Piosenka śmierci - S.S. van Dine - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Piosenka śmierci ebook i audiobook

S. S. Van Dine

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

26 osób interesuje się tą książką

Opis

Klasyczny kryminał intelektualny z cyklu o detektywie Philo Vansie, należący do tzw. złotej ery kryminału. Powieść opiera się nie na pościgach i akcji, lecz na logice, symbolice, psychologii i zagadce o niemal matematycznej konstrukcji.

 

W nowojorskim domu wybitnego fizyka, profesora Dillarda, podczas ćwiczeń łuczniczych ginie Robin Gil. Zostaje trafiony strzałą z łuku. Już sam ten fakt wydaje się dziwny, ale prawdziwa zagadka zaczyna się, gdy Philo Vance, jeden z najznakomitszych detektywów Nowego Jorku, zauważa coś znacznie bardziej niepokojącego: nazwisko ofiary (Gil), sposób zabójstwa (strzała z łuku) oraz nazwisko podejrzanego (Sperling – po niemiecku „wróbel”) dokładnie odtwarzają starą dziecięcą rymowankę: Kto zabił gila? – Ja, wróbel, strzałą z łuku…

 

Vance natychmiast rozumie, że ma do czynienia z morderstwem upozorowanym na realizację dziecięcej piosenki. To nie jest zwykłe „kto zabił”, lecz zagadka typu: kto tak reżyseruje rzeczywistość, aby przypominała dziecięcą piosenkę?

 

A na jednym morderstwie się nie kończy…

 

Powieści kryminalne S. S. Van Dine’a można podsumować jednym zdaniem: to Agatha Christie dla wymagających czytelników.

 

 

 

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 357

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 40 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Sebastian Ryś

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału The Bishop Murder Case

Copyright © 2026, MG Copyright © 2026, Radosław Sujkowski

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw.

ISBN 978-83-8241-395-3

Projekt okładki: Anna Slotorsz

Zasoby wykorzystane na okładce: adobe stock (©Elena Panevkina, ©ckybe, ©Katarzyna, ©Ghaghah24)

Korekta: Dorota Ring

Skład: Jacek Antoniuk

[email protected]@gmail.com

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.

Główne postacie dramatu:

Philo Vance – detektyw

John F. Markham – okręgowy prokurator Nowego Jorku

Ernest Heath – sierżant z wydziału zabójstw

Profesor Bertrand Dillard – znany fizyk

Bella Dillard – jego bratanica

Sigurd Arnesson – adoptowany syn profesora

Pynn – lokaj Dillarda

Beedle’owa – kucharka Dillarda

Adolf Drukker – kaleka, naukowiec

Pani Drukker – nazywana „lady Mae” – eks-śpiewaczka operowa

Greta Manzel – kucharka Drukkerów

John Pardee – matematyk i znany szachista, wynalazca nowego gambitu szachowego

Guilfoyle, Santos, Emery, Snitkin, Burke, Trace, Hennessey – detektywi z wydziału zabójstw

Doktor Emanuel Doremus – lekarz policyjny

Swacker – sekretarz prokuratora okręgowego

Quinan – reporter „World”

Robin Gil – sportowiec i mistrz łuczniczy

Rajmund Sperling – inżynier

John E. Sprigg – student uniwersytetu Columbia

Maggie Moffat – mała dziewczynka

Rozdział I 

Kto zabił Gila?

(Sobota, 2 kwietnia, południe)

Ze wszystkich spraw kryminalnych, w których Philo Vance uczestniczył nieoficjalnie jako detektyw, najbardziej złowroga, najdziwniejsza, pozornie najmniej zrozumiała, a z pewnością najokropniejsza była ta, która nastąpiła po słynnym procesie Greene’ów. Orgia zgrozy, jaka rozpętała się w starej siedzibie Greene’ów, zakończyła się rewelacyjnie w grudniu i po świętach Bożego Narodzenia Vance wyjechał do Szwajcarii poszaleć na nartach. Powróciwszy z końcem lutego do Nowego Jorku, pogrążył się całą duszą w dawno zamierzonej pracy literackiej. Wziął się mianowicie do przekładu głównych fragmentów Menandra, znalezionych w piaskach Egiptu w pierwszych latach bieżącego stulecia. I z górą miesiąc trudził się sumiennie nad tym niewdzięcznym zadaniem.

