Perfumy Czarnej Damy - Gaston Leroux - ebook
Opis

Powieść sensacyjna z cyklu przygód uroczego i błyskotliwego reportera-detektywa Józefa Rouletabilla. Jaką zagadkę musi rozwiązać on tym razem? Kim jest tajemnicza Czarna Dama? Zapraszamy do lektury...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 369

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Gaston Leroux
Perfumy Czarnej Damy
Warszawa 2016
Rozdział I
Który zaczyna się tym, czym powieści się kończą

Ślub pana Roberta Darzaca i panny Matyldy Stangerson, odbył się w Paryżu w kościele Saint-Nicolas du Chardonnet szóstego kwietnia 1895 w zupełnie ścisłym kółku znajomych. Zatem trochę ponad dwa lata minęło od owych wypadków, które opisałem w poprzednim dziele, a które były tak sensacyjne, że wcale nie będzie zuchwałym twierdzenie, iż tak krótki przeciąg czasu nie mógł pogrążyć w zapomnieniu Tajemnicy żółtego pokoju. Tkwiła ona jeszcze tak żywo w umysłach, że z pewnością tłum pragnący oglądać bohaterów dramatu intrygującego ongi do namiętności wszystkich, byłby zalał mały kościół, gdyby obrzęd ślubny nie był zachowany w ścisłej tajemnicy. Było to zresztą rzeczą dosyć łatwą w tej zapadłej parafii dzielnicy szkolnej. Zaproszono tylko niewielu przyjaciół pana Darzaca i profesora Stangersona, na których dyskrecję można było liczyć. I ja byłem w ich liczbie; przyszedłem w sam czas do kościoła i pierwszym moim staraniem było, rzecz naturalna, unikać Józefa Rouletabille’a. Zawiodłem się trochę, bom go nie spostrzegł nigdzie, ale nie wątpiłem ani na chwilę, że się pojawi i w tym oczekiwaniu zbliżyłem się do mecenasa Henri-Roberta i mecenasa Andréego Hesse’a, którzy wśród ciszy i skupienia małej kapliczki Saint-Charles, przypominali sobie po cichu najciekawsze fakty procesu wersalskiego, który im na myśl przywiodła zbliżająca się ceremonia. Słuchałem ich i roztargnieniem i badałem wszystko wokół siebie.

Mój Boże! jakiż ten kościół w Saint-Nicolas du Chardonnet jest smutny. Zniszczony, obszarpany, zabrudzony, wcale nie owym brudem poważnym wieków, który jest najpiękniejszą ozdobą kamiennych budowli, lecz przykrą, powleczoną kurzami nieczystością, która zdaje się być właściwością dzielnic Świętego Wiktora i Bernardynów. Właśnie u ich zbiegu, ujęty przez nie, znajduje się ten kościół, tak posępny na zewnątrz, a wewnątrz tak żałobny. Niebo, które zdaje się bardziej oddalone od tego świętego miejsca, niż odkądkolwiek indziej, wsącza tam skąpe światło, które z niesłychanym trudem przedziera się przez brud wiekowy okien, by odnaleźć wiernych. Czy pan czytał Les souvenirs d’enfance et de jeunesse Renana? Zechciej pan tedy otworzyć drzwi kościoła Saint-Nicolas du Chardonnet, a zrozumie pan, jak autor Vie de Jésus, który był zamknięty obok, w małym sąsiednim seminarium księdza Dupanloupa, a wychodził z niego tylko na modlitwę do tego kościoła, pragnął umrzeć. I to w tym grobowym mroku, w obramowaniu, które jakby było wymyślone jedynie na obchody żałobne, na wszelkie obrzędy poświęcone zmarłym, miał odbyć się ślub pana Roberta Darzaca i Matyldy Stangerson! Sprawiało mi to wielką przykrość i – smutnie nastrojony – złą z tego wyciągałem wróżbę.

