Pani Bovary - Gustave Flaubert - ebook + książka

Pani Bovary ebook

Gustave Flaubert

4,2

Opis

Najwybitniejsza powieść francuskiego mistrza realizmu. Gustave Flaubert kreśli wielowymiarowy portret kobiety rozpaczliwie próbującej uciec od szarej rzeczywistości w świat romantycznych uniesień.

Emma dzieciństwo spędziła w klasztorze. Wtedy też przeczytała powieści, które rozbudziły w niej pragnienie innego życia w lepszym, bogatszym świecie. Choć Karol Bovary nie jest idealnym kandydatem, z małżeństwem z nim Emma wiąże spore nadzieje. Szybko jednak przeżywa gorzkie rozczarowanie codziennością, a nuda i rutyna pchają ją w ramiona kolejnych kochanków w poszukiwaniu spełnienia. Tymczasem jej mąż, pozbawiony wszelkich aspiracji, pozostaje błogo nieświadomy i ślepy na to, co dzieje się z Emmą.

Pani Bovary to mistrzowsko skonstruowana historia o niemożności pogodzenia się z własnym losem, która prowadzi do rosnącego rozgoryczenia.

Ta najbardziej znana powieść Flauberta w chwili publikacji wywołała skandal obyczajowy i została wpisana do indeksu ksiąg zakazanych. Do dziś uważa się ją za jedno z najwybitniejszych osiągnięć realizmu w literaturze.

Gustave Flaubert (1821–1880) – francuski pisarz, jeden z ważniejszych twórców XIX wieku. W 1841 roku pod presją ojca rozpoczął studia prawnicze, porzucił je jednak niedługo potem na rzecz pisarstwa. We wczesnej młodości zadebiutował opowiadaniem erotycznym, Memoires d’un fou (1838), a jego pierwszym poważnym utworem była Pani Bovary (1857), początkowo publikowana w odcinkach, w magazynie literackim „La Revue de Paris”. Powieść została uznana za niemoralną i doprowadziła do oskarżenia autora o obsceniczność, szybko został jednak uniewinniony. Wśród jego innych znaczących dzieł warto wymienić Salambo (1862), które razem z Panią Bovary zostało w 1864 roku wpisane do indeksu ksiąg zakazanych, Szkołę uczuć (1869) czy Kuszenie św. Antoniego (1874).

W 1866 roku Flaubert został odznaczony Legią Honorową.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 456

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,2 (29 ocen)
15
7
5
2
0
Sortuj według:
wesolywiesio43

Nie oderwiesz się od lektury

Mieszczaństwo zombie :) Mój ulubiony temat!
00
Salvador_z_odDali

Dobrze spędzony czas

Miłość to cierpienie...
00
Schapema

Z braku laku…

trochę sie ciagna pierwsze dwie czesci ale ogolnie jak nie ma sie po reka nic lepszego mozna przeczytac
01

Popularność




Tytuł oryginału Madame Bovary
Przekład ANIELA MICIŃSKA
Wydawca, redaktor prowadzący ANDRZEJ SZEWCZYK
Korekta MAŁGORZATA KUŚNIERZ, BEATA WÓJCIK
Projekt okładki i stron tytułowych ANNA POL
Łamanie | manufaktu-ar.com
Madame Bovary Copyright © for the translation by Anna Dubowska-Grynberg, Bolesław Dubowski Copyright © for this edition by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2022
Warszawa 2022 Wydanie pierwsze w tej edycji
ISBN 978-83-67022-97-2
Wydawnictwo Marginesy Sp. z o.o. ul. Mierosławskiego 11A 01-527 Warszawa tel. 48 22 663 02 [email protected]
www.marginesy.com.pl
Konwersja:eLitera s.c.

CZĘŚĆ PIERWSZA

I

Odrabialiśmy lekcje, kiedy wszedł dyrektor, a za nim nowy ubrany po miejsku i chłopak do posług z dużym pulpitem. Drzemiący przebudzili się i wszyscy zerwaliśmy się jakby zaskoczeni przy pracy.

Dyrektor skinieniem kazał nam usiąść, po czym zwracając się do wychowawcy:

– Panie Roger – powiedział półgłosem – polecam panu tego ucznia, przyjęty jest do piątej. Jeśli wyróżni się wzorowym zachowaniem i pracą, przejdzie do starszych, dokąd go już wiek powołuje.

Nowy, pozostawiony w kącie za drzwiami, tak że ledwie go było widać, był to chłopiec ze wsi, lat około piętnastu, wyższy od każdego z nas. Miał włosy obcięte równo nad czołem, jak wiejski ministrant, minę roztropną i bardzo zakłopotaną. Choć barczysty nie był, jego zielona sukienna kurtka z czarnymi guzikami wpijała mu się mocno w ramiona, a spod mankietów wyzierały, nienawykłe do odzieży, czerwone przeguby. Z żółtawych, wysoko na szelkach podciągniętych spodni wysuwały się nogi w niebieskich pończochach. Grube, źle oczyszczone buty podbite były gwoździami.

Rozpoczęło się wydawanie lekcji. Słuchał, pilnie nadstawiając uszu, jak na kazaniu. Nie śmiał ani nóg skrzyżować, ani oprzeć się na łokciu, a gdy o drugiej rozległ się dzwonek, wychowawca musiał mu zwrócić uwagę, że pora stanąć z nami w szeregu.

Mieliśmy zwyczaj, wchodząc do klasy, rzucać czapki na ziemię, by mieć potem wolniejsze ręce. Należało już od progu cisnąć je pod ławkę w taki sposób, żeby uderzyły o ścianę, wzniecając tumany kurzu; taki był nasz fason.

Nowy jednak nie zauważył tego, czy też nie śmiał zastosować się do naszego obyczaju, dość, że po skończonej modlitwie siedział jeszcze z czapką na kolanach. Skomplikowane to było nakrycie głowy, coś niby czapka futrzana, rogatywka, okrągły kapelusz i czepek bawełniany jednocześnie; słowem, jedna z tych ubogich rzeczy, których niema brzydota wielką ma siłę wyrazu, jak twarz głupca. Jajowata, wydęta przez fiszbiny, zaczynała się trzema równoległymi wałeczkami; potem, przedzielone czerwonym pasem, biegły na przemian rąby aksamitu i zajęczej skórki, a wreszcie następował rodzaj woreczka zakończonego kartonowym wielobokiem zdobnym w skomplikowany deseń z sutaszu. Stamtąd, na długim a zbyt cienkim sznureczku zwisał złoty chwaścik. Była nowa, daszek jej błyszczał.

– Wstań – powiedział profesor.

Wstał, czapka spadła. Klasa wybuchła śmiechem.

Schylił się, by ją podnieść. Sąsiad strącił ją łokciem, nowy podniósł ją raz jeszcze.

– Zostawże ten hełm! – powiedział profesor, który był człowiekiem dowcipnym.

Uczniowie znów ryknęli śmiechem, a biedny chłopiec tak się stropił, że już sam nie wiedział, czy ma czapkę trzymać w ręku, czy zostawić na ziemi, czy włożyć na głowę. Wreszcie usiadł, kładąc ją sobie na kolanach.

– Wstań – powtórzył profesor – i powiedz, jak się nazywasz.

Nowy wybełkotał coś niezrozumiałego.

– Powtórz.

I znów ten sam nieartykułowany bełkot zagłuszony wrzaskami klasy.

– Głośniej – krzyknął profesor. – Głośniej!

Wówczas nowy powziął jakby ostateczną decyzję, otworzył usta, jak mógł najszerzej, i rzucił z głębi płuc, niby okrzyk, słowo: Karbovary.

Odpowiedział mu wrzask i piski, wzrastające wciąż crescendo (wyli, szczekali, tupali nogami, powtarzając: Karbovary! Karbovary!). Z czasem w milknącej z trudem wrzawie odróżnić dały się poszczególne głosy, to znów, jakby źle ugaszona petarda, wytryskał w jakiejś ławce tłumiony wybuch śmiechu.

Grad zadanych za karę ćwiczeń uciszył jednak klasę i do profesora dotarło wreszcie imię Karola Bovary. Musiał je podyktować, przesylabizować, odczytać. Po czym profesor kazał biedakowi zasiąść w oślej ławce, u stóp katedry. Bovary wstał, ale zawahał się.

– Czego szukasz? – spytał profesor.

– Mojej czap... – szepnął nieśmiało nowy, rzucając dokoła niepewne spojrzenia.

– Pięćset wierszy za karę, cała klasa! – Ten wściekły okrzyk powstrzymał, niby Quos ego...[1], nową burzę. – Siedźcież spokojnie – napominał zgorszony profesor, wycierając czoło wyjętą z kapelusza chustką. – A co do ciebie, nowy, to przepiszesz mi dwadzieścia razy: ridiculus sum[2]. – Potem łagodniejszym już głosem: – A o czapkę bądź spokojny, znajdzie się, nikt ci jej nie ukradł.

Wróciła cisza. Głowy pochyliły się nad zeszytami, a nowy wytrwał we wzorowej postawie całe dwie godziny, choć od czasu do czasu kulki papieru, rzucane zręcznie końcem pióra, obryzgiwały go atramentem. Wycierał twarz dłonią i siedział nieruchomo ze spuszczonymi oczyma.

Wieczorem w sali, gdzie odrabialiśmy lekcje, wyciągnął z pulpitu ochraniacze na rękawy, poukładał swoje drobiazgi i starannie poliniował papier. Widzieliśmy, jak zadając sobie wiele trudu, wertował słownik, pilnie wyszukując słówka. Zapewne dzięki dobrej woli, której dał dowody, nie przeniesiono go do niższej klasy, bo chociaż gramatykę znał nieźle, zdania jego były pozbawione elegancji. Początki łaciny zawdzięczał wiejskiemu proboszczowi, gdyż rodzice przez oszczędność posłali go do szkoły, jak mogli najpóźniej.