Czy ukończyłby tłumaczenie, nawet gdyby mu nie przerwano tej pracy, nie wiem, gdyż w jego pełnej zapału i entuzjazmu naturze badacza chłonność intelektualna kolidowała z niechęcią do podejmowania pracowitych dociekań, niezbędnych przy pracy naukowej. Pamiętam, że przed rokiem zaczął pisać życiorys Ksenofonta. Żywił dla tego starożytnego greckiego autora entuzjazm od czasów uniwersyteckich, kiedy to studiował Anabasis i Memorabilia, ale dociągnąwszy do historycznego powrotnego marszu Dziesięciu Tysięcy nad morze, stracił zapał do tej roboty.

W każdym razie faktem jest, że pracę nad Menandrem przerwano mu raptownie w początkach kwietnia. Od tej chwili pogrążył się na wiele tygodni w zagadce kryminalnej, która wstrząsnęła krajem.

W śledztwie tym Vance występował jako amicus curiae1 Jana F. Markhama, nowojorskiego prokuratora okręgowego. Sprawa stała się z miejsca bardzo sławna. W związku z tym kryminalnym rozgłosem tomik Piosenek Matki Gęsi znalazł się w rękach wielu osób.

Seria niesamowitych i pozornie niezależnych od siebie wydarzeń, które złożyły się na ten morderczy proces i kazały Vance’owi zapomnieć na amen o Menandrze i monostychach greckich, zaczęła się rano 2 kwietnia.

Był cudowny wiosenny dzień, jeden z tych, jakie czasami nawiedzają Nowy Jork w początkach kwietnia. Vance siedział przy śniadaniu w ogródku na dachu swego mieszkania na Wschodniej Trzydziestej Ósmej ulicy. Dochodziło południe, Vance zwykł był pracować lub czytać do późnej nocy i wysypiać się w dzień. Żar słońca, bijący z czystego nieba, owiewał miasto mgłą letargicznej melancholii. Siedział niedbale w wygodnym fotelu nad śniadaniem, zastawionym na niskim stoliku, zapatrzony ni to smętnie, ni to ironicznie w szczyty drzew w głębi podwórza.

Wiedziałem, o czym myślał. Miał zwyczaj jeździć co wiosnę do Francji i od dawna już w jego wyobraźni, tak jak w wyobraźni George’a Moore’a, Paryż i maj zlewały się w jedno czarowne zjawisko. Ale wielki napływ powojennych, amerykańskich nouveaux riches2 do stolicy Gallów zniechęcił go do tej przyjemności i właśnie poprzedniego dnia powiedział mi, że zostajemy na lato w Nowym Jorku.

Od wielu lat byłem przyjacielem i doradcą prawnym Vance’a, czymś w rodzaju administratora i agenta-wspólnika. Wystąpiłem z biura porad prawnych mojego ojca. („Van Dine, Davis and Van Dine”), aby się poświęcić wyłącznie jego interesom. Wolałem to niż pracę w dusznym lokalu. Mieszkałem po kawalersku w hotelu na West Side, ale większą część czasu spędzałem u Vance’a.

Tego dnia stawiłem się bardzo wcześnie. Zanim wstał, sprawdziłem rachunki z poprzedniego miesiąca i teraz, paląc leniwie fajkę, towarzyszyłem mu przy śniadaniu.

– Wiesz, Van – rzekł, cedząc słowa swoim obojętnym tonem – perspektywa spędzenia wiosny i lata w Nowym Jorku nie jest ani podniecająca, ani romantyczna. Będą piekielne nudy. Ale w każdym razie będzie to mniej dokuczliwe niż podróżowanie po Europie w tłumie turystów potrącających człowieka na każdym kroku... Niech to licho weźmie!

