Opowiem ci mroczną historię - Stefan Darda - ebook + audiobook
Opis

Zapraszamy do mrocznego świata wykreowanego przez jednego z najpopularniejszych polskich pisarzy grozy, który potrafi wywołać u odbiorcy gęsią skórkę, ale też często zainspirować do głębszych przemyśleń. Zbiór Opowiem ci mroczną historię usatysfakcjonuje zarówno zdeklarowanych miłośników horroru, jak i czytelników sporadycznie sięgających po ten rodzaj literatury. Opowiem ci mroczną historię to pierwszy zbiór krótszych tekstów autorstwa Stefana Dardy. Zawarte w nim utwory powstawały przez kilka lat i są niejako zwieńczeniem oraz podsumowaniem pierwszego etapu twórczości Autora. W publikacji można znaleźć opowiadania, które czytelnicy mogli poznać już wcześniej – jak choćby nominowane do Nagrody Zajdla Ostatni telefon i Spójrz na to z drugiej strony – czy tytułowe Opowiem ci mroczną historię, opublikowane wcześniej w jednej z polskich antologii grozy oraz za granicą. Zbiór zawiera też teksty nigdzie wcześniej niepublikowane, jak chociażby utwór Nika (Stefan Darda mierzy się w nim ze znaną ze słowiańskiej mitologii postacią wampira) czy opowiadanie Pierwsza z kolei – poruszający formą i przerażający realizmem tekst niezawierający wątków fantastycznych.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 354

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 8 min

Lektor: Roch Siemianowski

Popularność


Redakcja

Anna Seweryn-Sakiewicz

Ilustracja na okładce

Dariusz Kocurek

Redakcja techniczna, skład i łamanie

Grzegorz Bociek

Korekta

Urszula Bańcerek

Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń rzeczywistych jest w tej książce niezamierzone i przypadkowe.

Wydanie I, Chorzów 2014

Wydawca: Wydawnictwa Videograf SA

41-500 Chorzów, Aleja Harcerska 3c

tel. 32-348-31-33, 32-348-31-35

fax 32-348-31-25

[email protected]

www.videograf.pl

Dystrybucja wersji drukowanej: DICTUM Sp. z o.o.

01-942 Warszawa, ul. Kabaretowa 21

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

[email protected]

www.dictum.pl

© Copyright by Wydawnictwa Videograf SA, Chorzów 2014

© Copyright by Stefan Darda

ISBN 978-83-7835-363-8

Moim Czytelnikom

Gdy idziecie ulicą, spójrzcie w twarz starca, niedołężnie zmierzającego w przeciwnym kierunku. Spójrzcie w jego oczy, a w wielu wypadkach wyczytacie w nich tak mroczne historie, że trudno wam będzie zasnąć wieczorem.

Adolf Krawczyk

Przedmowa

Jest październik 2014 roku.

Dokładnie sześć lat temu, podczas Targów Książki w Krakowie, miała miejsce premiera mojej debiutanckiej powieściDom na wyrębach. Od tamtej pory wiele się w moim życiu zmieniło, zmienił się świat wokół mnie, pewnie i ja też jestem trochę inny.

I oto właśnie teraz, po sześciu latach mojej przygody z twórczością literacką, przychodzi mi się podzielić z Wami, Drodzy Czytelnicy, zbiorem opowiadań, które powstawały na przestrzeni tych ponad dwóch tysięcy dni. Pewnie niektóre z nich dziś napisałbym nieco inaczej, ale „inaczej”, to wcale nie znaczy lepiej; po prostu literatura wiąże się nierozerwalnie z chwilą, z momentem w życiu autora, w którym powstała. Wtedy jest autentyczna i przez to, jak sądzę, bardziej wartościowa.

Zanim zaproszę Was do podróży w czasie, chcę wspomnieć, że kolejność, w jakiej opowiadania występują w niniejszym zbiorze, jest zgodna z kolejnością ich powstawania. Pierwsze, czyliOstatni telefon, powstało niedługo po premierzeDomu na wyrębach, natomiast trzy ostatnie napisałem już po ukończeniu pracy nad czterotomowym cyklemCzarny Wygon, czyli w roku 2014. Jedynym wyjątkiem od tej reguły jest miniaturaKryzys wieku średniego, która, o ile dobrze pamiętam, powstała gdzieś pomiędzyRetrowizjamia Spójrz na to z drugiej strony, a która — ze względu na fakt, że owe dwa dłuższe teksty w pewien sposób łączą się ze sobą — została przeniesiona w zbiorze przed tekst tytułowy.

Z każdym z opublikowanych tutaj opowiadań wiąże się jakaś historia i każdą z nich przedstawiłem w posłowiu. Sam bardzo lubię dowiadywać się czegoś więcej o inspiracjach innych autorów, więc mam nadzieję, że takie „klucze do genezy” okażą się przydatne także i w przypadku niniejszego zbioru (można je czytać po zakończeniu każdego opowiadania lub dopiero po lekturze całości — jak kto woli).

Klucz do rozmieszczenia opowiadań w książce już znacie, klucz do genezy każdego z nich także wkrótce będzie w Waszych rękach, ale jest jeszcze coś, co może powstać z ich połączenia — klucz do bliższego poznania autora oraz dostrzeżenia tego, w jaki sposób zmieniał się na przestrzeni tych kilku ostatnich lat. Sam nie wiem, czy umiem go odnaleźć, ale zawsze najtrudniej jest dowiedzieć się czegoś o samym sobie. Może Wam będzie łatwiej?

Trochę się tego boję, ale jednocześnie jestem podekscytowany.

Zawsze twierdzę (i często wspominam o tym na spotkaniach autorskich), że Czytelnik to cwana bestia i nie da się go łatwo wywieść w pole, więc nawet nie próbowałem tego robić. Myślę, że w tych opowiadaniach znaleźć można też kawałek mojego świata — być może nawet te jego rewiry, którymi nie chciałby się do końca dzielić…

Ci z Was, którzy bywali na moich spotkaniach autorskich wiedzą też, że hołduję pewnej opinii, która na przestrzeni tych ostatnich sześciu lat nie zmieniła się ani na jotę. Otóż jestem pewien, iż autor bez oddanych Czytelników nie ma racji bytu.

