Potworny regiment - Terry Pratchett - ebook
Opis

Wszystko zaczęło się od nagłego, dziwnego kaprysu. Polly Perks musiała szybko stać się chłopcem. Ścięcie włosów i noszenie spodni było łatwe. Trudniej przyszło jej nauczyć się puszczać bąki i bekać w towarzystwie, a także chodzić jak małpa... Teraz zaciągnęła się do wojska i szuka zaginionego brata. Ale trwa wojna. Zawsze trwa jakaś wojna. Polly i inni rekruci wpadają w jej wir bez żadnego przeszkolenia. I ściga ich nieprzyjaciel. Po swojej stronie mają najchytrzejszego sierżanta w całej armii oraz wampira dręczonego żądzą kawy. No... mają też pewien sekret. A kiedy uderzają w samo serce sił przeciwnika, muszą wykorzystać wszystkie zdolności potwornego regimentu.

Czytelnik daje się porwać tej niezwykłej narracji, świadomy, że ma do czynienia z prawdziwym oryginałem wśród współczesnych pisarzy - fantastą, który lubi ostry humor i zabawne imiona, ale którego absurdalny świat jest w istocie poważną wizją rozmaitych militarystycznych lęków, które sprawiają, że ciągle skaczemy sobie do gardeł. „The Times”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 482

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność

Kolekcje



TerryPratchett

Potworny regiment

Świat Dysku Fragment

przełożył Piotr W. Cholewa
Wydawnictwo Prószyński i S-ka

Potworny regiment

Polly ścięła włosy przed lustrem. Miała trochę wyrzutów sumienia z powodu tego, że nie ma z tego powodu żadnych wyrzutów sumienia. Powinny przecież być jej chwałą i dumą; wszyscy powtarzali, że są piękne, ale do pracy i tak zakładała na nie siatkę. Zawsze sobie mówiła, że się u niej marnują. Uważała jednak, by długie złociste loki wylądowały na kawałku płótna, rozłożonym w tym właśnie celu.

Jeśli już przyznałaby się do jakiejś silniejszej emocji, to tylko do czystej irytacji, że strzyżenie było wszystkim, czego potrzebowała, by udawać młodego chłopca. Nie musiała nawet bandażować sobie piersi, co – jak słyszała – należało do standardowych praktyk. Natura zadbała o to, by w tych okolicach Polly nie miała prawie żadnych problemów.

Skutek działań nożyczek okazał się… nierówny, ale nie gorszy od innych męskich fryzur, jakie widywała. Ujdzie. Czuła wprawdzie chłód na karku, ale tylko w części z powodu utraty długich włosów. Także z powodu Spojrzenia.

Znad łóżka przyglądała się jej księżna.

Był to marny drzeworyt, ręcznie pokolorowany, głównie na czerwono i niebiesko. Przedstawiał bezbarwną kobietę w średnim wieku; jej obwisły podbródek i trochę wyłupiaste oczy budziły cyniczne wrażenie, że ktoś ubrał w suknię wielką rybę. Artyście udało się w tej dziwnie obojętnej twarzy oddać coś jeszcze; niektóre portrety wodzą oczami za patrzącym, a ten miał oczy, które spoglądały przez patrzącego na wylot. Taką twarz można było znaleźć w każdym domu. W Borogravii człowiek dorastał pod okiem księżnej.

Rodzice mieli taki obrazek w pokoju, a mama – kiedy jeszcze żyła – co wieczór przed nim dygała. Polly odwróciła portret twarzą do ściany. Jakaś myśl w głowie zawołała „Nie!”, ale została uciszona. Polly podjęła decyzję.

Włożyła na siebie ubranie brata, zawartość płóciennej ściereczki przesypała do małej sakiewki, którą wcisnęła na dno worka, pod zapasową odzież, położyła na łóżku list, chwyciła worek i wyszła przez okno. W każdym razie Polly weszła na parapet, ale stopy, które wylądowały miękko na ziemi, należały już do Olivera.

Kiedy przemknęła przez dziedziniec gospody, brzask zmieniał właśnie świat ciemności w świat monochromatyczny. Księżna przyglądała się jej z szyldu. Ojciec był wielkim lojalistą, przynajmniej do śmierci matki. W tym roku nie odmalował szyldu, a jakiś przypadkowy ptak ulżył sobie w locie i sprawił, że księżna miała zeza.

Polly sprawdziła, czy wózek werbownika nadal stoi; jaskrawe proporce poszarzały i zwisały ciężko, mokre po nocnym deszczu. Sądząc po wyglądzie tego wielkiego i grubego sierżanta, minie jeszcze kilka godzin, zanim ruszy w drogę. Miała dość czasu. On chyba nie będzie się spieszył ze śniadaniem.

Wymknęła się przez furtkę w murze na tyłach i ruszyła w górę. Ze szczytu wzgórza popatrzyła na budzące się dopiero miasteczko. Dymy wznosiły się już z kilku kominów, ale że to ona zawsze wstawała pierwsza i wypędzała z łóżek służące, gospoda jeszcze spała. Wiedziała, że wdowa Clambers została na noc (albowiem „za bardzo padało, żeby mogła wracać do domu”, jak tłumaczył ojciec); Polly miała nadzieję, że dla jego dobra zostanie już na stałe. W miasteczku nie brakowało wdów, a Eva Clambers była niewiastą o dobrym sercu i prawdziwą mistrzynią wypieków. Długa choroba żony i nieobecność Paula wiele ojca kosztowały. Na szczęście powoli wracał do siebie. Stare kobiety, które przez całe dnie tylko patrzyły ponuro z okien, mogły sobie szpiegować, irytować się i marudzić; robiły to od tak dawna, że nikt już ich nie słuchał.

Trochę dalej dym i para wznosiły się już nad pralnią Szkoły Zawodu dla Dziewcząt. Budynek wyrastał groźnie na końcu miasteczka, wielki i szary, z wysokimi, wąskimi oknami, zawsze milczący. Kiedy Polly była mała, dowiedziała się, że tam właśnie trafiają Złe Dziewczynki. Natura tej „złości” nie została wyjaśniona, a w wieku pięciu lat Polly miała niejasne wrażenie, że polega na niechodzeniu do łóżka, kiedy rodzice jej każą. W wieku lat ośmiu dowiedziała się, jakie ma szczęście, że nie trafiła tam za kupienie dla brata pudełka z farbkami.

Odwróciła się i ruszyła między drzewa, gdzie już śpiewały ptaki.

Musiała zapomnieć, że kiedykolwiek była Polly. Musiała myśleć jak młody mężczyzna – to najważniejsze. Puszczać bąki głośno i z satysfakcją z dobrze wykonanej pracy, ruszać się jak marionetka, której obcięto kilka przypadkowych sznurków, nikogo nie obejmować, a jeśli spotka przyjaciela, walnąć go pięścią. Kilka lat pracy w barze dostarczyło jej dosyć materiału obserwacyjnego. I z łatwością mogła nie kołysać biodrami – tutaj natura także okazała się oszczędna.

Musiała jeszcze opanować chód młodych mężczyzn. Kobiety przynajmniej kołyszą tylko biodrami. Młodzi mężczyźni kołysali wszystkim, licząc od ramion w dół. Chyba usiłują zajmować jak najwięcej miejsca, myślała. Dzięki temu wyglądają na większych – tak jak kocury, które stroszą ogon. Wiele razy widziała to w gospodzie. Chłopcy starali się udawać dużych, by się bronić przed innymi dużymi chłopcami. Jestem zły, jestem wściekły, jestem twardzielem, wypiję kufel piwa z lemoniadą, mama kazała mi wrócić do domu przed dziewiątą…

Po kolei… łokcie odstają od ciała, jakby niosła dwa worki mąki… gotowe. Ramiona kołyszą się w przód i w tył, jakby przeciskała się przez tłum… gotowe. Dłonie nieco zaciśnięte, poruszają się, jakby obracały dwie niezależne korbki umocowane do pasa… gotowe. Nogi przesuwają się naprzód luźno, jak u małpy… gotowe…

Wszystko działało przez kilka sążni, a potem chyba coś pomyliła, bo wskutek powstałego mięśniowego chaosu wywróciła się w krzak ostrokrzewu. Potem zrezygnowała z dalszych prób.

Burza wróciła, kiedy Polly maszerowała traktem; burzom zdarzało się przez wiele dni krążyć po górach. Ale przynajmniej tak wysoko ścieżka nie zmieniła się w rzekę błota, a na drzewach pozostało dość liści, by trochę dziewczynę osłonić. Zresztą i tak nie miała czasu, żeby przeczekać gdzieś złą pogodę. Czekała ją długa droga. Werbownicy przepłyną rzekę promem, ale wszyscy przewoźnicy znali Polly z widzenia, a strażnik zechce obejrzeć pozwolenie na podróż, którego Oliver Perks oczywiście nie ma. To oznaczało, że musi nadłożyć drogi aż do trollowego mostu w Tübz. Dla trolli wszyscy ludzie wyglądają tak samo, a byle kawałek papieru wystarczy za przepustkę, bo przecież trolle nie umieją czytać. Potem może zejść przez sosnowe lasy do Plün. Wózek musi się tam zatrzymać na noc, ale poza tym było to jedno z tych miejsc, które istniały tylko dla uniknięcia zakłopotania z powodu dużej pustej powierzchni na mapie. W Plün nikt jej nie znał. Nikt tam nie jeździł. To była zapyziała wiocha.

I właśnie takiej potrzebowała. Werbownicy się tam zatrzymają, a ona się zaciągnie. Była pewna, że ten wielki gruby sierżant razem z oślizłym kapralem nie zauważyli nawet dziewczyny, która obsługiwała ich w gospodzie. Nie dysponowała przecież, jak to mówią, konwencjonalną urodą. Kapral próbował szczypnąć ją w pośladek, ale raczej odruchowo, jakby przeganiał muchę; zresztą nie było tam wiele do szczypania.

