Podróże doktora Dolittle'a - Hugh Lofting - ebook

Podróże doktora Dolittle'a ebook

Hugh Lofting

0,0

Opis

Pełna uroku powieść angielskiego pisarza Hugh Loftinga Podróże doktora Dolittle’a należy do światowego kanonu literatury dziecięcej. Wpisuje się jako druga książka do cyklu powieści o doktorze Dolittle’u i jego zwierzętach. Opowiada o wielkiej zamorskiej wyprawie niezwykłego bohatera, jakim jest doktor John Dolittle, największy na świecie przyjaciel zwierząt. Pod namową Tommy’ego Stubbinsa doktor wyrusza na tajemniczą Wyspę Pajęczych Małp w poszukiwaniu zaginionego podróżnika Długiej Strzały. W podróży towarzyszą mu najbliżsi przyjaciele, między innymi papuga Polinezja, która nauczyła go mowy zwierząt, małpka Czi-Czi. Od pierwszych chwil na morzu wyprawa toczy się pod znakiem przygody, niesienia pomocy potrzebującym, komicznych scen i uroczych dialogów. Doktor Dolittle przemierza statkiem oceany, dociera na pływającą wyspę, zaprzyjaźnia się z Indianami, pertraktuje z morświnami, ucina sobie pogawędkę z Wielkim Szklanym Ślimakiem Morskim, zwiedza dno oceanu i przeżywa wiele zdumiewających przygód.

 

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 344

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0



WSTĘP

Wszystko, co do tej pory napisałem o doktorze Dolittle’u, słyszałem lata po tym, jak to się stało, od tych, którzy go znali – no i większość tych wydarzeń miała miejsce, zanim przyszedłem na świat. Teraz jednak zamierzam opisać tę część życia wielkiego doktora Dolittle’a, której sam byłem świadkiem.

Otrzymałem na to osobistą zgodę doktora wiele lat temu. Cóż, gdy wówczas obaj byliśmy tak zajęci wojażami dookoła świata, doświadczaniem niesamowitych przygód i sporządzaniem obszernych notatek przyrodniczych, że w zasadzie nigdy nie znajdowałem czasu, by zasiąść przy biurku i opisać nasze ówczesne życie.

Teraz, oczywiście, gdy jestem już leciwym gentlemanem, moja pamięć nie jest aż tak dobra jak dawniej. Ale ilekroć mam luki w pamięci czy tylko wątpliwości, zawsze zwracam się do Polinezji, mojej papugi.

Ten niesamowity ptak (obecnie liczy sobie bez mała dwieście pięćdziesiąt wiosen) zazwyczaj przesiaduje na blacie mego biurka, nucąc pod nosem żeglarskie piosenki, podczas gdy ja piszę dla was tę książeczkę. I – jak każdy, kto ją kiedykolwiek spotkał – wiem, że Polinezja ma tak wspaniałą pamięć jak nikt na świecie. Jeżeli trafia się jakieś wydarzenie, co do którego mam niejakie wątpliwości, ona zawsze potrafi naprowadzić mnie na właściwą drogę, powie mi, jak to właściwie było, kto brał w tym udział i wszystko inne na ten temat. W sumie to czasami mam wrażenie, że ta książka została napisana bardziej przez Polinezję niż przeze mnie samego.

No dobrze, to w takim razie zaczynamy. Ale zanim ta historia zacznie się na dobre, muszę wam powiedzieć co nieco o sobie i o tym, jak udało mi się poznać doktora.

CZĘŚĆ pierwsza

Rozdział pierwszy

Syn szewca

Nazywam się Tommy Stubbins i jestem synem Jacoba Stubbinsa, szewca z Puddleby. Miasteczko to leży nad rzeką Marsh. W tamtych czasach Puddleby było jedynie małą mieściną, przez środek której przepływała rzeka, a nad tą rzeką zbudowany był stary kamienny most zwany Mostem Królewskim, łączący rynek z przykościelnym cmentarzem. Miałem wówczas dziewięć i pół roku.

Do rzeki wpływały dalekomorskie żaglowce i zarzucały kotwice w pobliżu mostu. Chodziłem często na nabrzeże i przyglądałem się, jak marynarze wyładowywali towar ze statków. Ciągnąc liny, śpiewali oni nieznane mi pieśni, a ja uczyłem się ich na pamięć. Siedziałem często na nabrzeżu i machając nogami nad wodą, śpiewałem wraz z marynarzami, udając przy tym przed samym sobą, że jestem jednym z nich.

W tamtym czasie stale marzyłem, by wypłynąć w morze na jednym z tych wspaniałych statków, kiedy odwracały się rufami do kościoła w Puddleby, by ponownie płynąć w dół rzeki przez rozległe i puste bagniska ku otwartemu morzu. Marzyłem, by popłynąć z marynarzami w daleki, nieznany świat do Afryki, Indii, Chin i Peru! Kiedy woda niknęła z pola widzenia i statki mijały już zakręt rzeki, nadal rzucały się w oczy ich strzeliste, brązowe maszty górujące nad dachami domów, posuwające się przed siebie pomału niby jakieś łagodne olbrzymy snujące się bezgłośnie pomiędzy wznoszącymi się wzdłuż brzegów domami. Jakież to niesamowite rzeczy musiały one widzieć, myślałem sobie, kiedy następnie powracały, by zakotwiczyć przy Moście Królewskim! I marząc o nieznanych lądach, siedziałem tam i patrzyłem, aż znikały z pola widzenia.

W tamtych czasach miałem trzech wspaniałych przyjaciół w Puddleby. Jednym z nich był Joe, poławiacz małż i ostryg, który mieszkał nad samą wodą w maleńkiej chatce pod mostem. Mimo podeszłego wieku Joe dysponował parą najzręczniejszych rąk na świecie. Nikt nie mógł się z nim równać. Naprawiał zrobione przeze mnie stateczki, które puszczałem po rzece, budował wiatraki z desek ze skrzyń i obręczy beczek. Potrafił też wyczarowywać najwspanialsze latawce ze starych parasolek.

Joe zabierał mnie niekiedy w swojej łodzi podczas odpływu i wiosłowaliśmy wtedy w dół rzeki aż do morza, aby wyławiać małże i homary na sprzedaż. I tam widywaliśmy stada lecących dzikich gęsi, kuliki, brodźce krwawodziobe i mnóstwo innych gatunków ptaków żyjących na wybrzeżu wśród morskiego kopru i wysokich traw porastających słone mokradła. I kiedy następował przypływ, wracaliśmy zmęczeni, płynąc w górę rzeki, mając przed oczyma światła na Moście Królewskim, które migotały o zmierzchu, przypominając nam o wieczerzy i cieple domowego ogniska.

