Pastwiska Niebieskie, Złota Czara, Nieznanemu bogu - John Steinbeck - ebook

Pastwiska Niebieskie, Złota Czara, Nieznanemu bogu ebook

John Steinbeck

4,3

Opis

Kolejne znakomite powieści jednego z najwybitniejszych amerykańskich pisarzy.

W „Nieznanemu bogu” i „Pastwiskach Niebieskich” powraca temat dwudziestowiecznej Kalifornii i jej mieszkańców – farmerów, którzy poszukują swojego miejsca w świecie, własnego kawałka ziemi, mierząc się z lękami i namiętnościami.

„Złota Czara” natomiast to historia młodzieńca, który zafascynowany opowieściami o podróżach, przygodach i bogactwie, postanawia opuścić rodzinny dom i zostać korsarzem. Pewny siebie, z mnóstwem pomysłów, lecz bez doświadczenia, zaciąga się na statek płynący do Indii. Oszukany, trafia w końcu na Barbados, gdzie jako niewolnik planuje swoją dalszą przyszłość. Za wszelką cenę pragnie zostać pierwszym, który posiądzie tajemniczą piękność, La Santa Roja, i podbije opływającą w złoto i inne kosztowności Panamę, tytułową Złotą Czarę.

John Steinbeck (1902–1968) – amerykański powieściopisarz, laureat literackiej Nagrody Nobla 1962 za „realistyczny i poetycki dar, połączony z subtelnym humorem i ostrym widzeniem spraw społecznych". Jego najbardziej znane powieści to „Grona gniewu”, „Myszy i ludzie” i „Na wschód od Edenu”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 860

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Tytuły oryginałów

THE PASTURES OF HEAVEN

CUP OF GOLD

TO A GOD UNKNOWN

Copyright © John Steinbeck, 1932 / The Pastures of Heaven

Copyright © John Steinbeck, 1929 / Cup of Gold

Copyright © John Steinbeck, 1933 / Ta a God Unknown

All rights reserved

Projekt okładki

Olga Reszelska

Zdjęcie na okładce

© David Hirst /Trevillion Images

Redaktor prowadzący

Katarzyna Rudzka

Korekta

Michał Załuska

ISBN 978-83-7839-853-0

Warszawa 2013

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Rozdział 1

Gdy około roku 1776 budowano kościół misyjny w Carmel, w Alta California, dwudziestu nawróconych Indian porzuciło w ciągu jednej nocy świeżo przyjętą wiarę i rankiem już ich szałasy były puste. Poza tym że stanowiło to zły precedens, ta mała schizma opóźniła pracę przy wydobywaniu gliny, z której lepiono suszoną w słońcu cegłę.

W wyniku krótkiej narady miejscowych władz kościelnych i świeckich, wysłano pod dowództwem hiszpańskiego kaprala oddział jezdnych, z zadaniem przywrócenia zbłąkanych owieczek na łono Matki Kościoła. Niełatwa to była sprawa; należało przetrząsnąć całą dolinę Carmel i leżące na jej krańcu wzgórza. Zbiegli dysydenci okazali się mistrzami diabelskiej sztuki zwodzenia i mylenia śladów. Dopiero po tygodniu poszukiwań znaleziono ich wporosłym paprocią kanionie, na którego dnie płynął strumień. Dwudziestu zbiegłych heretyków oddawało się niezwykle gorszącemu zajęciu: spali głęboko, w pozycjach niedbałych, jakby nic ich na świecie nie obchodziło.

Łatwo dali się schwytaćrozwścieczonym żołnierzom, którzy nie zwracając uwagi na ich wycia, powiązali zbiegów długim łańcuchem. I cała kolumna zawróciła w kierunku Carmel, aby dać nieszczęsnym neofitom możność odbycia pokuty w kopalni gliny.

Któregoś popołudnia, w czasie drogi powrotnej, mała sarenka wyrwała się nagle spod końskich kopyt i znikła za grzbietem wzgórza. Dowodzący wyprawą kapral puścił się za nią w pogoń. Jego ciężki koń, potykając się i ześlizgując, z trudem wspinał się po stromym stoku wzgórza. Krzaki manzanity sięgały ostrymi pazurami do twarzy kaprala, ale on parł naprzód w pogoni za swoim obiadem. W kilka minut był już na szczycie wzgórza i tam wstrzymał nagle konia porażony pięknem tego, co zobaczył: u jego stóp leżała długa dolina wyścielona zielonym pastwiskiem, na którym stadko saren spokojnie skubało trawę. Wspaniałe dęby wyrastały prosto w niebo z jej pięknych łąk, ze wszystkich stron otulały ją wzgórza, kryjąc zazdrośnie i chroniąc przed mgłą i deszczem.