Usiadła na wzgórzu powyżej promu i zjadła spóźnione śniadanie – zimne ziemniaki i kiełbasę. Patrzyła, jak wózek przepływa przez rzekę. Nikt za nim nie maszerował. Tym razem nikogo w Munz nie udało się zwerbować. Ludzie trzymali się z daleka. Zbyt wielu młodych chłopców odeszło przez ostatnie kilka lat i nie dość ich powróciło. A z tych, którzy wrócili, często nie powróciło dość niektórych z nich. Kapral mógł sobie walić w ten wielki bęben. W Munz kończyli się synowie – prawie tak samo szybko, jak przybywało wdów.

Było gorąco i duszno; żółty ptak podlatywał za nią od krzaka do krzaka. Nad błotem z zeszłej nocy unosiła się para. Polly dotarła do trollowego mostu, przecinającego rzekę, płynącą tu wąskim wąwozem. Była to smukła, pełna gracji konstrukcja, zbudowana, jak mówiono, bez żadnej zaprawy. Mówiono też, że ciężar mostu tym mocniej utrzymuje go w skale. Mówiono, że to jeden z dziwów świata, ale bardzo niewielu ludzi w okolicy dziwiło się czemukolwiek, a o świecie mieli słabe pojęcie. Aby przekroczyć most, trzeba było zapłacić jednego pensa albo sto sztuk złota, jeśli ktoś prowadził kozła[1]. W połowie drogi Polly wyjrzała przez balustradę i daleko w dole zobaczyła wózek sunący powoli wąską drogą tuż nad spienioną rzeką.

Po południu droga prowadziła cały czas w dół, przez ciemny sosnowy las po drugiej stronie wąwozu. Polly nie spieszyła się i przed zachodem słońca dotarła do gospody. Wózek zjawił się tu wcześniej, a sądząc z wyglądu, sierżant postanowił nie marnować czasu. Nikt nie walił w bęben, jak zeszłego wieczoru, nikt nie krzyczał: „Wstępujcie, moi chłopaczkowie! Czeka was wspaniałe życie w Piersiach i Tyłkach”.

Zawsze toczyła się jakaś wojna. Zwykle był to konflikt graniczny, narodowy odpowiednik narzekania, że sąsiad nie przyciął jak należy żywopłotu. Czasami chodziło o coś poważniejszego. Borogravia była krajem miłującym pokój, ale otoczonym zdradzieckimi, przebiegłymi i wojowniczymi nieprzyjaciółmi. Musieli być zdradzieccy, przebiegli i wojowniczy, bo w przeciwnym razie byśmy z nimi nie walczyli, prawda? Zawsze toczyła się jakaś wojna.

Ojciec Polly był w wojsku, zanim przejął gospodę Pod Księżną od dziadka Polly. Niewiele o tym opowiadał. Wracając, przyniósł swój miecz, ale zamiast powiesić go nad kominkiem, używał do grzebania w ogniu. Czasami zjawiali się starzy przyjaciele, a po zamknięciu gospody na noc, siadali przy ogniu, pili i śpiewali. Mała Polly szukała jakichś pretekstów, żeby zostać i posłuchać ich piosenek, ale to się skończyło, kiedy jednego z bardziej interesujących słów użyła przy mamie. Teraz była już starsza i podawała piwo, więc uznawano zapewne, że zna te słowa albo i tak wkrótce się dowie, co znaczą. Poza tym mama odeszła tam, gdzie brzydkie słowa nie mogą już jej urazić i w teorii nigdy nie są wypowiadane.

Te piosenki były częścią jej dzieciństwa. Znała na pamięć „Świat stanął na głowie”, „Diabeł będzie mi sierżantem” i „Johnny poszedł w wojaki” oraz „Dziewczę, które zostawiłem”. A kiedy alkohol płynął przez dłuższy czas, mogła się nauczyć „Pułkownika Pierdoły” i „Szkoda, że ją pocałowałem”.

Oczywiście, była też „Słodka Polly Oliver”. Ojciec śpiewał ją, kiedy Polly była mała i smuciła się albo przestraszała, a ona śmiała się wtedy po prostu dlatego, że w piosence pojawiało się jej imię. Słowa znała na pamięć, zanim jeszcze wiedziała, co znaczy większość z nich. A teraz…

…Pchnęła drzwi. Sierżant z kapralem spojrzeli nad nią znad poplamionego blatu stołu. Kufle znieruchomiały w połowie drogi do ust. Odetchnęła głęboko, podeszła do nich i spróbowała zasalutować.

– Czego chcesz, mały? – burknął kapral.

– Chcę się zaciągnąć, sir!

Sierżant uśmiechnął się szeroko, od czego jego blizny poruszyły się dziwnie, a wstrząsy objęły wszystkie podbródki. Słowo „tęgi” nie stosowało się do niego, gdyż słowo „gruby” przeciskało się do przodu, by zwrócić powszechną uwagę. Sierżant nie miał talii. Miał równik. Miał grawitację. Gdyby upadł w dowolnym kierunku, toby się zakołysał. Słońce i alkohol spaliły mu twarz do barwy czerwieni, w której małe ciemne oczka połyskiwały jak odbłyski światła na klindze. Obok, na stole, leżały dwa staromodne kordy – broń mająca więcej wspólnego z tasakiem niż z mieczem.

– Tak po prostu? – zapytał.

– Tajest!

– Naprawdę?

– Tajest!

– I nie chcesz, żebyśmy najpierw upili cię do nieprzytomności? Wiesz, to taka tradycja.

– Nie, sir!

– Nie mówiłem ci o wspaniałych możliwościach awansu i kariery, co?

– Nie, sir!

– A wspomniałem, że ten świetny czerwony mundur sprawi, że będziesz musiał odganiać dziewczyny kijem?

– Raczej nie, sir!

– A wyżywienie? Każdy posiłek to prawdziwy bankiet, kiedy z nami maszerujesz! – Sierżant klepnął się po brzuchu, wzbudzając kołysania w regionach zewnętrznych. – Jestem tego żywym dowodem!

– Tak, sir! Nie, sir! Chcę tylko wstąpić do wojska, żeby walczyć o mój kraj i o honor księżnej, sir!

– Naprawdę? – zdumiał się kapral.

Ale sierżant jakby nie słyszał. Zmierzył Polly wzrokiem od stóp do głów, a Polly nabrała przekonania, że nie jest ani tak pijany, ani tak głupi, jak się wydaje.

– Słowo honoru, kapralu Strappi, mam wrażenie, że stoi przed nami prawdziwy, staroświecki patriota! – Małe oczka wpatrywały się w twarz Polly. – No to trafiłeś we właściwe miejsce, mój chłopcze! – Z poważną miną przysunął sobie jakieś papiery. – Wiesz, kim jesteśmy?

– Dziesiąty Pieszy, sir. Lekka piechota, sir. Znani jako Piersi i Tyłki, sir – odpowiedziała Polly, niemal osłabła z ulgi. Najwyraźniej przeszła jakiś test.

– Słusznie, chłopcze. Dobrzy, weseli Serożercy. Najznakomitszy regiment ze wszystkich w najznakomitszej armii świata! I ostro chcesz do nas wstąpić, co?

– Ostro jak musztarda, sir!

Polly czuła na sobie podejrzliwy wzrok kaprala.

– Zuch chłopak.

Sierżant odkorkował butelkę atramentu i zanurzył w niej czubek pióra. Dłoń zawisła nad papierami.

– Nazywasz się?

– Oliver, sir. Oliver Perks.

– Wiek?

– Siedemnaście skończę w niedzielę, sir.

– Tak, akurat… – mruknął sierżant. – Jeśli ty masz siedemnaście lat, to ja jestem wielką księżną Annagovią. Przed czym uciekasz, mały, co? Jakaś młoda panna chce założyć rodzinę?

– Ktoś by mu musiał pomóc… – wyszczerzył zęby kapral. – Przecież piszczy jak mały chłopak.

Polly wyczuła, że zaczyna się rumienić. Ale przecież młody Oliver też by się zarumienił, prawda? Łatwo sprawić, by chłopcy się rumienili. Polly potrafiła do tego doprowadzić samym spojrzeniem.

– Zresztą to nieważne – uznał sierżant. – Postaw znaczek na tym dokumencie, pocałuj księżną i jesteś moim chłopakiem, rozumiesz? Nazywam się sierżant Jackrum. Będę twoją matką i ojcem, a ten tutaj kapral Strappi będzie dla ciebie jak starszy brat. Codziennie zjesz u nas stek i bekon, a gdyby ktoś cię próbował wyciągnąć, to będzie musiał ciągnąć i mnie, bo złapię cię za kołnierz. I słusznie możesz pomyśleć, że nikt nie da rady uciągnąć tak wiele, panie Perks. – Gruby kciuk stuknął w kartkę papieru. – Tutaj.

Polly sięgnęła po pióro i złożyła podpis.

– Co to jest?! – zawołał kapral.

– Mój podpis – wyjaśniła Polly.

Usłyszała otwierające się za nią drzwi i odwróciła się niespokojnie. Kilku młodych ludzi… to znaczy, poprawiła się, kilku innych młodych ludzi wcisnęło się do wnętrza. Rozglądali się nerwowo.

– Umiesz czytać i pisać? – zdziwił się sierżant. Zerknął na nowo przybyłych, a potem znów na Polly. – No tak, widzę. Ładne, okrągłe litery… Materiał na oficera, jak nic. Dajcie mu szylinga, kapralu. I obrazek, naturalnie.

– Robi się, sierżancie. – Kapral Strappi podniósł obrazek z uchwytem, podobny do lusterka. – Zróbcie dzióbek, szeregowy Nerds.

– Perks, sir – poprawiła go Polly.

– Niech będzie. Pocałujcie księżnę.

Nie była to dobra kopia słynnego portretu. Obraz za szkłem wyblakł, a coś dziwnego, jakby mech albo co, rosło wewnątrz pęknięć w szkle. Polly musnęła je wargami, wstrzymując przy tym oddech.

– Aha – mruknął Strappi.

Wcisnął jej coś do ręki.

