Polifem - Aldona Reich - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Polifem ebook i audiobook

Aldona Reich

4,8

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

30 osób interesuje się tą książką

Opis

Mroczny thriller o miłości, zemście i człowieku, który widzi przed sobą tylko jeden cel. 

W Słupsku ktoś morduje młodych mężczyzn i pozostawia ich ciała w makabrycznych pozach. Monitoring nie potrafi uchwycić twarzy sprawcy…  
 
Podkomisarz Witold Darasz prowadzi śledztwo, które odsłania sieć tajnych układów, zaginione materiały dziennikarskie oraz historię pewnej dziewczyny - to jej dramat uruchomił lawinę zbrodni.  
 
Polifem to druga część serii Darasz, w której główny bohater zabierze czytelnika do świata pełnego sekretów i nieoczekiwanych zwrotów akcji. 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 278

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 54 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Przemysław Bluszcz

Oceny
4,8 (27 ocen)
22
4
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
aga5043

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam
00
LucyDemolka

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam
00
KEmiliaM

Nie oderwiesz się od lektury

polecam
00
Pasjaczytania

Nie oderwiesz się od lektury

Tak samo dobra jak pierwsza część. Polecam
00
Czytamyzdysia

Nie oderwiesz się od lektury

Tu wszystko było przemyślane - tu wszystko miało ręce i nogi… to wszystko składa się na rewelacyjną i wciągającą książkę :)
00



Aldona Reich

Polifem

Potencjalnie wszyscy jesteśmy potworami

PIĘĆ DNI WCZEŚNIEJ

– Wciąż się rusza… – wymamrotał drobny mężczyzna i ruchem głowy wskazał na leżący na dnie wykopu czarny worek. – Mówię ci, że on jeszcze żyje! – krzyknął do kompana.

Stali nad krawędzią świeżo wykopanego dołu i z coraz większym trudem utrzymywali tempo machania łopatami. Byli jakieś dwa kilometry od najbliższej drogi, skryci w głębi lasu. Miejsce, do którego dotarli drogą pożarową, oświetlały w nocnych ciemnościach ogromne reflektory zaparkowanego kilka metrów dalej samochodu. Przyjechali tu godzinę temu, dość optymistycznie zakładając, że uwiną się ze wszystkim w dwa kwadranse. Jednak już samo kopanie dołu pochłonęło większość czasu, a teraz czekało ich staranne zasypanie dziury i wyrównanie terenu. Na szczęście wokół nie brakowało mchu i grubej warstwy opadłych liści, którymi zamierzali przykryć świeżo skopaną ziemię.

– Przestań pieprzyć! – zirytował się drugi mężczyzna, ale dla pewności uważnie spojrzał na wrzucony do wykopu bezkształtny pakunek. Musiał przyznać, że w świetle reflektorów każda wypukłość i załamanie folii istotnie zdawały się falować. – Kretynie, to tylko piach spada na worek. Uważaj, żebyś ze strachu nie popuścił – zakpił i stęknął głośno, nabierając na łopatę kolejną porcję ziemi.

W odróżnieniu od tamtego był wysoki i dobrze zbudowany. Podczas pracy napięte mięśnie na jego ramionach wyglądały tak, jakby usiłowały rozedrzeć materiał nieprawdopodobnie obcisłych rękawów kurtki. Najwyraźniej jednak jego ciało nie było przyzwyczajone akurat do tego rodzaju wysiłku, bo po chwili wyprostował się z trudem i docisnął lewe przedramię do okolic krzyża.

– Mówiłem od razu, że za głęboko kopiemy! Teraz będziemy się z tym pierdolić do rana.

– Wolf, kurwa, on się rusza! – upierał się tamten. – Skąd wiesz, że na pewno nie żyje?

– Daruś, a jakie to ma teraz znaczenie? – Wolf się roześmiał. – Jeśli nawet jakimś cudem nadal żyje, to za chwilę i tak zdechnie. Nie znam przypadków, żeby komuś udało się oddychać przez folię i metr ziemi. No, co tak stoisz?! Sam mam napierdalać łopatą?

Ostatnia warstwa ziemi, która miała już ostatecznie wyrównać powierzchnię, była chyba najcięższa, a przynajmniej takie sprawiała wrażenie. Obaj już mocno się zasapali, a tempo kolejnych ruchów wyraźnie słabło.

– Panowie, zbieramy się! – zawołał trzeci mężczyzna, idący od strony samochodu. – Uklepcie tylko i znikamy. Przecież i tak nikt nie będzie tu niczego szukał. Jesteśmy w środku lasu!

– Jak pomożesz, będzie szybciej – odparł ze spokojem Wolf.

– Nie pierdol, tylko machaj – zirytował się trzeci i podszedł do zasypywanego dołu. – Mogłeś się zamienić. Ale żeby odjebać kolesia, trzeba mieć jaja – rzucił kpiąco. – Dlatego teraz ja odpoczywam, a ty napierdalasz. Dobra, panowie. Kończymy nieformalną ceremonię i wpadamy do mnie na małego biforka. Chata wolna, starego nie ma, bo dziś obraca kurwy w stolicy, przynajmniej oficjalnie. Odświeżycie się, coś łykniemy i zdążymy jeszcze do klubu. Gruby z ochrony mówił, że jest kilka nowych panienek, warto sprawdzić towar, zanim puszczą go w obieg.

Darek spojrzał na niego z mieszaniną zaskoczenia i niedowierzania.

– Max… Ty naprawdę nie masz jeszcze dość?

– Czego niby, Daruś? – zdziwił się Max i wskazał na już niemal zasypany dół. – Chodzi ci o niego?

Darek w milczeniu pokręcił głową.

– Klich, kurwa, ale ty jesteś osrany! – Max głośno się roześmiał. – Wolf, kogo ty na robotę bierzesz? Przecież to pierdolony leszcz!

– Zostaw go – sapnął Wolf. – A ty – zwrócił się do przestraszonego Darka – stul wreszcie pysk i kończ. Odprężysz się, jak poruchasz na legalu. Kto wie, może policzą ci pół ceny. Max po znajomości załatwi ci rabacik, co nie? – Mrugnął porozumiewawczo. – Może jeszcze rozgrzeje ci panienkę.

– Wolf, skup się na robocie – pouczył go Max. – Nie będę tu tkwił do rana.

