Pojedynek z szejkiem - Maisey Yates - ebook
Opis

Samarah od lat życzyła śmierci szejkowi Ferranowi. Zniszczył jej rodzinę, a ją samą skazał na wieloletnią tułaczkę. Samarah znajduje pracę w jego pałacu i czeka na właściwy moment. Ku jej zdumieniu Ferran ją rozpoznaje i zamiast wtrącić do więzienia, prosi ją o rękę…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 154

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Maisey Yates

Pojedynek z szejkiem

Tłumaczenie: Agnieszka Wąsowska

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Szejk Ferran Bashar, władca Khadry nie powinien przeżyć tej nocy. Nie wiedział o tym, ale taka była prawda.

Zabicie człowieka nie jest łatwą rzeczą. Dlatego właśnie tak długo się do tego przygotowywała. Żeby w ostatecznej chwili nie zadrżała jej ręka i żeby się nie zawahała.

Czekała przy drzwiach jego sypialni z nożem ukrytym w fałdach spódnicy. Zrobi to po cichu, z zaskoczenia.

Wiedziała, że nie będzie tego żałować. Tradycja wymagała, żeby Ferran był ostatnim ze swego rodu. Tak jak jej ród kończył się na jej ojcu. Była jedyną córką i nie będzie mogła przekazać dalej nazwiska. Jej królestwo było w rozpadzie.

Ale nie czas teraz na rozmyślania. Nie po to zatrudniła się miesiąc temu w tym pałacu. Na szczęście Ferran jej nie rozpoznał, zresztą, dlaczego miałby na nią patrzeć?

Ona jednak obserwowała go uważnie.

Szejk Ferran był postawnym mężczyzną, wysokim i szczupłym. Wielokrotnie widziała, jak boksował worek treningowy. Znała jego ruchy na pamięć.

Nie zada mu bólu. Ferran nawet się nie zorientuje, co się dzieje. Nie będzie czekał w celi na koniec swojego życia, tak jak niegdyś jej ojciec. Po prostu odejdzie.

W przeciwieństwie do niego okaże miłosierdzie.

Usłyszała ciężkie kroki i wiedziała, że to Ferran. Zrobiła głęboki wdech i czekała, aż otworzą się drzwi sypialni. Kiedy je uchylił, spostrzegła, że jest sam.

Doskonale.

Odczekała, aż zamknie drzwi.

Wstrzymała oddech, zmówiła krótką modlitwę i wysunęła się z cienia.

W tej samej chwili ich spojrzenia się spotkały. I to ją zgubiło. Znieruchomiała, zatapiając wzrok w jego niewiarygodnych oczach. Był niezwykłym mężczyzną. Pełnym życia, wręcz pięknym.

I tak znajomym.

Choć minęło tyle lat, znała go. I dlatego w tej chwili była w stanie jedynie stać i patrzeć mu w oczy.

To wystarczyło.

Ferran chwycił ją za rękę i wykręcił ją do tyłu. Samarah odchyliła się, ale udało jej się zachować równowagę. Błyskawicznie objęła go od tyłu za szyję, trzymając w ręku nasączoną chloroformem szmatkę.

Ferran zamknął jej nadgarstek w żelaznym uścisku. Tym razem jednak nie pozwolił jej się wyrwać. Samarah próbowała chwycić go za szyję, ale był silniejszy. Uwolnił się z uścisku i oparł jej ramię o ścianę. Wypuściła szmatkę i zaklęła. Nie przestawała walczyć jak rozwścieczona kotka. Jednak teraz, kiedy minął już element zaskoczenia, nie miała szans.

Zamknęła oczy i przypomniała sobie dom. Nie ulice Dżaharu, ale pałac. Ten, z którego po śmierci ojca zostały z matką wyeksmitowane. Po tym, jak z rozkazu Ferrana jej ojciec został stracony.

Poziom adrenaliny znów podniósł się w jej żyłach. Obróciła się, żeby mocniej nacisnąć na szyję Ferrana. On jednak przerzucił ją przez ramię, tak że wylądowała na plecach na dywanie.

Musi się podnieść. Wiedziała, że zaraz zginie. Ferran nie znał litości, podobnie jak niegdyś jego ojciec.

Pochylił się nad nią. Uniosła nogę, odepchnęła go silnie stopą i szybko się podniosła. Była gotowa do dalszej walki.

Kiedy ruszył w jej stronę, wymierzyła mu cios w twarz uniesioną stopą. Ferran zachwiał się i Samarah wykorzystała ten moment, żeby powalić go na ziemię. Uklękła na nim i sięgnęła ręką do jego gardła.

Jego oczy błyszczały w ciemności jak dwa diamenty.

Wolną ręką sięgnęła po nóż.

