Pancerni pod Montbard. nr 131 - Michał Salwin - ebook

Pancerni pod Montbard. nr 131 ebook

Michał Salwin

0,0
12,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

W czasie kampanii francuskiej, nocą z 16 na 17 czerwca 1940 roku, oddziały 10. Brygady Kawalerii Pancernej gen. Stanisława Maczka otrzymały rozkaz odbicia miasteczka Montbard zajętego wcześniej przez Niemców. Zadanie zostało wykonane po brawurowym ataku. A bitwa barwnie opisana przez autora tej książki.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Ilu­stra­cja na okładce: GMJ

Copy­ri­ght © for this edi­tion by Dres­sler Dublin sp. z o.o., Oża­rów Mazo­wiecki 2026

Wydaw­nic­two Bel­lona ul. Han­kie­wi­cza 2, 02-103 War­szawa tel. +48 22 457 04 02 www.bel­lona.pl www.face­book.com/Wydaw­nic­two.Bel­lona

Księ­gar­nie inter­ne­towe: www.swiatk­siazki.pl www.ksiazki.pl

Dys­try­bu­cja Dres­sler Dublin sp. z o.o. ul. Poznań­ska 91, 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki tel. (+ 48 22) 733 50 31/32 e-mail: dys­try­bu­cja@dres­sler.com.pl www.dres­sler.com.pl

ISBN 978-83-11-18957-7

Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

Rozbitkowie

Modane powi­tała nas pogod­nym nie­bem, gwa­rem zgro­ma­dzo­nego na pero­nach tłumu i nie wia­domo, z jakiej oka­zji graną – bo chyba nie dla nas spe­cjal­nie – melo­dią naro­do­wego hymnu Fran­cu­zów. Pamięć przy­wo­ły­wała zapa­mię­tane z dni szkol­nych słowa:

Allons enfants de la Patrie,

Le jour de glo­ire est arrivée…

Był dzień 26 paź­dzier­nika 1939 roku.

Roz­bit­ko­wie wrze­śnio­wej armii, słu­cha­li­śmy pie­śni-sym­bolu ze szcze­gól­nym wzru­sze­niem. Ogar­nął nas jakiś pod­nio­sły nastrój. Wyobraź­nia zaro­iła się tysią­cem zna­nych z opo­wia­dań, zapa­mię­ta­nych z lek­tury piel­grzy­mów naro­do­wej sprawy, jak my przy­mu­so­wych uchodź­ców z ojczy­zny. Poczu­li­śmy się nagle zespo­leni z nimi jed­na­kim losem, ideą walki „za waszą wol­ność i naszą”… Któż mógł przy­pusz­czać wów­czas, masze­ru­jąc dziar­sko pośród szpa­leru Fran­cu­zów, z butną miną, lecz jakże cięż­kim ser­cem – że to wła­śnie nam, 10 Bry­ga­dzie kawa­le­rii zmo­to­ry­zo­wa­nej, prze­mia­no­wa­nej następ­nie, w Anglii, w 1 Dywi­zję Pan­cerną, przyj­dzie speł­nić w czter­dzie­stym czwar­tym naj­chwa­leb­niej­sze: wziąć nie­za­po­mniany rewanż za wrze­sień.

Na razie jed­nak byli­śmy roz­bit­kami pobi­tej armii, któ­rzy ścią­gali tłum­nie do Fran­cji, przy któ­rej pomocy – wie­rzy­li­śmy – na pewno odtwo­rzymy znowu 10 Bry­gadę kawa­le­rii, zmo­to­ry­zo­waną lub pan­cerną. Kto wie – może nawet uda się zor­ga­ni­zo­wać stu­ty­sięczną armię pol­ską? Fran­cja to sojusz­niczka zamożna mate­ria­łowo i mili­tar­nie, a i tra­dy­cje bojowe Fran­cu­zów są nie­ba­ga­telne, zdo­byte zwłasz­cza w cią­głych woj­nach z sąsia­du­ją­cym napast­ni­kiem nie­miec­kim. Nasze nadzieje na odtwo­rze­nie armii pol­skiej przy boku armii fran­cu­skiej były tak silne, że w umy­słach wielu żoł­nie­rzy nie ist­niał w ogóle pro­blem, pod czyim dowódz­twem będziemy. Chcie­li­śmy bić wspól­nego wroga, a jed­no­cze­śnie dać Fran­cu­zom przy­kład, jak się wypeł­nia sojusz­ni­cze powin­no­ści, o któ­rych oni w tra­giczne dla nas dni wrze­śnia zda­wali się nie pamię­tać…

Zaj­miemy się więc tu bli­żej losami bry­gady na fran­cu­skiej ziemi. Zanim to jed­nak nastąpi, cof­nijmy się do cza­sów jej powsta­nia, przy­po­mnijmy – cho­ciażby w wiel­kim skró­cie – jej wrze­śniową epo­peję i dal­sze losy.

