Opis

W dwóch tomach gromadzimy poetycką spuściznę Bolesława Leśmiana, która dziś – sto czterdzieści lat od narodzin poety i osiemdziesiąt lat po jego śmierci – wciąż uderza urodą słowa, zaskakuje subtelnością i trafnością neologizmów, a lepiej rzec: leśmianizmów, zniewala siłą brzmienia, urzeka melodią języka. Która mówi o życiu i uczuciu. I życie potrafi odmienić.

Niniejsze wydanie oparte zostało na pierwszym tomie Dzieł wszystkich Bolesława Leśmiana (PIW 2010) w opracowaniu Jacka Trznadla. Proponujemy tu jednak – jako swoistą alternatywę dla wydania krytycznego – obcowanie z samymi tekstami Leśmiana, bez  filologicznych przypisów i obszernych not właściwych edycji dzieł wszystkich. Należy się bowiem czytelnikowi Leśmian sam w sobie. Aby czytając, mógł zaniedyszeć.

W tomie pierwszym mamy dwa obszerne zbiory: Sad rozstajny z 1912 roku oraz Łąkę z 1920 roku. Drugi tom zawiera: Napój cienisty z roku 1934, pośmiertnie wydaną Dziejbę leśną (1938) oraz poezje rozproszone.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 182

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


SAD ROZSTAJNY[1912]

PIEŚNI MIMOWOLNE

WIECZOREM

Mrok się gęstwi po sadzie, ziemny powiał chłód,

Zda się, iż dal zbłąkana podchodzi do wrót…

Wiatr się zsunął ze strzechy na gałęzie drzew –

Czy on we mnie tak śpiewa? Widzę poprzez śpiew,

Jak księżyc wschodzi nad borem!

W podwórzu, dokąd zajrzał spoza ciemnych brzóz,

Rozwidniła się studnia i samotny wóz,

Między szprychy znienacka oświetlonych kół

Duch, drogi nieznający, na nocleg się wsnuł

Wieczorem, późnym wieczorem.

Przez szyby moich okien, zapatrzonych w staw,

Blask upada i tli się wśród wilgotnych traw.

W dłoni mojej zerwany doumiera wrzos.

Jakże dziwno wymówić własne imię w głos

Wieczorem, późnym wieczorem!…

Cień mój, co we dnie kładł się na złocisty łan,

Nocą pragnie zapełnić pustkę moich ścian.

Do szyb, znikąd zjawione, lgną puszyste ćmy –

Staw posrebrniał i widzi inaczej, niż my,

Jak księżyc wschodzi nad borem…

RÓŻA

Czym purpurowe maki

Na ciemną rzucał drogę?

Sen miałem, ale – jaki? –

Przypomnieć już nie mogę.

Twojeż to były usta?

Mojeż to były dłonie?

Głąb sadu mego – pusta,

We wrotach – księżyc płonie.

Dni się za dniami dłużą,

Noce – w jeziorach witam…

Kiedy ty kwitniesz, różo?

„Ja nigdy nie zakwitam…”

„Ja nigdy nie zakwitam…”

Twój że to głos, o, różo?

Słowo po słowie chwytam,

Dni się za dniami dłużą…

NOC ZIMOWA

Skrzeń tajemnica,

Rozzłoceń mus!

We mgle księżyca

Jarzy się mróz!

Okruchy śniegu

Siecią swych fal

Zasnuły w biegu

Bezbronną dal.

Gmatwając loty,

Tamując dech –

Obsiadły płoty,

Jak siwy mech.

Do szyb się garną,

Jak białe ćmy,

Tchnąc w izbę parną:

„To – my! To – my!”

Z karczmy, w zakrzepły

Rozwartej świat,

Dym bucha ciepły,

I blask i czad!

Zaprzepaszczony

W ciemni bez dróg –

Drzewom przez szrony

Złoci się – Bóg.

Sad wśród topieli

Śniegowych głusz

W śmierci się bieli

Bez róż – bez zórz!

