Pinokio - Carlo Collodi - ebook

Pinokio ebook

Carlo Collodi

4,3

Opis

Słynna opowieść o drewnianym pajacu, która od lat fascynuje czytelników – wielokrotnie ekranizowana i przetłumaczona na ponad 300 języków. 

Drewniany pajacyk Pinokio musi przebyć długą drogę, aby stać się prawdziwym chłopcem. W trakcie tej wędrówki uczy się odróżniać dobro od zła, prawdę od fałszu, próbuje zrozumieć sens pracy i wartości najważniejszej - miłości. W swoich niezliczonych przygodach poznaje smak życia w bólu i łzach, cierpieniu i śmierci, ale też w radości i pogodzie ducha. Zdobywa przy tym doświadczenie  i wiedzę życia, które pozwalają mu przeistoczyć się w dobrego i odpowiedzialnego chłopca.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 179

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (75 ocen)
46
15
9
3
2
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Aaddaas

Całkiem niezła

Pierwszy raz czytaliśmy z dziećmi oryginał ale ta książka bywa bardzo straszna. Momentami jest prawie makabryczna, jest długa i archaiczna. Z oczywistych względów odbiera od dzisiejszego języka przez co jest trudna do przyswojenia momentami.
00
Hybriska

Nie oderwiesz się od lektury

fajne
00
KamilaLabuda

Dobrze spędzony czas

Dobra historia dla dzieci.
00
Janisza

Nie oderwiesz się od lektury

Wspaniała lektura
00
Motylek17222

Oceń książkę

Fajna książka
00



ROZDZIAŁ IJak stolarz, majster Wisienka, znalazł kawałek drewna, który płakał i śmiał się jak dziecko

Był sobie raz...

– Król! – krzykną od razu moi mali czytelnicy.

– Nie, dzieci, mylicie się. Był sobie raz kawałek drewna.

Nie było to drewno szlachetne, lecz całkiem zwyczajne, jakie zimą wrzuca się do pieca albo kominka, żeby rozpalić ogień i ogrzać pokoje.

Nie wiem, jak to się stało, ale pewnego dnia ów klocek znalazł się w warsztacie starego stolarza, który naprawdę miał na imię Antonio. Wszyscy jednak nazywali go majstrem Wisienką, ponieważ czubek jego nosa był zawsze lśniący i purpurowy jak dojrzała wiśnia.

Kiedy majster Wisienka zobaczył to drewno, bardzo się ucieszył i, zacierając ręce z zadowolenia, mruknął półgłosem:

– Właśnie taki kawałek był mi potrzebny: zrobię z niego nogę do stołu.

Natychmiast chwycił ostrą siekierę, żeby oczyścić drewno z kory i z grubsza je ociosać, ale gdy tylko się zamachnął, ręka zawisła mu w powietrzu, bo usłyszał błagalny głosik, który powiedział cichutko:

– Nie bij mnie tak mocno!

Możecie sobie chyba wyobrazić, jaką minę zrobił poczciwy stary majster Wisienka!

Przestraszony rozejrzał się po całym warsztacie, żeby zobaczyć, skąd wziął się ten głosik, ale wokół było pusto! Zajrzał pod stół – pusto; zajrzał do szafy, która zawsze była zamknięta – pusto; zajrzał do kosza na wióry i trociny – też pusto; otworzył drzwi warsztatu, żeby wyjrzeć na ulicę – pusto. A więc?...

– Rozumiem – powiedział, śmiejąc się i drapiąc w perukę – ten głosik mi się zwyczajnie przywidział. Trzeba wracać do pracy.

Jeszcze raz chwycił siekierę i z całej siły wbił ją w drewno.

– Aj! Ale mnie uderzyłeś! – krzyknął nabrzmiały bólem głosik.

Teraz majstra Wisienkę po prostu zamurowało. Stanął bez ruchu z wybałuszonymi ze strachu oczami, szeroko otwartymi ustami i językiem wywieszonym aż na brodę, niczym jakaś maszkara.

Gdy trochę ochłonął, zaczął mówić, trzęsąc się i jąkając z przerażenia:

– Skąd się wziął ten głosik, który powiedział: „aj”? Przecież tu nikogo nie ma. Czyżby ten kawałek drewna nauczył się skarżyć i płakać jak dziecko? Nie mogę w to uwierzyć. To tylko kawałek drewna, zwykła szczapa do palenia w kominku, taka jak wszystkie inne; jeśli wrzuci się ją do ognia, można nawet ugotować garnek fasoli... A więc? Czyżby się w nim ktoś schował? Jeśli tak, to zaraz tego pożałuje. Już ja mu pokażę!

Po tych słowach złapał nieszczęsne polano obiema rękami i zaczął tłuc nim bezlitośnie o ściany warsztatu.

Po chwili nastawił uszu, żeby sprawdzić, czy ktoś się odezwie. Poczekał dwie minuty – i nic; potem pięć minut – i nic; dziesięć minut – i nic!

– Rozumiem – powiedział, zmuszając się do śmiechu i drapiąc w perukę – widać ubzdurał mi się ten głosik, który powiedział: „aj”. Trzeba wracać do pracy.

A że zdjął go wielki strach, zaczął sobie podśpiewywać dla nabrania odwagi.

Potem odłożył siekierę na miejsce i sięgnął po hebel, żeby wygładzić i oczyścić drewno; kiedy jednak zaczął je heblować, znajomy głosik odezwał się z chichotem:

– Przestań! Łaskoczesz mnie po całym ciele!

Tym razem biedny majster Wisienka padł jak rażony piorunem. Kiedy otworzył oczy, zobaczył, że siedzi na ziemi.

Twarz zmieniła mu się nie do poznania i nawet koniuszek nosa, zazwyczaj purpurowy, ze strachu zrobił się zupełnie siny.

ROZDZIAŁ IIMajster Wisienka daje polano w prezencie swojemu przyjacielowi Dżeppettowi. Dżeppetto chce z niego zrobić niezwykłego pajaca, który będzie tańczył, fechtował i robił salto mortale

W tym momencie ktoś zapukał do drzwi.

– Proszę wejść – powiedział stolarz, nie mając siły się podnieść.

Do warsztatu wszedł zażywny staruszek o imieniu Dżeppetto; ale chłopcy z sąsiedztwa, kiedy chcieli go porządnie rozzłościć, wołali na niego Mamałyga, bo jego żółta peruka kolorem bardzo przypominała mączkę kukurydzianą.

Dżeppetto był bardzo kłótliwy. Biada temu, kto nazwał go Mamałygą! Wpadał wtedy w okropną wściekłość i nie było sposobu, żeby go udobruchać.

– Dzień dobry, majstrze Antonio – powiedział Dżeppetto. – Co tam robicie na ziemi?

– Uczę mrówki arytmetyki.

– Życzę powodzenia.

– Co was tu do mnie przyniosło, kumie Dżeppetto?

– Moje nogi. Majstrze Antonio, przychodzę prosić was o pomoc.

– Jestem do usług – odpowiedział stolarz, wstając.

– Dziś rano przyszedł mi do głowy pewien pomysł.

– Jaki pomysł?

– Wymyśliłem sobie, że zmajstruję drewnianego pajaca, ale całkiem niezwykłego, takiego, który będzie umiał tańczyć, fechtować i robić salto mortale. Z tym pajacem chcę ruszyć w świat, żeby zarobić na kawałek chleba i szklankę wina. Jak wam się to widzi?

– Dobrze gadasz, Mamałygo! – odezwał się ten sam głosik, nie wiadomo skąd pochodzący.

Kiedy kum Dżeppetto usłyszał, że ktoś nazwał go Mamałygą, cały poczerwieniał ze złości i, odwróciwszy się w stronę stolarza, zapytał rozwścieczony:

– Dlaczego mnie obrażacie?

– Kto was obraża?

– Nazwaliście mnie Mamałygą!...

– To nie ja.

– Jasne, pewnie to ja sam! Moim zdaniem to wy.

– Nie!

– Tak!

– Nie!

– Tak.

Kłócąc się coraz bardziej zawzięcie, przeszli od słów do czynów: rzucili się na siebie i zaczęli się drapać, gryźć oraz szarpać.

Gdy walka dobiegła końca, majstrowi Antoniowi została w rękach żółta peruka Dżeppetta, a Dżeppetto miał w zębach siwą perukę stolarza.

– Oddajcie mi moją perukę! – wrzasnął majster Antonio.

– A wy mi oddajcie moją i pogódźmy się.

Dwaj staruszkowie wzięli swoje peruki, podali sobie ręce i przysięgli, że będą prawdziwymi przyjaciółmi do końca życia.

– A więc, kumie Dżeppetto – powiedział stolarz na potwierdzenie świeżo zawartej zgody – o jaką przysługę wam chodzi?

– Potrzebuję kawałka drewna, żeby zrobić mojego pajaca. Dacie mi go?

Majster Antonio ucieszył się i od razu wziął ze stołu owo polano, które napędziło mu tyle strachu. Ale kiedy już miał je podać przyjacielowi, polano podskoczyło i, wyrwawszy mu się z rąk, z całej siły grzmotnęło biednego Dżeppetta po chudych goleniach.

– Aj! Majstrze Antonio, widzę, że bardzo uprzejmie dajecie mi w prezencie swoje drewno. Prawieście mnie okulawili!...

– Przysięgam, że to nie ja!

– No to pewnie ja!

– To wszystko przez to polano...

– Wiem, że to przez polano, ale to wyście mnie nim obili po nogach!

– Ja go nie rzuciłem!

– Kłamca!

– Dżeppetto, nie obrażajcie mnie, bo was nazwę Mamałygą!...

– Osioł!

– Mamałyga!

– Baran!

– Mamałyga!

– Koczkodan!

– Mamałyga!

Kiedy Dżeppetto usłyszał po raz trzeci słowo „Mamałyga”, aż zawrzał ze złości. Rzucił się na stolarza i zaczęli się tłuc jak opętani.

Po skończonej walce majster Antonio miał o dwa zadrapania więcej na nosie, a jego przeciwnik o dwa guziki mniej przy kurtce. Po tym wyrównaniu rachunków podali sobie ręce i przysięgli, że będą prawdziwymi przyjaciółmi do końca życia.

Dżeppetto wziął swoje polano i podziękowawszy majstrowi Antoniowi, pokuśtykał do domu.

ROZDZIAŁ IIIDżeppetto wraca do domu i zabiera się do pracy nad pajacem, któremu daje na imię Pinokio. Pierwsze figle pajaca

Mieszkaniem Dżeppetta była mała izdebka w suterenie pod schodami. Jej umeblowanie było najprostsze z możliwych: jedno kulawe krzesło, powykrzywiane łóżko i poobijany stół. Na ścianie naprzeciwko drzwi widać było płonący kominek, choć ogień był tylko namalowany. Namalowano również garnek, którego zawartość gotowała się na tym ogniu, a wydobywające się z niego kłęby pary do złudzenia przypominały prawdziwe.

Dżeppetto wszedł do domu, wyciągnął narzędzia i od razu wziął się do pracy nad pajacem.

– Jakie by mu dać imię? – zastanawiał się. – Może Pinokio? Tak, chcę, żeby nazywał się Pinokio. To imię przyniesie mu szczęście. Znałem całą rodzinę Pinokiów: ojca Pinokia, matkę Pinokię i małe dzieci Pinokie. Wszystkim świetnie się powodziło, a najbogatszy z nich był żebrakiem.

Po wybraniu imienia dla pajaca Dżeppetto zaczął go strugać z jeszcze większym zapałem. Na początku zrobił mu włosy, czoło, a potem oczy.

Wyobraźcie sobie jego zdumienie, gdy spostrzegł, że te dopiero co wyrzeźbione oczy ruszają się i wpatrują w niego jak w obrazek.

Spojrzenie tych drewnianych oczu tak rozgniewało Dżeppetta, że zapytał:

– Drewniane oczyska, czemu się na mnie gapicie?

Nikt mu nie odpowiedział.

Po oczach wyrzeźbił nos, który, gdy tylko go skończył, zaczął rosnąć, rosnąć i rosnąć, tak że po kilku minutach stał się niesamowicie długi.

Biedny Dżeppetto na próżno próbował go przyciąć; im bardziej go przycinał i skracał, tym bardziej ten bezczelny nos się wydłużał!

Po nosie przyszła kolej na usta.

Zanim jeszcze zdążył je skończyć, zaczęły się śmiać i drwić sobie z niego.

– Przestań się śmiać! – powiedział urażony Dżeppetto, ale to nic nie pomogło.

– Przestań się śmiać, mówię! – wrzasnął ze złością.

Wtedy usta przestały się śmiać, ale za to wytknęły mu długi język.

Żeby nie tracić czasu, Dżeppetto udał, że niczego nie zauważył, i pracował dalej. Wyrzeźbił pajacowi brodę, potem szyję, plecy, brzuch, ramiona i dłonie.

Gdy tylko skończył dłonie, poczuł, że ktoś ściąga mu z głowy perukę. Popatrzył w górę i co zobaczył? Swoją żółtą perukę w rękach pajaca.

– Pinokio!... Oddaj mi natychmiast moją perukę!

Zamiast to zrobić, Pinokio włożył ją sobie na głowę i prawie całkiem pod nią zniknął.

Ten bezczelny i szyderczy wybryk tak głęboko zasmucił Dżeppetta, że popatrzył na Pinokia z wyrzutem i powiedział:

– Ty urwisie! Jeszcze cię nie skończyłem, a już nie masz do mnie szacunku! Źle z nami, synku, oj, źle!

I otarł płynące z oczu łzy.

Zostały mu jeszcze do zrobienia nogi oraz stopy.

Gdy tylko wyciosał stopy, dostał od pajaca kopniaka w czubek nosa.