Dlatego też, Drodzy Czytelnicy — którzy jesteście ze mną od początku, którzy wybaczacie mi zdarzające się od czasu do czasu opóźnienia premier, którzy chcecie wciąż zagłębiać się w wykreowane przeze mnie historie i tym wszystkim utwierdzacie mnie w przekonaniu, że to, co robię, ma sens — Wam właśnie dedykuję książkęOpowiem ci mroczną historię.

Bez Was moje życie byłoby o wiele mniej kolorowe.

Ostatni telefon

Wojtkowi Bellonowi

1.

Miał przed sobą dwadzieścia trzy minuty marszu. Doskonale wiedział, ile czasu zajmuje mu pokonanie drogi z domu do studia. Gdy wymagała tego sytuacja, był perfekcjonistą, który nie pozwalał sobie na niedoróbki, więc prawie trzy lata wcześniej, już w pierwszym tygodniu pracy, kilkakrotnie zmierzył czas, aby niepotrzebnie nie denerwować się, czy zdąży podbić kartę na portierni.

Szedł, uważnie patrząc pod nogi. Topniejący śnieg tworzył na chodniku błotniste, brunatne kałuże. Andrzej nie miał zamiaru spędzić ostatniego dnia przed urlopem w przemoczonych butach, więc każdy krok stawiał bardzo ostrożnie. Gdy dotarł do przejścia, spojrzał na zegarek. Miał pół minuty spóźnienia. Na dodatek akurat zapaliło się czerwone światło. Wiedział już, że resztę drogi będzie musiał przebyć trochę szybciej. Martwił się o swoje, kupione tydzień wcześniej za czterysta złotych, zamszowe trzewiki — nawiasem mówiąc, najnowszy krzyk warszawskiej mody — lecz uznał, że najważniejsze jest to, aby być w redakcji na czas.

Jego kariera w radiu przypominała amerykański sen. Jeszcze dwa lata wcześniej biegał po mieście z dyktafonem i tłoczył się w korytarzach magistratu w oczekiwaniu na wypowiedzi miejscowych polityków, które mogłyby później pójść w lokalnych wiadomościach. Teraz prowadził w ogólnopolskiej stacji audycję na żywo. Rozmawiał podczas niej ze słuchaczami wylewającymi na antenie swoje żale lub — zdecydowanie rzadziej — dzielącymi się jakąś rozsądną opinią na zadany temat. Przeważnie programy dotyczyły wydarzeń politycznych, jednak czasami zdarzały się też audycje tematyczne. Tak jak tego właśnie dnia.

Do niedawna bardzo skrupulatnie się przygotowywał, robiąc spis kontrowersyjnych sądów, które cytował później w trakcie programu, lub przynajmniej drukował na kartce coś w rodzaju zestawu pytań do słuchaczy. Teraz już nie musiał. Kredyt zaufania, jaki dawał mu dyrektor, był tak wielki, że Andrzej nie obawiał się już drobnych wpadek. O takie rzeczy musieli się teraz martwić inni. Uśmiechnął się pod nosem i energicznie wkroczył na przejście.

Nie wiedział, czyj to był pomysł, aby poświęcić audycję depresji. Domyślał się, że to najprawdopodobniej sprawka tej starej pindy, Marczewskiej, której dyrektor radził się czasem w sprawach programowych.

„Idiotka, jakich mało, ale ma zaskakująco duży wpływ na Starego. Trudno, niech będzie depresja. Byle tylko ten dzień szybko się skończył” — myślał, przyspieszając kroku.

Gdy zbliżał się do siedziby radia, powiódł wzrokiem wokół siebie. Ciężkie ciemnoszare chmury spowijały okolicę. Nagie korony drzew straszyły bezlistnymi konarami, które konwulsyjnie podrygiwały w podmuchach porywistego wiatru. Andrzej uznał, że dwudziesty trzeci lutego idealnie nadaje się na dzień walki z depresją.

Wchodząc po schodach, miał lekką zadyszkę. Po raz ostatni spojrzał na tarczę zegarka. Szedł tak szybko, że miał jeszcze ponad minutę zapasu. Energicznie pchnął drzwi wejściowe i po chwili znalazł się w ciepłym, przytulnym wnętrzu.

2.

Przed wejściem do studia przyrządził aromatyczną kawę w wielkim czarnym kubku, jak zwykle. Wyjął z lodówki mleko, dolał je do pachnącego gorącego płynu i ruszył korytarzem w kierunku reżyserki. W połowie drogi przypomniał sobie, że w teczce zostawił zebrane naprędce materiały na temat depresji, których nie chciało mu się przeglądać w domu. Miał nadzieję, że trochę poczyta w trakcie audycji; piosenki puszczane przez realizatora pomiędzy wejściami antenowymi dawały taką możliwość, lecz teraz było już za późno, aby wrócić. Za dwie minuty miał się zacząć serwis informacyjny, podczas którego Andrzej zawsze już siedział w studiu.

„Trzeba będzie improwizować — pomyślał — ale może jakoś z tego wybrnę”.

Przywitał się z kolegami czekającymi na niego w reżyserce, po czym wszedł do wytłumionego pomieszczenia, przepuszczając przed sobą Karola, który miał za chwilę zacząć odczytywać wiadomości.

Nie potrafił się skupić na serwisie. W zakamarkach pamięci starał się odszukać choćby najdrobniejszy ślad wiedzy o depresji. Oprócz powszechnie znanych faktów, przypomniał sobie, że jest ona uważana za chorobę, którą należy leczyć. Niewiele, ale zawsze coś.

Podczas przerwy reklamowej Karol opuścił studio. Po dżinglu rozpoczynającym audycję z głośników w tysiącach domów popłynął charakterystyczny ciepły głos Andrzeja:

— Witam państwa. Jest mi niezwykle miło, że możemy się spotkać w ten chłodny lutowy poranek. Tematem dzisiejszej audycji będzie depresja. Chciałbym, abyśmy porozmawiali o tej chorobie. — Ostatni wyraz został wyraźnie zaakcentowany. — Na pewno wśród słuchaczy są osoby, które spotkały się z nią w codziennym życiu. Liczę, że telefony od państwa pozwolą nam bliżej przyjrzeć się temu zjawisku. Szczególnie zachęcam do zabierania głosu tych, którzy z depresją już sobie poradzili. Jak ją rozpoznać, jak leczyć, co wam pomogło…

Rutynowo wyrecytował numer telefonu. Realizator pogłośnił piosenkę, która do tej pory stanowiła tło dla wypowiedzi prowadzącego. Andrzej odetchnął. Początek był przyzwoity, więc zapewne znów uda mu się spaść na cztery łapy. A potem już tylko pakowanie i następnego dnia wyjazd z Martą do Austrii, na narty.