W swej pysze pawiej,

Łez tłumiąc znój,

Wśród śnieżnych zawiej

Sen kroczy mój…

USTA I OCZY

Znam tyle twoich pieszczot! Lecz gdy dzień na zmroczu

Błyśnie gwiazdą, wspominam tę jedną – bez słów,

Co każe ci ustami szukać moich oczu…

Tak mnie żegnasz zazwyczaj, nim powrócę znów.

Czemu właśnie w tej chwili, gdy odejść mi pora,

Pieścisz oczy, nim spojrzą w czar lasów i łąk?…

Bywa tak: świt się budzi od strony jeziora,

Nagląc nas do rozplotu snem zagrzanych rąk…

O szyby – jeszcze chłodne – uderza pozłotą

Nagły z nieba na ziemię świateł zlot i spust –

Usta twe – na mych oczach! Co chcesz tą pieszczotą

Powiedzieć? Mów – lecz zmyślnych nie odrywaj ust!

W SŁOŃCU

Jastrzębi śledząc lot,

Jezioro ciszę wdycha.

Zwiesza się poza płot

Spylona rozwalicha.

W kałuży, śladem kół

Porysowanej w żłoby,

Tkwi obłok, brzozy pół

I gęsi rdzawe dzioby.

Od sztachet, snując kurz

Na trawy i na chwasty,

Słońcem pocięty wzdłuż

Upada cień pasiasty…

Trzeba mi grodzić sad,

Trzeba mi zboże młócić!

Przyszedłem na ten świat

I nie chcę go porzucić!…

NIEBO PRZYĆMIONE

Niebo przyćmione, niebo wieczorne

Samochcąc płynie przez moje oczy…

Piersi bezsenne i bezoporne

Pieszczota zmierzchu nuży i tłoczy.

O, teraz snuć się cieniem po gaju,

Ducha wśród sosen w szkarłat rozjarzyć,

U twojej wrótni, na twym rozstaju

Samemu sobie – snem się wydarzyć!

Na skroń kalinom, ujrzanym w dali,

Paść złotym kurzem w purpur pożodze –

I nie odróżnić ust twych korali

Od owych kalin na owej drodze!

I nie odróżnić twoich warkoczy

Od brzóz, weśnionych w głębie jeziorne…

Samochcąc płynie przez moje oczy

Niebo przyćmione, niebo wieczorne…

W POŁUDNIE

Wzdłuż chat, ponad strzechami

Południa żar zawzięty

Widomie drga i mami

Niepochwytnymi pręty…

Wpośród zielonych muraw

Schną rosy ciemne ślady,

Samotnej studni żuraw

Patrzy w dalekie sady.

Na przeciwległe wzgórze

Głóg wpełzły i berberys

Poprzez słoneczne kurze

Gałęzi rzuca przerys.

Południe samo siebie

Roztrwania w oman senny…

Niebem prześwieca w niebie

Przezroczy księżyc dzienny.

Znienacka w drzew gęstwinie

Wiśnia się płoni smagle –

O, teraz, w tej godzinie

Pokochać – kogoś – nagle!…

Ten znój z błękitem w zmowie

Dech piersiom tak utrudnia!

Zachciało się mej głowie

Śnić miłość wśród południa!

NADAREMNOŚĆ

W znoju słońca mozolnie razem z ciszą dzwoni

Rozgrzanych płotów chrust.

Pocałunek sam siebie składa mi na skroni,

Sam – bez pomocy ust…

Z rozwalonej stodoły brzmi niebu przez szpary

Jaskółek płacz i śmiech –

Do pokoju, spłowiałe wzdymając kotary,

Wrywa się wiosny dech!

Boże, coś pod mym oknem na czarną godzinę

Wonny rozkwiecił bez,

Przebacz, że wbrew twej wiedzy i przed czasem ginę

Z woli mych własnych łez!…

O ZMIERZCHU

Słońce zgasło. O, jakże zwinne są i młode

Zmierzchy czerwca, nim w północ głuchą się przesilą!

Po wargach twoich dłonią, kształt czującą, wiodę,

Jak po koralach, morzu wydartych przed chwilą…

Spleć stopy, przymknij oczy – i nazwij to cudem,

Żeśmy razem, dalecy od dziennego znoju!