– Co to jest? – Polly spojrzała na niewielki prostokąt papieru.

– To weksel. Ostatnio nie stoimy najlepiej z szylingami – wyjaśnił sierżant, a Strappi skrzywił się niechętnie. – Ale oberżysta postawi ci kufel piwa, z łaski jej wysokości.

Przyjrzał się młodym ludziom.

– Jak już pada, to leje – stwierdził. – Wy, chłopcy, też chcecie się zaciągnąć? Coś podobnego, nawet nie musieliśmy uderzyć w bęben. To pewnie niezwykła charyzma kaprala Strappiego. Podejdźcie bliżej, nie ma się czego wstydzić. Który będzie następny?

Polly spojrzała na kolejnego rekruta – ze zgrozą, choć miała nadzieję, że dobrze ją ukrywa. W półmroku nie widziała go zbyt dobrze, gdyż ubrany był na czarno, ale nie w elegancką, stylową czerń, ale w czerń zakurzoną, w jakiej człowieka kładą do trumny. I sądząc z wyglądu, chłopak był właśnie tym człowiekiem. Całe ubranie miał w pajęczynach, a czoło przecinał mu rząd szwów.

– Jak ci na imię, chłopcze? – zapytał Jackrum.

– Igor, fir.

Jackrum przeliczył szwy.

– Wiesz, coś mi mówiło, że właśnie tak – stwierdził. – I widzę, że masz już osiemnaście.

– „Przebudźcie się!”.

– Bogowie… – Komendant Samuel Vimes zasłonił oczy dłońmi.

– Przepraszam, wasza łaskawość? – zaniepokoił się konsul Ankh-Morpork w Zlobenii. – Czy wasza łaskawość źle się czuje?

– Przypomnij mi, młody człowieku, jak ci na imię… Przykro mi, ale od dwóch tygodni jestem w podróży, nie dosypiam, a przez cały dzień muszę poznawać osoby o trudnych nazwiskach. To źle wpływa na mózg.

– Clarence, wasza łaskawość. Clarence Buziak.

– Buziak… – powtórzył Vimes, a z jego miny Clarence wyczytał wszystko.

– Obawiam się, że tak, sir.

– W szkole umiałeś się bić?

– Nie, wasza łaskawość, ale nikt nie mógł mnie prześcignąć w biegu na pięćdziesiąt sążni.

Vimes się roześmiał.

– No cóż, Clarence, każdy hymn państwowy, który zaczyna się od „Przebudźcie się”, na pewno prowadzi do kłopotów. Nie uczyli was tego w kancelarii Patrycjusza?

– Eee… Nie, wasza łaskawość.

– No cóż, sam się przekonasz. Mów dalej.

– Oczywiście, sir. – Clarence odchrząknął. – Borogroviański hymn państwowy – zaczął po raz drugi.

Przebudźcie się, przepraszam waszą łaskawość, synowie Matczyzny!

Dość już picia wina z kwaśnych jabłek.

Drwale, chwyćcie swe topory!

Farmerzy, dobijcie wroga narzędziem używanym poprzednio do załadunku buraków!

Zniweczcie ohydne podstępy naszych nieprzyjaciół!

W ciemność maszerujemy ze śpiewem

Przeciw całemu światu zbrojnie atakującemu,

Ale widzimy już złocisty blask na szczytach gór!

Nowy dzień jest jak wielka, ogromna ryba!

– Ehm… Ten ostatni fragment… – Vimes nie zrozumiał.

– To dosłowne tłumaczenie, wasza łaskawość – odparł nerwowo Clarence. – Zwrot oznacza coś w rodzaju „niezwykłych możliwości” czy „wspaniałego sukcesu”, wasza łaskawość.

– Kiedy nie występujemy publicznie, Clarence, zupełnie wystarczy „sir”. „Wasza łaskawość” służy tylko po to, by zrobić wrażenie na miejscowych. – Vimes przesunął się na niewygodnym krześle, opierając brodę na dłoni. I skrzywił się nagle. – Dwa tysiące trzysta mil – rzekł, zmieniając pozycję. – A na miotle zawsze jest strasznie zimno, choćby leciała całkiem nisko. Potem barka, potem dyliżans… – Znów się skrzywił. – Czytałem twój raport. Myślisz, że to możliwe, by cały naród stracił rozum?

Clarence milczał. Uprzedzono go, że będzie rozmawiał z drugim najpotężniejszym człowiekiem w Ankh-Morpork, nawet jeśli ów człowiek zachowuje się jak ktoś, kto nie ma o tym pojęcia. Rozklekotane biurko w tym zimnym pokoiku na wieży do wczoraj należało do głównego odźwiernego garnizonu Kneck. Na porysowanym blacie piętrzyły się papiery, a całe ich stosy leżały za krzesłem Vimesa.

Sam Vimes – według Clarence’a – wcale nie wyglądał na diuka. Raczej na strażnika, którym – jak rozumiał – był rzeczywiście. Trochę to irytowało Clarence’a Buziaka. Ludzie na szczycie powinni wyglądać tak, jakby tam było ich miejsce.

– To bardzo… interesujący problem, sir – przyznał. – Chodzi panu o to, że ludzie…

– Nie ludzie, ale naród – poprawił go Vimes. – Borogravia wygląda, jakby całkiem straciła rozum. Sądzę, że ludzie radzą sobie, jak mogą, żyją i wychowują dzieci… A muszę przyznać, że w tej chwili też wolałbym się tym zająć. Wiesz chyba, o co mi chodzi. Bierzesz ludzi, którzy na oko niczym się nie różnią od ciebie i ode mnie, ale kiedy połączysz ich wszystkich razem, dostajesz wielkiego szaleńca z granicami państwowymi i hymnem.

– Fascynująca idea, sir – zapewnił dyplomatycznie Clarence.

Vimes rozejrzał się po pokoju. Ściany były z surowego kamienia, okna wąskie… i panował wściekły chłód, nawet w ten słoneczny dzień. Całe to marne jedzenie, tłuczenie się na miotle, sypianie w niewygodnych łóżkach… A potem nocne podróże krasnoludzkimi barkami po ich tajnych kanałach pod górami – bogowie tylko wiedzą, jaką wyrafinowaną dyplomację zastosował Vetinari, żeby to uzyskać, choć owszem, Dolny Król winien był Vimesowi jedną czy drugą przysługę…

…i wszystko to dla tego zimnego zamku nad tą zimną rzeką między tymi głupimi kraikami i ich głupią wojną. Wiedział, co chciałby zrobić. Gdyby to byli ludzie bijący się na ulicy, wiedziałby, jak się zachować. Stuknąłby ich głowami, może przymknął na noc w areszcie… Ale państw nie da się stuknąć głowami…

Vimes przysunął sobie jakieś papiery, przejrzał je, a potem odrzucił.

– Do demona z tym – powiedział. – Co się tam dzieje?

– Jak rozumiem, pozostały jeszcze nieliczne ogniska oporu w trudniej dostępnych regionach twierdzy, ale są właśnie tłumione. Praktycznie rzecz biorąc, twierdza jest w naszych rękach. To był bardzo sprytny podstęp, wasza… sir.

Vimes westchnął.

– Nie, Clarence. To był prymitywny i ograny podstęp. Wprowadzenie do fortecy naszych ludzi przebranych za praczki nie powinno się udać. Na litość bogów, przecież trzech miało wąsy!

– Borogravianie są dosyć… staromodni w takich kwestiach, sir. A przy okazji, wydaje się, że w dolnych kryptach mamy zombi. Straszne stwory. Mam wrażenie, że przez stulecia pochowano tam wielu borograviańskich wyższych oficerów.

– Naprawdę? A co teraz robią?

Clarence uniósł brwi.

– Chodzą i się kołyszą, sir. Tak myślę. Jęczą. Jak to zombi. Coś musiało ich rozbudzić.

– Prawdopodobnie my – uznał Vimes. Wstał, przeszedł przez pokój i szarpnięciem otworzył ciężkie, wysokie drzwi. – Reg! – zawołał.

Po chwili zjawił się kolejny strażnik. Zasalutował. Miał szarą twarz i Clarence nie mógł nie dostrzec, że salutującą dłoń i rękę trzymały razem liczne szwy.

– Poznałeś już funkcjonariusza Shoe, Clarence? – zapytał uprzejmie Vimes. – Należy do mojego personelu. Nie żyje od ponad trzydziestu lat i kocha każdą ich minutę, Mam rację, Reg?

– Tak jest, panie Vimes. – Reg uśmiechnął się, odsłaniając rząd brązowych zębów.

– W piwnicy jest paru twoich ziomków, Reg.

– Oj… Chodzą i się kołyszą, co?

– Obawiam się, że tak, Reg.

– Zejdę i pogadam z nimi – obiecał Reg.

Zasalutował i wyszedł, z niewielką tylko sugestią rozkołysania.

– On jest, ehm… pochodzi z tych stron? – zapytał Clarence, który wyraźnie zbladł.

– Ależ nie. Z nieodkrytej krainy… – odparł Vimes. – Jest martwy. Ale trzeba mu przyznać, że go to nie powstrzymuje. Nie wiedziałeś, że mamy w straży zombi, Clarence?

– Ehm… nie, sir. Od pięciu lat nie byłem w mieście. Jak rozumiem, wiele się zmieniło.

I to na gorsze, zdaniem Clarence’a Buziaka. Funkcja konsula w Zlobenii była nietrudna i zostawiała dość czasu, by zajmować się własnymi sprawami. A potem wzdłuż całej doliny wyrosły nagle wielkie wieże semaforowe i okazało się, że Ankh-Morpork jest oddalone ledwie o godzinę. Przed sekarami list potrzebował dwóch tygodni, by pokonać tę trasę, więc nikt się nie przejmował, jeśli odpowiadał na niego dzień czy dwa później. Teraz ludzie oczekiwali odpowiedzi następnego dnia. Właściwie to był nawet zadowolony, kiedy Borogravia zniszczyła kilka tych nieszczęsnych wież. A potem rozpętało się piekło.

