiś czas w łóżku, skąd z głową na poduszce zobaczył starą kobietę mieszkającą w domu naprzeciwko, która obserwowała go przez okno z niezwykłym dla siebie zaciekawieniem, po chwili jednak, zdumiony i głodny, zadzwonił. Natychmiast rozległo się pukanie, po czym do środka wszedł mężczyzna, którego K. nigdy wcześniej w tym mieszkaniu nie widział. Był szczupły, a jednak silnie zbudowany; miał na sobie obcisły czarny strój, który — na wzór ubrań podróżnych — był wyposażony w rozmaite zakładki, kieszenie, sprzączki, guziki oraz pasek, przez co wyglądał niezwykle praktycznie, choć nie do końca było wiadomo, do czego służy.

— Kim pan jest? — zapytał K., podnosząc się w łóżku.

Mężczyzna jednak zignorował to pytanie, jakby należało zaakceptować jego obecność, i zapytał tylko:

— Pan dzwonił?

— Niechaj Anna przyniesie mi śniadanie — powiedział K. i zaczął w milczeniu wytężać uwagę i myśli, próbując dociec, kim właściwie jest ów mężczyzna. Lecz ten nie pozwolił mu się zbyt długo mierzyć wzrokiem, gdyż odwrócił się w stronę drzwi, a następnie lekko je uchylił, by odezwać się do kogoś, kto najwyraźniej stał tuż za nimi:

— Chce, żeby Anna przyniosła mu śniadanie.

W sąsiednim pokoju rozległ się krótki śmiech; z jego brzmienia nie można było wywnioskować, czy należał do jednej, czy wielu osób. Mimo iż nieznajomy nie dowiedział się tam niczego, czego już by nie wiedział, odezwał się do K. tonem meldunku:

— To niemożliwe.

— To coś nowego — rzekł K., wyskoczył z łóżka i pospiesznie włożył spodnie. — Chcę zobaczyć, kim są ci ludzie w pokoju obok i jak pani Grubach uzasadni mi to naruszenie spokoju.

Co prawda natychmiast do niego dotarło, że nie musiał wypowiadać tego na głos i że tym samym w pewnym sensie przyznał nieznajomemu prawo do nadzoru, choć nie to wydawało mu się teraz najważniejsze. Niemniej jednak nieznajomy właśnie tak to odebrał, gdyż chwilę potem zapytał:

— Nie woli pan tu zostać?

— Nie chcę tu ani zostać, ani w ogóle z panem dyskutować, póki mi się pan nie przedstawi.

— Miałem dobre intencje — powiedział nieznajomy i z własnej woli otworzył drzwi. Sąsiedni pokój, do którego K. wszedł wolniej, niżby chciał, na pierwszy rzut oka wyglądał niemal tak samo jak poprzedniego wieczoru. Był to zagracony meblami, obrusami, porcelaną i fotografiami salon pani Grubach; być może wydawał się dziś nieco przestronniejszy niż zazwyczaj, jednak nie rzucało się to od razu w oczy, zwłaszcza że główna zmiana polegała na obecności mężczyzny siedzącego przy otwartym oknie z książką, znad której podniósł teraz wzrok.

— Powinien był pan zostać w swoim pokoju! Franz panu tego nie powiedział?

— No ale czego panowie ode mnie chcą? — zapytał K. i przeniósł spojrzenie na rzeczonego Franza, który wciąż tkwił w drzwiach, a potem z powrotem na nowego znajomego. Przez otwarte okno znów dostrzegł starą kobietę, która z typowo starczą wścibskością przemieściła się do kolejnego okna w budynku naprzeciwko, aby kontynuować swoją obserwację.

— Chcę porozmawiać z panią Grubach... — zaczął K., wykonując ruch, jakby wyrywał się tym dwóm mężczyznom, chcąc ich wyminąć, choć obaj znajdowali się od niego daleko.

— Nie — powiedział ten przy oknie, rzucił książkę na stolik i wstał. — Nie może pan stąd wyjść, został pan przecież zatrzymany.

— Na to wygląda — odparł K. i po krótkiej chwili zapytał: — Ale dlaczego?

— Nie jesteśmy upoważnieni do udzielania panu takich informacji. Proszę się udać do swojego pokoju i tam zaczekać. Postępowanie zostało już wszczęte, we właściwym czasie dowie się pan wszystkiego. I tak już wykraczam poza swoje obowiązki, rozmawiając z panem w tak życzliwy sposób. Ale mam nadzieję, że poza Franzem, który wbrew wszelkim przepisom też jest dla pana miły, nikt tego nie usłyszy. Jeśli nadal będzie pan miał tyle szczęścia, co przy wyznaczaniu strażników, może pan być spokojny.

K. chciał usiąść, zauważył jednak, że poza fotelem przy oknie w całym pokoju nie było na czym.

— Jeszcze pan zobaczy, ile w tym wszystkim prawdy — odparł Franz, podchodząc do niego razem z drugim mężczyzną.

Szczególnie on przewyższał K. wzrostem i ciągle poklepywał go po ramieniu. Obaj przyjrzeli się dokładnie koszuli nocnej K. i stwierdzili, że odtąd będzie musiał nosić znacznie gorsze, ale tę koszulę dla niego przechowają, tak samo jak resztę jego bielizny, i zwrócą, gdy tylko sprawa rozstrzygnie się pomyślnie.

— Lepiej, żeby pan oddał swoje rzeczy nam niż do depozytu, bo tam często dochodzi do przywłaszczeń, a poza tym po jakimś czasie wszystkie przedmioty są sprzedawane, bez względu na to, czy dane postępowanie zostało zakończone. A jak długo mogą trwać takie procesy, zwłaszcza w ostatnim czasie... Rzecz jasna w końcu trafiłby do pana utarg z depozytu, ale po pierwsze byłaby to niewielka kwota, ponieważ przy sprzedaży decydująca jest nie wysokość oferty, lecz łapówki, a po drugie wiemy z doświadczenia, że takie utargi topnieją, gdy z roku na rok przechodzą z rąk do rąk.

K. nie słuchał zbyt uważnie; nie zależało mu za bardzo na prawie do dysponowania przedmiotami, które być może wciąż mu przysługiwało; o wiele ważniejsze było dla niego uzyskanie jasności co do swojego położenia; nie potrafił jednak w obecności tych mężczyzn zebrać myśli, gdyż drugi strażnik — bo mogli to być przecież tylko strażnicy — wciąż trącał go niemal po przyjacielsku brzuchem, ale kiedy K. podnosił na niego wzrok, widział jego suchą, kościstą twarz z mocno zarysowanym, krzywym nosem, która zupełnie nie pasowała do jego grubego ciała i porozumiewała się nad głową K. z drugim strażnikiem. Kim są ci ludzie? O czym oni mówią? Z ramienia jakiej władzy występują? K. żył przecież w praworządnym państwie, wszędzie panował pokój, przestrzegano wszelkich praw, kto śmiał napadać na niego we własnym mieszkaniu? Miał skłonność traktować wszystko z lekkością, wierzył w najgorsze dopiero wtedy, gdy już nadchodziło, nie podejmował żadnych środków ostrożności na przyszłość, choćby zewsząd czyhały na niego zagrożenia.