Nie było czasu na zastanawianie się. Nie było czasu na wahanie. On się nie wahał, kiedy wydał wyrok na jej ojca.

Uniosła nóż, gotowa zatopić go w jego piersi. Ferran jednak chwycił ją za oba nadgarstki i odsunął jej rękę. Czubek noża zahaczył przy tym o jej policzek, z którego trysnęła krew. Mimo to Samarah nie przestawała walczyć. Wciąż próbowała zaatakować go nożem. Ferran jednak położył ją na plecach i nachylił się nad nią, przytrzymując oba ramiona za głową.

‒ Kto cię przysłał? – spytał niskim głosem.

‒ Nikt.

‒ To po co tu przyszłaś?

‒ Nie widzisz? Żeby cię zabić.

Nie puszczając jej ramion, Ferran wyjął z jej dłoni nóż.

‒ Nie udało ci się.

‒ Jak dotąd.

‒ Nigdy ci się nie uda. Chcę wiedzieć, dlaczego chciałaś to zrobić.

‒ Życie za życie. Masz wprawdzie tylko jedno, a jesteś mi winien więcej, ale wezmę i to.

‒ Czyżby?

‒ Nie przyszłam tu, żeby z tobą debatować.

‒ Nie. Przyszłaś, żeby mnie zabić. Ale ponieważ ci się to nie udało, równie dobrze możesz zacząć obmyślać sposób, żeby mnie przekonać co do tego, że nie powinienem cię skazać na śmierć. Wiesz, że mógłbym to zrobić. Wystarczy jedno słowo, żebyś się znalazła w więzieniu.

‒ Na co więc czekasz?

‒ Nie na darmo jestem szejkiem. Doskonale wiem, że każdą rzecz, nawet najgorszą, mogę wykorzystać dla swojego dobra, jeśli tylko będę wiedział, gdzie szukać.

‒ Ze mną ci się to nie uda.

‒ W takim razie miłego pobytu w więzieniu.

Samarah zawahała się. Wiedziała, że nie może iść z nim na żadną ugodę. Ten człowiek zrujnował jej życie i był powodem śmierci jej matki.

Zabrał jej wszystko. Jedynym celem jej życia stało się pomszczenie tych krzywd i dopilnowanie, aby jego ród wygasł tak jak jej.

Zawiodła.

Chyba że zrobi to, o czym wspomniał Ferran: obróci tę sytuację na swoją korzyść.

‒ Co miałabym zrobić, żeby odzyskać wolność?

‒ Jeszcze nie podjąłem decyzji. Nie wiem, czy w ogóle zechcę zwrócić ci wolność.

‒ Możesz to zrobić. Wszak jesteś szejkiem.

‒ To prawda.

‒ Uwolnisz mnie?

Ferran wziął do ręki upuszczony przez nią nóż.

‒ Nie ufam ci, ty mała pustynna żmijo.

‒ I słusznie. Poderżnę ci gardło przy najbliższej stosownej okazji.

‒ Póki co, to ja mam twój nóż, a ty krwawisz. Wypuszczę cię, jeśli zgodzisz się zrobić to, co ci każę.

‒ To zależy od tego, czego ode mnie zażądasz.

‒ Najpierw masz wejść na łóżko i usiąść na jego środku.

Samarah zesztywniała. Na śmierć była przygotowana, ale to, czego od niej żądał…

Nie, pierwej umrze. Będzie z nim walczyć do ostatka. Nie pozwoli, by jeszcze bardziej zszargał honor jej rodziny.

Ferran był zdolny do wszystkiego i nie miał żadnych zasad.

Żadne z nich się nie poruszyło.

‒ I co? – spytał po chwili.

‒ Nie pozwolę się dotknąć.

‒ Nie mam takiego zamiaru. Chcę cię po prostu dobrze widzieć. Jesteś drobna, ale bardzo zwinna i umiesz walczyć. Muszę wykorzystać to, że jestem większy i silniejszy od ciebie. Wskakuj na łóżko i połóż dłonie na kolanach. Nie mam zamiaru cię upokorzyć ani zgwałcić. Możesz być spokojna.

‒ Prędzej umrę, niż pozwolę ci to zrobić.

‒ A ja prędzej cię zabiję, niż pozwolę ci znów mnie zaatakować. Tak więc mamy pewien rodzaj umowy.

Puścił ją i powoli się odsunął. Wciąż trzymał w ręku nóż. Samarah wspięła się na obszerne łoże i usiadła na jego środku.

Zapomniała już, jak to jest znaleźć się na takim łóżku. Odkąd została wygnana z Dżaharu, sypiała na twardych posłaniach, przykryta szorstkim kocem. Kiedy zatrudniła się w pałacu jako służąca, po raz pierwszy od czasów dzieciństwa miała własne łóżko z poduszką i miękkim kocem.

