19,99 zł
Odkryj świat pełen tajemnic i intryg w serii Pan Samochodzik. Doświadcz malowniczych Kaszub, świeżego powietrza, morskich fal i zagadki kryminalnej!
Na spokojnych Kaszubach, Paweł Daniec doświadcza niezapomnianych, pełnych zagadek wakacji. Spotyka dwóch skarbołowców, którzy pragną odkryć dawno ukryte sekrety tego regionu. W trakcie swojego śledztwa, Paweł odkrywa gościnność i urok Kaszub, dzięki pomocy miejscowych mieszkańców. Wszystko to okraszone jest niecodziennym zdarzeniem w muzeum w Lęborku.
Pan Samochodzik stał się inspiracją do wielu ekranizacji.
Jako historyk sztuki w Ministerstwie Kultury, Tomasz, zwany Panem Samochodzikiem, rozwiązuje zbrodnie artystyczne, często musząc konfrontować się z byłym przyjacielem, a obecnie przemytnikiem - Waldemarem Baturą i jego synem.
Arkadiusz Niemirski - satyryk, dziennikarz, pisarz powieści kryminalnych i sensacyjnych oraz kontynuacji przygód "Pana Samochodzika". Współpracował z Programem III Polskiego Radia, pisał artykuły muzyczne do czasopism „Tylko Rock” i „Teraz Rock”.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 360
Arkadiusz Niemirski
Saga
Pan Samochodzik i zagadka kaszubskiego rodu
Zdjęcia na okładce: Shutterstock
Copyright © 2003, 2022 Arkadiusz Niemirski i SAGA Egmont
Wszystkie prawa zastrzeżone
ISBN: 9788727095875
1. Wydanie w formie e-booka
Format: EPUB 3.0
Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.
www.sagaegmont.com
Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 13,4 miliona euro.
Po śmierci Zbigniewa Nienackiego w 1994 r., autora kultowej serii „Pan Samochodzik”, jedno z polskich wydawnictw zdecydowało się na jej kontynuację. Przez kilka lat – wraz z innymi autorami – tworzyłem przygody nadwiślańskiego historyka sztuki i detektywa. Po latach wróciłem do tej serii. Postanowiłem gruntownie odświeżyć wcześniej napisane powieści, a w niektórych przypadkach nawet stworzyć je od nowa. Mam nadzieję, że wszystkie uzupełnione w ten sposób tomy usatysfakcjonują Czytelnika i do ich lektury wróci jeszcze nie raz.
Arkadiusz Niemirski
Statyw z mikrofonami stanął w szuwarach na wschodnim brzegu jeziora. Urządzenie zostało skierowane na najbliższą wysepkę, która w zachodzącym kwietniowym słońcu spotężniała w cieniu własnych drzew. Dogasające w resztkach dnia lekko pomarszczone lustro wody z cichym szumem obmywało zarośnięty, niedostępny brzeg. Gdzieś tutaj ptactwo znalazło sobie przystań, a rybitwy miejsce na ościstą kolację. Było ciepło, trochę duszno i jak na razie bezwietrznie. Komary cięły na deszcz, drażnił je zapach ludzkiego potu, ale nie zniechęciły dwóch młodych chłopców do kalibracji czułych mikrofonów kierunkowych z okazałą tarczą lunety. Po chwili z małego głośniczka dobiegły ich niewyraźne odgłosy przyrody, pomruk drzew, szelest liści oraz ptasi szczebiot, dla którego znaleźli się tutaj. Nie byli ornitologami. Należeli do członków szkolnego oddziału Ligi Ochrony Przyrody.
Zerknęli w górę — zanosiło się na deszcz, ale jeszcze nie teraz. Zmienili więc baterie, sprawdzili czułość sprzętu i włączyli mały magnetofon. Wkrótce wycofali się na brzeg. Usiedli pod dorodnym grabem, wyjąwszy z plecaków bidony. Z ulgą ugasili pragnienie kwaśnym kompotem, który przyrządziła Kolasiowa, żona leśniczego.
Gdzieś w górze, w ciemniejących koronach drzew zaświergotał sennie drozd, tak przynajmniej wydawało się młodszemu.
Starszy z chłopaków oparł się o grab i popatrzył na piegowatego kompana z poważną miną.
— Powiedz teraz, co to są jeziora lobeliowe? — zapytał tonem egzaminatora.
— Nazwa ich pochodzi od lobelii jeziornej, inaczej stroiczki wodnej — odpowiedział tamten śpiewająco, jakby wykuł się tego na pamięć. — To taka roślina wodna, zimozielona. W Polsce rzadka i ginąca.
— „Liść ich zielony jak jodłowe szpilki, kiedy je śniegi pobielą” — wyrecytował starszy.
— Słowacki?
— Blisko, Mickiewicz. Ale poezją zajmiemy się kiedy indziej. Teraz, sprawdzimy twoją łacinę. Tracz nurogęś?
— Mergus merganser.
— Gągoł?
— Bucephala clangula.
Nagle, zamilkli. Oto bowiem z wysokich trzcin porastających brzeg wyspy wystrzeliło stado kaczek. Ptaki poderwały się do lotu najwyraźniej czymś spłoszone, ale zaraz z charakterystycznym pluskiem opadły na powierzchnię wody trzydzieści metrów dalej, zwróciwszy się dziobami ku oczeretom południowego cypla. Chłopcy wytężyli wzrok. Z północy nadpływał stary ponton z dwójką miejscowych mężczyzn. Pojawili się nieoczekiwanie i cicho niczym zjawy z kiczowatego horroru. Zarośnięci i niedbale ubrani osobnicy palili papierosy i rozmawiali szeptem. Kierowali się prosto na wyspę.
Dwójka chłopców momentalnie ukryła się za drzewem, by w pełnym napięcia milczeniu obserwować płynący ku nim ponton.
— Kłusownicy — szepnął starszy.
Nic więcej nie dodał, gdyż jeden z mężczyzn wyjął wiatrówkę i stanął na dziobie łajby. Z gęstwiny oczeretu broniącego dostępu do małej wysepki wyleciał spłoszony łabędź. Średniej wielkości ptaszysko ostrzegawczo pisnęło, a potem bijąc wściekle skrzydłami zaczęło w panice uciekać w pozycji niemal wyprostowanej po powierzchni jeziora. Wtedy ten stojący wycelował w niego ze swojej broni. Rozległ się głośny trzask, który tutaj, w samym sercu rezerwatu ciszy, zabrzmiał niczym armatni wystrzał. Trafiony łabędź przystanął i opadł na powierzchnię wody. Kłusownik oddał drugi strzał, tak na wszelki wypadek.
Dwójka osobników zaczęła wiosłować, ignorując drugiego łabędzia uciekającego po wodzie ku zachodniej wyspie.
— Bandyci — wyszeptał z wściekłością młodszy chłopak. — Widziałeś? Zamordował łabędzia. To nie kłusownicy. To mordercy.
Starszy nic nie powiedział. Położył się ostrożnie brzuchem na ziemi i wolno podczołgał na sam brzeg, gdzie stał mikrofon z lunetą. Młodszy poszedł zaraz w jego ślady.
W tym czasie dwójka kłusowników dobiła już do brzegu sąsiedniej wysepki, zabrawszy po drodze martwego łabędzia z powierzchni jeziora. Przód pontonu wsunął się w trzcinowisko i po chwili gumowa jednostka znalazła się poza polem widzenia obserwatorów.
Na jeziorze znowu zapanował rajski spokój. Kłusownicy zapalili papierosa — kłęby dymu unosiły się nad trzcinami poruszane jedynie przez zefirek. Jeden z mężczyzn zaklął siarczyście. Rzucone przez niego przekleństwo poniosło się po wodzie, jak złe zaklęcie.
Starszy z chłopców skierował lunetę mikrofonu w kierunku niewidocznego pontonu ukrytego przy brzegu pobliskiej wysepki, a następnie uruchomił funkcję nagrywania.
Dwójka nastolatków szybko przekonała się, że rozmowa kłusowników dotyczyła nie tylko łabędzi.
ACH, WAKACJE! • AUTOSTOPOWICZKA • KIM JEST CZAPLA? • OSTRE POŻEGNANIE • NA JASIEŃ • KOLASIÓWKA I SZCZEŻUJ • KOLASIOWA O WYPADKU LEŚNICZEGO • BŁOGOŚĆ POOBIEDNIA • CO MNIE TU SPROWADZA? • O DWÓCH KŁUSOWNIKACH • CO MAJĄ WSPÓLNEGO ŁABĘDŹ, KÓŁKO LOP I NASZ DEPARTAMENT? • O DZIWNYM NAGRANIU • BIWAK • PRZYRODA JASIENIA I DOLINY SŁUPI • STRAŻNIK W MOIM NAMIOCIE
Przełom czerwca i lipca od dziecka kojarzył mi się z radosnym uniesieniem, graniczącym niemal z euforią. Rzecz zrozumiała — wakacje! Jadąc z Warszawy do Lęborka, mijając liczne miasta i wsie, wszędzie odczuwałem ów magiczny oddech lata. Cała przyroda zdawała się pozostawać na usługach leniwego błogostanu. Szczególnie młodzi ludzie zdradzali
wyraźne objawy wakacyjnej „choroby” — w ich sposobie chodzenia i mówienia, w uśmiechach i grymasach odradzało się na moment nasze własne, beztroskie dzieciństwo.
Wakacje — czas amnestii dla szkolnych obiboków, okres wytchnienia i opamiętania dla pracusiów i prymusów. Ach, wakacje! Jak miło, znowu cię mieć.
Ale nie wszyscy mogli oddać się bezczynności i beztrosce. Weźmy mnie — oficjalnie przebywałem na urlopie, pierwszym od kilku lat pracy w Departamencie Ochrony Zabytków działającym przy Ministerstwie Kultury i Sztuki w Warszawie. Ale wcale nie zamierzałem przez całe dwa tygodnie wylegiwać się na morskiej plaży lub żeglować po mazurskich jeziorach. Tym razem bawiłem na Kaszubach. Dodajmy, że przyrodę wręcz kochałem, ale w te wakacje nie wybrałem się na wypoczynek na łonie natury. Moja wizyta tutaj miała stricte służbowy charakter. Tylko, co może być ciekawego na Kaszubach? — zapyta ktoś niewtajemniczony w charakter mojej pracy detektywa zajmującego się ochroną zabytków i przeciwdziałaniem przestępczości przeciwko skarbom narodowej kultury. Jeden stary kościół na wsi lub zdewastowany poniemiecki dworek?
Zacznijmy jednak od początku.
