Pobożny taniec - Klaus Mann - ebook + książka

Pobożny taniec ebook

Klaus Mann

0,0

Opis

Pobożny taniec to przejmujący, częściowo autobiograficzny debiut Klausa Manna, w którym młody pisarz z bezkompromisową szczerością opowiada o dojrzewaniu, pragnieniu wolności i poszukiwaniu własnej tożsamości. To zarazem jedna z pierwszych w literaturze niemieckiej powieści otwarcie podejmujących temat homoseksualności i kryzysu tożsamości młodego człowieka w realiach początku XX wieku. Osadzona w artystycznym Berlinie lat dwudziestych historia ukazuje świat dekadencji, intelektualnych fascynacji i moralnych niepokojów, a zarazem odważnie – jak na swój czas – opowiada o wewnętrznym rozdarciu bohatera, Andreasa Magnusa, będącego alter ego autora, który szuka swego miejsca w nowej, powojennej rzeczywistości Niemiec i Europy po I wojnie światowej. To intymna historia buntu wobec konwenansów i próba odnalezienia autentyczności w epoce przełomów.


Tytułowy „pobożny taniec” ma znaczenie symboliczne – odnosi się do prób pogodzenia cielesności z duchowością, wolności z narzuconą moralnością, a także do hipokryzji mieszczańskiego świata. To utwór ważny nie tylko ze względu na tematykę, lecz także jako świadectwo epoki. Klaus Mann porusza w nim problemy wolności jednostki, kryzysu wartości oraz potrzeby autentyczności, czyniąc z powieści uniwersalną opowieść o dorastaniu i walce o prawo do własnych wyborów. Subtelna, szczera i wciąż aktualnaopowieść o cenie, jaką płaci się za bycie sobą.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 260

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Klaus Mann

Pobożny taniec

Przełożył

Ryszard Wojnakowski

Ostrogi

Kraków 2025

Annie Pameli Wedekind poświęcam

Nie możesz być, możesz się tylko zmarnować,

Ni zostać, Ziemia zawsze będzie wędrować,

Ani gromadzić, złoto w ołów się zmienia,

Nie możesz chwytać, wszystko mija bez cienia Ni posiąść wiedzy, wszelka wiedza jest płocha — Lecz możesz kochać. Wystarczy kochać.

Sentencja Ernsta Bertrama

Jeden z nas musi zaśpiewać pieśń, nas z ą pieśń.

Jaka ona będzie?

Anja i Ester

Przedmowa

Opatrzyć książkę „przedmową” znaczy tyle, co chcieć książkę wyjaśnić. Ktoś, kto uważa, że jego dzieło i zamierzenie wymaga wyjaśnień, przyznaje tym samym, że dostrzega taką konieczność i musi się wytłumaczyć ze swojego zamierzenia.

Chyba żadna inna książka nie musi już na wstępie bardziej przepraszać za swój chaos niż taka, która pochodzi z czasów naszej młodości, o naszej młodości traktuje i nie chciałaby być ani znaczyć więcej niż właśnie wyraz, przedstawienie i wyznanie tej młodości, jej opresji, jej zamętu - a może i jej wysokich nadziei.

„Narażę się na liczne zarzuty”, brzmi pierwsze zdanie wstrząsającej powieści, którą napisał pewien siedemnastolatek z Francji. „Ale co z tym począć? Czy to moja wina, że kilka miesięcy przed wypowiedzeniem wojny miałem dwanaście lat? Ten niezwykły czas niewątpliwie przyniósł ze sobą niepokoje i zawirowania, takie, jakich nigdy nie odczuwa się w tym wieku. Nie jestem jedyny” - tak pisał Raymond Radiguet, któremu przeznaczone było umrzeć w wieku dwudziestu lat.

Nie musimy bronić się przed tymi, którzy nas nienawidzą i życzą nam źle. Od nich już nic nie zależy, mimo że tak bardzo przewyższają nas liczebnie. Nie ma dla nas na świecie rzeczy mniej ważnej niż odpieranie „licznych zarzutów”, a nawet obalanie tych, na które „się narażamy”. Ale tych, którzy są gotowi współ-myśleć i współ-czuć, prosimy uprzejmie o wyrozumiałość dla naszego starania, zawsze świadomego faktu, że nie może być dziełem, ponieważ wyrazistości, jaką pragnie osiągnąć, nigdy się nie da w pełni zobaczyć ani do końca ukształtować. Jestem przekonany, że większość niedostatków tej książki w aspekcie artystycznym wiąże się właśnie z tym: jakże często mówiono, spierano się, dyskutowano o czymś, co miało być tylko obrazem lub kształtem. I jak ów Radiguet we Francji, przytaczam tutaj wielkie, historyczne wyjaśnienie tego wszystkiego. A że mój bohater Andreas i jego rówieśnicy mieli trzynaście lat, kiedy zaczęła się rewolucja, to drugie, tragiczne w skutkach powstanie: czy to moja wina?

Czasem wydaje mi się nawet, że w ogóle istnienie młodych ludzi, którzy piszą książki, jest oznaką zacofania i melancholii, że w ogóle są jeszcze młodzi ludzie, którzy piszą książki. Nie sposób przecież przeceniać zainteresowania literaturą wśród młodzieży. Sądzę, że tylko u pojedynczych osób można jeszcze znaleźć entuzjazm dla ważności i niezbędności literatury. Inne rzeczy stoją teraz na pierwszym planie.