Ojciec jego, pan Karol Dionizy Bartłomiej Bovary, były chirurg wojskowy, popełniwszy nadużycia w roku 1812 przy poborze rekruta, zmuszony był służbę opuścić. Wykorzystał wówczas swe wdzięki, chwytając w lot sześćdziesięciotysięczny posag, który mu się nawinął w osobie córki kupca czapnika, rozkochanej w jego zgrabnej figurze. Urodziwy samochwał głośno dzwonił ostrogami, nosił faworyty sięgające wąsów, a na palcach pełno pierścionków, ubierał się jaskrawo i marsowy wygląd łączył z poufałym obejściem komiwojażera. Dwa czy trzy lata po ślubie żył z fortuny żony, jadał dobrze, wstawał późno, palił tytoń w dużych porcelanowych fajkach, przesiadywał w kawiarniach, a do domu wracał wieczorem, dopiero po skończonym spektaklu. Teść jego umarł, nic mu prawie nie zostawiając. Bovary był oburzony. Rzucił się w wir interesów, stracił część majątku w manufakturze i wycofał się na wieś: chciał gospodarować. Ale że na uprawie roli znał się nie lepiej niż na perkalikach, zajeżdżał konie, zamiast je posyłać do pługa, spijał jabłecznik w butelkach, zamiast sprzedawać go beczkami, zjadał najpiękniejsze okazy drobiu, a buty do polowania smarował sadłem z własnych wieprzy, spostrzegł więc wkrótce, że lepiej dać spokój wszelkiej spekulacji.

Za cenę dwustu franków rocznie wynajął w okolicznej wsi, na pograniczu Caux i Pikardii, sadybę, pół fermę, pół dworek, i tam zamknął się w wieku lat czterdziestu pięciu, smutny, zgorzkniały, złorzecząc niebu, pełen żalu do wszystkich, twierdząc, że jest zniechęcony do ludzi i pragnie żyć w spokoju.

Żona szalała niegdyś za nim, ale jej miłość niewolnicza jeszcze bardziej go od niej odstręczała. Wesoła, pełna życia, kochająca, na starość (niby zwietrzałe wino, które zmienia się w ocet) stała się trudna w pożyciu, wrzaskliwa, nerwowa. Tyle się kiedyś nacierpiała bez skarg, kiedy gonił za wszystkimi spódniczkami we wsi, kiedy wracał wieczorem nie wiedzieć skąd, złajdaczony i cuchnący winem, aż wreszcie zbuntowała się w niej duma. Umilkła, dławiąc wściekłość z niemym stoicyzmem, i wytrwała tak do śmierci. Stale miała jakieś pilne sprawy do załatwienia, bywała u rejenta, u prezesa sądu, pamiętała o terminach płatności, uzyskiwała prolongaty, a w domu prasowała, szyła, prała, dozorowała robotników, płaciła rachunki. Tymczasem zaś pan małżonek, nie troszcząc się o nic, nadąsany, drzemał apatycznie, budził się tylko po to, żeby powiedzieć jej coś przykrego, i całymi dniami wysiadywał przy kominku, paląc fajkę i spluwając w popiół.

Kiedy urodziło im się dziecko, oddano je do mamki, a potem w domu rozpieszczano brzdąca jak książątko. Matka karmiła go konfiturami, ojciec pozwalał biegać boso i pozując na filozofa, mawiał nawet, że malec mógłby chodzić całkiem nago jak zwierzątko. Wyrobił sobie, w przeciwieństwie do pragnień matczynych, ideał dziecka pełnego męskości i wedle tego ideału chciał wychować syna surowo, po spartańsku, aby miał mocną budowę. Kazał mu sypiać w nieopalanym pokoju, nauczył pić rum wielkimi łykami i wyśmiewać się z procesji. Ale mały, z natury łagodny, nie był odpowiednim materiałem dla jego metod. Nie odstępował matki; bawiła go wycinkami z tektury, opowiadała bajki – był to niekończący się monolog pełen melancholijnej wesołości i szczebiotliwych przymilań. W swym samotnym życiu przeniosła na tę główkę dziecinną całą swą próżność, wszystkie zawiedzione nadzieje. Marzyła o wybitnych stanowiskach, widziała go już rosłym, pięknym, mądrym, dobrze sytuowanym, sędzią lub inżynierem. Nauczyła go czytać i nawet grać kilka krótkich piosenek na starym fortepianie. Ale pan Bovary lekceważył sztuki piękne, mówił, że „na nic się to wszystko nie zda”. Bo czyż będą mieli kiedy na to, by opłacić szkoły państwowe albo kupić mu stanowisko urzędnika czy też sklep? Zresztą mężczyzna „byle miał pewność siebie, zawsze do czegoś na tym świecie dojdzie”. Pani Bovary zagryzała wargi, a dzieciak wałęsał się po wsi.

Chodził za pługiem i grudkami ziemi ciskał w odlatujące wrony. Jadł ożyny rosnące wzdłuż rowów, poganiał żerdzią indyki, grabił siano, biegał po lesie, gdy była słota, grał w klasy pod kościelną kruchtą, a w uroczyste święta błagał zakrystiana, by wolno mu było zadzwonić. Wieszał się wtedy całym ciałem na grubym sznurze, a wielki dzwon unosił go w swym locie.

Toteż rósł jak dąb. Miał mocne ręce i rumiane policzki.

Wreszcie kiedy skończył dwanaście lat, matka dopięła swego: zaczął się uczyć. Obarczono tym proboszcza. Ale lekcje były tak krótkie i nieregularne, że niewielki był z nich pożytek. Odbywały się w jakichś przypadkowych okolicznościach, w zakrystii, na stojąco, w pośpiechu między chrzcinami a pogrzebem; czasem znów proboszcz posyłał po chłopca wieczorem, gdy odmówił już Anioł Pański i nie miał nic innego do roboty. Wchodzili wówczas na górę, zasiadali w jego pokoju, muszki i ćmy kręciły się wokół świecy, ciepło było, dziecko zasypiało, a staruszek, drzemiąc z rękoma na brzuchu, zaczynał wkrótce chrapać z otwartymi ustami. Zdarzało się też, że proboszcz, gdy wracał z wiatykiem od chorego z pobliskiej wsi, spotykał Karola uganiającego się po polach; wołał go, napominał przez kwadrans i korzystając z okazji, kazał mu u stóp drzewa odmieniać jakiś czasownik. Przerywał im deszcz albo znajomy przechodzień. Zresztą proboszcz zawsze był z chłopca zadowolony i mówił nawet, że „młodzieniec” ma świetną pamięć.

Ale Karol nie mógł na tym poprzestać. Pani była energiczna. Zawstydzony, a może zniechęcony, mąż ustąpił bez oporu. Poczekano rok, by chłopak przygotował się do pierwszej komunii.

Minęło jeszcze sześć miesięcy i z początkiem następnego roku Karol został wysłany do gimnazjum w Rouen. Ojciec odwiózł go osobiście w końcu października w dzień jarmarku na świętego Romana.

Nikt z nas nie potrafiłby dziś przywołać żadnego związanego z nim wspomnienia. Był to chłopak z natury łagodny, bawił się na pauzach, pracował pilnie, na lekcjach uważał, w sypialni spał dobrze, w refektarzu jadł z apetytem. Raz na miesiąc w niedzielę odwiedzał swego opiekuna, hurtownika towarów żelaznych z ulicy Ganterie, który wyprawiał go do portu, by obejrzał sobie statki, a potem o siódmej przed kolacją odprowadzał do gimnazjum. Każdego czwartku wieczorem pisał długi list do matki czerwonym atramentem i pieczętował trzema opłatkami, potem przeglądał notatki z historii albo czytał stary tom Anacharsis poniewierający się w sali, gdzie odrabialiśmy lekcje. Na spacerze gawędził ze służącym, który podobnie jak on pochodził ze wsi.

Dzięki swej pilności należał do uczniów średnich, a nawet raz udało mu się być pierwszym z przyrody. Ale z końcem trzeciego roku rodzice odebrali go ze szkoły, by kształcił się na lekarza, przekonani, że sam dobrnie jakoś aż do egzaminu końcowego.

Matka wynajęła mu pokój na czwartym piętrze przy ulicy Eau-de-Robec, u znajomego farbiarza. Omówiła z gospodarzem warunki, zdobyła meble, stół i dwa krzesła, sprowadziła ze wsi stare wiśniowe łóżko, kupiła mały piecyk żelazny i zapas drzewa, by ciepło było jej biednemu dziecku. Potem z końcem tygodnia wyjechała, udzielając mu tysiącznych przestróg, gdyż teraz miał już być pozostawiony samemu sobie.

Program wykładów przeczytany na afiszu oszołomił go zupełnie: wykłady z anatomii, z patologii, z fizjologii, z farmacji, wykłady z chemii i botaniki, ćwiczenia w klinice, terapeutyka, nie licząc już higieny i poszczególnych gałęzi medycyny, wszystkie te nazwy, których etymologia była mu zupełnie obca, wydawały mu się wrotami do sanktuariów pełnych mrocznego dostojeństwa.

Nic nie rozumiał. I chociaż słuchał pilnie, nie mógł się w niczym połapać. Pracował jednak, miał oprawione zeszyty, chodził na wszystkie wykłady, nie opuścił ani jednego ćwiczenia. Wykonywał drobne zajęcia codzienne jak koń w kieracie, który kręci się w kółko z zasłoniętymi oczyma, nie wiedząc po co.