Obok mnie mecenas Henri-Robert i mecenas Andrée Hesse gwarzyli ustawicznie i pierwszy zwierzył się drugiemu, że nie był ostatecznie uspokojony co do losu Roberta Darzaca i Matyldy Stangerson nawet po szczęśliwym wyniku procesu wersalskiego, aż nie dowiedział się, iż urzędowo sprawdzono śmierć Fryderyka Larsana. Przypominam, że właśnie w kilka miesięcy po spensjonowaniu profesora Sorbony uległa straszliwej katastrofie La Dordogne, transatlantycki statek przewozowy, który kursował między Hawrem a Nowym Jorkiem. W nocy podczas mgły na ławicach Nowej Ziemi najechał na La Dordogne trójmasztowiec, którego przód wraził się w jej halę maszyn. I podczas gdy statek, który najechał, odpłynął na chybił trafił, Dordogne w dziesięć minut poszła na dno. Dobrze, że trzydziestu pasażerów, których kajuty znajdowały się na pokładzie, miało czas wskoczyć do szalup. Następnego dnia zabrała ich łódź rybacka, która zaraz wjechała do Saint-Jean. W dniach następnych ocean wyrzucał setki zmarłych, pośród których znaleziono Larsana. Dokumenty, które odnaleziono troskliwie wszyte i ukryte w odzieniu jednego trupa, dowiodły, że Larsan już nie żył. Matylda Stangerson została nareszcie uwolniona od tego fantastycznego małżonka, który dzięki swobodzie praw amerykańskich pojął ją potajemnie za nieroztropnych czasów jej zbytnio ufającej młodości. Ten ohydny bandyta, którego prawdziwe imię, sławne w kronikach sądowych, było Ballmeyer, a który ongi zaślubił ją jako Jean Roussel, już nie wciśnie się nigdy zbrodniczo między nią a owego, co od tylu lat cicho i bohatersko ją kochał. Przytoczyłem w Tajemnicy żółtego pokoju wszystkie szczegóły tej potwornej sprawy, jednej z najciekawszych, jakie można odnaleźć w rocznikach sądu przysięgłych, która byłaby się najtragiczniej rozwiązała, gdyby nie pośrednictwo prawie genialne tego małego osiemnastoletniego reportera, Józefa Rouletabille’a, który sam jeden zdołał odkryć pod rysami stawnego agenta policji Fryderyka Larsana, samego Ballmeyera!... Śmierć przypadkowa i, można rzec, opatrznościowa tego nędznika, winna była, jak się zdawało, położyć kres tylu dramatycznym wypadkom. Nie była ona też wcale – wyznajmy to – jedną z mniejszych przyczyn nagłego wyzdrowienia Matyldy Stangerson, której umysł mocno nadwerężyły tajemnicze okropności Glandieru.

– Widzi pan, kochany panie – rzekł mecenas Henri-Robert do mecenasa Andréego Hesse’a, którego niespokojne oczy krążyły po kościele – widzi pan, w życiu trzeba być stanowczo optymistą. Wszystko się układa w porządku, nawet nieszczęścia pani Stangerson... Ale cóż to pan tak ustawicznie spogląda za siebie? Kogo pan szuka?... Czy pan kogo oczekuje?

– Tak – odrzekł mecenas Andrée Hesse – czekam na Fryderyka Larsana!

Mecenas Henri-Robert śmiał się tyle, ile mu pozwalała świętość miejsca; lecz ja nie śmiałem się wcale, bom był całkiem bliski myśli pana Hesse’a. Rzecz pewna: byłem setkami mil oddalony od przewidywania strasznej przygody, która nam groziła; lecz kiedy myślą wracam do tego czasu i abstrahuję od wszystkiego, o czym dowiedziałem się później – czym zresztą będę zajmował się gorliwie w ciągu tego opowiadania, ukazując prawdę w miarę, jak nam się ona dostawała w udziale – przypominam sobie doskonale dziwny strach, który mnie wówczas zdjął na myśl o Larsanie.

– Ależ, panie Sainclair! – rzekł mecenas Henri-Robert, który zauważył mój szczególniejszy stan, przecież pan widzi, że Hesse żartuje.

– Nic o tym nie wiem, panie – odpowiedziałem. I uważnie spoglądałem wokoło siebie, jak to był uczynił mecenas Andrée Hesse. Doprawdy uważano Larsana już tak często za umarłego, w czasach, kiedy nazywał się Ballmeyer, że mógł równie dobrze zmartwychwstać jeszcze raz jeden jako Larsan.

– Patrzcie, otóż Rouletabille – rzekł mecenas Henri-Robert. – Założę się, że on jest pewniejszy niż pan.

– O! O! On jest bardzo blady! – zauważył mecenas Andrée Hesse.

Młody reporter zbliżył się do nas. Uścisnął nasze dłonie; był dosyć roztargniony.

– Dzień dobry, panie Sainclair, dzień dobry, panowie. Wszak nie przyszedłem za późno?

Zdawało mi się, że głos jego drżał... Oddalił się natychmiast, odosobnił się na uboczu i klęknął na klęczniku, jak dziecko. Ukrył twarz, która była istotnie bardzo blada, w dłoniach i modlił się.

Nie wiedziałem, że Rouletabille był pobożny i jego żarliwa modlitwa wprawiła mnie w zdumienie. Kiedy podniósł głowę, oczy jego były pełne łez. Nie ukrywał ich wcale; nie zajmował się tym, co się działo wkoło niego; był pogrążony zupełnie w swojej modlitwie i może być w swoim zmartwieniu. W jakim zmartwieniu? Czyż nie był winien czuć się szczęśliwym, że jest obecny przy związku, pożądanym przez wszystkich?... Czyż szczęście Roberta Darzaca i Matyldy Stangerson nie było jego dziełem?... A zresztą, może ten młodzieniec płakał ze szczęścia. Wstał i poszedł ukryć się w cieniu jednego z filarów. Nie poszedłem za nim, gdyż widziałem dobrze, że pragnął samotności.