Teraz jednak takie podejście nie wydawało mu się właściwe, co prawda mógł to wszystko potraktować jako żart, niewybredny psikus spłatany z nieznanych mu powodów przez kolegów z banku, choćby dlatego, że miał dziś trzydzieste urodziny, oczywiście było to możliwe, niewykluczone, że wystarczyłoby jedynie roześmiać się strażnikom w twarz, by mężczyźni przyłączyli się do jego śmiechu; być może to jedynie bagażowi z rogu ulicy, wcale nie byli do nich niepodobni — jednak odkąd ujrzał strażnika Franza, K. był zdecydowany nie wypuszczać z rąk najmniejszej choćby przewagi, jaką mógłby mieć nad tymi ludźmi. W tym, że później ktoś mógłby go posądzić, iż nie zna się na żartach, dostrzegał niewielkie zagrożenie, pamiętał przecież dobrze — choć nie zwykł był wyciągać wniosków ze swoich doświadczeń — kilka przypadków, samych w sobie niewiele znaczących, kiedy w przeciwieństwie do swoich zapobiegliwych przyjaciół zachował się nieostrożnie, nie mając najmniejszej świadomości ewentualnych konsekwencji, i w rezultacie spotkała go za to kara. Coś takiego nie powinno się powtórzyć, przynajmniej nie tym razem; jeśli to jakaś komedia, chciał też w niej zagrać. Jeszcze był wolny.

— Panowie pozwolą — rzekł i pospiesznie przeszedł między strażnikami do swojego pokoju.

— Wydaje się rozsądny — usłyszał za sobą.

W pokoju zaczął od razu gwałtownie otwierać szuflady w swoim biurku. Wszystko leżało tam w wielkim porządku, lecz dokumentów, którymi mógłby się wylegitymować i których właśnie szukał, nie mógł w tym wzburzeniu znaleźć. W końcu doszukał się swojej legitymacji rowerowej i już miał z nią wrócić do strażników, gdy wydała mu się zbyt mało znacząca, więc szukał dalej, aż wreszcie znalazł swoją metrykę urodzenia.

Gdy powrócił do sąsiedniego pokoju, drzwi po przeciwnej stronie otworzyły się i stanęła w nich pani Grubach. Widział ją tylko przez chwilę, bo ledwie zauważyła K., wyraźnie się zmieszała, poprosiła o wybaczenie, wyszła i z największą ostrożnością zamknęła za sobą drzwi.

— Ależ niech pani wejdzie — zdążył jeszcze zawołać K.

Teraz stał pośrodku pokoju ze swoimi papierami, wciąż patrząc na drzwi, które już się nie otworzyły, ocknął się dopiero zawołany przez strażników siedzących przy stoliku obok otwartego okna i — jak K. teraz dostrzegł — spożywających jego śniadanie.

— Dlaczego nie weszła? — spytał.

— Nie wolno jej — rzekł wysoki strażnik. — Jest pan przecież aresztowany.

— Jakże mogę być aresztowany? I to w taki sposób?

— No i znów pan zaczyna — powiedział strażnik, zanurzając kromkę posmarowanego masłem chleba w pojemniczku z miodem. — Na takie pytania nie odpowiadamy.

— Będą panowie musieli na nie odpowiedzieć — odparł K. — Oto moje dokumenty. Teraz proszę mi pokazać wasze, a przede wszystkim chcę zobaczyć nakaz aresztowania.

— Na niebiosa! — rzekł strażnik. — Że też nie może się pan pogodzić ze swoim położeniem. Widać uwziął się pan, żeby nas, którzy w tej chwili najpewniej jesteśmy dla pana najbliżsi spośród wszystkich bliźnich, niepotrzebnie drażnić.

— Tak właśnie jest, proszę mi wierzyć — odezwał się Franz. Filiżanki kawy trzymanej w ręku nie podniósł do ust, lecz spojrzał na K. długim, zapewne niezwykle znaczącym, zupełnie jednak dla niego niezrozumiałym wzrokiem.

K. wdał się mimo woli w ten dialog spojrzeń z Franzem, wreszcie jednak uderzył dłonią w papiery i rzekł:

— Oto moje dokumenty.

— A cóż one nas obchodzą? — zawołał z kolei wyższy strażnik. — Zachowuje się pan gorzej niż dziecko. Czego pan chce? Chce pan doprowadzić swój wielki, przeklęty proces do rychłego końca przez to, że z nami, strażnikami, będzie pan rozprawiał o dowodzie tożsamości i nakazie aresztowania? My jesteśmy urzędnikami niskiej rangi, ledwie się znamy na dokumentach, a z pana sprawą nie mamy nic wspólnego poza tym, że dziesięć godzin dziennie będziemy pana pilnować i za to otrzymamy zapłatę. Nikim więcej nie jesteśmy. A jednak potrafimy zrozumieć, że władze wysokiego szczebla, w których służbie pozostajemy, gruntownie badają powody aresztowania, jak i osobę, której ono dotyczy, zanim wydadzą rozporządzenie o takim aresztowaniu. Tu nie ma żadnej pomyłki. Nasz urząd, o ile go znam — a znam tylko najniższe stopnie — nie szuka przecież winy wśród ludzi, lecz, jak głosi prawo, to wina go przyciąga i musi wówczas wysyłać strażników. Tak stanowi prawo. Gdzież więc mogłaby się tu znaleźć pomyłka?

— Nie znam tego prawa — rzekł K.

— Tym gorzej dla pana — odparł strażnik.

— Istnieje ono chyba tylko w waszych głowach — stwierdził K. Chciał jakoś wniknąć w ich sposób myślenia, obrócić go na swoją korzyść albo sam go przyjąć. Lecz strażnik odparł tylko z niechęcią:

— Jeszcze pan to na sobie odczuje.

— Widzisz, Willemie2 — wtrącił się Franz. — Przyznaje, że nie zna prawa, a jednocześnie twierdzi, że jest niewinny.

— Masz całkowitą rację, ale jemu niczego wytłumaczyć się nie da — rzekł ten drugi.

K. nic już nie odpowiedział. „Czy muszę — pomyślał sobie — pozwolić na to, by paplanina tych przedstawicieli najniższych organów — sami przyznają, że nimi są — tylko bardziej mieszała mi w głowie? Przecież mówią o sprawach, których wcale nie pojmują. Ich pewność siebie może wynikać tylko z głupoty. Kilka słów, które zamienię z kimś równym sobie, uczyni wszystko nieporównanie klarowniejszym niż najdłuższe dysputy z tymi ludźmi”.

Przeszedł się kilka razy po wolnej przestrzeni pokoju w tę i z powrotem, po przeciwnej stronie ujrzał znów tę samą starą kobietę, która przyciągnęła do okna jeszcze bardziej od niej wiekowego starca i trzymała go w objęciu. K. musiał położyć kres temu widowisku.

— Zaprowadźcie mnie do waszego przełożonego — rzekł.