Kiedy tylko mój szef, zwany w pewnych kręgach Panem Samochodzikiem, podpisał mój wniosek urlopowy — udzieliwszy wcześniej stosownych wskazówek — pojechałem naszym ministerialnym jeepem do swego mieszkania na Ursynowie, aby się spakować (w tym czasie szef wyruszał pociągiem w delegację do Paryża, więc nie potrzebował samochodu). Wyjąłem z pawlacza stary, nieużywany od dawna namiot dwuosobowy i ku swojemu zadowoleniu, stwierdziłem, że nie ma w nim ani jednej dziurki. Potem zająłem się kompletowaniem pozostałego sprzętu i koszmarnie długim praniem, aż wreszcie wybrałem się na małe zakupy do pobliskiego supermarketu. Pod wieczór nastawiłem budzik na czwartą rano i ległem na wyrku.
Tej nocy prawie nie zmrużyłem oka. Przez całą noc przewracałem się z boku na bok, myśląc o czekającej mnie misji na północy kraju. Zresztą, zawsze tak reagowałem w takich sytuacjach. Każdy wyjazd w miejsca, które znałem wyłącznie z przewodników i folderów traktowałem jak swego rodzaju wyzwanie. Oczekiwanie na konfrontację miało posmak tremy przed randką z nieznajomą dziewczyną. Miejsca, których nigdy się nie widziało, choć znało wyłącznie z opisów, fascynowały z podwójną mocą. I nieważne, że chodziło o zabitą deskami wiochę — zawsze oczekiwaniu na wyjazd w nieznane towarzyszyła mi nabożna ciekawość. Potem zwyczajny drewniany płot, dzwonnica kościoła lub opuszczony dom wydawały się ciekawsze właśnie z powodu owego poprzedzającego wzrokowy kontakt wyobrażenia.
Ale dość tych ckliwych refleksji. Właśnie minąłem przejazd kolejowy w Lęborku, zbliżając się od wschodu do centrum tego rozłożystego miasta o średniowiecznym rodowodzie, które smażyło się w ostrym słońcu niczym jajko na patelni. Daleko przede mną, ale nieco na prawo, idealnie błękitne niebo łączyło się nad miastem z ciemnozielonymi wzgórzami.
Zatrzymałem się na przydrożnej stacji benzynowej, aby zatankować.
— Do pełna — rzuciłem w stronę milczącego pracownika stacji, stojącego przy dystrybutorze.
Mężczyzna w drelichu włożył pistolet do otworu baku i oparłszy się plecami o bok kufra mojego pojazdu, obserwował ze znudzoną miną licznik dystrybutora.
Postanowiłem rozprostować kości. Stanąłem przed wejściem do sklepiku i oglądałem ustawioną tam ekspozycję z okularami przeciwsłonecznymi. Zainteresowała mnie jedna para, więc pobieżnie sprawdziłem jakość zamków, stan piętek i nośników. Potem założyłem je na nos i obejrzałem się w małym lustereczku.
Ale coś innego niż własne odbicie zwróciło moją uwagę — za moimi plecami zamajaczyła jakaś postać, a właściwie ponad dachem jeepa przesunęła się głowa dziewczyny. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nieznajoma poszła sobie dalej. Ale ona dyskretnie otworzyła drzwiczki mojego pojazdu i błyskawicznie wskoczyła do środka. Odwrócony do niej plecami pracownik stacji nawet nie zareagował.
„Co za czort?” — pomyślałem zszokowany całą sytuacją.
Oczywiście, nie dałem po sobie poznać, że wiem o obecności intruza w samochodzie. Nie chciałem go spłoszyć. Postanowiłem bowiem doprowadzić do konfrontacji, aby dowiedzieć się, co jest grane? Dodam jeszcze, że nasz ministerialny pojazd wyposażono w specjalny wtrysk gazu obezwładniającego, który ulatniał się po każdej próbie włamania. Oczywiście, przecież podczas krótkich postojów z tej opcji nigdy nie korzystaliśmy, więc dziewczynie nie mogło stać się nic złego.
Kupiłem jakieś okulary z fioletowymi szkłami, zapłaciłem za paliwo i jakby nigdy nic usiadłem za kierownicą. Przez jakiś czas siedziałem nieruchomo, nie zapalając silnika. Wprawdzie mogłem uruchomić opcję automatycznego złożenia się tylnego siedzenia, co spowodowałoby uwięzienie dziewczyny w kleszczach fotela, ale zrezygnowałem z takiego rozwiązania. Zamiast tego wyjąłem ze schowka mapę i udawałem, że ją studiuję. Na moment wstrzymałem oddech — za sobą posłyszałem cichy szelest. Tak więc nieznajoma lekko się poruszyła.
„Kim jesteś?” — zgadywałem w myślach, oglądając plan miasta. — „Złodziejką? A może w ręce trzymasz nóż?”
Dopiero klakson samochodu za mną, zmusił mnie do działania. Ruszyłem spod stacji i wolno wyjechałem na ulicę. Po kilku minutach jazdy w spiekocie dotarłem w pobliże centrum do zabytkowej części miasta, w której przeważały solidne budynki neogotyckie z czerwonej cegły, pamiętające niemiecką dominację w tych stronach.
Po chwili zaparkowałem na poboczu obok komisariatu policji. Zgasiłem silnik i zablokowałem wszystkie drzwi.
— Jeśli nie powiesz mi, co robisz w moim samochodzie — zwróciłem się przez ramię do nieznajomej — idę na policję.
Na moment zapanowała cisza. Wbiłem wzrok we wsteczne lusterko, ale nieznajoma nie odważyła mi się pokazać. Dopiero po kilku sekundach wyczekiwania nastąpił gwałtowny atak na drzwi Rosynanta. Dziewczyna z furią uczepiła się klamki, próbując wydostać się na zewnątrz.
— Ej, spokojnie! — zawołałem. — Wyrwiesz mi klamkę.
To powiedziawszy, odwróciłem się za siebie. Wreszcie ujrzałem szczupłą dziewczynę w wieku około szesnastu lub siedemnastu lat o ciemnych włosach ściętych na wysokości płatków uszu. Wrażenie chudości pogłębiała jej długa i wąska szyja — zupełnie jak u czapli. Nieznajoma ubrana była w lnianą sukienkę i jasną koszulę bez rękawów żywo kontrastującą ze świeżą opalenizną.
— Co jest? — złościła się Czapla, szarpiąc za klamkę. — Otwórz pan, no już!
— A kto tutaj wszedł bez pytania? — warknąłem. — I przestań szarpać! Wiesz, ile kosztuje klamka do jeepa grand cherokee? Starczyłoby na bilet kolejowy nad morze i z powrotem. Przestań!
Mój krzyk sprowadził ją na ziemię. A może po prostu zwątpiła w sens ucieczki. Po prostu padła zrezygnowana na tylne siedzenie, oddychając szybko i nerwowo. Patrzyła na mnie spode łba, aż wreszcie jej wzrok spoczął na wysokich schodach prowadzących do budynku policji.
— Niech mnie pan wypuści — jęknęła. — Pójdę sobie i już. Po co zawracać głowę policji?
— Przecież nie wiem, kim jesteś? — mruknąłem. — Może złodziejką? Albo uciekinierką?
— A wyglądam na taką?
— A który złodziej wygląda na złodzieja? Weszłaś do mojego samochodu i to mi wystarczy.
Nie uzyskałem żadnych wyjaśnień. W naszą stronę szedł już bowiem mundurowy. Wyłonił się nagle zza rogu budynku, gdyż — co zauważyłem z opóźnieniem — zaparkowałem w miejscu niedozwolonym. Tak więc policjant zamierzał wręczyć mi mandat, w najlepszym wypadku przegonić.
— Błagam — wyszeptała Czapla, patrząc na zbliżającego się policjanta.
— Kim jesteś? — zapytałem ostro. — Powiesz, wszystko zostanie między nami. To jak?
— Jestem Agata z Częstochowy — rzuciła bez zastanowienia. Kto wie, czy mówiła prawdę, ale uwierzyłem jej. — Wybieram się do Łeby. Tylko, że forsa mi się skończyła. Postanowiłam pojechać na gapę... ma pan warszawską rejestrację, więc z pewnością jedzie nad morze. Chciałam tylko tam się dostać. Jezu, on już tu jest.
Myślała o policjancie. Rzeczywiście, od jeepa dzieliło go zaledwie kilka metrów.
— Ile ty masz lat? — zapytałem jeszcze.
— Ja? — zastanawiała się ciut za długo. — Skończone osiemnaście!
— O — zdziwiłem się i zaraz posłałem jej kwaśny uśmiech. — To tyle, co ja.
Kiedy policjant znalazł się obok jeepa, wreszcie zapaliłem silnik. Na wszelki wypadek uniosłem rękę w geście pojednania. Odjechaliśmy zaraz spod komendy, odprowadzani wzrokiem przez policjanta.
— Dokąd pan jedzie? — zapytała po chwili Czapla.
— Nad jezioro Jasień.
— A gdzie to?
— W powiecie bytowskim. Na południe od Lęborka. Za godzinę będę na miejscu. Rozbiję nad brzegiem swój dwuosobowy namiocik w kolorze khaki i...
— Mogę jechać z panem? — jęknęła błagalnie.
Zerknąłem we wsteczne lusterko, a właściwie w odbicie jej rozjaśnionych, pełnych nadziei oczu.
— Zaraz — mruknąłem. — Twierdziłaś, że wybierasz się nad morze. Do Łeby.
— No, tak… ale nie mam pieniędzy, więc mogłabym zabrać się z panem — wyjaśniła. — Co mi za różnica, czy będę opalała się nad morzem czy nad jeziorem.
— Moja droga — zaśmiałem się i wbiłem wzrok we wsteczne lusterko. Patrzyłem na nią spod zmrużonych powiek. — Moim zdaniem, ty coś kręcisz, dziewczyno. Ba, ja nawet sądzę, że ty właśnie wracasz znad morza.
— Jak to?
— Twoja opalenizna — posłałem jej słodki uśmiech.
Wzruszyła ramionami, a następnie zaczęła tłuc pięściami w szybę.
— Nie dasz rady — oświadczyłem beztrosko. — Specjalnie hartowana szyba. Szkoda ręki.
— Puść mnie! — zaczęła krzyczeć. — Policja! Ratunku!
— Właśnie stamtąd wracamy — rzuciłem za siebie. — Czego ty chcesz? Ale okej, w porządku, już cię wypuszczam. W końcu nie chciałem cię porywać, tylko odstawić na dworzec. Tak naprawdę, nie obchodzisz mnie, dziewczyno.
Wzruszyłem ramionami i zatrzymałem samochód. Nie chciałem jej przecież wieźć nad Jasień, tylko wyciągnąć z niej to i owo.
— Wysiadaj — nakazałem surowym tonem. — Albo jadę prosto na policję.
Zawahała się.
— Ale gdzie ja pójdę? — wyszeptała.
— Chciałaś nad morze do Łeby. Droga wolna.
Wysiadłem i otworzyłem drzwiczki z jej strony.
— Na co czekasz? — popatrzyłem w jej brązowe oczy, które wydały mi się urocze, choć nieco smutnawe.
Czapla nie odpowiadała. Zagryzając dolną wargę, zastanawiała się nad czymś intensywnie.