– Sam sobie na to zasłużyłem! – powiedział do siebie. – Trzeba było wcześniej o tym pomyśleć. Teraz już za późno!

Potem wziął pajaca pod pachy i postawił na ziemi, na podłodze izdebki, żeby nauczyć go chodzić.

Pinokio miał całkiem zdrętwiałe nogi i nie umiał się na nich poruszać. Dżeppetto trzymał go za rękę i pokazywał mu, jak stawiać kroki.

Kiedy Pinokio rozprostował nogi, zaczął najpierw samodzielnie chodzić, potem biegać po izdebce, a w końcu dopadł drzwi, wyskoczył na ulicę i rzucił się do ucieczki.

Biedny Dżeppetto wybiegł za nim, ale nie mógł go dogonić, bo ten mały urwis pędził jak zając, a stukając drewnianymi stopami o bruk, robił taki hałas jak dwadzieścia par sabotów.

– Łapcie go, łapcie! – krzyczał Dżeppetto, ale ludzie idący ulicą na widok drewnianego pajaca, który pędził jak koń wyścigowy, stawali jak wryci i śmiali się tak bardzo, że trudno to sobie wyobrazić.

Na szczęście w końcu pojawił się karabinier, który, słysząc ten straszny rozgardiasz i myśląc, że jakiś źrebak uciekł właścicielowi, śmiało stanął w rozkroku na środku ulicy, żeby go zatrzymać i zapobiec w ten sposób gorszym nieszczęściom.

Gdy Pinokio z daleka dojrzał karabiniera, który zablokował całą ulicę, postanowił prześlizgnąć się między jego nogami, ale to mu się nie udało.

Nie ruszając się z miejsca, karabinier zręcznie chwycił go za nos (był to nos tak długi, że wydawał się zrobiony specjalnie po to, by mogli chwytać go karabinierzy) i oddał w ręce Dżeppetta, który chciał dać pajacowi nauczkę i od razu wytargać go za uszy. Wyobraźcie sobie, jak poczuł się Dżeppetto, gdy, wyciągnąwszy rękę w stronę uszu Pinokia, niczego tam nie znalazł. Czy wiecie dlaczego? Strugał go z takim pośpiechem, że zapomniał je zrobić.

Chwycił go więc za kark i poprowadził przed sobą, groźnie potrząsając głową i mówiąc:

– Natychmiast wracamy do domu. Nic się nie martw, policzymy się, jak tylko będziemy na miejscu.

Na te słowa Pinokio rzucił się na ziemię i nie chciał iść dalej. Zaciekawieni przechodnie zaczęli przystawać, tworząc wokół nich zbiegowisko.

Każdy z nich miał coś do powiedzenia.

– Biedny pajacyk – mówili jedni – nic dziwnego, że nie chce wracać do domu. Ten okropny Dżeppetto zbije go na kwaśne jabłko!

Inni dodawali złośliwie:

– Ten Dżeppetto wygląda na porządnego człowieka, ale dla dzieci to straszny tyran. Jeśli zostawią tego pajacyka w jego rękach, gotów go roztrzaskać.

Jednym słowem, tyle nagadali i namącili, że karabinier wypuścił Pinokia, a zabrał do więzienia biednego Dżeppetta. Nieszczęśnik był tak zaskoczony, że nie znalazł słów na swoją obronę, więc tylko się rozpłakał i, idąc w stronę więzienia, wyjąkał przez łzy:

– Niewdzięczny synu! A tak się starałem, żeby zrobić pajacyka jak należy! Dobrze mi tak, trzeba było pomyśleć o tym wcześniej.

To, co wydarzyło się później, jest doprawdy niewiarygodne, ale wszystko wam opowiem w następnych rozdziałach.

POLECAMY RÓWNIEŻ

Małpiszonek Pipi

Carlo Collodi

Gdy przygody słynnego Pinokia dobiegły końca, Collodi stworzył zupełnie nowego bohatera – psotną różową małpkę Pipi. I choć jej historia nie jest tak znana, równie mocno bawi i urzeka.

„Pipi” to w małpim języku różowy. Takiego właśnie koloru jest tytułowy małpiszonek Pipi. Nie jest on ani trochę podobny do swoich braci – ma różowe futerko, psotny charakter i buntowniczą naturę, która wpędza go w najróżniejsze tarapaty. Już na samym początku, chcąc zrobić psikusa krokodylowi, traci swój ogonek. Po tej przygodzie decyduje się opuścić rodzinę i wyrusza samodzielnie w świat. W jakie kłopoty wpakuje się tym razem? Czy wróci do swoje małpiej rodziny?

Książka dostępna także w formie audiobooka!