12,99 zł
W czasie kampanii francuskiej, nocą z 16 na 17 czerwca 1940 roku, oddziały 10. Brygady Kawalerii Pancernej gen. Stanisława Maczka otrzymały rozkaz odbicia miasteczka Montbard zajętego wcześniej przez Niemców. Zadanie zostało wykonane po brawurowym ataku. A bitwa barwnie opisana przez autora tej książki.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Ilustracja na okładce: GMJ
Copyright © for this edition by Dressler Dublin sp. z o.o., Ożarów Mazowiecki 2026
Wydawnictwo Bellona ul. Hankiewicza 2, 02-103 Warszawa tel. +48 22 457 04 02 www.bellona.pl www.facebook.com/Wydawnictwo.Bellona
Księgarnie internetowe: www.swiatksiazki.pl www.ksiazki.pl
Dystrybucja Dressler Dublin sp. z o.o. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. (+ 48 22) 733 50 31/32 e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl www.dressler.com.pl
ISBN 978-83-11-18957-7
Wersję elektroniczną w systemie Zecer przygotowała Róża Rozaxa
Modane powitała nas pogodnym niebem, gwarem zgromadzonego na peronach tłumu i nie wiadomo, z jakiej okazji graną – bo chyba nie dla nas specjalnie – melodią narodowego hymnu Francuzów. Pamięć przywoływała zapamiętane z dni szkolnych słowa:
Allons enfants de la Patrie,
Le jour de gloire est arrivée…
Był dzień 26 października 1939 roku.
Rozbitkowie wrześniowej armii, słuchaliśmy pieśni-symbolu ze szczególnym wzruszeniem. Ogarnął nas jakiś podniosły nastrój. Wyobraźnia zaroiła się tysiącem znanych z opowiadań, zapamiętanych z lektury pielgrzymów narodowej sprawy, jak my przymusowych uchodźców z ojczyzny. Poczuliśmy się nagle zespoleni z nimi jednakim losem, ideą walki „za waszą wolność i naszą”… Któż mógł przypuszczać wówczas, maszerując dziarsko pośród szpaleru Francuzów, z butną miną, lecz jakże ciężkim sercem – że to właśnie nam, 10 Brygadzie kawalerii zmotoryzowanej, przemianowanej następnie, w Anglii, w 1 Dywizję Pancerną, przyjdzie spełnić w czterdziestym czwartym najchwalebniejsze: wziąć niezapomniany rewanż za wrzesień.
Na razie jednak byliśmy rozbitkami pobitej armii, którzy ściągali tłumnie do Francji, przy której pomocy – wierzyliśmy – na pewno odtworzymy znowu 10 Brygadę kawalerii, zmotoryzowaną lub pancerną. Kto wie – może nawet uda się zorganizować stutysięczną armię polską? Francja to sojuszniczka zamożna materiałowo i militarnie, a i tradycje bojowe Francuzów są niebagatelne, zdobyte zwłaszcza w ciągłych wojnach z sąsiadującym napastnikiem niemieckim. Nasze nadzieje na odtworzenie armii polskiej przy boku armii francuskiej były tak silne, że w umysłach wielu żołnierzy nie istniał w ogóle problem, pod czyim dowództwem będziemy. Chcieliśmy bić wspólnego wroga, a jednocześnie dać Francuzom przykład, jak się wypełnia sojusznicze powinności, o których oni w tragiczne dla nas dni września zdawali się nie pamiętać…
Zajmiemy się więc tu bliżej losami brygady na francuskiej ziemi. Zanim to jednak nastąpi, cofnijmy się do czasów jej powstania, przypomnijmy – chociażby w wielkim skrócie – jej wrześniową epopeję i dalsze losy.
Kawaleria konna… Ładne, sportowe wojsko, z chlubnie zapisaną w dziejach kartą. Już jednak na długo przed wybuchem drugiej wojny światowej postęp techniczny na świecie zdawał się wróżyć jej nieuchronny zmierzch. Nie wszyscy podzielali, widać, ten pogląd, skoro w lipcu 1937 roku, a więc wówczas, gdy za miedzą wyrastała i krzepła stalowa potęga militarystów niemieckich – wydane zostały przez Ministerstwo Spraw Wojskowych „Wytyczne walki kawalerii z bronią pancerną”, w których czytamy ni mniej, ni więcej:
Pomimo rozrostu broni pancernej i lotnictwa wielkie jednostki kawalerii są nadal zdolne do samodzielnego wykonywania wszystkich zadań.