Drugim moim przyjacielem był Matthew Mugg, handlarz mięsem dla kotów. Był to zabawny, stary jegomość z potwornym zezem. Wyglądał raczej nieszczególnie, ale naprawdę dobrze się z nim rozmawiało. Znał wszystkich ludzi w Puddleby, podobnie jak i wszystkie psy oraz koty. W tamtych czasach handlowanie mięsem dla kotów to było normalne zajęcie. Niemal codziennie widywało się kogoś, jak szedł przez miasteczko z drewnianą tacą pełną kawałków mięsa nabitych na szpikulce i krzyczał na całe gardło: „Mięso! M-I-Ę-S-O!”. Ludzie płacili Muggowi, by jak najlepiej karmić swe psy i koty, zamiast dawać im sucharki dla psów czy odpadki ze stołu.

W sumie to nawet przyjemnie było towarzyszyć Matthew w jego codziennej trasie i widzieć te wszystkie psy pędzące do ogrodowej furtki, gdy tylko usłyszały jego głos. Czasami pozwalał mi karmić zwierzęta samemu i była to dla mnie nie lada przyjemność. Wiedział ogromnie dużo na temat psów i opowiadał mi o różnych rasach, gdy tak szliśmy przez miasto. Sam miał kilka psów; charcica angielska potrafiła biegać naprawdę bardzo szybko i stary Matthew wygrywał dzięki niej liczne nagrody w sobotnich gonitwach za zwierzyną. Inny terier był niezrównany w polowaniu na szczury. Dzięki niemu handlarz mięsem dla kotów zgarniał niezły grosz za łapanie szczurów u młynarzy i farmerów, jako dodatek do głównego zajęcia – sprzedawania mięsa.

Moim trzecim wielkim przyjacielem był Luke zwany Pustelnikiem. Ale o nim opowiem wam więcej nieco później.

Do szkół nie chodziłem, bo mój ojciec był na to za biedny. Bardzo lubiłem natomiast zwierzęta. Dlatego wiele czasu poświęcałem na kolekcjonowanie ptasich jaj i motyli, łowienie ryb w rzece, włóczenie się po okolicy w poszukiwaniu jeżyn i grzybów. Pomagałem też staremu Joe’mu naprawiać sieci.

Tak, bez wątpienia wiodłem w tamtych dawnych czasach bardzo przyjemne życie, choć – oczywiście – wówczas tak nie uważałem. Miałem dziewięć i pół roku i – jak wszyscy chłopcy – chciałem koniecznie być dorosły, nie mając pojęcia, jakim jestem szczęściarzem, żyjąc beztrosko, wolny od wszelkich kłopotów i zmartwień. Cały czas marzył mi się moment, w którym będę już mógł opuścić dom mojego ojca i wyruszyć na jednym z tych wspaniałych statków, żeglując w dół rzeki przez spowite mgłą moczary na pełne morze i w daleki świat, by tam poszukać szczęścia.

Rozdział drugi

Dowiaduję się o wielkim przyrodniku

Pewnego wczesnego wiosennego poranka, kiedy spacerowałem po wznoszących się na tyłach Puddleby wzgórzach, natknąłem się na jastrzębia trzymającego w szponach wiewiórkę. Drapieżnik przysiadł na skale, a biedna wiewiórka walczyła ze wszystkich sił o swoje życie. Jastrząb tak się przestraszył na mój zupełnie niespodziewany widok, że puścił biedne stworzonko i odleciał w popłochu. Wziąłem wiewiórkę na ręce i stwierdziłem, że ma ciężko pokiereszowane przednie łapki. Zaniosłem ją zatem do miasta. Kiedy dotarłem do mostu, poszedłem do chatki starego Joego i spytałem, czy nie mógłby w jakiś sposób pomóc małej wiewiórce. Joe nałożył okulary i obejrzał stworzenie ze wszystkich stron. Po chwili potrząsnął głową.

– Twój zwierzaczek ma złamaną łapkę – zawyrokował – a drugą mocno pokaleczoną. Potrafię ci, Tommy, naprawić twoje stateczki, ale nie mam ani narzędzi, ani wiedzy, by „naprawić” twoją wiewiórkę. To jest robota dla chirurga i do tego musi to być nie byle jaki chirurg… No i tyle. Jest tylko jeden człowiek, jakiego znam, który może tu pomóc i uratować zwierzątku życie. Nazywa się John Dolittle.

– A kto to jest John Dolittle? – spytałem. – Czy to jest weterynarz?

– Nie – odpowiedział stary Joe. – On nie jest weterynarzem. Doktor Dolittle jest naturalistą.

– Co to znaczy naturalista?

– Przyrodnik – odpowiedział Joe i odłożywszy okulary, zaczął nabijać sobie fajkę. – Jest to człowiek, który wie wszystko o zwierzętach, motylach, roślinach i skałach. John Dolittle jest bardzo znanym naturalistą. Dziwi mnie, że nigdy o nim nie słyszałeś – ty, który masz takiego bzika na punkcie zwierząt. A jak się zna na małżach i homarach…Przekonałem się o tym, gdy go słuchałem. To bardzo spokojny człowiek i za wiele nie mówi, ale ludzie gadają, że to największy przyrodnik na świecie.

– A gdzie on mieszka? – spytałem.

– Za ulicą Oxenthorpe, na drugim krańcu miasta. Nie wiem dokładnie, który to dom, ale – jak sądzę – każdy, kogo spotkasz, będzie potrafił ci wskazać, gdzie on mieszka. Idź do niego, to wspaniały człowiek.

Podziękowałem więc staremu Joe’mu i zabrawszy wiewiórkę, ruszyłem w kierunku ulicy Oxenthorpe.

Pierwsze, co usłyszałem, przechodząc przez rynek, to było wołanie: „Mięso! M-I-Ę-S-O dla kotów!”.

„O, jest Matthew Mugg – powiedziałem do siebie. – On będzie wiedział, gdzie ten doktor mieszka. Matthew zna tu wszystkich”.

Przebiegłem zatem przez rynek, by go dogonić.

– Matthew – zagadnąłem – czy ty znasz doktora Dolittle’a?

– Czy ja znam Johna Dolittle’a? – powtórzył zdziwiony. – No cóż, wydaje mi się, że tak! A tak szczerze, to znam go tak dobrze jak własną żonę, czasami myślę, że nawet lepiej. To wielki człowiek. Bardzo wielki.

– Czy możesz mi pokazać, gdzie on mieszka? Chcę zabrać do niego tę wiewiórkę. Ma złamaną łapkę.

– Oczywiście – odrzekł handlarz mięsem dla kotów. – Będę przechodzić koło jego domu. Chodź ze mną, to ci pokażę.

No i poszliśmy razem.

– Och, znam Johna Dolittle’a naprawdę kopę lat – powiedział Matthew, gdy szliśmy przez rynek. – Ale jestem prawie pewien, że nie ma go w domu. Przebywa teraz gdzieś w zamorskiej podróży. Spodziewany jest jednak lada dzień z powrotem. Pokażę ci jego dom, żebyś już wiedział, dokąd się udać, by go znaleźć, gdy wróci.

Przez całą drogę w dół ulicy Oxenthorpe, Matthew nie przestawał rozpływać się nad swoim wielkim przyjacielem doktorem Johnem Dolittlem, doktorem medycyny. Mówił tak wiele, że całkiem zapomniał, by wołać „MIĘSO”, dopóki obaj nie zauważyliśmy, że za nami podąża cierpliwie cała procesja psów.