– Ciekawe, kiedy zaczną go szukać – zastanowił się Darek.

– Gówno mnie to obchodzi. – Wolf odrzucił na bok łopatę i z głośnym jęknięciem wygiął plecy w pałąk. – I ciebie też nie powinno. Mogą sobie szukać. Najważniejsze, że go nie znajdą. Chyba że zaczniesz się pruć.

– Wolf… no co ty?! – wystraszył się Darek. – Przecież ja… ja nigdy bym…

– Spokojnie! – Max podszedł do niego i objął go za szyję, a potem przysunął do siebie tak, że stykali się czołami. – Pamiętaj, Darek, że ja ci ufam – powiedział z mocą. – I tylko to jest w tym momencie najważniejsze. A skoro cała nasza trójka wie, że trzeba trzymać gębę na kłódkę, to nic nam nie grozi, rozumiesz?

– Rozumiem – odparł Darek, usiłując się uśmiechnąć. – A pan Jerzy?

– Pan Jerzy będzie z nas bardzo zadowolony, możesz mi wierzyć. – Max uśmiechnął się krzywo i puścił szyję kumpla. Odszedł kilka kroków i spojrzał krytycznie na zakopany dół. – Jest okej. Zbieramy się.

Kilka minut później Darek i Wolf wyrównali ziemię, a następnie starannie przykryli ją kawałkami mchu i igliwiem.

– Panowie, dobrze jest! – pochwalił ich Max. – Dopilnuję, żeby premia była solidna. A potem ani pary z ust, zrozumiano? – Ton z dobrotliwego i kpiącego stał się nieprzyjemnie chłodny. – Bo stary wam nie podaruje, jak zaczniecie kłapać dziobami.

Wolf i Darek starannie oczyścili narzędzia i wrzucili je do bagażnika. Gdy wszyscy siedzieli już w samochodzie, tym razem Wolfa dopadły wątpliwości.

– Obszukałeś go dobrze? – zwrócił się do skupionego na wyjeździe z lasu Maxa.

– A ty zakopałeś go dobrze? Każdy miał swoją robotę, nie musimy sprawdzać siebie nawzajem.

– Miał to przy sobie czy nie? – drążył Wolf. – Jeśli psy znajdą to pierwsze, pan Jerzy naprawdę będzie miał poważne kłopoty…

– Nic nie miał! – odburknął Max. – Ale z was pizdy. – Cmoknął z dezaprobatą. – Weźcie się obaj w garść. Gdzie są fanty z jego mieszkania?

– Wrzuciłem do kontenera dwa bloki dalej – odparł Darek.

– Niczego nie przytuliłeś?

– No co ty?! Jutro wszystko będzie już na wysypisku.

ŚRODA

1

Było pięć minut przed siódmą, gdy Witold Darasz zaparkował pod Komendą Miejską Policji w Słupsku. Zgasił silnik i uważnie przyjrzał się budynkowi, jakby po raz ostatni zadawał sobie pytanie, czy wchodząc tam, podejmie decyzję najlepszą z możliwych. Po chwili dotarło do niego, że zachowuje się irracjonalnie, bo nie był to dobry moment na rozterki czy spóźnione refleksje. Złożył podanie, dostał robotę, naprawdę nie było już nad czym deliberować.

Wysiadł, zamknął samochód, a potem, siląc się na lekkość i swobodę, wszedł do gmachu, aby po kilku minutach dotrzeć do sekretariatu. Po zdawkowej prezentacji i dzięki wcześniejszemu zgłoszeniu go przez biuro przepustek stamtąd trafił wreszcie do gabinetu komendanta. Z tego, co powiedział Daraszowi jego mentor Stanisław Nowak, podinspektor Marian Gajcar na wieść, że komendant główny policji zatwierdził przeniesienie Witolda do jego jednostki, okazał daleko idącą radość, niemal graniczącą z euforią. Nowak miał znajomości chyba w każdej komendzie i na każdym posterunku, pozyskiwał niezbędne informacje szybko i bez trudu, zadbał także o zbadanie środowiska, do którego za chwilę miał dołączyć jego podopieczny. Uspokojony panującymi w Słupsku nastrojami, a tym bardziej pozytywnym odbiorem historii zawodowej Darasza, pobłogosławił Witolda na nową drogę zawodową i obiecał, że zajmie się jego sprawami na miejscu, czyli w Sanoku. Darasz pomyślał wtedy, że do owej euforii słupskiego komendanta przyczyniła się prawdopodobnie sprawa, która rozsławiła go na cały kraj, zupełnie zresztą według niego niepotrzebnie – czyli znalezienie sprawcy podwójnego morderstwa w Gliwicach. Oby tylko się nie okazało, że czas i wyniki w pracy w nowym miejscu nieco ten entuzjazm przygaszą.

Gabinet Gajcara diametralnie różnił się od tego, który zajmował Piwoński. Tutaj było skromnie i niemal surowo, za wyposażenie służyło jedynie kilka prostych mebli, nie miał żadnej witrynki z pucharami i wyróżnieniami, a ścian nie zdobiły ramki z dyplomami, tylko godło i mapy miasta oraz powiatu. Ascetyzm tego niewyszukanego wystroju przełamywała ustawiona w rogu tuż przy oknie rozłożysta i intensywnie zielona monstera.

– Dzień dobry – powiedział Darasz spokojnym i pewnym siebie głosem.

Prezentacja była zbędna, bo tym zajęła się sekretarka, zanim pozwoliła mu przekroczyć próg gabinetu.

Na widok Witolda siedzący za ogromnym biurkiem mężczyzna uśmiechnął się szeroko i wstał. Już na pierwszy rzut oka sprawiał wrażenie osoby o pogodnym usposobieniu. Był tęgawy i rumiany, pewnie na skutek nieustannie podwyższonego ciśnienia, co w tej branży nie byłoby niczym zaskakującym. Do wizerunku dobrotliwego szefa przyczyniały się także spora łysina i niemodny siwy wąs, zawadiacko zakręcony na obu końcach. Darasz pomyślał, że przynajmniej teraz nic nie wskazuje na to, aby podinspektor był żądnym chwały i splendoru narcyzem. Jeżeli pierwsze wrażenie nie okaże się mylne, być może wreszcie trafił na kogoś, komu będzie zależało, aby nie zmarnować tych kilku miesięcy, podczas których Witold przygotowywał się do przeniesienia i rozpoczęcia nowego etapu w życiu. Poza tym Nowak miał rację co do reakcji komendanta: wyraźnie ucieszony Gajcar obszedł biurko i idąc w kierunku nowego podwładnego, wyciągnął rękę.