Postanowił, że wrócą stamtąd jako narzeczeni. Wiedział, jak Marta bardzo pragnie, aby wreszcie się jej oświadczył. I oto nadchodził ten moment, a gustowny pierścionek z brylantem czekał spokojnie w bocznej kieszeni jednej z walizek. Tylko jak to zrobić? Może w jakiejś przytulnej restauracji, a może na stoku, pośród…

— Co jest z tobą, do cholery?! — W słuchawkach zazgrzytał zniecierpliwiony głos realizatora. — Masz słuchaczkę na linii…

Andrzej gwałtownie wyprostował się w fotelu i podniesionym do góry kciukiem dał znak przez szybę, że jest gotów.

— Dzień dobry panu. Mam na imię Anna. Bardzo się cieszę, że po raz pierwszy się dodzwoniłam i mogę z panem porozmawiać. — Głos wskazywał na to, że rozmówczynią Andrzeja jest młoda kobieta. — Słucham tej audycji od samego początku i bardzo lubię, gdy…

— Witam, pani Anno — przerwał jej bezceremonialnie. — Dziękuję za miłe słowa, ale zdaje się, że mieliśmy rozmawiać o depresji. — Nie chciał, aby w jego słowach zabrzmiała niecierpliwość, jednak cisza, która zapanowała w eterze, świadczyła o tym, że zareagował zbyt gwałtownie.

— Pani Aniu?

Odpowiedział mu odgłos odkładanej słuchawki, po którym rozległ się przerywany sygnał.

— No cóż, coś nas rozłączyło, ale mam nadzieję, że uda się pani jeszcze raz do nas dodzwonić. A tymczasem mamy na antenie kolejnego słuchacza. — Starał się mówić jak najbardziej naturalnie, lecz wiedział, że nie jest w stanie opanować lekkiego drżenia głosu, spowodowanego mimowolnym skurczem krtani. Po raz pierwszy coś takiego przydarzyło mu się w trakcie prowadzonej audycji.

Kiedy starszy mężczyzna opowiadał o tym, jak wiele lat temu udało mu się z trudem wyjść z choroby, Andrzej głęboko oddychał, a kiedy skończyli rozmowę, już bez najmniejszych oznak zdenerwowania zapowiedział kolejną piosenkę.

3.

Była to jedna z nudniejszych audycji, jaką przyszło mu prowadzić, a jego niesmak pogłębiał się po każdym kolejnym telefonie. „Cóż jest interesującego w tym, że ktoś tam ma doła i w dodatku dorabia do tego jakąś ideologię? Do roboty by się wzięli i depresja od razu by minęła — myślał. — W dodatku na takich naiwniakach żerują koncerny farmaceutyczne, wciskając im jakieś specyfiki, za które trzeba słono płacić. Bandy lekarzy utrzymują się z wmawiania ludziom, że problem jest poważny, a kozetki w gabinetach psychologów aż stękają pod ciężarem kolejnych nieudaczników”.

Andrzej zawsze starał się, aby jego prywatne poglądy nie wpływały na atmosferę prowadzonych ze słuchaczami rozmów. W dyskusjach politycznych do perfekcji opanował sztukę chłodnego, niezabarwionego kolorami partyjnymi komentarza. Tym razem było inaczej. Kilka razy w eter popłynęła jakaś ironiczna uwaga, parę półsłówek sugerujących, że jeśli ktoś ma problem, to powinien sobie z nim radzić sam, a nie trąbić o nim na całą Polskę.

Gdy do końca audycji zostało pięć minut, Andrzej dziękował Bogu, że przed nim już tylko jedno wejście antenowe, ostatni telefon od słuchacza, i wreszcie urlop. Powoli zaczął składać kartki, zapełnione notatkami sporządzonymi podczas programu. W jego przekonaniu najważniejsze były te zawierające listę zakupów, które zrobi, wracając do domu.

— Dzień dobry, panie redaktorze — rozległ się głos w słuchawkach.

— Witam. Jak ma pani na imię?

— Mam na imię Anna. Rozmawialiśmy już podczas tej audycji. — Spokojny, ledwie słyszalny głos kobiety brzmiał zupełnie inaczej niż ten, który pamiętał.

— A, tak, rzeczywiście. Coś nas rozłączyło…

— Nie — ucięła dość ostro. — Po prostu odłożyłam słuchawkę.

Po chwili milczenia kobieta odezwała się ponownie. Głos w słuchawce znów był spokojny. Zaskakująco spokojny.

— Bardzo się na panu zawiodłam. Pańska audycja była jedną z rzeczy, które trzymają mnie przy życiu. Codziennie na nią czekałam. Pański głos jakoś tak… pomagał żyć… A dziś… Dziś dowiedziałam się, jaki pan jest naprawdę… — Głos kobiety zaczął się łamać, oddech był coraz bardziej urywany. — I dlatego… wie pan co? Ja już nie chcę żyć…

— Pani Aniu, proszę się uspokoić. Jeśli panią uraziłem, to bardzo przepraszam. Naprawdę ogromnie mi przykro. Ale to wszystko przecież nie jest takie istotne…

— A skąd pan, do jasnej cholery, może wiedzieć, co dla mnie jest istotne?! — Kobieta znów podniosła głos. — Nie ma pan o tym zielonego pojęcia! — W słuchawkach było wyraźnie słychać jej świszczący oddech.

— Pani Anno… Pani Aniu, proszę się uspokoić…

— Albo wie pan co? — Powiedziała to tak, jak gdyby w ogóle go nie słyszała. — Ma pan rację. Rzeczywiście, to wszystko nie jest istotne. — W tym momencie zaczęła się histerycznie śmiać. — Tak, tak, to nieistotne. Całkowicie nieistotne… — Opętańczy chichot, zwielokrotniony przez zbyt głośno ustawione radio w domu słuchaczki, rozbrzmiewał w domach całej Polski.