— Dopiero gdy on sobie tego zażyczy, nie wcześniej — odparł strażnik, którego nazwano Willemem. — A teraz radzę panu — dodał — wrócić do swego pokoju, zachować spokój i czekać na to, co zostanie zarządzone w pańskiej sprawie. Radzimy panu, żeby pan porzucił te zbędne deliberacje, tylko się skupił, bo będą wobec pana stawiane wysokie wymagania. Nie potraktował nas pan tak, jak na to zasługiwała nasza życzliwość. Zapomniał pan, że my, kimkolwiek byśmy byli, jesteśmy przynajmniej w przeciwieństwie do pana ludźmi wolnymi, a to niemała przewaga. Mimo to jesteśmy skłonni, jeśli ma pan pieniądze, dostarczyć panu małe śniadanie z kawiarni naprzeciwko.

Nie odpowiadając na tę propozycję, K. stał przez chwilę nieruchomo. Może gdyby otworzył drzwi do drugiego pokoju, a nawet kolejne do przedpokoju, nie odważyliby się mu w tym przeszkodzić; może właśnie najłatwiej byłoby rozwiązać całą sprawę, posuwając się do ostateczności. Ale wtedy mogliby go też złapać, a gdyby raz został powalony, utraciłby całą tę przewagę, którą dotąd w pewnej mierze jednak nad nimi zachowywał. Dlatego wybrał pewność rozwiązania, jakie musiał przynieść naturalny bieg rzeczy, i wrócił do swego pokoju, przy czym nie padło już nawet jedno słowo — ani z jego strony, ani ze strony strażników.

Rzucił się na łóżko i wziął z umywalki dorodne jabłko, które poprzedniego wieczora przygotował dla siebie na śniadanie. Teraz stanowiło jego jedyny posiłek i w każdym razie było — co do tego zyskał pewność przy pierwszym dużym kęsie — bez porównania lepsze od śniadania z brudnej kawiarni całodobowej, jakie mógłby dostać dzięki łasce strażników. Poczuł się dobrze i bezpiecznie. Nie zjawi się wprawdzie dziś rano na swoim stanowisku w banku, lecz to, zważywszy na dość wysoką pozycję, którą tam zajmował, będzie łatwe do usprawiedliwienia. Czy powinien jednak podać prawdziwe wyjaśnienie? Miał taki zamiar. Jeśli mu nie uwierzą — co w tym wypadku byłoby zrozumiałe — może powołać na świadka panią Grubach albo i tych dwoje staruszków, którzy zapewne znowu podążali do okna naprzeciwko jego pokoju.

Dziwiło K., a raczej dziwiło go z perspektywy sposobu myślenia strażników, że kazali mu iść do swojego pokoju i pozostawili go tam samego, gdzie przecież miał niemało możliwości, by się zabić. Jednocześnie zapytał sam siebie, jakiż mógłby mieć ku temu powód. Może taki, że tamci dwaj siedzieli w sąsiednim pokoju i zawłaszczyli jego śniadanie. Byłoby to tak niedorzeczne, że choćby nawet chciał to zrobić, nie byłby w stanie z powodu tejże niedorzeczności. Gdyby ograniczenie umysłowe strażników nie było tak rażące, można by przypuścić, że i oni z tej samej przyczyny nie widzieliby żadnego zagrożenia w tym, że zostawili go samego. Mogli teraz, jeśli chcieli, patrzeć, jak podchodzi do szafki, w której trzyma dobrego sznapsa, jak wypija kieliszek, pierwszy zamiast śniadania, następny dla kurażu; a ten ostatni tylko z ostrożności, na wszelki, choć nieprawdopodobny, wypadek.

Nagle tak go przestraszył donośny okrzyk z pokoju obok, że uderzył zębami o szkło.

— Nadzorca pana wzywa — usłyszał. Przeraził go sam krzyk, to krótkie, urywane, wojskowe wrzaśnięcie, którego nigdy by się nie spodziewał po strażniku Franzu. Sam rozkaz był mu bardzo na rękę.

— Wreszcie! — zawołał w odpowiedzi, zamknął szafkę i natychmiast pospieszył do sąsiedniego pokoju.

Stali tam obaj strażnicy i jakby to było rzeczą najoczywistszą, wypędzili go z powrotem do jego pokoju.

— Co też panu przyszło do głowy? — wołali. — Żeby stawać przed nadzorcą w samej koszuli? Każe pana wychłostać, a i nam się dostanie!

— Zostawcież mnie, do diabła, w spokoju! — krzyknął K., którego już zapędzili z powrotem aż do samej szafy z ubraniami. — Jeśli ktoś napada na mnie w łóżku, nie może się spodziewać, że zastanie mnie w odświętnym garniturze.

— Nic pan tym nie wskóra — odparli strażnicy, którzy za każdym razem, gdy K. podnosił głos, stawali się zupełnie spokojni, niemal smutni, przez co wytrącali go z równowagi czy też w pewnym sensie przywoływali do rozsądku.

— Śmieszne ceremonie! — burknął, po czym jednak podniósł z krzesła marynarkę i przez chwilę trzymał ją oburącz, jakby poddawał ją pod osąd strażników. Ci potrząsnęli głowami.

— To musi być czarna marynarka — stwierdzili.

K. cisnął więc ubranie na podłogę i rzekł — sam nie wiedząc, co właściwie przez to rozumie:

— To przecież nie jest jeszcze rozprawa główna.

Strażnicy uśmiechnęli się, ale trwali przy swoim:

— To musi być czarna marynarka.

— Jeśli przez to przyspieszę sprawę, niech i tak będzie — powiedział K., sam otworzył szafę, długo szukał wśród wielu ubrań, wybrał swój najlepszy czarny garnitur z marynarką, który swoim taliowaniem wzbudzał wśród znajomych swojego rodzaju poruszenie, wyciągnął też inną koszulę i zaczął się starannie ubierać. W głębi ducha sądził, że przyspieszył bieg całej sprawy przez to, że strażnicy zapomnieli zmusić go do kąpieli. Obserwował ich, czy aby sobie jednak o tym nie przypomnieli, ale oczywiście wcale im to nie przyszło do głowy; natomiast Willem nie zapomniał posłać Franza do nadzorcy, aby ten mu zameldował, że K. się przebiera.

Gdy był już w pełni ubrany, musiał przejść tuż obok Willema przez pusty pokój sąsiedni do następnego pomieszczenia, którego dwuskrzydłowe drzwi były już otwarte. Pokój ten, o czym K. dokładnie wiedział, zamieszkiwała od niedawna panna Bürstner3, maszynistka, która zwykła bardzo wcześnie wychodzić do pracy i wracać późno, a z którą K. zamienił dotąd ledwie parę słów powitania. Teraz jej stolik nocny został przesunięty z miejsca obok jej łóżka na sam środek pokoju i pełnił rolę stołu rozpraw, za którym siedział nadzorca. Założył nogę na nogę, a jedną rękę trzymał na oparciu krzesła.