— A ty kim jesteś? — zapytała nieoczekiwanie.
— Paweł Daniec z Warszawy. Pracownik Departamentu Ochrony Zabytków. Poszukiwacz przygód i tropiciel przemytników dzieł sztuki. Czy ta wiedza pomoże ci wreszcie podjąć jakąś decyzję?
Ze zdumienia wytrzeszczyła oczy, ale zaraz sposępniała. Zapewne pomyślała sobie, że żartuję. Lecz jeepa nie opuściła. Oceniała mnie wzrokiem, jakby próbowała zgadnąć, czy jestem porządnym gościem? Wreszcie potaknęła głową do swoich myśli.
— I jak? — zagadnąłem ją.
— A ładnie tam chociaż? — zapytała z rozbrajającą naiwnością. — Nad tym pańskim jeziorem?
— Nie, nie i jeszcze raz nie — odpowiedziałem stanowczo, próbując jednocześnie wyciągnąć dziewczynę z samochodu. — Dość tych podchodów. Nie wiem, co z ciebie za ziółko, kochana. Założę się, że jesteś krnąbrnym dzieckiem. I coś mi mówi, że przynosisz pecha. Mogłaś zapytać, poprosić, a nie wchodzić bez pytania. Proszę!
Na te słowa wyjąłem z kieszeni pięćdziesięciozłotowy banknot i wręczyłem go dziewczynie.
— To na bilet do Częstochowy. Ulgowy, rzecz jasna. Niech stracę. Nie chcę mieć żadnej smarkuli na sumieniu. Wracaj do domu. Żegnam!
Czapla niechętnie wyszła z jeepa i ruszyła przed siebie. Nawet się nie obejrzała. Powoli wsiadłem do samochodu i przez pewien czas obserwowałem ją, aż wreszcie znikła mi z oczu.
„Może i ma te osiemnaście lat” — pocieszałem się w duchu. — „Skoro rodzice puścili ją nad morze, musi być pełnoletnia”.
Odjechałem z wiarą, że nic jej się nie stanie. Jednego byłem pewien — Czapla oszukiwała, mówiąc, że jedzie nad morze. Po pierwsze, miała typowo morską opaleniznę. Po drugie, jakim cudem podróżowała bez grosza przy duszy? Odpowiedź była prosta — ona właśnie stamtąd wracała! Być może dlatego właśnie, że zabrakło jej forsy.
Zresztą, co mnie to wszystko mogło obchodzić? Więcej już o niej nie myślałem, chociaż jakimś sensie zrobiło mi się jej żal.
Do Jasienia — wzorem Pana Samochodzika — jechałem bardzo wolno, podziwiając zza szyby senny kaszubski krajobraz. Witałem w milczeniu prowincjonalne miasteczka z tradycyjną zabudową i wsie na skraju soczystych łąk, torfowisk i małych jezior, a także osady leżące u podnóża większych i mniejszych wzniesień, już to zalesionych, już to porosłych trawami, których zieleń ozdabiały rdzawe zacieki szczawiu. Jeszcze tylko minąłem Rokitki i Rokity, potem las się przerzedził, ustępując miejsca pagórkom. Kręta nitka asfaltu z drzewami wyrastającymi niemal z pobocza prowadziła mnie przez wznoszący się lub opadający teren, mijałem liczne gospodarstwa, bajeczne zagajniki i oczka wodne. Tak było aż do Mydlity. Tam, po północnej stronie drogi znowu wyrosła ściana drzew. Las towarzyszył mi na odcinku kilku kilometrów do samej wsi Jasień.
Ta mała, zapomniana miejscowość położona na wschodnim brzegu jeziora o tej samej nazwie, nawet latem nie tętniła życiem, gdyż turyści chętniej odpoczywali w ośrodkach wypoczynkowych. W żółwim tempie przejechałem główną ulicę, która za ładnymi, kolorowymi domami opadała nieco w dół, aż po samo jezioro, zasłonięte jeszcze przez wysokie sosny.
Wreszcie między drzewami ukazała się tafla jeziora. Rozlana między zalesionymi brzegami niebieska woda mieniła się w słońcu niczym diamenty. Droga biegła dalej przez nieregularny cypel — przypominający wyspę o nieregularnych kształtach — który łączył oba brzegi jeziora, a zarazem dzielił cały akwen na część południową i północną.
Zwolniłem. W prześwicie drzew po lewej ukazała się panorama południowego zbiornika z bujnie porośniętymi wysepkami. Natomiast po prawej stronie drogi ujrzałem porosłą świerkami wysoką skarpę, która dalej kończyła się piaszczystą dróżką, odbijającą pod kątem prostym ku lasowi.
Przed drewnianym mostkiem skręciłem w prawo w kierunku leśniczówki, jadąc nieco pod górkę w błogim cieniu, jaki dawały gęste korony drzew. Pociągnąłem nosem — pachniało wodą i lasem.
Leśniczówka stała na zalesionym klifie mniej więcej w połowie długości jeziora. Był to piętrowy dom z bali zwieńczony góralskim dachem. Teren otaczał drewniany płot, a za otwartą bramą rozciągał się rozległy dziedziniec, na którym parkowały gazik i kilkuletnia skoda. Na tyłach domu zauważyłem biegnącą do jeziora alejkę z wyciętymi drzewami, dzięki czemu z tarasu można było od biedy podziwiać północną część akwenu i fragment owej “wyspy” z drogą łączącą oba brzegi.
Pierwszy wyszedł mi na powitanie pies. Wybiegł zza rogu domu i zaczął szczekać w moją stronę. Po chwili w drzwiach domu pojawiła się starsza, korpulentna kobieta w letniej sukience. Czworonóg natychmiast podbiegł do niej. Zgasiłem silnik, opuściłem pojazd i wyszedłem kobiecie naprzeciw. Pies znowu zaczął ujadać, ale w jego zachowaniu nie wyczułem agresji.
— Cicho, Szczeżuj! — zawołała gospodyni na czworonoga. — Wcale mnie nie słuchasz, łapserdaku!
Przyjrzała się lepiej numerom rejestracyjnym jeepa.
— Czy mam przyjemność z panem Dańcem?
Zamiast odpowiedzi, z pewnym niepokojem zerknąłem na ciemnego mieszańca przypominającego skrzyżowanie sznaucera z wyżłem.
— On gryzie? — zapytałem.
— Szczeżuj? — zachichotała kobieta. — Owszem, groźny bywa. Ale tylko jak jest głodny. Wtedy groźnie patrzy. Niech się pan nie boi, pół godziny temu dostał żarcie.
Wyciągnąłem rękę w stronę kobiety.
— Paweł Daniec z Warszawy — przedstawiłem się.
I przykucnąłem, patrząc na psa. Szczeżuj usiadłszy na zadzie, obserwował mnie z zainteresowaniem. Pogłaskałem go.
— Dlaczego „Szczeżuj”? — zapytałem gospodynię.
— A bo on lubi małże — odpowiedziała. — Kiedyś, jak był u nas PGR, zakradał się, łapserdak, i wyjadał małże podawane do pasz. Małż to szczeżuja. I tak jakoś zostało. Tak naprawdę, Szczeżuj to pies męża. Mnie tam wcale nie słucha. Chyba, że mam jakąś ścierkę pod ręką. Znam tylko jedną komendę, na którą reaguje. Dzieje się tak wyłącznie wtedy, gdy jest głodny. Ale nie chcę pana zanudzać. Zapraszam do domu. Nie przedstawiłam się. Maria Kolaś, żona leśniczego. Niestety, wczoraj wydarzył się wypadek… O niczym pan nie wie, prawda? Mąż trafił do szpitala i prawdopodobnie wyjdzie dopiero za tydzień, taki pech...
Ruszyliśmy we dwójkę w stronę domu. Szczeżuj został na dziedzińcu. Zdaje się, że zainteresował się oponą jeepa.
— Coś poważnego? — zapytałem żonę leśniczego. — Przedwczoraj rozmawiałem z pani mężem i był pełen energii...
— Tak, wiem, ale to wydarzyło się wczoraj — wyjaśniła. — Mąż wracał z rezerwatu „Gniazdo Orła Bielika”. To niedaleko stąd na zachód, za Dziką Górą nad jeziorem Skoławsko Duże. Napadnięto na niego.
— Napadnięto? — przeraziłem się.
— Tak. We wsi Łupawsko po drugiej stronie Jasienia. W szpitalu powiedzieli, że to lekkie wstrząśnięcie mózgu. Trzymają go na obserwacji. Ale lekarz zapewnia, że wszystko będzie w porządku.
Weszliśmy do sieni, a stamtąd do urządzonego w drewnie salonu, z którego wychodziło się na szeroki taras z widokiem na część jeziora.
— Kim byli napastnicy? — dopytywałem się. — Czy pan leśniczy widział ich?
— Było ich dwóch. Tylko tyle widział, a raczej usłyszał. Mąż obserwował z zachodniego brzegu jeziora wyspy. Zaskoczyli go. To wszystko. Sądzi jednak, że wypadek może mieć związek z ostatnimi morderstwami... tych łabędzi. Ktoś je nadal zabija z wiatrówki.
— Niewykluczone, że pani mąż został zaatakowany przez tych konkretnych kłusowników — zauważyłem.
— Zgoda. Mąż też tak uważa.
— A policja?
— Policja jak zwykle ma ręce pełne roboty. Innej.
Usiadłem na wiklinowym fotelu, aby nieco odsapnąć i ochłonąć.
— Gdzie są nasi młodzi detektywi z LOP? — zagadnąłem po chwili.
— Przyjadą dzisiaj — odpowiedziała kobieta. — Z instruktorką, panną Małgorzatą. Ale dość gadania. Zapraszam na obiad.
Zjadłem sporej wielkości talerz kaszy gryczanej polanej świńskim tłuszczem, popijając strawę prawdziwym, zsiadłym mlekiem. Przepyszne wiejskie jedzenie. Prawdziwy rarytas wśród kulinarnych wynalazków współczesności.
“Zapach i smak takich dań jak te — pomyślałem sobie — powinny zostać utrwalone i przechowane dla przyszłych pokoleń w jakimś muzeum etnograficznym, tak jak niektóre stare domy wpisuje się do rejestru zabytków. Tylko jak zapisać smak i zapach?”
Po posiłku poczułem się senny — zmęczenie podróżą dawało o sobie znać.
Kolasiowa poszła do kuchni pozmywać naczynia, więc rozsiadłem się w wiklinowym fotelu na zadaszonym tarasie. Drzewa stały nieruchomo niczym zielone posągi. Spokojne jezioro mieniło się złotymi refleksami. Miły zefirek muskał delikatnie liście jakby chciał ukołysać mnie do snu. Poczułem się tak błogo, że nie mogłem dosłownie ruszyć się z miejsca. W tej konkretnej chwili cieszyłem się jak dziecko, że jestem z dala od stolicy, jej wielkomiejskiego ruchu i zgiełku, że mogę nacieszyć się pięknem polskiej prowincji i rozkoszować się rajskim spokojem, otoczony z jednej strony przez las, z drugiej przez wodę. Wprawdzie nie przyjechałem tutaj na typowy urlop, ale moją pracę kochałem właśnie za takie chwile.