Andrzej zaczął dawać znaki realizatorowi, aby przerwał audycję, ten jednak siedział jak sparaliżowany, wpatrując się przed siebie. Wreszcie oprzytomniał i sięgnął do konsolety. W słuchawkach dało się słyszeć jakiś rumor, a śmiech został nagle zdławiony i zastąpiony wyraźnymi odgłosami szamotaniny. Realizator pomylił suwak i zamiast zgłośnić muzykę, sprawił, że cisza, która nastała po całym zdarzeniu, zdawała się jeszcze bardziej natarczywa. Tysiące ludzi wsłuchiwało się w nią, patrząc na radioodbiorniki. Niepokój nie minął nawet wtedy, gdy z głośników popłynęła łagodna muzyka Stinga.

4.

— Bardzo pięknie, panie Stolarczyk. — Marczewska powoli sączyła słowa, wlepiając w Andrzeja jadowite spojrzenie. — Naprawdę doskonała robota. Na pana miejscu modliłabym się, żeby to był tylko jakiś głupi dowcip, bo jeśli ta kobieta rzeczywiście coś sobie zrobiła…

— Pani Halino… — przerwał jej Słowiński, a oczy zgromadzonych w sali narad redaktorów przeniosły się na jego twarz. — Proszę, dajmy spokój złośliwościom. Dla nas wszystkich jest to trudna sytuacja. Od zakończenia audycji linia jest rozgrzana do czerwoności. Dzwonili już z gazet, z innych stacji, odbieramy mnóstwo telefonów od słuchaczy. Ostatnia rzecz, jakiej nam teraz potrzeba, to wewnętrzne spory.

Andrzej ze zdumieniem spojrzał na Starego. Do tej pory nigdy nie reagował na ataki Marczewskiej, nawet znacznie ostrzejsze. Wyglądało więc na to, że sytuacja naprawdę jest poważna.

— Przekazaliśmy już policji numer telefonu — ciągnął naczelny. — To komórka, miejmy nadzieję, że zarejestrowana na właściciela, a nie kupiona gdzieś na stadionie. Poprosiłem państwa o to spotkanie, aby nie było wątpliwości: do czasu wyjaśnienia sprawy — żadnych komentarzy, żadnych informacji. Nikomu, nawet najbliższym. Pracujemy tak, jak gdyby nic się nie stało, i czekamy na wieści z komendy. Gdy nadejdą, będziemy reagować na bieżąco. Czy to jest jasne?

Pytanie było retoryczne, jednak większość z obecnych odruchowo skinęła głowami.

— Jeszcze jedno… — Słowiński popatrzył na Andrzeja. — Słyszałem program od początku do końca i nie życzę sobie żadnych dyskusji na jego temat. Audycja była prowadzona profesjonalnie i — cokolwiek się stało — redaktor Stolarczyk nie ponosi za to odpowiedzialności. Różni ludzie dzwonią do programów emitowanych na żywo i różnie reagują. Nie możemy dopuścić do tego, aby dziwaczne zachowania naszych słuchaczy kładły się cieniem na naszej pracy.

Andrzej patrzył na szefa, lecz kątem oka dostrzegł, jak Marczewska z dezaprobatą kręci głową.

— Rozumiemy się? — Pytanie zostało skierowane do wszystkich, lecz naczelny przeniósł wzrok na swoją zastępczynię i nikt nie miał wątpliwości, komu tak naprawdę zostało zadane.

Zacisnęła usta i spuściła wzrok.

— Jeżeli nie ma pytań, to dziękuję państwu. Proszę wracać do pracy, a panu Andrzejowi życzę udanego urlopu.

5.

— Cześć, kochanie.

— Andrzejku, nareszcie! Kilka razy próbowałam się do ciebie dodzwonić. Słyszałam audycję…

— Marta, posłuchaj… Kiepsko się czuję po tym wszystkim. Pomyślałem, że może odłożymy wyjazd. Powiedzmy — do niedzieli. Nie wiem jeszcze, co się stało, będę czekał na telefon z redakcji. Ale nawet jeśli to jakiś koszmarny żart, to i tak nie mam w tej chwili głowy do pakowania się. Zresztą muszę jeszcze zrobić przegląd auta, a dziś już nie zdążę.

— No pewnie. Rozumiem. Wpadnę wieczorem…

— Wiesz, to chyba nie jest dobry pomysł. Wolałbym dzisiaj być sam i wszystko sobie dokładnie przemyśleć. Nie gniewasz się?

Odpowiedź padła dopiero po chwili:

— Nie, oczywiście, że nie… Skoro uważasz, że tak będzie lepiej…

— Na pewno. Dla nas obojga. Trzymaj się, jutro zadzwonię.

Rozłączył się i schował komórkę do kieszeni. Dochodził akurat do delikatesów. Przystanął, pomyślał przez chwilę, po czym pchnął drzwi wejściowe.

Zanim wyszedł z pracy, długo rozmawiał z dźwiękowcem, który kilkanaście razy odsłuchał końcówkę audycji. Jego opinia była jednoznaczna — gdyby nie fakt, że nie było słychać odgłosu upadającego telefonu, dałby sobie rękę uciąć, że kobieta popełniła na antenie samobójstwo. Odgłos przewracanego taboretu lub krzesła, a pośród dźwięków szamotaniny słabo słyszalne dźwięki zadławienia, przechodzące w rzężenie, nie pozostawiałyby złudzeń. Ale trudno przypuszczać, że osoba, która targnęła się na własne życie, zakończyła je, wciąż trzymając telefon komórkowy w dłoni. Było to pocieszające, lecz niewystarczająco. Podchodząc do lady, Andrzej wiedział, czego mu potrzeba.

— Poproszę jacka daniel’sa i dwie paczki czerwonych marlboro.

6.

Był mniej więcej w połowie butelki i odpalał kolejnego papierosa, gdy zadzwonił telefon.

— Witam. — Głos naczelnego brzmiał jakość nienaturalnie. — Może pan rozmawiać?

— Oczywiście. Są jakieś nowe informacje?

— Przykro mi, ale tak. Sprawdziły się nasze najgorsze przypuszczenia…

Andrzej z trudem przełknął ślinę i spojrzał łapczywie na stojącą obok szklaneczkę napełnioną whisky.

— Czy to znaczy, że…?