– Witam! No nareszcie pan jest, panie komisarzu! – zawołał jowialnie. – Chciałby pan jeszcze coś ze mną omówić czy od razu mogę przedstawić pana naszym kryminalnym?

Darasz z zadowoleniem pomyślał, że na szczęście obejdzie się bez pustych rozmów i trywialnej wymiany wymuszonych uprzejmości, czego obawiał się chyba najbardziej.

– Jak pan podinspektor uważa – zaproponował ostrożnie. – Ja w każdym razie jestem gotowy do rozpoczęcia pracy.

– Wobec tego bez zbędnego przedłużania zapraszam na odcinek. – Gajcar wskazał drzwi i przepuścił gościa przodem.

Gdy mijali siedzącą przy biurku sekretarkę, rzucił:

– Będę za kwadrans. – I wyszedł za Daraszem na korytarz.

Chwilę szli obok siebie w milczeniu, ale komisarz czuł na sobie wzrok komendanta, jakby tamten rozważał zadanie pytania. Wreszcie Gajcar nie wytrzymał.

– Powiem szczerze, panie komisarzu, że wciąż się dziwię…

Witold spojrzał na niego z uwagą.

– A czemu pan się dziwi?

– Że wybrał pan akurat ten wakat. Z pana osiągnięciami? – W pytaniu komendanta wybrzmiewał niekłamany podziw. – Przecież mógł pan spokojnie szukać pracy w którejś z wojewódzkich. Obawiam się, że tu będzie trudno rozwinąć skrzydła – uprzedził z gorzkim uśmiechem.

– Ta skala mi po prostu pasuje – wymigał się od odpowiedzi wprost Darasz.

Może powinien uczciwie powiedzieć, że wziąłby każdą robotę, nawet na posterunku w jakimś Pierdziszewie, byleby tylko dalej od Piwońskiego i Żurawskiej. A że akurat Słupsk? Z pewnością ponad pięćset kilometrów oddalenia dawało mu poczucie koniecznego dystansu. Wolał jednak podać tę mniej szczegółową wersję.

– Tu chyba też się sporo dzieje – rzucił po chwili.

– No owszem, powiedziałbym, że nawet całkiem sporo. – Komendant wskazał dalszy kierunek marszu. – Tyle że w mniejszym zakresie. No, nie ogólnopolskim w każdym razie. Teraz akurat mamy taką sprawę… – Urwał, bo stanęli przed jakimś biurem. – To tutaj – powiedział i zamaszystym ruchem otworzył drzwi, przy których wisiała tabliczka z informacją, kto owo biuro zajmuje.

W niedużym pokoju siedziało dwoje funkcjonariuszy: kobieta i mężczyzna. Już na pierwszy rzut oka widać było, że oboje są sporo młodsi od komisarza.

– Dzień dobry – przywitał się z nimi komendant. – Przedstawiam podkomisarza Witolda Darasza, który do tej pory pracował na Komendzie Powiatowej w Sanoku. A to nasze orły. – Uśmiechnął się z udawaną dumą. – Sierżant Agata Rozbicka i młodszy aspirant Łukasz Kowalik. Od dziś podkomisarz Darasz jest oficjalnie waszym szefem. Jakieś pytania?

Witold dyskretnie się przyjrzał swoim nowym współpracownikom. Kobieta wyglądała na osobę zdecydowaną i twardo stąpającą po ziemi. Niewątpliwie sama zadbała o taki wizerunek, co podkreślał sportowy ubiór: luźne dżinsy i bluza z kapturem oraz wygodne buty na płaskiej podeszwie. Paradoksalnie niemal po męsku przycięte ciemne włosy doskonale uwidaczniały niewątpliwą urodę kobiety, zaakcentowaną dyskretnym makijażem. Rozbicka całą sobą dawała do zrozumienia, że wygląd jest ostatnią kategorią, według której powinna być oceniana jako policjantka.

Ona także uważnym spojrzeniem omiotła wzrokiem sylwetkę Darasza, a potem zerknęła na Kowalika. Ten z kolei wyglądał jak student: fryzura i dopiero gęstniejąca broda wymagały natychmiastowej ingerencji barbera, a garderoba jednoznacznie wskazywała, że młodzieżowe sieciówki wciąż spełniają jego oczekiwania w kwestii oferowanego asortymentu. Szeroki i szczery uśmiech świadczył o tym, że Kowalik jest osobą o sympatycznym i chyba otwartym usposobieniu, w przeciwieństwie do swojej koleżanki, przyglądającej się Daraszowi z nieprzeniknionym wyrazem twarzy. Komisarz westchnął nieznacznie, jakby właśnie do niego dotarło, że czeka go sporo pracy z młodzieżą. I oby nie była to trudna młodzież.

– Dzień dobry – powiedziała Rozbicka, nieznacznie przeciągając głoski. – A pan podkomisarz też przelotem czy może…

Komendant zgromił ją spojrzeniem i szybko zamilkła.

– Nie rozumiem… – Darasz niepewnie spojrzał na Gajcara.

– No cóż… Prawdę powiedziawszy, nie mieliśmy ostatnio zbyt wiele szczęścia. – Komendant pokiwał głową z rezygnacją. – Od chwili pojawienia się wakatu po raz pierwszy, czyli mniej więcej półtora roku temu, kilku oficerów wytrzymało tu ledwie parę tygodni. Przenosili się do większych jednostek, zanim na dobre wgryźli się w sprawy…

Witold pomyślał, że chyba właśnie te nieustanne zmiany tłumaczyły gorzką sugestię o niemożności rozwinięcia skrzydeł w miejscu takim jak komenda w Słupsku. On w każdym razie wyleczył się już z ambicjonalnego podejścia do pracy i ostatnie, co byłoby powodem jego dalszego poszukiwania lepszego miejsca, to mały ruch w interesie, zamykający drogę do awansów i wyróżnień.

Aspirant podszedł do Darasza i mocno uścisnął mu dłoń na powitanie.

– Kowalik. Zapraszamy do naszego, z przeproszeniem, pierdolnika. – Ręką zatoczył obszar niewielkiego biura. – Mały, ciasny, ale własny – dodał kąśliwie, patrząc wymownie na komendanta.