W rogu pokoju stało trzech młodzieńców, którzy oglądali fotografie panny Bürstner przyczepione do maty wiszącej na ścianie. Na klamce otwartego okna wisiała biała bluzka. Z okna naprzeciwko znów wyglądali ci sami staruszkowie, ale ich liczba się zwiększyła, gdyż za nimi, wyraźnie ich przewyższając wzrostem, stał mężczyzna z koszulą rozpiętą na piersi, który w palcach ugniatał i skręcał swoją rudawą spicbródkę.

— Josef K.? — spytał nadzorca, być może tylko po to, by skierować rozkojarzone spojrzenie K. ku sobie. K. skinął głową.

— Jest pan zapewne bardzo zaskoczony wydarzeniami dzisiejszego poranka — zagadnął nadzorca, przestawiając oburącz przedmioty na nocnym stoliku: świecę z zapałkami, książkę i poduszkę na igły, jakby to były rekwizyty potrzebne mu do rozprawy.

— W rzeczy samej — odrzekł K. i ogarnęło go poczucie przyjemnego zadowolenia, że wreszcie ma przed sobą człowieka rozsądnego, z którym będzie mógł porozmawiać o swojej sprawie. — W rzeczy samej, ale bynajmniej nie jestem bardzo zaskoczony.

— Nie bardzo zaskoczony? — powtórzył nadzorca i ustawił świecę pośrodku stolika, a pozostałe rzeczy rozmieścił wokół niej.

— Być może źle mnie pan zrozumiał — pospiesznie zauważył K. — Chodzi mi o to... — Tu urwał i rozejrzał się za krzesłem. — Chyba mogę usiąść? — zapytał.

— Nie jest to w zwyczaju— odparł nadzorca.

— Chodzi mi o to — podjął K. bez dalszej zwłoki — że istotnie jestem bardzo zaskoczony, lecz jeśli człowiek spędza trzydzieści lat na świecie i musi sobie sam torować drogę, jak to było pisane mnie, nabiera odporności na niespodzianki i nie przywiązuje do nich wielkiej wagi. Zwłaszcza do tej dzisiejszej.

— Dlaczegóż to zwłaszcza do tej dzisiejszej?

— Nie chcę twierdzić, że uważam całą tę sprawę za dowcip, bo poczynione przygotowania wydają mi się zbyt daleko idące. Musieliby w nich uczestniczyć wszyscy mieszkańcy pensjonatu, a także każdy z panów, a to już przekraczałoby granice dowcipu. Nie chcę więc twierdzić, że to żart.

— Całkiem słusznie — powiedział nadzorca i sprawdził, ile zapałek zostało w pudełku.

— Z drugiej jednak strony... — kontynuował K., zwracając się teraz do wszystkich obecnych, a chętnie włączyłby w to nawet te trzy osoby przy fotografiach. — Z drugiej jednak strony sprawa nie może być też zbyt doniosła. Wnioskuję to stąd, że jestem wprawdzie oskarżony, lecz nie potrafię znaleźć najdrobniejszej winy, z powodu której można by mnie oskarżyć. Ale i to jest mało istotne, najważniejsze pytanie brzmi: przez kogo zostałem oskarżony? Jaka władza prowadzi postępowanie? Czy panowie są urzędnikami? Żaden z was nie nosi munduru, chyba że nazwać mundurem to ubranie — tu zwrócił się do Franza — ale to raczej strój podróżny. W odniesieniu do tych pytań domagam się jasności i jestem przekonany, że po tym wyjaśnieniu nastąpi między nami najserdeczniejsze pożegnanie.

Nadzorca uderzył pudełkiem zapałek o stół.

— Jest pan w wielkim błędzie — rzekł. — Zarówno panowie, jak i ja jesteśmy dla pańskiej sprawy całkowicie nieistotni, właściwie prawie nic nam o niej nie wiadomo. Moglibyśmy mieć na sobie najodpowiedniejsze mundury, a pańska sprawa nie znajdowałaby się przez to ani trochę w gorszym położeniu. Nie mogę też panu wcale powiedzieć, że jest pan oskarżony, a raczej nie wiem, czy jest pan oskarżony. Jest pan aresztowany, to się zgadza, więcej nie wiem. Może strażnicy pletli coś innego, ale byłoby to wówczas czczą paplaniną. Skoro zaś nie odpowiem na pańskie pytania, mogę panu coś doradzić: proszę mniej myśleć o nas i o tym, co się z panem stanie, a więcej o sobie. I niech pan się tak nie chełpi tą swoją niewinnością. Psuje pan tym nienajgorsze wrażenie, które pan sprawia poza tym. Powinien pan w ogóle być powściągliwszy w mowie, bo prawie wszystko, co pan wcześniej powiedział, dałoby się równie dobrze wywnioskować z pańskiego zachowania, a nadto nie było to dla pana szczególnie korzystne.

K. wpatrywał się w nadzorcę. Czy miał tu otrzymywać nauki jak w szkole od człowieka być może od siebie młodszego? Czy za swoją otwartość miał być karany naganą? A o przyczynie swego aresztowania i o zleceniodawcy niczego się nie dowie?

Ogarnęło go pewne wzburzenie; zaczął chodzić tam i z powrotem, przed czym nikt go nie powstrzymywał; podwinął mankiety, dotknął klatki piersiowej, poprawił włosy, minął trzech mężczyzn i rzucił:

— Przecież to niedorzeczność.

Pozostali odwrócili się ku niemu i spojrzeli na niego z życzliwością, ale i z powagą, wreszcie K. zatrzymał się przed stołem nadzorcy.

— Prokurator Hasterer to mój dobry przyjaciel — odezwał się. — Mogę do niego zadzwonić?

— Oczywiście — odparł nadzorca — choć nie wiem, jaki miałoby to sens, chyba że ma pan z nim do omówienia jakąś sprawę prywatną.

— Jaki sens? — zawołał K., bardziej skonsternowany niż rozgniewany. — Kim pan w ogóle jest? Pan chce sensu, a sam czyni coś najbardziej bezsensownego na świecie. Czy to nie powód do rozpaczy? Najpierw ci mężczyźni napadają na mnie, a teraz tu siedzą albo stoją i każą mi odstawiać przed panem jakieś szopki. Jaki miałoby sens telefonowanie do prokuratora, skoro rzekomo jestem aresztowany? Dobrze, nie będę dzwonił.

— Ależ proszę bardzo — rzekł nadzorca, wyciągnął rękę ku przedpokojowi, gdzie stał telefon. — Proszę dzwonić.

— Nie, już nie chcę — powiedział K. i podszedł do okna.

Po drugiej stronie towarzystwo wciąż stało i zdawało się teraz, gdy K. sam stanął w oknie, nieco zdezorientowane tym zakłóceniem ich spokojnej obserwacji. Staruszkowie chcieli się podnieść, ale mężczyzna stojący za nimi ich uspokoił.

— Tam też są tacy widzowie — krzyknął głośno do nadzorcy K. i wskazał palcem na zewnątrz. — Precz stamtąd! — zawołał w ich stronę.