Wobec masowego rozwoju broni pancerno-silnikowej kawaleria będzie ją napotykać ustawicznie. Musi umieć ją zwalczać, aby mimo działania jednostek pancernych przeciwnika móc wykonywać wszystkie zadania, które – jak wynika z ducha kawalerii – powinny być rozwiązywane przede wszystkim zaczepnie.
Wzgląd ten wymaga od kawalerii odpowiedniego wychowania, dokładnej znajomości zasad działania broni pancerno-silnikowej oraz umiejętności walki z nią.
Kawaleria, przez uporczywość wytrwania w walce i umiejętne wyzyskanie terenu oraz technicznych środków walki, powinna wykazać całkowite opanowanie nerwowe wobec wstrząsu moralnego, spowodowanego pojawieniem się jednostek pancernych, a ponadto zachować zdolność zaczepną.
Przede wszystkim idzie o to, żeby lęk przed silniejszą bronią pancerną przeciwnika nie paraliżował ducha zaczepnego oddziałów.
Stawiano więc na „ducha zaczepnego kawalerii”, dając jej do walki z czołgami znikomą ilość środków, jeśli nie liczyć owych „dobrych rad”, by nie bały się broni pancernej i umiały stawić jej czoła. Ciężka była cena, zapłacona we wrześniu za tę krótkowzroczność i karygodną niefrasobliwość wyższego dowództwa. Chociaż kawalerzyści i strzelcy konni walczyli na ogół w szyku pieszym, chociaż kosztem wysokich strat wołyńska brygada kawalerii pod wsią Mokra zdołała nawet przejściowo zatrzymać czołowe natarcie niemieckiej 4 dywizji pancernej, to jednak w swej masie kawaleria była bezradna w starciach z czołgami. Tej prawdy nie mogą podważyć ani oderwane od całokształtu działań zwycięskie epizody, ani śmiałe wypady, ani znany zagon w głąb Prus Wschodnich. Tam, gdzie do walki wróg rzucał czołgi i lotnictwo, inicjatywa zaczepna całkowicie przechodziła w jego ręce. „Wytyczne…” nie zdały egzaminu, okazały się tak nieżyciowe, jak bezsilne były „malowane dzieci” wobec stalowych pancerzy i Stukasów.
Zbyt późno w międzywojennym dwudziestoleciu Sztab Główny zaczął dostrzegać postępujące zacofanie w dziedzinie własnej broni pancernej i motoryzacji armii. Dopiero w 1936 roku Komitet do Spraw Uzbrojenia i Sprzętu przedstawił plan rozbudowy i modernizacji wojska kosztem, jak przewidywano, 6 miliardów złotych. Plan obliczony był początkowo na cztery lata, ale później – wobec przeszkód finansowych i stosunkowo powolnego tempa rozbudowy Centralnego Okręgu Przemysłowego – termin jego realizacji przesunięto do roku 1942. Gdyby nawet zdołano go wykonać, co było mało prawdopodobne, to i tak liczebny i jakościowy stosunek sił w porównaniu z Wehrmachtem uległby nieznacznej tylko poprawie. Agresywnie nastawiona III Rzesza przeznaczyła na zbrojenia od 1933 roku do wybuchu wojny 56 miliardów marek, co stanowiło równowartość 110 miliardów złotych. W tym samym czasie Polska, przeznaczając na wojsko większą część budżetu niż Niemcy, wydatkowała zaledwie 7 miliardów złotych. Do tych liczb nic nie trzeba dodawać.
W dziale broni pancernej, która miała pochłonąć zaledwie 278 milionów złotych z sumy przewidzianej na modernizację wojska, wysunięto m.in. postulat zorganizowania czterech tzw. oddziałów motorowych formowanych w oparciu o brygady kawalerii. Miały one, jak planowano, spełniać rolę oddziałów zaporowych na kierunkach natarcia niemieckich dywizji pancernych. W 1936 roku Wehrmacht istotnie dysponował czterema dywizjami pancernymi, ale w momencie napaści na Polskę tych dywizji było już siedem, nie licząc czterech dywizji lekkich, także wyposażonych w czołgi. Dla każdego oddziału motorowego planowano zorganizować batalion pancerny w składzie kompanii czołgów lekkich i pościgowych (w każdej 16 wozów). Niezależnie od tego zamierzano sformować 8 batalionów czołgów lekkich (po 49 wozów) dla odwodu naczelnego wodza, 11 dywizjonów pancernych dla każdej z brygad kawalerii i 18 kompanii czołgów rozpoznawczych dla tzw. osłonowych dywizji piechoty.