A nadto, w tej chwili Matylda Stangerson wchodziła do kościoła, wsparta o ramię swego ojca. Robert Darzac szedł za nimi. Jakże byli zmienieni wszyscy troje! Ach, dramat, który rozegrał się w Glandier, przeszedł po nich boleśnie! Lecz, rzecz dziwna, Matylda Stangerson wydawała się jeszcze piękniejsza! Pewnie, nie była to już owa wspaniała postać, ów żywy marmur, owo starożytne bóstwo, owa zimna piękność pogańska, która wywoływała na oficjalnych uroczystościach trzeciej Republiki – zmuszona brać w nich udział z powodu stanowiska ojca – dyskretny szmer ekstatycznego podziwu. Przeciwnie, zdawało się, że konieczność, każąc jej pokutować tak późno za błąd popełniony w tak wczesnej młodości, wtrąciła ją w chwilowy stan rozpaczy i obłędu jedynie po to, żeby z niej usunąć ową maskę kamienną, za którą ukrywała się niezmiernie subtelna i czuła dusza. I ta właśnie dusza, jeszcze nieznana, w owym dniu jaśniała, jak mi się zdawało, przesłodkim i uroczym blaskiem na czystym owalu jej oblicza, w jej oczach pełnych szczęsnego smutku, na jej czole gładkim jak słoniowa kość, gdzie się czytało miłość wszystkiego, co piękne i dobre.

Co do jej toalety, naiwnie wyznam, że jej sobie nie przypominam i że nawet nie potrafiłbym określić barwy jej sukni. Lecz co sobie przypominam, to na przykład dziwny wyraz, który nagle zjawił się w jej oczach, skoro nie spostrzegła pośród nas tego, kogo szukała. Nie uspokoiła się, nie zawładnęła sobą, aż w końcu odkryła Rouletabille’a za filarem. Uśmiechnęła się do niego, a potem także do nas po kolei.

– Ona ma jeszcze obłąkane oczy!

Odwróciłem się żywo, żeby zobaczyć, kto wyrzekł to ohydne zdanie. Był to pewien biedny pan, którego Robert Darzac w swej dobroci zamianował asystentem laboratoryjnym u siebie w Sorbonie. Nazywał się on Brignolles i był dalekim krewnym nowożeńca. Nie znaliśmy innych krewnych pana Darzaca, którego rodzina pochodziła z południa. Dawno pan Darzac stracił był ojca i matkę. Nie miał ni brata, ni siostry i zdawało się, że zerwał wszelką łączność ze swymi stronami rodzinnymi, skąd przyniósł tylko płomienną żądzę powodzenia, zdolność do wyjątkowej pracy, inteligencję rzetelną i naturalną potrzebę miłości i poświęcenia, która znalazła skwapliwie sposobność do zaspokojenia się wobec profesora Stangersona i jego córki. Przyniósł również z Prowansji, swego kraju rodzinnego, miękki akcent, który z początku wywoływał uśmiech u jego uczniów w Sorbonie, lecz który wkrótce polubili jako muzykę miłą i dyskretną, łagodzącą nieco konieczną oschłość wykładów młodego a już sławnego profesora.

Pewnego pięknego poranku wiosny ubiegłej, zatem rok temu przeszło, Robert Darzac przedstawił im Brignolles’a. Przybył wprost z Aix, gdzie był preparatorem fizyki i gdzie pono wykroczył przeciw karności, wskutek czego znalazł się natychmiast na bruku. Lecz wczas przypomniał sobie, że był krewnym Darzaca, przyjechał do Paryża i zdołał tak wzruszyć narzeczonego Matyldy Stangerson, że, ulitowawszy się nad nim, dał mu zajęcie przy sobie. W owym czasie zdrowie Roberta Darzaca wcale nie było w stanie kwitnącym. Zaczęły się odbijać na nim straszne wzruszenia, którym ulegał w Glandier i w sądzie przysięgłych. Lecz można było przypuszczać, że pewnie do tego czasu ozdrowienie Matyldy i widok bliskiego ich związku wywrą wpływ jak najlepszy na jego stan duchowy, a w następstwie także na jego stan fizyczny. Otóż zauważyliśmy wszyscy odwrotnie, że od dnia, w którym przybrał tego Brignolles’a, którego usługi miały mu być bardzo, jak mówił, pomocne, lichy stan zdrowia Monsieur Darzaca coraz się wzmagał. Wreszcie stwierdziliśmy także, że Brignolles nie przynosił wcale szczęścia, gdyż, przykre wypadki zdarzały się jeden po drugim podczas doświadczeń, które tymczasem, jak się zdawało, nie powinny były grozić żadnym niebezpieczeństwem. Pierwszy wyniknął z wybuchu niespodziewanego tuby Gesslera, której szczerby mogły niebezpiecznie skaleczyć pana Darzaca, a które skaleczyły tylko Bringolles’a tak, że zostało mu potem kilka blizn na rękach. Drugi, który mógł być bardzo ciężki, zaszedł wskutek wybuchu lampki spirytusowej, nad którą właśnie był pochylony pan Darzac. Płomień omalże mu nie oparzył twarzy. Na szczęście tak się nie stało; płomień opalił mu rzęsy i spowodował na jakiś czas zaburzenia wzrokowe, tak że mógł tylko z trudem znosić pełne światło słoneczne.

Od czasu tajemnych wypadków w Glandier znajdowałem się w tego rodzaju nastroju umysłu, iż byłem gotów uważać za mało naturalne wypadki, choćby najprostsze. Przy ostatnim wypadku byłem obecny, bom poszedł do Sorbony po pana Darzaca. Zawiodłem osobiście naszego przyjaciela do aptekarza, a stamtąd do lekarza i poprosiłem dosyć oschle Brignolles’a, który objawiał chęć towarzyszenia nam, żeby został na swym miejscu. Po drodze pan Darzac zapytał mnie, czemum tak zlekceważył tego biednego Brignolles’a. Odpowiedziałem mu, że w ogóle nie lubię tego chłopca, bo mi się jego zachowanie zupełnie nie podoba, a szczególnie tego dnia właśnie, gdyż sądziłem, że należy go za ten wypadek pociągnąć do odpowiedzialności. Pan Darzac chciał znać przyczynę, lecz nie umiałem odpowiedzieć i on zaczął się śmiać. Ale zaprzestał śmiechu, kiedy mu lekarz oświadczył, że byłby mógł stracić wzrok i że cudem tylko wyszedł cało z tej sprawy.

Niepokój, który wywołał u mnie Brignolles, był bez wątpienia śmieszny i wypadki już więcej się nie powtórzyły. Mimo to byłem do niego tak wyjątkowo uprzedzony, że w głębi duszy nie mogłem mu przebaczyć, iż zdrowie pana Darzaca wcale się nie poprawiało. Na początku zimy pan Darzac kaszlał tak mocno, żem go błagał ja i wszyscy, aby wziął urlop i pojechał wypocząć na południu. Lekarze doradzali mu San Remo. Pojechał tam i po ośmiu dniach napisał, iż czuje się o wiele lepiej. Zdawało się mu, że mu zdjęto od chwili kiedy przybył do tego kraju ciężar z płuc!... Oddycham!... oddycham!... – pisał do nas. – Kiedym wyjeżdżał z Paryża, dusiłem się! Ten list pana Darzaca dawał mi wiele do myślenia i wcale nie wahałem się zwierzyć Rouletabille’owi swych myśli. Otóż i on wraz ze mną zdumiewał się nad tym, że pan Darzac czuł się tak źle, kiedy był blisko Brignolles’a, a tak dobrze, kiedy był odeń oddalony... Wreszcie to było we mnie, rzecz szczególna, tak silne, że stanowczo nie byłbym zezwolił na żaden wyjazd Brignolles’a. Dalibóg! Gdyby był opuścił Paryż, byłem gotów jechać za nim! Lecz wcale nie wyjeżdżał; przeciwnie, nigdy nie trzymał się tak blisko Stangersonów jak obecnie. Pod pozorem, że przychodzi po wieści o panu Darzacu przesiadywał stale na wikcie u Stangersonów. Raz udało się mu widzieć panią Stangerson, lecz ja tak opisałem przed nią preparatora fizyki, że udało mi się zniechęcić ją do niego na zawsze, czego sobie w duszy rad winszowałem.

Pan Darzac bawił w San Remo cztery tygodnie i wrócił nam prawie zupełnie pokrzepiony na zdrowiu. Lecz oczy jego były wciąż jeszcze bardzo wrażliwe i był zmuszony bardzo na nie uważać. Rouletabille i ja postanowiliśmy pilnie baczyć na Brignolles’a, lecz bardzo zadowoliła nas wiadomość, że ślub ma się odbyć prawie zaraz i że pan Darzac powiezie swoją żonę w długą podróż daleko od Paryża i... daleko od Brignolles’a.

Po powrocie z San Remo pan Darzac zapytał mnie:

– Jakże z tym Brignoiles’em? Czy się pan do niego nawrócił?

– Dalibóg nie! – odrzekłem.

A on żartował ze mnie i rzucił pod moim adresem kilka z owych prowansalskich dowcipów, które lubił stosować, kiedy mu okoliczności pozwalały być wesołym, a które nabrały w jego ustach nowego smaku, od kiedy pobyt na południu zwrócił jego akcentowi pierwotną piękną barwę.

Był szczęśliwy! Lecz my nie mogliśmy mieć prawdziwego pojęcia o jego szczęściu, gdyż między jego powrotem a ślubem mało mieliśmy sposobności do oglądania go. I dopiero na samym progu tego kościoła wydał się nam jakby zmieniony. Prostował z łatwo zrozumiałą dumą swą trochę pochyloną postać. Szczęście czyniło go większym i piękniejszym.

– No, widać, że profesor jest na ślubie – chichotał Brignolles.

Odsunąłem się od tego człowieka, który mnie odpychał i popchnął aż na plecy biednego pana Stangersona, co stał przez cały czas obrzędu z rękami skrzyżowanymi, nic nie widząc i nie słysząc. Trzeba go było uderzyć po ramieniu, kiedy już wszystko było skończone, żeby go zbudzić z zamyślenia.

W czasie przejścia do zakrystii mecenas Andrée Hesse westchnął głęboko...

– Nareszcie! – rzekł – oddycham...