Kawa­le­ria konna… Ładne, spor­towe woj­sko, z chlub­nie zapi­saną w dzie­jach kartą. Już jed­nak na długo przed wybu­chem dru­giej wojny świa­to­wej postęp tech­niczny na świe­cie zda­wał się wró­żyć jej nie­uchronny zmierzch. Nie wszy­scy podzie­lali, widać, ten pogląd, skoro w lipcu 1937 roku, a więc wów­czas, gdy za mie­dzą wyra­stała i krze­pła sta­lowa potęga mili­ta­ry­stów nie­miec­kich – wydane zostały przez Mini­ster­stwo Spraw Woj­sko­wych „Wytyczne walki kawa­le­rii z bro­nią pan­cerną”, w któ­rych czy­tamy ni mniej, ni wię­cej:

Pomimo roz­ro­stu broni pan­cer­nej i lot­nic­twa wiel­kie jed­nostki kawa­le­rii są na­dal zdolne do samo­dziel­nego wyko­ny­wa­nia wszyst­kich zadań.

Wobec maso­wego roz­woju broni pan­cerno-sil­ni­ko­wej kawa­le­ria będzie ją napo­ty­kać usta­wicz­nie. Musi umieć ją zwal­czać, aby mimo dzia­ła­nia jed­no­stek pan­cer­nych prze­ciw­nika móc wyko­ny­wać wszyst­kie zada­nia, które – jak wynika z ducha kawa­le­rii – powinny być roz­wią­zy­wane przede wszyst­kim zaczep­nie.

Wzgląd ten wymaga od kawa­le­rii odpo­wied­niego wycho­wa­nia, dokład­nej zna­jo­mo­ści zasad dzia­ła­nia broni pan­cerno-sil­ni­ko­wej oraz umie­jęt­no­ści walki z nią.

Kawa­le­ria, przez upo­rczy­wość wytrwa­nia w walce i umie­jętne wyzy­ska­nie terenu oraz tech­nicz­nych środ­ków walki, powinna wyka­zać cał­ko­wite opa­no­wa­nie ner­wowe wobec wstrząsu moral­nego, spo­wo­do­wa­nego poja­wie­niem się jed­no­stek pan­cer­nych, a ponadto zacho­wać zdol­ność zaczepną.

Przede wszyst­kim idzie o to, żeby lęk przed sil­niej­szą bro­nią pan­cerną prze­ciw­nika nie para­li­żo­wał ducha zaczep­nego oddzia­łów.

Sta­wiano więc na „ducha zaczep­nego kawa­le­rii”, dając jej do walki z czoł­gami zni­komą ilość środ­ków, jeśli nie liczyć owych „dobrych rad”, by nie bały się broni pan­cer­nej i umiały sta­wić jej czoła. Ciężka była cena, zapła­cona we wrze­śniu za tę krót­ko­wzrocz­ność i kary­godną nie­fra­so­bli­wość wyż­szego dowódz­twa. Cho­ciaż kawa­le­rzy­ści i strzelcy konni wal­czyli na ogół w szyku pie­szym, cho­ciaż kosz­tem wyso­kich strat wołyń­ska bry­gada kawa­le­rii pod wsią Mokra zdo­łała nawet przej­ściowo zatrzy­mać czo­łowe natar­cie nie­miec­kiej 4 dywi­zji pan­cer­nej, to jed­nak w swej masie kawa­le­ria była bez­radna w star­ciach z czoł­gami. Tej prawdy nie mogą pod­wa­żyć ani ode­rwane od cało­kształtu dzia­łań zwy­cię­skie epi­zody, ani śmiałe wypady, ani znany zagon w głąb Prus Wschod­nich. Tam, gdzie do walki wróg rzu­cał czołgi i lot­nic­two, ini­cja­tywa zaczepna cał­ko­wi­cie prze­cho­dziła w jego ręce. „Wytyczne…” nie zdały egza­minu, oka­zały się tak nie­ży­ciowe, jak bez­silne były „malo­wane dzieci” wobec sta­lo­wych pan­ce­rzy i Stu­ka­sów.