Mam wątpliwości, czy w książce można dojść do sedna tych „innych”, wrogich jej rzeczy i, po oczyszczeniu, je przedstawić. Mimo wątpliwości podjąłem to ryzyko. Może w ogóle nie należy opisywać, kształtować i uwieczniać poprzez dzieło patosu i problematyki tej „powojennej młodzieży”, budzącej najpiękniejsze nadzieje i największe wątpliwości. Może to pokolenie nie wydało do dziś charakterystycznego dla siebie dzieła z tego prostego powodu, że, wbrew pozorom, nie odczuwa potrzeby stworzenia takowego.

Tych wszystkich zagadnień, tych wszystkich myśli pełno jest w mojej „powieści awanturniczej”, często są one wypowiadane zbyt bezpośrednio, dosłownie i w formie wyznania. Za „dzieło” tej młodzieży, za jej „prezentację” nie mogę więc tej książki uważać. Jako dokument może i się ostanie, aż nazbyt wyraźne odzwierciedlają się w niej „zawirowania, które przyniosły nam te nadzwyczajne czasy”.

Czy mogę też jednak żywić nadzieję, że przez te zawirowania trochę przebijać będzie to, na co nie znam określenia i co nazywam nową niewinnością, nową wiarą, nową pobożnością?

Każdy, kto potrafi wyczuć w moim „dokumencie” choćby słabe odbicie i ślad tego światła i tej wyrazistości - zasługuje na moją wdzięczność, jakby odkrył najlepszą moją cząstkę.

Klaus Mann Monachium, w lipcu 1925 roku

Prolog

Widzę pokój hotelowy w jakimś obcym miasteczku na południu i w tym pokoju siedzi młody człowiek i pisze list - ale jeszcze nie wiem do kogo. Przysunął biurko do okna, zbliża się wieczór. Piszący korzysta z ostatniego światła dnia, ostatniego światła filtrowanego przez szkło.

Za oknem znajduje się jeszcze mały balkon, a potem są drzewa. Ale za i pomiędzy całkiem już czarnymi wierzchołkami, które odcinają się od przezroczyście srebrnego nieba, połyskuje morze i to morze jest białe. Ledwo je widać, ale czuć jego bliskość, jego oddech, jego wzruszająco potężne zaśnięcie.

Od wyrazistego srebra prawie wieczornego nieba odcina się niemal czarna twarz piszącego młodego człowieka, niczym wycięty nożyczkami kontur. Nos rysuje się dosyć ostro, ciemne włosy opadają miękko na czoło. Jego wzrok wybiega poza rozłożony przed nim arkusz białego papieru listowego i zanurza się w jakby nieobecnej, mocno zamglonej łagodności, skierowany na kilka fotografii w zwykłych ramkach, stojących w równych odstępach w głębi biurka.

Trudno dokładnie rozróżnić, co przedstawiają te fotografie, bo jest zbyt ciemno.

Młody człowiek odwraca się na krześle i patrzy na pokój za sobą. Tuż przy łóżku, na nocnym stoliku, stoi jeszcze czwarta fotografia, ale i na niej o zmierzchu nie można już prawie nic rozpoznać. To dziecko? Chłopiec? A może młody mężczyzna? Wzruszająco poważna i skupiona postać spogląda w głąb rozpływającego się w ciemności pomieszczenia, jak spoglądają dzieci, którym opowiada się o wielkich sprawach. Ale tę fotografię - tyle jeszcze widać - oplata czarny różaniec. Poza tym w pokoju jest już bowiem tak ciemno, że nie da się nawet powiedzieć, czy siedzący przy biurku młodzieniec patrzy na zdjęcie z różańcem, czy tylko na bielejące i milczące duże łóżko z wysoko spiętrzoną pościelą, które wydaje się na coś czekać, okazałe i pełne tajemnic. Dalej nie można podążać za jego spojrzeniem, które gubi się w głębi pokoju.

Wkrótce jednak młody człowiek pochyla się ponownie nad papierem listowym i wraca do pisania. Najwidoczniej zaczął pisać ten list jakiś czas temu, innym atramentem, możliwe też, że w innym mieście. A teraz go kontynuuje. Gorliwie, pośpiesznie, ale i trochę ociężale jego ręka porusza się nad papierem. Wyrazy pisane ufnie chłopięco dużymi literami ustawiają się w szeregu jeden za drugim. A nad nimi pochyla się jego twarz, poważna i skupiona, lecz zarazem z leciutkim uśmiechem na ustach - jak u dzieci pochylających się nad grą, która jest dla nich ważna, ale pozostaje tylko grą. Raz jego spojrzenie odrywa się nawet od papieru i wędruje do jednej ze stojących przed nim fotografii. Wtedy wydaje się, jakby przemawiał do niego cichy głos, wyraźnie, łagodnie, a jednak surowo: „Mój drogi, jakież to nadęte słowa pan tutaj pisze? Patetyczne i zawiłe?” A chłopiec, z oczywistą dla młodości zarozumiałością, przybrawszy tajemniczą, chytrą i przekorną minę z dziecięcej zabawy, odpowiada: „Ty możesz się dziwić - ale ta, do której piszę, na pewno zrozumie. Dziś jest mi do niej bliżej niż tobie. Słowa zawsze są zawiłe, słowa są mylące. Ale sens ukryty pod słowem jest jasny. Za dobrym słowem otwiera się jasność”. Po czym pochyla jasne czoło i w skupieniu pisze dalej.