I rzeczywiście, cała trójka natychmiast cofnęła się parę kroków, dwoje staruszków nawet jeszcze dalej, żeby schować się za plecami mężczyzny, który swoim szerokim ciałem ich zasłonił i — sądząc po ruchach jego ust — coś powiedział, jednak z tej odległości nie było to zrozumiale. Całkiem jednak nie zniknęli, lecz zdawali się tylko czekać na chwilę, w której mogliby się niepostrzeżenie z powrotem zbliżyć do okna.

— Natrętni, podli ludzie! — powiedział K., odwróciwszy się ponownie w stronę pokoju.

Nadzorca — jak ocenił K., zerkając na niego kątem oka — być może się z nim zgadzał. Lecz było równie możliwe, że wcale go nie słuchał, bo jedną rękę trzymał przyciśniętą do stołu i zdawał się porównywać długość swoich palców. Dwaj strażnicy siedzieli na kufrze przykrytym ozdobną narzutą, pocierając kolana. Trzej młodzi ludzie położyli ręce na biodrach i rozglądali się bez celu. Panowała cisza niczym w zapomnianym przez wszystkich biurze.

— A więc, moi panowie — zawołał K., i przez chwilę zdawało mu się, że niesie ich wszystkich na ramionach — sądząc po waszych minach, moja sprawa wygląda na zakończoną. Jestem zdania, że najlepiej będzie nie zastanawiać się dłużej nad zasadnością czy bezzasadnością waszego postępowania, lecz całą sprawę zakończyć ugodowo uściskiem dłoni. Jeśli i wy jesteście tego zdania, proszę bardzo. — I podszedł do stołu nadzorcy, podając mu rękę.

Ten podniósł wzrok, zagryzł wargi i spojrzał na wyciągniętą dłoń K., który wciąż wierzył, że ten lada chwila ją uściśnie. Ale nadzorca wstał, chwycił sztywny, okrągły kapelusz, który leżał na łóżku panny Bürstner, i ostrożnie wsadził go sobie oburącz na głowę, jak zazwyczaj czyni się przy przymierzaniu nowych kapeluszy.

— Jak łatwe się to wszystko panu wydaje! — powiedział przy tym do K. — Myśli pan, że chcielibyśmy sprawę zakończyć ugodowo? Nie, nie, to naprawdę niemożliwe. Nie chcę przez to bynajmniej powiedzieć, że ma pan wpadać w rozpacz. Nie, dlaczegóżby? Jest pan tylko aresztowany, nic ponadto. To miałem panu do zakomunikowania, uczyniłem to i widziałem też, jak pan to przyjął. Tyle na dziś wystarczy i możemy się pożegnać, choć tylko chwilowo. Pewnie będzie pan się teraz chciał udać do banku?

— Do banku? — spytał K. — Myślałem, że jestem aresztowany.

K. zadał to pytanie z pewną przekorą, bo choć jego dłoń nie została przyjęta, czuł się, zwłaszcza od momentu, w którym nadzorca wstał, coraz bardziej niezależny od tych ludzi. Bawił się nimi. Miał nawet zamiar, gdyby mieli odejść, pobiec za nimi aż do bramy i zaproponować, żeby go aresztowali. Dlatego też powtórzył:

— Jakże mogę pójść do banku, skoro jestem aresztowany?

— Ach tak — rzekł nadzorca, który był już przy drzwiach — źle mnie pan zrozumiał. Jest pan aresztowany, z pewnością, ale nie powinno to panu przeszkadzać w wypełnianiu obowiązków zawodowych. Nie powinno to także zakłócać zwykłego trybu pańskiego życia.

— A więc to aresztowanie wcale nie jest takie straszne — powiedział K. i podszedł do nadzorcy, który odparł:

— Nigdy nie twierdziłem inaczej.

— Wydaje się zatem, że nawet samo zawiadomienie o aresztowaniu nie było specjalnie konieczne — rzekł K. i podszedł do niego jeszcze bliżej.

Pozostali też się zbliżyli. Teraz wszyscy stali ściśnięci tuż przy drzwiach.

— To był mój obowiązek — powiedział nadzorca.

— Głupi obowiązek — stwierdził K. nieustępliwie.

— Być może — odparł nadzorca — ale nie traćmy czasu na takie gadanie. Założyłem, że chce pan iść do banku. Skoro tak uważnie słucha pan każdego słowa, dodam: nie zmuszam pana do tego, sądziłem jedynie, że będzie pan chciał to zrobić. Aby to panu ułatwić i uczynić pańskie przyjście do banku jak najmniej rzucającym się w oczy, zatrzymałem tu tych trzech panów, pańskich kolegów, do pańskiej dyspozycji.

— Co takiego? — zawołał K. i popatrzył na nich ze zdumieniem.

Owi, tak niepozorni, bladolicy młodzieńcy, których miał z tyłu głowy jako towarzystwo stojące przy fotografiach, byli w rzeczywistości urzędnikami jego banku, nie kolegami, to byłoby za wiele powiedziane i dowodziło jakiejś luki we wszechwiedzy nadzorcy, ale jednak niższymi pracownikami banku. Jak K. mógł to przeoczyć? Do jakiego stopnia musiał być zaabsorbowany nadzorcą i strażnikami, skoro nie rozpoznał tych trzech? Sztywnego Rabensteinera4, który wciąż wymachiwał rękami, jasnowłosego Kullicha o zapadłych oczach i Kaminera z tym odpychającym uśmiechem wywołanym przez przewlekły przykurcz mięśni.

— Dzień dobry! — powiedział po chwili K. i wyciągnął rękę do mężczyzn, którzy skłonili się z kurtuazją. — Nie poznałem panów. A więc pójdziemy do pracy, prawda?

Panowie radośnie i ochoczo pokiwali głowami, jakby tylko na to czekali. Lecz gdy K. zauważył nagle brak swojego kapelusza, który został w jego pokoju, wszyscy trzej pospieszyli po niego, jeden za drugim, co zdradzało jednak pewne zakłopotanie. K. stał nieruchomo i patrzył za nimi przez dwa otwarte pokoje; rzecz jasna na samym końcu biegł zaledwie, eleganckim truchtem, zobojętniały Rabensteiner. Kaminer wręczył kapelusz K., który musiał sam sobie powtórzyć — co zresztą robił już nieraz w banku — że uśmiech jego współpracownika nie był zamierzony, ba, że Kaminer w ogóle nie potrafił się uśmiechać rozmyślnie.

Pani Grubach, która wcale nie wyglądała, jakby specjalnie poczuwała się do winy, otworzyła w przedpokoju przed całym towarzystwem drzwi mieszkania, a K. jak zwykle spojrzał na tasiemkę fartucha, która niepotrzebnie wrzynała się tak głęboko w jej potężne ciało.

Dotarłszy na dół, K., trzymając w ręku zegarek, zdecydował się pojechać automobilem, by nie powiększać niepotrzebnie swojego, i tak już wynoszącego pół godziny, spóźnienia. Kaminer pobiegł na róg ulicy, by wezwać pojazd, dwaj pozostali próbowali najwyraźniej jakoś zająć K., kiedy nagle Kullich wskazał na przeciwległą bramę, w której właśnie zjawił się wysoki mężczyzna z jasną szpicbródką i w pierwszej chwili, jakby nieco zakłopotany, że pokazuje się w swojej całej postaci, cofnął się do ściany i oparł o nią. Staruszkowie byli chyba jeszcze na schodach.