— Tak, ta kobieta naprawdę to zrobiła. Znaleziono ją w Busku, w Świętokrzyskiem, jakieś pół godziny temu. Telefon miała w kieszeni koszuli, a w uszach słuchawki z mikrofonem wbudowanym w kablu. Dlatego nie słyszeliśmy upadającej komórki. — Ponieważ nie usłyszał żadnej odpowiedzi, po chwili dodał: — Czy mogę panu jakoś pomóc?

— Nie, dziękuję, poradzę sobie jakoś. — Andrzej nie wytrzymał i jednym haustem opróżnił szklankę. — Czy wiadomo, kim ona jest… była?

— Nie wiem nic poza tym, co panu przekazałem. Jeszcze raz powtarzam: nikt normalny nie wini pana za to zdarzenie. Ale… — Naczelny zawiesił głos. — …ale to dobrze, że wyjeżdża pan za granicę na urlop. Jutro w mediach z pewnością rozpęta się piekło.

— Tak, dziękuję panu.

— Do widzenia. I proszę się nie przejmować.

— Dobrze. Do widzenia.

Pół godziny później, kompletnie pijany, leżał w ubraniu na łóżku i usiłował skupić wzrok na świetle latarni, które padało na sufit. „Proszę się nie przejmować” — przypomniał sobie ostatnie zdanie Starego.

„Chyba mu całkiem odbiło” — pomyślał i zapadł w głęboki sen.

7.

Pierwszą rzeczą, jaką zrobił następnego dnia, było włączenie komputera. Kac bardzo męczył i Andrzej zamierzał za chwilę poszukać czegoś do picia, lecz najpierw chciał sprawdzić, co na temat całej sprawy piszą portale internetowe. Informacje od razu rzucały się w oczy. Wszystkie najbardziej znane strony opisywały całe wydarzenie, jednak — co z ulgą wychwycił Andrzej — nie przypisywały mu winy.

Dwudziestotrzyletnia Anna cierpiała na ciężką depresję spowodowaną śmiercią męża i rocznego synka, którzy zginęli w wypadku samochodowym pół roku wcześniej. W artykułach było kilka wywiadów z psychiatrami, którzy zgodnie twierdzili, że w takim przypadku impulsem do samobójstwa może być nawet najbardziej błahy powód.

Miał już wyłączyć komputer, gdy postanowił jeszcze odwiedzić internetową witrynę najbardziej popularnego brukowca. Oniemiał, gdy strona się załadowała. „Redaktor morderca” — grzmiał wielki na pół monitora tytuł. Miał się już zabrać za przeczytanie artykułu, gdy na dole strony zobaczył zdjęcie. Natychmiast je kliknął i na środku ekranu pojawiła się ładna twarz młodej blondynki. „Ania wciąż byłaby wśród nas, gdyby nie telefon do redaktora Stolarczyka” — brzmiał podpis. Ale to nie on najbardziej poruszył Andrzeja, który długo wpatrywał się w fotografię. Był pewien, że gdzieś już widział tę dziewczynę.

Siedział tak przez dłuższą chwilę, usiłując przypomnieć sobie, w jakich okolicznościach spotkał Annę — miał nieodparte wrażenie, że musiało się to zdarzyć całkiem niedawno. W końcu jednak, po kilku minutach, dał za wygraną; pragnienie było silniejsze, więc wstał i poszedł poszukać czegoś w lodówce. Gdy przekroczył próg kuchni, spojrzał na odsunięte od stołu krzesło i olśnienie przyszło w jednej chwili.

— Boże przenajświętszy… — Bezgłośnie poruszał wargami. — Przecież ona była tu ostatniej nocy…!

8.

— Nie wydaje ci się, że trochę przesadzasz? — Gdy Andrzej nie zareagował, ciągnęła: — Rozumiem, że to przeżywasz. Wiem, że takie ataki w mediach mogą zdołować, ale tym bardziej powinniśmy byli pojechać na narty. Już nie mówię o tym, że zaliczka przepadła… Najgorsze jest to, że siedząc w mieście, oboje marnujemy urlop, który z takim trudem dostaliśmy. Pomyśl, kiedy następnym razem będziemy mieli taką okazję, żeby ze sobą dłużej pobyć? Siedzisz cały czas sam — to cud, że udało mi się wreszcie namówić cię na to, żebyś się ze mną zobaczył…

Nie miał ochoty na spotkanie z Martą. Z nią ani z kimkolwiek innym. Od czterech dni dobrze czuł się tylko we własnym towarzystwie. Nigdzie nie wychodził, z wyjątkiem dwóch wizyt w pobliskim sklepie. Pierwsza z nich zakończyła się ostrymi uwagami sąsiadki z dołu, która zarzuciła mu brak delikatności w rozmowach ze słuchaczami, tak więc za drugim razem zrobił zapasy na cały tydzień.

Ataki mediów nie ustawały. Po dwóch dniach od samobójczej śmierci Anny Marzec wszystkie serwisy informacyjne pełne były wiadomości na jej temat i na temat dziennikarza, który ją sprowokował. Dopóki Andrzej nie wyłączył telefonu, ciągle ktoś z mediów dzwonił z prośbą o komentarz. Gdy na jednym z kanałów wyemitowano obszerny reportaż o całej sprawie, zupełnie przestał oglądać telewizję. Nie słuchał radia i nie zaglądał do internetu.

Siedzieli teraz w jego mieszkaniu, a on czuł na sobie niecierpliwy wzrok.

— Słuchasz mnie?

Pożałował, że nie przyszło mu do głowy, by wyłączyć także drugi telefon, którego numer znała tylko Marta i kilka najbardziej zaprzyjaźnionych osób. Swoją drogą, ciekawe było to, że żadna z nich nie uznała za stosowne odezwać się, żeby choć spróbować podnieść go na duchu.

— Tak, oczywiście.

— Naprawdę? W takim razie, co przed chwilą mówiłam?

Spojrzał na nią, nie mając pojęcia, co odpowiedzieć.

— Powiedziałam, żebyś przestał się wreszcie nad sobą rozczulać i wziął się w garść. Przecież nie możesz tutaj tak siedzieć. Za tydzień wracasz do pracy, i co? Do tej pory nie zamierzasz się nawet ogolić? A może mi powiesz, że przez cały ten czas nie będziemy się spotykać?