Przymknąłem oczy, zapominając o spacerze wzdłuż jeziora i po pachnącym jagodami borze. Zdawało mi się, że odpływam, gdy z błogiego letargu wyrwały mnie głosy turystów dobiegające od strony akwenu. Jacyś ludzie, zapewne turyści, płynęli łódką wypożyczoną z jakiegoś pobliskiego ośrodka wypoczynkowego.
Otrząsnąłem się, jak pies po kąpieli. Szkoda było czasu na drzemkę. Nie po to przyjechałem w te strony.
Po krótkim namyśle, poszedłem do kuchni i oświadczyłem przemiłej gospodyni, że zanocuję poza leśniczówką. Kolasiowa nie kryła zawodu, ale nie naciskała, widząc moją zamyśloną minę.
— Zawsze może pan wrócić i zamieszkać — dodała. — Mamy dla pana pokój.
— Dziękuję. Dzisiaj chciałbym rozbić namiot, gdzieś nad wodą, w zupełnej dziczy. Czekałem na taką chwilę całymi miesiącami. Zresztą będziemy w kontakcie. Martwię się o pani męża. Ale wpadnę na kolację.
Kobieta bez słowa potaknęła głową. Pożegnałem się i wskoczyłem do jeepa. Jeszcze tylko poczciwy Szczeżuj zaszczekał przyjaźnie, a następnie zamerdał ogonem. Opuszczając teren leśniczówki, myślałem już o czekającej mnie rozmowie z chłopcami, którzy prawie cały miesiąc temu przeżyli na tym konkretnym jeziorze chwile grozy. Ta ich ponura przygoda była interesująca z kilku powodów. Ale do rzeczy. Otóż, w maju tego roku dwóch kłusowników zastrzeliło na jeziorze łabędzia, a wyżej wspomniani uczniowie lęborskiego liceum byli tego świadkami. Wybrali się tutaj na ptasie „łowy” w ramach programu szkolnego kółka Ligi Ochrony Przyrody. W majowy weekend Ballada z Młokosem, ukrywszy się na brzegu Jasienia z mikrofonem kierunkowym, zamierzali nagrać śpiew ptaków o zachodzie słońca na jednej z tutejszych wysp. Była to wyprawa szkoleniowa na potrzeby przyszłego sprawozdania dla „Zeszytów Informacyjnych” LOP. Wszystko szło zgodnie z planem, gdy oto na jeziorze pojawił się nieoczekiwanie ponton z kłusownikami. Już po chwili stało się najgorsze — dosłownie na ich oczach dwaj nieznajomi zabili łabędzia. Jak twierdził wychowawca chłopców — notabene, mój dawny znajomy pochodzący z Lęborka — w tych stronach kłusownicy urządzali polowali na te dumne ptaki. Byli przebiegli i doskonale znali teren, co utrudniało ich wytropienie. Wiedział o tym doświadczony leśnik, pan Kolaś, któremu nie tylko nie udało się ich złapać na gorącym uczynku, ale nawet nie potrafił przewidzieć kolejnego kroku kłusowników. Zresztą, to właśnie oni zaatakowali go na łupawskim brzegu.
Pewnie dziwisz się teraz, Drogi Czytelniku, dlaczego nasz departament — zajmujący się przecież skarbami polskiej kultury — zainteresował się w ogóle sprawą jasieńskich łabędzi? To była robota dla leśniczego i dla policji, nie zaś dla pracownika Ministerstwa Kultury i Sztuki. I pewnie nie byłoby mnie tutaj, gdyby Ballada i Młokos nie nagrali rozmowy kłusowników w pontonie. Mikrofon kierunkowy ma tę zaletę, że potrafi zarejestrować nawet ludzkie kroki z odległości ponad stu metrów. Dzięki specjalnie skonstruowanej lunecie — chroniącej szerokim kołnierzem czuły mikrofon — takie urządzenie działa jak mikrofon i zarazem wzmacniacz. Owo cacko stanowiło idealny instrument badawczo—poznawczy każdego ornitologa, chociaż częściej wykorzystywano je do ochrony obiektów czy w profesji szpiegowskiej. W naszym warszawskim biurze żartowaliśmy sobie z panem Tomaszem, że Ballada z Młokosem planowali nagrać mowę jasieńskich ptaków, a uwiecznili na kasecie magnetofonowej rozmowę „niebieskich ptaszków”.
Pragnąłem jak najszybciej pogadać z dwójką nastolatków i przesłuchać taśmę z nagraniem rozmowy kłusowników, ale skoro licealiści jeszcze się nie zjawili nad jeziorem, postanowiłem znaleźć odpowiednie miejsce na biwak.
Po przejechaniu ponad kilometra odcinka szosy towarzyszącej wschodniemu, zalesionemu brzegowi jeziora, natrafiłem wreszcie na leśną dróżkę ginącą w lesie i zmierzającą ku niewidocznej z tego miejsca wodzie. Zatoczyłem spory łuk ową drogą, która z jednej strony przylegała do lasu, z drugiej zaś do zbocza opadającemu ku nieużytkowanej łące i niebawem znalazłem się na rozłożystej polanie z widokiem na jezioro. Spokój tego miejsca momentalnie wprowadził mnie w nastrój wakacyjnej beztroski. I tylko nieduże fale z cichym szumem obmywały jasieński brzeg. Zapachniało lasem i wodą. Gzy cięły niemiłosiernie. Przede wszystkim, miałem stąd dobry widok na kilka wysepek i na ukryte za sosnami przeciwległego brzegu ośrodki wypoczynkowe. Poza tym, miałem blisko do leśniczówki i Jasienia.
Na jeziorze nie było tłoczno. Ot, naliczyłem zaledwie kilka łódek i żaglówek przemykających w oddali po spokojnych wodach akwenu.
I jeszcze coś. Dzięki ważnej legitymacji LOP — którą zdobyłem dzięki staraniom mojego starszego kolegi z Lęborka — mogłem śmiało rozbić się tutaj, nie zważając na wszelkie zakazy i ewentualny sprzeciw leśniczego. Inna sprawa, że ten leżał teraz z rozwaloną głową w szpitalu, a kłusownicy cieszyli się wolnością.
Samochód ukryłem w cieniu za drzewami, aby nie był widoczny z jeziora, namiot zaś rozbiłem na małym cyplu, porośniętym częściowo młodymi wierzbami. Szare khaki tropiku idealnie wtapiało się we wszechobecną tutaj zieleń, dzięki czemu nie rzucałem się w oczy, a jednocześnie kontrolowałem sporą część jeziora Jasień z niektórymi jej wyspami.
W tym miejscu należy się kilka słów o tym największym naturalnym zbiorniku wodnym leżącym w obrębie Parku Krajobrazowego „Dolina Słupi”. Jezioro Jasień ma powierzchnię ponad pięciuset siedemdziesięciu hektarów i średnią głębokość sięgająca niewiele ponad osiem metrów (maksymalna: trzydzieści dwa metry). Ta długa na ponad osiem i szeroka na półtora kilometra „śledziona” dzieli się na oddzielone usypaną groblą części — północną i południową. Jezioro otaczają zalesione wały morenowe, a jego dnem biegnie trzeci wał, którego szczyty wyłaniają się jako malownicze wysepki. Do Jasienia Południowego wpada rzeka Obrówka. Natomiast z Jasienia Północnego wypływa w Zawiatach rzeka Łupawa. W spokojnych wodach alwenu żyje wiele gatunków ryb (w tym sieje i sielawy z rodziny łososiowatych). Na jego powierzchni bytują łabędzie, w trzcinowiskach i oczeretach gniazdują kaczki, a gęste korony drzew siedmiu wysp dają schronienie wielu gatunkom ptaków. Sam zbiornik zachęca do ślizgów, lecz, o dziwo, niewiele spotkamy tutaj żagli i łódek, nie mówiąc już o hałaśliwych motorówkach. Na szczęście istnieją jeszcze na świecie miejsca, w których człowiek bardziej ceni naturę niż infrastrukturę. Wprawdzie bez zdobyczy techniki nasze dzisiejsze życie praktycznie nie byłoby możliwe, to jednak ograniczenia nałożone w takich zakątkach na cywilizacyjne wyuzdanie uważałem za świetny sposób na spędzenie prawdziwych wakacji w stylu retro.
Przed wyjazdem na zakupy, wyjąłem z samochodu pewien tajemniczo wyglądający gadżet własnej konstrukcji, a konkretnie małe pudełeczko z kablami i dwoma bezprzewodowymi głośnikami, pełniące rolę alarmu na wypadek, gdyby ktoś niepowołany zakradł się do namiotu. Zasilane na baterie urządzenie wykorzystywało zasadę działania zwykłego obwodu elektrycznego, którego zamknięcie generowało impuls radiowy docierający do cewek i przetworników przytwierdzonych do membrany głośników, dając ostrzegawcze dźwięki — na przykład warczenie i szczekanie psa. Aby całość zadziałała, potrzebna była ręka intruza.
Wyobraźmy sobie zakradającego się pod namiot złodzieja, który klęka przed nim i chwyta za języczek suwaka. Jego ręka unosi się ku górze, aż wreszcie na wysokości trzydziestu centymetrów nad ziemią suwak dotyka specjalnej płytki zamocowanej w linii zamka, połączonej z pudełeczkiem—nadajnikiem działającym na małe litowe baterie. To zetknięcie zamykało obwód i nadajnik wysyłał fale radiowe do głośniczków ukrytych wewnątrz namiotu. Intruz z przerażeniem słyszy warczenie psa dochodzące z namiotu. Rzuca się do ucieczki w przekonaniu, że uniknął rozszarpania przez wściekłego czworonoga, w czym utwierdza go jego zajadłe szczekanie.
To zabezpieczenie nie gwarantowało stuprocentowego bezpieczeństwa, ale z pewnością mogło wystraszyć niejednego nieproszonego gościa.
Zamknąłem starannie namiot i wsiadłem do jeepa.
— Czas na mały rekonesans — mruknąłem pod nosem.
JEZIORO • KTOŚ SIĘ TOPI • FORTEL • ZŁODZIEJE JEEPA • POKONANY I BEZRADNY • ZOSTAJĘ OTOCZONY • MAŁGORZATA I GAWRYŁKO PRZEPRASZAJĄ • CZY W JASIENIU GRASUJE POTWÓR? • DO KOLASIÓWKI • NAGRANIE MŁOKOSA I BALLADY • HERR KALTZ, LEGENDA NOŻYŃSKA I MAŁY ZIUTEK • WARTA Z MIKROFONEM ZAMIAST PISTOLETU • KTO W NOCY NAS PODGLĄDAŁ? • WITAJ, NOWY DZIONKU!