K. zdenerwował się na Kullicha, że zwrócił uwagę na człowieka, którego on sam dostrzegł już wcześniej, a nawet się go spodziewał.

— Proszę tam nie patrzeć — wyrzucił z siebie, nie dostrzegając, jak osobliwie brzmi taki sposób zwracania się do dorosłych mężczyzn.

Wszelkie wyjaśnienia nie były jednak konieczne, gdyż właśnie podjechał automobil, wsiedli więc do niego i ruszyli w drogę.

Dopiero teraz przypomniało się K., że w ogóle nie zauważył odejścia nadzorcy i strażników; najpierw nadzorca przesłonił mu trzech urzędników, a teraz znowu oni nadzorcę. Nie świadczyło to o zbytniej przytomności umysłu, toteż K. postanowił w przyszłości pilnować się i uważać baczniej.

A jednak półświadomie odwrócił się jeszcze, wychylił przez tył automobilu, by a nuż zobaczyć nadzorcę i strażników. Lecz zaraz odwrócił się z powrotem i rozsiadł wygodnie w rogu pojazdu, nie próbując już nikogo wypatrywać.

Choć wcale nie sprawiał takiego wrażenia, właśnie teraz potrzebował otuchy, lecz panowie wydawali się zmęczeni: Rabensteiner wyglądał z pojazdu po prawej, Kullich po lewej, i tylko na twarzy Kaminera trwał ten grymas, z którego niestety nie wolno było żartować, gdyż zakazywała tego zwyczajna ludzka przyzwoitość.

Tej wiosny K. miał zwyczaj spędzać wieczory w ten sposób, że po pracy, jeśli tylko było to możliwe — na ogół siedział w biurze do dziewiątej — wybierał się na krótki spacer, sam albo z innymi urzędnikami, a potem zachodził do piwiarni, gdzie w towarzystwie przeważnie starszych panów przesiadywał do około jedenastej przy tym samym stoliku. Zdarzały się jednak wyjątki od tego rozkładu dnia, gdy na przykład dyrektor banku, który wysoko cenił K. za pracowitość i niezawodność, zapraszał go na przejażdżkę automobilem albo do swojej willi na kolację. Poza tym raz w tygodniu K. odwiedzał dziewczynę imieniem Elsa, która nocami do późnego ranka obsługiwała gości jako kelnerka w pewnej winiarni, a w ciągu dnia przyjmowała gości, w ogóle nie wstając z łóżka.

Tego jednak wieczoru — dzień upłynął mu na wytężonej pracy i przyjmowaniu wielu serdecznych i pełnych uznania życzeń urodzinowych — K. chciał natychmiast wrócić do domu. Myślał o tym podczas wszystkich krótkich przerw w pracy; czuł, jakby poranne zajścia spowodowały wielki nieład w całym mieszkaniu pani Grubach i jakby właśnie on był potrzebny, by przywrócić tam porządek, choć sam do końca nie wiedział, co dokładnie ma na myśli. Jeśli jednak raz ten porządek zostanie przywrócony, wszelki ślad po tamtych wydarzeniach zniknie i wszystko znów potoczy się dawnym torem. Nie miał powodów do żadnych obaw, zwłaszcza ze strony trzech urzędników: z powrotem wtopili się w jedno ogromne ciało personelu bankowego, nikt by po nich nie zauważył żadnej zmiany. K. wezwał ich kilkakrotnie do swojego biura, w pojedynkę i razem, wyłącznie w tym celu, by poddać ich swojej obserwacji; za każdym razem jednak mógł ich z satysfakcją odesłać.

Kiedy około pół do dziesiątej wieczorem dotarł pod kamienicę, w której mieszkał, spotkał w bramie młodego chłopaka, który stał tam w rozkroku, paląc fajkę.

— Kim pan jest? — zapytał natychmiast K., zbliżając twarz do chłopaka; w półmroku sieni niewiele można było dostrzec.

— Jestem synem dozorcy, łaskawy panie — odpowiedział chłopak, wyjął fajkę z ust i odsunął się na bok.

— Synem dozorcy? — spytał K. i uderzył niecierpliwie laską o posadzkę.

— Czy łaskawy pan życzy sobie czegoś? Mam pójść po ojca?

— Nie, nie — odparł K., a w jego głosie brzmiało coś przebaczającego, jakby chłopak zrobił coś złego, a on mu to darował. — Wszystko w porządku — dodał jeszcze i ruszył dalej, ale nim wszedł na schody, ponownie się obejrzał.

Mógł pójść prosto do swego pokoju, ale że chciał pomówić z panią Grubach, zapukał od razu do jej drzwi. Siedziała przy stole, dziergając na drutach pończochę, na blacie leżał cały stos starych pończoch. K. w roztargnieniu prosił o wybaczenie, że przychodzi tak późno, lecz pani Grubach była bardzo miła i nie chciała słuchać o żadnych przeprosinach, na rozmowę z nim przecież zawsze znalazłaby czas, K. doskonale wie, że jest jej najlepszym i najulubieńszym lokatorem.

K. rozejrzał się po pokoju, który zastał w jego zwykłym stanie, naczynia po śniadaniu stojące rano na stole przy oknie też już były uprzątnięte.

„Kobiece ręce doprawdy potrafią wiele zdziałać w ciszy”, pomyślał. „Sam pewnie potłukłbym te naczynia, ale na pewno bym ich nie wyniósł”. Spojrzał na panią Grubach z pewną wdzięcznością.

— Dlaczego pani jeszcze pracuje mimo tak późnej pory? — zapytał.

Siedzieli teraz oboje przy stole, a K. raz po raz zanurzał rękę w pończochach.

— Mam sporo pracy — odparła. — W ciągu dnia należę do lokatorów, jeśli więc chcę doprowadzić swoje rzeczy do porządku, zostają mi tylko wieczory.

— Dziś chyba przysporzyłem pani dość niezwykłej pracy.

— Czemu? — spytała nieco ożywionym tonem, odkładając robótkę na kolana.

— Mam na myśli mężczyzn, którzy byli tu rano.

— Ach, no tak — powiedziała, odzyskując z powrotem spokój. — Nie przysporzył mi pan pracy.

K. patrzył w milczeniu, jak ponownie wzięła do ręki pończochę.

„Wydaje się zdziwiona, że o tym mówię”, pomyślał. „Chyba uważa rozmowę o tym za coś niewłaściwego. Tym ważniejsze, żebym to właśnie zrobił. Mogę o tym porozmawiać wyłącznie ze starą kobietą”.

— Owszem, na pewno przybyło pani pracy— powiedział. — Ale to się już nigdy więcej nie powtórzy.

— Nie, to nie może się powtórzyć — potwierdziła z naciskiem i spojrzała na K. niemal z nostalgią.

— Naprawdę pani tak sądzi? — zapytał K.