A teraz znalazła się na łóżku Ferrana.

Oparła ręce na kolanach i czekała. Ona też mu nie ufała. W końcu był to człowiek, który skazał na śmierć jej ojca.

‒ Pytam ponownie, kto cię przysłał?

Najwyraźniej Ferran wciąż jej nie rozpoznał.

‒ Powiedziałam ci, że nikt. Działam na własny rachunek.

‒ Z jakiego powodu?

‒ Z zemsty.

‒ A co takiego zrobiłem, że się na mnie mścisz?

‒ Zabiłeś mojego króla.

‒ Nie mam zwyczaju zabijać ludzi – oznajmił głosem zimnym jak stal.

‒ Może nie własnymi rękami, ale byłeś inicjatorem procesu, wskutek którego skazano na śmierć szejka Dżaharu. Zająłeś nasz pałac. Pamiętam wszystko dokładnie, jakby to było wczoraj.

Ferran znieruchomiał, a jego pięść odruchowo zacisnęła się na rękojeści noża. Po raz pierwszy Samarah odczuła autentyczny strach. Dostrzegła w swoim przeciwniku zdecydowanego na wszystko wojownika.

‒ Nikt z pałacu Dżaharu nie przeżył ‒ oznajmił głucho.

‒ Mylisz się.

‒ Wszyscy członkowie królewskiej rodziny i ludzie z ich najbliższego otoczenia zostali zgładzeni. Tak napisano w moim raporcie.

‒ Nieprawda, choć dla mojego bezpieczeństwa zależało mi, żeby tak myślano. Ale ja żyję. Po to tylko, żeby pozbawić życia ciebie.

Roześmiał się, ale nie był to śmiech wyrażający radość.

‒ Anioł śmierci, który ma mnie zaprowadzić do piekieł.

‒ Tak.

‒ Bardzo interesujące. Muszę przyznać, że mnie wystraszyłaś. Niewielu osobom na ziemi to się udało.

‒ Niestety, nie satysfakcjonuje mnie to. Pragnę twojej śmierci. Liczy się tylko zemsta.

‒ Przykro mi, ale nie spełnię twoich oczekiwań.

‒ Mnie tym bardziej przykro.

‒ Ale dlaczego to mnie uczyniłaś obiektem swojej zemsty? Dlaczego nie tych, którzy napadli na twój zamek i wymordowali rodzinę?

‒ Masz na myśli rewolucjonistów, którzy wypełniali jedynie rozkazy twoich ludzi?

‒ Mylisz się. Ja nie byłem zainteresowany obaleniem rządów królewskiej rodziny w Dżaharze. Miałem swój kraj i swoje problemy.

‒ Pozostawiłeś nas bez opieki. Bez króla.

‒ Nieprawda.

‒ Osądziłeś króla Dżaharu i skazałeś go na śmierć, tym samym skazując nas na zagładę. Wszyscy zostali zabici. A ci, którym udało się zbiec… trudno nazwać życiem to, co ich czekało. Błąkanie się po pustyni i obcych krajach i śmierć na obczyźnie. – Tak właśnie było z jej matką, która zmarła na pustyni.

‒ Nie ponoszę odpowiedzialności za los szejka Rashada. Zapłacił za grzechy, które popełnił w przeszłości. To był akt sprawiedliwości. Mimo to jest mi przykro z powodu tego, że tak to się wszystko skończyło.

‒ Czyżby? A co ja mam powiedzieć? Straciłam wszystko.

‒ Minęło szesnaście lat.

‒ Dla mnie to nie ma żadnego znaczenia.

‒ Powtarzam ci raz jeszcze, że nie wydałem rozkazu, żeby zabito twoją rodzinę. Wiem, że nie jesteś jedyną, która mi nie wierzy, ale tak właśnie jest. Wciąż ponoszę konsekwencje tego faktu.

‒ Zaraz się okaże, że to ciebie trzeba żałować. Biedny szejk żyjący w dostatku i rządzący ludźmi! – zadrwiła.

‒ Nie masz pojęcia, jak to jest żyć, będąc obwinianym za zbrodnie, których się nie popełniło. Wielu ludzi obwinia mnie za zajęcie twojego państwa, choć nie miałem w tym swojego udziału. Jaki miałbym w tym cel? Nie miałem wpływu na to, co wydarzyło się później, choć w pewien sposób jestem za to odpowiedzialny.

‒ Albo to zrobiłeś, albo nie.

‒ Musiałem dokonać pewnych wyborów. Musiałem bronić moich ludzi, ojca i rodziny. Gdybym przewidział, jak to się wszystko skończy, być może postąpiłbym inaczej.

‒ Uważasz się za boga?