Postanowiłem objechać jezioro zgodnie z ruchem wskazówek zegara, kierując się najpierw na południe. Tam, w zacisznej i bajecznie pięknej dolince szybko znalazłem leśny parking. Zatrzymałem się, aby w prześwitach dorodnych sosen popatrzeć na niebieskie wody akwenu. Ruszyłem w dalszą drogę, robiąc kilka podobnych postojów.
Po półtorej godziny dotarłem do Jasienia. W pierwszym lepszym sklepie kupiłem kiełbasę, chleb, kilka konserw i musztardę. Na prywatny biwak wróciłem porządnie głodny i z ulgą stwierdziłem, że podczas mojej nieobecności nikt nie próbował dostać się do namiotu, co dobrze wróżyło mojemu pobytowi w tych stronach.
Dochodziła siedemnasta.
Ostrożnie „wyłączyłem” alarm — a polegało to na odsunięciu zamka do wysokości trzydziestu centymetrów i wyjęciu z wnętrza płytki połączonej z małym nadajnikiem — i dopiero wtedy zabrałem się za kolację. Zrezygnowałem z rozpalenia ogniska, korzystając tym razem z dobrodziejstwa gazowej butli. Pęto kiełbasy znalazło się na specjalnym ruszcie turystycznym i po kwadransie usiadłem na brzegu z widokiem na jezioro. Z kiełbasą w jednej ręce i z pajdą chleba w drugiej, mogłem oddać się wyłącznie konsumpcji wzbogaconej kontemplacją otaczającej mnie przyrody. Spokój tej okolicy dosłownie hipnotyzował. Na jeziorze nie było żagli, od pewnego czasu nie zauważyłem nawet łódki. Życie przeniosło się gdzieś na ląd, być może z powodu późnego obiadu lub kolacji. Na wschodnim brzegu hałasowała tylko dzieciarnia. Zrobiło się sennie. Zdawało się, że woda obywa z cichym poszumem moje stopy, ale jej lustro znajdowało się przecież kilka metrów niżej od zielonego brzegu, na którym przysiadłem. I tylko ptaki nade mną, niczym aniołki, czuwały nad moim bezpieczeństwem.
Nagle czyjś krzyk postawił mnie na nogi. Głos dochodził od strony jeziora z kierunku północnego, z miejsca dla mnie niewidocznego z powodu wysokich kęp wierzby i krzaków przesłaniających widok na tamtą część zbiornika. Gdzieś w pobliżu krzyczała kobieta. Jej przeraźliwe zawodzenie świadczyło o jednym — stało się coś złego. Ktoś blisko brzegu się topił.
— Ratunku! Pomocy! — krzyczała nieznajoma. — Nie umiem pływać!
Nastąpiła cisza. Po dwóch sekundach przerwał ją głośny plusk wody.
Odłożyłem kiełbasę i bez zastanowienia ściągnąłem z siebie koszulkę i spodnie. Zszedłem do chłodnego jeziora. Moja stopa zahaczyła o coś ostrego w żwirowatym dnie. Nie zważając na ból, pokonałem płyciznę i wyszedłem na głębszą wodę z widokiem na linię brzegową ciągnącą się za parawanem krzaków. Dwadzieścia metrów ode mnie dostrzegłem kobiecą głowę i ręce trzepiące o wodę.
— Ratunku!
Dałem nura i szybko znalazłem się przy nieznajomej.
— Spokojnie! — zawołałem, chwyciwszy ją za rękę. — Już nie krzycz! To rezerwat przyrody.
Nie słuchała mnie, choć przecież było tutaj płytko. Nie namyślając się dłużej, objąłem rękami kibić dziewczyny, aż nasze twarze znalazły się blisko siebie. Gdyby teraz ktoś z brzegu podglądał nas, pomyślałby zapewne, że przyłapał na igraszkach parę wakacyjnych kochanków. Jednakże nieznajoma nie patrzyła na mnie z czułością. Była przerażona.
Wyciągnąłem ją na brzeg dziwnie bezbronną, wręcz zwiotczałą i ułożyłem między krzakami na piasku obok rzuconych niedbale dżinsów i T—shirta.
Dziewczyna miała zgrabną sylwetkę. Była blondynką w moim wieku, na oko sprawną fizycznie i dość silną, co natychmiast wywołało u mnie dysonans poznawczy z uwagi na to, że przecież wyciągnąłem ją z płycizny. Ale nie raz słyszałem o wielu wysportowanych ludziach odczuwających silny lęk przed wodą, który dosłownie ich paraliżował. Taka reakcja najczęściej spowodowana była niemiłymi bądź tragicznymi przeżyciami z dzieciństwa. Takie osoby mogły uprawiać nawet lekką atletykę, grać w siatkówkę, jeździć konno i szusować bez opamiętania na górskich stokach, lecz w wodzie traciły głowę. I przytomność.
I zaraz w mojej głowie zapaliło się ostrzegawcze światełko. Bo jeśli ta oto kobieta nie umiała pływać i panicznie bała się wody, czemu zdjęła z siebie ubranie i w samym kostiumie wskoczyła do jeziora?
Patrzyłem na nią jak na zagadkę. Leżała nieruchomo, ledwo przytomna i tylko jej kształtne piersi ukryte za modnym stanikiem poruszały się szybko i miarowo. Delikatnie klepnąłem ją w policzek.
— Obudź się — rzuciłem po przyjacielsku. — Halo! Słyszysz mnie?
Nie odpowiadała. Jedynie jej powieki drgnęły. Cały czas była dziwnie sparaliżowana.
— Nie ma innej rady, przechodzę do sztucznego oddychania — bąknąłem.
To powiedziawszy, pochyliłem się nad nią i zbliżyłem swoją twarz do jej mokrego nosa. Improwizowałem na całego. Kiedy moje usta prawie dotykały jej wąskich warg, poczułem silne kopnięcie w udo. Jęknąłem z bólu. Kobieta cudownie ożyła. Błyskawicznie odepchnęła mnie od siebie, w efekcie czego upadłem, a ona poderwała się na nogi. Ale zaraz uspokoiła się. Ba, zaczęła nawet chichotać pod nosem, patrząc na mnie z góry. Jej usta wykrzywił lekko drwiący uśmieszek, a ja leżałem nieruchomo na piaszczystym brzegu wpatrzony w nią wyczekująco.
Nagle, dziewczyna wskoczyła do wody i wykonała efektowny ślizg. Tak, była silna, wysportowana i bardzo przytomna. Przede wszystkim znakomicie pływała. Po pokonaniu kraulem kilkunastu metrów, zrobiła efektowny obrót, dając popis sztuki pływania stylem grzbietowym. A potem dała kolejnego nura i zaczęła płynąć żabką.
Wstałem i wskoczyłem za nią do jeziora, zerknąwszy przelotnie w stronę namiotu i jeepa. Nikogo tam nie było, nikt się nie kręcił. To mnie uspokoiło, gdyż zachowanie blondynki mogło sugerować podstęp mający na celu zwabienie mnie do wody i tym samym umożliwienie wspólnikowi kradzieży.
Byłem niezłym pływakiem, więc dość szybko pokonałem kilkanaście metrów. Ale gdy tylko nieznajoma zauważyła, że ją doganiam, natychmiast przeszła na kraul. Mój nie był wystarczająco dobry. Jej należał do mistrzowskich.
Z każdą sekundą zwiększała dzielący nas dystans. Kierowała się w kierunku drugiego brzegu. Oceniłem odległość — ponad kilometr. Niewykluczone, że dziewczyna zrobi sobie krótki postój na którejś z wysp, więc zanim tam dopłynę, ona już pewnie odpocznie i znowu zacznie uciekać. Czy w sytuacji, gdy moja porażka wisiała w powietrzu powinienem ją w ogóle ścigać? Dziewczyna mnie nabrała. Oszukała, zakpiła i rzuciła wyzwanie. Jak mi się zdawało, płynąłem za jakąś mistrzynię w pływaniu.
Zniechęcony przerwałem kraul. To nie miało sensu. Trzydzieści, czterdzieści metrów przede mną ujrzałem ją unoszącą się w toni jeziora. Zatrzymała się. Patrzyliśmy na siebie w milczeniu niczym pokerzyści.
I wtedy intuicyjnie obejrzałem się za siebie. Wzrokiem omiotłem swój prywatny biwak. Nagle, wszystko zrozumiałem — w moim służbowym jeepie ktoś w najlepsze myszkował. Tak więc dałem się podejść jak żółtodziób. Ona udawała topielca, aby zwabić mnie na jezioro. Do tego wszystkiego zapomniałem zamknąć samochód. Zresztą dlaczego miałbym to robić? Przecież nic nie zapowiadało kłopotów.
Rozważania te nie miały już żadnego znaczenia. Ujrzałem bowiem dwóch wyrostków uciekających z Rosynanta. Jeden z nich potrząsał nawet kluczykami, które nieopatrznie zostawiłem w stacyjce. Zanim dotarłem na brzeg, już ich nie było. Zniknęli w lesie, przepadli. Stałem bezradny, gdyż pościg za złodziejami nie miał sensu — mieli przewagę. Poza tym, mój palec u nogi krwawił.
Zerknąłem na jezioro. Dziewczyna także zniknęła. Nigdzie jej nie było. Dostrzegłem jedynie dwa łabędzie opływające najbliższą wyspę. Gdzie zatem podziała się podstępna pływaczka? Przecież w tak krótkim czasie nie dopłynęłaby ani do wyspy, ani tym bardziej na przeciwległy brzeg. Utonęła? Bzdura, za dobrze pływała. Chyba, że zaatakował ją miejscowy potwór żyjący w wodach Jasienia, o ile takowy w ogóle tutaj bytował.
— Dzięki ci, potworze! — ryknąłem na całe gardło.
Tym wrzaskiem spłoszyłem z wyspy ptaki. Zebrałem myśli. Jeśli dziewczyna była znakomitą pływaczką, mogła przepłynąć pod wodą kilkadziesiąt metrów, a następnie wynurzyć się gdzieś bliżej mojego brzegu, a ja przeoczyłem jej powrót.
Wróciłem do miejsca naszego ostatniego spotkania na lądzie. Jej dżinsy i T—shirt leżały na piachu. Tak więc nie zdążyła wrócić po ubranie. Sprawdziłem kieszenie spodni — puste. Zabrałem jej rzeczy i wróciłem do jeepa.
Z samochodu złodzieje zabrali kluczyki i telefon komórkowy. Nic więcej nie zginęło. Trochę mnie to zdziwiło, gdyż wspólnicy blondynki mieli dość czasu na przetrząśnięcie całego mojego dobytku. Nawet nie weszli do namiotu. Zupełnie jakby wiedzieli o zainstalowanym w nim alarmie. Czyżby wcześniej obserwowali mnie z ukrycia i wszystko widzieli? Bzdura! To było dwie godziny temu. Przecież po moim wyjeździe mieli doskonałą sposobność splądrowania namiotu. Wniosek nasuwał się jeden — to nie byli zwykli złodzieje.