Jakże łatwo zwiać szczęście, z takim oto trudem

Rozniecone w ciemnościach twojego pokoju!

Łatwiej, niż rozpleść złotą warkocza zawiłość,

Niepojętą dla zmierzchów, co zgadnąć nie mogą,

Czemu te słowa: cisza i wieczór i miłość –

Napełniają mi serce zabobonną trwogą?…

Czemu ciebie, poległą snem na mej rozpaczy,

Pieszczę tak, jakby w szczęścia przepychu dostatnim

Każdy mój pocałunek miał być już – ostatnim…

Słońce zgasło… O, błagam, nie całuj inaczej!…

SZMER WIOSEŁ

Szmer wioseł dwojga w gęstwinie fal –

I szmer – i słońce – i śpiew – i dal!

Tak właśnie trzeba i tylko tak:

Płynąć wbrew ziemi – niebu na wspak!

Perły, korale skradzione dnu

Rzucać w głębinę własnego snu –

I nasłuchiwać – o, złudo złud! –

Czyli uderzą z jękiem o spód?…

Łódź się odbija w fali na wznak –

Tak właśnie trzeba i tylko tak!

Dwoistą łodzią i tu i tam

Płyń jednocześnie, po dwakroć sam!

Dwoistą łodzią w bezmiary płyń,

Podwójnie kochaj, podwójnie giń!

Czworo masz wioseł, dwa stery masz,

Ku własnej twarzy schyloną twarz –

Jakbyś wypłynął z dwu różnych snów,

Aby w tym jednym spotkać się znów!…

Jakbyś zaprzysiągł noce i dnie

Temu jednemu! Mój śnie, mój śnie!…

ZMORY WIOSENNE

Biegnie dziewczyna lasem. Zieleni się jej czas…

Oto jej włos rozwiany, a oto – szum i las!

Od mrowisk słońce dymi we złotych kurzach – mgłach,

A piersi jej rozpiera majowy, cudny strach!

Śnił się jej dzisiaj w nocy wilkołak w głębi kniej,

I dwaj rycerze zbrojni i aniołowie trzej!

Śnił się jej śpiew i pląsy i wszelki ptak i zwierz!

I miecz i krew i ogień! Sen zbiegła wzdłuż i wszerz!…

A teraz biegnie w jawę, przez las na lasu skraj –

A za nią – Maj drapieżny! Spójrz tylko – tygrys-maj!…

Dziewczyna płonie gniewem… zaciska białą pięść…

A wkoło pachną kwiaty… Szczęść, Boże, kwiatom szczęść!

A wkoło pachną kwiaty, słońcem się dławi zdrój!

Purpura – zieleń – złoto! Rozkwitów szał i bój!

Grzmi wiosna! Tętnią żary! Krwawią się gardła róż!

O szczęście, szczęście, szczęście! Dziś albo nigdy już!…

Dziewczyno, hej, dziewczyno! Zieleni się nam czas!…

Kochałem nieraz – ongi – i dzisiaj jeszcze raz…

Dziewczyno, byłem z tobą w snu jarach, w głębi kniej –

Jam – dwaj rycerze zbrojni i aniołowie trzej!…

Jam – śpiew i pląs zawrotny! Jam wszelki ptak i zwierz!

Ja – miecz i krew i ogień! Sen zbiegłem wzdłuż i wszerz…

Sen zbiegłem, goniąc ciebie, twój wierny tygrys-maj!…

Ja jestem las ten cały – las cały aż po skraj!

ZMIERZCH MAJOWY

Zmierzchu majowy, purpurą się ściel!

Z jabłonnych kwiatów – czar tobie i biel!…

W jedną się falę stapiają bez fal –

Ze światłem – smutek, a ze smutkiem – dal.

Ten Maj w niebiosach, zwieczorniały Maj!

Przypomnij wszystko – i zrozum – i łkaj…

Wiem, że ty teraz pochyliłeś skroń

W okno, rozwarte na światłość, na woń.

I wzrok wytężasz poza życia kres

Aż do utraty oddechu i łez –

Aż do wchłonięcia oddali i cisz,

Aż do niewiedzy, dla kogo tak śnisz?