Witold uśmiechnął się pod nosem. Słupska komenda wyglądała podobnie jak chyba większość komend miejskich czy powiatowych w tym kraju, o posterunkach nawet nie wspominając. Nawet jeśli zmieniono kolor ścian czy zainwestowano w nowe meble, przestrzeni nie przybywało, zmuszając funkcjonariuszy do czegoś, co jako żywo przypominało chów klatkowy. Tu, jak Darasz szybko obliczył, na niespełna dziesięciu metrach kwadratowych upchnięto dwie spore szafy, trzy biurka i trzy obrotowe krzesła, a nawet niedużą szafkę, która miała chyba pełnić funkcję kącika socjalnego, bo poczesne miejsce zajmowały na niej nowoczesny ekspres do kawy, czajnik bezprzewodowy i tacka z kilkoma kubkami i cukiernicą. W kącie pokoju stał wieszak na ubrania. Elementami, które dość brawurowo można uznać za ozdoby, były oczywiście godło i mapa Słupska – mniejsza niż u Gajcara.

– Daruj sobie, Kowalik! – zgasił aspiranta komendant. – Wiesz, że nikomu tu na przestrzeni nie zbywa. Aha… Jeszcze jedno – zwrócił się do Darasza. – Za moment podejdzie informatyk, ustawi panu loginy i hasła do systemu, przy dopełnieniu formalności w kadrach otrzyma pan odznakę i legitymację, do tego wizytówki i pieczątkę. Co do broni, to wiadomo, Kowalik pana zaprowadzi, wszystko już czeka. No to co? Zostawiam państwa. Kowalik, Rozbicka, wprowadźcie komisarza w bieżące sprawy, w razie czego jestem do dyspozycji – zadeklarował i szybko wyszedł na korytarz.

Zamykając za sobą drzwi, rzucił jeszcze Witoldowi pokrzepiające spojrzenie, jakby nie do końca wierzył, że Darasz tu zostaje.

– Rozbicka. – Teraz sierżant uścisnęła dłoń Darasza. – To co? Może na początek jakieś wytyczne?

– Wytyczne? – zdziwił się komisarz. – Do czego?

– Każdy, kto tu się pojawiał przez ostatnie miesiące, zaczynał od wytycznych. – Rozbicka skrzywiła się z niesmakiem, lecz przemilczała fakt, że kilka razy zmuszona była dość ostentacyjnie uświadomić tego i owego, że nie jest tu niczyją sekretarką. – Podobno po to, żeby nam się lepiej „współpracowało”… – Mignęła w powietrzu palcami obu dłoni. – Więc?

– Nie wiem, jakie tu panują zwyczaje, ale… – nabrał powietrza – ja jestem Witold i bardzo proszę tak się do mnie zwracać. Witold, Witek… Przynajmniej w naszym gronie, w sytuacjach oficjalnych pozostaje relacja służbowa i stopnie. Mam nadzieję, że ta forma nikomu nie przeszkadza? Bo jeśli wolicie trzymać dystans, ja się bez problemu dostosuję. – Powiódł wzrokiem po twarzach Rozbickiej i Kowalika, a ponieważ nie doczekał się żadnych sprzeciwów, temat uznał za zamknięty. – Które biurko jest moje?

Agata wskazała mu jedyny sterylnie czysty mebel, na którym znajdowały się laptop, telefon stacjonarny i przybornik z jednym długopisem. Wiązka kabli spod biurka prowadziła do wewnętrznej sieci komendy. Darasz podszedł do swojego nowego miejsca pracy i po chwili wahania usiadł na stojącym przy blacie krześle. W zasadzie był już w pełni gotowy do wykonywania obowiązków.

– Paniom w kadrach damy chwilę na spokojne wypicie kawy, więc może teraz przedstawicie bieżące sprawy? – zaproponował. – Komendant Gajcar wspominał mi o aktualnie prowadzonej przez wydział.

Kowalik sięgnął po jedną z leżących na jego biurku teczek i podszedł do Darasza. Rozbicka nadal stała nieruchomo, jakby czekała na rozwój wypadków.

– To sprawa, która wyszła raptem kilka dni temu. – Aspirant położył otwartą teczkę na biurku komisarza i nieznacznie wysunął część znajdujących się w niej dokumentów.

– Kilka? To znaczy ile?

– Dokładnie pięć. W ubiegły piątek – uściślił Kowalik. – Większość danych jest oczywiście w systemie, więc… – zaczął, ale Darasz szybko mu przerwał.

– Pokrótce.

– Pokrótce… – Łukasz westchnął i spojrzał na Rozbicką.

Ta wzruszeniem ramion oddała mu pole.

– No to od początku – zaczął Łukasz. – Zaginął pracownik lokalnego dziennika czy raczej portalu, Adam Ejsmont. O zaginięciu powiadomiła nas jego matka, Teresa Ejsmont. Ponieważ kobieta mieszka w Ustce, zgłoszenie było najpierw tam, potem przekazali sprawę do nas, do dochodzeniówki, bo tu, znaczy w Słupsku, ten dziennikarz jest zameldowany. Matka twierdzi, że miała z Adamem niemal codzienny kontakt, więc gdy przez kilka godzin nie odbierał telefonu ani nie oddzwonił, uznała, że stało się coś złego, i zgłosiła jego zaginięcie. Chłopaki z naszej dochodzeniówki zaczęli od sprawdzenia mieszkania Ejsmonta. Było konkretnie splądrowane, jakby ktoś czegoś w pośpiechu szukał. I pewnie sprawa zostałaby w dochodzeniowym, gdyby nie to, że prokurator wziął pod uwagę ślady krwi. Ejsmonta ewidentnie brutalnie pobito. Oczywiście, nie ma żadnych świadków ani pobicia, ani uprowadzenia.

– Były tam inne ślady?

– Z pobranego na miejscu materiału nie wyodrębniono śladów biologicznych należących do sprawcy lub sprawców. Ejsmont wprawdzie wciąż ma status zaginionego, ale wszystko wskazuje na to, że jeżeli w ogóle kiedykolwiek zostanie odnaleziony, to już raczej martwy. Dlatego sprawa wylądowała w kryminalnym.

– Jakieś wstępne hipotezy?