Żeby mu zaoszczędzić wydatków, matka posyłała mu co tydzień kawał pieczonej cielęciny, którą zjadał po powrocie ze szpitala, stukając miarowo podeszwą o ścianę. Potem musiał biec na wykłady do kliniki i wracał, przemierzywszy wszystkie ulice. Wieczorem, po skromnej kolacji u gospodarza, szedł do swego pokoju i zabierał się znów do pracy w wilgotnym ubraniu, które parowało na ciele przy rozgrzanym do czerwoności piecyku.

W piękne wieczory letnie, kiedy ulice, ciepłe jeszcze, pustoszeją, a w bramach przed domami służące grają w wolanta, otwierał okno i wspierał się na łokciu. W dole, tuż pod nim, płynęła między mostami i śluzami żółta, fiołkowa i niebieska rzeka, zmieniając tę dzielnicę Rouen w plugawą miniaturę Wenecji. Robotnicy przykucnięci na brzegu myli ręce. Na tyczkach przytwierdzonych wysoko u poddaszy suszyły się na wietrze motki bawełny. Na wprost okna, poza dachami, rozciągało się wielkie czyste niebo z czerwonym zachodzącym słońcem. Jak dobrze musiało być tam! Jak świeżo w bukowym gaju! Rozdymał nozdrza, by chłonąć miłe, niedocierające doń zapachy wsi. Schudł, wyciągnął się, twarz jego przybrała jakiś bolesny, niemal interesujący wyraz.

Zaniedbał się, nie czuł się już związany dawnymi postanowieniami. Raz opuścił ćwiczenia, nazajutrz wykład i rozkoszując się lenistwem, nie powrócił już do pracy.

Zaczął chodzić po knajpach i namiętnie grywał w domino. Zamknąć się co wieczór w brudnym lokalu, rzucać na marmurowy blat małe baranie kostki, znaczone czarnymi punktami, wydawało mu się cennym aktem stwierdzającym jego niezależność i wzbudzało szacunek do samego siebie. Było to jakby wtajemniczenie w sprawy tego świata, dorwanie się do zakazanych rozrywek. Gdy wchodząc, kładł rękę na klamce, doznawał rozkoszy niemal zmysłowej. Objawiło się w nim wówczas wiele tłumionych dotąd skłonności. Porywał go Béranger, nauczył się rozmaitych piosenek, które wyśpiewywał przygodnym znajomym, robił poncz i poznał wreszcie miłość.

Dzięki tego rodzaju pracom przygotowawczym ściął się na egzaminie. A w domu tegoż dnia wyczekiwano nań, by uczcić jego sukces!

Ruszył piechotą, przystanął na skraju wsi, posłał po matkę i opowiedział jej całą prawdę. Przebaczyła mu, zrzucając całą winę na profesorów i oskarżając ich o niesprawiedliwość, uspokoiła trochę i obiecała rzecz załatwić. Pan Bovary dowiedział się prawdy dopiero pięć lat potem, ale że zdążyła się już do tego czasu postarzeć, nie przejął się nią zbytnio. Zresztą nie dopuszczał nawet myśli, żeby jego potomek mógł być głupcem.

Karol zabrał się znów do roboty i pracując bez wytchnienia, uczył się wszystkiego na pamięć. Zdał z dość dobrym wynikiem. Cóż to był za piękny dzień dla jego matki! Wydała wspaniały obiad.

Gdzie będzie praktykował? W Tostes. Był tam tylko jeden stary lekarz. Od dawna pani Bovary czyhała na jego śmierć. Starowina nie zwinął jeszcze manatków, a już Karol osiedlił się naprzeciw niby spadkobierca.

Nie dość jednak było wychować syna, wykształcić go na lekarza i wynaleźć dobrą praktykę w Tostes, należało go jeszcze ożenić. Toteż znalazła mu żonę: wdowę po komorniku z Dieppe. Miała ona czterdzieści pięć lat i tysiąc dwieście franków renty.

Pani Dubuc, choć brzydka, sucha jak szczapa i cała w pryszczach jak wiosną drzewo okryte pąkami, miała licznych konkurentów. Stara Bovary, by dopiąć celu, potrafiła wszystkich uprzedzić i nawet zręcznymi intrygami udało się jej pokrzyżować plany popieranego przez księży rzeźnika.

Karol widział w małżeństwie zmianę na lepsze. Myślał, że będzie miał więcej swobody i stanie się wreszcie panem swej osoby i swych pieniędzy. Ale panią była żona; dyktowała, co ma mówić, a czego nie mówić, kazała pościć w piątki, ubierać się wedle jej upodobań i dręczyć upomnieniami pacjentów, którzy zalegali z opłatą. Otwierała jego listy, śledziła każdy krok, a kiedy w gabinecie lekarskim przyjmował kobiety, podsłuchiwała przez cienkie przepierzenie.

Rano na pierwsze śniadanie żądała czekolady. Wymagała rozmaitych względów, aż do znudzenia. Skarżyła się ustawicznie na nerwy, na płuca, na zawroty głowy. Drażnił ją odgłos kroków, a gdy zostawała sama – przerażała samotność. Jeśli odwiedził ją kto, ach! to chyba po to, by zobaczyć jej śmierć. Wieczorem, gdy wracał Karol, wyciągała spod kołdry długie, chude ramiona, zarzucała mu je na szyję, prosiła, by usiadł na brzegu łóżka, i zaczynała się skarżyć: zapomniał o niej, kocha inną! Przepowiedziano jej wszak, że będzie nieszczęśliwa! Kończyło się zwykle na tym, że prosiła o jakiś syrop i o trochę więcej miłości.

II

Pewnej nocy około jedenastej obudził ich tętent konia, który zatrzymał się tuż pod bramą. Służąca otworzyła okienko na poddaszu i pertraktowała przez chwilę ze stojącym na ulicy człowiekiem. Przyjechał po lekarza. Miał list. Nastazja, drżąc z zimna, zbiegła ze schodów i otworzyła jedne po drugich zamki i zasuwy. Posłaniec zostawił konia i wraz ze służącą zjawił się nagle w pokoju. Z wełnianej czapki przybranej szarymi chwastami wyjął list zawinięty w szmatkę i podał go nieśmiało Karolowi. Nastazja stała przy łóżku ze świecą. Karol, wsparty łokciem na poduszce, czytał, a pani skromnie odwróciła się do ściany, pokazując plecy.

W liście opatrzonym błękitną woskową pieczątką błagano pana Bovary, by niezwłocznie przyjechał do Bertaux zestawić złamaną nogę. Otóż z Tostes do Bertaux są trzy dobre mile drogą przez Longueville i Saint-Victor. Noc była ciemna. Pani Bovary obawiała się, że mąż ulegnie jakiemuś wypadkowi. Postanowiono więc, że chłopak stajenny pojedzie przodem, a Karol wyruszy trzy godziny później, gdy wzejdzie księżyc. Na spotkanie mieli wysłać z fermy chłopca, który wskaże mu drogę i otworzy wrota.

O czwartej nad ranem Karol otulony w płaszcz ruszył do Bertaux. Rozgrzany jeszcze ciepłem snu, dał się wkrótce ukołysać łagodnym truchtem spokojnego zwierzęcia. Ilekroć koń zatrzymywał się przed dołami opasanymi cierniem, które chłopi zwykli kopać wzdłuż zaoranego pola, budził się nagle, przypominał sobie szybko złamaną nogę i usiłował odświeżyć w pamięci wszystko, co wiedział o podobnych wypadkach. Deszcz ustał, świtało; na ogołoconych gałęziach jabłoni siedziały skulone ptaszki, a chłodny wiatr poranka jeżył ich maleńkie piórka. Jak okiem sięgnąć rozciągała się płaszczyzna; na olbrzymiej szarej przestrzeni gubiącej się pod mrocznym niebem rysowały się na horyzoncie z rzadka rozsiane, ciemnofiołkowe kępy drzew wokół ferm. Karol czasami otwierał oczy, ale po chwili znużenie i senność pogrążały go w rodzaj drzemki, w której ostatnie wrażenia mieszały mu się z odległymi wspomnieniami, rozdwajał się, był równocześnie studentem i człowiekiem żonatym, widział siebie leżącego w łóżku, jak przed chwilą, i przebiegającego salę operacyjną, jak przed laty. Zapach ciepłych kataplazmów mieszał mu się ze świeżym zapachem rosy; słyszał metaliczny szczęk łóżek przetaczanych po szpitalnym korytarzu i oddech śpiącej żony... Przejeżdżając przez Vassonville, spostrzegł tuż nad rowem siedzącego na trawie chłopca.

– Czy to pan jest lekarzem? – spytał dzieciak, a na twierdzącą odpowiedź Karola chwycił w rękę saboty i zaczął biec przed koniem.

Lekarz, gawędząc ze swym przewodnikiem, dowiedział się, że pan Rouault, jeden z najbogatszych rolników w okolicy, złamał nogę onegdaj, wracając wieczorem od sąsiada, gdzie „świętowali Trzech Króli”. Żona jego umarła przed dwoma laty. Mieszkał teraz sam z „panienką”, która pomagała mu w domowym gospodarstwie.

Koleiny wrzynały się coraz głębiej w drogę. Zbliżali się do Bertaux. Chłopak znikł w dziurze żywopłotu, a po chwili zjawił się już od strony podwórza i otworzył wrota. Koń ślizgał się na mokrej trawie. Karol schylił głowę, przejeżdżając pod gałęziami. Psy podwórzowe ujadały przy budzie, rwąc się na łańcuchach. Gdy wjechał do Bertaux, koń jego spłoszył się i dał potężnego susa w bok.