Aż do pytania, dlaczego w ten znój

Świat zda się obcy, choć bliski, choć twój?

I czemu zorzy purpurowy czas

Do trwóg przynagla i ciebie i nas?

I czemu trzeba ku zbłaganiu zórz

Poczwórnych dłoni i aż dwojga dusz?…

* * *

Gdybym spotkał ciebie znowu pierwszy raz,

Ale w innym sadzie, w innym lesie –

Może by inaczej zaszumiał nam las,

Wydłużony mgłami na bezkresie…

Może innych kwiatów wśród zieleni bruzd

Jęłyby się dłonie, dreszczem czynne –

Może by upadły z niedomyślnych ust

Jakieś inne słowa – jakieś inne…

Może by i słońce zniewoliło nas

Do spłonięcia duchem w róż kaskadzie,

Gdybym spotkał ciebie znowu pierwszy raz,

Ale w innym lesie, w innym sadzie…

WSPOMNIENIE

Drzwi rozwarte na oścież były w naszym domu,

Dłoniom, co je rozwarły, zamknąć zbrakło mocy…

Szereg komnat na przestrzał widniał, jak po nocy

Mętne wspomnienie alej, nie znanych nikomu.

Wszystko – w mroku. – I tylko ów pokój ostatni

Z oknem w zaświat – na słońce, po pas wbite w chmurę,

Jarzył się – cały w blasków pełgających matni –

I siał pyły słoneczne przez kotar purpurę.

Tam – w tych ścianach kosmatych od pręgów i pasem,

Wśród zacieków purpury i wyparów złota,

W słupach świateł spylonych – ta nasza pieszczota

Rozwidniła się nagle, jak chmura nad lasem…

I gdy ją wylew słońca grzał skośnym potokiem,

Uczuła radość wstydu, co się wyzbył siebie,

Aż się z pyłem słonecznym zmieszała, jak w niebie

Miesza się pół obłoku z drugim pół-obłokiem.

Dzisiaj, gdy już zamknięto drzwi naszego domu,

A ja skarżę się we śnie złotowłosym cieniom,

Czasem ku owym progom biegnę po kryjomu,

By rozewrzeć drzwi wszystkie na oścież wspomnieniom!

I rozwieram – a sam się usuwam w kąt ciemny,

By stamtąd widzieć światłość w ostatnim pokoju

I z jego wiecznych purpur i wiecznego znoju

Snuć dla reszty mych komnat wyrok potajemny…

Ściany, stropy i odrzwia i skrętne zawiasy

Wrdzawione w zmierzch, co lada iskrę uwydatni,

Czerpią połysk dla pleśni, brzask dla martwej krasy

Stamtąd i zawsze stamtąd – z komnaty ostatniej!

Tam już nie ma ciał dwojga: niebu w próżnię droga!

Słupy świateł, istnieniu podane ukosem –

Szmer purpury, co z czyimś zetknęła się losem –

Wieczna światłość!… Kurz złoty!… Pył słońca w twarz Boga!

LAS

Pomyśl: gdy będziesz konał – czym się w tej godzinie

Twoja pamięć obarczy, nim szczeźnie a minie,

Wszystką ziemię ostatnim całująca tchem?

Czy wspomnisz dzień młodości – najdalszy od ciebie –

Za tę jego najdalszość, za odlot w podniebie,

Za to, że w noc konania nie przestał być dniem?

Czy wspomnisz czyjeś twarze, co – wspomniane – zbledną?

Czyli, śmiercią znaglony, zaledwo z nich jedną

Zdążysz oczom przywołać – niespokojny widz?

Czy w popłochu tajemnych ze zgonem zapasów

Zmącisz pamięć i zawrzesz na sto rdzawych zasuw,

I w tym skąpstwie przedśmiertnym nie przypomnisz nic?