– Skoro to dziennikarz, uznaliśmy, że warto przyjrzeć się jego pracy. Może komuś za mocno nadepnął na odcisk, stąd pobicie, porwanie i pospieszne poszukiwanie czegoś, co mogło mieć dla tego kogoś katastrofalne skutki – odparł Kowalik.

– Z mieszkania coś zginęło?

– Matka stwierdziła, że zniknęło kilka przedmiotów, ale wedle jej opinii nie miały specjalnej wartości. Przyjęliśmy więc, że ślady wskazujące na włamanie były raczej próbą ukrycia prawdziwych powodów zniknięcia Ejsmonta i przeszukania jego mieszkania.

– A ta redakcja, w której pracował? To jakiś dziennik, piśmidło, portal z plotkami o celebrytach?

– Zwykły, typowy portal miejski, ale nie jest finansowany przez urząd. Takie tam… – Kowalik się zawahał. – Plotki i pseudosensacje, że ktoś komuś zajumał kostkę brukową, była bijatyka pod jakąś dyskoteką i są dziury w asfalcie.

– A może Ejsmont chciał wypłynąć na szersze wody, znalazł jakiś skandal i rozpoczął dziennikarskie śledztwo? – zastanowił się Darasz.

– Wstępnie też tak zakładaliśmy, ale szef redakcji Tadeusz Borecki stwierdził jednoznacznie, że nic mu na ten temat nie wiadomo. Przynajmniej oficjalnie. Do tej pory dziennikarz głównie zajmował się tematami dotyczącymi życia kulturalnego Słupska, co jakiś czas uczestniczył w posiedzeniach rady miasta, a jego jedyną poważniejszą sprawą była – Kowalik zajrzał do notatek – kwestia zmian w planie zagospodarowania przestrzennego miasta. Jakieś zakusy na grunt, zagrażające jednej ze starszych dzielnic Słupska. Jednak z tego, co mówił nam naczelny, temat szybko umarł śmiercią naturalną, ponieważ uchwały nie przeszły w głosowaniu rady. Ejsmont wrócił do sfery kulturalno­-sportowej, a o ewentualnej samowolce naczelny nic nie wiedział. Sam Ejs­mont poinformował go tylko jakiś tydzień przed swoim zaginięciem, że ktoś ukradł mu z samochodu służbowego laptopa.

Darasz pokiwał głową z rezygnacją.

– I jak rozumiem, sprzęt jest nie do odzyskania?

– Jak zwykle w takich sytuacjach – potwierdził aspirant. – Nad danymi w chmurze wciąż pracują technicy, ogólnie sprawa mocno utknęła, a my szukamy jakiegoś punktu zaczepienia.

– Matka mówiła coś jeszcze?

– Zwróciła uwagę na to, że w ostatnich dniach syn sprawiał wrażenie zdenerwowanego i wystraszonego, ale w żaden sposób nie dał znać, że obawia się o swoje bezpieczeństwo czy nawet życie. Kiedy o coś go pytała, zbywał ją.

Podczas gdy Kowalik referował szczegóły sprawy, Agata usiadła wreszcie za swoim biurkiem. Komisarz zauważył, że kobieta stara się patrzeć na Łukasza, ale co jakiś czas rzuca mu ukradkowe spojrzenia. Nie był tym szczególnie zdziwiony czy zaskoczony: pojawił się nagle, jako jeden z kolejnych, Bóg jeden wie, co o nim opowiedział komendant i w jakim świetle go przedstawił. Zrozumiałe, że teraz przyszedł czas na weryfikację. To, że podlega typowej kobiecej analizie jako mężczyzna, jakoś nie przyszło mu do głowy.

– To wszystko? – zapytał, gdy tylko Kowalik zamilkł.

– Niestety, tak.

– Zaginięcie zgłosiła matka. A wiecie coś więcej o rodzinie Ejsmonta?

– Adam to jedynak, ojciec nie żyje, matka pracuje w jednym z tych całorocznych pensjonatów w Ustce jako kucharka. Ejsmont studiował w Gdańsku dziennikarstwo, dostał robotę najpierw w Tczewie, potem w Słupsku. Nienotowany.

– Dziewczyna, partnerka?

– Żadnej relacji, o której wiedzieliby matka, współpracownicy czy sąsiedzi. Nikt go nie odwiedzał, w bilingach brak połączeń wskazujących na częstsze niż normalnie kontakty. Technicy sprawdzają jeszcze komunikatory, może tam coś wypłynie.

– Na pewno w dniu domniemanego zaginięcia Adam Ejsmont był w Słupsku? – zapytał Darasz. – Może to pobicie nie miało związku z jego pracą, a tym bardziej ze zniknięciem. Jakiś zazdrosny chłopak, zdradzany mąż, lichwiarz, któremu Ejsmont był winny pieniądze? – wymieniał. – Być może dopiero po tym pobiciu wyjechał i coś paskudnego przydarzyło mu się w innym miejscu.

– Nie wyjechał – odezwała się wreszcie Rozbicka. – Samochód wciąż stoi pod jego blokiem, monitoring na dworcach go nie zarejestrował, nie brał taksówki. Z całą pewnością zaginął na terenie Słupska. Poza tym, gdy wyjeżdżał, zwykle na wszelki wypadek zostawiał klucze sąsiadce, a ta twierdzi, że w ogóle do niej nie zajrzał.

– Czyli musimy szukać dalej i głębiej – stwierdził Darasz półgłosem, odruchowo przesuwając nieliczne przedmioty na swoim biurku. – Trzeba będzie jeszcze raz przesłuchać tego naczelnego…

– Boreckiego – przypomniał Kowalik.

– Tak, Boreckiego. Ze współpracownikami rozmawialiście?

– Ejsmont, jak większość zespołu, pracował głównie online, więc niewiele o sobie nawzajem wiedzą – wyjaśniła Rozbicka. – Opinia o zaginionym jest raczej pozytywna: spokojny, grzeczny, życzliwy, ale dość skryty.

– Rozumiem. Myślę, że warto przejrzeć ostatnie tematy poruszane na posiedzeniach rady miasta, bo może wpadło coś nowego i Ejsmont wolał się tym na razie nie dzielić. No i wywiad środowiskowy: sąsiedzi, pani w pobliskiej Żabce, knajpa, w której najczęściej się stołował, albo bar, do którego wpadał na piwo. – Darasz wstępnie założył, że dziennikarz wiódł żywot singla. – Niewykluczone, że tam miał jakieś spotkania „na mieście”. I zadzwońcie, proszę, po tego informatyka, nie będę do końca dnia bezproduktywnie wpatrywał się w tapetę na ekranie.