Zbyt późno w mię­dzy­wo­jen­nym dwu­dzie­sto­le­ciu Sztab Główny zaczął dostrze­gać postę­pu­jące zaco­fa­nie w dzie­dzi­nie wła­snej broni pan­cer­nej i moto­ry­za­cji armii. Dopiero w 1936 roku Komi­tet do Spraw Uzbro­je­nia i Sprzętu przed­sta­wił plan roz­bu­dowy i moder­ni­za­cji woj­ska kosz­tem, jak prze­wi­dy­wano, 6 miliar­dów zło­tych. Plan obli­czony był począt­kowo na cztery lata, ale póź­niej – wobec prze­szkód finan­so­wych i sto­sun­kowo powol­nego tempa roz­bu­dowy Cen­tral­nego Okręgu Prze­my­sło­wego – ter­min jego reali­za­cji prze­su­nięto do roku 1942. Gdyby nawet zdo­łano go wyko­nać, co było mało praw­do­po­dobne, to i tak liczebny i jako­ściowy sto­su­nek sił w porów­na­niu z Wehr­mach­tem uległby nie­znacz­nej tylko popra­wie. Agre­syw­nie nasta­wiona III Rze­sza prze­zna­czyła na zbro­je­nia od 1933 roku do wybu­chu wojny 56 miliar­dów marek, co sta­no­wiło rów­no­war­tość 110 miliar­dów zło­tych. W tym samym cza­sie Pol­ska, prze­zna­cza­jąc na woj­sko więk­szą część budżetu niż Niemcy, wydat­ko­wała zale­d­wie 7 miliar­dów zło­tych. Do tych liczb nic nie trzeba doda­wać.

W dziale broni pan­cer­nej, która miała pochło­nąć zale­d­wie 278 milio­nów zło­tych z sumy prze­wi­dzia­nej na moder­ni­za­cję woj­ska, wysu­nięto m.in. postu­lat zor­ga­ni­zo­wa­nia czte­rech tzw. oddzia­łów moto­ro­wych for­mo­wa­nych w opar­ciu o bry­gady kawa­le­rii. Miały one, jak pla­no­wano, speł­niać rolę oddzia­łów zapo­ro­wych na kie­run­kach natar­cia nie­miec­kich dywi­zji pan­cer­nych. W 1936 roku Wehr­macht istot­nie dys­po­no­wał czte­rema dywi­zjami pan­cer­nymi, ale w momen­cie napa­ści na Pol­skę tych dywi­zji było już sie­dem, nie licząc czte­rech dywi­zji lek­kich, także wypo­sa­żo­nych w czołgi. Dla każ­dego oddziału moto­ro­wego pla­no­wano zor­ga­ni­zo­wać bata­lion pan­cerny w skła­dzie kom­pa­nii czoł­gów lek­kich i pości­go­wych (w każ­dej 16 wozów). Nie­za­leż­nie od tego zamie­rzano sfor­mo­wać 8 bata­lionów czoł­gów lek­kich (po 49 wozów) dla odwodu naczel­nego wodza, 11 dywi­zjo­nów pan­cer­nych dla każ­dej z bry­gad kawa­le­rii i 18 kom­pa­nii czoł­gów roz­po­znaw­czych dla tzw. osło­no­wych dywi­zji pie­choty.

Po zakoń­cze­niu roz­bu­dowy sprzęt pan­cerny miał liczyć: 479 czoł­gów roz­po­znaw­czych, 412 czoł­gów lek­kich, 64 czołgi pości­gowe, 88 samo­cho­dów pan­cernych i 10 pocią­gów pan­cernych już ist­nie­ją­cych. Same liczby świad­czą wyraź­nie o tym, że twórcy planu nie tylko nie prze­wi­dy­wali jako­ścio­wego skoku w roz­woju broni pan­cer­nej, ale także odrzu­cali od pod­staw kon­cep­cję uży­cia czoł­gów w ramach więk­szych jed­no­stek, w masie, która daje im siłę prze­bo­jową.