Lub ci może zielonym narzuci się złotem

Las, widziany przygodnie – niegdyś – mimolotem,

Co go wywiał z pamięci nieprzytomny czas?…

I ócz zezem niecałe rojąc nieboskłony,

Łzami druha powitasz – i umrzesz, wpatrzony

W las nagły, niespodziany, zapomniany las!…

PRZYJDĘ JUTRO, CHOĆ NIE ZNAM GODZINY

Pordzewiały twej wrótni zawory,

Dym z twej chaty nie buja po niebie –

Mnie tam nie ma! Tu jestem – bez ciebie,

Tu, gdzie w próżni mijają wieczory!

Zmienionego, nim przywrzesz do łona,

Wiem, że poznasz po łkaniu przewiny!…

Czekaj na mnie, w cień własny wpatrzona,

Przyjdę jutro, choć nie znam godziny…

Zapal światło u progów przedsienia,

Z macierzanek spleć wieniec nad czołem,

Naucz dzieci mojego imienia

I zachowaj mi miejsce za stołem!

Ku tej drodze, gdzie idą pątnicy,

Dłonie twoje rzucają cień siny…

Zasadź brzozę pod oknem świetlicy,

Przyjdę jutro, choć nie znam godziny…

Duch mój, chabrem porosły i wrzosem,

Burz zapragnął, co chłodem go zwarzą!

Nie znam głosu, co będzie mym głosem,

Nie znam twarzy, co będzie mą twarzą –

Lecz ty jedna mnie poznasz niezłomnie,

Gdy twe imię śpiewając w doliny,

Z raną w piersi, zmieniony ogromnie,

Przyjdę jutro, choć nie znam godziny…

CIEŃ

Anim patrzał na słońce przez lny,

Anim chodził do boru po sny –

Jenom widział, jak rzucony wzdłuż

Cień mój powstał, by nie upaść już.

Przetarł oczy i otrząsnął pył,

Co był złoty i wiekowy był,

W dniach zamierzchłych rozejrzał się wstecz,

Przywdział zbroję i przypasał miecz.

Siadł na rączy, na bułany koń,

Uśmiechnięty cwałował przez błoń,

Kopytami tratując na płask

Kół słonecznych po murawie brzask!

Dokąd zbiegłeś, konny cieniu mój?

Czy z różami na śmiertelny bój?

Czy do baśni, niewidzialnej stąd?

Czy w umyślny gwiazd po niebie zbłąd?

„Ni do gwiezdnych wyżej ziemi burz,

Ni do białych niżej słońca róż,

Jeno pragnę powrócić w ten kraj,

Gdzie ty byłeś – drzewom dany Maj!

Gdzie ty byłeś – ponad jarem dąb,

Zasłuchany w zew anielskich trąb,

A ja – wpobok od słonecznych wrzeń –

W głębi jaru – twój dębowy cień!

Gdzie ty byłeś – z tamtej strony chat

W snach zapadły, nieprzebyty sad,

A ja – na wznak poległy u wrót –

Twej zadumy wzór nikły i skrót!…”

Wracaj, cieniu, konny cieniu mój,

Poprzez kwiaty – w ten za nimi znój,

Poprzez biały na jabłoni puch –

W zmierzch dębowy, gdzie bywał mój duch!

Anim patrzał na słońce przez lny,

Ani chodził do boru po sny –

Jenom widział, jak w wiosenny czas

Z cieniem moim Bóg spotkał się raz…

PIEŚŃ O PTAKU I O CIENIU

Gdy – pod brzeg odbity stawem –

Po niebiosach płynie ptak,

Tajnią lotu, wichru zjawem

Kołysany w przód i wspak –

Wpatrzonemu w staw pod brzegi

Przez ruchliwe trzcin szeregi

Zdaje mi się wobec świata,

Że on za mnie tak odlata,

W niebie, w trzcinie mknąc, jak we śnie,

Tu i ówdzie – jednocześnie!…

Za mnie, za mnie, com wrośnięty

Duchem – w ziemię, sercem – w męty

Łez, wyciekłych z gwiazd w źrenice

Tym, co weszli w mą świetlicę

Nie wiadomo – jak i skąd –

I stanęli nagle w rząd!…

I gdy cień swe skrzydła szare

Włóczy we mgle tam i sam,

Oddający na ofiarę

Siebie – drzewom, drzewa – nam –

Stojącemu popod lasem,

Gdzie czas – szumem, a szum – czasem,

Zdaje mi się od niechcenia,

Że on za mnie sny odmienia,

To od dęba, to od sosny

Wydłużony w bezmiar wiosny!