Nie domyślał się, jaką niespodziankę zgotuje mu los w najbliższych tygodniach. Ale gdyby się domyślał, to wątpię, czy nawet perspektywa prawdziwej przedwojennej wiosny w Paryżu zdołałaby go pociągnąć za ocean. Dla jego zachłannego umysłu nie istniało bowiem nic bardziej pożądanego niż skomplikowany problem. I właśnie w chwili, gdy rozmawialiśmy przy śniadaniu, bogowie czuwający nad jego przeznaczeniem przygotowywali dlań dziwną, fascynującą zagadkę, która poruszyła głęboko ogół i dodała do dziejów zbrodni nowy straszliwy rozdział.

Zaledwie Vance nalał sobie drugą filiżankę kawy, na tarasie ukazał się Jackson, jego stary angielski kamerdyner i totumfacki, z przenośnym telefonem w ręku.

– Pan Markham przy telefonie, proszę pana – rzekł tonem usprawiedliwienia. – Pozwoliłem sobie powiedzieć, że pan jest w domu, bo zdaje się, że to coś ważnego.

Włączył sznur i postawił aparat na stoliku ze śniadaniem.

– Dobrze, Jackson – mruknął Vance, ujmując słuchawkę. – W tej przeklętej monotonii... – Urwał i zwrócił się do niewidzialnego Markhama: – Halo, przyjacielu, czy ty nigdy nie sypiasz? Właśnie zajadam omelette aux fines herbes3. Może przyjdziesz do mnie na śniadanie? A może stęskniłeś się po prostu za dźwiękiem mego głosu?

Nagle umilkł i jego chuda twarz stężała w maskę powagi. Vance był typem nordyckim, o długiej twarzy, ostrych rysach, szarych, szeroko rozstawionych oczach, wąskim orlim nosie i prostym, nieco zaokrąglonym podbródku. Usta miał energiczne, mocno zarysowane, ale krył się w nich rys cynizmu i okrucieństwa, raczej śródziemnomorskiego niż nordyckiego. Twarz jego, mimo że zdecydowana i pociągająca, nie była właściwie piękna. Była to surowa twarz myśliciela i odludka, jednocześnie badawcza i zamknięta w sobie. Nic dziwnego, że ludzie od niego stronili.

Pomimo że był z natury nieprzenikniony i że umiał panować nad odruchami, zauważyłem, że telefon Markhama zrobił na nim wrażenie. Zmarszczył lekko brwi, a w jego oczach odbiło się zdumienie. Wydał kilka swoich ulubionych okrzyków: „Zdumiewające!”, „Słowo daję!”, „Niebywałe!”, i kiedy po upływie kilku minut odpowiedział Markhamowi, w jego zachowaniu zaznaczyło się szczególne podniecenie:

– Ależ naturalnie! – zawołał. – Nie wyrzekłbym się tego za wszystkie zaginione komedie Menandra... To brzmi jak szalona bajka... Zaraz się ubiorę... Au revoir!4

Odłożył słuchawkę i zadzwonił na Jacksona.

– Popielaty garnitur – nakazał. – Ciemny krawat i czarny pilśniowy kapelusz.

Znów zajął się omletem, ale teraz jadł już z roztargnieniem. Po chwili spojrzał na mnie z żartobliwym błyskiem w oku.

– Co też ty możesz wiedzieć o łucznictwie, Van? – zapytał.

Wiedziałem tylko tyle, że strzela się z łuku do tarczy i na tym koniec. Powiedziałem mu to.

– Niewiele można się od ciebie nauczyć – odparł, zapalając niedbale papierosa. – Ale zdaje się, że będziemy się musieli tym zająć. Ja również nie jestem autorytetem w tej materii, chociaż w swoim czasie zabawiałem się łukiem w Oksfordzie. Nie bardzo to pasjonująca rozgrywka – dużo nudniejsza niż golf, a też mocno skomplikowana. – Zaciągnął się w zamyśleniu. – Słuchaj, Van, może byłbyś łaskaw przynieść mi z biblioteki książkę doktora Elmera o łucznictwie! Dobrze?