Nie chciał­bym zatrzy­my­wać się dłu­żej nad nie­zwy­kle powolną reali­za­cją zało­żeń tego planu, co mogli­śmy obser­wo­wać naocz­nie. Przy­po­mnę tylko, że do samego wybu­chu wojny broń pan­cerna była trak­to­wana w naszym woj­sku jako pomoc­ni­czy instru­ment walki, słu­żący do roz­po­zna­nia i co naj­wy­żej wspar­cia pie­choty na szcze­gól­nie waż­nych kie­run­kach dzia­ła­nia. Sam sprzęt także nie odpo­wia­dał już w znacz­nym stop­niu potrze­bom pola walki. Dopiero z począt­kiem lat trzy­dzie­stych coraz czę­ściej zaczęła poja­wiać się na manew­rach broń pan­cerna. W tym okre­sie bowiem roz­wi­nięto pro­duk­cję czoł­gów roz­po­znaw­czych, tzw. tan­kie­tek, TK-3 i TKS, dwu­oso­bo­wych lek­kich wozów, uzbro­jo­nych w jeden kara­bin maszy­nowy o nie­wiel­kim kącie ostrzału, sto­sun­kowo szyb­kich i zwrot­nych, ale słabo opan­ce­rzo­nych. Ten typ czołgu nada­wał się bar­dziej do szko­le­nia niż do dzia­łań bojo­wych. Żad­nej war­to­ści nie przed­sta­wiał też wol­no­bieżny wete­ran z lat pierw­szej wojny świa­to­wej, fran­cu­ski Renault M-17FT, tzw. „żeleź­niak”. Czołgi te otrzy­ma­li­śmy w spadku po armii Hal­lera. Kil­ka­na­ście gru­cho­tów zdo­łano jakoś sprze­dać Uru­gwa­jowi, ale aż 100 tych zde­ze­lo­wa­nych wozów prze­trwało na cięż­kim cho­dzie do wrze­śnia 1939 roku. Tro­chę za wiele jak na muzeum, a już zupeł­nym nie­po­ro­zu­mie­niem było zare­zer­wo­wa­nie tych czoł­gów do dys­po­zy­cji naczel­nego wodza, który chciał z nich stwo­rzyć fik­cję „pan­cer­nego kułaka”.

Pewien „prze­łom” nastą­pił w 1932 roku, gdy za wygó­ro­waną cenę zaku­piono w Anglii 38 lek­kich czoł­gów Vic­kers E, jedno- i dwu­wie­żo­wych. Radość trwała jed­nak krótko. Oka­zało się, że te sze­roko rekla­mo­wane wozy – pro­du­ko­wane seryj­nie przez wytwór­nię, która chciała ucho­dzić za reno­mo­waną – mają słabe sil­niki, nie­do­sta­teczne chło­dze­nie, pan­cerz niskiej jako­ści, są powolne, źle uzbro­jone i za czę­sto się psują. Anglicy pro­du­ko­wali ten model wyłącz­nie na eks­port. Ponie­waż nikt inny w tym cza­sie nie kwa­pił się sprze­da­wać czoł­gów, nasi kon­struk­to­rzy wzięli na warsz­tat Vic­kersa i opra­co­wali jego pol­ski odpo­wied­nik o nieco lep­szych wła­ści­wo­ściach tak­tyczno-tech­nicz­nych. Dzięki temu powstał pierw­szy z praw­dzi­wego zda­rze­nia czołg lekki 7TP, który w wyniku cią­głych moder­ni­za­cji mógł być zali­czony do rzędu peł­no­war­to­ścio­wych wozów bojo­wych w swej kla­sie. Ostatni jego wariant z pogru­bio­nym spa­wa­nym pan­cerzem, sil­nikiem die­slow­skim o mocy 110 KM, z nowo­cze­sną wieżą Boforsa, w któ­rej zamon­to­wano armatę prze­ciw­pan­cerną 37 mm i jeden kara­bin maszy­nowy, prze­wyż­szał pod każ­dym wzglę­dem nie­miec­kie czołgi PzKw-I i PzKw-II, a nawet dorów­ny­wał czoł­gowi PzKw-III. Nie­stety, pro­duk­cja naj­now­szego modelu 7TP roz­po­częła się dopiero w 1939 roku i do wybu­chu wojny wyko­nano ich zale­d­wie kil­ka­na­ście.