— Tak — odpowiedziała ciszej — ale przede wszystkim nie powinien pan się tym nadto przejmować. Cóż to się nie dzieje na tym świecie! A skoro rozmawia pan ze mną w takim zaufaniu, panie K., to przyznam się panu, że trochę podsłuchiwałam pod drzwiami, a i sami strażnicy też mi co nieco poopowiadali. W końcu tu chodzi o pańskie szczęście, a na nim naprawdę mi zależy, może nawet bardziej, niż powinno, bo przecież tylko wynajmuję panu pokój. Tak więc co nieco słyszałam, ale nie mogę powiedzieć, żeby to było coś bardzo złego. Nie. Jest pan wprawdzie aresztowany, ale nie tak, jak aresztuje się złodzieja. Kiedy się kogoś aresztuje jak złodzieja, o, wtedy to jest coś złego, ale pańskie aresztowanie wydaje mi się jakąś uczoną sprawą. Proszę mi wybaczyć, jeśli gadam głupstwa, ale wydaje mi się właśnie taką uczoną sprawą, nie rozumiem tego co prawda, ale też wcale nie trzeba tego rozumieć.

— To nie są żadne głupstwa, pani Grubach. Przynajmniej po części podzielam pani zdanie, z tą różnicą, że osądzam to wszystko jeszcze bardziej surowo od pani i nie uważam tego nawet za coś uczonego, lecz po prostu mam to za nic. Zaskoczono mnie, ot co. Gdybym od razu po przebudzeniu, nie pozwalając się zmylić nieobecnością Anny, wstał i bez względu na kogokolwiek, kto by mi stanął na drodze, poszedł prosto do pani, gdybym tym razem wyjątkowo zjadł śniadanie w kuchni, gdybym poprosił panią o przyniesienie ubrania z mojego pokoju — słowem, gdybym postępował rozsądnie, do niczego by nie doszło, wszystko, co miało się wydarzyć, zostałoby zduszone w zarodku. Ale człowiek jest tak słabo przygotowany. W banku na przykład jestem przygotowany, tam coś takiego nigdy by mi się nie przytrafiło. Mam własnego woźnego, na biurku przede mną stoją telefon centralny i wewnętrzny, ciągle ktoś przychodzi, zarówno strony ze swoimi sprawami, jak i urzędnicy, a ponadto i przede wszystkim jestem tam nieustannie zajęty pracą, a więc zawsze obecny duchem; wręcz sprawiłoby mi przyjemność, gdyby skonfrontowano mnie z podobną sprawą właśnie tam. No cóż, to już jest za mną i właściwie nawet nie chciałem o tym więcej mówić, pragnąłem tylko usłyszeć pani osąd, osąd rozsądnej kobiety, i bardzo się cieszę, że się w tym zgadzamy. Teraz musi mi pani podać rękę, taka zgodność musi zostać przypieczętowana uściskiem dłoni.

„Czy poda mi rękę? Nadzorca odmówił mi uścisku dłoni”, pomyślał i spojrzał na kobietę inaczej niż zwykle, badawczo.

Wstała, bo i on wstał, była nieco zakłopotana, bo nie wszystko, co mówił K., było dla niej zrozumiałe. Na skutek tego zakłopotania powiedziała coś, czego wcale nie chciała powiedzieć i co było zupełnie nie na miejscu:

— Niech się pan tym tak nie przejmuje, panie K. — powiedziała, a w jej głosie słychać było łzy i oczywiście też zapomniała podać mu dłoń.

— Nie sądzę, żebym się tak przejmował — rzekł K., który poczuł się nagle zmęczony i uświadomił sobie bezwartościowość wszelkich zapewnień tej kobiety.

Przy drzwiach zapytał jeszcze:

— Panna Bürstner jest w domu?

— Nie — rzekła pani Grubach, a podczas udzielania tej suchej odpowiedzi uśmiechnęła się ze spóźnionym roztropnym współczuciem. — Jest w teatrze. Chciał pan coś od niej? Mam jej coś przekazać?

— Ach, chciałem tylko zamienić z nią parę słów.

— Niestety nie wiem, kiedy wróci; jeśli wychodzi do teatru, zwykle wraca późno.

— Jest mi to zupełnie obojętne — powiedział K. i już odwracał pochyloną głowę ku drzwiom, by odejść. — Chciałem ją tylko przeprosić, że zająłem dziś jej pokój.

— Nie trzeba, panie K., za bardzo myśli pan o innych, panna Bürstner i tak o niczym nie wie, od wczesnego ranka nie było jej w domu, ale też wszystko zostało przywrócone do porządku, niech pan sam zobaczy.

I otworzyła drzwi do pokoju panny Bürstner.

— Dziękuję, wierzę pani — rzekł K., lecz mimo to podszedł do otwartych drzwi.

Światło księżyca wpadało spokojnie do ciemnego pokoju. Na ile można to było dostrzec, rzeczywiście wszystko znajdowało się na swoim miejscu, nawet bluzka nie wisiała już na klamce okna. Poduszki zdawały się leżeć na łóżku niespotykanie wysoko, część z nich w blasku księżyca.

— Panna Bürstner często wraca do domu późno — powiedział K. i spojrzał na panią Grubach, jakby to ona ponosiła za to odpowiedzialność.

— Ot, jak to młodzi ludzie! — odrzekła pani Grubach usprawiedliwiająco.

— Pewnie, pewnie — rzekł K. — ale to może zajść za daleko.

— To prawda — potwierdziła pani Grubach — ma pan, panie K., całkowitą rację. Może nawet i w tym przypadku. Na pewno nie chcę szkalować panny Bürstner, to dobra i miła dziewczyna, uprzejma, schludna, punktualna, pracowita, bardzo to wszystko doceniam, ale jedno jest prawdą: powinna mieć w sobie więcej dumy, być mniej przystępna. Widziałam ją w tym miesiącu już dwa razy w odległych zaułkach, za każdym razem z innym mężczyzną. Przykro mi to mówić, a klnę się na Boga, że mówię to tylko panu, panie K., choć chyba nie uniknę rozmowy na ten temat z panną Bürstner. Zresztą to nie jedyna rzecz, która budzi moje podejrzenia.

— Jest pani w błędzie — wybuchnął K., niemal niezdolny do ukrycia gniewu. — Poza tym najwyraźniej opacznie zrozumiała pani moją uwagę o pannie Bürstner, nie o to mi chodziło. Nawet panią szczerze ostrzegam, by nie mówiła jej niczego, całkowicie się pani myli, znam pannę Bürstner bardzo dobrze, w pani słowach nie ma ani krzty prawdy. Zresztą może i ja przesadzam, nie chcę pani przed niczym powstrzymywać, niech pani jej mówi, co chce. Dobrej nocy.

— Panie K. — zawołała błagalnie pani Grubach i pospieszyła za nim aż do jego drzwi, które już otworzył. — Przecież wcale nie chcę rozmawiać z panną Bürstner już teraz, oczywiście najpierw zamierzam ją dalej poobserwować, tylko panu zwierzyłam się z tego, co wiem. W końcu w interesie każdego lokatora leży troska o utrzymanie pensjonatu w czystości, a to jest moim jedynym celem.