2

Darasz odbył wizytę w kadrach i magazynie broni, a później starannie i uważnie przeglądał materiały w sprawie zaginionego dziennikarza, co jakiś czas rzucając Rozbickiej i Kowalikowi pytania, mające pomóc w usystematyzowaniu danych.

Wrócił do siebie koło osiemnastej, choć komendę opuścił dwie godziny wcześniej. Październikowe niebo było zasnute grubą warstwą chmur, a jesienna, chłodna wilgoć nie zachęcała do spacerów, ale Darasz, mając na względzie zawartość swojej lodówki, wstąpił jeszcze do mijanej po drodze restauracji na późny obiad. Musiał też zrobić zakupy: pieczywo, jakieś warzywa, soki owocowe, pakowane wędliny i ser. Kolejny raz podczas wypełniania koszyka złapał się na myśli, że praktycznie odwykł od piwa, które jeszcze niedawno z obłudną lekkością nazywał „wieczorynką” – taką porcją na lepszy, a przede wszystkim mocniejszy sen. W połączeniu z tabletkami „wieczorynka” stanowiła namiastkę anestetyku, ale z chwilą, gdy odstawił jedno i drugie, a przede wszystkim porzucił dawne życie i ostatecznie Sanok, skonstatował, że owe „wieczorynki” nie były mu już potrzebne. Spał mocno, budził się wypoczęty. Same plusy, gdyby nie fakt, że nadal nie miał do kogo ust otworzyć, zapytać o to, jak minął dzień czy zaplanować wspólnego wyjścia w miejsca inne niż te oznaczone biało­-czerwoną taśmą.

Dźwigając w obu rękach torby z zakupami, komisarz wszedł na drugie piętro bloku z wielkiej płyty i otworzył drzwi do wynajętego mieszkania. Było dużo mniejsze niż to w Sanoku, ale na szczęście w pełni umeblowane. Teraz musiał się ograniczyć do jednego pokoju, wprawdzie sporego, ale spełniającego wiele funkcji. Miał tam jadalnię, sypialnię oraz coś, co sam z ironią nazywał świetlicą. Na środku stał ogromny stół. Przy nim przez ostatnie dni Witold jadł, oglądał telewizję i prawdopodobnie także przy nim przyjdzie mu wkrótce pracować.

W mieszkaniu znajdowały się jeszcze mała i niezbyt funkcjonalna kuchnia oraz łazienka z ciasną kabiną prysznicową. Witold od początku powtarzał sobie, że to tylko tymczasowe rozwiązanie, jednak miał świadomość, że prowizorki trwają najdłużej i z nich najtrudniej zrezygnować. Jeśli wytrzyma w słupskiej komendzie dłużej niż pół roku, rozejrzy się za czymś większym. Tymczasem musi jakoś uporządkować tę niewielką ciemnawą przestrzeń i udawać przed samym sobą, że jest na dobrej drodze do życiowej stabilizacji.

Odświeżył się, z wyraźnymzadowoleniem oglądając w lustrze nad umywalką swoje odbicie. Już wcześniej sporo schudł i choć był to ewidentnie wynik pogłębiającego się stresu związanego z funkcjonowaniem w sanockim zawieszeniu, to paradoksalnie wyszło mu to na dobre. Ostatnich kilka tygodni przeznaczył na wykorzystanie zaległego urlopu, połaził trochę po górach, dużo spał, trochę czytał. Zaleski twierdził, że Witold się alienuje, ale to tylko po części prawda – on jedynie chciał wejść w nowe środowisko z lekką głową, uwolniony od demonów. Kolejne otwarcie niczego nie gwarantowało, wiedział o tym doskonale, lecz musiał wreszcie zamknąć jedne drzwi, żeby móc otworzyć drugie. Czas pokaże, czy to, co za nimi znajdzie, nie sprowokuje go do ponownego szukania własnego miejsca na ziemi.

Darasz pokrzepiająco uśmiechnął się do siebie w lustrze, dokończył toaletę i wyszedł z łazienki. Dobry nastrój prysł jak mydlana bańka na widok stosu wciąż jeszcze nierozpakowanych paczek i kartonów, o które potykał się już od dwóch tygodni.

Dochodziła dwudziesta, gdy zadzwonił Piotr Zaleski. Widząc jego nazwisko na ekranie smartfona, Witold się ucieszył. Wreszcie porozmawia z kimś, kogo uważał niemal za przyjaciela, a do tego rozmowa będzie doskonałą wymówką, żeby się nie rozpakowywać. Odbierając połączenie, z ulgą usiadł tyłem do tego haniebnego stosu.

– Cześć, Piotrze! – przywitał się z szerokim uśmiechem.

– Cześć, komisarzu. Nie przeszkadzam w nowo podjętych obowiązkach?

Zaleski sumitował się chyba tylko dla zachowania pozorów. Doskonale wiedział, kiedy Witold rozpoczyna pracę i że w tej sytuacji raczej nie będzie łapał go na miejscu zbrodni.

– Skąd – zaprzeczył szybko Darasz. – Cieszę się, że dzwonisz.

– I jak? Urządziłeś się już w nowym miejscu?

– Jakoś funkcjonuję. Wynająłem całkiem przyzwoite mieszkanie w dobrej lokalizacji. Za kilka dni powinna zjechać reszta moich rzeczy, Nowak ma wszystkiego dopilnować. Potem rozejrzę się za czymś bardziej stabilnym.

– Czyli do Sanoka już nie wrócisz? – stwierdził raczej, niż zapytał Zaleski.

– Skąd takie założenie? – zdziwił się Darasz.

– Skoro planujesz coś na stałe, to pewnie mieszkanie tutaj sprzedasz? Tylko wiesz… Równie dobrze możesz je wynająć – zastrzegł Piotr.

– Nie, nie mam w planach ani wynajmu, ani tym bardziej sprzedaży. To za wcześnie, żeby palić szalupy.

– Nie rozumiem… Co mają do tego szalupy?