– A dokąd to doktor udał się w tę podróż? – spytałem, podczas gdy Matthew częstował psiaki mięsem.

– Tego akurat nie wiem – odpowiedział handlarz mięsem dla kotów. – Nikt nigdy nie wie, dokąd udaje się w podróż, ani kiedy wyjeżdża, ani kiedy wraca. Mieszka samotnie w otoczeniu swych zwierzaków. Odbył już szereg wypraw na nieznane lądy i dokonał wielu cennych odkryć. Ostatnim razem, gdy wrócił, opowiedział mi, jak odkrył na Oceanie Spokojnym plemię Czerwonych Indian, którzy zamieszkują dwie wyspy. Mężowie mieszkają na jednej, a żony na drugiej. Rozsądni ludzie, mimo że niby dzicy. Spotykają się raz do roku, kiedy mężowie odwiedzają żony. Dzieje się to najprawdopodobniej w czasie Świąt Bożego Narodzenia, które obchodzone są niezwykle i wystawnie. Taki to wspaniały człowiek, ten nasz doktor. A co do zwierząt, no cóż, nikt na świecie nie wie o nich tyle, co on.

– A w jaki sposób poznał on je aż tak dobrze? – spytałem.

Handlarz mięsem dla kotów przystanął i pochylił się, szepcząc mi do ucha:

– On mówi w ich języku – wyszeptał ochrypłym, tajemniczym głosem.

– W języku zwierząt?! – wykrzyknąłem z niedowierzaniem.

– A jak – odparł Matthew, wzruszając ramionami. – Wszystkie zwierzęta mają jakiś tam swój język. Jedne mówią więcej, inne mniej, niektóre tylko porozumiewają się na migi, jak głuchoniemi. Ale nasz doktor… On je wszystkie rozumie… Ptaki i inne zwierzęta. Jednak trzymamy to w tajemnicy, ja i doktor, bo ludziska tylko się śmieją, gdy im o tym powiedzieć. No a on przecież potrafi nawet pisać w języku zwierząt. Czyta na głos swoim zwierzakom. Napisał książki historyczne w języku małp i wiersze w języku kanarków, i śmieszne piosenki śpiewane przez sroki. To przecież fakt. Teraz uczy się języka małż, krabów i innych tam raków. Ale mówi, że to strasznie trudna praca i parę razy paskudnie się przeziębił, trzymając tak długo głowę pod wodą. To wielki człowiek.

– Bez wątpienia – odpowiedziałem. – Jakże bym chciał, żeby był teraz w domu – mógłbym go poznać.

– No i jesteśmy. Patrz! To właśnie jest jego dom – oznajmił handlarz mięsem dla kotów. – Ten mały domek przy zakręcie drogi, tamten wysoko, jak gdyby siedział na murze powyżej ulicy.

Doszliśmy już teraz poza obrzeża miasteczka. A dom, na który wskazał Matthew, był wręcz maleńki i stał zupełnie na uboczu. Wokół niego roztaczał się wielki ogród i był on położony znacznie wyżej niż droga, więc trzeba było przejść po schodkach do góry, by dostać się do frontowej furtki. Widać było, że w ogrodzie jest mnóstwo dorodnych drzew owocowych, bo ich gałęzie zwisały miejscami ponad murem. Ale sam mur był tak wysoki, iż nie dało się zobaczyć wiele więcej.

Kiedy dotarliśmy pod dom, handlarz mięsem dla kotów ruszył w górę po schodkach, ja zaś posłusznie za nim. Sądziłem, że idzie prosto do ogrodu, ale furtka była zamknięta na klucz. Z domu wybiegł nam na powitanie pies i poczęstował się kilkoma kawałkami mięsa, które Matthew podał mu przez kratę furtki. Zabrał też oferowane torby papierowe z ziarnem i otrębami. Zauważyłem od razu, że zwierzak ten nie zatrzymał się, by zjeść mięso, jak zrobiłby na jego miejscu każdy inny pies, tylko zabrał wszystko do domu i po chwili zniknął nam z oczu. Miał jakąś dziwną obrożę na szyi. Wyglądała, jakby była zrobiona z mosiądzu albo czegoś podobnego. Zaraz potem poszliśmy stamtąd.

– Doktor jeszcze nie wrócił – oznajmił Matthew. – Inaczej bramka nie byłaby zamknięta na klucz.

– A co było w tych papierowych torbach, które dałeś psu?

– Ach, w tych, to był prowiant – odrzekł handlarz mięsem dla kotów. – No wiesz, jedzenie dla zwierzaków. W domu doktora jest ich pełno. Gdy doktor jest w podróży, to daję te rzeczy psu, a on rozdziela je między pozostałych lokatorów domu.

– A co to za dziwna obroża na szyi tego psa?

– To jest obroża ze szczerego złota – wyjaśnił Matthew. – Dostał ją za uratowanie żony pewnego gentlemana. Było to podczas jednej podróży z doktorem… Dawno temu.

– Jak długo doktor ma tego psa?

– Och, mnóstwo czasu. Jip już się mocno zestarzał. Dlatego doktor nie bierze go już więcej na żadne wojaże. Zostawia go, by opiekował się domem. W każdy poniedziałek i czwartek przynoszę jedzenie do furtki i podaję Jipowi przez kraty. On nigdy nikogo nie wpuszcza za furtkę w czasie nieobecności doktora, nawet mnie, choć przecież bardzo dobrze wie, kim jestem. Ale zawsze wiadomo, czy doktor już wrócił, czy nie, ponieważ jeżeli już wrócił, to furtka zawsze jest otwarta.

Tak więc wróciłem do domu mojego ojca i położyłem wiewiórkę spać w starej drewnianej skrzynce wysłanej słomą. I tam ją pielęgnowałem, i opiekowałem się nią najlepiej, jak tylko mnie było stać, do czasu, gdy wróci doktor. Codziennie chodziłem do małego domku z wielkim ogrodem na obrzeżach miasta i chwytałem klamkę, by sprawdzić, czy furtka nie jest otwarta. Czasami przybiegał do mnie pies Jip. Ale chociaż zawsze machał ogonem i zdawał się cieszyć na mój widok, nigdy nie pozwolił mi wejść do ogrodu.

Rozdział trzeci

Dom doktora

Pewnego popołudnia w końcu kwietnia ojciec polecił mi zanieść buty, które właśnie naprawił, do domu na drugim krańcu miasta. Buty były własnością pułkownika Bellowesa. Gentleman ten należał do bardzo kapryśnych klientów.

Odnalazłem dom i zadzwoniłem do drzwi frontowych. Otworzył sam pułkownik. Wychylił tylko głowę i purpurowy na twarzy powiedział:

– Idź naokoło do wejścia dla służby… do drzwi na tyłach domu. – To rzekłszy, zatrzasnął z hukiem drzwi.

