Patrol na Zachodzie - Sándor Márai - ebook

Patrol na Zachodzie ebook

Sándor Márai

0,0
44,20 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Chcę sporządzić protokół z oględzin Zachodu, mówię, bo ponoć „Europa upada” […].

W 1935 roku Sándor Márai wyrusza pociągiem z Budapesztu do Paryża i Londynu – miast, które dla mieszkańca Europy Środkowej wciąż są symbolami nowoczesności, swobody i wysokiej kultury.

Uważnie opisuje granice, dworce, hotele, podróżnych, obyczaje i ludzi napotkanych na ulicy, lecz nie tworzy zwykłej relacji z wyprawy. Ta nieśpieszna wycieczka staje się melancholijną konfrontacją z młodzieńczymi przekonaniami, przemijającymi tak jak świat, który autor niegdyś poznał.

Patrol na Zachodzie to ironiczny i przenikliwy zapis podróży, która prowadzi do pytania, czy Zachód zachował jeszcze radość życia i powietrze przeniknięte wolnością.

 

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 231

Rok wydania: 2026

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Patrol na Zachodzie

Pod koniec lata chcieliśmy pojechać do Gödu1. Potem jednak nadeszło zaproszenie z Londynu i wszystko potoczyło się inaczej.

Zaproszenie było zgrabne i zdecydowane, ze wszech miar należało je wziąć na poważnie. Bezzwłocznie odpowiedziałem, że mam tremę, jeszcze nigdy nie byłem gościem. Droga, ta zwyczajna, wydłużona podróż z Budapesztu do Londynu, teraz nagle zdawała się przedsięwzięciem tak znaczącym, jak dawniej operacja jamy brzusznej. Od dwóch lat nie byłem za granicą. Ludzie, którzy w tym czasie wrócili do domu z Semmeringu, zachowywali się dumnie, niczym niegdyś Peary2. Jesteśmy biedni, nie mamy pieniędzy, nie mamy ochoty, stęchliśmy w jakimś wygodnym a przenikniętym złym nastawieniem wyczekiwaniu. Ale banki były uprzejme; obcą walutę nawet by dały; co do pengő – to już trudniej i mniej chętnie. Dziesięć dni przed wyjazdem naturalnie „uciekłem w chorobę” – złapałem ropne zapalenie migdałków; szanse Gödu wzrosły. A potem ktoś mi znów nie zapłacił, nikt nie chciał zająć się psem podczas naszej nieobecności, gazety zapowiadały wojnę. No i co należałoby mimo wszystko uczynić z Gödem? Mógłbyś się wstydzić, mówili ci, którzy mieli do tego prawo; lecz ja nie potrafiłem się wstydzić. Podróż, z każdym dniem, który ją przybliżał, zdawała się przedsięwzięciem coraz bardziej awanturniczym. To nie moja rzecz podróżować… Człowiek wskakuje do pociągu, półtora dnia i jest już na miejscu – mówili. Ja jednak nie lubię już takich podróżujących, którzy „wskakują do pociągu”. Dla mnie podróż to nie tylko „trochę umrzeć”, lecz i „trochę żyć”; wszelka zmiana przepełnia mnie nieufnością. Niczego już nie potrafię przyjąć do wiadomości, zaakceptować gestem „wskakiwania”, ja i do Egeru podróżuję niespokojnie, i nawet do tramwaju numer 75 wsiadam z przeczuciem przygody; od pewnego czasu wszystko ma dla mnie swoją wagę, od wszystkiego czegoś oczekuję. Od kilku lat wszystko ukazuje mi się od razu na pierwszym planie – i to, że kogoś ugryzł pies czy ktoś został przejechany, i to, co wyrwane z wiadomości dnia, mowa męża stanu naszpikowana frazesami, któraś linijka wiersza, ale i ból brzucha mojej służącej. Ja już nie jestem eleganckim podróżnym, który z kraciastym szalem okręconym wokół szyi, z czapką podróżną na głowie wskakuje do pociągu, a potem obojętnie i z wprawą wygląda przez okno. A zresztą wcale już nie chcę taki być. Chcę żyć powoli i podróżować też chcę powoli. Poza tym jestem zbyt biedny nawet na to, żeby pojechać do Gödu; biedny i pełen zwątpienia, co mam teraz nagle począć z tą podróżą, która lotem błyskawicy przeniesie mnie ponad krainami młodości, co mam zrobić z Paryżem i Londynem, gdy tak zwalą mi się na kark, gdzie mam schować wrażenia, skoro każdą kieszeń, każdy notes, każdą chęć i zdolność mam już wypełnione domem, tym drugim domem, profesją? Życie jest coraz bardziej skomplikowane i awanturnicze, nie jestem już zdrowy, a jeśli spojrzę na to wnikliwie, to wcale już nie chcę być tak sprężyście, natarczywie i rutynowo zdrowy… Tak się ze sobą spierałem. I: to śmieszne, co oni sobie wyobrażają? Wyjechać do Paryża, tak po prostu, jak „na początku sezonu” wyjeżdża właściciel jakiegoś salonu z damskimi kapeluszami? Albo do Londynu, jak jakiś agent papierów wartościowych, któremu przypomniał się tłusty interes? To już nie chodzi tylko o trzydzieści dwie godziny w pociągu pośpiesznym czy o parę zdobytych z wielkim trudem pengő – na tyle czasu w pociągu pośpiesznym czy na bilet kolejowy wystarczy chyba jeszcze nawet i z ubywających zapasów. To, od czego wszystko zależy, to szybkość duszy, jej chęć, gotowość. Ja nie chcę już nowego obciążenia, chciałbym uporać się z materiałem, który się nagromadził; a nie wiem, do kiedy jeszcze będę mógł porządkować tę moją kolekcję. Z każdym rokiem życie się zagęszcza, coraz więcej w nim wydarzeń i ekscytacji. No a też, nim dotrę do Londynu, w Peszcie będzie jesień.

Tak, pierwszy poważny kontrargument to że nie będę mógł zobaczyć w Budapeszcie, a dokładniej w Budzie, tego września. Wszystko inne to tani wykręt, porządne lenistwo. Ale jesień w Krisztinaváros3 to podarunek, który niechętnie przegapię. Drzewa w basztowej alei spacerowej. Ekspozycja parku Horvátha4 pod koniec września. Szykują się tu najrozmaitsze znaczące zmiany: na jesieni być może zostanie zamknięta stara kawiarnia w Budzie, a otworzy się nowa piwiarnia. Wiem, wszystko to żadna wymówka. Z ciekawością przyglądam się niciom łączącym mnie z tym miejscem i nostalgii; nie rozumiem ich, rozkładam je na części, badam ze zdumieniem i niepokojem. Jest u ich spodu coś, na co nie liczyłem: przywiązanie, pociąg. Odczuwam więź z tymi paroma ulicami, z tymi drzewami. Nawet jeśli nigdy nie potrafiłem przywiązać się do człowieka, to proszę, jestem przywiązany przynajmniej do pewnego detalu krajobrazu! Być może dlatego nie chcę wyjeżdżać. Cóż mam teraz począć z nowymi ludźmi, nowymi pejzażami, gdzie mam to wszystko umieścić? Gdzieś wreszcie jestem w domu, u siebie, pierwszy raz w życiu. Na tych ulicach znam szewca, kupca korzennego, krawca, kilku kolegów po piórze. Z mojego okna obserwuję horyzont mieszczańskich tragedii i fars. Ważne jest dla mnie to, że piekarz w sąsiedztwie wybudował nowy piec, a pewien zły człowiek, który przybył tu przez most Elżbiety, nocą, we mgle, obiecał małżeństwo manikiurzystce z jednego z zakładów fryzjerskich w tej dzielnicy. Sama mi o tym opowiedziała ta miła młoda dziewczyna, w trakcie pielęgnacji paznokci. Ludzie, pośród których żyję, są cierpliwi bądź szaleni, wyrozumiali bądź podli, mądrzy bądź przestraszeni. Jednak coś mnie z nimi już łączy. Wiem, nie tak dużo… Ale co poradzę, skoro kilka tych ulic, parę drzew, kilku kelnerów, parę sekretów, skoro to jest wszystkim, co tak naprawdę obchodzi mnie na tym świecie? Coś takiego nie wydarza się z dnia na dzień. Kiedy to się dokonało? Nie wiem. Czuję jednak przywiązanie, tę głęboką i dziwną solidarność. Znalazłem się w pułapce i, aż nie do uwierzenia, nie chcę się uwolnić. To, w co nigdy nie wierzyłem, przed czym uciekałem przez kontynenty, od jednego człowieka do drugiego, od jednej pracy do drugiej, to mi się niezauważenie przydarzyło: gdzieś jestem u siebie. Ten dom nie jest jakąś bukoliczną idyllą, z pasieką i zaludnianą przez przyjaciół werandą; także wewnątrz tego domu jestem sam, ale już nie chcę uciekać przed samotnością. Wiem, nie ma ratunku. Trzeba to znieść. A skoro już nie mam sposobu, aby z kimś, z jedną czy z wieloma osobami, żyć w (s)pokoju i w intymnej relacji, to przynajmniej przydarzyło mi się owo „gdzieś”. Prawda, (s)pokój… Gdzie jest ten (s)pokój? Na świecie też go nie ma, dlaczegóż więc miałby być w tym pachnącym stęchlizną zakątku świata, w Krisztinaváros? Tutaj ten znajomy, lokalny brak (s)pokoju przynajmniej znoszę chętniej, pomrukując przyjaźnie. Tutaj już mnie znają, na tych kilku ulicach, tutaj już mam reputację; o, moja reputacja nie jest jakaś znakomita… Rzeźnik wciąż jeszcze nie wie, że piszę do gazet; uważam zresztą na to, żeby nie dowiedział się przedwcześnie! I miałbym stąd odejść teraz, kiedy wreszcie jestem gdzieś u siebie, na mój własny sposób, co oczywiście, po rozłożeniu na elementy i przebadaniu od wewnątrz, nie nadaje się akurat do szkolnego podręcznika! No, a tamta obcość… co jeszcze może mi dać tamta obcość? Energicznie sam siebie zapewniam, że dużo. Tak, jest też inna zagranica, taka niewidzialna, pomiędzy której południkami stale żyję, a która potrafi być tak egzotyczna, nieomal naszpikowana palmami i wielbłądami, i niedźwiedziami polarnymi, jak podróż dookoła świata… Ale nie lekceważmy rzeczywistości, myślę.

Tak sam siebie wabię, tak się targuję, a tymczasem wiem, że wszystko to tylko odmiana, echo skłonności do ucieczki, skłonności, którą przepełniona była moja młodość. Po prostu chodzi o to, że boję się zobaczyć ponownie tę drugą ojczyznę, tę zachodnią ojczyznę, te krainy pierwszej młodości. „Po prostu”? Nie lubię tego sformułowania. Żyć u siebie, w swoim kraju, samemu, w jakimś pokoju, oko w oko z pracą, to może „proste” przedsięwzięcie? Może ropne zapalenie migdałków, z przyjemną gorączką, chininą i okrutnymi, a zarazem kuszącymi perspektywami „sepsy jako powikłania po anginie”, jest proste? Nie, dla mnie nie ma już „prostego” i „złożonego” życia; nawet najnudniejsza, pozbawiona najmniejszego ruchu chwila codzienności jest cholernie złożona, trzeba się zmierzyć z tą przygodą; a życie pozostaje przygodą do momentu śmierci. Trzeba się zmierzyć z tą podejrzaną, nieco przypominającą kino przygodą życia, a potem trzeba o tym napisać: to jest zadanie, w surowym i naiwnym sformułowaniu. Nie mam żadnego innego zadania. Muszę się z nią zmierzyć, oczywiście nie w sposób zawadiacki, lecz ostrożnie, niekiedy z lupą, mrużąc oczy jak krótkowidz. Możliwe, że młodo się tutaj zakurzyłem, w tej niepokaźnej pracy, w tej swojskiej i skromnej przygodzie; i czy rzeczywiście coś da, czy niczego nie da ta inna przygoda, ta głęboka woda, rojąca się od potworów i współdzielonych pustkowi? Ten pogląd, te namysły są oczywiście przesadzone. Chodzi jedynie o to, że w niedzielę rano wsiądziemy do pociągu, obładowani lekturami na podróż i termosem, i z chętnym sercem wyjedziemy do znajomej obczyzny, ku osławionemu Zachodowi!… Nic nie jest „prostsze”! Na razie jeszcze każdego dnia wyruszają pociągi na Zachód i codziennie ktoś stamtąd powraca, bez żadnego zadraśnięcia, wzbogacony duchowo i materialnie, no i ma co potem opowiadać! Nie zapominaj, zagrzewam samego siebie, że w linii męskiej, gdzieś w oddali, wywodzisz się od wikingów! Ale co począć, skoro ja tę pochodzącą od wikingów skłonność i takież dziedzictwo w dość dużym stopniu już zmarnotrawiłem? Przesada, tak, wszystko to epileptyczna przesada. Jednak i to jest moim zadaniem, ta przesada. Podejmuję się jej, a więc muszę przestrzegać reguł gry. Bez tej przesady wiele różnych rzeczy wydarzyłoby się w moim życiu inaczej; i mógłbym już nawet siedzieć w pociągu, bo nic nie jest prostsze, i podróżować na Zachód.

Ostatnia nadzieja jeszcze we władzy – w banku, który z ostrożnym namysłem rozdziela w tych latach waluty obce, a ponadto bardzo słusznie uważa, że – mówiąc słowami Theodora Fontane’a – porządny człowiek niech siedzi w domu i wegetuje na krajowym chlebie5. Mądra ostrożność! – myślę, i zaczynam mieć nadzieję, że w końcu jednak będzie coś z Gödu. Ale nie, bank wykazuje zrozumienie dla chęci wędrówki, która pojawiła się u węgierskiego pisarza, wykazuje je w sposób godny i z umiarem, jak to zresztą wypada w tych okolicznościach. Cóż za lekkomyślność! – myślę, gdy przy okienku kasowym banku ze wzruszeniem odbieram i umieszczam w portfelu obce banknoty. Te zagraniczne banknoty zdobi nieco uroczysty wizerunek króla angielskiego Jerzego V oraz widok parlamentu, twierdzy konstytucyjności, a także obywatelskich praw i wolności. Może jednak mądrzej byłoby zapłacić najpierw mechanikowi, któremu zalegam jeszcze od wiosny. No i w tych dniach zostałem skazany z powodu „przestępstwa prasowego” na wysoką karę pieniężną6. I tylu rozmaitych rzeczy brakuje, i tak wiele ich się sfatygowało, zniszczyło, i jeszcze przed kilkoma dniami nawet Göd był sprawą do załatwienia, którą należało rozwiązać uwijaniem się i zaliczką! A teraz nagle wyjeżdżam do Paryża i Londynu! Cóż za lekkomyślność! – myślę i bez humoru oglądam portret króla Jerzego V. Bank jest bardzo uprzejmy, no ale przecież ja nie jestem artykułem eksportowym, a towar, który zaimportuję z zagranicy, z pewnością nie jest wyborowym towarem pierwszej potrzeby. Cóż takiego ja mogę stamtąd przywieźć, z tej zagranicy? Będę mógł opowiedzieć o angielskim parlamencie, a także o obywatelskich prawach i wolnościach… ale, jak patrzę na świat, obecnie wszystko to nie jest akurat artykułem pierwszej potrzeby i powszechnego użytku. Teraz już nic mi nie pomoże. Nie mam żadnego pretekstu. Wreszcie nawet opieki nad psem podczas naszej nieobecności ktoś się podejmuje. Nie ma już ratunku, nie ma wymówki, to małe zadanie dojrzało do wykonania, trzeba przez nie przejść. W niedzielę, jeśli będzie dobra pogoda, jeśli do tego czasu nie wybuchnie wojna światowa, jeśli nie zaskoczy mnie zaraza, a pojawi się halo księżycowe, w końcu jednak będę musiał wyjechać na Zachód.

No więc, w imię Boga, podróżujmy. W każdym razie podróżować będziemy powoli, całkiem powoli i nienowocześnie, niejako włócząc się i gapiąc, z przerwami, bo w ogóle nie jest naglące, byśmy dotarli na miejsce. Czytelnika, który ma pilne sprawy do załatwienia, poprosimy, żeby nam nie towarzyszył, a zwrócił się do dysponujących większą wprawą i bardziej eleganckich podróżników, takich, których transportuje na Zachód Ekspres Wschodni7 bądź samolot. Nam się tak nie śpieszy. Będziemy podróżować całkiem powoli, wszystko gruntownie obejrzymy sobie po drodze, wysiądziemy i tam, gdzie nie ma żadnych oficjalnych osobliwości, będziemy się włóczyć po rogach ulic w Paryżu i Londynie, tak więc komu się śpieszy, ten niech, proszę, jedzie w innym towarzystwie, bardzo proszę, myślę obrażony. Bo jeśli ta podróż ma jeszcze jakieś usprawiedliwienie, to nie może być nim nic zresztą innego, jak tylko ta powolność, to rozglądanie się wokoło, ten brak celu. Wiem, można i w osiem godzin dotrzeć z Pesztu do Londynu. Jednak my będziemy wędrować tak powoli – nie jestem w stanie dostatecznie ostrzec i zwrócić uwagi mojemu towarzyszowi podróży, czytelnikowi – jakbyśmy ruszali w podróż w ogóle nie w tej epoce. Dyliżans oczywiście już nie kursuje pomiędzy Budapesztem a Calais, na szczęście dla czytelnika. Nie wybierzemy najszybszego pociągu i wcale nie będziemy podróżować najwygodniej; pojedziemy trzecią klasą, nie akurat z zasady, lecz dlatego, że ta klasa jest tańsza; a komu to się nie podoba, kto kręci nosem na ten ludowy przedział w pociągu, niech sobie wykupi bilet na wagon sypialny albo niech zostanie w domu. Taki jestem surowy. Bo teraz, skoro się już zdecydowałem na tę podróż, należy za pomocą surowości i silnej postawy zbudować i możliwie utrzymać w karbach to awanturnicze przedsięwzięcie; ja też słyszałem o bardziej niebezpiecznych i awanturniczych wyprawach, ale ta zwyczajna, ta śmiesznie prosta, ta trywialna, w podwójnym znaczeniu tego słowa trywialna wycieczka, właśnie ona jest moją podróżą; a ja chcę podróżować właśnie z taką przezornością jak Alain Gerbault8, który w kajaku przeprawił się przez ocean. Jedziemy na Zachód, do krajów starej kultury; na wszelki wypadek zabieram ze sobą mydło, termometr, scyzoryk i najrozmaitsze drobne przedmioty użytkowe, bo w ostatnim czasie dużo czytałem o upadku zachodniego imperium i jestem przepełniony nieufnością. Stąd, z tak daleka, nie potrafię oczywiście nawet przeczuć stopnia upadku; niemniej mam pewne podejrzenia i zabieram także zapasową szczoteczkę do zębów, tak na wszelki wypadek, zwłaszcza taki, gdyby już nie można było tego rodzaju rzeczy dostać w Londynie. Tak, wszystko to przesada, przesada i autoironia, lecz u jej spodu tkwi nieufność, rozczarowanie, przeniknięte zazdrością oczekiwanie. Raz jeszcze obejrzę Zachód – to stanowi sens tej banalnej i awanturniczej podróży; obejrzę go raz jeszcze, na ile się da i z gruntownością, na jaką tylko mnie stać; obejrzę tę znaną, swojską i wspaniałą krainę, jakby na użytek domowy, postaram się sporządzić protokół z oględzin chorego. Bo słyszę, że Zachód jest chory. Wielu z niepokojącym wrzaskiem opowiada o „zmierzchu Europy”. Jakie to szczęście, myślę, że niedawno ponownie przeczytałem Spenglera, przypomniałem sobie charakterystyczne symptomy choroby Europy; ta książka jest dzisiaj o wiele bardziej aktualna, niż była przed dziesięciu laty, kiedy się z nią zetknąłem po raz pierwszy, ta książka jest cholernie aktualna, zawartych w niej informacji nie mogę już negować, jej wnioski są straszne i prawdopodobne. Jadę więc obejrzeć ostatnie dni zachodnioeuropejskiej cywilizacji, myślę; prawdziwe „ostatnie dni”, w spenglerowskim sensie, mogą oznaczać jeszcze nawet wiek czy dwa – morfologowie kultury nie są małostkowi w liczeniu czasu.

Obejrzymy raz jeszcze zachodnie imperium, które ponoć zdycha – będziemy je oglądać gruntownie i wędrować powoli. Czy to nie Spengler pisze, że jedną z charakterystycznych oznak kultury skostniałej w cywilizację jest „panika obejmująca również czas”? I jak trafnie i zręcznie grupuje wszystko, co mówi o tej „panice”! Przywołuje Greków, którzy nie przywiązywali wagi do kalendarza, których zmysł czasu był nierozwinięty i dyletancki i którzy najchętniej odnajdywali się tylko w luźnych perspektywach czasowych powiązanych z olimpiadami. Sam Tukidydes tak mało wiedział o czasie i historii, że zakładał, iż przed jego własną epoką nie wydarzyło się na świecie nic istotnego i godnego wzmianki! Tak lekceważące zapatrywania mieli Grecy na temat czasu. Tak pogardliwie myślała o czasie każda żywa kultura. Żywe kultury unoszą się swobodnie, w nieprzytomności, nic nie jest dla nich „pilne”. Grecy po epoce mykeńskiej w kraju, w którym pełno było kamienia i marmuru, powrócili do budownictwa drewnianego, kolumny doryckie ciosali z drewna, a duch „antyczny” w ogóle wrogo patrzył na wszystko, co liczyło się z czasem i powstawało dla czasu. Żywa kultura unosi się w czasie, tak sądzi Spengler; kultura skostniała w cywilizację myśli w coraz mniejszych jednostkach czasu, a moment osiągnięcia punktu szczytowego to właśnie ta panika! Tak mówi Spengler. Dlatego będziemy podróżować powoli, unikać wszelkiej paniki, bez żadnego zamysłu, włócząc się i gapiąc, przemierzymy krainy zachodniego imperium. To, co można zobaczyć, a dokładniej – to, co w sposób uderzający wystawi się na widok publiczny, temu dobrze się przyjrzymy; ale chętnie przegapimy zachodnie zjawiska, jeśli wygodniej i gruntowniej będziemy mogli zbadać produkty uboczne pierwszorzędnych osobliwości. Minęły już te czasy, w których mogłem podróżować z wiatrem, niczym żak czarodziej9! – myślę. I na wszelki wypadek kupuję na drogę parę sztuk ciepłego ubrania.

Mieszkanie trzeba zamknąć na klucz, a na pożegnanie, ostatniej nocy, nie zaszkodzi raz jeszcze rozejrzeć się wśród jego ścian, bo podczas naszej nieobecności może dojść do pęknięcia rury, trzęsienia ziemi, wojny światowej – i w ogóle nie jest pewne, nawet w perspektywie takiej zwyczajnej, trywialnej podróży nie jest pewne, że w momencie powrotu wszystko znajdziemy tu w domu w takim stanie, w jakim to pozostawiliśmy. Dzisiaj nawet najskromniejsze przedsięwzięcie człowieka obarczone jest tego rodzaju awanturniczymi uwarunkowaniami… Tak, być może i to nie jest całkiem pewne, że powrócimy wtedy i w taki sposób, jak planujemy; a więc za sześć tygodni, akuratnie. Bo to tylko tyle, śmiesznie krótki czas, sześć tygodni włóczęgi pod koniec lata, to wszystko, co wyznacza temu przedsięwzięciu ramy w czasie i przestrzeni; śmieszne jest choćby wspominać o tym… Mimo wszystko – czuję – będę o tym mówić, bo w sposób beznadziejny taką mam naturę. Nie wierzę w „małe” i „wielkie” przeżycia, nie wierzę w to, że podróżować rakietą na Księżyc jest o wiele ciekawsze niż trzecią klasą, na sześć tygodni, na Zachód. Chwila to wieczna, jedyna osobliwość; chwila, która rozpościera przed nami ten świat! Tę chwilę będę się starał, słowami i zaklęciami, nakłonić do trwania. I w niedzielę rano – z naciskiem i po raz ostatni zwracam uwagę czytelnikowi i ostrzegam go po przyjacielsku, bo to jest jeszcze ten moment, w którym może się pożegnać – faktycznie stoimy na dworcu Keleti, przed pośpiesznym do Paryża, z przerażająco wieloma bagażami, drżąc i marznąc, w nastroju jak przed egzekucją, tworzącym atmosferę podróży, wśród bezradnych tragarzy, którzy nie są w stanie wepchnąć do siatki na bagaże akcesoriów tego przedsięwzięcia podróżniczego, z zatruciem nikotyną i niewyspani. Nadchodzą znajomi, panuje duży zgiełk. Dokąd jedziemy? Tylko tu po sąsiedzku, na Zachód, odpowiadamy nerwowo, lecz nie tak, żeby się nie przechwalać. Bo ja już od dwóch lat nie podróżowałem. Zardzewiałem, każde moje słowo skrzypi. Chcę sporządzić protokół z oględzin Zachodu, mówię, bo ponoć „Europa upada”; i w tym zamieszaniu nie jestem w stanie wytłumaczyć tragarzowi, że nie mam ochoty siedzieć aż do Londynu na maszynie do pisania. Jaki hałas! Jaka surowa przygoda! Już jedziemy, to już Góra Gellerta, Dunaj, a to już stacja Kelenföld. Zawrócić już nie wypada. Wszystko, co mamy, wieziemy ze sobą, jak dawni mędrcy, i zapominamy w domu wszystkiego, co będzie nas zakotwiczało i ciągnęło z powrotem: marzenia, języka, sekretu, którym jest dom. No, podróżuj sobie, raz jeszcze! – myślę.

Bo to już nie jest tamto lekkie wskoczenie w podróż, jak czyniła młodość. To nie jest pozbawiony celu i wykonywany z łatwością gest ruszania w drogę, jak w „latach wędrówki”. Ja już nie jestem wolny – nie wiąże mnie człowiek, majątek, obietnica, a jednak jestem związany, w sposób bardziej zagadkowy i nie do oswobodzenia niż ten, kogo przykuwają do domu, do kraju, rodzina, potrzeba i rozmaite dobra. Chleb wciąż jeszcze chyba by się trafił, może i dzisiaj, i w innych miejscach; ale niepotrzebny mi już ten zagraniczny chleb. Niepotrzebne mi nic, co obce, co zabiera mnie z tego tajemniczego, mikroskopijnego obszaru, na który nastawiłem sobie każdy nerw, każde uczucie i każdą myśl. Prawdopodobnie nie mam zadania, całkiem na pewno nie mam powołania; ale to, co mnie interesuje, interesuje mnie już tylko w kraju; u nas muszę przefiltrować, powiększyć, wyretuszować obrazy życia. Wychwytuję tu coś, co obchodzi mnie osobiście. A na dodatek pozostaję w domu cudownie obcy. Żyję pomiędzy dwoma światami, żaden nie akceptuje mnie w pełni, do żadnego nie znam bezwarunkowej drogi. Co mogę uczynić? Trzeba się z tym pogodzić. Jednakże ta ziemia, te wzgórza w krainie rozciągającej się daleko za Dunajem, a tu bliżej – wierzby nad samym jego brzegiem, ta łagodność krajobrazu, smutek pagórków, idylla wysp na tej rzece są dla mnie niewypowiedzianie cenne. Niczego nie nienawidzę tak, jak ckliwej tęsknoty za ojczyzną, niczym nie pogardzam tak, jak wywrzaskiwanym patriotyzmem, zawłaszczającym uczucia wobec tej krainy i opatentowującym swoje własne, wyznawane tak głośno, że to aż budzi podejrzenia; tego rodzaju przywiązanie jest wszak wstydliwe, tak, to najbardziej wstydliwe uczucie ze wszystkich. Lepiej zresztą będzie, jeśli zamilkniemy. Co mam jednak zrobić, skoro obchodzi mnie ta kraina, skoro mnie z nią coś łączy? Jeśli dla mnie tylko ta rzeka, tylko ten las, tylko to cielę jest prawdziwe i tylko ta wierzbina rzeczywista? Co mam począć, skoro znajduję się w takim punkcie, na swój skomplikowany sposób, po wielkich i dalekich podróżach, że nieopodal Komáromu10 robię się niespokojny, muszę podejść do okna, nie potrafię się z tym pogodzić – patrzę na to przepołowione miasto i nie jestem skłonny pogodzić się z takim obrotem spraw. To, co jeszcze wczoraj było dla mnie historią, dzisiaj jest sprawą osobistą. Znam argumenty i kontrargumenty, potrafię z pamięci wyrecytować lekcję, wiem, że jestem i pozostanę tu „obcy”, nie proszę o wybaczenie, o nic nie proszę, nikogo. Jednakże nieopodal Komáromu za każdym razem robię się nerwowy, od kilku lat. To wszystko. No i tak, teraz już i to mamy za sobą; i teraz już możemy podróżować, tak się wlokąc, bez dawnego, lekkiego humoru, a ostrożnie i podejrzliwie, kolejny raz na Zachód.

Podróżujemy z przyjaciółmi, którzy towarzyszą nam do Gasteinu i przejawiają uprzejmość i rycerskość, siedząc z nami w trzeciej klasie; to prawda, na węgierskim odcinku ja też mógłbym się jeszcze wcisnąć do pierwszej klasy, tutaj jestem jeszcze „panem redaktorem” i mam w kieszeni bezpłatny bilet na pierwszą klasę, bo biedna ojczyzna chętnie wspomaga swych wędrownych czeladników intelektu kilkoma dodatkowymi biletami; ale nieopodal Hegyeshalomu posiadacz takiego bezpłatnego biletu musi powlec się ze wspaniałości pierwszej klasy do przynależnych mu realiów trzeciej klasy, a takie wleczenie się z powrotem jest jednak czymś niestosownym i poniżającym. Pozostańmy więc, na stałe, w ramach rzeczywistości; nie ma nic bardziej interesującego niż rzeczywistość. W sąsiednim przedziale podróżują Japończycy. Dawno nie widziałem Japończyków. W ogóle dawno nie widziałem – jak ktoś, kto z długiego ślepienia w półmroku wreszcie, z nagłym zdecydowaniem, wkracza w blask słońca, przecieram oczy i z bolesną wrażliwością, oczami zaognionymi od światła spoglądam wokoło. Japończycy spędzili trzy dni, te określone trzy turystyczne dni w Budapeszcie, a teraz są nad wyraz, tak, niemal nieprzyzwoicie weseli, oglądają mapę, jedzą czekoladę i zaśmiewają się bezustannie. W takim dobrym humorze, tak europejsko pogodnych i nieprzerwanie rżących Japończyków jeszcze w ogóle nie widziałem. W jakimś dziwnym upojeniu na sucho cieszą się z podróży i obcości, a ja staram się sobie wyobrazić, co bym czuł pomiędzy Osaką a Nagasaki, na korytarzu japońskiego wagonu kolejowego trzeciej klasy, po trzech dniach spędzonych turystycznie w Tokio. Najprawdopodobniej coś podobnego, jak oni pomiędzy Komáromem a Győrem. W Japonii z pewnością wstydziliby się tego niegodnego rżenia, ale teraz wszyscy ruszamy po przygodę, a ta europejska przygoda może wcale nie jest dla nich aż tak egzotyczna jak dla mnie, który wedle krwi, koloru skóry oraz wspomnień jestem krewniakiem w tych okolicach. Dawno nie widziałem nie tylko Japończyka, dawno nie widziałem krajobrazu, twarzy człowieka. Wszystko jest całkiem nowe. Od dwóch lat siedzę w Budzie, w swoim pokoju, rozgoryczony, nie w jakiejś „zdrowej” postawie, w kręgu światła zdezelowanej lampy stołowej, niekiedy już czując mdłości od liter, pracy, własnych uwarunkowań życiowych; to zdecydowanie, z jakim wegetuję tam, w domu, w kraju, w moim pokoju, jest takie typowe dla celi skazańców; przenika mnie determinacja, jakbym przed egzekucją szybko chciał jeszcze nauczyć się angielskiego. A teraz nagle ten „surowiec”, znów ten osobliwy materiał, który, gdy jestem w kraju, spostrzegam jedynie w stanie wypreparowanym – tylko z gazet i książek wiem, co się dzieje tam na zewnątrz, za granicą, żywy głos jakoś nie dociera już do mojej osobnej, znajdującej się w kraju jaskini, wszędzie wokoło słyszę tylko nieklarowne szmery, a treść płynących z zagranicy dźwięków jakby się zagubiła gdzieś w fadingu11; to wyrażenie radiowe przypomina mi się teraz być może dlatego, że pociąg przemyka obok metalowych masztów jednej ze stacji nadawczych na prowincji. Ale oto mamy tu teraz świat, znów, jeszcze raz, i ten świat krzyczy. Ogarnia mnie błogie podekscytowanie. Już nawet i z powodu Japończyków warto było wyruszyć w drogę, myślę; latami nie widuję w Budzie Japończyków… Młoda kobieta z małym brzdącem na rękach niespokojnie chodzi tam i z powrotem po korytarzu – chciałaby przynieść z wagonu restauracyjnego ciepłą wodę, bo od zimnej wody jej baby dostaje bólu brzucha. Dziecko jest wesołe i się uśmiecha. Mama i syn są ubrudzeni, mili, dość obszarpani i mają cielęce oczy. Jadą do Paryża, powiada mama; tak z początkiem sezonu zawsze podróżują do Paryża… Z początkiem sezonu? Tak, z początkiem sezonu futrzarskiego. Bo są rozmaite sezony, a tata tego półtorarocznego, ubrudzonego dziecka jest kuśnierzem w Paryżu; przedtem pracował w fabryce Peugeota, ale obecnie nie ma dla cudzoziemców pracy w fabrykach; tata jest zawodowym kuśnierzem, więc na początku jesieni ma dużo zajęć, może wtedy sprowadzić za granicę żonę, a teraz oczywiście także synka. „W tym roku w ogóle jeszcze go nie widział” – mówi gapowata i wylewna mama, która pomiędzy sezonami jest służącą do wszystkiego w Pesterzsébecie12. W jej zmysłowych i rześkich ustach to słowo „sezon” brzmi osobliwie głucho – dla niej nie oznacza ono otwarcia teatrów, ona nie rusza do Paryża nakupić sobie modnych jesiennych i zimowych ubrań. A wraz z końcem sezonu, tak w połowie lutego, powróci do swoich państwa w Pesterzsébecie – o, już od dawna tak żyją, na przemian to w Paryżu, to w Pesterzsébecie, jak wymaga tego sezon, w takiej dziwnej, wypaczonej i cierpkiej światowości. Chłopczyk urodził się w Paryżu. O, ty bohaterze powieści! – myślę. „Jest Francuzem?” – pytam. „Jeszcze nie – odpowiada mama – ale może nim zostać, w wieku dwudziestu jeden lat może zdecydować, czy chce być Francuzem”. Jego ojciec to Węgier znad Cisy, a mama pochodzi z Torontálu13. Narodowość dziecka jest na razie niepewna; powiedzmy, że europejska… On jest pierwszym „Europejczykiem”, którego widzę twarzą w twarz. Pierwszy Europejczyk ma bóle brzucha i kwili. Mama przyciska go do piersi, ona sama też mówi dziecięcym, melodyjnym głosem, patrzę na jej mięsiste, drżące w zapomnieniu usta, świeci słońce, leniwie zmysłowe ciało młodej kobiety przeciąga się w promieniach słonecznych. Tak podróżujemy ku paryskiemu sezonowi… Bardzo mi się podoba. Są takie niematerialne, sekundowe przygody, kiedy z gęstwy życia wynurza się jakaś twarz, z mroku rozbłyska spojrzenie i nieświadomie przekazuje jakąś wiadomość… nie jest najgorsza tego rodzaju przygoda, myślę. Istnieje też jakaś niezręczna i zarazem niewinna kolejowa zmysłowość, czy państwo to już zauważyli? Kobiety, na które nie spojrzałbyś na stałym lądzie – bo ten krajobraz za oknem, ze swoimi domami i prawami, to terra ferma, a my tutaj, na tym chwiejnym korytarzu pociągu, zostaliśmy wyjęci na moment czy dwa spod obowiązków i etykiety! – kobiety, mówię, które na wielkomiejskiej ulicy mijamy, nie rzuciwszy na nie okiem, w przedziale kolejowym zmieniają się naraz w osobowości płciowe; proszę, niech państwo nie myślą o niczym złym! Podróżujący nie jest już w domu, a jeszcze nie przybył na miejsce nowych obowiązków, przemieszcza się z prędkością osiemdziesięciu kilometrów na godzinę pomiędzy dwoma punktami życia, przez chwilę i parę kilometrów wszystko jest w nim swobodne, spojrzenia są bardziej wyostrzone, wspomnienia domu oraz tamtejsze umowy – mniej klarowne i zobowiązujące: to wszystko. Przy Bánhidzie14 już nie pozdrawiaj! – myślę z roztargnieniem, bo przypomina mi się Heine. Wszystko to zewnętrznie jest naturalnie całkowicie stosowne i niewinne; wywołać to mogła prędkość pociągu elektrycznego, to lekkie odurzenie podróżą. Już i minęło, już wróciły mi maniery, jestem wielkoduszny i towarzyski. Ale proszę, proszę, podróżuje z nami, również w tym pociągu, diabeł. Człapię z powrotem do przedziału.

Będziemy przekraczać wiele granic, a pierwszą już właśnie minęliśmy, po odpowiednich i koniecznych badaniach i kontrolach, które są naprawdę uprzejme; egzaminują mnie znakomicie wyszkoleni funkcjonariusze, w dosłownym znaczeniu tych słów: dłońmi w rękawiczkach, konwersacyjnym tonem; ale po egzaminie czuję się mimo wszystko tak, jakby kiedyś gdzieś, w Europie, ktoś ukradł srebrną łyżkę, a teraz poszukują tej łyżki również u mnie. Przekroczymy granice pięciu państw, nim dotrzemy do końcowego celu naszej podróży, pięć europejskich krajów dłońmi w rękawiczkach będzie grzebać w naszych najbardziej intymnych przedmiotach, mają prawo wiedzieć, czy nocą nosimy koszulę czy piżamę, mogą zajrzeć do mojego portfela, i szczerząc zęby, mogą sobie pooglądać pośród banknotów moje pomięte, niezrozumiałe fetysze, urywek listu, fioletową jedwabną wstążkę15, fenicką monetę – przedmioty będące trochę kabałą, a trochę odpadkami, których nawet ja sam nie mam odwagi gruntownie przebadać… i powoli przygotowuję się do życia w podróży. Nie możemy się skarżyć, wszędzie są bardzo uprzejmi. Ale to, co moje, przestaje być całkiem moje – nie tylko przedmioty, także moje myśli i przekonania nie są już w pełni moje. Gdzie będziemy przejeżdżać, tam przyjmie nas nieufność – co przywozimy w sekretnych przegródkach duszy, jakiego rodzaju przekonanie, w jakiego Boga wierzymy, do jakiej rasy ludzkiej przystaliśmy, co myślimy, gdy jesteśmy sami: o prawie, o prawdzie, o polityce i o władzy? Wszystko chcą wiedzieć; także to, czego nawet ja sam nie wiem o sobie w sposób całkowicie pewny… Przypomina mi się spojrzenie ludzi z Home Office i Scotland Yardu w portach na wyspie, ta potakująca głową, uśmiechnięta, uprzejma inkwizycja, która badawczo zagląda pod skórę każdej rasy białego i kolorowego świata… Co przywozisz? Czy jesteś pożądany czy nie? Będziemy przejeżdżać przez pięć państw i na granicy pięciu państw będziemy musieli przekonać się o tym, czy Europa jeszcze istnieje, czy rzeczywiście rozpadła się już na części składowe. Na próżno krzyczymy aż do zdarcia gardeł, kilku pisarzy, kilku polityków, paru romantycznych wróżbitów, że Europa istnieje i upadnie jako całość! – inny jest interes historyczny, a inny interes chwili. Tak, to już Wiedeń. Na wszelki wypadek kupujemy austriackie papierosy.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Göd – miejscowość wypoczynkowa i uzdrowiskowa niedaleko Budapesztu. [wróć]

Robert Edwin Peary (1856–1920) – amerykański zdobywca bieguna północnego, badacz polarny, kontradmirał. [wróć]

Dzielnica Krystyny, jedna z centralnych dzielnic Budapesztu. [wróć]

Horváth-kert (węg.) – dosłownie: Ogród Horvátha, niewielki park przy Krisztina körút. W języku węgierskim małe parki, skwery nazywa się ogrodami. [wróć]

Theodor Fontane (1819–1898) – niemiecki farmaceuta, pisarz. W pochodzącym z 1873 roku eseju Modernes Reisen (Nowoczesne podróżowanie) przestrzegał przed konsekwencjami masowej turystyki, por. https://www.welt.de/print/die_welt/reise/article204618256/TheodorFontane-Findet-der-Mensch-das-erhoffte-Glueck-auf-Reisen.html (dostęp 24.08.2024). [wróć]

Chodzi o głośny proces wytoczony Máraiemu po ukazaniu się Wyznań patrycjusza – pisarz zawarł ugodę z powodem, którym był jego niegdysiejszy nauczyciel domowy György Stumpf, niemniej musiał zapłacić grzywnę w wysokości 1000 pengő oraz wprowadzić pewne zmiany w powieści, dlatego pełną jej wersję opublikowano na Węgrzech (oprócz pierwszych dwóch wydań, które wyszły przed zakończeniem procesu) dopiero w 2013 roku. Zmodyfikowane w 1878 roku prawo karne w zakresie czynów polegających na podburzaniu, podżeganiu przeciwko wspólnocie obejmowało już nie tylko prasę, lecz wszelkie teksty upublicznione w formie ustnej bądź pisemnej, a zatem również przemowy wygłaszane na wiecach oraz wydane książki. [wróć]

Keleti expressz (węg.) – nazwa pociągu poruszającego się pierwotnie po torach kolei austriackich na węgierskim odcinku trasy Orient Expressu z Paryża do Warny, w początkowym okresie istnienia tego połączenia, czyli w latach 1883–1888. [wróć]

Alain Gerbault (1893–1941) – francuski badacz Polinezji, żeglarz, w latach 1923–1929 odbył samotny rejs dookoła świata. [wróć]

Garabonciás (węg.) – czarodziej z mitologii węgierskiej, często odwzorowywany jako żak wędrujący w wyświechtanej pelerynie, zdolny do wywoływania burzy i wichru, a także wszelkiego nieporządku; w przenośni: niespokojny, czepliwy, wywołujący problemy chłopak; w niepoprawnym użyciu: wędrujący student. [wróć]

To usytuowane po dwóch stronach Dunaju miasto do roku 1920, a potem także w latach 1938–1945, należało w całości do Węgier. W latach 1920–1938 druga jego część – Komárno – znalazła się na terytorium Słowacji i tak jest również dzisiaj. [wróć]

Tu: zanikanie, wahania głosu stacji radiowych (ang.). [wróć]

Pesterzsébet – dziś peryferyjna dzielnica Budapesztu, wówczas odrębne miasto. [wróć]

Torontál – komitat w południowej części historycznego Królestwa Węgier. Po traktacie Trianon tylko niewielką część tego obszaru przyznano Węgrom. Obecnie dzielą się tymi terenami Węgry, Serbia i Rumunia. [wróć]

Bánhida – najstarsza część miasta Tatabánya, położonego w odległości ok. 60 km na północny-zachód od Budapesztu. [wróć]

Zagadkowa fioletowa wstążka pojawi się też w wydanej w 1941 roku powieści Ta prawdziwa. [wróć]

Okładkę i kartę tytułową projektowała Maria Drabecka

Redaktor prowadzący: Anna Rucińska Redaktor: Milena Schefs Korektor: Michał Gołębiewski

Wydanie I elektroniczne

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela jest zabronione.

Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik” ul. Wiejska 12a, 00-490 Warszawawww.czytelnik.pl tel.: 22 583 14 07, e-mail: [email protected]

© Copyright for the Polish translation by Irena Makarewicz, 2026 © Copyright for the Polish edition by Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik”, Warszawa 2026

ISBN 978-83-07-03703-5