Ferma była dobrze zagospodarowana. Przez otwarte wrota stajni widać było rosłe konie robocze wyjadające spokojnie siano z nowych drabek. Wzdłuż budynków, nad dużymi kupami nawozu unosił się lekki, błękitnawy opar; wśród kur i indyków przechadzało się pięć czy sześć pawi, chluba normandzkich podwórek. Owczarnia była długa, stodoła wysoka o ścianach gładkich jak dłoń. Pod szopą stały dwa duże wozy i cztery pługi z całym ekwipunkiem chomąt i batów. Błękitne wojłokowe podbicie uprzęży przybrudzone było trochę cienką warstwą pyłu prószącego ze strychu. Podwórze wysadzone w równych odstępach drzewami wznosiło się z lekka, a nad sadzawką rozlegało się wesołe gęganie stadka gęsi.

Na spotkanie pana Bovary wyszła na próg młoda kobieta w niebieskiej wełnianej sukni, przybranej trzema falbanami; wprowadziła go do kuchni, gdzie płonął wielki ogień. Dokoła w garnuszkach rozmaitych kształtów bulgotało śniadanie czeladzi. Nad kominem suszyła się wilgotna odzież. Łopatka, szczypce i rurka od miechu (wszystko olbrzymich rozmiarów) lśniły jak wypolerowana stal, a w baterii porozwieszanych na ścianach rondli odbijał się jasny chybotliwy płomień ogniska i pierwsze blaski słońca wpadającego przez kwadratowe szybki.

Karol wszedł na piętro do pokoju chorego; ten leżał spocony pod kołdrami, odrzuciwszy daleko bawełniany czepek. Był to mały, gruby człowieczek lat pięćdziesięciu, o jasnej cerze i błękitnych oczach, dobrze wyłysiały i z kolczykami w uszach. Tuż przy łóżku na krześle stała duża karafka wódki, z której pociągał raz po raz dla dodania sobie otuchy. Gdy zobaczył lekarza, opuściło go podniecenie i zamiast kląć, jak czynił to od dwunastu godzin, zaczął pojękiwać z cicha.

Złamanie było proste, bez żadnych komplikacji. Karol nie mógłby sobie życzyć łatwiejszego. Przypominając więc sobie, jak jego mistrzowie zwykli się byli zachowywać przy łóżku rannych, zaczął pocieszać chorego. Bo jak lancet oliwy, tak pacjent potrzebuje czułych słów chirurga. Posłano do wozowni po deszczułki, by sporządzić łubki. Karol wybrał jedną, pociął na kawałki i wygładzał odłamkiem szkła, tymczasem służąca darła prześcieradło na bandaże, a panna Emma przygotowywała poduszeczki. Ale że marudziła długo, zanim znalazła pudełko do robót, ojciec zniecierpliwił się; nic nie odpowiedziała, ale szyjąc, kłuła się w palce i podnosiła je potem do ust, by wyssać krew. Karol był zaskoczony połyskiem jej paznokci. Cieniutkie, błyszczące, wypolerowane staranniej niż kość słoniowa z Dieppe, miały kształt migdału. Ręka jej jednak nie była ładna, nie dość biała, w stawach może zbyt sucha, trochę za długa, brakło jej też miękkości w rysunku. Za to oczy miała naprawdę piękne; piwne, wydawały się niemal czarne, tak były ocienione rzęsami, i rzucały wprost przed siebie śmiałe spojrzenia pełne naiwnej zuchwałości.

Po skończonym opatrunku pan Rouault poprosił lekarza, aby przed odjazdem zechciał coś przegryźć.

Karol zszedł do dużej izby na parterze. U stóp łóżka, o perkalowym, wzorzystym baldachimie w tureckie desenie, na małym stoliczku zastawione były dwa nakrycia ze srebrnymi kubkami. Z wysokiej dębowej szafy stojącej na wprost okna dolatywał zapach irysów i wilgotnych prześcieradeł. W rogach pokoju ustawione były worki zboża, które nie mogło pomieścić się na pobliskim strychu, dokąd wiodły trzy kamienne schodki. Dla ozdoby na zielonej, spękanej od wilgoci ścianie zawieszona była na gwoździu głowa Meduzy w złotej ramie, wyrysowana czarnym ołówkiem i nosząca u dołu wykaligrafowany gotykiem napis: „Mojemu drogiemu ojcu”.

Rozmawiali o chorym, o pogodzie, o strasznych chłodach i wilkach, które nocami nawiedzały pola. Panna Rouault nie lubiła wiejskiego życia, tym bardziej że teraz prawie sama musiała prowadzić całe gospodarstwo. Zimno było, więc dygotała, jedząc, i rozchylała przy tym swe mięsiste wargi; kiedy zapadało milczenie, przygryzała je lekko.

Szyja jej wychylała się z białego wykładanego kołnierzyka. Cienki, przez środek głowy biegnący rozdziałek delikatną linią obrysowywał kształt czaszki. Dwa czarne, lśniące, jakby z jednego kruszcu ulane pasma włosów, spod których wysuwały się tylko koniuszki jej uszu, spływały ku tyłowi w obfity węzeł, falując lekko na skroniach w sposób, który wiejski lekarz widział po raz pierwszy w życiu. Policzki jej były różowe. Między dwa guziki stanika, jak u mężczyzny, wsunięte były szkła w szylkretowej oprawie.

Karol poszedł na górę pożegnać się z panem Rouault. Kiedy wrócił do izby, panna Emma stała przy oknie oparta czołem o szybę i patrzyła na tyczki fasoli, które wiatr poprzewracał w ogrodzie.

– Szuka pan czegoś? – spytała.

– Tak, pani, szukam szpicruty.

Zajrzał pod łóżko, potem za drzwi, pod krzesła. Tymczasem panna Emma dostrzegła ją na ziemi, między ścianą a workami; schyliła się. Karol pośpieszył uprzejmie, wyciągnął rękę w tym samym kierunku i musnął przy tym plecy pochylonej przed nim dziewczyny. Wyprostowała się cała zarumieniona i spoglądając na Karola przez ramię, podała mu pejcz.

Zamiast za trzy dni, jak obiecywał, wrócił do Bertaux już nazajutrz, a potem regularnie odwiedzał ich dwa razy na tydzień, nie licząc przypadkowych wizyt.

Wszystko zresztą układało się jak najpomyślniej. Kuracja okazała się prawidłowa i pan Rouault szybko wracał do zdrowia. Kiedy po czterdziestu sześciu dniach zaczął o własnych siłach przechadzać się po swej, jak ją nazywał, ruderze, uznano pana Bovary za bardzo zdolnego człowieka. Stary Rouault mówił, że najlepsi lekarze z Yvetot i z Rouen nie potrafiliby go lepiej wykurować.

Karol nie zastanawiał się, dlaczego z taką przyjemnością jeździ zawsze do Bertaux. A gdyby nawet pomyślał o tym, gorliwość swą przypisałby zapewne temu, iż wypadek był poważny, lub też nadziei zysku. Czy dlatego jednak wizyty te wydawały mu się na tle jednostajnych zajęć codziennych wyjątkowo miłą rozrywką? W owe dni wstawał wcześnie, wyruszał galopem, nie szczędząc konia, potem przed bramą zsiadał, wycierał buty o trawę i wkładał czarne rękawiczki. Z przyjemnością wjeżdżał w podwórze. Lubił opierać się ramieniem o rozchylające się wrota, lubił koguta piejącego na parkanie i nadbiegających mu na spotkanie chłopców do posług. Lubił stodołę i stajnie. Lubił ojca Rouault, który klepał go po ramieniu i nazywał swoim zbawcą. Lubił małe saboty panny Emmy na kamiennych, czysto wymytych płytach kuchni. Wysokie obcasy dodawały jej wzrostu, a kiedy szła przed nim, drewniane podeszwy, podnosząc się szybko, stukały o skórzany spód trzewików.

Odprowadzała go zawsze na ganek do pierwszego schodka. Czekała, aż przyprowadzą konia. Już się byli pożegnali. Stała, milcząc, owiana rzeźwym podmuchem; małe, figlarne, wymykające się loczki poruszały się lekko na wietrze, a tasiemki związanego w pasie fartucha furkotały jak chorągiewki.

Pewnego razu, gdy była odwilż i kora drzew ociekała wilgocią, a śnieg topił się na dachach, wróciła od progu po parasolkę. Słońce, przenikając przez szarobłękitny, mieniący się jedwab, rzucało ruchome plamy na jej blade policzki. Uśmiechała się spod parasolki do łagodnego ciepła i słychać było, jak krople wody, jedna po drugiej, uderzały o napiętą morę.

Gdy Karol zaczął bywać w Bertaux, młoda pani Bovary wypytywała go z początku o zdrowie chorego i nawet w książce rachunkowej o podwójnej buchalterii wybrała dla pana Rouault piękną białą kartę. Ale kiedy doszła ją wiadomość, że ma on córkę, sięgnęła po bliższe informacje; dowiedziała się wówczas, że panna Rouault, wychowana w klasztorze urszulanek, otrzymała staranne wykształcenie, to znaczy uczyła się geografii, tańca, rysunków, umiała haftować i grać na fortepianie. To już było ponad jej siły!

„Więc to dlatego on tak promienieje – myślała – dlatego, kiedy jedzie do niej, wkłada nową kamizelkę, nie zważając nawet na deszcz, który może ją zniszczyć? Ach, ta kobieta, ta kobieta...”