– A… – Witold się roześmiał – to taka ciekawostka historyczna. Cortés, gdy dobił do Meksyku, kazał swoim ludziom spalić szalupy, na których tam dopłynęli. Mogli tylko przeć naprzód albo wybudować nowe, na co w tym wypadku nie mieli za bardzo czasu. U mnie to jeszcze nie ten moment. Chyba… W każdym razie mieszkanie w Sanoku to moje zabezpieczenie, zresztą zostało tam sporo rzeczy jeszcze po moich rodzicach. Nie miałem po prostu czasu się z tym uporać. Ten wyjazd wyskoczył dość nagle…

Poczuł niesmak w ustach, który pojawiał się za każdym razem, gdy usiłował kłamać.

Zdążyłby z pewnością ze wszystkim, ale wciąż zwlekał, jakby podświadomie liczył na to, że sprawy same się ułożą. A przecież od początku było wiadomo, że ani Piwoński, ani tym bardziej Żurawska nie zostawią swojego wygodnie ułożonego życia i nie wyjadą nagle, najlepiej na drugi koniec Polski, żeby zejść mu z oczu. To on musiał podjąć taką decyzję i ostatecznie, gdy przeniesienie zostało formalnie przyklepane, w jeden weekend spakował najpotrzebniejsze rzeczy, resztę przygotował do późniejszego transportu i wyjechał. Pierwsze dni spędził w taniutkim hotelu, gdzie prym wiedli kierowcy tirów i smagłolice prostytutki, które za niewielką opłatą pomagały im rozładować zmęczenie i stres. Ale Darasz nie zwracał na to uwagi. Przecież każdy rozbitek musi przez jakiś czas podryfować, zanim trafi na bezpieczny kawałek lądu. Spokojnie więc czekał na klucze, żeby firma przeprowadzkowa miała gdzie zostawić przywiezione z Sanoka paczki z tym, co przyda się najprędzej. Niestety, do tej pory zaledwie ręczniki, pościel i nieco ubrań ujrzały światło dzienne, reszta wciąż wypełniała kartony.

– Słuchaj… – zaczął z oporami Zaleski. – Nie wiem, czy powinien ci to mówić, ale… – Zawahał się i na moment zamilkł.

– No, co jest?

– Może niepotrzebnie tak się z tego Sanoka wyrywałeś. Trzeba było usiąść na dupie i poczekać – sapnął Piotr.

– O czym ty mówisz? – zdziwił się Witold. – Na co poczekać?

– Ponoć Żurawska niedługo też stąd wyjeżdża, dostała robotę w Rzeszowie. Chyba od stycznia.

Witold poczuł, że emocje związane z Alicją, a raczej z ich dość gwałtownym rozstaniem, są wciąż żywe. Nigdy nie dzielił się tym etapem życia z Zaleskim, mimo że to właśnie jego, oprócz Nowaka, darzył największym zaufaniem. Chyba dość naiwnie uznał, że są pewne sfery, do których dostępu będzie bronił za wszelką cenę, bo i tak wszyscy wiedzieli, dlaczego i przed kim on z tego Sanoka ucieka.

– A dlaczego mi o tym w ogóle mówisz?

Starał się nadać swojemu pytaniu lekki ton, ale chyba nie wyszło wiarygodnie, bo Zaleski odparł z ciężkim westchnieniem:

– Witek, daj spokój… Wszyscy wiedzieli, że ty i Alicja… Po prostu uznałem, że powinieneś wiedzieć o tym awansie. Na wypadek gdyby Żurawska była jedyną przeszkodą na twojej drodze powrotnej do Sanoka. Sam wiesz, że zawsze można zmienić plany. Myślę, że Piwoński nie robiłby problemów.

– Skąd wiesz o jej awansie? – Darasz pominął kwestię ewentualnego powrotu.

– Mówiłem: to plotki – zaznaczył Zaleski. – Ale sam wiesz, że w każdej plotce jest ziarno prawdy.

– No proszę… – mruknął Witold. – Sanok był dla niej za ciasny? A może stwierdziła, że tam osiągnęła już wszystko, i zmęczył ją szklany sufit? – wysilił się na cierpki żart.

– Nie wiem. Ale pogłoski o tym Rzeszowie pojawiły się tuż po twoim wyjeździe, więc to świeża sprawa. Może niechcący ją sprowokowałeś. W sumie to się jej nie dziwię… – stwierdził Piotr. – Nigdy nie była zbyt lubiana, ale teraz to już niektórzy zafundowali jej dotkliwy ostracyzm.

– Tylko niektórzy? – zapytał z kpiną Darasz.

– Jak widać, tylu wystarczyło.

– To już nie ma znaczenia. – Witold westchnął. – A co z naszym… znaczy waszym zespołem? Piwoński ma już kogoś na moje miejsce?

– Nie wiem i średnio mnie to interesuje – odparł Zaleski. – Złożyłem papiery na emeryturę.

– Co takiego?!

– Tu już sami młodzi, nawet ten cholerny Piwoński daje mi do zrozumienia, że nie pasuję do tych gówniarzy. Niech sobie radzą beze mnie.

– To może dobijesz do mnie? – zaproponował impulsywnie Darasz. – Wszędzie są jakieś niedobory kadrowe, tu, w Słupsku, też. Coś się zawsze znajdzie, jeśli nie w kryminalnym, to przynajmniej w dochodzeniówce albo jeszcze lepiej: w prewencji. Znasz temat, masz doświadczenie…

Propozycja była spontaniczna, ale niepozbawiona sensu – Witold widział w Zaleskim bystrego i solidnego współpracownika, a przy tym mieli naprawdę dobry kontakt. Rozumieli się niemal bez słów. Niewykluczone, że ktoś taki jak Zaleski stanowiłby świetny nabytek dla Słupska. Darasz musiałby tylko pogadać z Gajcarem, który chyba z otwartymi ramionami przyjąłby protegowanego komisarza.

– Daj spokój, Witek – wyhamował go Piotr. – Jestem już po prostu zmęczony. Zmęczony i chyba… sam już nie wiem… zgorzkniały? A to psuje mi optykę. Może później czegoś sobie poszukam, ale do firmy na pewno nie wrócę, nawet jako emeryt.

Darasz zrozumiał, że nie ma sensu tego ciągnąć.

– Nie było tematu. Ale jakby co, wiesz, do kogo masz zadzwonić w pierwszej kolejności?