– Różni służą u nas w straży, Clarence – oświadczył Vimes. – I wszyscy są nam wściekle potrzebni zwłaszcza teraz, kiedy Borogravianie i Zlobeńcy tłuką się na ulicy z powodu jakiejś durnej kłótni sprzed tysiąca lat. Są gorsi niż krasnoludy i trolle! Wszystko dlatego, że czyjaś pra-do-umptej-potęgi babka dała w twarz czyjemuś pra-jak-wyżej wujowi! Borogravia i Zlobenia nie mogą się nawet dogadać co do wspólnej granicy. Wybrały sobie rzekę, która co wiosnę zmienia koryto. I nagle wieże sekarowe znajdują się na borograviańskim gruncie, a przynajmniej błocie, więc ci idioci palą je z powodów religijnych!

– Ehm… Tu chodzi o coś więcej, sir – zauważył Buziak.

– Tak, wiem. Znam historię. Ta doroczna bójka ze Zlobenią to tylko lokalne derby. Borogravia walczy ze wszystkimi. Dlaczego?

– Duma narodowa, sir.

– Z czego? Przecież tutaj nic nie ma! Mają parę kopalni tłuszczu i są niezłymi farmerami, ale trudno tu znaleźć przykłady wspaniałej architektury, wielkie biblioteki, słynnych kompozytorów, jakieś bardzo wysokie góry czy wspaniałe krajobrazy. Jedyne, co można o tym miejscu powiedzieć, to że nie jest żadnym innym. Co Borogravia ma takiego specjalnego?

– Wydaje się, że jest specjalna, bo jest ich. Oczywiście, sir, nie można też zapominać o Nugganie. To ich bóg. Przyniosłem panu „Księgi Nuggana”.

– Przejrzałem ją sobie w mieście, Clarence. Wydaje się dość głu…

– To nie było najnowsze wydanie, sir. A podejrzewam, że tak daleko stąd nie mogło być zbyt hm… aktualne. Tutaj mam bardziej bieżące. – Buziak położył na biurku niedużą, ale grubą książeczkę.

– Aktualne? Co to znaczy: aktualne? – zdziwił się Vimes. – Pismo święte jest… spisane. To rób, tego nie rób, nie pożądaj wołu bliźniego…

– Ehm… Nuggan na tym nie poprzestaje. On no… aktualizuje nakazy. Głównie Obrzydliwości, prawdę mówiąc.

Vimes otworzył książeczkę. Była wyraźnie grubsza od tej, którą przywiózł ze sobą.

– To coś, co nazywają Żywym Testamentem – tłumaczył Buziak. – One… no, można chyba powiedzieć, że „umierają”, kiedy zostaną wywiezione z Borogravii. Potem już nie są uzupełniane. Ostatnie Obrzydliwości znajdzie pan na końcu, sir – dodał.

– Święta księga z dodatkami?

– Właśnie tak, sir.

– Oprawiona jak skoroszyt?

– Tak jest, sir. Ludzie wstawiają czyste kartki, a Obrzydliwości… się pojawiają.

– Znaczy: magicznie?

– Chyba raczej znaczy: religijnie, sir.

Vimes otworzył księgę w przypadkowym miejscu.

– Czekolada? – zdziwił się. – Nie lubi czekolady?

– Tak, sir. To Obrzydliwość.

– Czosnek? Właściwie ja też go nie lubię, więc akceptuję. Koty?

– O tak. Naprawdę nie lubi kotów, sir.

– Krasnoludy? Stoi tu wyraźnie: „Krasnoludzia rasa, która czci Złoto, jest Obrzydliwą w oczach Nuggana”. On chyba oszalał. Co się tu potem działo?

– Och, krasnoludy, które tu mieszkały, zablokowały szyby swoich kopalni i zniknęły, wasza łaskawość.

– Można się było spodziewać. Potrafią wyczuć kłopoty.

Tym razem pozostawił waszą łaskawość bez komentarza. Widział, że Buziak czerpie satysfakcję z rozmowy z diukiem.

Przerzucił jeszcze kilka kartek.

– Kolor niebieski?

– Zgadza się, sir.

– Co jest obrzydliwego w niebieskim? To tylko kolor! Niebo jest niebieskie!

– Owszem, sir. Gorliwi nugganici starają się ostatnio nie patrzeć w górę. Ehm… – Buziak był wyszkolonym dyplomatą. Pewnych rzeczy wolał nie mówić wprost. – Nuggan, sir… hm… jest dość… zgryźliwy – wykrztusił.

– Zgryźliwy? – powtórzył Vimes. – Zgryźliwy bóg? Znaczy co, skarży się na to, że dzieci hałasują? Protestuje przeciwko głośnej muzyce po dziewiątej wieczorem?

– No… Dociera tutaj „Puls Ankh-Morpork”, sir, w końcu. I tego… moim zdaniem, no… Nuggan jest całkiem podobny… do tych ludzi, którzy piszą do ich działu listów. Wie pan, ci, którzy podpisują się „Zdegustowani mieszkańcy Ankh-Morpork”…

– Aha, chodzi ci o to, że naprawdę jest obłąkany – stwierdził Vimes.

– Och, nigdy by mi o coś takiego nie chodziło – zaprotestował pospiesznie Buziak.

– A co robią kapłani?

– Niezbyt wiele, sir. Myślę, że dyskretnie ignorują co bardziej… skrajne Obrzydliwości.

– Chcesz powiedzieć, że Nugganowi nie podobają się krasnoludy, koty i niebieski kolor, a są jeszcze bardziej obłąkane przykazania?

Buziak zakaszlał uprzejmie.

– No dobra – ustąpił Vimes. – Bardziej skrajne przykazania?

– Ostrygi, sir. Nie lubi ostryg. Ale to żaden kłopot, bo nikt tutaj nigdy nie widział ostrygi. Aha, i dzieci. Dzieci też uznał za Obrzydliwość.

– Ale zakładam, że ludzie wciąż je tu robią?

– O tak, wasza łas… przepraszam. Tak, sir. Ale czują się winni. Szczekające psy to następna. Koszule z sześcioma guzikami. I ser. No i… Ludzie tak jakby, no… unikają tych trudniejszych. Nawet kapłani zrezygnowali chyba z prób ich tłumaczenia.

– No tak. Chyba rozumiem dlaczego. Czyli mamy tu do czynienia z krajem próbującym żyć według przykazań boga, który, w opinii mieszkańców, może nosić kalesony na głowie… Czy kalesony też są Obrzydliwością?

– Nie, sir. – Buziak westchnął. – Ale to prawdopodobnie tylko kwestia czasu.

– Więc jak sobie radzą?

– Ostatnimi czasy ludzie modlą się głównie do księżnej Annagovii. W każdym domu wisi jej portret. Nazywają ją Małą Matką.

– A tak, księżna. Mogę się z nią spotkać?

– Nikt się z nią nie spotyka, sir. Od ponad trzydziestu lat nie widział jej nikt prócz służących. Prawdę mówiąc, sir, ona prawdopodobnie już nie żyje.

– Tylko prawdopodobnie?

– Nikt naprawdę nie wie. Oficjalna wersja głosi, że księżna jest w żałobie. To smutna historia, sir. Młody książę zginął tydzień po ślubie. O ile wiem, zabiła go dzika świnia podczas polowania. Księżna zamknęła się w starym zamku w PrinceMarmadukePiotreAlbertHansJosephBernhardtWilhelmsbergu i nie pokazuje się publicznie. Oficjalny portret namalowano chyba, kiedy miała około czterdziestu lat.

– Żadnych dzieci?

– Żadnych, sir. Po jej śmierci ród wygaśnie.

– I oni się do niej modlą? Jak do bogini?

Buziak westchnął.

– Przecież włączyłem to do mojego raportu, sir. Rodzina królewska w Borogravii zawsze miała taki quasi-religijny status. Są głowami Kościoła, a chłopi modlą się do nich w nadziei, że wstawią się u Nuggana. Są jakby… świętymi za życia. Niebiańskimi pośrednikami. Szczerze mówiąc, te państewka tak właśnie funkcjonują. Żeby cokolwiek załatwić, trzeba znać odpowiednich ludzi. A przypuszczam, że łatwiej się modlić do kogoś na obrazku niż do boga, którego nie widać.

Przez dłuższą chwilę Vimes przyglądał się konsulowi. A kiedy się odezwał, przeraził go do szpiku kości.

– Kto ma dziedziczyć? – zapytał.

– Sir?

– Według następstwa monarchii, panie Buziak. Jeśli księżna nie będzie siedzieć na tronie, kto go zajmie?

– Hm… To niewiarygodnie skomplikowane, sir, z powodu małżeństw w ramach rodu i różnych systemów prawnych, które na przykład…

– A na kogo warto postawić, panie Buziak?

– Hm… na księcia zlobeńskiego Heinricha.

Ku zdumieniu Buziaka Vimes się roześmiał.

– I pewnie się martwi o zdrowie cioci, co? Poznałem go dziś rano, prawda? Trudno powiedzieć, żebym go polubił.

– Ale jest przyjacielem Ankh-Morpork – przypomniał z wyrzutem konsul. – Napisałem o tym w raporcie. Wykształcony. Bardzo się interesuje sekarami. Ma wielkie plany co do swojego kraju. Kiedyś mieli tu nugganitów, ale zakazał tej religii i szczerze powiem, że nikt chyba nie protestował. Chce, żeby Zlobenia się rozwijała. I bardzo podziwia Ankh-Morpork.

– Tak, wiem. Sprawia wrażenie obłąkanego, prawie tak jak Nuggan... No dobrze, czyli mamy chyba do czynienia ze skomplikowaną intrygą, żeby wykluczyć Heinricha. Jak są tu sprawowane rządy?

– Prawie wcale. Trochę zbierania podatków i to właściwie wszystko. Przypuszczamy, że któryś z wyższych urzędników dworu ciągnie wszystko, jakby księżna ciągle żyła. Jedynym, co jeszcze jako tako działa, jest armia.