W pewnej chwili zrywa się jednak z krzesła, odbiega parę kroków od biurka i zatrzymuje się pośrodku pokoju. Rozkłada ręce, prawie jak ktoś, kto pragnie coś objąć. Ale potem okazuje się, że to tylko dlatego, że się przeciąga, jakby dopiero co się obudził. Wokół niego był więc pokój, mały, tonący w półmroku pokój hotelowy - a na ścianie w jasnej drewnianej ramce wisiał mały obraz przedstawiający damę oraz stającego dęba konia. W pokoju stało też milczące łóżko z wysoko spiętrzoną pościelą - ileż scen ono już przeżyło? A na zewnątrz, w obcym korytarzu, stały plotkujące pokojówki. Przez okno wpływał lekki, obcy zapach - tyle różnych kwiatów rośnie wszak na południu! Z biurka zaś patrzyły rozpływające się w półmroku twarze. A ten ktoś stojący z boku, przy łóżku, patrzył tak wzruszająco poważnym i skupionym wzrokiem - czy to było dziecko, chłopiec, czy może młody mężczyzna? Ozdobiono go jednak czarnym sznurem koralików. I leżał tam zaczęty list, biały arkusz papieru, na którym wyrazy, pisane dużymi literami, układały się ufnie w szereg, jeden przy drugim.

A obce południowe miasto za oknem spoczywało w ciepłych objęciach wieczoru i szumiało swymi fontannami. Dalej zaś było morze.

Młody człowiek opuścił ramiona, stał szczupły, z rękami przy ciele, szczupły i dobrze ułożony. Tak wyglądał: jak pobożny młody wojak, z białym obliczem o zmierzchu nad czernią marynarki, który uważa straż za coś świętego, straż w tym obcym pokoju. I wyglądał jak tancerz, który jeszcze raz napina i koncentruje całe ciało, zanim je uroczyście uwolni do tańca - do wielkiego tańca przez te obce pokoje, przez te obce morza, przez ten obcy świat.

Rozdział pierwszy

I.

Kiedy Andreas Magnus mieszkał jeszcze w domu ojca, pewnej nocy przyśnił mu się sen. Ów sen był tak bolesny, przyprawiał go o tak wielką boleść, że Andreas po przebudzeniu stwierdził, że jego poduszka jest mokra od łez.

Sen zaczynał się w małej, tonącej w półmroku budce, od góry do dołu wypełnionej krzyżykami i świecami oraz innymi sprzętami religijnymi ze srebra i wosku. A pomiędzy nimi za ladą jako niewyraźna sylwetka wśród wielu cieni, stała sprzedawczyni z dziwnie ufryzowanymi włosami - jakby podzielonymi na pasma lub związanymi w kucyki za pomocą jasnoniebieskich wstążeczek - i patrzyła spode łba osobliwie wodnistymi zielonymi oczyma. Andreas zaś za ostatnie pieniądze kupował u niej czarny różaniec. Różaniec dużo kosztował - nieproporcjonalnie dużo, jak mu się wydawało - i jego kieszenie były teraz puste. Doprawdy, niełatwo mu przyszło wysupłanie resztki gotówki i wyłożenie jej na ladę. Ale dama, uśmiechając się jak święta, przyjęła pieniądze i zwinnym ruchem schowała do czarnej skórzanej torebki, przypuszczalnie by przeznaczyć je na cele dobroczynne. Młodzieniec zamierzał więc już opuścić jej sklepik, gdy powiedziała doń cicho na pożegnanie: „Niech Bóg pana strzeże” - tak jak mówi się do dzieci, które wyruszają w długą drogę.

W środku musiało pachnieć kadzidłem i ciasnotą, dopiero teraz to zauważył. Na zewnątrz bowiem powietrze było bardzo klarowne i czyste. Najwidoczniej znajdował się na wzgórzu za jakimś dużym miastem. Nie znał jednak tego miasta, które rozpływało się bezkształtnie jak woda w ciemności u jego stóp. Za nim, położony trochę wyżej, połyskiwał kościół, duża sklepiona budowla bielejąca wśród nocy. Andreas, z różańcem w ręku, poszedł jeszcze kawałek dalej. Biała droga biegła przed nim niczym strumień, prowadziła w dół, w stronę miasta, które brzęczało i szumiało w oddali. Idąc, owinął różaniec dwa razy wokół dłoni - z jakim chłodem jego paciorki przesuwały się po jego skórze. Nie bez kozery był taki drogi. Nagle nasunęło mu się pytanie, czy sprzedawczyni ze wstążkami we włosach nie była przypadkiem aniołem, jednym z owych aniołów o pustym, pobożnym i tajemniczym spojrzeniu, które czasem muzykują po bokach Madonny.

Andreas wcale nie wykluczał, że to anioł wziął od niego z uśmiechem pieniądze i trzymał je w czarnej torebce. W pobliżu takich białych kościołów nie było bowiem rzeczy niemożliwych i wszystko mogło się wydarzyć! Czy jakiś cud był wykluczony - pytał siebie wędrowiec - ponad tym miastem?