Powzięła do niej instynktowną nienawiść. Z początku pozwalała sobie na aluzje, których Karol wcale nie rozumiał, potem na złośliwe przycinki; puszczał wszystko mimo uszu, obawiając się burzy. Wreszcie spytała wprost, bez ogródek, czemu jeździ do Bertaux, skoro pan Rouault jest już zdrowy, a „ci ludzie” nie raczyli mu dotąd zapłacić. Ach, to zapewne dlatego, że jest tam pewna osoba, która umie go pięknie bawić rozmową, hafciarka, mądrala. Ach, więc to tak, trzeba mu panien z miasta! I dodawała zaraz:

– Córka starego Rouault, miejska panienka! Cóż znowu! Dziadek ich był pastuchem i mają krewniaka, który o włos, a miałby sprawę sądową za pobicie. Nie ma się z czego puszyć i pokazywać w kościele w jedwabnych sukniach, jak hrabianka. Zresztą biedny stary, gdyby nie zeszłoroczna kapusta, byłby w wielkim kłopocie, nie miałby nawet czym spłacić zaległych rat dzierżawnych.

Karol dla świętego spokoju zrezygnował z wizyt w Bertaux. W porywie miłości, szlochając i całując go na przemian, Heloiza kazała mu przysiąc z ręką na książce do nabożeństwa, że już tam nigdy nie wróci. Ale namiętne pragnienie buntowało się w nim przeciw tej uległości i z naiwną hipokryzją wierzył, że zakaz odwiedzania Emmy daje mu prawo kochania jej. A przy tym wdowa była chuda, miała długie zęby i niezależnie od pory roku nosiła zawsze tę samą czarną chustkę, której spiczasty koniuszek zwieszał się między łopatkami, a sztywną jej kibić obciskała przykrótka suknia na kształt futerału, odsłaniając czarne, szerokie, skrzyżowane w kostkach wstążki trzewików i szare pończochy.

Matka Karola odwiedzała ich czasem. Ale synowa potrafiła już po paru dniach naostrzyć ją przeciw Karolowi jak brzytewkę. Prześcigały się w robieniu mu uwag, nie szczędząc złośliwych przycinków. Nie powinien jadać tak wiele! I po co to pierwszego lepszego częstować wódką? Nie nosi ciepłej bielizny? Co za upór!

Zdarzyło się z początkiem wiosny, że rejent z Ingouville, u którego złożone były fundusze pani Dubuc, popłynął z pomyślnym wiatrem, wywożąc powierzone mu kapitały. Heloiza była wprawdzie współwłaścicielką statku, ocenianego na sześć tysięcy franków, i domu przy ulicy Franciszkańskiej; jednak z całego tak osławionego majątku nie wniosła do wspólnego gospodarstwa nic prócz paru sprzętów i kilku szmat. Należało rzecz wyjaśnić. Dom w Dieppe okazał się zżarty hipotekami aż do fundamentów. Bóg jeden wiedział, ile złożone miała u rejenta, a udział w statku nie przekraczał tysiąca talarów. Kłamała więc jejmość!

W porywie gniewu, grzmotnąwszy krzesłem o podłogę, pan Bovary oskarżył żonę, że unieszczęśliwiła syna, sprzęgając go ze starą szkapą, której skóra niewarta była wyprawy. Przyjechali do Tostes. Rozmówili się. Doszło do burzliwych wyjaśnień. Heloiza z płaczem rzuciła się mężowi na szyję, zaklinając go, by bronił ją przed rodzicami. Karol ujął się za nią. Obrazili się więc i odjechali.

Ale cios był zadany. Tydzień potem dostała krwotoku, rozwieszając bieliznę na podwórku, a nazajutrz, kiedy Karol odwrócony plecami zaciągał firankę w oknie, powiedziała: „Ach! Mój Boże!”, westchnęła i zemdlała. Nie żyła! Co za dziw!

Kiedy Karol wrócił z cmentarza do domu, nie zastał na dole nikogo. Poszedł na piętro do swego pokoju. W alkowie wisiała jeszcze jej suknia; oparł się o biurko i pogrążony w bolesnej zadumie przesiedział tak do wieczora. Kochała go jednak!

III

Pewnego ranka ojciec Rouault przyniósł Karolowi należność za złożenie złamanej nogi: siedemdziesiąt pięć franków srebrnymi dwufrankówkami i indyczkę. Dowiedział się o jego nieszczęściu i pocieszał, jak umiał.

– Wiem, co to jest! – mówił, klepiąc go po ramieniu. – I ja przez to przeszedłem. Kiedy straciłem moją biedną nieboszczkę, uciekałem w pole, szukając samotności, rzucałem się na ziemię u stóp drzewa, płakałem, wymyślałem Panu Bogu, chciałem być jak te zawieszone na drzewach krety, zżarte przez robactwo – zdechnąć po prostu! A kiedy myślałem, że inni w tej chwili mają przy sobie swoje dobre żoneczki, że mogą przytulić się do nich, waliłem kijem o ziemię, byłem jak nieprzytomny, jeść nawet nie mogłem i trudno w to uwierzyć, ale na samą myśl, że mógłbym pójść do knajpy, brało mnie obrzydzenie. I cóż, dzień schodził za dniem, wiosna za zimą, a na dokładkę przyszła jesień po lecie i tak kruszyna po kruszynie rozeszło się to wszystko, a właściwie zapadło, bo gdzieś tam w głębi leży coś zawsze, jakby kto ciężar na piersi położył. Ale że to los nas wszystkich, nie można tak się zadręczać i chcieć umrzeć dlatego, że inni umarli. Trzeba się z tego otrząsnąć, panie Bovary. Jakoś to minie. Niech pan nas odwiedzi. Moja córka często wspomina pana i powiada, że już pan o nas zapomniał. Nadchodzi wiosna, zapolujemy sobie na króliki, rozerwie się pan trochę.

Karol poszedł za jego radą. Odwiedził ich w Bertaux i zastał wszystko po staremu. Nic się tam od pięciu miesięcy nie zmieniło. Tylko grusze już kwitły, a poczciwy Rouault, zdrów teraz, wnosił dużo ożywienia, kręcąc się po podwórku.

Sądził, że lekarzowi ze względu na jego smutne położenie należy okazywać szczególne względy, prosił, by nie zdejmował czapki, mówił ściszonym głosem jak do chorego i udawał nawet, że się gniewa, iż czegoś lżejszego nie przygotowano na jego intencję do jedzenia, bitej śmietanki lub kompotu z gruszek. Opowiadał zabawne historyjki. Karol, zaskoczony własnym uśmiechem, wspomniał nagle żonę i spochmurniał. Ale gdy podano kawę, nie myślał już o niej.

I w miarę jak przyzwyczajał się żyć samotnie, coraz mniej o niej myślał. Cieszyła go nieznana mu dotąd niezależność i czyniła samotność znośniejszą. Mógł teraz zmieniać godziny posiłków, wychodzić i wracać, nie opowiadając się nikomu, a kiedy był bardzo zmęczony, wyciągnąć się wygodnie na całą szerokość łóżka. Cackał się więc ze sobą i pieścił, przyjmując wyrazy współczucia, których mu nie szczędzono. Śmierć żony nie zaszkodziła mu bynajmniej w praktyce. Przez miesiąc powtarzano wciąż: „Ach, biedny człowiek! Cóż za nieszczęście!”. Imię jego było na wszystkich ustach. Klientela wzrosła. Przy tym mógł jeździć do Bertaux, kiedy mu się podobało. Żywił jakieś nieokreślone nadzieje, czuł się niemal szczęśliwy, a gdy przeglądał się w lustrze, przyczesując faworyty, zdawało mu się, że wyprzystojniał.

Pewnego dnia zjawił się koło trzeciej; wszyscy byli w polu; wszedł do kuchni, lecz w pierwszej chwili nie zauważył Emmy. Okiennice były zamknięte, przez szpary wpadały długie, cieniutkie smugi blasku, odbijały się w załamaniach mebli i rzucały drgające plamy na sufit. Na stole po brudnych szklankach łaziły muchy i bzykając, topiły się na dnie w niedopitym jabłeczniku. Blask padający z kominka nadawał aksamitny połysk osiadłym na blasze sadzom i błękitnym odcieniem powlekał zimne popioły. Między oknem a kominkiem siedziała Emma. Szyła. Nie miała żadnej narzutki i na jej nagich ramionach widniały kropelki potu. Stosownie do wiejskich obyczajów spytała, czyby się czegoś nie napił. Odmówił, ale nalegała i śmiejąc się, zaproponowała wreszcie, że wypije z nim razem kieliszek likieru. Sięgnęła do szafy po butelkę curaçao, napełniła po brzegi jeden kieliszek, a do drugiego wlała kilka kropel i trąciwszy się z Karolem, podniosła kieliszek do ust. Ale że był prawie pusty, musiała odchylić się w tył, by pić; wyciągając szyję i wydymając wargi, śmiała się z daremności swych wysiłków, a koniuszek jej języka, przeciskając się między drobnymi ząbkami, raz po raz lizał dno kieliszka.

Siadła i pochyliła się znów nad robotą. Cerowała białą bawełnianą pończoszkę. Głowę miała spuszczoną. Milczała. Karol też nic nie mówił i patrząc na smugę kurzu, którą lekki podmuch, wiejący dołem przez szparę od drzwi, pędził po kamiennych płytach, słyszał tylko krew tętniącą w czaszce i dalekie gdakanie niosącej się gdzieś na podwórzu kury. Emma, by się orzeźwić, przykładała od czasu do czasu dłonie do policzków i chłodziła je potem na żelaznych prętach komina.