— A miałem wielką nadzieję, że trochę odpocznę w tych stronach — westchnąłem ciężko.
Niestety — wzorem Pana Samochodzika — los nieustannie wplątywał mnie w niesamowite przygody. Zły na cały świat zabrałem z jeepa apteczkę i opatrzyłem krwawiący palec u nogi.
— Do wesela się zagoi — pocieszałem się.
Ale tak naprawdę byłem wściekły. Straciłem nie tylko apetyt, ale i ochotę na biwak. W tej chwili powinienem niezwłocznie zawiadomić policję o całym zajściu, ale niby jak miałem to zrobić bez samochodu i telefonu? Piesza wędrówka do wsi z krwawiącym palcem u nogi nie wchodziła w rachubę. Poza tym, nie chciałem zostawiać służbowego pojazdu na pastwę losu.
Ale zaraz, zaraz… ubranie dziewczyny. Przecież ona musiała tutaj wrócić.
Zamyślony usiadłem na trawie z jedną wyprostowaną nogą i czekałem na pojawienie się na jeziorze jakiejś łódki z turystami, których mógłbym poprosić o pomoc. Ale jak na złość jezioro opustoszało.
Siedziałem więc cierpliwie na brzegu i czekałem. Na co? Sam nie wiedziałem.
Przed ósmą wieczorem postanowiłem coś przekąsić, odkładając wszystkie inne sprawy na później. Ledwo wstałem, gdy obok mnie pojawili się jacyś ludzie. Zostałem otoczony przez cztery osoby. Przede mną stał mężczyzna w zielonym mundurze i celował we mnie ze strzelby. Zaraz dołączyli do niego kolejni moja pływaczka (ubrana teraz w sztruksy i ciemną koszulkę) i dwóch wyrostków—złodziei.
— Nie ruszać się! — warknął wąsaty leśnik i zerknął na suszące się na trawie dżinsy i koszulkę blondynki. — Najpierw oddaj tej pani ubranie.
— Na początek niech pan powie tej pani — posłałem im kwaśny uśmiech — żeby oddała mi kluczyki do jeepa i telefon komórkowy. Zostałem okradziony.
— Jakim prawem pan tutaj przebywa? — odezwała się kobieta. — To rezerwat przyrody. Nie wie pan o tym?
— Wiem — mruknąłem. — Kiedy krzyczała pani w wodzie, nawet o tym wspomniałem.
— Proszę pana — zagrzmiał mężczyzna ze strzelbą — wstęp na ten brzeg jest surowo wzbroniony.
— To rezerwat ciszy należący do Parku Krajobrazowego „Dolina Słupi” — poinformował mnie wyższy z chłopaków.
Zaraz, zaraz… O co tutaj chodziło? Przecież leśniczy Kolaś leżał z rozwaloną głową w szpitalu, więc kim, do licha ciężkiego, był ten facet z sumiastym wąsem i wymachujący przed moim nosem bronią myśliwską?
— A pan kim jesteś? — zapytałem go.
— Nie widać? Leśniczym.
— Doprawdy? Słyszałem, że leśniczy trafił do szpitala.
— Z drugiej leśniczówki jestem. Zastępuję leśniczego Kolasia. Gawryłko jestem. Sporo pan wie, co się tutaj dzieje. Nie wie pan przypadkiem, kto załatwił Kolasia?
— Niestety, nie. Dowiedziałem się o tym niedawno. Ale skoro, jest pan osobą z urzędu, proszę natychmiast zawiadomić policję. Czy pan wie, że ta pani — tu wskazałem blondynkę patrzącą na mnie dość prowokacyjnie — odegrała przede mną niezły teatrzyk, a w tym czasie ci dwaj smarkacze włamali się do mojego samochodu?
— Tylko nie smarkacze — zdenerwował się młodszy z nich.
— Ha, ha — zaśmiał się nerwowo leśniczy Gawryłko. — Specjalnie to zrobili, smyki. Żebyś nie mógł, chłopie, stąd odjechać i zawiadomić przez telefon swoich kumpli.
Blondynka wyjęła z kieszeni moją komórkę, którą zaraz ostentacyjnie podrzuciła w dłoni.
— O jakich kumplach mówicie? — mruknąłem i popatrzyłem na nich z politowaniem. — Jestem tu sam. Czy wy się dobrze czujecie?
— Mówimy o kłusownikach — wyjaśnił Gawryłko. — Zaraz się przekonamy, co masz, chłopie, w bagażniku.
— Nie jestem kłusownikiem! — zaprotestowałem. — I nie życzę sobie, aby ktokolwiek zaglądał do mojego samochodu. Mogę tylko was poinformować, że przyjechałem z Warszawy właśnie w sprawie kłusowników, morderców łabędzi. Byłem nawet w leśniczówce u pani Kolasiowej, ale ostatecznie rozbiłem się tutaj. Uwielbiam kontakt z naturą. W aucie mam coś, co powinno pana przekonać do mojej osoby.
Leśniczy Gawryłko nieco spuścił z tonu, a kobieta i dwójka nastolatków wydawali się nieco zakłopotani.
Podszedłem do samochodu.
— Tylko spokojnie — upomniał mnie leśniczy i potrząsnął strzelbą. — Żadnych zbędnych ruchów, chłopie.
— Czy ręce mogę trzymać opuszczone? —— zakpiłem jeszcze.
Po chwili wręczyłem mu legitymację LOP. Szczerze zdumiony Gawryłko oglądał z uwagą kartonik, a następnie podał go blondynce. Na koniec przedmiot trafił w ręce chłopców.
— Paweł Daniec z Warszawy — przeczytał piegowaty Młokos.
— W rzeczy samej — rzuciłem z przekąsem. — Pracuję w Ministerstwie Kultury i Sztuki. A wy jesteście zapewne z lęborskiego LOP. Młokos i Ballada, prawda?
Chłopcy ze zdumienia wytrzeszczyli oczy i spojrzeli na kobietę.
— A pani? — przeszyłem ją zimnym wzrokiem.
— Jestem nauczycielką biologii — odpowiedziała nieco skruszona.
Leśniczy Gawryłko opuścił strzelbę i ryknął zaraźliwym śmiechem. „Zaraźliwym”, gdyż po chwili zaczęli śmiać się chłopcy i kobieta. Jeszcze chwila, a rechotałyby wszystkie tutejsze ptaki i leśna zwierzyna, wczasowicze na drugim brzegu i mieszkańcy wsi. Tylko ja stałem w ponurym milczeniu i patrzyłem na nich spode łba.
— Małgorzata — blondynka podała mi nieśmiało rękę. — Proszę się nie obrażać. Przepraszam w imieniu nas wszystkich. Nie wiedzieliśmy, kim pan jest.
— Paweł — bąknąłem. — Mówmy sobie po imieniu.
— Myśleliśmy, że jest pan kłusownikiem — wtrącił Ballada. — Zobaczyliśmy pana z lasu i obmyśliliśmy plan zasadzki.
— Pani Małgosia udała topielca — dodał Młokos — a my wtedy wskoczyliśmy do samochodu po kluczyki. I telefon.
— Po co?
— Kluczyki, żeby pan nie odjechał. A telefon, żeby udaremnić porozumienie z ewentualnymi wspólnikami.
— A dajcie wy mi wszyscy święty spokój — machnął ręką zdegustowany Gawryłko. — Wracam do siebie. Mam dość tej szopki, moi państwo! Przepraszam, chłopie. O niczym nie wiedziałem.
Klepnął mnie po ramieniu i oddalił się do zaparkowanego przy szosie samochodu.
— Spodnie i koszulkę oddam! — rzuciła za nim Małgorzata.
Ale leśniczy już jej nie słuchał. Jak zaraz wyjaśnili chłopcy, zawiadomili go przez moją komórkę i ten natychmiast przyjechał tutaj samochodem, przywożąc ze sobą ciuchy swojej siostrzenicy, która podobno miała figurę Małgorzaty.
Zwrociłem ubranie opiekunce chłopców. Nie mogłem się jakoś wyluzować. Czułem urazę za numer z fałszywym topielcem. A może po prostu zżerała mnie zazdrość o jej pływackie umiejętności? Przecież zostałem nie tylko zdeklasowany, co w pewien sposób ośmieszony.
— Dobrze pływasz — mruknąłem. — Myślałem, że dorwał cię potwór z jeziora.
— Kiedy patrzyłeś na wyspę, nabrałam w płuca powietrza i dałam nura pod wodą — śmiała się na wspomnienie ostatnich wydarzeń. — Podpłynęłam pod zalesiony brzeg bliżej wsi. Później spotkaliśmy się z chłopcami przy szosie.
— O żadnym potworze z jeziora nie słyszeliśmy — rzucił Młokos.
— Ja też — posłałem im uśmiech, ale zaraz popatrzyłem posępnie na Małgorzatę. — Choć miałem słabą nadzieję, że jakieś monstrum jednak pływa w tych wodach.
Zrozumiała aluzję i zachichotała pod nosem.
Okazało się, że nauczycielka i chłopcy od rana byli poza leśniczówką i nic nie wiedzieli o moim przyjeździe. Mój znajomy z Lęborka raczył ich tylko poinformować, że niejaki Paweł Daniec z ministerstwa zainteresował się sprawą kłusowników mordujących łabędzie, ale nic więcej nie dodał. Po prostu, ta trójka nie miała pojęcia, że przyjadę w te strony. I tylko dzięki przypadkowi spotkaliśmy się na brzegu jeziora.
— Zapraszam do Kolasiówki — rzuciła zmęczonym głosem Małgorzata. — Od rana tropimy kłusowników i padamy ze zmęczenia.
Zaproponowałem, aby pojechać tam moim ministerialnym pojazdem.
W trakcie jazdy rozmawialiśmy o tym i owym, unikając zasadniczego tematu. Mogłem się więc lepiej przyjrzeć moim nowym kompanom.
Małgorzata należała do istot o dość pospolitej urodzie, ale podrasowanej inteligencją bijącą z jej niebieskich oczu, zgrabną sylwetką i urokiem osobistym. Miała jasne, proste włosy z przedziałkiem pośrodku głowy i miły dla ucha głos. Była nauczycielką biologii w jednej ze szkół w Lęborku i eks—pływaczką tamtejszego klubu sportowego. Tak więc wyjaśniła się zagadka jej ponadprzeciętnego talentu pływackiego. Wyższy i starszy Ballada był szatynem w wieku szesnastu lat o żywym usposobieniu i bystrym spojrzeniu. Młokos ustępował mu wzrostem, wiekiem i kolorem włosów. Był blondynem o nieco rudym odcieniu włosów. Poza tym, jego okrągłą nieco twarz zdobiły setki piegów. Obaj wydali mi się sympatycznymi młodzieńcami o szczerych intencjach, a przy tym pasjonatami. Ich opiekunka także zrobiła na mnie dobre wrażenie. Pomimo pewnego dystansu z jakim na siebie patrzyliśmy, wyczuwałem w niej bratnią duszę, a takich istot na tym padole było mniej niż skarbów, których wciąż szukałem.