Przyniosłem żądaną książkę. Spędził nad nią prawie pół godziny. Przejrzał rozdziały o związkach łuczniczych, o zawodach i meczach i przestudiował długą listę najlepszych amerykańskich wyników. W końcu znalazł widocznie to, czego szukał, bo rozsiadł się w fotelu i jego twarz przybrała wyraz skupionego namysłu.

– Czyste szaleństwo, Van – zauważył, patrząc w przestrzeń. – Średniowieczna tragedia we współczesnym Nowym Jorku! Nie nosimy już koturnów i skórzanych kaftanów, a jednak... Na Jowisza! – Wyprostował się nagle na siedzeniu. – Nie, nie! To absurd! Straszna opowieść Markhama podziałała mi na nerwy...

Napił się znów kawy, lecz wyraz jego oczu świadczył, że opętała go jakaś myśl, z której nie mógł się otrząsnąć.

– Jeszcze o jedno cię poproszę, Van – rzekł po chwili milczenia. – Przynieś mi słownik niemiecki i Burtona E. Stevensona Home Book of Verse.

Przyniosłem obie książki. Poszukał jakiegoś słowa i odsunął słownik.

– To to, na nieszczęście, chociaż i tak wiedziałem.

Następnie otworzył olbrzymią antologię Stevensona i poszukał działu obejmującego dziecinne piosenki i wierszyki. Po kilku minutach lektury zamknął i tę książkę i rozciągnąwszy się w całej długości na fotelu, wydmuchnął w górę spiralną wstążkę dymu.

– To nie może być prawda – rzekł jakby do siebie. – Zbyt niesamowite, zbyt szatańskie, zbyt niedorzeczne... Fantastyczna baśń w krwawej interpretacji – świat w anamorfozie – perwersja zdrowego rozsądku. Niewyobrażalne, bezsensowne, coś jak czarna magia i czary. Czyste szaleństwo! Czyste szaleństwo!

Spojrzał na zegarek i poszedł się ubrać, a ja pogrążyłem się w domysłach. Jaka mogła być przyczyna jego niezwykłego wzburzenia? Traktat o łucznictwie, słownik niemiecki, zbiór wierszy dla dzieci i niezrozumiałe uwagi Vance’a na temat obłędu i fantazji – co to wszystko mogło znaczyć? Spróbowałem znaleźć dla tych rzeczy jakiś wspólny mianownik – bez skutku. I nic dziwnego, bo nawet prawda, gdy wiele tygodni później wyszła na jaw, pomimo niezbitych dowodów okazała się dla normalnych umysłów zbyt niewiarygodna, zbyt zbrodnicza, po prostu nie do przyjęcia.

Vance przerwał po chwili moje jałowe rozmyślania. Był ubrany do wyjścia, zniecierpliwiony, że Markham się spóźnia.

– Wiesz, pragnąłem czegoś interesującego, na przykład jakiegoś fascynującego morderstwa – rzekł – ale słowo daję, nie marzyło mi się nic aż tak koszmarnego. Gdybym nie znał Markhama, powiedziałbym, że buja.

Kiedy kilka minut później zjawił się na tarasie Markham, jego posępna powaga zrobiła na nas wrażenie. Był głęboko poruszony. On, co zawsze witał się tak serdecznie, zaledwie skinął nam głową. Markham i Vance byli bliskimi przyjaciółmi od lat piętnastu, chociaż stanowili typy biegunowo odmienne – o ile jeden był surowy, agresywny, porywczy, obcesowy i aż za poważny, o tyle drugi kapryśny, cyniczny, dobroduszny i niewierzący w złudne realia życia – to jednak znajdowali w sobie nawzajem ten urok przeciwieństwa, który stanowi często podstawę głębokiej, nierozerwalnej przyjaźni.