Przez moment chciałem nawet cisnąć buty na środek klombu z kwiatami. Jednak wyobraziłem sobie, jakby to rozgniewało ojca i dałem za wygraną. Poszedłem zatem potulnie na tył domu i tam otworzyła mi drzwi żona pułkownika i odebrała ode mnie buty. Wyglądała na nieśmiałą, drobną kobiecinę, a ręce miała całe w mące, jak gdyby właśnie wyrabiała ciasto na chleb. Wydawało się, że okropnie boi się swego męża, którego gniewne kroki nadal słychać było gdzieś w głębi domu, chrząkającego ze wzburzenia, że ośmieliłem się przyjść do drzwi frontowych. Po chwili kobieta spytała mnie szeptem, czy nie skusiłbym się na drożdżówkę ze szklanką mleka. A ja odpowiedziałem:

– Tak. Z przyjemnością.

Po zjedzeniu bułeczki popiłem ją mlekiem i podziękowawszy pani pułkownikowej, udałem się w drogę powrotną. Zaraz jednak pomyślałem, że przed pójściem do domu wypada sprawdzić, czy w międzyczasie nie wrócił doktor Dolittle. Tego ranka byłem już przed jego domem, ale teraz stwierdziłem, że nie zaszkodzi spróbować raz jeszcze. Stan zdrowia mojej wiewiórki nie poprawiał się ani na jotę i to coraz bardziej nie dawało mi spokoju.

Skręciłem więc w ulicę Oxenthorpe i ruszyłem w kierunku domu doktora.

Po drodze zauważyłem, że niebo zaciągnęło się szarymi chmurami i wyglądało, jakby zaraz miał lunąć deszcz. Sprawdziłem ręką furtkę i niestety była nadal zamknięta. Zacząłem tracić nadzieję. Przychodziłem już tam codziennie od tygodnia. Pies Jip przyszedł do furtki, machając ogonem, jak to miał w zwyczaju, i po chwili usiadł, obserwując mnie bacznie, pilnując, bym nie próbował wejść.

Byłem pełen obaw, że moja wiewiórka umrze, zanim powróci doktor. Odwróciłem się zasmucony, zszedłem w dół po schodkach na drogę i skręciłem w kierunku domu.

Zastanawiałem się przez chwilę, czy to już czasem nie jest pora kolacji. Oczywiście nie miałem wtedy zegarka, ale zauważyłem gentlemana zmierzającego w moim kierunku i kiedy podszedł bliżej, rozpoznałem pułkownika Bellowesa, który właśnie odbywał wieczorny spacer. Pułkownik okutany był w kilka eleganckich płaszczy, takich samych szalików, a na rękach miał jaskrawo kolorowe rękawice. Dzień nie był jakoś szczególnie zimny, ale on miał na sobie tyle ubrań, że wyglądał jak poduszka zawinięta w grube koce. Spytałem go grzecznie o godzinę.

Zatrzymał się, chrząknął i spojrzał na mnie groźnie z góry, a jego twarz zrobiła się jeszcze bardziej purpurowa. A kiedy się w końcu odezwał, zabrzmiało to jak korek wyskakujący z butelki piwa imbirowego.

– Czy ty naprawdę wyobrażałeś sobie, choć przez chwilę – eksplodował pułkownik – że nie mam nic innego do roboty, jak tylko rozpinać te wszystkie guziki, aby powiedzieć, która godzina, takiemu pędrakowi jak ty?

I ruszył w dół ulicy, tupiąc i mamrocząc pod nosem jeszcze głośniej niż wcześniej.

Stałem nieruchomo przez dobrą chwilę, spoglądając za nim i zastanawiając się, ile lat musiałbym mieć, żeby on pofatygował się i wyciągnął zegarek, by powiedzieć mi, która godzina. I właśnie w tamtym momencie, zupełnie znienacka, lunęło jak z wielu cebrów naraz.

Jeszcze nigdy nie widziałem takiej ulewy. Zrobiło się ciemno, zupełnie jak w nocy. Zerwał się huraganowy wiatr, po niebie przetoczył się pierwszy grzmot i rozbłysły błyskawice. Już po chwili przydrożne rynsztoki zamieniły się w rwące strumienie. Nie było najmniejszych szans, by znaleźć jakieś schronienie, więc pochyliłem nisko głowę i ruszyłem pędem w kierunku domu, nie bacząc na porywisty wiatr. Nie zdążyłem się jeszcze zbytnio oddalić, kiedy wyrżnąłem głową w coś miękkiego i aż usiadłem na chodniku. Spojrzałem do góry, by sprawdzić, z kim się zderzyłem. I oto przede mną na mokrym chodniku siedział, tak samo jak ja, mały okrągły jegomość o bardzo sympatycznym obliczu. Na głowie miał mocno sfatygowany cylinder, a w ręku trzymał małą czarną torbę podróżną.

– Najmocniej przepraszam – wybąkałem. – Biegłem z pochyloną głową i nie widziałem, jak pan nadchodził.

Ku memu ogromnemu zdziwieniu, zamiast się zezłościć, że został powalony na mokry chodnik, ten niepozorny człowieczek wybuchnął śmiechem.

– Wiesz co – powiedział – to przypomina mi przygodę z mojego pobytu przed laty w Indiach. Tak samo podczas burzy, biegnąc ile sił w nogach, wpadłem na pewną kobietę. Ale ona niosła na głowie dzban pełen melasy i w rezultacie miałem później przez kilka tygodni włosy posklejane tym lepkim syropem, a muchy ani na krok nie dawały mi spokoju. Nie uderzyłem cię chyba zbyt mocno, prawda?

– Ależ skąd. Nic mi nie jest.

– Prawdę mówiąc, to w takim samym stopniu moja wina, jak i twoja – powiedział nieduży człowieczek. – Ja także miałem spuszczoną głowę. Ale słuchaj, nie możemy przecież tak rozmawiać, siedząc na mokrych kamieniach. Skoro ja jestem, to przecież i ty musisz być całkiem przemoknięty. Jak daleko masz do domu?

– Mieszkam na drugim końcu Puddleby – odpowiedziałem, gdy pozbieraliśmy się na równe nogi.

– Mój Boże, ależ ten chodnik był mokry! – zawołał. – A ja dobrze wiem, co mówię: ulewa jak jeszcze nigdy do tej pory. Chodź do mnie do domu, żeby się wysuszyć. Ta burza nie będzie przecież trwać wiecznie.

Złapał mnie za rękę i ruszyliśmy pędem z powrotem tam, skąd się tu znalazłem. Kiedy tak biegliśmy, zastanawiałem się, kim jest ten zabawny mały jegomość i gdzie może mieszkać. Byłem dla niego zupełnie obcy, a jednak postanowił zabrać mnie do swego domu, bym mógł się wysuszyć. Taka odmiana po tym starym pułkowniku z purpurową twarzą, który nawet nie raczył mi powiedzieć, która godzina! Wkrótce się zatrzymaliśmy.

– Oto jesteśmy – oznajmił mi nieznajomy.

Podniosłem głowę, by zobaczyć, gdzie jesteśmy – i oto znajdowałem się u stóp schodków, które wiodły do małego domku z wielkim ogrodem! Mój nowy przyjaciel dobiegł już do furtki i otwierał ją kluczami, które wydobył z kieszeni.