– No dobrze, a co z policją? Wszyscy potrzebują glin. Oni przynajmniej chodzą twardo po ziemi…

– O ile mi wiadomo, nieformalne komitety obywatelskie pilnują przestrzegania praw nugganicznych.

– O bogowie… Różni wścibscy podglądacze i wigilanci… – Vimes wstał i wyjrzał przez wąskie okno na równinę w dole. Zapadła noc. Ogniska w obozie przeciwnika tworzyły w ciemności demoniczne konstelacje. – Powiedzieli ci, po co mnie tu przysłali, Clarence?

– Nie, sir. Moje instrukcje mówią tylko, że ma pan… dopilnować spraw. Książę Heinrich nie jest z tego powodu przesadnie szczęśliwy.

– No cóż, interesy Ankh-Morpork są przecież interesami wszystkich miłujących pieniądz… przepraszam, chciałem powiedzieć: miłujących wolność ludzi na całym Dysku – stwierdził Vimes. – Nie możemy pozwolić na istnienie kraju, który zawraca nasze dyliżanse pocztowe i przewraca wieże semaforów. To zbyt kosztowne. Rozcinają kontynent na połowy, są jak zwężenie w klepsydrze. Mam doprowadzić konflikt do „satysfakcjonującego” rozwiązania. I wyznam szczerze, Clarence, że zastanawiam się, czy w ogóle warto atakować Borogravię. Taniej wyjdzie posiedzieć i poczekać, aż sama się rozleci. Chociaż, jak zauważyłem… gdzie jest ten raport… a tak… najpierw umrze z głodu.

– To niestety prawda, sir…

Igor stał przy stole werbowników i milczał.

– Nieczęsto się was widuje ostatnio – zauważył sierżant Jackrum.

– No… Skończyły się wam świeże mózgi, co? – spytał złośliwie kapral.

– Spokojnie, kapralu, naprawdę nie ma potrzeby – uspokoił go sierżant i usiadł wygodniej na skrzypiącym krześle. – Wielu znam chłopców chodzących po tym świecie na nogach, których by nie mieli, gdyby nie przyjazny Igor w pobliżu. Prawda, Igorze?

– Tak? Bo ja akurat słyszałem o ludziach, którzy budzili się i odkrywali, że przyjazny Igor w środku nocy zwinął im mózg i prysnął, żeby go przehandlować. – Kapral patrzył wrogo na Igora.

– Obiecuję, że pańfki mózg jest przede mną całkowicie bezpieczny, kapralu – zapewnił Igor.

Polly parsknęła śmiechem, ale natychmiast umilkła, widząc, że absolutnie nikt jej nie wtóruje.

– I jeszcze spotkałem sierżanta, który mówił, że jakiś Igor przyszył człowiekowi nogi tyłem do przodu – dodał kapral Strappi. – I na co się takie przydadzą żołnierzowi, co?

– Może ifć naprzód i cofać fię równoczefnie – odparł spokojnie Igor. – Fierżancie, znam fystkie te hiftorie i fą tylko złofliwymi ofczerftwami. Chcę fłużyć mojej ojczyźnie. Nie fukam kłopotów.

– Jasna sprawa – zgodził się sierżant. – My też nie. Postaw znaczek i obiecaj, że nie będziesz grzebał przy mózgu kaprala Strappiego, jasne? Co, następny podpis? Niech mnie, mamy tu prawdziwy uniwersytet rekrutów, nie ma co. Dajcie mu tekturowego szylinga, kapralu.

– Dziękuję – powiedział Igor. – I chciałbym też przetrzeć obrazek, jefli można.

Wyjął z kieszeni ściereczkę.

– Przetrzeć? – zdziwił się Strappi. – To dozwolone, sierżancie?

– A po co chcesz go wycierać, mój panie? – zapytał sierżant.

– Żeby ufunąć niewidzialne demony – wyjaśnił Igor.

– Nie widzę tu żadnych niewidzia… – zaczął Strappi i urwał.

– Pozwólcie mu, dobrze? – mruknął Jackrum. – To takie ich zabawne przyzwyczajenia.

– Nie wydaje się to słuszne… – burczał Strappi. – Praktycznie zdrada…

– Nie rozumiem, czemu to źle, że od czasu do czasu wyczyści się staruszkę – uciął sierżant. – Następny. Och…

Igor starannie wytarł obrazek i cmoknął go szybko. Potem stanął obok Polly i rzucił jej zakłopotany uśmiech. Ona jednak patrzyła na kolejnego rekruta.

Był niski i szczupły, co nie zaskakiwało w kraju, gdzie nie wystarczało żywności, by się utuczyć. Miał jednak na sobie kosztowny, czarny strój arystokraty, a nawet broń. Sierżant trochę się więc zaniepokoił. Człowiek mógł sobie narobić kłopotów, jeśli nieodpowiednio zwrócił się do kogoś takiego… Ktoś taki mógł przecież mieć ważnych przyjaciół.

– Na pewno trafił pan we właściwe miejsce, sir? – zapytał.

– Tak, sierżancie. Chcę się zaciągnąć.

Sierżant Jackrum wiercił się niepewnie.

– Oczywiście, sir, ale nie jestem pewien, czy taki dżentelmen…

– Weźmiecie mnie, sierżancie, czy nie?

– Rzadko się zdarza, sir, żeby taki dżentelmen zaciągał się jako zwykły żołnierz… – mamrotał sierżant.

– W rzeczywistości, sierżancie, chodzi wam o to, czy ktoś mnie ściga. Czy wyznaczono cenę za moją głowę? Odpowiedź brzmi: nie.

– A może tłum chłopów z widłami? – wtrącił kapral Strappi. – To przecież wampir, sierżancie! Każdy się zorientuje! Czarnowstążkowiec! Proszę spojrzeć, nosi odznakę!

– Na której jest napisane „Ani kropli” – przypomniał spokojnie młody człowiek. – Ani kropli ludzkiej krwi, sierżancie. Abstynencja, którą utrzymuję od dwóch lat, dzięki Lidze Wstrzemięźliwości. Oczywiście, jeśli ma pan jakieś obiekcje, sierżancie, wystarczy mi je przekazać na piśmie.

Co było sprytnym posunięciem, uznała Polly. Takie ubranie kosztuje sporo pieniędzy. Większość wampirzych rodów należała do starej arystokracji. Nigdy nie wiadomo, kto był czyimi krewniakiem… a właściwie nawet kto był z kim spokrewniony. Spokrewnieni mogli o wiele bardziej zaszkodzić niż zwykli pospolici krewniacy… Sierżant spoglądał na ciągnącą się przed nim wyboistą drogę…

– Trzeba iść z duchem czasów, kapralu – uznał, postanawiając nie wybierać się tą drogą. – A bez wątpienia potrzebujemy rekrutów.

– No tak, ale przypuśćmy, że nocą zechce wyssać ze mnie całą krew? – zaprotestował Strappi.

– Najpierw będzie musiał zaczekać, aż szeregowy Igor skończy szukać waszego mózgu, nie? – zirytował się Jackrum. – Proszę tu podpisać, sir.

Pióro skrzypiało na papierze. Po minucie czy dwóch wampir odwrócił kartkę i pisał dalej po drugiej stronie. Wampiry miewają długie imiona.

– Ale możecie mnie nazywać Maladictem – powiedział, wrzucając pióro z powrotem do kałamarza.

– Bardzo jestem wdzięczny, muszę przyznać, si… to znaczy szeregowy. Dajcie mu szylinga, kapralu. Dobrze, że nie srebrnego, co? Cha, cha!

– Tak – zgodził się Maladict. – Rzeczywiście dobrze.

– Następny!

Polly zobaczyła, jak przy stole staje chłopak z farmy, w spodniach przewiązanych sznurkiem. Patrzył na pióro w kałamarzu z tym oburzonym zdumieniem kogoś, kto staje wobec technicznej nowinki.

Odwróciła się do baru. Oberżysta przyglądał jej się na sposób wszystkich złych oberżystów. Jak zawsze powtarzał jej ojciec, jeśli ktoś prowadzi gospodę, to albo lubi ludzi, albo wpada w obłęd. Co dziwne, niektórzy z tych obłąkanych najlepiej potrafią zadbać o swoje piwo. Sądząc po zapachu w sali, ten do nich nie należał.

Oparła się o bar.

– Jedno piwo proszę – rzuciła.

I patrzyła smętnie, jak oberżysta ponuro kiwa głową i podchodzi do wielkich beczek. Z góry wiedziała, że piwo będzie kwaśne, a wiadro na zlewki pod kurkiem codziennie jest przelewane z powrotem, że czop nie jest wkładany, i jeszcze… no tak, piwo podawali tu w skórzanych kubkach, których chyba nigdy nie myli.

Jednak kilku nowych rekrutów dopijało już swoje piwo z wyraźnie słyszalnymi oznakami zadowolenia. Byli przecież w Plün. Wszystko, co pomagało człowiekowi o tym zapomnieć, prawdopodobnie warte było wypicia.

– Niezłe piwo, nie? – odezwał się jeden z nich.

A stojący obok beknął i odpowiedział:

– Najlepsze jakie piłem, pewno.

Polly powąchała kufel. Zawartość cuchnęła jak coś, czego nie podałaby świniom. Wypiła łyk i całkowicie zmieniła opinię: owszem, podałaby to świniom. Ci chłopcy nigdy w życiu nie pili piwa, tłumaczyła sobie. Pewnie jest tak, jak mówił tato: na wsiach trafiają się chłopcy gotowi iść do wojska, by dostać niezamieszkaną parę spodni. Tacy pili te pomyje i udawali, że smakuje im jak mężczyznom: Hej, nieźle żeśmy sobie dali wczoraj w nocy, co, chłopaki? A zaraz potem…

O bogowie… To jej przypomniało. Jak tutaj będzie wyglądała wygódka? Ta męska na podwórzu, w domu, była dostatecznie straszna. Co rano Polly wylewała tam dwa wielkie cebry wody, starając się przy tym nie oddychać. Na kamiennej podłodze rósł dziwaczny zielony mech. A przecież Pod Księżną to była dobra gospoda. Miała klientów, którzy zdejmowali buty, zanim kładli się do łóżek.