Markham, który prawie od półtora roku piastował godność okręgowego prokuratora w Nowym Jorku, często wzywał do siebie Vance’a, zdając się na jego sąd w sprawach doniosłej wagi. I nigdy się na nim nie zawiódł. Istotnie, w ogromnej większości wypadków zasługa rozwiązania tajemnic kryminalnych, z jakimi Markham miał do czynienia pod koniec swej czteroletniej kadencji, przypadała li tylko Vance’owi. Znajomość natury ludzkiej, wszechstronne oczytanie, ogromna kultura, wybitny zmysł logiczny i zdolność odnajdywania prawdy pod osłoną pozorów czyniły go pierwszorzędnym detektywem. Pracy tej poświęcał się nieoficjalnie za urzędową aprobatą Markhama.

Pierwszy występ Vance’a miał miejsce w związku ze sprawą morderstwa Alvina Bensona. Gdyby nie on, wątpię, czy zagadka tego mordu w ogóle by się wyjaśniła. Później przyszła kolej na słynną sprawę Margaret Odell, w której zwykłe metody śledcze skończyłyby się nieuniknionym fiaskiem. Wreszcie w ubiegłym roku mieliśmy zdumiewający, zbiorowy mord w rodzinie Greene’ów, który pozostałby niewykryty, gdyby nie Vance.

Nic też dziwnego, że znalazłszy się u progu nowej tajemnicy, Markham zwrócił się bez namysłu do Vance’a. Zauważyłem, że jego zaufanie do przyjaciela z biegiem czasu spotęgowało się. A i w obecnej sprawie bez jego pomocy nie dałby sobie z pewnością rady. Ponurą zagadkę obłąkańczej intrygi mógł rozwiązać tylko człowiek znający tak głęboko jak Vance psychologię anormalnych objawów umysłu ludzkiego.

– To wszystko może się okazać kompletnym głupstwem – zauważył bez przekonania Markham. – Ale pomyślałem sobie, że może cię zainteresuje...

– No chyba! – Vance posłał przyjacielowi sardoniczny uśmiech. – Usiądź na chwilę i opowiedz mi całą rzecz po kolei. Trup nie ucieknie. Przede wszystkim, zanim przystąpimy do oględzin zwłok, trzeba zestawić fakty w jakimś logicznym porządku. Powiedz mi, na przykład, jakie osoby wchodzą w grę? I dlaczego taki pośpiech z tą sprawą już godzinę po zabójstwie? To, co mi dotąd powiedziałeś, wygląda wprost absurdalnie.

Markham przysiadł na brzeżku krzesła. Posępnie zamyślony, wpatrywał się w koniec swego cygara.

– Do licha! Vance! Nie rób z tego rebusu w rodzaju „Tajemnice Udolpha”! Zbrodnia – jeżeli to jest zbrodnia – przedstawia się całkiem jasno. Przyznam, że morderca wybrał niezwykły sposób wyprawienia na tamten świat swojej ofiary, ale nie ma w tym nic bezsensownego. W ostatnich czasach łucznictwo weszło ogromnie w modę. Uprawiają je prawie we wszystkich miastach i amerykańskich college’ach.

– Zgoda, tylko że zabijanie z łuku gilów dawno wyszło ze zwyczaju.

Oczy Markhama zwęziły się w dwie szparki. Spojrzał badawczo na Vance’a.

– Więc i tobie to przyszło do głowy?

– Czy mi przyszło do głowy? Wskoczyło, nie przyszło, i to momentalnie, jak tylko wymieniłeś nazwisko ofiary. – Zaciągnął się dymem. – „Kto zabił gila?” I to jeszcze strzałą z łuku... Dziwna rzecz, jak się pamięta wierszyki wyuczone w dzieciństwie! Czy nie daje ci to do myślenia?

– Nie! – Markham o mało nie splunął. – Nazwisko zmarłego jest dość pospolite i należy się tylko dziwić, że więcej ludzi nie padło ofiarą dzisiejszej manii łucznictwa. Ponadto jest bardzo prawdopodobne, że śmierć Gila była przypadkowa.