„No nie, ja chyba śnię – pomyślałem – przecież to nie może być słynny doktor Dolittle we własnej osobie!”.

Przypuszczam, że nasłuchawszy się tyle o doktorze, spodziewałem się bardziej postawnego mężczyzny, kogoś wysokiego, silnego, pełnego majestatu. Aż trudno było uwierzyć, że ten niepozorny człowieczek o ujmującym uśmiechu na pucułowatej twarzy to może być właśnie ON. A jednak oto miałem go przed oczyma, bez dwóch zdań. Oto biegnie po schodach i otwiera furtkę, którą sprawdzałem w ostatnim czasie przez tyle dni!

W jednej chwili nadbiegł pies Jip i natychmiast, bez żadnych wstępów, zaczął skakać na swojego pana, ujadając ze szczęścia jak szalony. A z nieba lało się jeszcze mocniej niż wcześniej.

– Czy pan jest TYM doktorem Dolittlem? – spytałem, gdy biegliśmy po krótkiej ogrodowej ścieżce prowadzącej do domu.

– Tak, jestem doktorem Dolittlem – odpowiedział, otwierając drzwi frontowe tym samym pękiem kluczy. – Wchodź natychmiast! Nie zawracaj sobie głowy wycieraniem butów. Trochę błota w domu to żaden problem. Byle szybciej spod deszczu!

Wskoczyłem do środka, a Jip za mną. Po chwili doktor zatrzasnął drzwi za całą naszą trójką.

Z powodu burzy na zewnątrz panował półmrok, ale w domu, po zamknięciu drzwi było tak ciemno jak w najczarniejszą noc. Zaraz też dał się słyszeć najbardziej niesamowity hałas, jaki kiedykolwiek przyszyło mi usłyszeć. Brzmiał jak wszelkie możliwe odgłosy dżungli, jakby wszystkie gatunki zwierząt i ptaków ryczały, kwiczały, skrzeczały równocześnie. Słyszałem łoskot kopyt na schodach i rumor spieszących łap po korytarzach. Gdzieś w ciemnościach kwakała kaczka, piał kogut, gruchała synogarlica, pohukiwała sowa, beczało jagnię i szczekał Jip. Czułem jak ptasie skrzydła trzepoczą i wachlują w pobliżu mojej twarzy. Coś nieprzerwanie obijało się o moje nogi tak, że o mało nie straciłem równowagi. Cała sień zdawała się wypełniać zwierzętami. Zgiełk, jaki powstał na korytarzu, w połączeniu z rykiem wiatru i szumem ulewnego deszczu, był czymś zupełnie niesamowitym i zaczynałem już czuć się bardzo nieswojo, gdy zorientowałem się, że doktor trzyma mnie za ramię i krzyczy mi do ucha.

– Nie denerwuj się. Naprawdę nie ma się czego bać. To tylko kilkoro z moich ulubieńców. Nie było mnie trzy miesiące i teraz one cieszą się, że znów jestem z nimi w domu. Stój tam, gdzie jesteś, i poczekaj, aż zapalę światło. Boże drogi, ale burza! Posłuchaj tylko tych piorunów!

No i stałem tak w egipskich ciemnościach, a wszystkie zwierzęta, duże i małe, których w żaden sposób nie byłem w stanie zobaczyć, kłębiły się wokół moich nóg i rozpychając się, potrącały mnie raz po raz i czyniły przy tym nie lada rwetes. Było to i straszne, i śmieszne. Wcześniej często się zastanawiałem, spoglądając przez kratę zamkniętej furtki, jak też będzie wyglądać doktor Dolittle i co mieści wnętrze tego małego bajkowego domku. Ale nigdy nie przypuszczałem, że zastanę w nim taką menażerię. Jednak, gdy tylko poczułem na ramieniu rękę doktora, mój strach minął, ale zmieszanie pozostało. To wszystko wglądało na jakiś dziwaczny sen i zaczynałem już powątpiewać, że dzieje się to naprawdę, kiedy znów usłyszałem głos doktora:

– Ach, te przeklęte zapałki. Zamokły doszczętnie. Są zupełnie do niczego. Nie masz przypadkiem jakichś przy sobie?

– Nie, niestety nie noszę zapałek – odkrzyknąłem w ciemnościach.

– Trudno. Może Dab-Dab zdoła nam znaleźć jakieś światło.

Teraz doktor zacmokał zabawnie językiem i usłyszałem, jak ktoś człapie do góry po schodach i zaraz też zaczyna kręcić się po pokojach nad nami.

Po chwili nastąpiła cisza i czekaliśmy dobrą chwilę, ale nic się nie działo.

– Czy światło będzie prędko? – zapytałem. – Jakieś zwierzę siedzi na mojej nodze i czuję, że drętwieją mi palce.

– Pewnie za minutę. Ona zaraz powinna być z powrotem.

I właśnie wtedy ujrzałem pierwszą smugę światła gdzieś na szczycie schodów. Natychmiast wszystkie zwierzęta ucichły.

– Myślałem, że mieszka pan sam – powiedziałem do doktora.

– Bo tak w istocie jest. To Dab-Dab niesie światło.

Spojrzałem w górę schodów. Nie było widać zbyt dokładnie, co się dzieje na półpiętrze, ale usłyszałem za to najdziwniejsze kroki na samej górze, jakby ktoś zeskakiwał ze schodka na schodek, używając do tego tylko jednej nogi.

Kiedy światło znalazło się niżej, w górze zrobiło się jaśniej i na ścianach pojawiły się jakieś dziwne podskakujące cienie.

– Nareszcie! – zawołał doktor. – Stara poczciwa Dab-Dab!

I wówczas pomyślałem, że to naprawdę mi się śni. Bo oto właśnie, wyciągając szyję niczym żuraw, zza zakrętu schodów wyłoniła się – skacząc w dół, stopień po stopniu na jednej nodze – biała jak śnieg kaczka. A w prawej łapie niosła zapaloną świecę!

Rozdział czwarty

Wiff-Waff

Kiedy wreszcie mogłem się nieco rozejrzeć, stwierdziłem, że w sieni faktycznie roi się od wszelakich zwierząt. Miałem wrażenie, że zgromadziły się tam wszystkie gatunki, jakie żyją u nas w naturze: gołąb, biały szczur, sowa, borsuk, kawka, było nawet i małe prosię, które przydreptało tu z zalanego deszczem ogrodu, starannie wycierając raciczki na wycieraczce przed drzwiami, podczas gdy światło świecy rzucało migotliwy odblask na jego różowy grzbiet.

Doktor wziął od kaczki świecznik i zwrócił się do mnie:

– Słuchaj, chłopcze – zauważył – musisz zdjąć te mokre rzeczy. A tak przy okazji, jak ty się nazywasz?

– Tommy Stubbins – odrzekłem.

– Aha… Czy nie jesteś czasem synem Jacoba Stubbinsa, tego szewca?

– Tak, jestem – potwierdziłem.