— Wiesz, kochanie, trochę źle się czuję. Może zadzwonię wieczorem, co? Jakoś się umówimy.

Ale nie zadzwonił. Ani wieczorem, ani przez następne dni. Po południu sięgnął po komórkę tylko po to, żeby ją wyłączyć.

9.

Najgorsze były noce.

Andrzej siedział przy stole i godzinami czytał, aby zająć myśli czymś innym i by choć trochę odwlec moment położenia się spać. Wypijał przy tym hektolitry mocnej, czarnej kawy, jednak wystarczało to najwyżej do trzeciej, może czwartej. Kiedy już nie widział liter, a głowa leciała bezwładnie do przodu, kładł się do łóżka. Nastawiał budzik na szóstą, mając nadzieję, że będzie spał jak kamień i ten sen w końcu mu się nie przyśni.

Jednak każdej nocy wstawał i szedł do kuchni, a ona już tam była. Siedziała zawsze w tym samym miejscu, górne światło było zapalone, więc dokładnie widział jej twarz. Anna patrzyła na niego tak, jakby chciała mu coś powiedzieć, otwierała usta, lecz nie wydobywał się z nich nawet najcichszy szept, po czym w jej oczach pojawiały się łzy. Patrzyła jeszcze przez chwilę na Andrzeja, wstawała, mijała go w drzwiach i zostawiała stojącego w progu kuchni.

Pod koniec urlopu zaczął już się do tego przyzwyczajać. Nocny koszmar dręczył go w dalszym ciągu, jednak miał nadzieję, że wszystko się skończy, gdy wróci do pracy i przestanie całej tej sytuacji poświęcać tyle uwagi.

W sobotę wreszcie umówił się z Martą. Kiedy się spotkali, zapewnił, że czuje się już dużo lepiej i, mocno ją przytulając, przeprosił za swoje zachowanie. Nawet gdyby tego nie zrobił i tak nie potrafiłaby mieć do niego pretensji. Oceniła, że schudł przez ten czas z pięć kilo, a gdy patrzyła na jego poszarzałą twarz, żałowała, że nie potrafiła mu pomóc wtedy, gdy tego potrzebował. Przypomniała sobie swoje słowa o jego rozczulaniu się nad sobą i poczuła się podle. Tak podle jak chyba nigdy wcześniej.

Andrzej był zadowolony, że wreszcie zdecydował się na wspólny wieczór, który spędzili tak, jak gdyby nic nie zaszło. Wszystko zdawało się być jak dawniej, jednak gdy dziewczyna zaproponowała, że zostanie na noc, oznajmił, iż nie jest jeszcze na to gotowy. Wtedy Marta pocałowała Andrzeja i mocno wtuliła się w jego ramiona.

— Dobrze, kochanie — powiedziała. — Jeśli uważasz, że tak będzie lepiej… Pamiętaj tylko, że bardzo cię kocham i cały czas jestem z tobą.

Uśmiechnął się.

— Pamiętam. I też cię kocham.

10.

Wcześniej niż zwykle położył się do łóżka. Był spokojny i rozluźniony. W pewnej chwili nawet pożałował, że nie ma przy nim Marty, jednak po zastanowieniu stwierdził, że lepiej, aby najpierw skończyły się jego koszmary. Nie wiedział, jak by się zachował, jeśli sen powtórzyłby się, a jego dziewczyna leżałaby wtedy obok. Nie chciał niczego zepsuć — i to w momencie, w którym wszystko wydawało się iść w lepszą stronę.

Obudził się o wpół do dziesiątej. Tej nocy wreszcie nic mu się nie śniło, a na dodatek zapomniał nastawić budzik na szóstą. Pomimo że czuł się wyspany, nie miał zbyt dobrego nastroju. Nie chciało mu się wracać do pracy, głównie dlatego, że obawiał się, jak zostanie po tym wszystkim przyjęty. I wcale nie chodziło mu o Marczewską — niczego nie był pewien tak bardzo, jak jej nastawienia. O wiele bardziej bał się tego, czy naczelny wciąż jest tego samego zdania, co dwa tygodnie wcześniej. Przecież po tej całej nagonce medialnej wszystko się mogło zmienić.

Po południu poszedł na spacer brzegiem Wisły.

Kilka dni wcześniej zaczął się drugi tydzień marca. Na niebie nie było ani jednej chmury, słońce przygrzewało dość mocno jak na tę porę roku, a spomiędzy bezlistnych jeszcze gałęzi słychać było ptasie poruszenie, tak charakterystyczne dla czasu zapowiadającego eksplozję zieleni. Andrzej usiadł na ławce i patrzył na przepływającą wodę, która niosła ze sobą resztki zabranych wraz ze śniegiem śmieci, połamanych gałęzi i kawałki lodu. Wreszcie po tych dwóch koszmarnych tygodniach odzyskiwał spokój. Był przekonany, że wir pracy, w który zamierzał się rzucić, i ciepłe wiosenne dni wymyją z jego pamięci resztki wspomnień o ostatnich wydarzeniach.

W nocy znów przyśniła mu się Anna, lecz inaczej niż poprzednio. Siedziała na krześle, ustawionym pośrodku kuchni, a jej twarz oświetlało nie — tak jak dotąd — górne światło, lecz jarzeniówka nad zlewem. Gdy zadzwonił budzik, starał się o tym nie myśleć. Wstał, zarzucił na plecy polarową bluzę i szybko wyszedł na korytarz. Drzwi do kuchni były uchylone, a krzesło, które poprzedniego wieczoru dosunął do stołu, stało na środku pomieszczenia. Było dokładnie widoczne w bladoniebieskim świetle jarzeniówki.

11.

Cały dzień spędził, leżąc na łóżku. Nie roztrząsał, jak to się stało, że zastał krzesło na środku kuchni. Jedno było pewne — miał tego wszystkiego dosyć. Miał dosyć nocnych koszmarów, połączonych z wyrzutami sumienia za spowodowanie śmierci niewinnej kobiety, i — przede wszystkim — miał dosyć swojej pracy. Dziwił się, gdy przypominał sobie długie lata, w których z takim zapałem pracował od rana do wieczora, nie mając nawet czasu na zjedzenie kanapki. Teraz cały ten okres wydawał mu się całkowicie zmarnowany. „Jaki sens ma praca, która może kogoś doprowadzić do samobójstwa?” — myślał.