– Wielkie nieba! – Vance pokiwał krytycznie głową. – Taki fakt, choćby nawet był prawdziwy, nie tylko nie rozjaśniłby sytuacji, ale uczynił ją tym dziwniejszą. Pomyśleć, żeby spośród tysięcy entuzjastów łucznictwa miał być zabity strzałą, przypadkowo, właśnie ten, który nazywał się Robin Gil. Takie przypuszczenie graniczyłoby ze spirytyzmem czy demonologią. Czy ty czasami nie wierzysz w Eblisa i Azazela i inne demony, które szwendają się po świecie, płatając ludzkości szatańskie figle?

– Czy trzeba być koniecznie mahometańskim mitologiem, żeby uznawać zbiegi okoliczności? – odparł cierpko Markham.

– Mój drogi, ta ilość zbiegów okoliczności nie sięga w nieskończoność. Ostatecznie istnieją prawa prawdopodobieństwa, oparte na zupełnie określonych formułach matematycznych. Smutno by mi było pomyśleć, że tacy ludzie jak Laplace, Czuber i von Kries żyli na próżno. Obecna sytuacja jest jednak bardziej powikłana, niż przypuszczasz. Wspomniałeś na przykład przez telefon, że ostatnim człowiekiem, którego widziano z Robinem Gilem przed morderstwem, jest niejaki Sperling.

– I jakie ezoteryczne znaczenie może mieć ten prosty fakt?

– Może wiesz, co znaczy po niemiecku Sperling? – podsunął słodko Vance.

– Ukończyłem przecież wyższe studia – odparł gniewnie Markham.

Nagle oczy jego otworzyły się szerzej, a cały jakby zesztywniał. Vance podsunął mu słownik niemiecki.

– Na wszelki wypadek sprawdź. Bądźmy sumienni. Sam to zrobiłem. Bałem się, że wyobraźnia płata mi figla, i chciałem ten wyraz zobaczyć czarno na białym.

Markham otworzył w milczeniu słownik i przebiegł oczami stronicę. Przez kilka chwil patrzył osłupiałym wzrokiem na ten wyraz, po czym otrząsnął się, jakby broniąc się przed obsesją. Gdy się odezwał, jego głos brzmiał z lekka wyzywająco:

– Sperling znaczy „wróbel”. Wie o tym każdy uczniak. I co z tego?

– Ano, tak! – Vance zapalił od niechcenia drugiego papierosa. – I każdy uczniak zna starą dziecinną piosenkę pod tytułem Śmierć i pogrzeb gila, prawda? – Spojrzał przenikliwie na Markhama, który stał nieruchomo, patrząc na wiosenne promienie słońca. – Ponieważ udajesz, że nie znasz tej klasycznej dziecinady, pozwól, że ci zacytuję pierwszą strofkę.

Vance wygłosił początek znanego wierszyka, a mnie przeszedł zimny dreszcz, jakby od czyjejś upiornej obecności.

Kto to, kto to zabił gila?

„Kto? – rzekł wróbel. – Ja! Bez huku,

Z cichym świstem, strzałą z łuku

Ja zabiłem! Ja zabiłem!”

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Przypisy

1Amicus curiae – (łac. „przyjaciel sądu”) to osoba lub organizacja niebędąca stroną postępowania, która dobrowolnie przedstawia sądowi niezależną opinię prawną lub faktyczną. Celem jest wsparcie sądu w skomplikowanych sprawach, szczególnie w sprawach publicznych, poprzez dostarczenie specjalistycznej wiedzy (ekspertyzy) oraz nowej perspektywy. ↩

2nouveaux riches – (fr.) nowobogackich ↩

3omelette aux fines herbes – (fr.) klasyczne francuskie danie z lekko ubitych jajek z mieszanką świeżych ziół – tradycyjnie pietruszki, szczypiorku, estragonu i trybuli ↩

4Au revoir! – (fr.) do zobaczenia ↩