Zmrużyła oczy. Ten głupi dureń przed nią, człowiek, który zmuszał jedną długą brew do wykonywania pracy normalnych dwóch, serwował im pomyje i cuchnący kwas, choć niedługo mieli iść na wojnę…

– To piwo – oznajmił Igor – fmakuje jak końfkie fiki.

Polly cofnęła się o krok. Nawet w takim barze jak ten była to mordercza uwaga.

– Aha, znasz się na tym, co? – Barman pochylił się groźnie nad chłopakiem. – Piłeś już końskie siki, co?

– Tak – odparł Igor.

Barman podstawił mu pięść pod nos.

– No to posłuchaj uważnie, ty sepleniący mały…

Szczupłe ramię w czerni pojawiło się z zadziwiającą prędkością, a blada dłoń chwyciła barmana za przegub. Pojedyncza brew zmarszczyła się z bólu.

– No więc sytuacja jest taka – rzekł chłodno Maladict. – Jesteśmy żołnierzami księżnej, zgoda? Powiedz tylko „aargh”.

Musiał ścisnąć palce. Barman jęknął.

– Dziękuję. A ty jako piwo podajesz ciecz, którą najlepiej opisuje termin „cuchnąca woda” – ciągnął Maladict tym samym spokojnym, cichym głosem. – Ja oczywiście nie piję… końskiego moczu, ale mam bardzo dobrze rozwinięty zmysł węchu i doprawdy wolałbym nie wymieniać głośno wszystkiego, co wyczuwam w tym płynie. Powiedzmy więc tylko „szczurze odchody” i zostawmy tę kwestię, zgoda? Jęknij tylko. Zuch.

Na końcu baru jeden z nowych rekrutów zwymiotował. Maladict z satysfakcją pokiwał głową.

– Odbieranie zdolności bojowej żołnierzowi jej łaskawości w czasie wojny to zdrada – powiedział. Pochylił się. – Karana, oczywiście… śmiercią. – Słowo to wymówił z niejaką przyjemnością. – Jednakże… gdybyś przypadkiem miał tu gdzieś inną beczkę piwa, wiesz, porządnego, które trzymasz dla przyjaciół, jeśli masz jakichś przyjaciół, to z pewnością moglibyśmy zapomnieć o tym drobnym incydencie. A teraz puszczę twoją rękę. Po twojej brwi poznaję, że jesteś myślicielem. No więc jeśli myślisz, żeby rzucić się na mnie z wielkim kijem, chciałbym, żebyś pomyślał również o czymś innym. Pomyśl o tej czarnej wstążeczce, jaką noszę. Wiesz, co oznacza, prawda?

Barman skrzywił się i wymamrotał:

– Liga Wstrzemięźliwości…

– Tak jest! Brawo. I kolejna myśl, jeśli zostało jeszcze trochę miejsca. Złożyłem ślubowanie, że nie będę pił ludzkiej krwi. Co nie oznacza, że nie mogę kopnąć cię w rozkrok tak mocno, że całkiem ogłuchniesz.

Zwolnił uchwyt. Barman wyprostował się powoli. Pod barem na pewno trzymał krótką drewnianą pałkę – Polly była tego pewna. W każdej gospodzie taką mieli. Nawet ojciec miał. Jak twierdził, była bardzo pomocna w czasach pełnych niepokoju i chaosu.

Zobaczyła, jak drgają nerwowo palce niezdrętwiałej dłoni.

– Nie próbuj – ostrzegła. – On nie żartuje.

Barman się uspokoił.

– Drobne nieporozumienie, panowie – mruknął. – Podtoczyłem nie tę beczkę, którą chciałem. Bez urazy.

I poczłapał na zaplecze. Jego dłoń niemal widocznie mrowiła.

– Powiedziałem tylko, że to końfkie fiki – rzekł Igor.

– Nie będzie już sprawiał kłopotów – uspokoiła Maladicta Polly. – Od teraz stanie się twoim przyjacielem. Doszedł do wniosku, że nie może cię pobić, więc postanowił zostać twoim najlepszym kumplem.

Maladict obrzucił ją uważnym spojrzeniem.

– Ja to wiem – stwierdził. – Ale skąd wiesz ty?

– Pracowałem kiedyś w gospodzie. – Serce Polly zabiło szybciej, jak zwykle, kiedy kłamstwa czekały na wypowiedzenie. – Można się nauczyć odczytywać ludzi.

– A co robiłeś w gospodzie?

– Stałem za barem.

– Jest w tej dziurze jeszcze jedna gospoda?

– Nie, skąd. Nie pochodzę z tej okolicy.

Polly jęknęła w duchu, słysząc własny głos. Czekała na pytanie: „To czemu przyszedłeś aż tutaj, żeby się zaciągnąć?”. Ale nie nadeszło. Maladict wzruszył tylko ramionami.

– Nie wydaje mi się, żeby ktokolwiek pochodził z tej okolicy.

Jeszcze dwóch rekrutów stanęło przy barze. Wyglądali tak samo – zakłopotane, trochę wyzywające miny, niedopasowane, za duże ubrania. Wrócił Brew, dźwigając niewielki antałek. Ostrożnie ułożył go na koźle i delikatnie wbił kurek. Wyjął spod lady prawdziwy cynowy kufel, napełnił i nieśmiało podsunął Maladictowi.

Wampir machnął ręką.

– Igorze? – zapytał.

– Zoftanę przy końfkich fikach, jefli ci to nie przefkadza – odparł Igor. Rozejrzał się w nagle zapadłej ciszy. – Przecież nie mówiłem, że mi nie fmakują… – Przesunął swój kufel po lepkiej ladzie. – Jefcze raz to famo…

Polly wzięła świeży kufel i powąchała. Potem wypiła łyk.

– Niezłe – stwierdziła. – Przynajmniej smakuje jak…

Drzwi otworzyły się gwałtownie, wpuszczając odgłosy burzy. Do wnętrza wsunęło się mniej więcej dwie trzecie trolla, które potem zdołało jakoś przeciągnąć pozostałą część.

Polly nie miała nic przeciwko trollom. Czasami spotykała je w lesie, siedzące wśród drzew albo człapiące wytrwale po ścieżkach w drodze do tego, czym zajmują się trolle. Nie były przyjazne, były… zrezygnowane. Świat ma w sobie ludzi i trzeba się z tym pogodzić. Nie są warci niestrawności. Nie można zabić ich wszystkich. Nie da się ich obejść… Nadeptywanie ich nie działa na dłuższą metę.

Niekiedy jakiś farmer wynajmował trolle do wykonania ciężkich zadań. Czasem się pojawiały, czasem nie. Czasem przychodziły, krążyły po polu i wyrywały pnie drzew jak marchewki, a potem znikały, nie czekając na zapłatę. Wiele tego, co robią ludzie, zdumiewało trolle. I odwrotnie. Na ogół starali się nie wchodzić sobie w drogę.

Jednak nieczęsto widywała trolle aż tak… trolliczne. Ten wyglądał raczej jak głaz, który przez długie stulecia leżał w wilgotnym sosnowym lesie. Porastał go mech. Zasłony szarych porostów zwisały z głowy i brody. W jednym uchu miał ptasie gniazdo, a za sobą ciągnął prawdziwą trollową maczugę zrobioną z wyrwanego drzewka. Był niemal wcieleniem trolla z dowcipów, tyle że nikt się nie śmiał.

Ukorzeniony koniec drzewka stukał o podłogę, kiedy troll – obserwowany przez rekrutów i przerażonego kaprala Strappiego – przyczłapał do stołu.

– Chcem siem zaciągnąć – oznajmił. – Chcem spełnić obowiązek. Dawać szylinga.

– Jesteś trollem! – wybuchnął Strappi.

– Nie, nie. Spokojnie, kapralu – upomniał go sierżant Jackrum. – Nie pytaj, nie zdradzaj.

– Nie pytać? Nie pytać? To przecież troll, sierżancie! Ma szczeliny. Trawa mu rośnie pod paznokciami! To troll!

– Jasne – stwierdził sierżant. – Zapiszcie go.

– Chcesz walczyć razem z nami? – zapiszczał Strappi.

Trolle nie mają wyczucia przestrzeni osobistej, a w tej chwili tona tego, co – praktycznie rzecz biorąc – było odmianą skały, pochylała się nad stołem i kapralem.

Troll przeanalizował pytanie. Rekruci stali w milczeniu, z kuflami znieruchomiałymi w połowie drogi do ust.

– Nie – odpowiedział w końcu. – Chcem walczyć z armią. Bogowie zachowajcie… – Troll umilkł i popatrzył na sufit. Czegokolwiek tam szukał, nie było chyba widoczne, więc popatrzył na własne stopy porośnięte trawą. W końcu uniósł wolną rękę i poruszył palcami, jakby coś liczył. – …Księżną – dokończył. Czekanie trwało długo. Stół zatrzeszczał, kiedy troll położył na blacie rękę dłonią do góry. – Dawać szylinga.

– Ale mamy tylko te kawałki papie… – zaczął kapral Strappi, lecz sierżant Jackrum wbił mu łokieć w żebra.

– Słowo honoru, kapralu, czy wyście oszaleli? – syknął. – Za wciągnięcie trolla dostaniemy premię jak za dziesięciu ludzi!

Drugą ręką sięgnął do kieszeni kurtki, wyjął srebrnego szylinga i położył go ostrożnie na wielkiej dłoni.

– Witamy w nowym życiu, przyjacielu! Zapiszę tylko twoje imię, dobrze? No więc jak?

Troll przyjrzał się sufitowi, stopom, sierżantowi, ścianie i stołowi. Polly zauważyła, że porusza ustami.

– Karborund? – spróbował.