‒ Jestem szejkiem, a czasami oznacza to bycie kimś w rodzaju boga. A czy ty uważasz się za boginię? – spytał, stając w nogach łóżka. Był taki wysoki i postawny, że zdziwiła się, skąd wzięła śmiałość, żeby go zaatakować.

‒ Jak już powiedziałeś, jestem aniołem śmierci. Nie szukam władzy, tylko sprawiedliwości.

‒ I uważasz, że sprawiedliwości stanie się zadość, jeśli zginie kolejna osoba?

‒ Kto wysłał króla Dżaharu na proces? Kto pozostawił mój kraj bez władcy? – Kto pozbawił mnie ojca? Nie powiedziała tego na głos, bo nie chciała okazywać słabości.

‒ Ja. Ale nie zapominaj, że jego ręce były splamione krwią króla Khadry.

‒ Ale Khadra przynajmniej miała następcę tronu!

Wyraz jego twarzy pozostał niezmieniony.

‒ I jej mieszkańcy nie byli ludźmi pozbawionymi złudzeń i przepełnieni złością. Nie wątpię, że utrata króla była dla poddanych twojego kraju wielkim ciosem, ale…

‒ Nie przyszłam tu, żeby rozmawiać z tobą o polityce.

‒ Nie. Przyszłaś, żeby poderżnąć mi gardło.

‒ Dziwisz się? – Odwróciła na chwilę głowę, żeby zebrać myśli. – Zostawiłeś małą dziewczynkę bez ochrony. Królową bez męża.

‒ Miałem pozwolić, żeby królowi Dżaharu uszła na sucho śmierć mojego ojca? I mojej matki?

‒ On nie…

‒ Nie będziemy rozmawiać o mojej matce. Zabraniam ‒ powiedział stanowczo.

‒ Pomówmy o mnie. Zamierzasz mnie zabić? Jestem dla ciebie jakąś przeszkodą?

‒ Próbowałaś mnie zabić, ty mała żmijo, a to poważne przestępstwo.

‒ Moim jedynym problemem jest to, że mi się nie udało.

‒ Mówisz jak osoba, której nie zależy na życiu. Wszystko wskazuje na to, że powinienem rozkazać, aby ścięto ci tę śliczną główkę.

Jej ręka odruchowo pobiegła do gardła. Zawstydziła się tego gestu słabości.

‒ Masz szczęście, że nie znajduję przyjemności w zabijaniu nastoletnich dziewcząt.

‒ Mam dwadzieścia jeden lat – odparła, zaciskając zęby.

‒ Dobrze, w takim razie nie znajduję przyjemności w zabijaniu dwudziestojednoletnich kobiet. Wolę znaleźć sposób, w którym możesz stać się dla mnie użyteczna. Ale muszę mieć na ciebie oko. Nie chcę skończyć z nożem w plecach.

‒ W takim razie będziesz musiał bardzo uważać, szejku.

Nagle wyraz jego twarzy zmienił się.

‒ Samarah. Jesteś Samarah.

A więc ją rozpoznał. Spojrzała mu prosto w oczy.

‒ Samarah Al-Azem, córka szejka Dżaharu. Księżniczka bez pałacu. Przyszłam tu po to, co mi się należy.

‒ I myślisz, że jest to właśnie moja krew, mała Samarah?

‒ Nie nazywaj mnie małą. Przed chwilą dostałeś ode mnie w głowę.

‒ To prawda, ale dla mnie wciąż jesteś małą Samarah.

‒ Powtórz to, kiedy odzyskam swój nóż. Podetnę ci nim gardło.

‒ Będę pamiętał – odparł, przyglądając jej się uważnie. – Zmieniłaś się.

‒ Nic dziwnego. Nie mam już sześciu lat.

‒ Nie mogę dać ci mojej krwi. Wolę, żeby płynęła w moich żyłach.

‒ Pamiętaj, że ja nie mam nic do stracenia. W przeciwnym razie nie wtargnęłabym do tego pałacu i nie próbowałabym cię zabić. Najwyraźniej nic mnie tu nie trzyma.

Przez chwilę w milczeniu wpatrywał się w jej twarz.

‒ Nie mogę ci dać mojej krwi, Samarah. Czujesz się ograbiona ze swojego dziedzictwa. Z pałacu. To być może będę w stanie ci zwrócić.

‒ Czyżby?

‒ Tak. Ale wszystko ma swoją cenę. Dokładnie o tej porze za tydzień przedstawię cię światu jako moją przyszłą żonę.

Tytuł oryginału: To Defy a Sheikh

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2014

Redaktor serii: Marzena Cieśla

Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla

Korekta: Hanna Lachowska

© 2014 by Maisey Yates

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2016

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Books S.A.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne.

Jakiekolwiek podobieństwo do osob rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Światowe Życie są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25

www.harlequin.pl

ISBN 978-83-276-2531-1

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o.