– Czemuż to kochany pan nie mógł przedtem oddychać? – zapytał mecenas Henri-Robert.

Wówczas mecenas Andrée Hesse przyznał, że do ostatniej chwili lękał się przybycia zmarłego.

– Cóż pan myśli – odpowiedział on swemu koledze, który pokpiwał – nie mogę przywyknąć do tego, żeby Fryderyk Larsan zgodził się naprawdę być umarłym!...

*     *
*

Znajdowaliśmy się obecnie wszyscy – około dziesięciu osób – w zakrystii. Świadkowie podpisywali dokumenty, a inni składali nowożeńcom uprzejme życzenia. Ta zakrystia jest jeszcze mroczniejsza od kościoła i gdyby nie była tak mała, mógłbym był przypuszczać, że właśnie z powodu tego mroku nie widzę w takiej chwili Józefa Rouletabille’a. Najwidoczniej nie było go tu wcale. Cóż to miało znaczyć? Matylda pytała już o niego dwakroć, a pan Robert Darzac prosił mnie, żebym go poszedł poszukać, co też uczyniłem. Lecz wróciłem do zakrystii bez niego, nie znalazłem go wcale.

– To ciekawe – rzekł pan Darzac – i zupełnie niezrozumiałe. Czyś pan pewny, że pan wszędzie dobrze patrzył? Musi siedzieć w jakim kącie i marzyć.

– Szukałem go wszędzie i wołałem – brzmiała moja odpowiedź.

Ale pan Darzac nie liczył się wcale z tym, co mu powiedziałem. Poszedł sam przeglądnąć kościół. W każdym razie był szczęśliwszy ode mnie, gdyż dowiedział się od żebraka stojącego w przedsionku z puszką, że jakiś młody człowiek, którym w istocie nie mógł być nikt inny tylko Rouletabille, wyszedł przed kilku minutami z kościoła i odjechał fiakrem. Żonie jego sprawiła ta wieść, było to zupełnie widoczne, ogromną przykrość. Zawołała mnie i rzekła:

– Mój drogi panie Sainclair, wiadomo panu, że o godzinie drugiej wyjeżdżamy z dworca liońskiego. Niech pan poszuka naszego małego przyjaciela i niech go pan do mnie przyprowadzi. I proszę mu powiedzieć, że jego niezrozumiałe zachowanie bardzo mnie niepokoi...

– Proszę liczyć na mnie – odrzekłem...

I puściłem się w pogoń za Rouletabille’em. Nie mogłem go przyłapać ani w jego domu, ani w redakcji dziennika, ani w kawiarni Barreau, dokąd go o tej porze dnia częstokroć sprowadzały wymogi jego zawodu. Żaden z jego kolegów nie mógł mi powiedzieć, gdzie bym go mógł z pewnym prawdopodobieństwem znaleźć. Łatwo zrozumieć, z jakim smutkiem przyjęto mnie na dworcu. Pan Darzac zasmucił się bardzo. Ale że był zajęty umieszczeniem podróżnych – bo profesor Stangerson, który jechał do Mentony do Rance’ów, miał towarzyszyć nowożeńcom aż do Dijon, podczas gdy oni mieli jechać dalej przez Culoz i Mont-Cenis – prosił mnie, żebym tę przykrą wiadomość zaniósł jego żonie. Spełniłem smutne zlecenie, dodając, że Rouletabille przybędzie z pewnością przed odejściem pociągu. Na pierwsze moje słowa o tym, Matylda zaczęła cicho płakać i potrząsnęła głową:

– Nie! Nie!... to skończone!... On już nie przyjdzie!...

I weszła do swego wagonu...

Wówczas to nieznośny Brignolles, widząc wzruszenie pani młodej, nie mógł wstrzymać się od tego, żeby nie powtórzyć raz jeszcze mecenasowi Andréemu Hesse’owi, który zresztą całkiem nieuprzejmie zmusił go do zamilknięcia, na co był najzupełniej zasłużył:

– Patrz pan, patrz pan!... powiadam panu, że ona ma jeszcze błędne oczy!... Ach!... Robert źle zrobił... raczej by był jeszcze poczekał!

Widzę jeszcze Brignolles’a, mówiącego to i przypominam sobie uczucie zgrozy, które mnie napełniło w owej chwili. Już od dawna nie ulegało dla mnie najmniejszej wątpliwości, że ten Brignolles był człowiekiem złym, a przede wszystkim zazdrosnym, i że nie mógł przebaczyć swemu krewnemu usługi, którą mu oddał, umieszczając go na zupełnie podrzędnym stanowisku. Był żółty, miał rysy długie, wyciągnięte z góry na dół. Wszystko w nim wydawało się goryczą i wszystko w nim było długie. Miał długi stan, długie ramiona, długie nogi i długą głowę. Z tej reguły długości trzeba było uczynić jeden wyjątek dla stóp i rąk. Kończyny jego były małe i prawie eleganckie. Skarcony tak szorstko przez młodego adwokata za swe złośliwe uwagi Brignolles popadł nagle w gniew i opuścił dworzec, pożegnawszy się wprzód z małżonkami. Przynajmniej mnie się zdawało, że opuścił dworzec, bom go potem już nie widział wcale.