– Trzeba przyznać, że twój tato robi znakomite buty – powiedział doktor. – Widzisz te tutaj? – I podniósł wysoko prawą nogę, by pokazać mi, jakie nosi olbrzymie buty. – Twój tato zrobił mi te buty cztery lata temu i noszę je od tamtej pory… Absolutnie doskonałe buty… No dobrze, ale, bratku, musisz przebrać te mokre ciuchy i to migiem. Poczekaj chwilkę, aż zapalę więcej świec, to wtedy pójdziemy na górę i znajdziemy ci coś do ubrania. Pewnie będziesz musiał przywdziać mój stary garnitur, zanim twoje rzeczy wyschną przy kuchennym palenisku.

Zatem wkrótce, gdy więcej świec rozbłysło w różnych częściach domu, udaliśmy się na górę i kiedy dotarliśmy do sypialni, doktor otworzył przepastną szafę i wybrał spośród starych ubrań dwa znoszone garnitury. Ubraliśmy je niezwłocznie i zanieśliśmy nasze przemoczone stroje do kuchni, gdzie doktor rozpalił ogień w wielkim kominie. Surdut doktora, który miałem na sobie, był na mnie o wiele za duży i co rusz przydeptywałem sobie jego poły, gdy pomagałem nosić drewno z piwnicy. Niemniej już po chwili w palenisku żwawo buzował ogień i powiesiliśmy wokół niego na krzesłach nasze mokre rzeczy.

– No, to teraz do roboty. Trzeba ugotować jakąś kolację – zadysponował doktor. – Zostaniesz oczywiście na kolacji, Stubbinsie?

Zaczynałem już lubić tego zabawnego małego człowieczka, który zwracał się do mnie „Stubbins”, zamiast „Tommy” czy „chłopczyku” (naprawdę nie cierpiałem, gdy ktoś zwracał się do mnie per „chłopczyku”!). Doktor z miejsca zaczął mnie traktować, jak gdybym był jego dorosłym przyjacielem. A kiedy zaproponował, żebym został na kolacji, poczułem się bardzo dumny i szczęśliwy. Ale równocześnie przypomniałem sobie, że nic nie powiedziałem matce, że się spóźnię. Odpowiedziałem wobec tego ze smutkiem:

– Naprawdę bardzo dziękuję i z przyjemnością bym został, ale niestety moja mama zacznie się martwić i zachodzić w głowę, gdzie też mogę się podziewać, jeżeli zaraz nie wrócę do domu.

– Rozumiem, mój drogi – odrzekł doktor, dorzucając kolejno polano do ognia – ale twoje ubranie jest jeszcze całkiem mokre. Będziesz musiał zaczekać aż wyschnie, prawda? I zanim będzie się nadawać, by je z powrotem nałożyć, zdążymy ugotować i zjeść kolację… Nie widziałeś, gdzie ja położyłem moją torbę?

– Wydaje mi się, że nadal jest w sieni – odrzekłem. – Pójdę sprawdzić.

Znalazłem torbę przy drzwiach frontowych. Zrobiona była z czarnej skóry i wyglądało, że jest bardzo, bardzo stara. Opasana była pośrodku sznurkiem i jeden z jej zamków był zepsuty.

– Dziękuję – powiedział doktor, gdy mu ją przyniosłem.

– Czy ta torba to jedyny bagaż, jaki miał pan w podróży? – spytałem.

– Tak – skinął głową doktor, rozwiązując sznurek. – Nie lubię podróżować objuczony bagażem. To taki niepotrzebny kłopot. Życie jest za krótkie, by je sobie komplikować. A zresztą, po co tyle bagażu… Ten… Gdzie ja mogłem położyć te kiełbaski?

Doktor zaczął sprawdzać w torbie. Najpierw wyciągnął bochenek świeżego chleba. Następnie pojawił się szklany słoik z dziwnym metalowym wieczkiem. Przytrzymał go pod światło bardzo ostrożnie, zanim postawił go na stole. Zdążyłem tylko zobaczyć, że pływa w nim jakieś dziwne stworzenie wodne. Na koniec doktor wydobył funt kiełbasek.

– Teraz potrzebujemy jeszcze patelni.

Poszliśmy do komórki i tam ujrzałem trochę garnków i rondli wiszących na ścianie. Doktor zdjął znalezioną wśród nich patelnię. Wewnątrz była jednak mocno zardzewiała.

– Boże ty mój, popatrz tylko! – wykrzyknął. – To są właśnie ujemne strony bycia w podróży przez tak długi czas. Moje zwierzęta są kochane i utrzymują dom w idealnej czystości… na tyle, ile potrafią. Dab-Dab jako gosposia to istny cud świata. Są jednak rzeczy, z którymi nie potrafią sobie poradzić. Nie ma sprawy, zaraz ją doczyścimy. Spójrz, tam pod zlewem powinno być trochę drobnego piasku. Podaj mi go, proszę.

Po krótkiej chwili lśniąca czystością patelnia znalazła się nad paleniskiem i zaraz też wylądowały na niej kiełbaski. Po całym domu zaczął się rozchodzić rozkoszny zapach smażonych frykasów.

Podczas gdy doktor zajęty był przyrządzaniem kolacji, ja podszedłem do słoika, by raz jeszcze rzucić okiem na pływające w nim śmieszne, ale i tajemnicze stworzonko.

– Jak nazywa się to zwierzę? – spytałem.

– Ach! – odrzekł doktor, obracając się do mnie. – To jest Wiff-Waff. Jego pełna nawa brzmi Hippocampus pippitopitus. Ale tubylcy nazywają je po prostu Wiff-Waff. Przypuszczam, że to w związku z tym, jakie ruchy wykonuje, pływając. To z jego powodu odbyłem całą tę ostatnią podróż. By zdobyć Wiff-Waffa. Wiesz, ja teraz jestem bardzo zajęty, próbując opanować język skorupiaków. One mają szereg języków, co do tego nie mam najmniejszej wątpliwości. Umiem trochę mówić w języku rekinów i znam nieco dialekt, jakim posługują się morświny. Ale obecnie szczególnie mi zależy, żeby przyswoić język skorupiaków.

– Ale dlaczego?

– Jakby to powiedzieć… Widzisz, niektóre skorupiaki należą do najstarszych znanych na świecie zwierząt. Odnajdujemy w skałach ich skorupy, zamienione w kamienie tysiące lat temu. Jestem więc absolutnie pewien, że gdybym tylko potrafił mówić w ich języku, to mógłbym dowiedzieć się ogromnie dużo o tym, jaki był świat całe wieki temu. Rozumiesz?

– Ale czy inne zwierzęta nie mogłyby panu też opowiedzieć co nieco?

– Nie sądzę – odparł doktor, nabijając na widelec kawałek kiełbasy. – Wprawdzie małpy, które poznałem jakiś czas temu w Afryce, były bardzo pomocne, opowiadając mi o czasach minionych, ale ich relacje sięgały jedynie około tysiąca lat wstecz. Nie… Jestem pewien, że wiedzę o najstarszej historii świata możemy uzyskać od skorupiaków i tylko od nich. Chodzi o to, że większość innych zwierząt, które żyły w tamtych prehistorycznych czasach, nie dotrwała do dziś.