Już od kilku dni dręczyło go narastające poczucie winy. Choć początkowo się przed tym bronił, teraz zaczynał przyznawać rację tym wszystkim, którzy w nim widzieli głównego winowajcę i sprawcę śmierci młodej ślicznej dziewczyny. Przecież gdyby lepiej przygotował się do programu, gdyby wiedział, jak łatwo w takiej sytuacji popełnić tak niewybaczalny błąd, to do tego wszystkiego prawdopodobnie by nie doszło.

Postanowił, że następnego dnia złoży wymówienie. Chociaż w ten sposób chciał symbolicznie przyznać się do winy. Zawahał się przez jedną chwilę w momencie, gdy uświadomił sobie, że nie ma prawie żadnych oszczędności. Do tej pory żył, nie zastanawiając się, co będzie za kilka lat. Zarabiał nieźle, ale i potrzeby miał duże, więc z pieniędzy, które co miesiąc wpływały na konto, niewiele zostawało. Ten głos rozsądku został jednak natychmiast zagłuszony czymś innym, o wiele mocniejszym — niemal fizycznym strachem na myśl o kolejnych dniach spędzonych przed mikrofonem. A co, gdyby ta sytuacja sprzed dwóch tygodni się powtórzyła? Nie, nie można do tego dopuścić, nawet gdyby resztę życia trzeba było spędzić na zamiataniu ulic.

„A Marta? — pytał sam siebie w myślach. — Może ona jest ze mną tylko dlatego, że nie chce mnie zostawić samego w takiej chwili? Pewnie i tak odejdzie, prędzej czy później. Kto by chciał spędzić całe życie z takim żałosnym nieudacznikiem…”.

Przypomniał sobie, jak ostatnio zaproponowała, aby wspólnie spędzili noc, i pomyślał, że nie ma chyba dla mężczyzny nic bardziej upokarzającego niż to, że kobieta chce z nim być wyłącznie z litości.

12.

— Nie ma mowy, panie Andrzeju. Nie mogę się na to zgodzić — stanowczo stwierdził Słowiński, odkładając na stół podanie o rozwiązanie umowy o pracę. — Jest pan moim najlepszym redaktorem i proszę mi nie wyjeżdżać z takimi pismami. Jeśli potrzebuje pan wolnego — proszę bardzo. Może pan wykorzystać cały urlop na ten rok. Mogę się też zgodzić na półroczny, a nawet dłuższy urlop bezpłatny. Wiem, ile pan ostatnio przeszedł, i to normalne, że potrzebuje pan trochę czasu, żeby z tym wszystkim dojść do jakiegoś ładu. Ale rezygnacja z pracy nie wchodzi w grę, a już z pewnością nie w tym momencie. Możemy się umówić, że zrobi pan sobie pół roku wakacji i po powrocie do pracy wrócimy do tej rozmowy.

Stolarczyk ze spuszczoną głową siedział naprzeciw naczelnego. Znów nie spał prawie przez całą noc i było to doskonale widoczne na jego nieogolonej twarzy. Koszula, którą miał na sobie, nie była wyprasowana, ponieważ gdy szykował się do wyjścia, uznał, że wygląd ma znaczenie wtedy, kiedy ktoś stara się o posadę, a nie w sytuacji odwrotnej, jeśli zamierza z pracy zrezygnować. Przechodząc korytarzem, widział zdziwione twarze kolegów, którzy nie przywykli oglądać redaktora Stolarczyka w takim stanie. Wreszcie się odezwał:

— Szefie, ale ja nie wyobrażam sobie, że mógłbym jeszcze kiedykolwiek usiąść przed mikrofonem…

— O tym porozmawiamy za pół roku — przerwał Słowiński. — Nawet jeśli tak będzie, to na pewno znajdziemy u nas inne zajęcie dla takiego fachowca. Proszę spokojnie odpoczywać. Podejdziemy teraz do kadrowej… — Mówił, podnosząc się z fotela. — …i szybko załatwimy formalności.

Andrzej również wstał, jednak naczelny wciąż widział w jego oczach niezdecydowanie.

— Przecież niczym pan nie ryzykuje. Wypowiedzenie zawsze zdąży pan jeszcze złożyć.

Pół godziny później powolnym krokiem szedł w kierunku domu. To był pierwszy tak ciepły dzień w tym roku. Mijani ludzie mieli porozpinane kurtki, na chodniku nie było prawie nikogo, kto nosiłby nakrycie głowy. Słońce grzało dość mocno, a nadzieję na rychłą wiosnę przynosił ze sobą ciepły, wilgotny wiatr. Jednak Andrzej jakby tego wszystkiego nie zauważał. Ciepłą wełnianą czapkę miał głęboko nasuniętą na oczy, szyję szczelnie otulił długim szalem. Jego ciałem co chwila wstrząsały gwałtowne dreszcze. Zupełnie nie zwracał uwagi na to, co działo się wokół. Na przejście dla pieszych wszedł na czerwonym świetle, powodując gwałtowne hamowanie kilku samochodów. Na środku ulicy przystanął, opatulił się szczelniej kurtką, jakby chciał schować się przed dźwiękiem klaksonów, i ruszył przed siebie. Niedługo potem z ulgą otworzył drzwi do swojego mieszkania.

Nie rozbierając się, obszedł wszystkie pomieszczenia, w każdym z nich zaciągając żaluzje i zasłony. Chciał za wszelką cenę odgrodzić się od światła i ciepła na zewnątrz. Zawsze uwielbiał dni, które zapowiadały nadejście wiosny. Teraz było inaczej. Czuł się winny, że on może tego wszystkiego doświadczać, podczas gdy dla Anny ostatnia wiosna skończyła się w czerwcu poprzedniego roku.

Właśnie wtedy postanowił, że przez kilka najbliższych dni nie wyjdzie z domu.

13.

Kilka dni zamieniło się w kilka tygodni.

Marta starała się być jak najbliżej Andrzeja. Robiła zakupy, gotowała, sprzątała mieszkanie. Była wtedy, gdy tego potrzebował, a znikała, gdy zaczynał zdradzać oznaki zniecierpliwienia.