Po zakończeniu rozbudowy sprzęt pancerny miał liczyć: 479 czołgów rozpoznawczych, 412 czołgów lekkich, 64 czołgi pościgowe, 88 samochodów pancernych i 10 pociągów pancernych już istniejących. Same liczby świadczą wyraźnie o tym, że twórcy planu nie tylko nie przewidywali jakościowego skoku w rozwoju broni pancernej, ale także odrzucali od podstaw koncepcję użycia czołgów w ramach większych jednostek, w masie, która daje im siłę przebojową.
Nie chciałbym zatrzymywać się dłużej nad niezwykle powolną realizacją założeń tego planu, co mogliśmy obserwować naocznie. Przypomnę tylko, że do samego wybuchu wojny broń pancerna była traktowana w naszym wojsku jako pomocniczy instrument walki, służący do rozpoznania i co najwyżej wsparcia piechoty na szczególnie ważnych kierunkach działania. Sam sprzęt także nie odpowiadał już w znacznym stopniu potrzebom pola walki. Dopiero z początkiem lat trzydziestych coraz częściej zaczęła pojawiać się na manewrach broń pancerna. W tym okresie bowiem rozwinięto produkcję czołgów rozpoznawczych, tzw. tankietek, TK-3 i TKS, dwuosobowych lekkich wozów, uzbrojonych w jeden karabin maszynowy o niewielkim kącie ostrzału, stosunkowo szybkich i zwrotnych, ale słabo opancerzonych. Ten typ czołgu nadawał się bardziej do szkolenia niż do działań bojowych. Żadnej wartości nie przedstawiał też wolnobieżny weteran z lat pierwszej wojny światowej, francuski Renault M-17FT, tzw. „żeleźniak”. Czołgi te otrzymaliśmy w spadku po armii Hallera. Kilkanaście gruchotów zdołano jakoś sprzedać Urugwajowi, ale aż 100 tych zdezelowanych wozów przetrwało na ciężkim chodzie do września 1939 roku. Trochę za wiele jak na muzeum, a już zupełnym nieporozumieniem było zarezerwowanie tych czołgów do dyspozycji naczelnego wodza, który chciał z nich stworzyć fikcję „pancernego kułaka”.
Pewien „przełom” nastąpił w 1932 roku, gdy za wygórowaną cenę zakupiono w Anglii 38 lekkich czołgów Vickers E, jedno- i dwuwieżowych. Radość trwała jednak krótko. Okazało się, że te szeroko reklamowane wozy – produkowane seryjnie przez wytwórnię, która chciała uchodzić za renomowaną – mają słabe silniki, niedostateczne chłodzenie, pancerz niskiej jakości, są powolne, źle uzbrojone i za często się psują. Anglicy produkowali ten model wyłącznie na eksport. Ponieważ nikt inny w tym czasie nie kwapił się sprzedawać czołgów, nasi konstruktorzy wzięli na warsztat Vickersa i opracowali jego polski odpowiednik o nieco lepszych właściwościach taktyczno-technicznych. Dzięki temu powstał pierwszy z prawdziwego zdarzenia czołg lekki 7TP, który w wyniku ciągłych modernizacji mógł być zaliczony do rzędu pełnowartościowych wozów bojowych w swej klasie. Ostatni jego wariant z pogrubionym spawanym pancerzem, silnikiem dieslowskim o mocy 110 KM, z nowoczesną wieżą Boforsa, w której zamontowano armatę przeciwpancerną 37 mm i jeden karabin maszynowy, przewyższał pod każdym względem niemieckie czołgi PzKw-I i PzKw-II, a nawet dorównywał czołgowi PzKw-III. Niestety, produkcja najnowszego modelu 7TP rozpoczęła się dopiero w 1939 roku i do wybuchu wojny wykonano ich zaledwie kilkanaście.