Pociąg miał ruszyć za trzy minuty. Spodziewaliśmy się jeszcze przybycia Rouletabille’a i badaliśmy wszystkie quai, myśląc, że nareszcie spostrzeżemy wydobywającą się z śpieszącej grupy opóźnionych podróżnych miłą postać naszego młodego przyjaciela. Cóż to takiego, że nie zjawił się, swoim stałym zwyczajem, potrącając wszystko i wszystkich, nie zważając bynajmniej na protesty i krzyki, które zazwyczaj oznajmiały jego przejście wśród tłumu, wśród którego zjawiał się zawsze bardziej naglony pośpiechem niż inni. Co robił?... Już zamykano drzwi; słychać było ich brutalny trzask... a potem krótkie napomnienia konduktorów... – Proszę wsiadać! Panowie!... Proszę wsiadać!... trochę końcowej bieganiny... krótki ostry gwizd, oznajmiający odjazd... potem hałas ruszającej lokomotywy i pociąg ruszył... A Rouletabille’a nie widać!... Byliśmy tak smutni i tak zdumieni, żeśmy zostali na peronie, patrząc na panią Darzac i nie myśląc o tym, żeby jej wyrazić życzenia szczęśliwej drogi. Córka profesora Stangersona rzuciła na peron przeciągłe spojrzenie, w chwili kiedy pociąg zaczął przyśpieszać biegu, i pewna, że już nie zobaczy przed swym odjazdem swego małego przyjaciela, podała mi przez drzwi kopertę.

– Dla niego – rzekła.

I dorzuciła nagle, pełna lęku w całej postaci i głosem tak dziwnym, żem nie mógł wstrzymać się od przypomnienia niegodziwych uwag Brignolles’a:

– Do widzenia, moi przyjaciele!... albo żegnajcie na zawsze!

Rozdział II
W którym mowa o zmiennym nastroju Rouletabille’a

Kiedym wracał samotny z dworca, wprawił mnie w zdumienie szczególniejszy smutek, który mnie naszedł, a którego przyczyny nie mogłem sobie dokładnie uświadomić. Od czasu procesu wersalskiego, w którego przebieg byłem tak dokładnie wtajemniczony, zawarłem ścisłą przyjaźń z profesorem Stangersonem, jego córką i Robertem Darzakiem. Winienem był być szczególniej uszczęśliwiony zdarzeniem, które zdawało się zadawalać wszystkich. Wobec Rouletabille’a zachowywali się Stangersonowie i pan Darzac jak wobec swego zbawcy. A zwłaszcza od kiedy Matylda wyszła z domu zdrowia, gdzie z powodu nadwerężonego stanu swego umysłu musiała przepędzić kilka miesięcy otoczona troskliwą i wytężoną opieką, od kiedy, powtarzam, córka znakomitego profesora była w stanie zdawać sobie sprawę z wyjątkowej roli odegranej przez to niemal dziecko w dramacie, w którym byłaby bez niego zaprzepaściła się wraz ze swymi ukochanymi, od kiedy przeczytała z pełnym, nareszcie odzyskanym, umysłem protokół stenograficzny rozpraw, w którym Rouletabille zjawiał się jako mały cudowny bohater, otaczała go wszelkimi możliwymi objawami uczuć niemal macierzyńskich. Zajmowało ją wszystko, co dotyczyło jego osoby, doprowadziła go do zwierzeń, chciała wiedzieć o Rouletabille’u więcej ode mnie i może nawet więcej niż on sam wiedział o sobie. Objawiała ciekawość dyskretną lecz ustawiczną, dotyczącą jego pochodzenia, o którym wszyscy nic nie wiedzieliśmy, a o którym młody człowiek milczał w dalszym ciągu z rodzajem zaciekłej dumy. Wrażliwy bardzo na czułą przyjaźń biednej kobiety, Rouletabille mimo to zachowywał się wobec niej z krańcową rezerwą i objawiał wobec niej pełną wzruszenia uprzejmość, która mnie zawsze zdumiewała w chłopcu znanym mi, jako odruchowiec, tak wybuchowy, tak szczery w swych sympatiach czy antypatiach. Nieraz zwracałem na to jego uwagę, lecz odpowiadał mi zawsze, wymykając sie, a równocześnie szeroko rozprawiając o swych uczuciach, pełnych oddania dla osoby, którą, jak powiadał, cenił ponad wszystko w swiecie i dla której był gotów poświęcić wszystko, gdyby mu los czy też szczęście, dało sposobność do poświecenia czegoś dla kogokolwiek. Miewał tez chwile niezrozumiałego nastroju. Na przykład nazywał wobec mnie wielkim świętem, gdy pojedzie spędzić wspaniały dzień odpoczynku u Stangersonów, którzy wynajęli na lato – bo nie chcieli już więcej mieszkać w Glandier – małą posiadłość nad brzegami Marny w Chenneviéres i objawiał wobec widoku tak szczęsnego wyjazdu radość dziecinną, a potem nagle ni stąd, ni zowąd wzbraniał się towarzyszyć mi bez jakiekolwiek przyczyny. I musiałem pojechać sam, zostawiając go w małej izdebce, którą zajmował na rogu bulwaru Saint-Michel i ulicy Monsieur-le-Prince. Zgniewałem sie na niego za przykrość, którą tym wyrządził pannie Stangerson. Pewnej niedzieli, zaniepokojona jego zachowaniem, postanowiła pójść ze mną niespodzianie do jego zacisznego zakątka w Quartier Latin.