Srogi, służbisty kapral poczuł się mały i słaby wobec tak niepokalanego piękna. On, którego bicz nieraz smagał brązowe plecy Indian, którego drapieżna męskość tworzyła nową w Kalifornii rasę, ten brodaty barbarzyński wysłannik cywilizacji zsunął się z siodła i zdjął stalowy hełm.

– Matko Najświętsza! – wyszeptał. – Toż to Pastwiska Niebieskie, do których nas wiedzie nasz Pan!

Jego potomkowie są już teraz prawie biali. Możemy jedynie odtworzyć sobie święte wzruszenie odkrywcy, jakie nim wówczas owładnęło, ale do dziś przetrwała nazwa, którą nadał owej pełnej słodyczy, ukrytej wśród wzgórz dolinie. Do dziś miejsce to znane jest jako Las Pasturas del Cielo.

Przez jakieś niedopatrzenie na dworze królewskim ten skrawek ziemi nigdy nie był przedmiotem aktu darowizny. Żaden hiszpański szlachcic nie stał się jego właścicielem, w zamian za pożyczenie swych pieniędzy lub żony. Przez długi czas leżał zapomniany wśród obejmujących go wzgórz. Ów hiszpański kapral zamierzał tam wrócić. Jak wielu gwałtownych ludzi marzył w momentach sentymentalnej zadumy, aby zaznać przed śmiercią trochę spokoju, tęsknił do stojącego nad strumieniem domu z niewypalonej cegły, o który ocierałoby się nocą jego własne stado.

Jakaś Indianka obdarzyła go ospą i gdy twarz pokryły mu wrzody, koledzy zamknęli go w starej stodole, aby zapobiec szerzeniu się zarazy, i tam umarł w spokoju, bo ospa, choć odrażająca dla oka, nie jest złym towarzyszem temu, kogo dotknie.

Upłynęło dużo czasu, nim kilka rodzin osiedliło się w Pastwiskach Niebieskich, zaczęło stawiać graniczne płoty i sadzić owocowe drzewa. A że była to ziemia niczyja, więc kłócono się o jej posiadanie. Po stu latach żyło tam dwadzieścia rodzin, na dwudziestu małych farmach. W środku stanął sklep i poczta, a nad strumieniem, o pół mili dalej – porżnięty scyzorykami i upstrzony inicjałami budynek szkolny.

Ludzie żyli tu w pokoju i zamożności. Ziemia była bogata, łatwa do uprawy, owoce z ich sadów najlepsze spośród wszystkich, jakie dojrzewały w centralnej Kalifornii.

Rozdział 2

Ludzie z Pastwisk uważali, że farma Battle’ów jest przeklęta, a dzieci – że tam straszy. Jej ziemia była żyzna i nawodniona, ale nikogo w dolinie to nie kusiło, nikt nie chciał tam zamieszkać, bo ziemia i domy, o które ktoś kiedyś dbał, których doglądał i kochał, a w końcu opuścił, zawsze wydają się nasiąkłe smutkiem i grozą. Ciemniejsze są drzewa rosnące przy opuszczonym domostwie i tajemniczy jest kształt cienia, jaki rzucają na ziemię.

Już pięć lat farma Battle’ów stała pusta. Nieposkromione, pełne energii chwasty, nie bojąc się motyki, wyrosły silne jak krzewy. W sadzie drzewa owocowe splatały się gałęziami ze sobą, stały się mocne i sękate. I rodziły więcej niż dawniej owoców, tylko że drobniejszych. Gąszcz głogów obrósł ich wystające korzenie i połykał strącony wiatrem owoc.

Sam dom – kwadratowy, mocno zbudowany, piętrowy – był ładny i wyglądał godnie, dopóki go stale bielono, ale jego późniejsze, niezwykłe dzieje nadały mu piętno trudnej do zniesienia samotności. Krzewiące się zielsko wypaczyło deski ganków, ściany zmurszały od słot. Mali chłopcy, ci chorążowie czasu w jego wojennej kampanii przeciw dziełom rąk ludzkich, wytłukli wszystkie szyby i wyciągnęli z wnętrza to, co mogli. Chłopcy zawsze uważają, że wszystko, co tylko da się poruszyć i nie stanowi niczyjej własności, może się przydać do jakiegoś radosnego celu. Wypatroszyli wnętrze domu, wypełnili studnie rozmaitymi odpadkami i całkiem niechcący spalili do cna stodołę, na której strychu kurzyli w sekrecie tytoń. Pożar przypisano włóczącym się po okolicy trampom.