Opie­szałe sta­no­wi­sko władz woj­sko­wych, a także słabo roz­wi­nięte zaple­cze tech­niczno-prze­my­słowe zacią­żyły kata­stro­fal­nie na prze­biegu i wyni­kach prac nad pro­to­ty­pami nowych czoł­gów, które miały zastą­pić prze­sta­rzałe wozy w bata­lio­nach pan­cer­nych. Na miej­sce bez­war­to­ścio­wych tan­kie­tek miał wejść czołg roz­po­znaw­czy 4TP i jego wariant pły­wa­jący PZInż. 130 – oba ory­gi­nal­nej kon­struk­cji, zapro­jek­to­wane według nowo­cze­snych zało­żeń. Próby wypa­dły na ogół pomyśl­nie, ale decy­zję o pod­ję­ciu pro­duk­cji odło­żono „do lep­szych cza­sów”. Ana­lo­giczny los spo­tkał czołg pości­gowy 10TP dla oddzia­łów moto­ro­wych. W stu­diach był rów­nież nowy czołg lekki 14TP i czołg średni 20/25TP. W naj­lep­szym razie wozy te mogły ujrzeć świa­tło dzienne po upły­wie co naj­mniej roku. Wojna prze­kre­śliła te nadzieje. Odrzu­cono także ory­gi­nalną kon­cep­cję zbu­do­wa­nia samo­bież­nego działa pan­cer­nego PZInż. 160 na pod­wo­ziu czołgu 4TP. Sło­wem, było źle. Ambi­cje kon­struk­to­rów prze­ro­sły po pro­stu moż­li­wo­ści ubo­giego pań­stwa, jego prze­my­słu i zaso­bów finan­so­wych, prze­ro­sły też wyobraź­nię szta­bow­ców, któ­rzy dopiero pod bom­bami ock­nęli się z legio­no­wych tra­dy­cji, nie­do­ce­nia­ją­cych zna­cze­nia broni pan­cer­nej i moto­ry­za­cji w ogóle.

Nie­wielką war­tość przed­sta­wiały rów­nież samo­chody pan­cerne wzór 34 (napęd na jedną oś, słaby pan­cerz, prze­sta­rzałe uzbro­je­nie) i pociągi pan­cerne, nie­źle co prawda uzbro­jone, ale przy­wią­zane do dróg żela­znych, co poważ­nie ogra­ni­czało ich moż­li­wo­ści manewru. Wrze­sień potwier­dził obawy, że nie ode­grają one poważ­niejszej roli na polu walki.

Nie zdo­łano w porę sfi­na­li­zo­wać umowy z Fran­cją na zakup 100 czoł­gów lek­kich R-35. Dopiero w maju 1939 roku przy­była do kraju pierw­sza par­tia 50 wozów, z któ­rych sfor­mo­wano bata­lion oddany do dys­po­zy­cji naczel­nego wodza. Pozo­sta­łych czoł­gów nie otrzy­ma­li­śmy do wrze­śnia. Co dziw­niej­sze, żaden z czoł­gów R-35 ani razu nie był użyty w walce. Do końca kam­pa­nii trzy­mano je w odwo­dzie.

Ogó­łem w sierp­niu 1939 roku zmo­bi­li­zo­wano: 3 bata­liony i 3 kom­pa­nie czoł­gów lek­kich (130 czoł­gów 7TP, Vic­kers E i 45 czoł­gów R-35), 3 kom­pa­nie czoł­gów wol­no­bież­nych (45 czoł­gów Renault M-17FT), 30 kom­pa­nii i szwa­dro­nów czoł­gów roz­po­znaw­czych (402 czołgi TK-3 i TKS), 11 szwa­dro­nów samo­cho­dów pan­cer­nych (88 wozów wzór 34) i 10 pocią­gów pan­cer­nych. Uwzględ­nia­jąc czołgi, które już w toku dzia­łań bojo­wych ścią­gnięto do linii z ośrod­ków szkol­nych i zapa­so­wych, można przy­jąć, że w broni pan­cer­nej zdo­łano wysta­wić łącz­nie 762 wozy bojowe; wśród nich – nie zapo­mi­najmy – przy­tła­cza­jącą więk­szość sta­no­wiły tan­kietki, czołgi lek­kie zaś były w znacz­nym stop­niu zużyte. Rze­czy­wi­sta war­tość naszej broni pan­cer­nej, do prze­sady roz­człon­ko­wa­nej na ogrom­nym fron­cie, była więc mini­malna. Pod żad­nym wzglę­dem nie mogła ona mie­rzyć się z nie­miecką Pan­zer­waffe, która rzu­ciła prze­ciwko Pol­sce około 2800 czoł­gów.