Za mnie, za mnie, co nie mogę

Nikłym cieniem paść na drogę,

By nieść duchem w mgieł obczyznę

Dziwną kwiatów podobiznę

I pod wiatru miotać wiew

Na murawę – kształty drzew!…

Ptak – w niebiosy, cień – w mgławicę,

Pogrzeb sunie przez ulice,

Przez ulice – wzdłuż i wskroś!…

Tak i nie tak – w inne kraje,

A mnie z dala się wydaje,

Że to za mnie umarł ktoś!…

Ktoś mi obcy, a już – bliski

W trumnie, cichszej od kołyski,

Duchem wzbity ponad światy

Na kształt dymu z mojej chaty,

Idzie z czarnych kół turkotem,

Jakby właśnie szedł z powrotem

Za mnie, za mnie, co – zaklęty –

Róż zrywaniem pochłonięty

Zwlekam wciąż u wnijść tysiąca

Do tych mgieł za mgłą miesiąca,

Zwlekam, w sobie zapodziany,

Zapatrzony, zasłuchany

I tak żądny snów bez celu,

Że mi oto w mym weselu

Ani nie żal, ani żal

Tych, co za mnie idą w dal!…

ZIELONA GODZINA

I

Rozechwiały się szumne gałęzi wahadła

Snem trącone! Wybiła Zielona Godzina!

Wynijdź, lesie, z swej głębi, ty – nasz i nie nasz!

Czyjaż dusza w twe gąszcze znowu się zapadła?

Czyjaż twarz się strumieniom twoim przypomina?

Jeszcze moja przed chwilą – już niczyja twarz…

Dziwno mi, że ją widzą wód prądy i drzewa,

Tę samą – a już inną, i szepczą: „To – ona!

Zbłąkana poza nami – Bóg przywrócił nam!…”

Mamże dziś po jej rysach poznać las, co śpiewa?

Wszak mówiłem: gdy przyjdzie Godzina Zielona –

Oddam lasom – co leśne, choćbym zginął sam!…

II

I przyszła!… Czują mrowisk ruchliwe pagóry,

Że to ja po nich stąpam, rwąc pajęczyn gazę,

Skrzącą się, jak sam poblask – znikąd i bez tła…

Cisza, dławiąc się w kwiatach, brzmi echem w lazury,

Jakby właśnie, do kwiatów mająca urazę,

Niewidzialna dziewczyna, głośno płacząc, szła!

Duchu mój, wrażę ciebie, niby dziób bociani,

W mokradła, żab oddechem nabrzmiałe i wzdęte,

Byś poznał woń pod ziemią zaczajonych wód!

W tobie – znojny szmer wężów, śmierć zdybanej łani,

Nagła czerwień wiewiórek i zbóż złoto święte,

I skwary macierzanek i paproci chłód.

Jakże las, wespół z tobą zieleniąc się, dyszy!

Wzdłuż polany przed chwilą wędrowny cień kruka

Przemknął, ledwo ukosem tykając mych brwi.

Zdaje mi się, że teraz – w tym znoju, w tej ciszy,

Kiedy dzięcioł do dębu pierwszego zapuka –

Czyjejś chaty dalekiej rozewrą się drzwi!…

III

Kochajcie mnie, kochajcie, wy – gęstwy zieleni,

Wypełzłe z nor podziemnych na jasność przestworu,

Zrodzonego w tym samym, co me serce, dniu!

I wy, senne gromady powikłanych cieni,

Z głębi słońca na zawsze wygnane w zmierzch boru,

I ty – stary, uparty, niewzruszony pniu!

I ty, skrętna jemioło, coś zwykła na dębie

Wieszać gniazda czepliwe – dla ciszy, nim jeszcze

Snem się złotym opierzy, by ulecieć w świat!

I ty – wąski strumieniu, co w srebrnym obrębie

Taisz niebo – dla szczura wodnego, gdy w dreszcze

Fal twych wpada, nadbrzeżny potrącając kwiat!

Kochajcie mnie, kochajcie! Bo mnie wicher mroźny

Gnał ku wam – z gwiazd bezleśnych aż na tamtą stronę

Życia, gdzie w zieloności wypoczywa skroń!

Kochajcie mnie, kochajcie, bom miłością groźny!

Nie znam granic ni kresów! Pożądam i płonę!

Płonący wołam światu: Razem ze mną płoń!

IV

Dziewczyno, nim się w mojej odbijesz źrenicy,

Musisz przebrnąć splątane zieloności zwoje,

Co od dawna mych oczu zaprószyły głąb.

Leśno tam i cieniście, jak w owej krynicy,

Gdzie drzew wierzchy tkwią na dnie. Nie patrz w oczy moje,

Bo twą postać przesłoni pierwszy z brzegu dąb!…

Długo one – te oczy – zbłąkane wśród jarów –

Zbierały kwiaty żywe i śmiertelne zioła,

Zważając na motyli dookolny tan.

Dzisiaj głąb ich – to leśny a widzący parów…

I nie wiem, czy śmierć kiedyś udźwignąć podoła

Ducha – jagód purpurą przeciążony dzban!

Nieraz one – te oczy – wpatrzone gwiaździście

W słońce, światłem rozprysłe po dębowych sękach,

Czuły, jak w nich dojrzewa i paproć i wrzos…

Więc im dano na miłość poglądać przez liście,

Nikłym cieniem na moich pełgające rękach,

Co za chwilę, dziewczyno, rozplotą twój włos.

Że też tymi oczyma, gdzie las ma schronisko,

Zdołałem postrzec ciebie – w twej chacie za rzeką,

Gdy się wokół i dalej rozpłomienił czas!

Lecz choćbyś do mej piersi przywarła się blisko,

Zawsze będę cię widział cudownie daleką –

Przez ukryty w mych oczach, nie znany ci las!

V

Czylim światów tajemnych zjawionym przedmurzem,

Na które drzewa cień swój kładą nieprzytomnie?

Ciało moje – na brzegu, reszta – w mroku den.

Jam jest miejsce spotkania łez ze złotym kurzem

Słońca, ptakom widnego!… Oto bór śni o mnie

Sen, liśćmi zaprószony, gałęzisty sen!

Śni, że idę, nie wiedząc ni dokąd, ni za czem –

Ku bezcelom, zapadłym w nieprzebytą ciszę,

Gdzie wszystko jest – bez nazwy, bez granic, bez tchu.

Na rękach niosę strumień, potrząsany płaczem,

I uśmiechem go koję i do snu kołyszę,

By go złożyć pod skałą – na trawie – na mchu.

Brzozy, nagle od ziemi oderwane łona,

Idą za mną, by drogę śpiewaniem mi skrócić

I – marzeń dźwigaczowi – leśnych przydać sił…

Wiedzą, że blady strumień na ręku mym kona,

Że go trzeba zdać kwiatom i ziemi przywrócić,

Że go trzeba pogrzebać, by dzwonił i żył.

I grzebiemy go wspólnie – i żyje i dzwoni,

Za kres boru wybiega, w nieskończoność polną,

By się sycić odbiciem najzieleńszych niw.

A brzozy z trwogą na mnie patrzą z swej ustroni,

Bo wiedzą, że mnie w ziemi pogrzebać nie wolno,

Żem inny, niepodobny – odmieniec i dziw!

VI

W parowie, pod leszczyny rozchełstanym cieniem,

Spadły z nieba bezwolnie wraz z poranną rosą –

Drzemie Bóg, w macierzankach poległy na wznak.

Dno parowu rozkwita pod jego brzemieniem.

Biegnę tam, mokre trawy czesząc stopą bosą,

Schylam się nad drzemiącym i mówię doń tak:

„Zbudź się, ty – ptaku senny! Ty – ćmo wielkanocna,

Co zmartwychwstajesz pilnie, by lecieć w ślepotę

Świateł gwiezdnych, gdzie w mroku spala się twój czar!

