Wydawca: Media Rodzina Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski

Opowieści z Narnii. Książę Kaspian ebook + audiobook

C. S. Lewis  

4.44444444444444 (9)
Promocja

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo
25,01 25,00
Do koszyka

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 212 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 5 godz. 5 min Lektor: Jerzy Zelnik

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 5 godz. 5 min Lektor: Jerzy Zelnik

Opis ebooka Opowieści z Narnii. Książę Kaspian - C.S. Lewis

W życiu znanych nam z tomu Lew, Czarownica i stara szafa bohaterów upłynąl rok, w świecie Narnii natomiast 1300 lat! 

Piotr, Zuzanna, Edmund i Łucja - młodzi bohaterowie opowieści - spieszą na pomoc prawowitemu władcy Narnii, księciu Kaspianowi, który toczy śmiertelny bój o prawo do tronu.

Drugi tom narnijskiej sagi w szacie filmowej ilustrowany fotosami z ekranizacji Księcia Kaspiana.

Opinie o ebooku Opowieści z Narnii. Książę Kaspian - C.S. Lewis

Fragment ebooka Opowieści z Narnii. Książę Kaspian - C.S. Lewis

C.S. LEWIS
KSIĄŻĘ KASPIAN
Ilustrowała PAULINE BAYNES Przełożył ANDRZEJ POLKOWSKI
Tytuł oryginału: THE CHRONICLES OF NARNIA. PRINCE CASPIAN
Prince Caspian copyright © 1951 by C.S. Lewis Pte. Ltd.
Copyright renewed 1979 by C.S. Lewis Pte. Ltd.
The Chronicles of Narnia®, Narnia® and all book titles, characters and locales original to The Chronicles of Narnia are trademarks of C.S. Lewis Pte. Ltd.
Use without permission is strictly prohibited.
Illustrations by Pauline Baynes; Copyright © 1951 by C.S. Lewis Pte. Ltd.
Coloured art by Pauline Baynes; copyright c 1998 by C.S Lewis Pte.Ltd
Copyright © for the Polish translation by Andrzej Polkowski
Published by Media Rodzina under license from the CS Lewis Company Ltd.
Wszelkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki – z wyjątkiem cytatów w artykułach i przeglądach krytycznych – możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.
www.narnia.com
ISBN 978-83-7278-878-8
Harbor Point Sp. z o.o. Media Rodzina ul. Pasieka 24, 61-657 Poznań tel. 61 827 08 60, faks 61 827 08 66www.mediarodzina.plmediarodzina@mediarodzina.pl
Konwersja: eLitera s.c.
ROZDZIAŁ 1
Wyspa

BYŁO RAZ CZWORO DZIECI: Piotr, Zuzanna, Edmund i Łucja. W innej książce, pod tytułem Lew, Czarownica i stara szafa, opowiedziałem o niezwykłej przygodzie, jaka im się przydarzyła. Pewnego razu dzieci otworzyły drzwi zaczarowanej szafy i znalazły się w zupełnie innym świecie. A w tym innym świecie zostały królami i królowymi kraju zwanego Narnią. Były przekonane, że ich panowanie w Narnii trwało długie, długie lata, ale kiedy przeszły z powrotem przez drzwi starej szafy i znalazły się znowu w Anglii, okazało się, że wszystko to nie trwało nawet minuty. W każdym razie nikt nie zauważył ich zniknięcia. I nigdy nie opowiadały o swojej przygodzie nikomu, z wyjątkiem pewnego bardzo mądrego dorosłego.

Wszystko to wydarzyło się jakiś rok temu. Teraz cała czwórka siedziała na ławce na stacji kolejowej, a wokół nich piętrzyły się walizy i pudła z zabawkami. Wracali do szkoły. Stacja była ich miejscem przesiadki; dotąd podróżowali razem, a teraz czekali na dwa różne pociągi. Jeden miał zabrać do szkoły dziewczynki, a drugim – około pół godziny później – mieli pojechać do swojej szkoły chłopcy. Pierwsza część podróży, którą odbyli razem, wydawała im się jeszcze częścią wakacji, ale teraz, kiedy mieli niedługo pożegnać się i rozdzielić, każde z nich czuło, że lato naprawdę już się kończy. Ponownie ogarnęły ich uczucia, które zna każdy, kto rozpoczynał nowy rok szkolny. Nic więc dziwnego, że wszyscy czworo mieli raczej ponure miny i nikt się nie wysilał, aby zacząć rozmowę. Nie było o czym mówić. Łucja szła po raz pierwszy do szkoły z internatem.

Była to mała, wiejska stacja, pusta i uśpiona, na której prócz nich nie było nikogo. Siedzieli w ciszy.

Nagle Łucja wrzasnęła przenikliwie, jakby ją osa ugryzła.

– Co się stało, Łusiu? – zapytał Piotr i w chwilę potem sam krzyknął: – Au!

– Co wy, do licha... – zaczął Edmund, nagle urwał i zawołał: – Zuzanno, zostaw mnie! Co ty wyprawiasz? Dokąd mnie ciągniesz?!

– Nawet cię nie dotknęłam – zaprotestowała Zuzanna. – To MNIE ktoś ciągnie. Och – och – och! Przestań!

Każdy zauważył, że twarze pozostałych zrobiły się nagle białe.

– Czuję to samo – wykrztusił Edmund. – Jakby mnie coś ciągnęło. To jest okropne... och, znowu się zaczyna...

– Mnie też ktoś ciągnie – powiedziała Łucja. – Ojej, nie zniosę tego dłużej!

– Uwaga! – krzyknął Edmund. – Złapmy się za ręce i trzymajmy mocno razem. Czuję, że to jakieś czary. Prędko!

– Tak! – powiedziała Zuzanna. – Trzymajmy się mocno za ręce. Och, naprawdę, żeby to już przestało... och!

I nagle bagaże, ławka, peron i cała stacja zniknęły im sprzed oczu. Trzymając się za ręce i z trudem łapiąc oddech, znaleźli się w jakimś lesie, tak gęstym, że gałęzie wbijały się im w ubrania i trudno było się poruszać. Wszyscy czworo przetarli oczy i zaczerpnęli głęboko powietrza.

– Och, Piotrze! – krzyknęła Łucja. – Nie sądzisz, że wróciliśmy do Narnii?

– Możemy być wszędzie – odpowiedział Piotr. – W tym gąszczu trudno coś zobaczyć dalej niż na pół metra. Spróbujmy się wydostać na jakąś otwartą przestrzeń, jeżeli tu w ogóle taka jest.

Nie było to łatwe. W końcu, poparzeni pokrzywami i podrapani kolcami, wydostali się z gęstwiny. Zrobiło się jaśniej i po kilku krokach znaleźli się na skraju lasu. Czekała ich nowa niespodzianka. Tuż przed nimi rozciągała się piaszczysta plaża, a dalej, zaledwie parę metrów od nich, piasek obmywały fale morza, tak małe, że prawie nie słyszeli ich plusku. Na horyzoncie nie widniał żaden ląd, a na niebie nie było ani jednej chmurki. Słońce znajdowało się tam, gdzie powinno być o dziesiątej rano. Morze było oślepiająco niebieskie. Stali, wciągając w nozdrza słony, morski zapach.

– A niech to dunder świśnie! – zawołał Piotr. – To mi się nawet podoba.

Pięć minut później nikt już nie miał na nogach butów i skarpetek. Brodzili w chłodnej, czystej wodzie.

– Na pewno wolę to, niż kiszenie się w dusznym pociągu i zbliżanie do łaciny, francuskiego i algebry! – zauważył Edmund. I znowu nikt nic nie mówił przez dłuższy czas, wszyscy byli zajęci chlapaniem się w wodzie i wypatrywaniem krewetek i krabów.

– Tak czy owak – odezwała się w końcu Zuzanna – myślę, że powinniśmy coś postanowić. Niedługo zachce nam się jeść.

– Mamy kanapki, które mama dała nam na drogę – odpowiedział Edmund. – W każdym razie ja mam swoje.

– Ja nie – oznajmiła Łucja. – Moje były w tej mniejszej torbie.

– I moje też – dodała Zuzanna.

– Moje są w kieszeni płaszcza, tu, na plaży – powiedział Piotr.

– To by były dwa drugie śniadania na czworo. Nie wygląda to zbyt wesoło.

– Och, bardziej marzę o jakimś piciu niż o jedzeniu, przynajmniej w tej chwili – powiedziała Łucja.

Teraz każdy poczuł pragnienie, co jest zupełnie normalne, gdy w gorącym słońcu brodzi się przez dłuższy czas w słonej wodzie.

– To tak, jakbyśmy byli rozbitkami – zauważył Edmund. – W książkach zawsze na wyspie znajduje się jakieś źródło z czystą, świeżą wodą. Dobrze by było pójść i poszukać.

– Czy to znaczy, że trzeba wrócić do tego gęstego lasu? – zapytała Zuzanna.

– Wcale nie – odpowiedział Piotr. – Jeżeli tu są jakieś strumienie, to muszą wpadać do morza. Jak pójdziemy plażą, to w końcu na któryś natrafimy.

Ruszyli więc ku brzegowi lasu, najpierw przez pas gładkiego, mokrego piasku, a potem po suchym i łamliwym, przesypującym się między palcami nóg. Na skraju plaży włożyli skarpetki i buty. Edmund i Łucja chcieli je tu zostawić i iść dalej boso, ale Zuzanna stwierdziła, że to głupi pomysł:

– Możemy już ich nie znaleźć, a będą nam potrzebne, jeśli zastanie nas tutaj noc i zrobi się zimno.

Ubrali się i powędrowali wzdłuż brzegu, mając morze po lewej stronie, a las po prawej. Okolica była cicha i spokojna, tylko od czasu do czasu pojawiała się samotna mewa. Do gęstego i splątanego lasu trudno było zajrzeć. Nic się w nim nie poruszało, ani śladu ptaków czy nawet owadów.

Muszle i wodorosty, anemony i maleńkie kraby w skalnych rozpadlinach – wszystko to są rzeczy bardzo ciekawe, ale szybko ma się ich dość, jeżeli w gardle zasycha z pragnienia. Po brodzeniu w chłodnej wodzie dzieci czuły, jak pieką nogi i ciążą im ciasne teraz buty. Zuzanna i Łucja dźwigały swoje płaszcze od deszczu. Edmund położył swój na peronowej ławce, nim zaczęły się czary, więc teraz niósł na zmianę z Piotrem jego okrycie.

Brzeg zaczął skręcać w prawo. Po kwadransie doszli do wrzynającego się w morze skalistego cypla, za którym brzeg cofał się pod ostrym kątem w głąb lądu. Kiedy minęli cypel, szli w zupełnie przeciwnym kierunku niż wówczas, gdy po raz pierwszy wyszli z lasu na plażę. Za wodą pojawił się drugi brzeg, porośnięty lasem tak samo gęstym jak ten, który zamierzali zbadać.

– Zastanawiam się, czy jesteśmy na wyspie, czy też idziemy wzdłuż głębokiej zatoki i w końcu dojdziemy do tamtego brzegu – odezwała się Łucja.

– Nie mam zielonego pojęcia – odpowiedział Piotr i znowu brnęli dalej w milczeniu.

Brzeg, którym szli, zaczął się teraz zbliżać do przeciwległego. Za każdym razem, kiedy dochodzili do kolejnego cypla, spodziewali się zobaczyć miejsce, w którym oba brzegi łączą się, i za każdym razem czekało ich rozczarowanie. Doszli w końcu do jakichś skał i wspięli się na nie, aby rozejrzeć się po okolicy.

– A niech to licho! – krzyknął Edmund. – Wcale mi się to nie podoba. Nigdy nie dojdziemy do tamtego lasu. Jesteśmy na wyspie!

Miał rację. W tym miejscu przesmyk między nimi a przeciwległym brzegiem miał zaledwie jakieś trzydzieści metrów szerokości, ale teraz widzieli już wyraźnie, że jest to tylko jego najwęższy odcinek. Dalej brzeg znowu się cofał, a pomiędzy nim a dalekim lądem jaśniało otwarte morze. Było oczywiste, że obeszli już więcej niż połowę wyspy.

– Spójrzcie! – zawołała Łucja. – Co to takiego? – Wskazała na długi srebrny kształt wijący się jak wąż przez plażę.

– Strumień! Strumień! – krzyknęli pozostali. Pomimo zmęczenia, nie tracąc ani chwili, ześlizgnęli się po skałach i pobiegli ku świeżej wodzie. Wiedzieli, że trudno pić wodę ze strumienia na piaszczystej plaży, skierowali się więc od razu do miejsca, w którym strumień wypływał z lasu. Drzewa i krzaki rosły tu tak samo gęsto jak wszędzie, ale strumień wyżłobił głębokie koryto między pokrytymi mchem brzegami, tak że zgiąwszy się wpół, mogli wejść w las tunelem utworzonym przez zarośla i gałęzie drzew. Przy pierwszej, brązowej, pomarszczonej przez prąd sadzawce upadli na kolana i pili, pili, i zanurzali w wodzie twarze, a potem ręce aż po łokcie.

– No, a teraz, co z tymi kanapkami? – odezwał się w końcu Edmund.

– Och, czy nie lepiej zachować je na później? – powiedziała Zuzanna. – Później mogą być jeszcze bardziej potrzebne.

– Jak by to było dobrze – wtrąciła Łucja – gdybyśmy teraz, kiedy już nie chce się nam pić, byli tak mało głodni jak wtedy, kiedy BYLIŚMY spragnieni...

– Tak, hm... ale co z tymi kanapkami? – powtórzył Edmund. – Będziemy je oszczędzać, aż się zepsują? Pamiętajcie, że tu jest o wiele cieplej niż w Anglii, a niesiemy je w kieszeniach od wielu godzin.

Wyjęli więc dwie paczuszki z kanapkami, które podzielili na cztery części. Nikt nie najadł się do syta, ale poczuli się teraz o wiele lepiej. Zaczęli dyskutować nad tym, jak zdobyć coś na następny posiłek. Łucja proponowała, by wrócić nad morze i nałowić krewetek, ale ktoś przypomniał, że nie mają przy sobie żadnej siatki. Edmund stwierdził, że trzeba nazbierać mewich jajek, ale kiedy zaczęli się nad tym zastanawiać, doszli do wniosku, że po pierwsze – nikt nie widział po drodze ani jednego jajka, a po drugie – jak je ugotować? Piotr pomyślał sobie, że jeśli tylko nie wydarzy się coś niezwykłego, to prawdopodobnie już niebawem nadejdzie czas, gdy z radością zjedliby i surowe jajka. Nie widział jednak sensu, by mówić o tym na głos. Zuzanna upierała się, że głupotą było zjadanie kanapek tak wcześnie. Zanosiło się na to, że jedno czy dwoje z nich za chwilę straci panowanie nad sobą. W końcu Edmund powiedział:

– Słuchajcie! Pozostaje nam tylko jedno. Musimy zbadać ten las. Pustelnicy, błędni rycerze i inni tacy zawsze jakoś potrafili wyżyć w puszczy. Jedli korzonki, jagody i różne takie rzeczy.

– Co to były za korzonki? – spytała Zuzanna.

– Zawsze myślałam, że chodziło o korzenie drzew – powiedziała Łucja.

– Dajcie spokój! – przerwał Piotr. – Edmund ma rację. Zresztą i tak coś trzeba robić. A chyba lepsze to niż powrót na oślepiające słońce.

Podnieśli się i zaczęli iść w górę strumienia. Nie był to lekki spacer. Musieli zginać się wpół pod nisko wiszącymi gałęziami, przełazić przez zagradzające drogę pnie i przedzierać się przez zbity gąszcz jakiegoś paskudnego zielska przypominającego rododendrony. Wkrótce wszyscy mieli podarte ubrania i przemoczone buty. Nikt się nie odzywał, słychać było tylko plusk strumienia i hałas, jaki sami robili, przedzierając się przez zarośla i raz po raz wpadając do wody. Byli już porządnie zmęczeni, kiedy nagle poczuli jakiś cudowny zapach, a potem dostrzegli coś jaskrawokolorowego, migającego wśród zieleni wysoko, na prawym brzegu strumienia.

– Hej! – krzyknęła Łucja. – Mogę się założyć, że to jabłoń.

Miała rację. Wspięli się na stromy brzeg, z trudem przedarli przez gąszcz jeżyn i stanęli przed wielkim, starym drzewem, uginającym się pod ciężarem złocistych jabłek, tak jędrnych i soczystych, jak tylko można sobie było wymarzyć.

– I to nie jest jedyne drzewo – zauważył Edmund z pełnymi ustami. – Spójrzcie tylko tam... i tam...

– Rzeczywiście, jest ich mnóstwo – powiedziała Zuzanna, odrzucając ogryzek pierwszego jabłka i zabierając się do drugiego. – Tu musiał być kiedyś sad, dawno, dawno temu, zanim całe to miejsce zdziczało i zarosło.

– A więc ta wyspa była kiedyś zamieszkana – zauważył Piotr.

– A cóż to takiego? – odezwała się nagle Łucja, wskazując przed siebie.

– Tam do smoka, to przecież mur! – zawołał Piotr. – Stary, kamienny mur.

Torując sobie drogę wśród zwałów opadłych gałęzi, dotarli do muru. Był bardzo stary, miejscami wykruszony i popękany, porośnięty mchem i zielskiem, wciąż jednak wyższy niż największe z drzew. A kiedy podeszli jeszcze bliżej, stwierdzili, że w murze widnieje wielki łuk, który musiał być kiedyś zwieńczeniem bramy, wypełnionej teraz prawie całkowicie największą ze wszystkich jabłoni. Musieli wyłamać trochę gałęzi, aby dostać się do środka, a kiedy to zrobili, oślepiło ich nagle światło słońca. Znaleźli się na rozległej przestrzeni otoczonej murem. Nie było tu drzew, tylko trawa, stokrotki, bluszcz i szare mury. Było to miejsce jasne, lecz tajemnicze, ciche i nieco ponure. Doszli do samego środka, zadowoleni, że mogą wreszcie wyprostować plecy i poruszać swobodnie nogami.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Lew, Czarownica i stara szafa

Książę Kaspian

Podróż „Wędrowca do Świtu”

Srebrne krzesło

Koń i jego chłopiec

Siostrzeniec Czarodzieja

Ostatnia bitwa

narnia.com
facebook.com/TheChroniclesofNarnia