A jak zakoń­czył się pro­jekt zor­ga­ni­zo­wa­nia czte­rech oddzia­łów moto­ro­wych? Kulisy tej sprawy też rzu­cają cie­kawe świa­tło na men­tal­ność szta­bo­wej góry. Zdrowy roz­są­dek zda­wał się pod­po­wia­dać, że kawa­le­ria w swej kla­sycz­nej postaci nie ode­gra już poważ­niej­szej roli w przy­szłej woj­nie. Utrzy­my­wa­nie aż 40 puł­ków uła­nów, strzel­ców kon­nych i szwo­le­że­rów było w naszych warun­kach kosz­tow­nym luk­su­sem. Wyj­ścia nale­żało szu­kać w dro­dze stop­nio­wego moto­ry­zo­wa­nia kawa­le­rii, orga­ni­zo­wa­nia w opar­ciu o jej skład oso­bowy nowych bry­gad wypo­sa­żo­nych w dosta­tecz­nym stop­niu w broń prze­ciw­pan­cerną, czołgi i samo­chody pan­cerne. Nie­stety, przez wiele lat Sztab Główny tej prawdy nie chciał dostrze­gać. Do kon­ser­wa­tyw­nego sta­no­wi­ska dora­biano legendę o rze­ko­mej przy­dat­no­ści kawa­le­rii nawet w walce z bro­nią pan­cerną. Gdy wresz­cie w 1936 roku zde­cy­do­wano się na pierw­szy krok w kie­runku moder­ni­za­cji kawa­le­rii, prak­tyczna reali­za­cja tego na wskroś słusz­nego postu­latu prze­bie­gała wbrew naglą­cej sytu­acji bar­dzo powoli. Sta­now­czo za długo trwały spory mię­dzy Szta­bem Głów­nym, Mini­ster­stwem Spraw Woj­sko­wych i Dowódz­twem Broni Pan­cer­nej na temat struk­tury, uzbro­je­nia, wypo­sa­że­nia i stanu oso­bo­wego owych oddzia­łów moto­ro­wych. Zawrzało rów­nież wśród dowód­ców bry­gad i puł­ków kawa­le­rii, któ­rzy nie widzieli potrzeby zmiany koni na sil­niki. Dla wielu z nich, żyją­cych cią­gle pod wra­że­niem wojny z 1920 roku, był to nie­mal zamach na kawa­le­ryj­skie tra­dy­cje.

Osta­tecz­nie na pierw­szy ogień poszła 10 Bry­gada kawa­le­rii sta­cjo­nu­jąca w Rze­szo­wie i Łań­cu­cie. Skła­dała się ona z: 20 pułku uła­nów (Rze­szów), 10 pułku strzel­ców kon­nych (Łań­cut) i 10 dywi­zjonu arty­le­rii kon­nej (Rze­szów). Rów­nież w Rze­szo­wie sta­cjo­no­wały sztab bry­gady i oddziały pomoc­ni­cze. Była to prze­ciętna bry­gada, ani lep­sza, ani gor­sza od innych. Z chwilą prze­mia­no­wa­nia jej na zmo­to­ry­zo­waną 20 pułk uła­nów wyła­mał się spod roz­kazu i nie oddał koni, a dowódca jego musiał się gęsto tłu­ma­czyć i pro­sić o prze­ba­cze­nie. 10 pułk strzel­ców kon­nych, posłuszny roz­ka­zowi, oddał swoje rumaki, za które otrzy­mał samo­chody cię­ża­rowe (Pol­skie Fiaty 621 i inne).