— Czystość! — zdążył jeszcze krzyknąć K. przez szparę drzwi. — Jeśli chce pani utrzymać pensjonat w czystości, musi pani najpierw wymówić pokój mnie.

Potem zatrzasnął drzwi i zignorował ciche pukanie.

Jako że i tak wcale nie miał ochoty zasnąć, postanowił w ogóle nie kłaść się do łóżka i przy tej okazji ustalić, kiedy panna Bürstner wróci. Może wówczas byłoby też możliwe, choćby i nie bardzo to wypadało, zamienić z nią jeszcze parę słów. Gdy siedział w oknie i przymknął zmęczone oczy, pomyślał nawet przez chwilę o tym, by ukarać panią Grubach i namówić pannę Bürstner, żeby razem z nim złożyła wypowiedzenie. Zaraz potem wydało mu się to jednak straszliwie przesadzoną reakcją i nawet zaczął podejrzewać samego siebie, że wprost zmierza do tego, by wskutek porannych zajść zmienić miejsce zamieszkania. Nie mógłby zrobić nic głupszego, a przede wszystkim bardziej bezsensownego i godnego pogardy.

Gdy wypatrywanie na pustą ulicę mu zbrzydło, położył się na kanapie, uchyliwszy nieco drzwi do przedpokoju, by każdego, kto wejdzie do mieszkania, móc z tego miejsca od razu dostrzec. Leżał tam spokojnie, paląc cygaro, mniej więcej do jedenastej. Potem jednak nie potrafił tego dłużej wytrzymać i wyszedł na chwilę do przedpokoju, jakby mógł tym sposobem przyspieszyć przybycie panny Bürstner.

Nie czuł wobec niej żadnego szczególnego pragnienia, nie potrafił sobie nawet dokładnie przypomnieć, jak wygląda, ale teraz chciał z nią wreszcie porozmawiać i irytowało go, że swoim późnym powrotem wprowadza dodatkowy niepokój i nieład na zakończenie tego dnia. Była też winna temu, że nie zjadł dziś wieczerzy i że zaniechał planowanej wizyty u Elsy. Obie te rzeczy mógłby zresztą jeszcze nadrobić, udając się teraz do winiarni, w której Elsa obsługiwała gości. I zamierzał to też uczynić, tyle że później, po rozmowie z panną Bürstner.

Minęło już pół do dwunastej, kiedy dały się słyszeć kroki na klatce schodowej. K., pogrążony w swoich myślach, przeszedł się głośno tam i z powrotem po przedpokoju, jakby to był jego własny pokój, po czym schował się za swoimi drzwiami. Oto i przyszła panna Bürstner. Drżąc z zimna i zaciskając mocniej jedwabny szal na swoich wąskich ramionach, zamknęła za sobą drzwi. W kolejnej chwili zapewne miała się udać do swojego pokoju, do którego K. nie powinien wchodzić o północy; musiał więc zagadnąć ją teraz, nieszczęśliwym sposobem zapomniał jednak włączyć w swoim pokoju światło, tak że domyślił się, że jego wynurzenie się z mroku nieuchronnie musiałoby wyglądać jak napaść, a przynajmniej porządnie wystraszyć kobietę. Bezradny i świadomy, że nie ma czasu do stracenia, wyszeptał przez uchylone drzwi:

— Panno Bürstner. — Zabrzmiało to jak prośba, nie jak wołanie.

— Kto tu jest? — spytała panna Bürstner, rozglądając się szeroko otwartymi oczami.

— To ja — rzekł K. i wyłonił się z ciemności.

— Ach, pan K.! — powiedziała z uśmiechem panna Bürstner. — Dobry wieczór. — Podała mu rękę.

— Chciałem z panią zamienić parę słów, pozwoli pani teraz?

— Teraz? — zapytała panna Bürstner. — Musi to być teraz? To trochę dziwne, nie sądzi pan?

— Czekam na panią już od dziewiątej.

— No tak, byłam w teatrze, przecież się tego nie spodziewałam.

— Powód tego, co chcę pani powiedzieć, wyniknął dopiero dziś.

— Rozumiem. Cóż, co do zasady nie mam nic przeciwko temu, poza tym, że padam ze zmęczenia. Zapraszam więc na kilka chwil do mojego pokoju. Tu na pewno nie możemy ze sobą rozmawiać, pobudzilibyśmy wszystkich, i czułabym się z tym źle; przez wzgląd na nas jeszcze bardziej niż na nich. Proszę tu zaczekać, aż zapalę u siebie światło, wtedy proszę je zgasić tutaj.

K. spełnił tę prośbę, ale potem poczekał jeszcze chwilę na ciche zaproszenie panny Bürstner do jej pokoju.

— Proszę usiąść — rzekła, wskazując na otomanę; sama jednak, mimo wspomnianego zmęczenia, stała wyprostowana przy poręczy łóżka; nie zdejmując nawet swego kapelusika przystrojonego prawdziwym przepychem kwiatów. — Cóż więc pan chciał? Zaintrygował mnie pan. — Lekko skrzyżowała nogi.

— Być może pani stwierdzi, że sprawa nie jest tak pilna, by omawiać ją właśnie teraz, jednak...

— Wstęp zawsze puszczam mimo uszu — przerwała mu panna Bürstner.

— To mi ułatwia zadanie — powiedział K. — Dzisiejszego ranka porządek w pani pokoju, w pewnym sensie z mojej winy, został nieco naruszony; stało się to za sprawą obcych ludzi, wbrew mojej woli, lecz jednak, jak powiedziałem, z mojej winy. Chciałem więc panią przeprosić.

— W moim pokoju? — spytała panna Bürstner i zamiast na pokój popatrzyła badawczo na K.

— Tak właśnie było — odparł K. i oboje po raz pierwszy spojrzeli sobie w oczy. — Okoliczności, w jakich do tego doszło, same w sobie nie są warte nawet słowa.

— Ależ właśnie one są w tym najciekawsze — rzekła panna Bürstner.

— Nie — odparł K.

— Cóż, nie chcę wnikać w cudze tajemnice; jeśli pan obstaje przy tym, że to nieciekawe, nie będę się sprzeciwiać. Przeprosiny, o które pan prosi, z chęcią przyjmuję, zwłaszcza że nie widzę ani śladu nieporządku. — Z dłońmi opartymi w całości na biodrach obeszła cały pokój. Zatrzymała się przy macie ze zdjęciami. — A jednak! Proszę spojrzeć — zawołała. — W moich fotografiach rzeczywiście panuje bałagan. Naprawdę nieładnie. A więc ktoś był w moim pokoju bez mojego pozwolenia.

K. skinął głową i w duchu przeklął urzędnika Kaminera, który nigdy nie potrafił poskromić swojej nużącej, bezsensownej żywotności.

— Przedziwne — powiedziała panna Bürstner — że zmuszona jestem zabronić panu czegoś, czego powinien pan sobie zabronić sam, a mianowicie wchodzenia do mnie pod moją nieobecność.