– Wiem, wiem – odparł Zaleski. – Jak już się urządzisz na dobre, wpadnę w odwiedziny.

– Koniecznie! Mieszkanie jest niewielkie, ale w razie czego wynajmę ci pokój w hotelu. Bardzo się cieszę, że zadzwoniłeś.

– Trzymaj się, Witek. W kontakcie.

– W kontakcie.

3

Zbliżała się dwudziesta druga, gdy Dariusz Klich otworzył bramę niewielkiego garażu z blachy falistej. Celowo nie włączył światła i stał chwilę w bezruchu, jakby się upewniał, że nawet mimo tej późnej godziny i panujących wokół ciemności nikomu nie przyjdzie do głowy spacerować szutrową drogą, a przy okazji sprawdzać, co dzieje się o tej porze w nieoświetlonym garażu. Rozejrzał się kontrolnie i uspokojony wszedł do środka. Potężny czarny Tuareg zajmował prawie całą niewielką przestrzeń, więc Klich musiał niemal szorować plecami po ścianie, żeby dotrzeć na drugi koniec pomieszczenia. Wyjął z kieszeni latarkę, włączył ją i wsunął do ust. Przyświecając sobie, ostrożnie odkręcił przednią tablicę rejestracyjną i wrzucił do trzymanej na ramieniu przepastnej torby z Ikei. Przecisnął się do wejścia i pozbawił samochód drugiej tablicy. Wyłączył latarkę i schował ją do kieszeni, a potem zamknął drzwi garażu. Szarpnął za lekko przerdzewiałą kłódkę i kolejny raz pomyślał, że już naprawdę najwyższy czas ją wymienić. Poprawił torbę na ramieniu i miał się odwrócić, gdy nagle w wątłym świetle odległej ulicznej latarni dostrzegł na falowanej blasze cień. Nie swój, dużo większy. Cały stężał. Przecież nie słyszał żadnych kroków na szutrówce biegnącej wzdłuż garaży. Mimo narastającego strachu obrócił się powoli. Zdążył tylko dostrzec kaptur, który osłaniał czyjąś twarz, nim mocny cios w głowę pozbawił go przytomności.

4

Sierżant Agata Rozbicka z niemałym zdumieniem odebrała połączenie. Było krótko przed dwudziestą trzecią i o tej godzinie spodziewała się raczej zobaczyć na wyświetlaczu numer oficera dyżurnego, a nie Łukasza Kowalika.

– Jezu, Łukasz! Coś się stało? Znaleźli Ejsmonta? – rzuciła na jednym wydechu.

– Nie, dlaczego? – Był wyraźnie zdziwiony jej pytaniem.

– Dzwonisz o takiej porze, że to pierwsze, co przyszło mi na myśl.

– O, do licha… – mruknął. – Fakt, trochę późno. Jesteś zajęta?

– Po co dzwonisz? – Zrobiła unik. Nie mogła mu przecież powiedzieć, że właśnie siedzi z jakimś badziewiem na twarzy, usilnie starając się zadbać o swój gasnący w męskim świecie pierwiastek kobiecości. – Tylko szybko, bo właśnie leci mi woda do wanny.

– Idziesz się kąpać? – Łukasz wyraźnie się ucieszył. – I tak beze mnie?

– Kowalik, zapamiętaj sobie do końca życia: to najgłupszy i najbardziej wyświechtany tekst na podryw – syknęła Agata. – Sto procent nieskuteczności, zaręczam. Jeszcze zaproponuj, że mi plecki umyjesz, a uznam cię za napalonego zboka. Czego chcesz?

– Bez obaw – uspokoił ją. – Mam komu plecki myć – skłamał, z trudem panując nad głosem, bo wizja nagiej Agaty siedzącej w wannie pełnej piany na krótką chwilę odebrała mu jasność myślenia. Odchrząknął i już pewniejszym głosem zapytał: – Gdzie położyłaś wyniki badań materiałów pobranych z mieszkania Ejsmonta?

– A ty co? – zakpiła. – Nie masz lepszych zajęć przed snem? Załatwimy to na spokojnie rano.

– Ale ja ich potrzebuję teraz.

– Łukasz… Błagam, tylko mi nie mów, że jesteś w pracy!

– No… jestem – przyznał z ociąganiem.

– Ale po jaką ciężką cholerę?!

Pracowała z Kowalikiem zaledwie dwa lata, ale jednego była pewna: aspirant nie był typem nadgorliwca.

– Sam nie wiem… Ten Darasz wygląda na skrupulatnego. Ledwo usiadł, od razu przeszedł do sprawy, zamiast najpierw zapytać, gdzie jest pokój socjalny. Ślęczał nad tym Ejsmontem cały dzień. Być może wreszcie ta nasza robota będzie miała ręce i nogi, więc głupio by mi było już na początku współpracy dać się złapać na jakiejś niedokładności. Po prostu na spokojnie jeszcze raz zerknę w dokumentację, bo chcę być przygotowany na ewentualny postęp w sprawie, zamiast w panice wyszukiwać informacje. To twoim zdaniem źle? – zapytał.

– A może raczej ty się go… boisz? – Agata się roześmiała. – Jeśli tak, to od razu poproś o przeniesienie, na przykład do prewencji. A gdy nasza bieszczadzka gwiazda wzorem innych pofrunie do Trójmiasta albo i do samej stolicy, ze spokojem wrócisz na stare śmieci. Chyba że Gajcar znajdzie za ciebie jakieś zastępstwo.

– Dokumenty – przypomniał jej sucho Kowalik.

– Moje biurko, pierwsza szuflada po prawej – poinformowała go oficjalnym tonem. – I nie grzeb tam, bo i tak niczego ciekawego nie znajdziesz – dodała.

– Postaram się pohamować policyjne nawyki – obiecał Kowalik. – Mam – sapnął po chwili. – I nie, nie boję się Darasza – wrócił do przerwanego wątku. – Mam jednak dziwne wrażenie, że jako jeden z niewielu nie jest łasy na awanse i cały ten gówno warty splendor.

– Obyś się nie przejechał. Mnie on wygląda na kogoś, kto nie lubi grać zespołowo.

– Skąd takie wnioski, Agata?

– Doświadczenie uczy, żeby nie ulegać pozorom. Ja w każdym razie, zanim wystawię mu laurkę, chwilę się poprzyglądam.

– Jak uważasz. Do jutra, Agata.

5