Opieszałe stanowisko władz wojskowych, a także słabo rozwinięte zaplecze techniczno-przemysłowe zaciążyły katastrofalnie na przebiegu i wynikach prac nad prototypami nowych czołgów, które miały zastąpić przestarzałe wozy w batalionach pancernych. Na miejsce bezwartościowych tankietek miał wejść czołg rozpoznawczy 4TP i jego wariant pływający PZInż. 130 – oba oryginalnej konstrukcji, zaprojektowane według nowoczesnych założeń. Próby wypadły na ogół pomyślnie, ale decyzję o podjęciu produkcji odłożono „do lepszych czasów”. Analogiczny los spotkał czołg pościgowy 10TP dla oddziałów motorowych. W studiach był również nowy czołg lekki 14TP i czołg średni 20/25TP. W najlepszym razie wozy te mogły ujrzeć światło dzienne po upływie co najmniej roku. Wojna przekreśliła te nadzieje. Odrzucono także oryginalną koncepcję zbudowania samobieżnego działa pancernego PZInż. 160 na podwoziu czołgu 4TP. Słowem, było źle. Ambicje konstruktorów przerosły po prostu możliwości ubogiego państwa, jego przemysłu i zasobów finansowych, przerosły też wyobraźnię sztabowców, którzy dopiero pod bombami ocknęli się z legionowych tradycji, niedoceniających znaczenia broni pancernej i motoryzacji w ogóle.
Niewielką wartość przedstawiały również samochody pancerne wzór 34 (napęd na jedną oś, słaby pancerz, przestarzałe uzbrojenie) i pociągi pancerne, nieźle co prawda uzbrojone, ale przywiązane do dróg żelaznych, co poważnie ograniczało ich możliwości manewru. Wrzesień potwierdził obawy, że nie odegrają one poważniejszej roli na polu walki.
Nie zdołano w porę sfinalizować umowy z Francją na zakup 100 czołgów lekkich R-35. Dopiero w maju 1939 roku przybyła do kraju pierwsza partia 50 wozów, z których sformowano batalion oddany do dyspozycji naczelnego wodza. Pozostałych czołgów nie otrzymaliśmy do września. Co dziwniejsze, żaden z czołgów R-35 ani razu nie był użyty w walce. Do końca kampanii trzymano je w odwodzie.
Ogółem w sierpniu 1939 roku zmobilizowano: 3 bataliony i 3 kompanie czołgów lekkich (130 czołgów 7TP, Vickers E i 45 czołgów R-35), 3 kompanie czołgów wolnobieżnych (45 czołgów Renault M-17FT), 30 kompanii i szwadronów czołgów rozpoznawczych (402 czołgi TK-3 i TKS), 11 szwadronów samochodów pancernych (88 wozów wzór 34) i 10 pociągów pancernych. Uwzględniając czołgi, które już w toku działań bojowych ściągnięto do linii z ośrodków szkolnych i zapasowych, można przyjąć, że w broni pancernej zdołano wystawić łącznie 762 wozy bojowe; wśród nich – nie zapominajmy – przytłaczającą większość stanowiły tankietki, czołgi lekkie zaś były w znacznym stopniu zużyte. Rzeczywista wartość naszej broni pancernej, do przesady rozczłonkowanej na ogromnym froncie, była więc minimalna. Pod żadnym względem nie mogła ona mierzyć się z niemiecką Panzerwaffe, która rzuciła przeciwko Polsce około 2800 czołgów.
A jak zakończył się projekt zorganizowania czterech oddziałów motorowych? Kulisy tej sprawy też rzucają ciekawe światło na mentalność sztabowej góry. Zdrowy rozsądek zdawał się podpowiadać, że kawaleria w swej klasycznej postaci nie odegra już poważniejszej roli w przyszłej wojnie. Utrzymywanie aż 40 pułków ułanów, strzelców konnych i szwoleżerów było w naszych warunkach kosztownym luksusem. Wyjścia należało szukać w drodze stopniowego motoryzowania kawalerii, organizowania w oparciu o jej skład osobowy nowych brygad wyposażonych w dostatecznym stopniu w broń przeciwpancerną, czołgi i samochody pancerne. Niestety, przez wiele lat Sztab Główny tej prawdy nie chciał dostrzegać. Do konserwatywnego stanowiska dorabiano legendę o rzekomej przydatności kawalerii nawet w walce z bronią pancerną. Gdy wreszcie w 1936 roku zdecydowano się na pierwszy krok w kierunku modernizacji kawalerii, praktyczna realizacja tego na wskroś słusznego postulatu przebiegała wbrew naglącej sytuacji bardzo powoli. Stanowczo za długo trwały spory między Sztabem Głównym, Ministerstwem Spraw Wojskowych i Dowództwem Broni Pancernej na temat struktury, uzbrojenia, wyposażenia i stanu osobowego owych oddziałów motorowych. Zawrzało również wśród dowódców brygad i pułków kawalerii, którzy nie widzieli potrzeby zmiany koni na silniki. Dla wielu z nich, żyjących ciągle pod wrażeniem wojny z 1920 roku, był to niemal zamach na kawaleryjskie tradycje.