– A czy nauczył się już pan trochę języka skorupiaków? – spytałem.

– Nie. Dopiero co zacząłem. Chciałem zdobyć dokładnie ten gatunek koników morskich, ponieważ jest on na pół skorupiakiem i na pół rybą. Udałem się za nim całą drogę stąd na wschodnie wybrzeże Morza Śródziemnego. Ale mam bardzo poważne obawy, że nie będzie on dla mnie zbyt wielką pomocą. Szczerze mówiąc, jestem raczej rozczarowany jego wyglądem. Nie sprawia wrażenia zbyt inteligentnego, nieprawdaż?

– Faktycznie – zgodziłem się z doktorem.

– Ale, ale kiełbaski są usmażone na tip-top. Weź talerz i chodź, to ci kilka nałożę.

Jeszcze chwila i usiedliśmy przy stole do obfitej kolacji.

Kuchnia doktora Dolittle’a to wspaniałe miejsce. Jadłem tam później wiele posiłków i muszę przyznać, że było przyjemniej niż w najbardziej wytwornych salonach jadalnych na świecie. Była tak przytulna i pełna swojskiego ciepła. Do tego niezwykle zwarta i poręczna – wręcz idealna. Potrawy brało się gorące, prosto z rusztu, i stawiało na kuchennym stole, by od razu jeść.

Mogłeś patrzeć, jak rumieni się twoja grzanka na kracie paleniska i pilnować, żeby się nie przypaliła, równocześnie jedząc zupę. A jeżeli zapomniałeś postawić sól na stole, nie trzeba było iść po nią do drugiego pomieszczenia. Wystarczyło tylko obrócić się i sięgnąć po duży drewniany pojemnik stojący na kredensie za twoimi plecami. Kominek – największy, jaki kiedykolwiek widziałem – był jakby sam dla siebie osobną izbą. Można było tam wejść, nawet gdy palił się już ogień i usiąść na jednym z szerokich siedzeń, jakie znajdowały się po obu stronach, i piec kasztany po obiedzie albo słuchać, jak czajnik wyśpiewywał swoją melodyjkę; można było opowiadać historie czy oglądać książki z obrazkami w blasku ognia. Jednym słowem była to cudowna kuchnia. Zupełnie taka sama jak doktor – przyjazna, swojska i niezawodna.

Kiedy się nadal posilaliśmy, nagle otworzyły się drzwi i do kuchni weszła kaczka Dab-Dab z psem Jipem, ciągnąc za sobą po czystej wykafelkowanej podłodze prześcieradła i poszewki na poduszki. Doktor widząc moje zdziwienie, wyjaśnił:

– Chcą po prostu przewietrzyć i podsuszyć moją pościel przy ogniu. Dab-Dab to gosposia idealna, która nigdy o niczym nie zapomina. Kiedyś miałem też siostrę, która prowadziła mi dom (biedna, kochana Sarah, ciekawe jak sobie radzi – całe wieki jej nie widziałem). Ale daleko jej było do Dab-Dab. Hej, weź jeszcze kiełbaskę.

Doktor obrócił się i powiedział kilka słów do psa i do kaczki, posługując się jakąś dziwną mową i gestykulacją. Wyglądało na to, że rozumieją go bezbłędnie.

– Czy potrafi pan mówić w języku wiewiórek? – spytałem.

– Zdecydowanie. To bardzo prosty język – odparł doktor. – Sam mógłbyś się go nauczyć bez większych problemów. Ale dlaczego pytasz?

– Bo mam w domu chorą wiewiórkę – odrzekłem. – Odbiłem ją ze szponów jastrzębia. Ma okropnie poranione dwie łapki i bardzo chciałem, by pan ją obejrzał, gdyby był pan tak dobry. Czy mogę ją jutro przynieść?

– No cóż, jeżeli ma tak poważne złamania, to sądzę, że lepiej będzie, jak zobaczę ją jeszcze dzisiaj wieczorem. Choć może być już za późno, by dało się wiele zrobić. Tak czy owak pójdę z tobą, by ją zobaczyć.

Wkrótce więc sprawdziliśmy nasze ubrania przy ogniu i moje były już całkiem suche. Zabrałem je na górę do sypialni, by się przebrać. Gdy zszedłem na dół, doktor czekał już na mnie w pełnej gotowości ze swoją małą czarną torbą pełną leków i bandaży.

– Zatem chodźmy – powiedział. – Deszcz już nie pada.

Na dworze znów zrobiło się jasno i wieczorne niebo poczerwieniało od zachodzącego słońca, a w ogrodzie śpiewały drozdy, kiedy otworzyliśmy furtkę i zeszliśmy po schodkach na drogę.

Rozdział piąty

Polinezja

– Myślę, że pana dom jest najciekawszym miejscem, w jakim zdarzyło mi się kiedykolwiek być – powiedziałem, gdy tylko ruszyliśmy w kierunku miasta. – Czy mógłbym odwiedzić pana także i jutro?

– Naturalnie – odrzekł doktor. – Przychodź, kiedy tylko chcesz. Jutro pokażę ci ogród i moje prywatne zoo.

– Och, ma pan własne zoo?

– Zgadza się – odparł. – Te większe zwierzęta nie pomieściłyby się w domu, więc trzymam je w zoo w ogrodzie. Nie mam ich jakoś szczególnie dużo, ale i tak – na swój sposób – jest to dość ciekawy zbiór.

– To musi być coś wspaniałego – zauważyłem – móc rozmawiać w tylu językach z taką chmarą różnych gatunków zwierząt. Sądzi pan, że ja też mógłbym się kiedyś nauczyć władać tymi językami?

– Z pewnością – odrzekł doktor. – Jednak wymaga to pracy. Ale musisz wiedzieć, że kluczem do sukcesu jest cierpliwość. Powinieneś zacząć z Polinezją. To właśnie ona dawała mi pierwsze lekcje.

– A kim jest Polinezja?

– Polinezja była zachodnioafrykańską papugą i mieszkała kiedyś u mnie. Ale nie ma jej już tutaj – dokończył doktor ze smutkiem.

– Dlaczego, czyżby umarła?

– Nie. Mam nadzieję, że nadal żyje. Ale gdy kiedyś dotarliśmy do Afryki, to tak ucieszyła się powrotem w rodzinne strony, że aż płakała z radości. A kiedy z kolei nastała pora mojego powrotu, nie miałem serca, żeby zabierać ją ze słonecznego lądu, choć – w zgodzie z prawdą – wyrażała gotowość udania się z nami do Puddleby. Ostatecznie zostawiłem ją w Afryce. I co? Strasznie mi jej przez te lata brakowało. A ona płakała po raz drugi, gdy odpływaliśmy. Mimo wszystko uważam, że postąpiłem słusznie. Była jednym z najlepszych przyjaciół, jakich kiedykolwiek miałem. To ona pierwsza podsunęła mi pomysł, żebym uczył się języków zwierząt i został ich lekarzem. Często się zastanawiam, czy ona jest tam w Afryce szczęśliwa i czy kiedykolwiek zobaczę jeszcze jej śmieszną, poważną i uroczystą twarz. Stara, dobra Polinezja. Absolutnie niezwykły ptak.

Dokładnie w tym momencie usłyszeliśmy za plecami kroki kogoś biegnącego najwyraźniej do nas. Obróciłem się i ujrzałem psa Jipa, pędzącego drogą w naszym kierunku, ile sił w nogach. Wydawał się być czymś bardzo podekscytowany i jak tylko się z nami zrównał, zaczął szczekać i skomleć do doktora w jakiś dziwny sposób. Po chwili jego nastrój udzielił się doktorowi, który zaczął coś mówić i wykonywać osobliwe gesty do psa. W końcu zwrócił się do mnie z twarzą promieniejącą szczęściem.

– Polinezja wróciła! – wykrzyknął. – Wyobraź sobie. Jip mówi, że właśnie przyleciała do domu. O mój Boże! To już pięć lat, kiedy ostatni raz ją widziałem. Musisz mi wybaczyć. To potrwa tylko moment.

Odwrócił się, jakby chciał wracać do domu. Ale papuga Polinezja leciała już w naszym kierunku. Doktor aż klasnął w dłonie niczym dziecko, które dostało nową zabawkę, podczas gdy cała chmara wróbli zerwała się z drogi i obsiadła ogrodzenie, plotkując zapamiętale, oburzona obecnością szaro-szkarłatnej papugi lecącej tuż nad angielską drogą.

No i przyleciała, lądując prosto na ramieniu doktora, gdzie też natychmiast zaczęła mówić potokiem jednostajnych słów, których sensu nie byłem w stanie zrozumieć. Wydawało się, że ma strasznie dużo do powiedzenia. Niemal natychmiast doktor zapomniał na śmierć o mnie, o mojej wiewiórce, Jipie i całym Bożym świecie, do czasu, gdy ptak najwyraźniej zapytał o mnie.

– Och, wybacz, Stubbinsie! – zawołał doktor. – Tak zaciekawiła mnie opowieść mojej starej przyjaciółki… Ale, ale musimy ruszać dalej i zająć się twoją wiewiórką… Polinezjo, to jest Thomas Stubbins.

Papuga, siedząc na ramieniu doktora, skinęła poważnie w moim kierunku i zaraz – ku memu osłupieniu – powiedziała zupełnie zrozumiale:

– Jak się masz? Pamiętam ten wieczór, kiedy się urodziłeś. To była okropnie mroźna zima. A ty byłeś bardzo brzydkim niemowlakiem.

– Stubbins aż się pali do nauki języka zwierząt – powiedział doktor. – Właśnie mu opowiadałem o tobie i lekcjach, jakich mi udzielałaś, kiedy nadbiegł Jip z wiadomością o twoim przybyciu.

– No – powiedziała papuga, zwracając się do mnie – niech będzie, że to ja nakłoniłam doktora, żeby wziął się za naukę, ale nigdy w życiu nie dokonałabym nawet i tego, gdyby on wcześniej nie nauczył mnie rozumieć wszystiego, co powtarzałam jak papuga po angielsku. Chodzi o to, że wiele papug niby mówi jak ludzie, ale bardzo niewiele z nich rozumie to, co mówią. One po prostu powtarzają, co usłyszą, wyobrażając sobie, że to takie szykowne, albo naśladują ludzką mowę, ponieważ wiedzą, że dostaną za to krakersy.

W międzyczasie już zawróciliśmy, idąc w kierunku mojego domu z Jipem gnającym na przedzie i Polinezją – nadal przycupniętą na ramieniu doktora. Papuga nie przestawała trajkotać, głównie na temat Afryki, ale teraz mówiła po angielsku, przez grzeczność dla mnie.

– A jak tam radzi sobie książę Bumpo? – spytał doktor.

– Och, cieszę się, że pan o to pyta – odrzekła Polinezja. – Byłabym zapomniała. Nawet by pan nie pomyślał. Bumpo jest w Anglii!

– W Anglii? Chyba nie mówisz tego poważnie! – wykrzyknął doktor. – A co u licha on tutaj robi?

– Jego ojciec, król, wysłał go tutaj do miejscowości o nazwie, e-e-e… Bullford1, wydaje mi się, że to taka nazwa… by pobierał tam nauki.

– Bullford… Bullford – mamrotał pod nosem doktor. – Nigdy nie słyszałem o takim mieście… Pewnie chodzi ci o Oxford.

– Tak, zgadza się, to miejsce nazywa się Oxford – poprawiła się Polinezja. – Wiedziałam, że chodzi o jakieś bydło. Tak, on na pewno pojechał do Oxfordu.

– No, no – mruczał doktor – coś podobnego. Bumpo studiujący na Oxfordzie. A niech to!

– W Jolligince to nieźle się działo, gdy wyjeżdżał. Śmiertelnie bał się tu przyjechać. Był pierwszym człowiekiem z królestwa, który wyjechał za granicę. Myślał, że zostanie zjedzony przez białych kanibali lub kogoś w tym rodzaju. Wie pan przecież, jaka panuje tam ignorancja! No cóż, ale jego ojciec uparł się, żeby wyjechał. Powiedział, że teraz wszyscy afrykańscy królowie wysyłają swoich synów do Oxfordu. Taka obecnie moda i Bumpo musi jechać. Książę chciał zabrać ze sobą sześć swoich żon. Ale i na to król nie chciał przystać. Biedny Bumpo wyjechał z płaczem i wszyscy w pałacu płakali razem z nim. Nigdy jeszcze nie słyszałam takiego zawodzenia.

– A nie wiesz, czy Bumpo wybrał się kiedykolwiek na poszukiwanie Śpiącej Królewny? – spytał doktor.

– O tak – odrzekła Polinezja – nazajutrz po pańskim wyjeździe. I całe szczęście, że to zrobił: król dowiedział się o jego pomocy w waszej ucieczce i strasznie się wściekł.

– A co do samej Śpiącej Królewny? Czy kiedykolwiek udało mu się ją znaleźć?

– Cóż, przywiózł jakieś stworzenie, które nazywał Śpiącą Królewną. Ja osobiście uważałam, że jest to Murzynka albinoska. Miała rude włosy i największe stopy, jakie kiedykolwiek widziałam. Ale Bumpo był nią absolutnie oczarowany i w końcu ją poślubił. Uczta weselna trwała siedem dni. Kobieta została jego pierwszą małżonką i jako koronowana księżna nazywa się teraz Bumpa, z akcentem na drugą sylabę.

– Dobrze, a powiedz mi, czy on pozostał biały?

– Tylko przez pierwsze trzy miesiące. Po tym czasie jego twarz stopniowo wróciła do swojej naturalnej barwy. I dobrze, że tak się stało. On bardzo rzucał się w oczy w kostiumie kąpielowym z białą twarzą i czarną resztą.

– A jak radzi sobie Czi-Czi? (Czi-Czi – dodał doktor, zwracając się do mnie – był małpką-chłopcem, który mieszkał u mnie przed laty. Jego również zostawiłem w Afryce, wracając do domu).