Zaczęła się skarżyć, że od wiosny cierpi na zawroty głowy, i spytała, czy nie posłużyłyby jej morskie kąpiele. Później opowiadała mu o klasztorze, a on o swoich czasach szkolnych i potoczyła się rozmowa. Poszli do jej pokoju, bo chciała mu pokazać nuty, książki, które dostała w nagrodę, i wieńce z dębowych liści złożone na dnie szafy. Mówiła mu potem o swej matce, o cmentarzu i nawet pokazywała grządkę w ogrodzie, z której zrywała kwiaty na jej grób w pierwszy piątek każdego miesiąca. Ale ogrodnik ich nie znał się na niczym, jak zresztą wszyscy tu na wsi! Chciałaby przynajmniej w zimie mieszkać w mieście, choć w lecie jest może jeszcze nudniej, bo dnie tak się dłużą! Zależnie od tego, co mówiła, głos jej był czysty, przenikliwy lub stawał się nagle omdlewający i w przeciągłych modulacjach przechodzących w szept prawie zdawała się mówić sama do siebie. Wesoła, chwilami otwierała szeroko naiwne oczy, to znów przymykała na wpół powieki i ze znudzonym wejrzeniem błądziła gdzieś daleko myślami.

Wieczorem, wracając do domu, starał się przypomnieć sobie i uzupełnić każde jej zdanie, aby mieć dokładny obraz jej życia z okresu, kiedy się jeszcze nie znali. Ale widział ją zawsze taką, jaką zobaczył po raz pierwszy, albo taką, jaką przed chwilą pożegnał. Myślał o tym, co się z nią stanie, kiedy wyjdzie za mąż – i za kogo? Niestety! Ojciec Rouault był bardzo bogaty, a ona... tak piękna! Ale twarz jej stawała mu ciągle przed oczyma i brzęczało mu coś monotonnie koło uszu, niby uprzykrzona mucha: „A gdybyś się tak ożenił, gdybyś się ożenił!”. W nocy nie mógł spać, gardło miał ściśnięte. Wstał, by napić się trochę wody, i otworzył okno; niebo usiane było gwiazdami, wiał ciepły wiatr, z daleka słychać było naszczekiwanie psów. Zwrócił głowę w stronę Bertaux.

Pomyślał, że właściwie niczego nie ryzykuje, prosząc o rękę Emmy, i postanowił skorzystać z pierwszej nadarzającej się okazji. Ale ilekroć się nadarzała, strach, że nie znajdzie odpowiednich słów, zamykał mu usta.

Stary Rouault nie miał nic przeciw, by pozbyć się córki, która nie była mu w domu żadną pomocą. Usprawiedliwiał ją w duchu, uważając, że jest zbyt wykształcona, aby się poświęcić pracy na roli. „Przeklęty zawód – myślał – nikomu jeszcze nie przyniósł milionów”. Rzeczywiście, daleki był biedak od zrobienia majątku, ubożał z roku na rok. Był wprawdzie świetnym kupcem i znał wszystkie fortele tego zawodu, ale mniej niż ktokolwiek inny nadawał się do uprawy roli i do prowadzenia fermy. Do pracy skory nie był, a w tym, co dotyczyło bezpośrednio jego wygód, nie umiał się ograniczać; dobrze jadł, porządnie się wysypiał i nie szczędził na opał. Lubił tęgi jabłecznik, tłustą pieczeń baranią i dobrze ubitą śmietanę. Jadał sam w kuchni, przy piecu, na małym stoliku, który przynoszono mu już całkiem nakryty, jak w teatrze.

Kiedy więc spostrzegł, że Karol rumieni się przy córce, co oznaczało, że lada dzień poprosi o jej rękę, zawczasu rzecz rozważył. Miał go za cherlaka, nie był to zięć po jego myśli, ale uchodził za przyzwoitego człowieka, był oszczędny, wykształcony i nie miałby zapewne wielkich wymagań co do posagu. A że Rouault zmuszony był właśnie sprzedać dwadzieścia dwa akry ziemi, że był porządnie zadłużony u murarza i u rymarza, że należało zmienić prasę w tłoczarni, powiedział sobie: „Jeśli mnie o nią poprosi, to mu ją dam”.

Około świętego Michała Karol przyjechał na trzy dni do Bertaux. Ostatni dzień jak i poprzednie zszedł na odkładaniu oświadczyn z kwadransa na kwadrans. Ojciec Rouault odprowadzał go wąską ścieżynką – mieli się już rozstać. Chwila nadeszła. „Kiedy się skończy żywopłot” – pomyślał, a gdy minęli żywopłot:

– Ojcze Rouault – wyszeptał – chciałbym coś panu powiedzieć.

Przystanęli. Karol milczał.

– Ależ proszę, niech pan mówi! Albo to ja nie wiem o wszystkim? – powiedział stary, śmiejąc się dobrodusznie.

– Ojcze Rouault... ojcze Rouault... – bąkał Karol.

– Ja tam bardzo chętnie, ale choć to pewnie po myśli małej, trzeba ją jednak o zdanie zapytać. Idźże pan teraz, a ja pójdę do domu. Jeżeli powie tak, niechże pan uważa, że nie ma pan po co wracać, żeby ludzie nie gadali, no i mała byłaby za bardzo wzruszona, ale żeby pan sobie krwi nie psuł, otworzę szeroko okiennice; dojrzy pan stąd, trzeba się tylko przez płot przechylić.

Odszedł.

Karol przywiązał konia do drzewa, pobiegł na ścieżkę i czekał. Minęło pół godziny; potem naliczył jeszcze na zegarku dziewiętnaście minut. Nagle z trzaskiem otwarła się okiennica, drżały jeszcze żelazne pręty.

Nazajutrz już o dziewiątej Karol był w fermie. Emma zarumieniła się, gdy wszedł, i lekkim uśmiechem starała się pokryć zmieszanie. Ojciec Rouault uściskał przyszłego zięcia; rozmowę o interesach odłożyli na później. Zresztą czasu było dość, bo wypadało zaczekać, aż się skończy żałoba Karola, to jest do przyszłej wiosny.

Zima zeszła im na tym oczekiwaniu. Panna Rouault zajęta była przygotowaniem wyprawy. Część jej zamówiła w Rouen, a koszule i czepki nocne szyła sama według wypożyczonych żurnali mód. Kiedy Karol zjawiał się w fermie, omawiano przygotowania weselne; zastanawiali się, w jakim pokoju zasiądą do stołu, ile będzie potraw i jakie zakąski.

Emma chciała wziąć ślub o północy przy pochodniach, ale stary Rouault nie rozumiał tych zachcianek. Odbyło się więc huczne wesele; zaproszono czterdzieści trzy osoby; siedzieli za stołem szesnaście godzin. Uroczystości ponowiły się nazajutrz i trwały jeszcze przez kilka dni.

IV

Już od wczesnego ranka zaczęły się zjeżdżać powozy pełne gości, jednokonne kariolki, szarabany o dwóch kołach i stare bryczki bez bud, a chłopcy z okolicznych wsi, stłoczeni na zwykłych wozach, trzęśli się, jadąc ostro truchtem, i trzymali się poręczy, żeby nie upaść. Zjawiali się goście z całej okolicy w promieniu dziesięciu mil, z Goderville, z Normanville, z Cany. Zaproszeni zostali wszyscy krewni obu rodzin, poszły w niepamięć waśnie z niektórymi przyjaciółmi, napisano nawet do znajomych dawno straconych z oczu.

Od czasu do czasu słychać było zza żywopłotu trzask bicza, otwierano wówczas bramę i zajeżdżała galopem bryka. Konie jak wryte stawały przed gankiem, a z powozu wysypywał się tłum gości, przeciągając się i rozcierając kolana.

Panie, w czepeczkach, miały suknie uszyte z miejska, zegarki na złotych łańcuszkach, pelerynki skrzyżowane w pasie lub kolorowe chusteczki spięte na plecach szpilką i odsłaniające z tyłu szyję. Kilku wyrostków, ubranych podobnie jak ich ojcowie, nie śmiało się poruszać w nowych strojach (niejeden dostał tego dnia pierwszą w życiu parę butów). Koło nich stały, milcząc, kilkunastoletnie dziewczęta, siostry czy kuzynki, w białych sukniach od pierwszej komunii, podłużonych na tę uroczystość. Czerwone, wystraszone, z włosami posklejanymi różaną pomadą, zdawały się myśleć tylko o tym, żeby nie zawalać białych rękawiczek. Brakło parobków do wyprzęgania koni, zakasując więc rękawy, panowie sami zabrali się do roboty. Ubrani byli rozmaicie, zależnie od pozycji społecznej, we fraki, surduty, marynarki – paradne stroje, chluba rodziny, wyjmowane z szafy tylko na wielkie uroczystości. Rozwiewały się długie poły tużurków o zaokrąglonych kołnierzach i wielkich workowatych kieszeniach; z grubymi sukiennymi kurtkami szły w parze czapki z daszkiem otoczonym metalową obwódką; były i kuse fraczki z dwoma guzikami z tyłu, świecącymi jak para oczu, o krótkich, jakby toporem odrąbanych połach. Niektórzy (ale ci oczywiście zasiąść mieli na samym końcu stołu) mieli odświętne bluzy z wykładanym kołnierzem, drobno zmarszczone na plecach i nisko wszyte w pasek.

Koszule wydymały się na piersiach, jak pancerze; głowy były krótko ostrzyżone, aż uszy sterczały; ci, którzy wstali przed świtem i golili się prawie po ciemku, mieli skośne szramy na twarzy, pod nosem, na szczękach lub naskórek zdarty z policzków całymi płatami wielkości talara. Wiatr zaognił blizny i wszystkie te białe, tłuste, kwitnące twarze pocętkowane były różowymi plamami.