Kiedyśmy przybyli do niego, zapukałem do drzwi: Rouletabille rzucił energiczne proszę! Weszliśmy. Rouletabille, który pracował przy swym stoliku, powstał i spostrzegłszy nas, zbladł tak strasznie... tak strasznie, żeśmy myśleli ze zemdleje.

– Boże! – krzyknęła Matylda, rzucając sie ku niemu. Lecz on prędzej, niż ona dotarła do stołu, o który się opierał, rzucił na papiery rozrzucone na tym stole tekę safianową i całkiem je przykrył.

Matylda widziała naturalnie ten ruch. Wstrzymała się, całkiem tym zaskoczona.

– Przeszkadzamy panu? – rzekła tonem łagodnego wyrzutu.

– Nie! – odrzekł – skończyłem właśnie pracę. Pokażę państwu tę rzecz później. Jest to arcydzieło, sztuka w pięciu aktach, której nie mogę rozwiązać.

I uśmiechnął się. Wkrótce zawładnął sobą i zasypywał nas żartami, dziękując nam, żeśmy przyszli przerwać jego samotność. Chciał koniecznie zaprosić nas na obiad i poszliśmy we trójkę jeść do pewnej restauracji w Quartier Latin, do Foyota. Jakiż pyszny wieczór! Rouletabille zatelefonował do Roberta Darzaca, który nas zastał przy deserze. W owym czasie pan Darzac nie był jeszcze wcale taki chory, a budzącego obawy Brignolles’a jeszcze nie było w stolicy. Bawiliśmy się jak dzieci. Wieczór ten był tak piękny i miły w osamotnionym Luksemburgu.

Przed rozstaniem prosił Rouletabille pannę Stangerson o przebaczenie za dziwaczny nastrój, który objawił kilkakrotnie i oskarżył siebie, że w gruncie rzeczy ma bardzo zły charakter. Matylda ucałowała go i Robert Darzac także. Tak był tym wzruszony, że przez cały czas, przez który mu towarzyszyłem aż do domu, nie rzekł do mnie ani słowa. Lecz w chwili pożegnania uścisnął mi rękę tak mocno, jak nigdy dotąd. Dziwne chłopczysko!... Ach! gdybym ja był wiedział!... Jakże sobie teraz wyrzucam, żem go nieraz w owych czasach sądził z trochę zbytnią niecierpliwością...

Tak więc, niezmiernie smutny, trapiony przeczuciami, które daremnie usiłowałem odegnać, wracałem z dworca liońskiego, przypominając sobie niezliczone fantazje, dziwactwa a czasami i bolesne kaprysy Rouletabille’a w ciągu tych dwu ostatnich lat, ale nic absolutnie z tego wszystkiego nie mogło wzbudzić we mnie przewidzenia tego, co miało się stać, a tym bardziej to wszystko mi wytłumaczyć. Gdzie był Rouletabille? Poleciałem do jego mieszkania na bulwarze Saint-Michel, mówiąc sobie, że jeśli go nie zastanę, to przynajmniej zostawię mu list od pani Darzac. Jakież było moje zdziwienie, kiedym, wchodząc do domu, spotkał mego służącego, który niósł moją walizę! Zażądałem, żeby mi wyjaśnił, co to ma znaczyć, a on mi odpowiedział, że nic nie wie; że trzeba o to zapytać pana Rouletabille’a.

Ów zaś istotnie, kiedym go szukał wszędzie, wyjąwszy – rzecz naturalna – u siebie, udał się do mego mieszkania na ulicę Rivoli, kazał sobie otworzyć mój pokój, kazał służącemu przynieść walizę i troskliwie wypełnił ją bielizną niezbędną dla porządnego człowieka, który się wybiera w cztero- lub pięciodniową podróż. Potem kazał memu służącemu zanieść ten mały pakunek w godzinę później na Boul’Mich. Jednym susem znalazłem się w pokoju mego przyjaciela, którego zastałem, jak ładował skrupulatnie w torbę podróżną przybory toaletowe, bieliznę dzienną i nocną. Dopóki tej czynności nie załatwił, nie mogłem zeń nic wydobyć. Rouletabille był w drobiazgach życia codziennego skłonny do maniactwa i na przekór swym skromnym dochodom usiłował żyć bardzo przyzwoicie, lękając się wszystkiego, co miało jakąkolwiek bliższą czy dalszą styczność z cyganerią. Nareszcie raczył mi oznajmić, że jedziemy na ferie wielkanocne i że wobec tego, iż ja jestem wolny, a jego dziennik l’Epoque dał mu trzy dni urlopu, nie możemy uczynić lepiej, niż jadąc wypocząć na brzegu morza. Nawet mu nie odpowiedziałem, tak byłem nań rozgniewany za jego zachowanie się i również uważałem za głupią ową propozycję podziwiania Oceanu lub kanału La Manche właśnie w ten ohydny czas wiosenny, który co roku przez jakie dwa do trzech tygodni każe nam żałować wiosny. Lecz on nie wzruszył się zbytnio moim milczeniem i, wziąwszy moją walizę w jedną rękę, a swoją torebkę w drugą, popchnął mnie na schody, a za chwilę wsadził do fiakra, który już czekał przed bramą. Za pół godziny znaleźliśmy się obaj w przedziale pierwszej klasy kolei Północnej, która szła ku Tréport przez Amiens. Kiedyśmy wjechali na dworzec Creil, rzekł do mnie:

– Czemu mi pan nie daje listu, który panu zostawiono dla mnie?

Spojrzałem nań. Odgadł, że pani Darzac boleśnie odczuła jego nieobecność w chwili swego odjazdu i że napisała doń.

Odrzekłem mu:

– Bo pan na to nie zasługuje.

I zacząłem mu czynić gorzkie wyrzuty na które zupełnie nie zwracał uwagi. Nawet nie próbował usprawiedliwiać się i to mnie gniewało najbardziej. Wreszcie oddałem mu list. Wziął go, oglądnął i wetchnął jego słodką woń. Kiedym go zaczął z ciekawością oglądać, zmarszczył brwi, ukrywając pod tą srogą miną ogromne wzruszenie. Lecz w końcu nie mógł ukryć go przede mną w sposób inny, jak tylko opierając czoło o szybę i zatapiając się w bacznym oglądaniu krajobrazu.

– Jakże to – zapytałem – nie czyta pan listu?

– Nie – odrzekł – nie przeczytam go tu!... lecz tam!...

Przybyliśmy do Tréport w zupełnie ciemną noc, po sześciu godzinach długiej podróży, w psi czas. Wiatr idący od morza mroził nas i zamiatał puste wybrzeże. Nie spotkaliśmy nikogo prócz celnika okutanego w płaszcz i kaptur, chodzącego tam i z powrotem po moście nad kanałem. Naturalnie o dorożce nie było mowy. Kilka płomyków gazowych trzepocących się niby motyle w swych szklanych klatkach odbijało dziwaczne światło w szerokich kałużach deszczu, przez które brnęliśmy bez pamięci, kuląc się równocześnie pod wichurą. Słychać było w oddali hałas, który czyniły małe saboty drewniane jakiejś spóźnionej tréporcianki, stukając rozgłośnie o płyty chodnika. Żeśmy nie wpadli w wielki czarny dół przedportowy, zawdzięczamy jedynie słonemu chłodnemu powiewowi idącemu z otchłani i szmerowi przypływu morza, które nas ostrzegły przed niebezpieczeństwem. Kląłem idąc za Rouletabille’em, który z wielką trudnością prowadził przez te wilgotne ciemności. A jednakże musiał znać miejscowość, gdyż dotarliśmy mimo to, po uciążliwej drodze, utykając, okropnie smagani przez słony wiatr, do bramy jedynego otwartego w martwym sezonie hotelu na plaży. Rouletabille zażądał natychmiast jadła i ognia, gdyż byliśmy strasznie zgłodniali i zziębnięci.

– No, czy pan raczy – rzekłem do niego, oznajmić mi, po cośmy przybyli w te strony? Czy po reumatyzm, który na nas czyha i zapalenie płuc, które nam grozi?

Rouletabille właśnie w tej chwili kaszlał i nie mógł się w żaden sposób ogrzać.

– Och! – rzekł – właśnie panu powiem. Przyszliśmy szukać perfum Czarnej Damy!

Ten zwrot dał mi tyle do myślenia, że nie spałem przez całą noc. Na polu wiatr morski wył bez przerwy, miotając na wybrzeże swoją bezmierną żałosną skargę, a potem przepadając nagle w uliczkach miasta jakby w korytarzach. Zdawało mi się, że słyszę jakiś szmer w pokoju sąsiednim, który zajmował mój przyjaciel; wstałem i otworzyłem drzwi. Mimo zimna, mimo wiatru, otworzył swe okno i widziałem dokładnie, jak posyłał w ciemność pocałunki. Całował noc!

Zamknąłem drzwi i dyskretnie wróciłem do łóżka. Następnego dnia rano obudził mnie przerażony Rouletabille. Postać jego wyrażała krańcowy niepokój; podał mi telegram, który przybył z Bourg, a który mu, stosownie do jego polecenia, odesłano z Paryża. Oto jego treść:

Przybyć natychmiast, nie tracąc minuty. Zaniechaliśmy podróży na Wschód i jedziemy za Stangersonem do Mentony, do Rance’ów, do Rochers Rouges. Depesza niech zostanie między nami. Odjazd upozoruje pan czymkolwiek, byle przybyć. Zatelegrafować poste restante Mentona. Prędko, prędko, czekam.

Pański zrozpaczony

Robert

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.