– Tak, prawdopodobnie – zgodził się sierżant. – A może zechciałbyś zgo… skosić trochę wło… mchu? Mamy takie przepisy…

Ściana, podłoga, sufit, stół, palce, sierżant.

– Nie – odparł Karborund.

– Jasne. Jasne. Jasne – uspokoił go sierżant pospiesznie. – To właściwie nie jest przepis jako taki, ale raczej sugestia. Niemądra, co? Zawsze mi się tak wydawało. Cieszę się, że mamy cię wśród nas – dodał z przekonaniem.

Troll polizał monetę, która zalśniła w jego dłoni jak diament. Rzeczywiście, zauważyła Polly, trawa rosła mu pod paznokciami… Podszedł do baru. Stojący rozstąpili się natychmiast, ponieważ trolle nigdy nie muszą czekać za pijącymi, machać pieniędzmi i próbować pochwycić wzrok barmana.

Karborund rozłamał monetę na połowy i rzucił obie na kontuar. Brew przełknął ślinę. Wyglądał, jakby chciał powiedzieć: „Jesteś pewien?”, tyle że nie było to pytanie, jakie barmani kierują do klientów ważących powyżej pół tony. Karborund zastanowił się chwilę i rzekł:

– Daj drink.

Brew kiwnął głową, zniknął na chwilę na zapleczu i wrócił, niosąc kufel z podwójnym uchwytem. Maladict kichnął. Polly zaczęła łzawić – taki zapach wyczuwa się przez zęby. Oberża mogła podawać gościom nędzne piwo, ale ten płyn był czystym octem, od którego szczypało w oczy.

Brew wrzucił połówkę srebrnej monety do naczynia, po czym wyjął z szuflady miedzianego pensa i wzniósł nad spienionym kuflem. Troll skinął głową. Z odrobiną ceremonii, jak kelner wrzucający do koktajlu małą parasolkę, Brew upuścił miedziaka do kufla.

Ciecz zapieniła się mocniej. Igor przyglądał się z zaciekawieniem. Karborund chwycił naczynie w dwa palce każdej z wielkich dłoni, po czym jednym haustem przełknął całą zawartość. Przez moment stał nieruchomo, a potem ostrożnie postawił kufel na ladzie.

– Zechciejcie, panowie, trochę się odsunąć – mruknął Brew.

– A co się stanie? – zainteresowała się Polly.

– Różnie to na nich działa. Wygląda na to, że ten… a nie, już załatwiony…

W godnym podziwu stylu Karborund padł na plecy. Nie było żadnego uginania kolan, żadnej dziewczyńskiej próby zamortyzowania upadku. Po prostu zmienił pozycję ze stojącej z ręką wyciągniętą przed siebie na leżącą z ręką sterczącą w górę. Zakołysał się nawet parę razy, kiedy już uderzył o podłogę.

– Nie mają głowy do takich drinków – stwierdził Brew. – Typowe dla takich młodych byczków. Przychodzą tutaj i próbują zgrywać wielkiego trolla, zamawiają Elektryczny Powalacz i nie wiedzą, jak go wypić.

– Wróci do siebie? – zapytał Maladict.

– Raczej nie przed świtem. Mózg przestał mu działać.

– Dla niego to niewielka różnica – uznał kapral Strappi. – No dobra, ofermy! Śpicie w tej szopie na tyłach. Praktycznie wodoszczelna i prawie bez szczurów! Wymarsz o świcie! Jesteście teraz w wojsku!

Polly leżała w ciemności na posłaniu z gnijącej słomy. Nie było mowy, żeby ktokolwiek się rozbierał. Deszcz bębnił o dach, a wiatr dmuchał przez szczelinę pod drzwiami mimo prób Igora, by zatkać ją słomą. Porozmawiali chwilę dość chaotycznie. Z tej rozmowy Polly dowiedziała się, że szopę zamieszkują wraz z nią „Stukacz” Halter, „Kukuła” Manickle, „Łazer” Goom i „Loft” Tewt. Maladict i Igor chyba nie zyskali sobie łatwych do powtórzenia przydomków. Ona sama za powszechną zgodą została Ozzerem.

Ku jej lekkiemu zdziwieniu chłopiec przedstawiający się jako Łazer wyjął z tobołka nieduży portret księżnej i niepewnie zawiesił go na starym gwoździu. Nikt nie powiedział ani słowa, kiedy zaczął się do niej modlić. Tak właśnie powinno się robić.

Mówili, że księżna nie żyje…

Pewnej nocy Polly zmywała właśnie, kiedy usłyszała rozmowę mężczyzn. A nieszczęśliwa jest kobieta, która nie potrafi podsłuchiwać i robić hałasu równocześnie.

Nie żyje, mówili, ale ludzie w PrinceMarmadukePiotreAlbertHansJosephBernhardtWilhelmsbergu to ukrywają. Dlatego że nie miała dzieci, a w rodach panujących ludzie bez przerwy zawierają małżeństwa ze swoimi kuzynami i babciami, więc książęcy tron przypadłby księciu Heinrichowi ze Zlobenii! Tak jest! Możecie uwierzyć? No bo niby czemu nikt jej nigdy nie widział, co? I przez te wszystkie lata nie namalowali nowego portretu? Daje do myślenia. Pewnie, powtarzają nam, że jest w żałobie z powodu młodego księcia, ale to się przecież wydarzyło siedemdziesiąt lat temu! Podobno pochowali ją w sekrecie i…

Ale wtedy właśnie ojciec przerwał brutalnie. Są takie rozmowy, po których człowiek woli, by nikt nie pamiętał, że w ogóle przebywał w tym samym pomieszczeniu.

Żywa czy martwa, księżna troszczyła się o swych poddanych.

Rekruci próbowali zasnąć.

Od czasu do czasu ktoś bekał albo głośno puszczał wiatry. Polly reagowała kilkoma własnymi fałszywymi czknięciami. Zdawało się, że skłania to do większego wysiłku innych śpiących, aż dach grzechotał i kurz opadał w dół, nim wszyscy się wreszcie uspokoili. Raz czy dwa słyszała, jak ktoś wychodzi chwiejnie na ciemność i wiatr, w teorii do wygódki, ale biorąc pod uwagę męską niecierpliwość w takich sprawach, prawdopodobnie do celu o wiele bliższego. Raz, budząc się i zapadając w niespokojny sen, miała wrażenie, że słyszy czyjś szloch.

Uważając, by za głośno nie szeleścić, wyjęła wytarty, poskładany, zaczytany i poplamiony list od brata. Przeczytała go w świetle samotnej, migoczącej świecy. Został otworzony i ciężko okaleczony przez cenzorów, a także nosił pieczęć księstwa. Brzmiał tak:

Kochani!

Jesteśmy w aaaaaaaa, który jest aaaaa z takim aaaaaącym czymś z gałkami. We aaaa ruszamy do aaaaaaaa i bardzo dobrze, ponieważ już aaaa stąd. Dbam o siebie. Jedzenie jest aaaaa. aaa będziemy aa przy aaaa ale mój kumpel aaaek mówi, żeby się nie przejmować, wszystko się skończy do aaaaa i wszyscy dostaniemy medale.

Uszy do góry!

Paul

Pismo było wyraźne, przesadnie staranne i kształtne, jak u kogoś, kto musi pomyśleć nad każdą literą. Polly wolno złożyła list. Paul marzył o medalach, bo błyszczą. Minął już niemal rok od czasu, kiedy każdy werbownik, jaki pojawił się w okolicy, odjeżdżał z ponad połową batalionu. Ludzie żegnali żołnierzy chorągiewkami i muzyką… Teraz czasami powracały mniejsze grupki. Tym, którzy mieli szczęście, brakowało tylko jednej nogi czy ręki. Nikt nie machał chorągiewkami.

Rozłożyła inną kartkę – to była odezwa. Zatytułowana: „Od Matek Borogravianek!”. Matki Borogravianki bardzo stanowczo pragnęły posłać swych synów na wojnę ze Zlobeńskim Najeźdźcą i używały bardzo licznych wykrzykników, by o tym poinformować. Co było dziwne, gdyż matki w Munzu wcale nie były zachwycone myślą, że ich synowie idą na wojnę; zdarzało się, że starały się zaciągnąć ich z powrotem. Mimo to do każdego domu trafiło po kilka egzemplarzy tej odezwy. Była bardzo patriotyczna. To znaczy: mówiła o zabijaniu cudzoziemców.

Polly nauczyła się w pewnym zakresie czytać i pisać, ponieważ gospoda była duża, a w każdym dużym przedsięwzięciu należy rejestrować i liczyć różne rzeczy. Matka nauczyła ją czytać, co było dopuszczone przez Nuggana, a ojciec przypilnował, żeby umiała też pisać, co dopuszczone nie było. Kobieta, która potrafi pisać, jest Obrzydliwością dla Nuggana, jak twierdził ojciec Jupe; cokolwiek napisze, z definicji będzie kłamstwem.

Polly nauczyła się mimo to, ponieważ Paul się nie nauczył, przynajmniej nie w zakresie niezbędnym do prowadzenia gospody tak popularnej jak Pod Księżną. Paul potrafił czytać, jeśli mógł powoli przesuwać palcem wzdłuż linijek; litery stawiał w ślimaczym tempie, myśląc przy tym i sapiąc, jakby składał jakieś drobne ozdoby. Był duży, łagodny i powolny; mógł podnosić antałki z piwem, jakby to były zabawki, ale nie czuł się panem domu, kiedy przychodziło do papierów. Ojciec napomykał Polly – bardzo delikatnie, ale bardzo często – że będzie musiała go wspierać, gdy nadejdzie czas, by przejął Księżną. Jeśli nikt mu nie powie, co robić, jej brat będzie stał tylko i gapił się na ptaki.

Na jego prośbę przeczytała mu całe „Od Matek Borogravianek!” łącznie z fragmentami o bohaterach i o tym, że nie ma lepszego losu, niż zginąć za swój kraj. Teraz tego żałowała. Paul robił to, co mu się powiedziało. Niestety, także wierzył w to, co mu się powiedziało.