Z fermy do gminy było tylko pół mili, udano się tam więc pieszo i pieszo też powrócono po dopełnieniu kościelnych obrządków. Orszak weselny, zrazu jednolity jak barwna wstęga wijąca się ścieżką wśród zielonych zbóż, rozciągnął się wkrótce i podzielił na małe gromadki, które gawędziły i przystawały chwilami. Na czele szedł grajek ze skrzypcami przystrojonymi w barwne wstęgi, a za nim trochę bezładnie nowożeńcy, rodzice i przyjaciele. Dzieci pozostawały w tyle, bawiąc się i wyskubując źdźbła owsa. Suknia Emmy, trochę przydługa, wlokła się po ziemi. Emma zatrzymywała się więc niekiedy, unosiła ją lekko i delikatnie, nie zdejmując rękawiczek, wyskubywała szorstkie trawy i osty, a Karol, stojąc przy niej ze zwieszonymi rękoma, czekał, aż skończy. Ojciec Rouault w nowym jedwabnym kapeluszu i w nowym ubraniu o zbyt długich rękawach, sięgających palców, prowadził panią Bovary matkę. Pan Bovary ojciec, pogardzając w duchu całym tym światkiem, zjawił się w skromnej kurtce wojskowego kroju, zapiętej na jeden rząd guzików, i zalecał się obcesowo do młodej, płowowłosej wieśniaczki, która dygała, rumieniła się i nie wiedziała, co odpowiedzieć. Pozostali goście rozmawiali o interesach albo płatali sobie figle za plecami, starając się zawczasu wzniecić wesołość. Z daleka dochodziło wciąż rzępolenie grajka. Kiedy spostrzegł, że orszak pozostał w tyle, przystawał na chwilę, by zaczerpnąć tchu, smarował powolutku smyczek kalafonią, żeby struny głośniej dźwięczały, i ruszał znów w drogę, to podnosząc, to znów opuszczając gryf skrzypiec dla lepszego pochwycenia rytmu. Dźwięk instrumentu płoszył z daleka małe ptaszki.

Stół zastawiono pod wozownią. Znalazły się na nim cztery pieczenie wołowe, sześć kurcząt, duszona cielęcina, trzy ćwiartki baranie, a pośrodku pieczone prosię przybrane czterema kiełbaskami ze szczawiem. Po rogach stały karafki z wódką. Słodki jabłecznik, musując w butelkach, otaczał korki gęstą pianą, a kieliszki już zawczasu napełnione były winem aż po brzegi. Na wielkich półmiskach z żółtą galaretką, która drgała za każdym potrąceniem stołu, wypisane były kolorowym maczkiem monogramy nowożeńców. Ciasta i torty piekł cukiernik sprowadzony z Yvetot. Starał się, jak mógł, bo był to pierwszy jego występ w okolicy. Deser był arcydziełem i powitany został okrzykami podziwu. Na niebieskiej tekturowej podstawie w kształcie świątyni z portykami, kolumnadą, posążkami ze stiuku, ustawionymi w niszach usianych złotymi gwiazdami z papieru, stała wieża z ciasta otoczona pomniejszymi fortyfikacjami z tataraku, migdałów, rodzynków i pomarańczowych skórek. Wreszcie na najwyższej kondygnacji przedstawiającej zieloną łączkę wśród skał i jezior z konfitur, wśród okrętów z łupinek orzecha kołysał się mały amorek na czekoladowej huśtawce, której słupy ozdobione były, niby kulkami, pąkami świeżych róż.

Jedli do wieczora; kto był zmęczony siedzeniem, szedł przejść się trochę na podwórze albo do stodoły na partię kręgli i wracał znów do stołu. Wreszcie kilka osób zdrzemnęło się, niektórzy chrapali nawet. Ale przy kawie ożywili się wszyscy. Śpiewali, mocowali się, nosili ciężary, próbowali dźwignąć wóz na ramionach, dowcipkowali i całowali panie. Wieczorem, gdy przyszła pora odjazdu, konie, po chrapy spasione owsem, wierzgały, stawały dęba, aż pękała uprząż, a panowie klęli lub wybuchali śmiechem. W całej okolicy widać było w tę księżycową noc pędzące galopem po kałużach, wybojach i bezdrożach bryczki, z których wychylały się kobiety, by chwycić lejce.

Ci, co zostali w Bertaux, spędzili całą noc w kuchni, pijąc. Dzieci posnęły pod ławkami.

Panna młoda błagała ojca, by oszczędzono jej tradycyjnych żartów. Mimo to jeden z jej kuzynów, handlarz rybami (przywiózł nawet parę fląder w ślubnym podarku), usiłował wdmuchiwać wodę przez dziurkę od klucza. Stary Rouault nadszedł jednak w porę i wytłumaczył mu, że poważne stanowisko jego zięcia nie pozwala na takie żarciki. Krewniak z trudem dał się przekonać tym argumentem i pomawiając w duchu ojca Rouault o dumę, przyłączył się do czterech czy pięciu siedzących w kącie gości, którym przypadkiem trafiły się przy stole gorsze kąski. Skarżyli się po cichu, że źle ich przyjęto, szydzili z gospodarza i w skrytości życzyli mu ruiny.

Pani Bovary matka, urażona, że nie zasięgnięto jej rady ani co do sukni synowej, ani co do uczty weselnej, słowem się nie odezwała przez cały dzień i wyjechała wcześnie. Małżonek, zamiast jej towarzyszyć, posłał po cygara do Saint-Victor i palił do rana, popijając grog zakrapiany wiśniakiem. Mieszanka ta, nieznana reszcie towarzystwa, wzmogła jeszcze szacunek dla jego osoby.

Karol nie był z natury skłonny do żartów, nie zabłysnął w czasie uczty. Dwuznaczniki, kalambury, życzenia i tłuste żarty, których zgodnie z tradycją nie szczędzono mu już przy zupie, zbywał byle czym.

Następnego dnia za to zdawał się innym człowiekiem. Jego to raczej można było uważać za onegdajszą dziewicę, podczas gdy zachowanie panny młodej niczego nie pozwalało się domyślić. Najodważniejsi nie śmieli jej zaczepić i gdy przechodziła, wpatrywali się w nią z niezwykłym natężeniem. Ale Karol niczego nie ukrywał. Mówił do niej po imieniu, nazywał „swoją żoną”, rozpytywał wciąż o nią, szukał wszędzie, wyciągał ją na podwórze; z daleka widać było, jak chodził z nią pośród drzew, obejmował ją wpół i pochylając się, gniótł koronkowy kołnierzyk jej bluzki.

Nowożeńcy odjechali w dwa dni po weselu. Karol nie mógł na dłużej opuścić chorych. Ojciec Rouault odesłał ich swoją bryczką i towarzyszył im aż do Vassonville. Tam pocałował córkę po raz ostatni i wysiadł. Gdy uszedł jakieś sto kroków, przystanął, obejrzał się za oddalającym się powozem i patrząc na koła toczące się szybko wśród tumanów kurzu, westchnął głęboko. Przypomniał sobie swoje wesele, dawne lata młodzieńcze, pierwszą ciążę żony; i on był szczęśliwy tego dnia, kiedy zabrał ją od ojca do swego domu; jechała za nim na jednym koniu, truchtem po śniegu; było to koło Bożego Narodzenia i pola były całkiem białe; obejmowała go jednym ramieniem, a na drugim miała przewieszony koszyk; długie, powiewające na wietrze koronki jej czepka muskały go czasem po ustach, a kiedy odwracał się, widział tuż za sobą pochyloną na jego ramieniu różową buzię; uśmiechała się, milcząc, spod złotej obwódki czepeczka i żeby ogrzać zziębnięte palce, wsuwała mu je czasem w zanadrze. Jakże dawno było już to wszystko! Syn ich miałby dziś trzydzieści lat! Odwrócił się raz jeszcze, ale nic już na drodze nie dojrzał. Zrobiło mu się w sercu smutno jak w opuszczonym domu. W mózgu przyćmionym oparami pijaństwa tkliwe wspomnienia zmieszały się z czarnymi myślami. Chciał zboczyć w stronę kościoła, ale bał się, że będzie mu wtedy jeszcze smutniej, poszedł więc wprost do domu.

Państwo Karolowie przyjechali do Tostes około szóstej. Sąsiedzi pośpieszyli do okien, żeby przyjrzeć się nowej żonie doktora.

Na progu powitała ich stara służąca i przepraszając, że obiad niegotów, prosiła panią, by zechciała tymczasem obejrzeć mieszkanie.

V

Dom o ceglanej fasadzie stał tuż przy szosie, a raczej przy drodze. Za drzwiami wisiały płaszcz z wąskim kołnierzem, uzda i czarna skórzana czapka, a w kącie stały sztylpy pokryte jeszcze zeschłym błotem. Na prawo była jadalnia, to znaczy duży pokój, gdzie jadano i przebywano w ciągu dnia. Kanarkowe tapety, ozdobione u góry wieńcem z bladych kwiatów, źle były przyklejone i odstawały od ścian. W oknach wisiały białe perkalowe firanki z czerwonym szlakiem, a na kominku między dwoma platerowanymi świecznikami lśnił zegar z głową Hipokratesa. Świeczniki przykryte były szklanymi kloszami. Gabinet Karola mieścił się w małym, mniej więcej na sześć stóp szerokim pokoiku po drugiej stronie korytarza. Stał tam stół, trzy krzesła i kancelaryjny fotel. Wielotomowy Słownik nauk medycznych (nierozcięty, ale zniszczony przez koleje swego losu) zapełniał prawie sam sześć półek sosnowej biblioteki. Podczas konsultacji dochodziły tu zapachy kuchenne, a w kuchni słychać było w zamian kaszel chorych i niekończące się historie ich cierpień. Dalej była duża, zupełnie zaniedbana izba, z której wychodziło się wprost na podwórze i do stajni. Niegdyś wypiekano w tej izbie chleb, a teraz służyła za drwalnię, spiżarnię i skład najrozmaitszych rupieci: starego żelastwa, pustych beczek, połamanych narzędzi rolniczych i mnóstwa innych zakurzonych gratów, których przeznaczenia nie sposób się było domyślić.