Opuszczona farma znajdowała się prawie w samym środku wąskiej doliny. Przylegały do niej najlepsze i najzamożniejsze gospodarstwa na całych Pastwiskach. Była ciemną, porosłą zielskiem plamą pośród starannie uprawianych, zadowolonych ze swego losu kawałków gruntu. Mieszkańcy doliny uważali opuszczoną farmę za siedlisko niepokojącego zła, gdyż miały tam miejsce dwa wydarzenia: jedno straszne, a drugie owiane nieprzeniknioną tajemnicą.

Na farmie przeżyły dwa pokolenia Battle’ów. George Battle wyruszył na Zachód ze stanu Nowy Jork w roku 1863; kiedy osiedlił się tutaj, był jeszcze całkiem młody, w wieku poborowym. Matka zaopatrzyła go w pieniądze na kupno farmy i na budowę tego dużego kwadratowego domu, a gdy dom był gotów, George Battle chciał ją sprowadzić, żeby z nim zamieszkała. Staruszka, która całe życie wyobrażała sobie, że wszechświat kończy się dziesięć mil za jej wioską, ruszyła w daleką podróż. Po drodze widziała wiele mitycznych miejsc: Nowy Jork, Rio i Buenos Aires. Umarła na morzu niedaleko wybrzeży Patagonii. Marynarze pogrzebali ją w szarym oceanie, w trumnie z żaglowego płótna, z trzema ogniwami kotwicznego łańcucha między stopami. A tak pragnęła licznego towarzystwa na swym wiejskim cmentarzyku!

George Battle zaczął oglądać się za kobietą, która stanowiłaby dobrą lokatę dla jego majątku. Znalazł sobie w Salinas Myrtle Cameron, trzydziestopięcioletnią starą pannę z niewielkim kapitalikiem. Myrtle uchowała się w stanie panieńskim, gdyż objawiała pewne skłonności do epilepsji, choroby zwanej podówczas drgawkami i ogólnie przypisywanej niechęci ze strony Boga do osoby nią dotkniętej. George’owi nie przeszkadzała epilepsja. Wiedział, że człowiek nie zawsze może mieć wszystko, czego pragnie. Myrtle została jego żoną, urodziła mu syna i potem dwukrotnie usiłowała podpalić mężowski dom, więc zamknięto ją w małym prywatnym więzieniu w San Jose, zwanym Sanatorium Lippmana. Resztę swej egzystencji spędziła na wyszywaniu bawełnianymi nićmi scen z życia Chrystusa.

Później w obszernym domu na farmie Battle’ów zarządzało po kolei kilka skwaszonych gospodyń w rodzaju tych, jakie ogłaszają się w gazetach: „Wdowa, 45, szuka pracy jako gospodyni na farmie. Dobrze gotuje. Cel matr.”. Nastawały jedna po drugiej, zrazu pełne słodyczy i smutku, póki nie zwietrzyły istnienia Myrtle. Wówczas czuły się jakby zgwałcone, miotały się po całym domu i rzucały wściekłe spojrzenia.

George Battle w wieku pięćdziesięciu lat był już starcem; przygarbiony pracą, gardził przyjemnościami i stale chodził ponury. Nie odrywał oczu od ziemi, którą tak cierpliwie uprawiał. Miał dłonie twarde, sczerniałe i spękane jak stopy niedźwiedzia. Lecz jego farma była piękna. Drzewa w sadzie, jedno w drugie, zadbane i wypieszczone. Warzywa, w równych pod sznurek grządkach, zawsze świeże i zielone. George dbał o swój dom i założył przed nim kwiatowy ogródek. Górne piętro nigdy nie było zamieszkałe. Farma ta była poematem prostego człowieka. Cierpliwie szykował wszystko na zjawienie się swojej Julii. I chociaż Julia nigdy nie przyszła, dla niej pielęgnował swój ogród i na nią czekał.