Schowała papier i znów zasnęła, ale po pewnym czasie zbudził ją pęcherz. No trudno… Przynajmniej tak wcześnie rano nikt nie będzie jej przeszkadzał.

Sięgnęła po swój tobołek i jak najciszej wyszła na deszcz.

W tej chwili krople opadały głównie z drzew, które gięły się i szumiały na wietrze, wiejącym przez dolinę. Chmury zasłoniły księżyc, ale światła wystarczało, by rozróżnić budynki oberży. Pewna szarość sugerowała, że to, co w Plün uchodziło za świt, już się zbliża. Odnalazła męską wygódkę, która w samej rzeczy cuchnęła brakiem dokładności…

Wiele planowania i ćwiczeń złożyło się na ten moment. Sytuację ułatwiała konstrukcja spodni, staromodnych i zaopatrzonych w obszerne klapy zapinane na guziki – a także eksperymenty, których Polly dokonywała zwykle wcześnie rano, przy okazji sprzątania. Krótko mówiąc, odkryła, że przy zachowaniu ostrożności i dbałości o szczegóły kobieta może siusiać na stojąco. Z pewnością udawało się to w domu, w wygódce oberży, zaprojektowanej i zbudowanej tak, by uwzględniać pewien brak celności klientów.

Wiatr wstrząsał mokrym budynkiem. W ciemnościach myślała o cioci Hattie, która około sześćdziesiątych urodzin zrobiła się trochę dziwna i uparcie oskarżała przechodzących mężczyzn, że zaglądają jej pod spódnicę. Jeszcze gorsza stawała się po kieliszku wina; opowiadała wtedy swój jedyny dowcip: „Mężczyzna staje, żeby to zrobić, kobieta siada, a pies podnosi łapę. Co to jest?”. A potem, kiedy wszyscy byli nazbyt zakłopotani, by odpowiedzieć, krzyczała tryumfalnie „Podają rękę!” i zasypiała. Ciocia Hattie sama w sobie była Obrzydliwością.

Polly z poczuciem euforii zapięła spodnie. Miała wrażenie, że przekroczyła most – a radość wzmacniało dodatkowo odkrycie, że zachowała suche nogi.

– Pst! – powiedział ktoś nagle.

Bardzo dobrze, że zdążyła już się wysiusiać. Panika natychmiast zacisnęła jej wszystkie mięśnie. Gdzie oni się schowali? Przecież to tylko gnijąca stara szopa! Pewnie, jest tu kilka kabin, ale sam zapach sugeruje, że las na zewnątrz jest dużo lepszym rozwiązaniem. Nawet w taką deszczową noc jak dzisiaj. Nawet z dodatkowymi wilkami.

– Tak? – wyjąkała, po czym odkaszlnęła i zapytała grubszym głosem: – Tak?

– Przydadzą ci się – usłyszała szept.

W cuchnącym mroku dostrzegła coś wysuwającego się ponad ścianką kabiny. Nerwowo wyciągnęła rękę i dotknęła palcami miękkiego przedmiotu – było to wełniane zawiniątko. Obmacała je szybko.

– Skarpety? – zdziwiła się.

– Tak. Noś je – rzekł szorstko ten ktoś.

– Dziękuję, ale mam kilka par… – zaczęła Polly.

Usłyszała ciche westchnienie.

– Nie, nie na nogach. Wciśnij je z przodu spodni.

– To znaczy jak?

– Słuchaj – tłumaczył cierpliwie szeptacz. – Nie wybrzuszasz się tam, gdzie nie należy. To dobrze. Ale też nie wybrzuszasz się tam, gdzie powinnaś. Rozumiesz? Niżej.

– Och… Ale ja… No, myślałam, że nikt nie zauważy… – Poczuła, że twarz jej zapłonęła.

Została wykryta. Ale nie nastąpiła wrzawa ani krzyki, ani też żadne gniewne odwołania do Księgi Nuggana. Ktoś jej pomagał. Ktoś, kto ją widział…

– To zabawne – stwierdził szeptacz. – Ale to, czego brakuje, zauważają łatwiej niż to, co jest. Ale tylko jedna para, pamiętaj. Nie przesadzaj z ambicją.

Polly się zawahała.

– Hm… Czy to takie oczywiste?

– Nie. Dlatego dostałaś te skarpety.

– Chodzi o to, że… że nie jestem… że ja…

– Właściwie nie – uspokoił ją głos w ciemności. – Dobrze sobie radzisz. Zachowujesz się jak wystraszony chłopak, który udaje dużego i odważnego. Ale mogłabyś trochę częściej dłubać w nosie. Taka sugestia… Mało co interesuje młodego człowieka bardziej niż zawartość jego nozdrzy. A teraz za to wszystko muszę cię prosić o przysługę.

Ja o żadną nie prosiłam, pomyślała Polly rozgniewana, że ktoś uznał ją za wystraszonego chłopaka, choć sama była pewna, że zachowuje się jak swobodny, bywały w świecie młodzian. Spytała jednak spokojnie:

– O co chodzi?

– Masz jakiś papier?

Polly bez słowa wyjęła spod koszuli „Od Matek Borogravianek!” i wyciągnęła do góry. Usłyszała zapalaną zapałkę i poczuła zapach siarki, który tylko poprawił ogólną sytuację.

– Coś podobnego! Widzę przed sobą tarczę herbową jej łaskawości księżnej… – oznajmił szeptacz. – No cóż, nie pozostanie przede mną zbyt długo. Zmykaj… chłopcze.

Polly wybiegła w noc zaszokowana, oszołomiona, zmieszana i niemal uduszona. Dotarła do drzwi szopy. Ledwie jednak zdążyła zamknąć je za sobą i wciąż mrugała w mroku, kiedy znów otworzyły się gwałtownie, wpuszczając do wnętrza deszcz, wiatr i kaprala Strappiego.

– No już, ruszać się! Puśćcie te… zresztą wy to nawet tego byście nie znaleźli… buce i wiążcie onuce! Hop, hop, hop, hej ho, hop, hop…

Wokół Polly zaroiło się nagle od biegających i padających rekrutów. Ich mięśnie musiały bezpośrednio reagować na rozkazy, ponieważ żaden mózg nie byłby zdolny tak szybko zbudzić się do działania. Kapral Strappi, posłuszny działaniu praw zachowania podoficerów, reagował, czyniąc chaos jeszcze bardziej chaotycznym.

– Wielkie nieba, banda staruszek radziłaby sobie lepiej od was! – krzyczał z satysfakcją, gdy rekruci miotali się dookoła, szukając płaszczy i butów. – Myć się! I golić! Każdy w regimencie ma być gładko ogolony! To rozkaz! Ubierajcie się! Łazer, mam na ciebie oko! Ruszać się, ruszać! Śniadanie za pięć minut! Ostatni nie dostanie parówki! Rany, co za zbieranina!

Czterech mniej znanych jeźdźców – Panika, Dezorientacja, Ignorancja i Wrzask – przejęło władzę w szopie, ku obscenicznej uciesze kaprala Strappiego. Polly jednak wymknęła się na zewnątrz, wyciągnęła z tobołka niewielki blaszany kubek, zanurzyła w kadzi z wodą, ustawiła na beczce pod ścianą i zaczęła się golić.

To także ćwiczyła. Cały sekret tkwił w starej, bardzo starannie stępionej brzytwie. Potem niezbędny był tylko pędzel i mydło. Wystarczyło nałożyć sobie na twarz dużo piany, a potem ściągnąć tę pianę brzytwą – i człowiek był ogolony. Na pewno porządnie ogolony, sir, proszę sprawdzić, jaka gładka skóra…

Była już w połowie tego golenia, kiedy rozległ się wrzask tuż koło jej ucha.

– Co wy tutaj wyprawiacie, szeregowy Nerds?!

– Perks, sir! – odpowiedziała, wycierając nos. – Golę się, sir! Nazywam się Perks, sir!

– Sir? Sir? Nie jestem żaden sir, Nerds. Jestem piekielnym kapralem, Nerds. To znaczy, że zwracacie się do mnie „kapralu”, Nerds. A golicie się w oficjalnym regimentowym kubku, którego nie pobraliście! Jesteście dezerterem, Nerds?

– Nie, s… kapralu!

– Czyli złodziejem?

– Nie, kapralu!

– To skąd wzięliście ten demoniczny kubek, Nerds?

– Od martwego człowieka, sir… kapralu!

Głos Strappiego, i tak wzniesiony do krzyku, stał się wrzaskiem wściekłości.

– Jesteście szabrownikiem?

– Nie, kapralu. Ten żołnierz…

Ciąg dalszy w wersji pełnej

[1] Trolle nie są może zbyt błyskotliwe, ale też nie zapominają szybko.

Tytuł oryginału

MONSTROUS REGIMENT

Copyright © Terry and Lyn Pratchett 2003

This edition is published by arrangement with Transworld Publishers, a division of The Random House Group Ltd.

All rights reserved

Projekt graficzny serii

Zombie Sputnik Corporation

Ilustracja na okładce

Paul Kidby www.paulkidby.net

Redakcja

Łucja Grudzińska

Redakcja techniczna

Elżbieta Urbańska

Korekta

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-7648-882-0

Wydawca

Prószyński Media Sp z o.o.

02-651 Warszawa, ul. Garażowa 7

www.proszynski.pl

www.woblink.com

Plik opracowany przez Woblink i eLib.pl


To się chyba nazywa dezercja i ścinają ci głowę – odpowiedział Maladict. – W moim przypadku byłaby to niedogodność, ale ty, drogi Kukuło, przekonałbyś się, że całkowicie uniemożliwia ci to życie towarzyskie.

Coś zahuczało im nad głowami. – Ja się zaciągłem, żeby zobaczyć ciekawe zagraniczne miejsca i poznać erotycznych ludzi – oświadczył Karborund. Skłonił ich do chwili zastanowienia. – Maf chyba na myfli egzotycznych – odezwał się Igor. – No tak, takich – zgodził się troll.