Długi, ale wąski ogród ciągnął się między dwoma murami z gliny i słomy, zakrytymi brzoskwiniowym szpalerem, aż do ciernistego żywopłotu, który oddzielał go od pola. Pośrodku, na wysokim piedestale, wmurowany był kamienny zegar słoneczny. Cztery symetryczne grządki wątłych róż zasłaniały bardziej produktywną część ogrodu, gdzie rosły warzywa, a w głębi, pod tujami, odlany w gipsie ksiądz pochylał się nad brewiarzem.

Emma poszła na piętro. Pierwszy pokój był nieumeblowany, w drugim, który był małżeńską sypialnią, stało w alkowie mahoniowe łóżko zasłonięte czerwoną kotarą; komodę zdobiło wyklejone z muszelek pudełko, a na sekretarzyku przy oknie tkwił w karafce bukiet pomarańczowych kwiatów związany białą atłasową wstążką. Był to bukiet ślubny, bukiet tamtej! Karol spostrzegł skierowane nań spojrzenie Emmy i wyniósł bukiet na strych. A Emma pogrążona w zadumie, siedząc w fotelu, otoczona kuframi, myślała o swoim bukiecie ślubnym zapakowanym w tekturowe pudełko. Co by się z nim stało, gdyby przypadkiem umarła?

W pierwszych dniach zajęła się uporządkowaniem domu. Zdjęła szklane klosze ze świeczników, kazała zmienić tapety, przemalować klatkę schodową, a w ogrodzie poustawiać ławki wokół słonecznego zegara. Chciała nawet mieć basen z rybkami i wodotryskiem. A mąż, pamiętając, że lubi spacery, kupił okazyjnie stary powozik, który z nowymi latarniami i błotnikami z pikowanej skóry wyglądał prawie jak tilbury.

Karol był szczęśliwy, nie miał żadnych trosk. Obiad w jej towarzystwie, spacer szosą, ruch ręki, kiedy poprawiała włosy, widok zawieszonego na oknie kapelusza i tyle innych drobiazgów, które dawniej nie przynosiły mu żadnej radości, składało się teraz na nieprzerwany łańcuch szczęścia. W łóżku, nad ranem, leżąc tuż przy niej, patrzył na jasny, prześwietlony słońcem puszek jej policzków przesłoniętych na wpół różkami czepka. Oczy jej widziane z tak bliska wydawały mu się większe, szczególnie kiedy budząc się, raz po raz otwierała i zamykała je na przemian; w cieniu czarne, a szafirowe w świetle, zdawały się mieć warstwy rozmaitych kolorów; ciemne u spodu, barwy te, im bliżej powierzchni, tym się stawały jaśniejsze. Własne jego oko tonęło w tych głębokościach; widział swoje malutkie odbicie aż do ramion, z fularem na włosach i z rozchyloną na piersiach koszulą. Wstawał, a ona w luźnym szlafroczku wychylała się za nim przez okno, wsparta na łokciu między dwiema doniczkami geranium. Karol przypinał ostrogi na ulicy, opierając nogę o milowy kamień, a ona, nie przerywając rozmowy, ustami zrywała jakiś kwiat czy listeczek i zdmuchiwała w jego stronę; kołysał się lekko na wietrze, zataczał koła, półkręgi i zaczepiał się wreszcie na poplątanej grzywie białej klaczy stojącej nieruchomo przed bramą. Karol, dosiadłszy konia, posyłał jej całusa; kiwała ręką na pożegnanie i zamykała okno. Odjeżdżał. Na zakurzonej wstędze drogi, w cieniu gałęzi wygiętych na kształt kolebki, wśród zbóż, które sięgały mu po kolana, grzejąc plecy w cieple słońca, wciągając w nozdrza powiewy poranka, jechał, pełen rozkosznych wspomnień nocy, ze spokojnym umysłem i nasyconym ciałem, przeżuwając swe szczęście jak smakosz, który po obiedzie, trawiąc, rozkoszuje się jeszcze smakiem trufli.

Cóż zaznał dotąd dobrego w życiu? Czyż był szczęśliwy w szkole, zamknięty wysokimi murami, sam wśród bogatych i zdolniejszych kolegów, którzy kpili z jego wymowy, wydrwiwali jego stroje i rozpieszczani byli przez matki, przychodzące do rozmównicy z mufkami pełnymi ciastek? Albo kiedy studiował medycynę i, zawsze bez grosza, nie mógł nawet zaprosić na tańce jakiejś skromnej szwaczuszki, która mogłaby zostać jego kochanką? Potem przez czternaście miesięcy żył z wdową, której nogi zimne były w łóżku jak sople lodu. Ale teraz piękna, ubóstwiana kobieta należała do niego już na zawsze. Świata nie widział poza rąbkiem jej spódnicy i wyrzucając sobie, że nie dość ją kocha, gnany żądzą zobaczenia jej natychmiast, wracał, wbiegał na schody z bijącym sercem (Emma ubierała się w swoim pokoju), wchodził cichymi krokami, całował ją w plecy, aż wystraszona wydawała lekki okrzyk.

Dotykał ciągle jej grzebienia, pierścionków, chusteczki, czasem wyciskał na jej policzkach głośne całusy albo drobnymi pocałunkami zasypywał jej ręce od czubka palców aż do obnażonych ramion. Odpychała go, jak odpycha się uprzykrzone dziecko, półuśmiechnięta i znudzona.

Przed ślubem zdawało się jej, że go kocha, ale oczekiwane szczęście nie nadeszło.

„Pomyliłam się więc” – myślała i starała się dociec znaczenia słów: szczęście, namiętność, upojenie, słów, które tak pięknie brzmiały w książkach.

VI

Czytała niegdyś Pawła i Wirginię i marzyła jej się chatka bambusowa, Murzynek Domingo, pies Wierny, a nade wszystko słodka przyjaźń jakiegoś dobrego braciszka, który zbiera czerwone owoce na drzewach wysokich jak dzwonnice lub biegnąc boso po piasku przynosi ci gniazdko ptasie.

Gdy skończyła lat trzynaście, ojciec sam odwiózł ją do miasta, by oddać na pensję do klasztoru. Stanęli w gospodzie w dzielnicy Świętego Gerwazego. Kolację podano im na malowanych talerzach przedstawiających dzieje panny de la Vallière. Napisy, tu i ówdzie porysowane nożem, wysławiały pobożność, delikatność uczuć i przepych dworu.

Z początku wcale się nie nudziła w klasztorze; lubiła towarzystwo siostrzyczek, które dla rozrywki prowadziły ją do kaplicy; długi korytarz wiódł do niej z refektarza. Niewiele się bawiła na pauzach, rozumiała dobrze katechizm i ona to zawsze najlepiej odpowiadała księdzu wikaremu na trudne pytania.

Zamknięta w mdłej atmosferze klas, pośród tych bladych kobiet z mosiężnymi krzyżykami u różańca, pogrążyła się niepostrzeżenie w półsen, pełen mistycznej tęsknoty, która wiała z kadzideł ołtarzy, z chłodu kropielnic, z blasku gromnic. Zamiast słuchać mszy, oglądała w książce do nabożeństwa pobożne winietki z błękitną obwódką. Lubiła chorą owieczkę, Przenajświętsze Serce przebite ostrymi strzałami i biednego Jezusa, który upada pod ciężarem krzyża. Spróbowała raz dla umartwienia nic nie jeść przez cały dzień i przemyśliwała nad tym, jaki by ślub uczynić.

U spowiedzi wynajdywała małe, urojone grzechy, żeby jak najdłużej klęczeć w półmroku ze złożonymi rękoma, z twarzą przyciśniętą do kraty, słuchając szeptu księdza. Porównania mistyczne o oblubieńcu, małżonku, kochanku niebiańskim i ślubach wieczystych, które często powtarzają się w kazaniach, budziły w głębi jej duszy nieoczekiwane słodycze.

Wieczorem przed pacierzem czytano na głos jakąś pobożną książkę. W dni powszednie były to streszczenia Historii świętej albo Pogadanki opata Frayssinous, a w niedzielę dla rozrywki ustępy z Ducha chrystianizmu. Z jakąż chciwością słuchała po raz pierwszy dźwięcznych skarg romantycznej melancholii, powtarzanych przez wszystkie echa ziemi i nieba! Gdyby dzieciństwo jej upłynęło w jakimś ciemnym zakamarku handlowej dzielnicy, duszę jej porwałby może liryczny urok przyrody, który objawia się nam zazwyczaj dopiero w zetknięciu z dziełami pisarzy. Ale zbyt dobrze znała wieś: beczenie owiec, wieczorny udój, pługi. Oswojona ze spokojem natury, szukała w niej przeżyć niezwykłych. Lubiła morze jedynie za jego burzliwość, a zieleń tylko wśród ruin. Z każdej rzeczy musiała wydobyć jakąś korzyść dla siebie i odrzucała jako zbędne to wszystko, co w danej chwili nie mogło być pokarmem dla jej serca. Mając naturę raczej uczuciową niż artystyczną, szukała wzruszeń, a nie widoków.