Na miejscu żona leśniczego poczęstowała nas wiejskim chlebem, przepysznym dżemem i mlekiem. To proste jedzenie stanowiło zapewne dla bawiącego na wakacjach mieszczucha jedynie odskocznię od obowiązkowego menu Wielkiego Miasta, ale dla mnie zawsze kojarzyć się będzie ze światem dzieciństwa i przygodami. Jednakże to pierwsze bezpowrotnie utraciłem, próbując zachować w pamięci moje wizyty u dziadków i dalszej rodziny na polskiej prowincji. Później — z uwagi na charakter mojej pracy — los ofiarował mi dziesiątki przygód, więc dość często bawiłem w rożnych zakątkach kraju, gdzie nigdy nie brakowało prawdziwego mleka, wiejskiego chleba i przeróżnych przetworów własnej roboty.
Pojedliśmy, odsapnęliśmy, a w tym czasie Szczeżuj przyglądał nam się z zainteresowaniem, ignorując nawoływania Kolasiowej. Wreszcie gospodyni krzyknęła na psa i ten wybiegł z chałupy na zewnątrz.
— On wcale mnie nie słucha — żaliła się, gdy wróciła z dworu. — Tylko męża. Co za psisko.
— Na szczęście mąż, słucha tylko panią — wtrąciła nauczycielka.
Kolasiowa machnęła tylko ręką. A ja zaśmiałem się pod nosem.
Po chwili zdjąłem but i obejrzałem prowizoryczny i mocno zabrudzony opatrunek własnej roboty. Małgorzata z troską obejrzała rozcięty palec.
— W jeziorze jest pełno raków i muszli racicznic — wyjaśniła tonem belfra. — Właśnie nadepnąłeś na jedną z nich. Zrobię ci nowy opatrunek.
— Nie trzeba — bąknąłem. — Zrobię to później.
Wzruszyła obojętnie ramionami, choć moją odmowę odebrała jako afront. Potem napiliśmy się pysznego kompotu Kolasiowej i usiedliśmy w salonie, którego ściany zdobiły myśliwskie trofea. Na moją prośbę Ballada włączył magnetofon. Zbliżał się wieczór, więc wreszcie chciałem wysłuchać rozmowę kłusowników. Wprawdzie znałem jej treść — gdyż mój znajomy piastujący funkcję prezesa słupskiego oddziału LOP, po przesłuchaniu nagrania natychmiast wysłał mi pocztą maszynopis — ale chciałem poznać wersje audio.
W tle nagrania szumiało. Na całe szczęście, głosy rozmawiających osobników były dość wyraźne. Z początku rozmowa dotyczyła zabicia łabędzia, potem zaczęli się kłócić.
PIERWSZY: Dostałeś na flaszkę? Dostałeś! To czego jeszcze chcesz, ryju? Nie chcesz zarobić na drugą, wracaj na wiochę!
DRUGI: Dobra, dobra. Czego się pieklisz? A ty, ile dostałeś od tego Szwaba?
PIERWSZY: Nie twój interes. To mój wspólnik. A ciebie wynająłem ja, kapujesz, ryju?
DRUGI: Ha, ha, ha… od kiedy ten Szwab to twój wspólnik? Widziałeś jego brykę?„Wspólnik”, dobre sobie! Nawet ręki ci nie podał. Wszystko widziałem, w knajpie.
PIERWSZY: Pijany byłeś. Co mogłeś widzieć?
DRUGI: Widziałem, że ledwo na ciebie patrzył. Bo ty nie myjesz zębów, Mały Ziutek. A z niego elegant jak się patrzy. Bogaty gość. W Czarnej Dąbrówce wynajął willę na jeden dzień i gadał przez telefon o jakichś dworkach i pałacach…
PIERWSZY: Kto ci to powiedział?
DRUGI: Nieważne kto. Ważne, żeby ten Szwab dobrze zapłacił. Kapujesz? Za pół litra mnie nie kupi. On, ani ty. A więc mów, o co chodzi, inaczej sam będziesz wiosłował.
PIERWSZY: Straszysz? Mnie straszysz, ryju? Coś ci powiem, Wołga. Niemcem się nie interesuj, dobrze? Facet pod garniakiem nosi giwerę. Przyjedzie dwudziestego dziewiątego czerwca do Lęborka, to sobie z nim pogadasz. Dzień dobry, Herr Kaltz, jestem Wołga, czy może mnie pan oświecić w temacie, czego pan mianowicie szuka w naszych uroczych stronach i dlaczego interesuje pana Nożyno? I kim jest Koschnik?
DRUGI: Ty, sobie ze mnie nie rób jaj. Ja swoje wiem. On mówił do kogoś przez komórkę, że szuka jakiegoś skarbu... Rozmawiał z jakimś Polakiem, chyba wspólnikiem. Ma się z nim spotkać w knajpie na Staromiejskiej w Lęborku.
PIERWSZY: Dobra, wypijemy dzisiaj, to pogadamy. Bierz wiosło... Płyniemy na drugą wyspę po tego łabędzia, co nam uciekł.
W tym miejscu rozmowa się urywała. Ballada wyłączył magnetofon. Wszyscy spojrzeliśmy po sobie w milczeniu podszytym pewnym niedosytem, chociaż nagranie dostarczyło nam i tak wiele informacji. Poza tym, dwudziesty dziewiąty czerwca wypadał już jutro. A zatem pojawiła się szansa wyśledzenia w Lęborku Herr Kaltza i jego polskiego wspólnika.
— I co? — zwróciła się do mnie Małgorzata. — Co powiesz o tej sprawie jako historyk sztuki? Bo chyba nie z powodu tych łabędzi tu przyjechałeś?
Nie zareagowałem na jej uszczypliwość.
— Mam za mało danych, aby cokolwiek wyrokować w tej czy w innej kwestii — odpowiedziałem. — Niemniej jednak ten cały Kaltz posiada jakąś istotną informację dotyczącą przeszłości tego regionu. Kto wie, może faktycznie chodzi o skarb? Kłusownicy wspomnieli o Nożynie, starej poniemieckiej wsi należącej do rodu Puttkamerów i von Massowów. To niedaleko stąd, prawda? Niewykluczone, że chodzi o skarb należący właśnie do jednego z przedstawicieli tych rodzin. Kim jest Koschnik? Nie wiem, ale warto o niego popytać w Nożynie. Proponuję zatem wyruszyć tam jutro przed obiadem. Przy okazji nie zaszkodzi odwiedzić także Czarnej Dąbrówki, w której Kaltz nocował podczas ostatniej wizyty. Kto wie, może natkniemy się tam na naszych kłusowników? Jeden z nich nosi pseudonim Mały Ziutek, drugi to Wołga. Wystarczy popytać we wsi, ktoś musi ich znać. A po południu zaczaimy się w Lęborku na Herr Kaltza i jego wspólnika.
Nie zrobiłem na moich słuchaczach piorunującego wrażenia. Prawdopodobnie spodziewali się bardziej efektownego wywodu. W końcu byłem historykiem sztuki, kimś w rodzaju detektywa pracującego dla Departamentu Ochrony Zabytków, a mówiłem zbyt zachowawczo. Ale nic innego nie miałem do powiedzenia. Przecież nie byłem jasnowidzem. Z drugiej strony, po wysłuchaniu rozmowy kłusowników zapachniało grubszą aferą.
Na koniec została jeszcze do omówienia sprawa noclegu. Otóż chłopcy za wszelką cenę chcieli rozbić namiot obok mnie nad jeziorem, co spotkało się z ostrym sprzeciwem Małgorzaty.
— To dobre miejsce pod namiot — tłumaczył Ballada.
— I niebezpieczne — warknęła ich opiekunka.
— A bo tu wam źle, chłopcy? — dziwiła się Kolasiowa. — Dom jest duży.
— Musimy obserwować wyspę — wyjaśnił Młokos. — Inaczej nie wypatrzymy kłusowników. W nocy mogą się znowu pojawić. Mamy przecież mikrofon kierunkowy.
— W czwórkę będzie raźniej — poparłem go. — Ale czy macie namioty?
Ballada potaknął głową.
— Tak! Na wszelki wypadek wzięliśmy dwie dwójki. Mamy też legitymację LOP!
— Będziemy panią odwiedzać — uśmiechnął się Młokos do Kolasiowej. — To niedaleko stąd, kilometr brzegiem.
— No nie wiem — jęknęła kobieta i popatrzyła na Małgorzatę. — Pani zobaczy, co ci kłusownicy zrobili mężowi. Jak zobaczą, że się nimi interesujecie, mogą wam zrobić co złego.
Ballada dumnie wyprężył pierś.
— My się nie boimy! Poza tym kilka namiotów na brzegu nie wzbudzi niczyich podejrzeń. I dlaczego mieliby podejrzewać, że na nich „polujemy”. Będziemy ostrożni.
— I bliżej natury! — dodał Młokos.
Małgorzata wzruszyła ramionami.
— Chłopcy chcą napisać artykuł o lęgach ptactwa wodnego nad jeziorem Jasień — westchnęła. — Ale skoro Paweł boi się sam mieszkać pod namiotem, to czemu nie. Rozbijemy się obok niego. Bliżej natury. Niech wam będzie.
Jak nic, droczyła się ze mną.
— Dziękuję — westchnąłem z udawaną ulgą. — Sam bałbym się zanocować nad jeziorem.
Małgorzata posłała mi słodki uśmiech.
W księżycową noc, grubo po dwudziestej drugiej, trzy namioty stanęły obok siebie na brzegu pogrążonego w srebrnej zadumie jeziora. Ten romantyczny nastrój psuły dochodzące z przeciwległego brzegu Łupawska odgłosy zabawy z któregoś z ośrodków wczasowych. Ale to nie muzyka i śpiewy turystów nie dały nam zasnąć. Postanowiliśmy bowiem zaczaić się na kłusowników. W związku z tym nie rozpalaliśmy ogniska, aby nie zwracać na siebie niepotrzebnej uwagi. Wylegliśmy przed namioty z widokiem na ciemniejące jezioro. Chłopcy zamontowali swój sprzęt, dzięki któremu znalazłem się w tych stronach i przez dwa kwadranse trochę rozmawialiśmy. Wreszcie zmorzył mnie sen.
— Proponuję półtoragodzinne warty aż do samego świtu — rzuciłem w ich stronę.
Uzgodniliśmy, że pierwszy na czatach stanie Ballada. W dalszej kolejności — ja, Małgorzata i Młokos.
Ledwo zasnąłem, a już zbudził mnie Ballada.
— Pańska kolej — oświadczył szeptem.
— Nic się nie dzieje? — ziewnąłem szeroko.
— Spokój. Pokażę panu zaraz, jak obsługiwać mikrofon kierunkowy.
Kiedy już to zrobił, zniknął w swoim namiocie. Usiadłem na brzegu, aby przez dziewięćdziesiąt minut wpatrywać się w uśpione wody jeziora z trzema wyspami, których zarysy dobrze widziałem w świetle księżyca. Poczułem zmęczenie trudami dzisiejszego dnia. Ogarnęła mnie beztroska, a być może nawet dziecięca radość spowodowana kontaktem z uśpioną naturą.
Potem bawiłem się mikrofonem kierunkowym, obracając lunetę we wszystkie możliwe kierunki. I nagle, z wrażenia aż zamarłem. Z głośnika urządzenia dobiegł mnie jakiś trudny do jednoznacznej oceny pomruk. O, dziwo ów dziwny dźwięk nie dochodził z wyspy, na której spodziewaliśmy się wizyty kłusowników, ale od strony zalesionego klifu opadającego ku wsi Jasień. Tak więc ktoś znajdował się niedaleko nas — w lesie na prawo. Czy obserwował nasz obóz zza drzew?
Zerknąłem na wskaźnik dystansu — siedemdziesiąt trzy metry od biwaku. Dźwięk się powtórzył. Nie ulegało wątpliwości — w słuchawkach słyszałem chrapliwy oddech, niezbyt wyraźny z powodu sporej odległości i obecności wielu drzew rosnących bliżej klifu. Potem coś zapiszczało i zaszumiało. Zdaje się, że moje uszy zarejestrowały jeszcze coś — trzask łamanej gałązki i znowu ów dziwny pomruk.
W obawie przed nadszarpnięciem swojej reputacji detektywa nie zbudziłem pozostałych towarzyszy. Jakby to wyglądało, gdybym narobił rabanu w środku nocy z powodu jakiejś błachostki. Musiałem sam sprawdzić, co działo się w pobliżu.
Po chwili zamarkowałem wejście do namiotu, ale faktycznie położyłem się obok niego na brzuchu. Potem zacząłem się czołgać w kierunku krzaków w głębi lądu. Zrobiłem spory łuk po zarośniętej chwastami polanie — będącej rodzajem niecki, wyrwą we wschodnim klifie o szerokości około pięćdziesięciu metrów — aż wreszcie znalazłem się na skraju lasu. Zajęło mi to trochę czasu, gdyż poruszałem się wolno i z przesadną ostrożnością, aby nie spłoszyć z potencjalnego intruza. Tym bardziej, że księżyc stał wysoko nad Jasieniem.
Dotarłszy do pierwszych drzew wyżej położonego lasu, chwilę odpocząłem. Wytężyłem słuch i wzrok. Nikogo nie słyszałem i nie widziałem. Otaczał mnie ciemny bór. Upewniwszy się, że nic nie zagraża bezpieczeństwu naszego obozowiska, ruszyłem powoli w kierunku hipotetycznej lokalizacji intruza.
Po kilku minutach oparłem się o wilgotny pień sosny, wsłuchując się w mowę lasu i wody. Odgłosy zabawy z dalekiego brzegu przycichły. Słyszałem za to szelest paproci, spadające z drzew szyszki i koncert owadów. Gdzieś w pobliżu cykały głośno pasikoniki. Tylko gdzie się podział nocny intruz?
„Czyżby zauważył mnie i się wycofał?” — pomyślałem z niepokojem.
Po namyśle wróciłem do naszego obozu i skierowałem mikrofon w stronę lasu nad klifem. Szumiało, trzaskało, ale ani kroków, ani chrapliwego oddechu już nie usłyszałem.
Dla świętego spokoju zabrałem z namiotu latarkę i jeszcze raz poszedłem na przeszpiegi. Jeśli ktoś tutaj był i tak już o nas wiedział. Tak więc nie zakradnie się do naszego obozu bezkarnie.
Pokonałem nieckę i po chwili idąc wzdłuż brzegu jeziora, potykałem się o wystające pnie ściętych drzew, gęste jeżyny lub kłącza roślin. Przystawałem, nasłuchiwałem i szedłem dalej z zapaloną latarką.
Wróciłem do obozu po dwudziestu minutach całkowicie przebudzony. Właśnie nastał czas zmiany warty, ale nie zbudziłem Małgorzaty. Nie chciało mi się spać, a czuwanie we dwójkę wydało mi się bezsensowne. Usiadłem więc pod namiotem i bawiłem się mikrofonem, próbując wyłapać jakiś szczególny dźwięk wokół nas.
Obudziły mnie pierwsze promienie słońca na bytowskiej ziemi. Chłód poranka przeszył moje ciało. Unosząca się, ponad zieloną wstęgą lasu na przeciwległym brzegu jeziora, czerwona tarcza zaczęła rozpraszać panującą w okolicy ciemność. Gdzieś za mną drozd śpiewak przedrzeźniał świergotka. W tle inne ptaki szczebiotały w szczytach drzew. Narodzinom nowego dnia towarzyszył jednak wyraźny niepokój. Oto bowiem leżałem przed swoim namiotem obok mikrofonu kierunkowego. Oprócz mnie nie było nikogo. Tylko chrapanie któregoś z chłopców psuło to dziewicze wrażenie pojednania z przyrodą.
Wstałem cały obolały. I zły. W końcu zasnąłem na warcie jak cholerny żółtodziób. Skarciłem się w duchu za taki błąd, gdyż naraziłem nas wszystkich na niebezpieczeństwo. Co by się stało, gdyby leśny intruz przyszedł tutaj przed nastaniem świtu? Aż strach pomyśleć.
Obmyłem twarz w chłodnym jeziorze, a kiedy wróciłem do namiotów słońce rozlało się po okolicy złocistą poświatą.
Witaj, nowy dzionku! Hej, przygodo, gdzie się dzisiaj ukryłaś?
POBUDKA! • KTO W NOCY CHRAPAŁ? • PORANNE ŚNIADANIE • ODWIEDZAMY CZARNĄ DĄBRÓWKĘ • CZY KARCZMARZ ZNA MAŁEGO ZIUTKA? • O MOWIE KASZUBSKIEJ • W NOŻYNIE • PROBOSZCZ OPOWIADA O KOSCHNICKU • ZAMIAST SKARBU DUCH • CZY DEPCZEMY KALTZOWI PO PIĘTACH? • O ZIEMI LĘBORSKIEJ • W OCZEKIWANIU NA KALTZA • SPACER PO ULICY STAROMIEJSKIEJ • NARADA • KALTZ I MÓJ „DOBRY” ZNAJOMY
Małgorzatę obudziłem od razu. Jednakże z chłopcami były pewne problemy. Odurzeni świeżym powietrzem zapadli w głęboki narkotyczny sen. Kilka razy pociągnąłem za linki namiotu. Pomogło — wreszcie wyszli z niego nieprzytomni.
— Pobudka! — krzyknąłem w ich stronę. — Wasze świergotki już dawno na nogach. Ten wasz cały „ptasi budzik” to jakaś lipa. Nie działa. Przynajmniej na was.
— Drozd śpiewak wstaje już o trzeciej rano — wyjaśnił Ballada.
Marudząc, weszli z powrotem do namiotu po ubrania. Po chwili na naszym biwaku rozpoczęła się leniwa krzątanina.
— Dlaczego mnie nie obudziłeś? — zapytała z pretensją Małgorzata.
— Nie chciało mi się spać — odparłem obojętnie.
— Więcej tego nie rób — warknęła. — Nie potrzebuję dżentelmenów. Biwak ma swoje prawa. Należy trzymać wartę. Na zmianę. Co by było, gdybyś zasnął? Zrozumiałeś?
— Tak jest! — zawołałem.
Stanąłem na baczność, dosłownie wyprężyłem się jak struna i przystawiłem dwa place do czoła w geście salutu. Moja błazenada natychmiast zwróciła uwagę chłopców. Zaczęli rechotać pod nosem.
W końcu któryś z nich wskazał głową urządzenie do podsłuchu.
— Nagrał pan coś ciekawego?
— Nic. Zupełna cisza — odpowiedziałem.
— Na jeziorze nigdy nie ma zupełnej ciszy — wtrąciła Małgorzata. — Zawsze coś chlupnie, zapiszczy lub zachrobocze.
— Zgoda — westchnąłem nieco poirytowany tymi porannymi złośliwościami z jej strony. — Chciałem tylko powiedzieć, że nie zauważyłem kłusowników. Natomiast słyszałem jakieś dziwne pomruki. Teraz sądzę, że to było czyjeś chrapanie. Zdaje się, że dochodziło…
To mówiąc, popatrzyłem ostentacyjnie na ich namioty.
— Ja nie chrapię! — rzuciła gniewnie Małgorzata.
— Skąd wiesz, skoro wtedy śpisz? — popatrzyłem na nią pytająco. — Chyba, że chrapiesz na jawie?
— Po prostu nie chrapię i już!
— Następnym razem nagram to chrapanie na magnetofon — zaśmiałem się.
— To pewnie chłopcy chrapali — broniła się Małgorzata.
— Nie wiemy, proszę pani — Młokos zrobił przepraszającą minę. — Nie wiemy, czy to my chrapaliśmy, bo wtedy spaliśmy.
Poirytowana Małgorzata machnęła tylko ręką.
— Jezu, z samego rana gadamy o jakichś głupstwach — westchnęła, patrząc na mnie oskarżycielsko. — Pora na śniadanie i toaletę. A raczej odwrotnie.
Kiedy jedni kąpali się w jeziorze, drudzy przygotowywali posiłek. Jako, że reprezentantem tej pierwszej grupy szczęśliwców była Małgorzata, pozostała trójka osobników płci męskiej została na posterunku. Korzystając z okazji, że chłopcy zajęli się krojeniem kiełbasy oraz pieczywa, na moment zajrzałem do lasku na północnym klifie. Po krótkiej inspekcji zawróciłem na biwak. Nie znalazłem tam bowiem żadnego śladu obecności nocnego intruza. Po drodze zerwałem trochę jagód, które ułożyłem w dłoni złożonej w łódeczkę.
Małgorzata wyszła właśnie z jeziora i niemal sprintem podbiegła do obozu.
— Poczęstuj się — podsunąłem ku niej dłoń pełną jagód. — Świeże jak maliny.
— Nie, dziękuję — burknęła.
Zaczęła czochrać swoje mokre włosy, aż wreszcie znalazła ręcznik. Wzruszyłem ramionami i poczęstowałem chłopców. Nie odmówili. Zaczęli nawet żartować.
— A może to maliny, które smakują jak jagody?
— Nie wiem — odpowiedziałem. — Nie przyjrzałem się, czy zbieram maliny czy jagody?
— W każdym razie — mruknął Ballada — to coś smakuje jak jagoda, ale jest świeże jak malina.