Jego syn dorastał, ale George mało mu poświęcał uwagi w ciągu tych lat. Ważne były tylko drzewa i grządki. I kiedy John odjechał krytym wozem na pracę misyjną, George niemal tego nie zauważył. Harował dalej, z każdym rokiem bardziej pochylony ku swojej ziemi. Sąsiedzi rzadko z nim rozmawiali, bo nie słuchał tego, co mówią. Palce jego dłoni były zawsze zagięte, stały się imadłami, do których szczelnie pasowały trzony narzędzi rolniczych. Umarł, mając sześćdziesiąt pięć lat, ze starości i kaszlu.

John Battle wrócił swym wozem, by objąć w posiadanie ojcowską farmę. Po matce odziedziczył zarówno epilepsję, jak i obłęd religijny. Życie swoje poświęcił walce z diabłem. Jeździł po religijnych zebraniach, miotał się, wymachiwał rękoma, przyzywał diabły, potem je przeklinał i egzorcyzmował, gromiąc wcielone zło. Gdy wrócił do domu, dalej z nimi walczył. Równe grządki warzyw przez jakiś czas same się rozsiewały, jeszcze parę razy z własnej woli obrodziły i wreszcie poddały się chwastom. Farma ustępowała placu naturze, złe duchy stawały się coraz mocniejsze i coraz bardziej dokuczliwe.

John Battle, żeby się bronić przed nimi, ponaszywał białą nicią małe krzyżyki na swym ubraniu i kapeluszu; tak opancerzony ruszał w bój z czarnym legionem. O zmierzchu myszkował po farmie uzbrojony w ciężki kij. Szarżował na zarośla, grzmocił je, złorzeczył, dopóki nie wygnał demonów z kryjówek. W nocy czołgał się przez gąszcze, w których czaiły się całe parafie diabłów, nieustraszenie nacierał na nie, bijąc kijem gdzie popadło. Gdy wstawał świt, szedł do domu i kładł się spać, bo diabły nie działają w świetle dnia.

Pewnego razu, gdy zmierzch już zaczynał gęstnieć, John skradał się do krzaku bzu, który rósł w jego obejściu. Wiedział, że tam właśnie odbywa się tajne zebranie złych duchów. Kiedy już był tak blisko, że nie mogły mu się wymknąć, skoczył nagle, tłukąc kijem i miotając przekleństwa. Zbudzony uderzeniami kija wąż zagrzechotał sennie i uniósł płaski, mocny łeb. John opuścił kij i zadrżał, bo przerażający jest suchy i ostry, ostrzegawczy syk jadowitego węża. Padł na kolana i modlił się przez chwilę. Nagle otrząsnął się i krzycząc: „To jest piekielny wąż! Precz, zły duchu!”, skoczył na niego i chwycił palcami. Wąż ukąsił go trzykrotnie w gardło, którego nie chroniły białe krzyżyki. John przestał walczyć i w kilka minut umarł.

Sąsiedzi znaleźli go dopiero, gdy zaczęły zlatywać się sępy, a to, co ujrzeli, napełniło ich lękiem i odrazą do tego miejsca.

Przez dziesięć lat farma Battle’ów leżała odłogiem. Dzieci mówiły, że tam straszy, i nocą zakradały się do opuszczonego domu, by zaznać uczucia lęku. Budził grozę ten stary, opuszczony dom z pustymi oknami. Biała farba długimi płatami odpadała ze ścian, gonty na dachu wypaczyły się i zmierzwiły, ziemia zdziczała. Farma przeszła w ręce dalekiego krewnego Battle’ów, który nigdy się na niej nie zjawił.

W roku 1921 stała się własnością Mustroviców. Ich przybycie było nagłe i tajemnicze. Po prostu zjawili się pewnego ranka – stary człowiek i jego żona, dwa szkielety obciągnięte żółtą, błyszczącą skórą, ciasno przylegającą do szeroko rozstawionych kości policzkowych. Nie umieli po angielsku, tylko ich syn mógł porozumieć się z resztą mieszkańców doliny. Był wysoki, miał także szerokie kości policzkowe, jego szorstkie, przycięte krótko czarne włosy zarastały niskie czoło, ciemne łagodne oczy patrzyły ponuro. Mówił po angielsku z obcym akcentem i odzywał się tylko wtedy, kiedy czegoś potrzebował.

Ludzie w sklepie delikatnie go wypytywali, ale niewiele mogli wskórać.

– Zawsze zdawało nam się, że tam straszy na waszej farmie. Widzieliście już jakie duchy? – pytał T. B. Allen, właściciel sklepu.

– Nie – rzekł młody Mustrovic.

– To dobra farma. Tylko trzeba wypielić chwasty.

Mustrovic odwrócił się i wyszedł ze sklepu.

– Coś w tym jest – zauważył Allen. – Każdy, kto tam mieszka, jest taki małomówny.

Rzadko widywano starych Mustroviców, ale młody pracował na farmie cały boży dzień. Sam, własnymi rękoma, oczyścił ziemię z zielska i obsiał ją, poprzycinał drzewa owocowe i pobielił je wapnem. Pracował z gorączkowym pośpiechem, robota mu się w ręku paliła; na twarzy zawsze miał jakby wyraz nadziei, że może czas się zatrzyma, nim przyjdzie pora zbiorów.

Cała rodzina mieszkała i spała w kuchni. Pokoje stały puste i zamknięte, nie wstawili szyb. Szpary w oknach kuchni zalepili lepem na muchy. Nie pomalowali murów, nie dbali o stary dom, ale zapamiętały trud młodego Mustrovica nie poszedł na marne, gleba znowu pięknie rodziła. Całe dwa lata pracował jak niewolnik. O szarym świcie wychodził z domu i wracał, gdy gęstniał już wieczorny mrok.

Pewnego ranka Pat Humbert zauważył po drodze do sklepu, że z komina domu Battle’ów nie unosi się dym.

– To miejsce wygląda jak opuszczone – rzekł do Allena. – Co prawda nigdy tam nie było widać nikogo prócz tego młodego, ale coś w tym jest. Jakby znowu tam nikt nie mieszkał.

Przez trzy dni sąsiedzi patrzyli na komin z ukrytym lękiem. Nie chcieli bliżej zbadać, co się stało, bo mogliby się tylko wygłupić. Jednak czwartego dnia Pat Humbert, T. B. Allen i John Whiteside wybrali się na farmę. Ich kroki szeleściły w ciszy. John Whiteside zapukał do kuchennych drzwi. Nikt się wewnątrz nie poruszył i nie odezwał, więc nacisnął klamkę. Drzwi otworzyły się. Kuchnia była sprzątnięta i czysta, stół nakryty; stały na nim miski z owsianką, smażone jajka na talerzach, pokrajany na kromki chleb. Jedzenie pokryte już było lekką pleśnią. Kilka much latało leniwie w słońcu wchodzącym przez otwarte drzwi. Pat Humbert zawołał:

– Jest tu kto? – i poczuł się głupio.

Przeszukali cały dom; był pusty. Nie było w nim nawet mebli, tyle co w kuchni. Na całej farmie nie znaleźli nikogo – opuszczono ją nagle, w jednej chwili.

Zawiadomili szeryfa, ale i on niczego nie wykrył.

Mustrovicowie kupili farmę za gotówkę. Opuścili ją, nie zostawiając żadnego śladu. Nikt nie widział, jak odjeżdżali, nikt już ich nigdy nie spotkał. W okolicy nie popełniono w tym czasie żadnej zbrodni, w którą mogliby być zamieszani. Po prostu pewnego ranka, gdy właśnie zabierali się do śniadania, nagle znikli. Wiele, wiele razy omawiano w sklepie ten wypadek, ale nikt nie był w stanie wytłumaczyć, co się wtedy mogło stać.

Ziemia na farmie znowu zarosła chwastami, dzikie wino znów oplotło gałęzie owocowych drzew. Farma dziczała szybko, jakby sobie dobrze przyswoiła poprzednie doświadczenia. Kupiła ją Spółka Ziemska w Monterey za sumę równą zaległym podatkom, a ludzie z Pastwisk Niebieskich, choć nie zawsze się do tego przyznawali, byli przekonani, że nad farmą Battle’ów ciąży jakaś klątwa.

„Dobra tam ziemia – mówiono – ale nie chciałbym jej mieć, choćby darmo dawali. Nie wiem co, ale coś dziwnego jest w tej farmie. Gdyby ktoś twierdził, że tam straszy, to można by nawet uwierzyć”.

Przyjemnym dreszczykiem sensacji powitano w Pastwiskach wieść, że na starej farmie Battle’ów znowu ktoś się zamierza osiedlić. Plotkę tę przyniósł do sklepu Pat Humbert, który widział samochody stojące przed opuszczonym domem, T. B. Allen zaś szeroko rozgłosił całą historię. Allen wyimaginował sobie, jak musiały wyglądać okoliczności zakupienia farmy przez nowych właścicieli, i zwierzał się z tego swoim klientom, zawsze zaczynając od słowa „powiadają”.

– Powiadają – mówił – że gość, który kupił farmę Battle’ów, to taki, co specjalnie szuka duchów, żeby o nich pisać.

Owo „powiadają” chroniło Allena przed odpowiedzialnością. Używał tego słowa, jak dziennikarze używają zwrotu „rzekomo”.

Zanim Bert Munroe objął w posiadanie swój nowy nabytek, już kursowało o nim w Pastwiskach mnóstwo różnych opowieści. Zaraz po przybyciu zorientował się, że jego nowi sąsiedzi bacznie go obserwują, ale nigdy nie mógł ich na tym przyłapać. Skryte podpatrywanie innych jest sztuką wysoko rozwiniętą wśród wiejskich ludzi. Widzą dokładnie najdrobniejsze szczegóły i fotografują w pamięci ubiór, kolor oczu, kształt nosa, aby w końcu sprowadzić wszystko, co zaobserwują, do trzech czy czterech przymiotników; a cały czas człowiek żyje w złudzeniu, że w ogóle nie zauważyli jego obecności.

Bert Munroe, zaraz po nabyciu farmy Battle’ów, zabrał się do roboty w jej zachwaszczonym obejściu, podczas gdy stolarze i cieśle szykowali mu stary dom. Wyciągnięto na podwórze i spalono meble. Burzono wewnętrzne ściany i ustawiano nowe. Wszystkie pokoje wylepiono świeżą tapetą, ułożono dach z azbestowej dachówki. W końcu cały dom wymalowano na jasnożółty kolor.

Bert własnymi rękoma ściął dzikie wino i drzewa rosnące na podwórzu, żeby dopuścić więcej światła. W ciągu trzech tygodni dom stracił wszelkie cechy opuszczenia i zaniedbania, przestał być stary i nawiedzany przez duchy. Szereg genialnych posunięć nowego właściciela sprawił, że stał się podobny do tysięcy innych wiejskich domów na Zachodzie.

Gdy tylko wyschła farba, przywieziono nowe meble – głębokie, miękkie fotele, sofę, emaliowany piec i żelazne łóżka pomalowane tak, żeby wyglądały jak z drewna, i kupione z gwarancją, że miękkość ich materacy obliczono z matematyczną ścisłością. Przywieziono lustra w ozdobnych ramach, fabryczne dywany imitujące wschodnie i reprodukcje obrazów nowoczesnego malarza, który spopularyzował kolor niebieski.

Razem z meblami przybyła pani Munroe i troje młodych Munroe. Pani Munroe była pulchną kobietą; nosiła pince-nez na długiej, wąskiej wstążeczce. Była dobrą panią domu. Długo kazała przestawiać meble, ale jak już raz który stanął gdzie trzeba, jak już raz dobrze mu się przyjrzała skupionym wzrokiem i pochyliła z uznaniem głowę, to wiadomo było, że mebel ten będzie zawsze stał w tym samym miejscu i że się go nie ruszy – chyba tylko przy sprzątaniu.

Jej córka Mae była ładną dziewczyną o świeżych ustach i krągłych, gładkich policzkach. Miała kształtną figurę, ale pod brodą rysowała się już łagodnie wygięta linia zapowiadająca, że w przyszłości będzie pulchna jak matka. Oczy Mae patrzyły szczerze i przyjaźnie, były niezbyt inteligentne, ale i nie bezmyślne. Nie ulegało wątpliwości, że Mae niedostrzegalnie stanie się z czasem sobowtórem matki – dobrą gospodynią, matką zdrowych dzieci, wierną żoną, nieskarżącą się na los.

Reszta w pełnej wersji

Rozdział 3

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 4

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 5

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 6

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 7

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 8

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 9

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 10

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 11

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 12

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 1

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 2

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 3

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 4

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 5

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 1

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 2

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 3

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 4

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 5

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 6

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 7

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 8

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 9

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 10

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 11

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 12

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 13

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 14

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 15

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 16

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 17

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 18

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 19

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 20

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 21

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 22

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 23

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 24

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 25

Dostępne w pełnej wersji

Rozdział 26

Dostępne w pełnej wersji