Zbudź się! Słońce już wstało! Niech twa dłoń wszechmocna

Zrywa kwiaty te same, com we włosy złote

Mej dziewczynie zaplatał, jak twój z nieba dar!

Zbudź się! Pierwszego szczygła zapytaj o drogę

Do chaty, gdzie po nocach przez okienic szpary

Śmiech mój i me nadzieje patrzą w wonny świat!

Pójdziem razem! Ramieniem własnym cię wspomogę!

Pokażę ci sny nasze i nasze moczary –

I słońce w oczach ptaków, zapatrzonych w sad!…”

Tak doń mówię – i dłonią, wyciągniętą mężnie

Nad nim, jak nad zwaloną od uderzeń bramą,

Trafiam na jego ku mnie wyciągniętą dłoń!

I zgaduję – oczyma wodząc widnokrężnie –

Że on do mnie z parowu modlił się tak samo,

Jak i ja – nad parowem – modliłem się doń!…

VII

Dzwoń, Zielona Godzino! Płomień się goręcej,

Dniu, szelestem gałęzi zwabiony z mgieł dali!

Poznaj się, duszo moja, po zapachu traw!

Tyś jest kwiatem i drzewem, mniej nieco a więcej…

Przez las biegnie sen wioseł o słońcu na fali –

Teraz mi całą ziemię przebyć w bród i wpław!

Skwar widmem złotych siekier uderzył w drzew tłumy!

Trzebaż im ponadawać raz jeszcze imiona,

By je poznać w zamęcie upalnego snu?

Zamieniły się wzajem na cienie i szumy,

Wysnuwając wbrew sobie z rozkwitłego łona

Dziwy, wichrem wmawiane jeziornemu dnu!

Paproć rzuca cień lilii, co w nikłym kielichu

Dźwiga wspomnienie łodzią rozszemranej wody

Wespół z cieniem motyla, co tę wodę pił.

Wierzba ściele na trawie – mgłom znany ze słychu

Cień dziewczyny, idącej kędyś przez ogrody,

Wyśpiewane z fujarki przez kogoś, co śnił.

Wpobok dębu – w ukośnym majaczy skróceniu

Cień rozwartej na słońce, niewiadomej chaty,

Która kiedyś powstanie, burząc jego pień…

A od mojej postaci, widnej mi w marzeniu,

Znienacka u stóp legły – upada na kwiaty

Cień Boga – ponadmierny, niespokojny cień!

VIII

Wynijdź, lesie, z swej głębi! Wynijdź z legowiska

Zaczajonych rozkwitów, zieloną drzemotą

Wpartych w ziemię, po ciemku zapatrzoną w znój!

Wynijdź nagle z nor wszystkich, z jarów bez nazwiska,

Z kniej zapadłych w moczary – z trzcin wrosłych tęsknotą

W wód zwierciadła, by zdwoić sen nad wodą swój!

Wynijdź z woniejącego na wiatr pogmatwania

Macierzanek z pokrzywą, zaszytą w cień rowu,

Gdzie pełno czarnoziemnych, zwilgotniałych cisz!

I z gniazd ptasich, skąd radość słońcu się odsłania,

Beznamysłem świegotu, dająca moc słowu,

Zbiegłemu z ust niczyich – w zmierzch zielonych nisz!

Wynijdź! Wałem zieleni spadnij na mą duszę,

Przynagloną do śmierci spełnieniem zachwytu,

Wyszłego na spotkanie tobie – w dal i w czas!

Zjaw się – szumny i wielki w słońca zawierusze,

Pełen jeszcze na oczach zgrozy i błękitu,

Z sercem, w piersi ciążącym, jak rozgrzany głaz!

Uchyl nagle przede mną zielonej przyłbicy,

Ukaż twarzy nieznanej boskość i zaklętość,

Co wiecznie spoza krzewów niepokoją mnie!

Niech odbiję się cały w twej sępiej źrenicy,

Niech zobaczę tych odbić czar i niepojętość,

Niech się dowiem, czym byłem dla ciebie w twym śnie?

IX

Zdźwignął las ze swych parnych pod ziemią barłogów