Na miej­sce 20 pułku uła­nów trzeba było zna­leźć gdzieś w pobliżu jakiś inny, nie było to jed­nak wcale pro­ste. Po dłuż­szych dys­ku­sjach i per­swa­zjach oddał wresz­cie konie i wziął samo­chody 24 pułk uła­nów w Kra­śniku Lubel­skim. Jego dowódcę, puł­kow­nika Kazi­mie­rza Dwo­raka, długo trzeba było prze­ko­ny­wać, zanim wresz­cie zgo­dził się na tę zmianę, a i to pod warun­kiem, że sześć­dzie­siąt naj­lep­szych koni pozo­sta­nie na­dal dla kadry do jazdy spor­to­wej, poza tym wolno będzie ofi­ce­rom nosić ostrogi i sza­ble. Jak wielka była siła tra­dy­cji, świad­czy fakt, że mimo to wielu ofi­ce­rów zło­żyło prośby o prze­nie­sie­nie do puł­ków kon­nych, czego póź­niej, we wrze­śniu, praw­do­po­dob­nie bar­dzo żało­wali.

10 dywi­zjon arty­le­rii kon­nej z Rze­szowa nie mógł być zmo­to­ry­zo­wany, ponie­waż jego działa nie nada­wały się do trak­cji sil­ni­ko­wej. Wobec tego zaprzągł konie do armat i wyje­chał z Rze­szowa „w Pol­skę”. Koszary i dzia­łow­nie po nim zajęły nowo zor­ga­ni­zo­wane dywi­zjony roz­po­znaw­czy i prze­ciw­pan­cerny. Arty­le­rię bry­gada otrzy­mała póź­niej. 16 dywi­zjon arty­le­rii moto­ro­wej ze Stryja (dwie bate­rie) dołą­czył dopiero w przeded­niu wybu­chu wojny.

Dowódcą zmo­to­ry­zo­wa­nej już 10 Bry­gady kawa­le­rii mia­no­wany został puł­kow­nik dyplo­mo­wany Antoni Trza­ska-Dur­ski, rasowy kawa­le­rzy­sta, były dowódca 1 pułku szwo­le­że­rów w War­sza­wie. Po manew­rach wołyń­skich, na któ­rych bry­gada podobno nie zdała egza­minu, zastą­pił go na tym sta­no­wi­sku – ku ogól­nej zresztą kon­ster­na­cji – pie­chur, puł­kow­nik dyplo­mo­wany Sta­ni­sław Maczek z 7 dywi­zji pie­choty z Czę­sto­chowy.

– Pie­chur będzie dowo­dzić kawa­le­rią? – dzi­wili się ofi­ce­ro­wie.

Sam Maczek, zasko­czony nomi­na­cją, do któ­rej doszło na sku­tek zawi­łych kom­bi­na­cji per­so­nal­nych, nie wie­dział – smu­cić się czy cie­szyć. Wiele miał skru­pu­łów, osta­tecz­nie jed­nak zary­zy­ko­wał i… wygrał. Acz pie­chur, wcale nie naj­go­rzej sobie z 10 Bry­gadą kawa­le­rii poczy­nał. Nie święci garnki lepią.

Zamiast koni mie­li­śmy więc samo­chody, moto­cy­kle i czołgi. Ofi­ce­ro­wie i żoł­nie­rze ubrani byli w czarne dłu­gie skóry, czarne berety i buty z cho­le­wami. Sło­wem, czarna bry­gada zmo­to­ry­zo­wana, a nie jakaś tam kawa­le­ria. Z miej­sca też roz­po­częło się inten­sywne szko­le­nie. Wszy­scy ofi­ce­ro­wie musieli suk­ce­syw­nie ukoń­czyć różne kursy tech­niczne, przede wszyst­kim kurs kie­row­ców, i uzy­skać prawo jazdy na wszyst­kie pojazdy, łącz­nie z gąsie­ni­co­wymi.

Nie­długo jed­nak bry­gada cie­szyła się poko­jo­wym try­bem zajęć, gdyż 21 marca 1939 roku nie­miec­kie pro­po­zy­cje w spra­wie kory­ta­rza i Gdań­ska zostały pono­wione w bar­dziej kate­go­rycz­nej for­mie. Pol­ska w tym samym dniu zare­ago­wała ogło­sze­niem czę­ścio­wej mobi­li­za­cji, a Wielka Bry­ta­nia w dniu 31 marca 1939 roku zade­kla­ro­wała swe gwa­ran­cje.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki