Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
147 osób interesuje się tą książką
Gdy Marianna Kowalska, polonistka jednego z gdańskich liceów, wychodzi późnym listopadowym popołudniem z pracy, zostaje zaatakowana przez nieznanego sprawcę, który wciąga ją w pobliskie zarośla i tam dusi. Następnego ranka jeden z uczniów odnajduje ciało nauczycielki, a policja rozpoczyna śledztwo. Już pierwsze przesłuchania sprawiają, że komisarz Oczko nabiera podejrzeń, iż mordercą musi być ktoś ze szkoły.
To cykl opowiadań kryminalno-sensacyjnych, których akcja rozgrywa się na Pomorzu. Polecamy kolejne części o śledztwach komisarza Oczko, również cykl o komisarzu Andrzeju Papaju i cykl o detektywce Róży Wielopolskiej.
Tomasz Wandzel – Autor, który ma na swoim koncie powieści sensacyjne, kryminalne, obyczajowe oraz historyczne. Jest wielokrotnym stypendystą różnych instytucji, wspierających rozwój kultury m.in. Marszałka Województwa Pomorskiego oraz Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Mieszka w Prabutach, które często pojawiają się w jego twórczości
Grafiki na okładce częściowo wygenerowane przy użyciu AI
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 99
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
TOMASZ WANDZEL
Komisarz Oczko (t. 40)
@lindcopl
e-mail: [email protected]
Ostatnia lekcja
Seria: Komisarz Oczko (t. 40)
Wszystkie prawa zastrzeżone.
Książka ani jej część nie może być przedrukowywana
ani w żaden inny sposób reprodukowana lub odczytywana
w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody
Wydawnictwa Lind & Co Polska sp. z o.o.
Ten e-book jest zgodny z wymogami
Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA)
Wydanie I, 2026
Opracowanie redakcyjne: kaziki.pl
Projekt okładki: Daniel Rusiłowicz
(Grafiki na okładce częściowo wygenerowane przy użyciu AI)
Copyright © dla tej edycji:
Wydawnictwo Lind & Co Polska sp. z o.o., Gdańsk, 2026
ISBN 978-83-68636-75-8
Donośny dźwięk dzwonka kończącego przerwę rozniósł się echem po korytarzu, zaganiając grupki licealistów do klas. Dla Marianny Kowalskiej, polonistki starej daty, była to ostatnia lekcja. Podobnie jak dla dwudziestki uczniów klasy maturalnej jednego z gdańskich liceów, w którym Kowalska uczyła od ponad trzydziestu lat. Na szczęście za kilka miesięcy przechodziła na wyczekiwaną i zasłużoną emeryturę, czego nie mogła się doczekać zarówno ona, jak i część licealistów. Kowalska doskonale wiedziała, że zostanie zapamiętana jako kosa, piła, a dla młodszych roczników, wśród których znalazło się nawet kilkoro dzieci jej dawnych uczniów, także jako dinozaur i terrorystka. Jednak, mówiąc językiem współczesnej młodzieży, który, chcąc nie chcąc, poznała w trakcie dyżurów, gdy, przemierzając szkolne korytarze, pilnowała porządku, miała na to „wyjebongo”. Choć w określeniu dominowała nuta wulgaryzmu, polonistka musiała przyznać, że w ustach młodzieży traciło ono swój agresywny wydźwięk na rzecz opisu stanu beztroskiej ignorancji. Dlatego skoro młodzież miała „wyjebongo” na szkołę i oceny, ona w ten sam sposób podchodziła do tego, jaki ślad pozostawi w pamięci tych, którym próbowała wpoić, a raczej wtłoczyć do umysłów, kilka podstawowych zasad polszczyzny. Kowalska potoczyła wzrokiem po klasie i to wystarczyło, aby niemal natychmiast zapanowała cisza, przerywana jedynie miarowym stukotem kaloryferów i uderzeniami bezlistnych gałęzi o szyby.
Nie podnosiła głosu. Nigdy nie musiała. Wystarczało, że patrzyła na klasę tym swoim spokojnym, uważnym wzrokiem, a rozmowy milkły same. W tej sali jej autorytet nie potrzebował ani krzyku, ani groźnych min.
– Dzisiaj spróbujemy odpowiedzieć sobie na pytanie, czym jest odpowiedzialność za słowo – zaczęła, przesuwając wzrokiem po uczniowskich twarzach, na których malowało się znudzenie. – Nie za wielkie deklaracje, nie za cytaty z lektur, tylko za zwykłe słowa, które wypowiadamy codziennie. Co one robią z drugim człowiekiem? – sprecyzowała i posyłając licealistom pytające spojrzenie, czekała na interakcję z ich strony.
W pierwszej ławce poruszyła się Karolina, drobna brunetka z włosami związanymi wysoko na karku i makijażem tak starannym, jakby po lekcji miała iść na sesję zdjęciową. Od kilku minut obracała długopis między palcami, zerkając to na tablicę, to na nauczycielkę.
– Mogą go zranić – odpowiedziała niepewnie.
– Mogą – przyznała Kowalska. – Co jeszcze?
– Mogą zostać zapamiętane – odezwał się chłopak z ostatniego rzędu, nawet nie podnosząc głowy znad zeszytu.
– Słuszna uwaga – przyznała polonistka. – Czasami na dłużej, niż nam się wydaje – dodała, zatrzymując wzrok na Igorze Bieleckim, wysokim, szczupłym blondynie z włosami zaczesanymi do tyłu.
Chłopak miał twarz kogoś, kto, nawet gdy nic nie mówił, wyglądał tak, jakby za chwilę miał rzucić czymś nieprzyjemnym. Siedział odchylony na krześle, z jedną ręką wsuniętą do kieszeni bluzy, i patrzył na Kowalską z chłodnym spokojem.
– A ty, Igor, jak to rozumiesz?
Kilka osób odruchowo odwróciło głowy, spoglądając w jego stronę. Chłopak, zamiast odpowiedzieć, wzruszył ramionami.
– Różnie. Zależy, kto mówi i do kogo – odezwał się po dłuższej chwili zastanowienia.
– Nie uważasz, że to bardzo wygodna, a jednocześnie wymijająca odpowiedź?
– Raczej prawdziwa.
Kowalska przez chwilę milczała.
– Czyli twoim zdaniem słowo nie ma ciężaru samo w sobie, tylko wtedy, gdy komuś przeszkadza?
Igor uśmiechnął się drwiąco jednym kącikiem ust.
– Raczej wtedy, gdy ktoś za bardzo bierze je do siebie.
W klasie zapadła krótka cisza. Ktoś z tyłu chrząknął, ktoś inny nerwowo stuknął długopisem o ławkę. Lidia Wójcik, siedząca przy oknie, spuściła głowę tak nisko, że włosy zasłoniły jej policzki. Marianna zauważyła ten ruch.
– A może – powiedziała spokojnie – problem polega na tym, że niektórzy zbyt łatwo usprawiedliwiają własne słowa cudzą wrażliwością?
Tym razem Igor nic nie odpowiedział. Przeniósł tylko spojrzenie na okno, jakby nagle bardziej interesowało go listopadowe popołudnie za szybą niż lekcja.
Kowalska odwróciła się do tablicy i zapisała jedno zdanie: „Słowa zostawiają ślad”.
– Proszę to zapisać – powiedziała. – I zastanowić się, czy człowiek odpowiada tylko za to, co miał na myśli, czy również za to, co po nim zostaje.
W klasie zaszeleściły kartki. Kilkoro uczniów pochyliło się nad zeszytami. Karolina zaczęła notować od razu, starannie, niemal kaligraficznie. Chłopak z ostatniej ławki westchnął ciężko, ale też sięgnął po długopis. Marianna przez chwilę patrzyła na Lidię, której dłoń drżała ledwie zauważalnie nad pustą linijką. Tylko Igor siedział jeszcze bez ruchu. Potem powoli wyprostował się, spojrzał na tablicę i coś zapisał. Nie dało się zgadnąć, czy z obowiązku, czy dla świętego spokoju.
– Na maturze – odezwała się po chwili Kowalska – możecie napisać wszystko, co brzmi rozsądnie, jest dobrze uzasadnione i pasuje do klucza. Ale poza maturą to już nie działa. W życiu nie wystarczy powiedzieć: „To były tylko słowa” – dodała i właśnie wtedy rozległ się dźwięk dzwonka.
Kilka osób od razu zaczęło pakować zeszyty, ktoś zasunął zamek plecaka, ktoś inny sięgnął po kurtkę przewieszoną przez oparcie krzesła. Marianna zamknęła książkę i odczekała moment, aż szmer trochę ucichnie.
– To wszystko na dziś – powiedziała. – Igor, zostań po lekcji.
Tym razem kilka spojrzeń znów powędrowało w stronę Bieleckiego. On sam uniósł tylko brwi, jakby chciał pokazać, że ani go to dziwi, ani obchodzi. Ale kiedy reszta klasy zaczęła wychodzić, na jego twarzy pojawiło się coś trudniejszego do uchwycenia. Nie niepokój. Raczej krótki cień irytacji.
Marianna stała przy biurku i czekała, aż ostatni uczeń zamknie za sobą drzwi. Lidia wychodziła jako jedna z ostatnich. Przy progu obejrzała się na nauczycielkę, jakby chciała coś powiedzieć, ale zabrakło jej odwagi. Kowalska odpowiedziała krótkim, uspokajającym spojrzeniem. W pustoszejącej klasie zrobiło się nagle bardzo cicho. Słychać było tylko uparte stukanie kaloryfera i odległy gwar z korytarza.
Kiedy zostali sami, Igor patrzył na Kowalską z tą samą chłodną miną, którą miał przez całą lekcję.
– O co chodzi? – zapytał. – Bo trochę mi się śpieszy – dodał wymownie, spoglądając na zegarek, który, jak głosiła szkolna plotka, kosztował kilkanaście tysięcy.
Kowalska nie odpowiedziała od razu. Najpierw splotła ręce na piersi i dopiero po dłuższej chwili milczenia zadała Bieleckiemu pytanie:
– Nie domyślasz się?
– Przykro mi, ale nie jestem jasnowidzem – rzucił chłopak, wzruszając ramionami.
– Chodzi o grupę. Tę zamkniętą. Na komunikatorze.
Przez ułamek sekundy coś drgnęło mu w twarzy, ale zaraz znów przybrał obojętny wyraz.
– Nie wiem, o czym pani mówi.
– Wiesz. – Jej głos pozostał spokojny, ale był twardszy niż przed chwilą. – I nie marnujmy czasu na takie odpowiedzi.
Bielecki westchnął ostentacyjnie i odstawił plecak na ławkę.
– To jest internet. Ludzie piszą różne rzeczy. Nie ma sensu robić z tego wielkiej afery.
– „Różne rzeczy”? – powtórzyła. – Nazywasz tak publikowanie zdjęć, wyśmiewanie, insynuacje i urządzanie nagonki na jedną osobę?
– Nikt nikogo nie zmusza, żeby to czytał.
Marianna spojrzała na niego tak, że przez chwilę sam odwrócił wzrok.
– Lidia Wójcik od miesięcy jest przez was szkalowana. I bardzo dobrze wiesz, że to nie są żarty.
– Przez „was”? – odbił szybko. – W takim razie proszę nam to udowodnić.
– Nie muszę ci teraz niczego udowadniać. Wystarczy, że wiem wystarczająco dużo.
Igor zacisnął usta. Na jego twarzy pojawiła się irytacja, już niemaskowana tym lekceważącym spokojem.
– To jest słowo przeciwko słowu.
– Nie. Są zrzuty ekranu, wiadomości i świadkowie, którzy w końcu przestali się bać. To jest wasza zabawa przeciwko czyjemuś życiu.
Przez moment patrzyli na siebie w milczeniu. Na korytarzu ktoś przebiegł, trzasnęły drzwi, potem znów zaległa cisza.
– Słyszałem gorsze rzeczy – mruknął w końcu chłopak. – I nikt z tego nie robił tragedii.
– To, że coś jest częste, nie znaczy, że jest normalne.
– Pani zawsze wszystko bierze za bardzo serio.
Kowalska zrobiła krok w jego stronę. Nie gwałtowny, ale zdecydowany.
– A ty nigdy dość serio. Posłuchaj mnie teraz uważnie. Jeśli ta grupa nie zniknie, jeśli te wpisy się nie skończą, zgłoszę sprawę rodzicom, policji i wszystkim instytucjom, które powinny się tym zająć. I nie będę już z tobą o tym rozmawiać.
Igor roześmiał się krótko, jakby właśnie usłyszał dobry żart.
– Policji? Za głupie wpisy?
– Za uporczywy hejt, nękanie i rozpowszechnianie treści, które mają poniżyć konkretną osobę – sprecyzowała Kowalska.
Tym razem to on zrobił krok do przodu. Nie był agresywny, ale napięcie w nim było już wyraźne.
– Pani chyba naprawdę nie rozumie, jak działa świat.
– Być może – odpowiedziała spokojnie. – Ale ty najwyraźniej nie rozumiesz, że są granice. I że przychodzi moment, w którym kończy się rozmowa z wychowawcą, a zaczyna odpowiedzialność.
Igor patrzył na nią jeszcze przez chwilę, jakby chciał coś powiedzieć, coś ostrego, może nawet obraźliwego. Ostatecznie tylko sięgnął po plecak.
– Skończyliśmy?
– Tak – powiedziała. – Na razie.
Podniósł plecak i zarzucił go na ramię.
– To proszę zgłaszać, komu pani chce.
Odwrócił się i ruszył do drzwi. Przy klamce zatrzymał się jeszcze na sekundę, ale nie spojrzał za siebie.
– I tak nic z tego nie będzie – rzucił przez zęby i wyszedł, nawet nie trzaskając drzwiami, ale zamykając je cicho.
Marianna została sama. Przez chwilę stała bez ruchu, z dłonią opartą o brzeg biurka. Dopiero teraz pozwoliła sobie na krótki, ciężki wydech. W jej twarzy nie było strachu, ale było zmęczenie i rosnąca złość. Jakby właśnie upewniła się w czymś, co przeczuwała od dawna.
Po chwili namysłu sięgnęła po telefon leżący obok dziennika. Ekran rozbłysnął chłodnym światłem. Przez moment patrzyła na niego bez ruchu, jakby wahała się, czy napisać wiadomość albo od razu zadzwonić. Kciuk zawisł nad ekranem, ale po kilku sekundach odłożyła urządzenie z powrotem na biurko.
Jeszcze nie teraz – pomyślała, wyjmując z szuflady biurka kilkanaście kartek. Część była zapisana drobnym, równym pismem, na innych widniały tylko pojedyncze nazwiska, daty i krótkie uwagi. Ułożyła je starannie, sprawdziła kolejność, po czym wsunęła do papierowej teczki. W jej ruchach nie było nerwowości, ale ostrożność człowieka, który wie, że każdy dokument może mieć znaczenie.
Sprawa Lidii i internetowej grupy nie była jedynym problemem, którym żyła od ostatnich tygodni. Ten drugi, równie istotny dla funkcjonowania szkoły, dotyczył zajęć, które na papierze odbywały się wzorowo, choć w rzeczywistości często istniały głównie w tabelkach. Marianna widziała zbyt wiele podpisów, frekwencji i sprawozdań, które nie zgadzały się z tym, co działo się w salach. Zamierzała poruszyć to na radzie pedagogicznej, która rozpoczynała się za pół godziny.
Na korytarzach robiło się coraz ciszej. Ostatni uczniowie schodzili już do szatni, pojedyncze drzwi zamykały się z głuchym stukiem, a w pustoszejącej szkole zostawał tylko przytłumiony szmer rozmów nauczycieli. W pokoju nauczycielskim część kadry zbierała się już na radę. Ktoś żartował, że próbne matury są jak coroczna epidemia, tylko bardziej męcząca. Ktoś inny z kwaśną miną narzekał na kolejne tabelki, zestawienia i całą papierologię, która rośnie szybciej niż uczniowskie zaległości.
Marianna weszła do środka, skinęła głową kilku osobom i odłożyła teczkę na wolne krzesło. Wtedy zobaczyła dyrektora. Marek Różański stał przy oknie, z kubkiem w dłoni, spokojny jak zawsze. Ciemny garnitur i jasna koszula opinały jego krępą sylwetkę. Kiedy na nią spojrzał, na jego nalanej twarzy pojawił się uprzejmy, prawie życzliwy wyraz. Tylko oczy pozostały chłodne.
Odwzajemniła to spojrzenie równie krótko. Między nimi zawisło coś ciężkiego, choć z boku mogło wyglądać jak zwykła wymiana grzeczności przed zebraniem. Jednak oboje dobrze wiedzieli, że to już nie jest zwyczajny szkolny dystans, ale zapowiedź konfrontacji, do której Kowalska przygotowywała się od kilkunastu tygodni.
Rada pedagogiczna zaczęła się z prawie dwudziestominutowym opóźnieniem. Nauczyciele schodzili się do sali powoli, z kubkami niedopitej kawy, teczkami pod pachą i minami ludzi, którzy od rana żyli na oparach cierpliwości. Ktoś jeszcze kończył rozmowę na korytarzu, ktoś szukał długopisu, ktoś przeglądał plan lekcji na następny dzień, jakby chciał sobie przypomnieć, po co właściwie jeszcze tu siedzi o tej porze.
Marianna zajęła miejsce przy końcu długiego stołu. Położyła przed sobą teczkę i splotła na niej dłonie. Nie rozglądała się po sali. Patrzyła przed siebie, spokojna, skupiona, jakby od początku wiedziała, po co tu przyszła i co chce powiedzieć.
Dyrektor siedział u szczytu, niczym głowa tej jednej wielkiej, edukacyjnej rodziny. Poprawił mankiet koszuli i przez chwilę wertował papiery, zanim podniósł wzrok na zebranych, ale gdy już to uczynił, zapadła nabożna cisza.
– Dobrze, zaczynajmy – powiedział. – Wiem, że jest późno, więc postaram się, żeby poszło sprawnie.
Nikt nie odpowiedział. Po sali przeszedł tylko cichy szelest przesuwanych kartek, do którego dołączył brzdęk filiżanki odkładanej na spodek.
Dyrektor otworzył porządek obrad i zaczął czytać kolejne punkty. Najpierw organizacja grudniowej próbnej matury. Przydział sal, rozpisanie komisji, rozłożenie uczniów według klas i rozszerzeń.
– Musimy to domknąć dzisiaj – zaznaczył, przesuwając palcem po wydrukowanej liście.
Następnie odchrząknął i uniósł wzrok znad papierów.
– Czy są jakieś uwagi do porządku obrad? – zapytał.
– Tak – odezwała się Kowalska, skupiając na sobie spojrzenia całego grona pedagogicznego, z których co najmniej połowa była nieprzychylna. – Uważam, że oprócz przygotowań do próbnej matury powinniśmy dziś omówić także sposób prowadzenia szkolnych programów grantowych oraz narastające zachowania hejterskie wśród uczniów.
Kilka osób westchnęło głośno, a na ich twarzach pojawił się wyraz zdziwienia, jakby chciały powiedzieć: „W naszej szkole nie ma czegoś takiego”. Dyrektor nie przerwał jej od razu, więc mówiła dalej, rzeczowo i bez podnoszenia głosu.
– Obie sprawy wymagają pilnej analizy. W przypadku programów grantowych chodzi o zgodność dokumentacji z rzeczywistym przebiegiem zajęć. W przypadku hejtu o sytuacje, które nie są już pojedynczymi incydentami, tylko zaczynają przybierać formę długotrwałego nękania. Uważam, że nie powinniśmy odkładać tego na później.
Nauczyciel matematyki poprawił okulary i spojrzał gdzieś w bok. Pedagog szkolna spuściła wzrok na leżące przed nią kartki. Ktoś cicho przesunął krzesło.
– To nie są sprawy, które można zostawić na kolejny termin tylko dlatego, że są niewygodne. Jeśli widzimy problem, powinniśmy się nim zająć od razu. Inaczej sami uczymy młodzież, że ważniejsze od faktów są pozory spokoju.
W sali znów zapadła cisza. Nikt jej nie poparł, ale, znając niepisane zasady, według których najważniejsze jest dobro szkoły i wysoka pozycja w rankingach, przekładająca się na liczbę uczniów, wcale jej to nie zaskoczyło. Dyrektor ponownie odchrząknął, spojrzał na leżący przed sobą porządek obrad i zakomunikował tonem, w którym uprzejmość i stanowczość połączyły się w jeden głos:
– Rozumiem pani troskę, ale dziś naprawdę nie mamy przestrzeni, żeby otwierać tak szerokie tematy – powiedział. – Harmonogram jest napięty, a część spraw wymaga osobnego przygotowania. Proponuję wrócić do tego za dwa tygodnie, na oddzielnym posiedzeniu, jeśli okaże się to konieczne.
Słowa dyrektora zawisły w sali ciężko i chłodno. Nie brzmiały jak realna propozycja, raczej jak elegancki sposób zamknięcia ust. Kowalska skrzyżowała z Różańskim spojrzenia, zastanawiając się, czy warto podejmować kolejną próbę forsowania zaproponowanych tematów, jednak po namyśle doszła do wniosku, że i tak stoi na przegranej pozycji. Przełożony tymczasem omiótł wzrokiem siedzących przy stole, jakby szukał w nich potwierdzenia, że podjął właściwą decyzję.
– Myślę, że to rozsądne – odezwała się cicho jedna z nauczycielek.
– Tak będzie lepiej – dorzucił ktoś z końca stołu. – Dzisiaj i tak siedzimy już za długo.
Kilka osób przytaknęło, reszta postanowiła nie zabierać głosu, ale to milczenie również pracowało na korzyść dyrektora. Zmęczenie robiło swoje. Po całym dniu lekcji mało kto miał ochotę wchodzić w temat, który mógł przeciągnąć radę o kolejną godzinę.
Dyrektor skinął głową, jakby potwierdzał rzecz oczywistą.
– W takim razie przechodzimy dalej – zarządził, skupiając się na pierwszym punkcie. – Próbna matura jest priorytetem. Kuratorium będzie patrzyło nam na ręce.
– Jak co roku – mruknął cicho matematyk, siedzący obok nauczycielki religii.
Kilka osób uśmiechnęło się blado, ale nikt nie podjął żartu. Wiszące w powietrzu zmęczenie było tak gęste, że nawet ironia nie miała już siły się przebić. Wuefistka oparła łokieć o blat i potarła skroń. Nauczyciel geografii zerknął na zegarek. Polonistka z młodszych klas poprawiała sprawdziany, póki dyrektor mówił o technicznych szczegółach.
– Sale numer dwanaście, trzynaście i piętnaście idą na podstawę – ciągnął dyrektor. – Rozszerzenie z polskiego w auli, matematyka w skrzydle wschodnim. Musimy też dopiąć listę nauczycieli do nadzoru.
– Ja już mam dwa dyżury w tym tygodniu – odezwała się cicho jedna z nauczycielek. – Nie da się tego rozłożyć inaczej?
– Wszyscy mamy dużo – odpowiedział dyrektor tonem uprzejmym, ale definitywnie ucinającym temat. – Musimy sobie jakoś poradzić.
Przez chwilę omawiano jeszcze szczegóły techniczne. Kto otworzy sale, kto odbierze arkusze, kto zostanie dłużej po egzaminie. Padały nazwiska, numery klas, krótkie uwagi.
Kiedy dyrektor przeszedł do spraw wychowawczych, kilka osób od razu ożywiło się na tyle, by rzucić pojedyncze komentarze. Ktoś wspomniał o problemach z frekwencją w drugich klasach. Ktoś inny o skardze rodziców na zbyt dużą liczbę kartkówek. Pedagog szkolna mówiła coś o napięciu przed maturą i potrzebie większego wsparcia dla uczniów. Wszystko brzmiało rozsądnie, ale zarazem bezpiecznie. Nikt nie wychodził poza utarte formuły.
Kowalska słuchała z obojętnością, co chwilę zerkając na wiszący obok drzwi zegar. Gdy ten wskazał siedemnastą, a do omówienia wciąż pozostały jeszcze dwa punkty, sięgnęła do torebki po smartfon i, nie zważając na zaskoczone spojrzenia nauczycieli, wyrażające święte oburzenie, napisała wiadomość, w której poinformowała, że spóźni się na spotkanie.
Kiedy wreszcie dyrektor powiedział ostatnie słowo i rada dobiegła końca, przez pomieszczenie przetoczyło się jedno zbiorowe westchnienie ulgi, a zmęczone twarze nauczycieli odzyskały nieco energii.
Marianna opuściła pokój jako jedna z pierwszych. Nie chciała już wymieniać uprzejmości ani słuchać komentarzy o tym, że przesadza. Wróciła do swojej klasy, aby zabrać płaszcz. Już ubrana i gotowa do wyjścia, spojrzała na tablicę.
– Słowa zostawiają ślad – przeczytała półgłosem to, co kilka godzin wcześniej próbowała przekazać uczniom.
Potem zgasiła światło i wyszła.
Szkoła była już niemal pusta. Na schodach odbijał się tylko głuchy dźwięk jej kroków. Na parterze minęła ciemne drzwi sekretariatu i pustą portiernię. Kiedy wyszła na zewnątrz, uderzyło ją zimne, wilgotne powietrze. Listopadowy wieczór był ciężki i nieruchomy. Ścieżka biegnąca wzdłuż zarośniętego skwerku tonęła w półmroku. Latarnia przy furtce mrugała nierówno. Krzewy przy ogrodzeniu poruszały się lekko od wiatru.
Marianna przyspieszyła. Teczka ciążyła jej pod pachą, a w głowie wciąż miała przebieg rady, milczenie nauczycieli, chłodny ton dyrektora i twarz Igora. Czuła złość, ale też narastającą determinację. Już za kwadrans miała się spotkać z kimś, kto będzie w stanie jej pomóc. Taką przynajmniej miała nadzieję.
Za plecami usłyszała cichy trzask. Zatrzymała się i obejrzała przez ramię. Przy wejściu do szkoły nikogo nie było. Tylko ciemne okna, zamknięte drzwi i nierówne światło latarni. Zmrużyła oczy, ale zobaczyła jedynie poruszające się gałęzie.
Nerwy – pomyślała i ruszyła dalej.
Nagle usłyszała za sobą szybkie, ciężkie kroki. Tym razem nie miała wątpliwości. Ktoś szedł za nią, zbyt szybko i zbyt zdecydowanie. Odruchowo spojrzała przez ramię i dostrzegła znajomą postać. Zaskoczona przystanęła. Wtedy otrzymała pierwszy cios. Uderzenie było tak silne, że straciła równowagę, teczka wypadła jej z ręki, a ona sama runęła na zimną, wilgotną ziemię. Przez ułamek sekundy próbowała się podnieść, złapać oddech, zrozumieć, co się dzieje, krzyknąć.
Jednak nim zdążyła otworzyć usta, napastnik był już przy niej. Pochylił się gwałtownie, a jego dłonie w skórzanych rękawiczkach zacisnęły się na jej szyi.
Marianna szarpnęła się odruchowo, próbując zrzucić z siebie ciężar, ale była zbyt słaba, aby stawić opór. Wbiła paznokcie w rękawy napastnika i próbowała zaczerpnąć powietrza. Zobaczyła nad sobą ciemny zarys twarzy, wykrzywionej furią, i urywany oddech. Poczuła, jak strach wypełnia jej umysł, a płuca zawzięcie walczą o każdy kolejny haust powietrza. Obraz zwężał się i rozpadał na ciemne plamy. Po chwili jej oddech umilkł, a listopadową noc wypełniał jedynie szelest wiatru w krzewach.
DALSZA CZĘŚĆ DOSTĘPNA W WERSJI PEŁNEJ
ROZDZIAŁ PIERWSZY
ROZDZIAŁ DRUGI
ROZDZIAŁ TRZECI
ROZDZIAŁ CZWARTY
ROZDZIAŁ PIĄTY
ROZDZIAŁ SZÓSTY
ROZDZIAŁ SIÓDMY