Ostatecznie na pierwszy ogień poszła 10 Brygada kawalerii stacjonująca w Rzeszowie i Łańcucie. Składała się ona z: 20 pułku ułanów (Rzeszów), 10 pułku strzelców konnych (Łańcut) i 10 dywizjonu artylerii konnej (Rzeszów). Również w Rzeszowie stacjonowały sztab brygady i oddziały pomocnicze. Była to przeciętna brygada, ani lepsza, ani gorsza od innych. Z chwilą przemianowania jej na zmotoryzowaną 20 pułk ułanów wyłamał się spod rozkazu i nie oddał koni, a dowódca jego musiał się gęsto tłumaczyć i prosić o przebaczenie. 10 pułk strzelców konnych, posłuszny rozkazowi, oddał swoje rumaki, za które otrzymał samochody ciężarowe (Polskie Fiaty 621 i inne).
Na miejsce 20 pułku ułanów trzeba było znaleźć gdzieś w pobliżu jakiś inny, nie było to jednak wcale proste. Po dłuższych dyskusjach i perswazjach oddał wreszcie konie i wziął samochody 24 pułk ułanów w Kraśniku Lubelskim. Jego dowódcę, pułkownika Kazimierza Dworaka, długo trzeba było przekonywać, zanim wreszcie zgodził się na tę zmianę, a i to pod warunkiem, że sześćdziesiąt najlepszych koni pozostanie nadal dla kadry do jazdy sportowej, poza tym wolno będzie oficerom nosić ostrogi i szable. Jak wielka była siła tradycji, świadczy fakt, że mimo to wielu oficerów złożyło prośby o przeniesienie do pułków konnych, czego później, we wrześniu, prawdopodobnie bardzo żałowali.
10 dywizjon artylerii konnej z Rzeszowa nie mógł być zmotoryzowany, ponieważ jego działa nie nadawały się do trakcji silnikowej. Wobec tego zaprzągł konie do armat i wyjechał z Rzeszowa „w Polskę”. Koszary i działownie po nim zajęły nowo zorganizowane dywizjony rozpoznawczy i przeciwpancerny. Artylerię brygada otrzymała później. 16 dywizjon artylerii motorowej ze Stryja (dwie baterie) dołączył dopiero w przededniu wybuchu wojny.
Dowódcą zmotoryzowanej już 10 Brygady kawalerii mianowany został pułkownik dyplomowany Antoni Trzaska-Durski, rasowy kawalerzysta, były dowódca 1 pułku szwoleżerów w Warszawie. Po manewrach wołyńskich, na których brygada podobno nie zdała egzaminu, zastąpił go na tym stanowisku – ku ogólnej zresztą konsternacji – piechur, pułkownik dyplomowany Stanisław Maczek z 7 dywizji piechoty z Częstochowy.
– Piechur będzie dowodzić kawalerią? – dziwili się oficerowie.
Sam Maczek, zaskoczony nominacją, do której doszło na skutek zawiłych kombinacji personalnych, nie wiedział – smucić się czy cieszyć. Wiele miał skrupułów, ostatecznie jednak zaryzykował i… wygrał. Acz piechur, wcale nie najgorzej sobie z 10 Brygadą kawalerii poczynał. Nie święci garnki lepią.
Zamiast koni mieliśmy więc samochody, motocykle i czołgi. Oficerowie i żołnierze ubrani byli w czarne długie skóry, czarne berety i buty z cholewami. Słowem, czarna brygada zmotoryzowana, a nie jakaś tam kawaleria. Z miejsca też rozpoczęło się intensywne szkolenie. Wszyscy oficerowie musieli sukcesywnie ukończyć różne kursy techniczne, przede wszystkim kurs kierowców, i uzyskać prawo jazdy na wszystkie pojazdy, łącznie z gąsienicowymi.
Niedługo jednak brygada cieszyła się pokojowym trybem zajęć, gdyż 21 marca 1939 roku niemieckie propozycje w sprawie korytarza i Gdańska zostały ponowione w bardziej kategorycznej formie. Polska w tym samym dniu zareagowała ogłoszeniem częściowej mobilizacji, a Wielka Brytania w dniu 31 marca 1939 roku zadeklarowała swe gwarancje.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