Przy drodze siedziała kobieta, Andreas ujrzał ją już z daleka. Siedziała jak ktoś, kto wyciągnął się zmęczony nad brzegiem jakiejś wody i teraz bez słowa i myśli przygląda się przepływającym falom. Kiedy jednak potem zatrzymał się przy niej, od razu rozpoznał, z kim ma do czynienia. Kobieta siedziała pomiędzy sztywno, a przecież wdzięcznie ułożonymi fałdami ciemnego płaszcza jak między złotem i kamieniami szlachetnymi. Mimo to, taka szara i skromna - wydawała się niepozorna niczym przydrożna babuleńka. Jej ręce, zwisające wśród fałd czarniawej szaty, wyrażały takie zmęczenie, jakby przez cały dzień robiły coś łagodnego i wciąż dotykały swojej pracy.

Andreas oczywiście ją rozpoznał. Ale nie ośmielił się, nawet po cichu, nadać jej imienia. Wszystkie słowa, które miały ją określać, wymyślone przez innych modlących się, wydawały mu się zbyt wątłe albo też zbyt pompatyczne jak na jej kruche wdzięki. Dlatego chciał dla niej wymyślić nowe imię, nową formułę jej świętości, najpobożniejszy dźwięk. Ale nic nie przychodziło mu do głowy.

Stał więc przed nią, a ponieważ nie znał odpowiedniego słowa, którym mógłby oddać jej hołd, wyciągnął do niej rękę z różańcem kupionym za ostatnie pieniądze. Wyciągnął do niej różaniec - lecz wtedy Matka Boża pokręciła głową. I Andreas od razu zrozumiał: ona nie chce tego daru. Zrozumiał, widząc, jak kręci głową, że nie chce od niego ofiary.

Sznur paciorków upadł na ziemię - z cichym brzęknięciem, niczym obrażona mała żmija - i zwinął się na białej drodze. „Dlaczego go nie chcecie?” - zapytał cicho. Odpowiedział mu głos matki - słaby i srebrzysty, przypominający głos siostry Andreasa, Marii Teresy: „Jeszcze nie teraz. Jeszcze na to nie zasłużyłeś. Jeszcze się dość nie nacierpiałeś. Ani razu jeszcze mnie nie zrozumiałeś. Jeszcze jesteś młody i pełen pychy. Najpierw musisz przeżyć coś wielkiego, żebym pochyliła się nad twoim hołdem. Czy kiedykolwiek mnie rozumiałeś? Jeszcze nie…”

Mówiąc te słowa, coraz bardziej znikała mu z oczu. Jej szczupłe ciało w płaszczu wymykało się w odległą dal. Tylko jej ostatnie słowa zawisły dziwnie w ciemnym powietrzu niczym srebrna chmura:

„Jeszcze nie…”

Andreas chciał się schylić, żeby podnieść z ziemi różaniec, ale w końcu zabrakło mu odwagi i pozostał w pozycji wyprostowanej.

Z białego kościoła rozbrzmiewały nad nieznanym miastem pieśni dzwonów. Ich potężne dźwięki mieszały się ze słabymi, umykającymi ostatnimi słowami Marii, które oddalały się niczym obcy, falujący dym. Pieśń dzwonów tworzyła poniekąd ciężkie, zbytkowne tło dla tego bolesnego płaczu: „Jeszcze nie… Jeszcze nie…”

Andreas podniósł wzrok, chcąc poszukać gwiazd. Żadnych jednak nie wypatrzył. Noc była pochmurna i bez blasku. Tylko nad miastem unosił się szum, napominając, prawie rozkazując, jak woda, która wzbiera i zbliża się coraz bardziej.

I wtedy Andreas się obudził, wcześniej płakał przez sen. Podniósł się w łóżku na łokciach i smakował słone łzy. Chciał sięgnąć po różaniec, sądził, że musi leżeć obok niego na nocnym stoliku, ale go nie znalazł. Splótł więc tylko dłonie i położył głowę z powrotem na poduszce. Brakowało mu chłodnego dotyku paciorków.

II.

Obudził się dopiero późnym rankiem. Uniósł głowę, podparł dłonią i rozejrzał się dookoła. To był jego pokój, tu się wychował. Czyżby nie był w swoim domu? To przecież meble, to przecież ściany, znane mu już od lat. Podpierając głowę, rozglądał się po pokoju i patrzył na wszystko - jak patrzy się na coś, co widywało się przez długi czas, lecz nigdy nie rozumiało, nagle, w jednej chwili, uważnie i prawie ze strachem. A więc tak wygląda jego otoczenie - tak wyraźnie, tak dziwnie obco i swojsko.

Tu więc leżał, leżał pośród tego wszystkiego, leżał w domu i rozmyślał. Oto książki, które kochał, ułożone w małe stosy, stojące w długich rzędach. Książki nordyckie i francuskie, i książki niemieckie. Cierpienie ubrane w różne formy, tęsknota zamieniona w melodię, ruch życia przeobrażony w rytm oraz smutek, który objawiał się jako dźwięk. W pokoju stały też obrazy, również fotografie i reprodukcje znanych prac Franka Bischofa, który był przyjacielem jego ojca. Te twarze spoglądały tak surowo i pogodnie z ciemnego tła. A tam, przed szafą leżały jego własne szkice, rzucone na kupę i pomieszane bezładnie. Nie miał ochoty na nie patrzeć, odwrócił głowę. Tańczące ciała, krajobrazy o spiczastych konturach i obrzydliwe karykatury… - naturalizm w skrajnej, groteskowej postaci obok przeźroczystego, nieśmiałego romantyzmu. Wyłącznie dokumenty, pozostałości, próby uchwycenia jego niepewnej, zawsze szukającej po omacku, zawsze chętnie eksperymentującej młodości - wzruszające i krępujące dla tego, kto sam je stworzył, już wkrótce po ich powstaniu. Ale całkiem blisko tego stosu rysunków i szkiców stała skromna, oprawiona w ramki fotografia późnogotyckiej Madonny, na wpół odwróconej, stylizowanej na świętą w draperii swoich szat i w takiej pozie, jakby wszystko to leżało u jej stóp. Jednak gest, którym trzymała poły płaszcza, wyraz twarzy, gdy odwracała w bok błogosławioną głowę, to nie było przyjęcie, lecz prawie odrzucenie.

I wtedy Andreas przypomniał sobie swój sen. Niczym ból lub choroba wezbrała w nim zaduma. Położył głowę z powrotem na poduszce i zamknął oczy. Ona nie mogła przyjąć ofiary, w odruchu łagodnej nieprzychylności odrzuciła to, co pragnął jej z całego serca ofiarować. Wszyscy inni jej służyli, każdy na swój sposób. Jeden w świecki, drugi - w duchowy, jeden w szyderstwie i udręce, drugi - w ciszy i pokorze. Każdy złożył u jej stóp swą pieśń - pieśń swojego życia. Ale on jeszcze jej nie miał. Wszędzie były jej oznaki, wszędzie wysiłki, wszędzie zaczątki. Ale nie znalazł jeszcze melodii - on i jego pokolenie.

Wtem podniósłszy się na łóżku jak ktoś, kto ma wizję i ściągnąwszy brwi na znak namysłu, ujrzał przed sobą swoją sytuację. Z niemal przerażająco nagłą stanowczością i zwięzłą wyrazistością widział, jak to z nim jest. Tak z nim było - tak się miały jego sprawy. Wszystko stało się dla niego jasne jak w potężnym, gwałtownym uproszczeniu.

Pokolenie ojców zrobiło więc swoje i nadal będzie robić, i nadal dokonywać. Wychowało się w godności i postawie lub w cierpieniu i biedzie - ale wyrosło na ludzi, stało się sobą, znalazło swój wyraz. A potem nastąpił brzydki koniec, krwawy pożar, płomienna pożoga, potem przyszła wojna i wielki trawiący niepokój. On, Andreas Magnus, urodził się jeszcze przed tą wojną. Odosobniony przypadek, który stał mu przed oczyma w swym jednorazowym zamęcie, mimo że w głębi ducha rozumiał, iż musiał to być zamęt całego pokolenia, nie pojedynczego człowieka, nie jednostki. Jego mgliste, pełne marzeń dzieciństwo przypadało więc na dni przełomu 1914 roku, których wielkości i potężnego patosu nie potrafił jeszcze pojąć, które wszakże zapisały się w jego duszy jedynie jako wielkie powstanie, jako grzmiący i brzęczący hałas, jako niewytłumaczalna chwila, gdy wszystko musiało się zmienić i przekształcić, także jego wnętrze oraz tło. Otoczenie tych lat jego pierwszego przebudzenia i pierwszego poznawania - uczenia się - a więc między jedenastym a trzynastym rokiem życia. I był ten drugi, jeszcze groźniejszy przełom, ów rozpaczliwy niepokój, który pewnie mógł zniszczyć to, co stare i zużyte, ale nie potrafił stworzyć nic nowego z ich rozdarcia - a więc przełom 1918 roku.

Pokolenie przed nim - czuł to chyba już wtedy - generacja, którą początek wojny zastał jako mniej więcej czterdziestolatków, pewnie też doświadczyła wzmożenia i niezwykłego zamętu za sprawą tej katastrofy. Wielki niepokój rzucił się także na nią i niejeden z tych, którzy uważali się już za gotowych i dojrzałych, musiał z konieczności się przestawić, do wewnątrz i na zewnątrz. Ale im wystarczyło samo przestawienie się z kogoś, kim już byli, i przeobrażenie się, o ile było to jeszcze możliwe, w kogoś innego, czego domagały się czasy z natury wysoce nieubłagane. O ile gorsza, ba, o ile rozpaczliwsza była jednak sytuacja tych, którzy musieli najpierw wydobyć się z chaosu, aby kimś zostać, którzy musieli najpierw znaleźć swój ton w rozpętanej kakofonii dźwięków, poszukać swojej drogi, omijając wszelkie skrajności z lewa i z prawa.

Andreas siedział na łóżku przez wiele minut, całkiem odrętwiały. Nigdy dotąd nie uświadamiał sobie tego wszystkiego tak wyraźnie - nawet przesadnie wyraźnie: że on sam nie ma jeszcze drogi, że nie ma też melodii - a w tylu miejscach postawiono mu drogowskazy, które kusiły go do obrania wyznaczonego przez dogmat, zbawiennego kierunku.

Jego ojciec siedział zaś na dole w swoim gabinecie, jego dobry ojciec. Nie należał do uprzywilejowanych, był uczciwym, mądrym obywatelem, przed laty lekarzem, ale dosyć zamożnym i już od dawna w stanie spoczynku. On wiedział, czego chce. Również jego ogarnęło kiedyś wzburzenie, ale otrząsnął się z niego i, trochę zmieniony, podążył dalej ścieżką, która wydawała mu się stosowna. Jego praca naukowa rozwijała się dobrze, a nawet, jak się wydaje, znakomicie. A przyjaźń z wielkim malarzem Frankiem Bischofem dodawała jego życiu wyższej treści i z pewnością stanowiła dlań priorytetowe dobro. Może „przyjaźń” była zbyt poważnym słowem na określenie tej relacji. Ojciec i Frank Bischof znali się już od młodości. I ten drugi często zaszczycał go swoją wizytą.

Tymczasem syn, po przebudzeniu z gorzko smutnych snów, nagle się wyprostował i zmarszczył brwi w geście przerażenia, jakby skrzywił twarz tylko dlatego, że własna sytuacja ukazała mu się z całą grozą aż nadto wyraźnie. Taka była jego młodość, młodość, która zaczęła się w zgiełku powstania: wielobarwna i nieuporządkowana, splamiona i nieczysta, a jednak niewinna, bo zawsze tęskniła za czystością, klarownością i światłem. Zmieniając jedną orientację na drugą lub ulegając wszystkim naraz w nagłym zagubieniu - zabawna i dręcząca zarazem. Taka ona była: bezdrożna i w swym bezradnym poszukiwaniu kierunku dziecinna - na każdym kroku awanturniczo zepsuta. Wybujała w wesołości i w cierpieniu. Sceptycznie powstrzymywano się od rewolucyjnego gestu, przepaść oddzielająca od przeszłości była już właściwie dostatecznie głęboka, rezygnowano więc raczej z pięknej wywrotowej afektacji lub używano jej bardzo rzadko jako maski i ostatniej ucieczki. Prędzej już cieszono się, kiedy gdzieś nastręczyło się jakieś oparcie, wytyczna, której można się było uczepić. Często jednak zachowywano żartobliwy ton, dziwnie dowcipny nastrój, jakby wcześniej na Ziemi nie wydarzyło się nic a nic i później także nie miało się już zdarzyć nic naprawdę istotnego - żartobliwy w radykalnej bezgranicznej mierze, która poniekąd zaprzeczała wszelkiej powadze, jeszcze wykrzywiała najwyższe godności i pozwalała bawić się w ciuciubabkę z tym, co najbardziej realne. Jeszcze częściej jednak poddawano się smutkowi, ciężkiej beznadziei, przed którą nie było już obrony i która nic już nie znaczyła, nic nie odczuwała prócz tego, że wszystko minęło, że nic już nie może pomóc i oto nadszedł koniec i całe to wątpliwe powojenne pokolenie tylko się urodziło i tylko po to zostało wymyślone przez Boga, żeby stworzyć ramy otaczające rozwartą paszczę tego upadku - bezużyteczną ozdobę wielkiej ruiny, generację nie przeznaczoną już do życia.

Ani on nie ponosił żadnej winy, ani jego ojciec. Winy nie było. Ale tak wszystko wyglądało. Ojciec chciał pewnie pomóc, gdy powiedział: „Widzisz, mój synu, myśmy wszyscy brali w tym kiedyś udział - to jest okres dojrzewania, to są grzechy młodości…” A wtedy syn pewnie spuścił wzrok i nic nie odpowiedział ani nie powiedział, że to coś innego, nie psychiczno-fizyczny kryzys wieku przejściowego, lecz zagrożenie, wykolejenie głębszego, bardziej radykalnego i brzemiennego w skutki rodzaju. Żył obok ojca i nic mu nie powiedział. Jego ukochana matka nie żyła. Jej portret, pełen troski i dobroci, spoglądał badawczo, napominając i obserwując go ze wszystkich komód. „Rodzice są dobrzy” - pomyślał nagle Andreas - „byli dla nas tacy dobrzy. Ale nie mogą pomóc. Patrzą z zatroskaniem, jak na obrazach, ale ich spojrzenie nigdy nie dociera do nas w całości”.

Opadł z powrotem na poduszki. Jego dłonie nadal jednak je głaskały - jakby chciały coś wygładzić. Ale on podczas tego ruchu myślał tylko: „A teraz Matka Boża nie przyjęła różańca - nie przyjęła małej ofiary - nie uznała mnie za godnego, po wszystkim, co wycierpiałem”. A może jeszcze wcale nie wycierpiał tego, co prawdziwe? Czy to, co prawdziwe, jeszcze na niego czekało? I obraz, który starał się teraz stworzyć, już od tygodni? Czy i on nie był jeszcze niczym, niczym prawdziwym? Wielki obraz, o którym tak bardzo, tak niesamowicie marzył, żeby stał się wreszcie kształtowaniem, formowaniem, wymodleniem wszystkich tych ostatnich lat? Czy i wtedy odrzuciłaby tę ofiarę z nieprzystępną, nie zmienną delikatnością swego odmownego gestu?

Zamknął oczy i z przejęciem zaklinał obraz przed sobą, chłonął jego jasne, jakby przeźroczyste barwy, jego dynamiczne, wypaczone kontury. W sąsiednim pokoju na półgotowej już drewnianej tabliczce widniał podpis: „Pan Bóg w otoczeniu tańczących dzieci”. Jaki jasnoczerwony był murek, na tle którego odcinała się grupa. A za tym murkiem ciągnęły się w postaci osobliwie połamanej linii góry błękitne i złote, błyszczące i oblane świętą zorzą wieczorną. Murek był jak spryskany krwią, jasnoczerwoną dziecięcą krwią. Ruchy dzieci były jednak dziwnie niemrawe, ich taniec sztywny i nienaturalny, jakby tańczyły w bólach. Maria Teresa tańczyła z większą lekkością… Jego dzieci w zielonych chałatach miały poważne miny, poważne i zachwycone. Te twarze nie oddychały, prawie nie żyły. Przypominały pobożne, a jednak śmieszne maski, szklane maski pomalowane różnymi kolorami. Oblicze samego Boga jeszcze niezupełnie powstało z ciemności, w najbliższym czasie trzeba było jeszcze nad nim popracować. Ale zrodzone z całej tej mgły, zaczęło już uzyskiwać kształt i spojrzenie, to wielkie oblicze starego mężczyzny ze szpakowatą brodą, z nienaturalnie rozszerzonymi, nieruchomymi, pustymi, a mimo to całkowicie wypełnionymi wiedzą oczyma. Takie miało być, takie musiało być oblicze Boga: nieruchome i puste, a mimo to pełne wiedzy, jak studnia pełna ciemności. Okrutne i nietykalne, zamaskowane czarną krzaczastą brodą, w której plątaninie krwawiły usta, lecz zarazem pełne wiedzy o wszelkim cierpieniu w nocnych oczach - a współwiedza jest już przecież współczuciem i łaską.

Młody malarz Andreas uśmiechnął się w łóżku, jakby dając upust sekretnej radości. Taki powinien być ten obraz: na tle spryskanego krwią murku tańczyły niezdarne, zachwycone dzieci. Pośrodku wyrastała z ciemności twarz Boga: nieruchoma, pusta, a mimo to łaskawa. A daleko w głębi obrazu znajdowały się góry oblane błękitnym złotem. To miał być jego twór i „to, co prawdziwe”…

Potem pomyślał, że musi wstać, wylegiwał się już dostatecznie długo, i realizując szybkie postanowienie, wyskoczył z łóżka. Ledwo jednak opuścił łóżko, już ruszył przez pokój, nagle orzeźwiony chłodem dnia, boso i ze zmierzwionym włosem. Jako cel obrał lustro. Długa droga. Boso przeszedł po czerwonej podłodze, jakby to był gorący piasek. Dziwnie unosił bose stopy, niczym poruszający się mozolnie wędrowiec. Boso stanął przed lustrem. Długo się sobie przyglądał - na początku ze śmiertelną powagą. Ściągnął brwi i wytaczając poważne zarzuty, poniekąd pertraktował z zaspanym pielgrzymem, który stał przed nim w białej szacie.

- Tak, tak - rzekł surowo i jakby pogroził palcem słuchającemu go w pokorze - dziś w nocy już się przekonałeś, jak daleko możesz się posunąć w całym swym pomieszaniu. Teraz chcesz namalować przeklętego Boga, jak mi powiedziano, i tańczące dziecięce maski. No, to się przyjrzyjmy…

Nagle na jego usta, nie wiadomo skąd, wypłynął uśmiech, który wziął go w posiadanie i ogarnął całego.

„A więc to jestem ja…”, pomyślał z uśmiechem. „Taki młody, młody czternastoletni. Takie zmierzwione włosy, taka kusa koszula, takie bose stopy”. Czy to dzieciństwo było niespokojne i splamione? Ach, a on dziś, patrząc na siebie w lustrze, uważał, że jest taki czysty. Czy wiele prób musi jeszcze przetrwać? Czy to, co napoczęte stało w sąsiednim pomieszczeniu, nie było więc jeszcze tym „co prawdziwe”? Czy wszystko jeszcze na niego czekało?

Jeśli tak, to mogło jeszcze się zmienić.

I nagle wybuchając śmiechem w odruchu swawoli, zrzucił koszulę i wyprostował nagie ciało. Śmiejąc się w swej próżności, owinął się ręcznikiem, dekoracyjnie, jakby to była jedwabna szata. Przypominał w nim chłopca z greckiego gimnazjonu - choć owinął się szczelnie prawie jak młody mnich.

Śmiejąc się wybiegł na korytarz i do łazienki na jego końcu. „Taki młody” - myślał biegnąc - „taki młodziutki”.

III.

Kiedy schodził na śniadanie, zrobiło się dosyć późno - było po jedenastej. Maria Teresa wróciła już ze szkoły - tak, miała lekcje od dziewiątej do jedenastej. Szczebiocząc i paplając wybiegła mu od razu naprzeciw do podnóża schodów i potem mu-

siał ją zanieść do jadalni. Jest jej przyjaciel Peter, poinformowała czym prędzej - a słowo „przyjaciel” zabrzmiało wzruszająco i o wiele za mocno jak na jej dźwięczny, słaby głosik. I w ogóle jaka ona była mała. Jak zaskakująco, ba, baśniowo mała wydawała się na rękach Andreasa. Jej twarzyczka, którą okalały cienkie niczym przędziony jedwab, gładkie jasnobrązowe włosy, znalazła się całkiem blisko jego twarzy, a żeby nie spaść, dziewczynka oplotła go ramionami za szyję. Jej twarzyczka była słodka i dowcipna. Usta odrobinę za duże, a na dodatek z lukami w uzębieniu - wypadły jej prawie wszystkie zęby, co nadawało jej nad wyraz wzruszający, a jednocześnie zabawny wygląd. Ale gdy usta opowiadały o rozmaitych przygodach w drodze ze szkoły, błyszczące brązowe oczy mówiły swoim jakże mądrym i niewinnym językiem.

W jadalni rzeczywiście siedział już Peterek, który wstał grzecznie, żeby się przywitać ze starszym bratem przyjaciółki.

- Dzień dobry - powiedział i ukłonił się, po czym podał mu małą, trochę wilgotną rączkę. Miał na sobie strój marynarski w paski, a jego włosy, przycięte podobnie jak u Marii Teresy, były jak zawsze trochę zmierzwione i zlepione. On też był niewielkiego wzrostu, niewiele wyższy od swojej damy - i również jemu pozostało niewiele zębów - w sumie mały, bezzębny kawaler. Ale jednak kawaler, grzeczny i o jasnych oczach.

- Dzień dobry - powiedział i ukłonił się.

Maria Teresa stała z boku w swoim fartuszku i uśmiechała się szelmowsko.

Andreas pił herbatę, a tymczasem dzieci trzymając w obu dłoniach o wiele za duże kromki chleba z masłem, z trudem się w nie wgryzały. Jednocześnie z pełnymi ustami opowiadały o pannie Amtmann, swojej nauczycielce, i że dostały od niej cukierki ślazowe, na co Andreas tylko w zamyśleniu pokiwał głową. Maria Teresa zapytała też, mrugając przy tym szelmowsko, czy nie zapomniał, że pan tata ma dziś urodziny, pięćdziesiąte pierwsze. Andreas podniósł wzrok. Tak, rzeczywiście - zapomniał o urodzinach…

Dzieci szybko się pożegnały i pobiegły przez taras do położonego trochę niżej ogrodu. Była z nich prawdziwa mała para - mała, słodka para, biegnąca przez łąkę. Maria Teresa jeszcze raz odwróciła głowę i uśmiechnęła się do brata, który został przy stole sam i jadł, i patrzył za nimi. Gdy znaleźli się już daleko pośród zieleni, odwróciła do niego twarzyczkę z błyszczącymi, wymownymi oczami.

- Nie przyjdziesz? - zawołała wysokim, cienkim, kuszącym głosikiem.

Ale brat tylko pokręcił głową.

Powoli podniósł się z krzesła. Teraz musiał popracować.

W sieni spotkał ojca, który w szlafroku z sierści wielbłądziej wyszedł właśnie ze swojego gabinetu, gdzie o tej porze zwykł trochę pisać, dzień w dzień parę linijek specjalistycznego naukowego dzieła, postępującego bardzo, ale to bardzo wolno, lecz zbliżającego się do końca. Na górze się przebrał, tam czekał też na niego podstarzały czeladnik fryzjerski, który codziennie go golił. Potem szedł na spacer.

Andreas zatrzymał się na chwilę.

- Dzień dobry - powiedział, spuszczając wzrok. Prawie nigdy nie patrzył ojcu w oczy. - Dzień dobry… a więc teraz wybierasz się na spacer? Naprawdę, omal nie zapomniałem, że masz dzisiaj urodziny. W takim razie składam ci piękne powinszowania…

I uśmiechnął się grzecznie i przelotnie. Błędem byłoby jednak określenie tej grzeczności jako chłodną, choć nie można jej też było nazwać serdeczną. Pobrzmiewało w niej pewne oddanie, a nawet coś w rodzaju ukrytego w melancholii podziwu, dzięki któremu jego zachowanie, chłodne i obce na pierwszy rzut oka, objawiało wprost związek uczuciowy.

- Dziękuję, dziękuję - odparł ojciec z cygarem w ustach. A następnie, posyłając przez okno spojrzenie zza szkieł okularów, zauważył:

- Pogoda zrobiła się całkiem ładna. Rano jeszcze zanosiło się na deszcz.

- Owszem, ale zachmurzenie wciąż się utrzymuje - rzekł Andreas, wstępując już na schody. To była cała ich rozmowa.

Ojciec popatrzył za nim. Oto szedł jego syn… Pracował na górze. Ale ojciec wątpił w jego talent. Frank Bischof, na którym mógł polegać, nie akceptował prawie żadnych jego studiów i szkiców. Nie akceptował, pomyślał ojciec, stojąc w szlafroku pośrodku sieni, może to jednak zbyt mocne słowa. Bischof zwykł się przyglądać z uśmiechem, który wydawał się trochę pogardliwy i niemal współczujący, jakby mówił: „Tak, tak, wiele to nie jest…”

Oto szedł jego syn, szczupły, wstępował po schodach jak ktoś, kto odchodzi na zawsze. A tutaj stał on, ojciec… Nagle jednak pomyślał - i w przypływie ciepłej wzbierającej tkliwości złożył dłonie: „Maria Teresa powinna być lepsza. On jest trochę dziwny, niezupełnie go rozumiem, nie mogę więc wiedzieć, dokąd jeszcze zaprowadzi go jego droga. Ale Maria Teresa to moje dziecko…” I w dalszym ciągu ze złożonymi rękami również on ruszył na górę, jednak o wiele wolniej niż przed chwilą jego syn… stopień za stopniem…

A teraz Andreas siedział już przed dużym obrazem. Tyle że jego ręce spoczywały na kolanach, tak bezczynne, jakby nigdy więcej nie zamierzały chwycić za pędzel. Tak - pracować, tworzyć, kończyć…

Twarz Boga wciąż była nieco zamazana, ale postacie dzieci już plastyczne i kolorowe. A więc pracować dalej… Niebo nie było jeszcze dostatecznie przeźroczyste, a błękit zbyt ciężki, niebo powinno być jak szkło. Ale jego ręce były zmęczone i nie podnosiły się.