To był dla niej potwornie trudny okres. Andrzej zupełnie nie przypominał siebie. Całe dnie spędzał w jakimś dziwnym transie, przerywanym wciskanymi na siłę posiłkami i zdawkowymi, wymuszonymi rozmowami. Gdy go pytała, jak może mu pomóc, nieodmiennie odpowiadał, że wszystko z nim w porządku i musi tylko trochę odpocząć. Dziewczyna nie pamiętała, aby przez cały ten czas uśmiechnął się choćby jeden raz.

Na przełomie kwietnia i maja coraz częściej mówił jej, że chce być sam. W związku z tym bywała u niego raz na dwa, trzy dni, tylko po to, aby przynieść zakupy albo jakieś ciepłe danie z pobliskiego baru. Jedyne, co w tej sytuacji ją cieszyło, to fakt, że Andrzej, mimo iż spożywanie posiłków wyraźnie nie sprawiało mu żadnej przyjemności, jadł w miarę regularnie i przestał gwałtownie chudnąć.

Mniej więcej w tym czasie zaczęli się do Marty odzywać jego przyjaciele. Byli zaniepokojeni, że Andrzej nie kontaktuje się z nimi, a nawet nie odbiera telefonów. Tłumaczyła, że powoli dochodzi do siebie i zapewne wkrótce wszystko wróci do normy. Mówiła to, starając się, aby jej opinia brzmiała jak najbardziej wiarygodnie, jednak sama miała ogromne wątpliwości, czy rzeczywiście wszystko zmierza ku lepszemu.

Wreszcie postanowiła działać i poprosiła o pomoc swoją najlepszą przyjaciółkę. Widziała, że stan psychiczny jej mężczyzny bardzo się pogarsza, i obawiała się, że w czasie, gdy jest w domu sam, może dojść do tragedii. Ilona była lekarzem internistą i znała całą sytuację od podszewki. Chętnie zgodziła się spróbować pomóc, ponieważ zdawała sobie sprawę, że jeśli Andrzej kogokolwiek zechciałby posłuchać, to właśnie jej, gdyż — podobnie jak Marta — przyjaźnił się z nią od lat. Wcześniej, jeszcze przed samobójstwem słuchaczki, chętnie zwracał się do Ilony z różnymi prośbami, gdy zachodziła taka potrzeba.

Jej odwiedziny w mieszkaniu Andrzeja trwały dosłownie kilka minut. Kategorycznie oświadczył, że nie ma mowy o jakiejkolwiek depresji i nie zamierza się z tym zwracać do psychiatry.

— Czuję się coraz lepiej — mówił, a Marta wsłuchiwała się w ich rozmowę, będąc w kuchni. — Naprawdę, jedno, czego tak naprawdę potrzebuję, to dłuższy odpoczynek.

— Ale Marta mówi, że wyglądasz i zachowujesz się tak, jakbyś zupełnie stracił chęć do życia, a — z tego, co wiem — jest to jeden z najbardziej charakterystycznych objawów depresji… Tym bardziej że trwa to już przecież dłuższy czas…

— Marta niepotrzebnie się martwi — przerwał. — Wiem, że to trwa już dość długo, jednak z każdym dniem czuję się lepiej. Naprawdę. Potrzeba mi jedynie dłuższego odpoczynku.

Ilona przyglądała mu się badawczo.

— Obiecasz mi, że jeśli to się nie zmieni, posłuchasz mojej rady? — zapytała.

— No jasne, Ilonka. Możesz być o to spokojna.

Marta odprowadziła przyjaciółkę do drzwi. Była jeszcze w korytarzu i zamknęła właśnie drzwi na zasuwę, gdy Andrzej wyszedł z pokoju i spojrzał na nią ze wściekłością.

— Chcesz ze mnie zrobić wariata? — syknął. — Wszystkim znajomym rozpowiadasz o tym, że trochę gorzej się czuję?

— No coś ty, Andrzejku, mówiłam o tym tylko Ilonie… Wiesz przecież, że…

— I wystarczy. Nikomu więcej ani słowa, rozumiesz? Jeszcze będę miał przez to problemy po powrocie do pracy, a tego chyba nie chcesz?

Pokręciła przecząco głową. Zrozumiała, że w tej sytuacji jedyne, co może zrobić, to cierpliwie czekać. I postanowiła, że będzie czekać tak długo, jak tylko będzie trzeba. Właśnie wtedy, właśnie w tych ciężkich chwilach, w sposób najbardziej wyraźny odczuwała, jak bardzo potrzebuje tego dawnego Andrzeja, z którym była taka szczęśliwa. Prosiła Boga, aby ten stan powrócił, lecz z każdym dniem jej nadzieja była bardziej krucha.

14.

A jednak nastąpiło coś, co Martę całkowicie zaskoczyło. Mniej więcej w połowie maja, w sobotnie przedpołudnie, w jej drzwiach stanął Andrzej. Wyglądał tak jak kiedyś. Ogolony, w starannie dobranym ubraniu, nawet pachniał jej ulubioną wodą toaletową, a na powitanie uśmiechnął się do niej dokładnie tak jak dawniej.

— Cześć, skarbie — powiedział. — Chciałbym cię zabrać na długi spacer.

— Andrzejku! Boże święty, ale mnie zaskoczyłeś… Poczekaj, tylko się ubiorę, dobrze?

— No pewnie. — Ciągle się uśmiechał. — Tylko szybko, bo szkoda takiej pogody. Jak szedłem do ciebie, to widziałem, że bez już prawie przekwitł. Szkoda, że teraz dzieje się to tak szybko. Pamiętam, że kiedyś kwitł jeszcze na Dzień Matki, a teraz…

Słyszała jego głos z przedpokoju. W tym czasie z bijącym sercem i łzami w oczach przebierała się w swojej małej garderobie. Miała nadzieję, że za chwilę wszystko się wyjaśni i Andrzej wszystko jej wytłumaczy.

Tak się jednak nie stało. W czasie ich spotkania nie chciała psuć cudownej atmosfery dociekliwymi pytaniami. Poszli do ich ulubionej letniej kawiarni, położonej na skraju parku, i usiedli pod jednym z parasoli. Andrzej usadowił się w ten sposób, aby słoneczne światło padało na jego twarz, po czym zamknął oczy i uśmiechnął się błogo. Siedzieli, milcząc do momentu, gdy kelnerka przyniosła dwie kawy. Wtedy on przysunął się do Marty i delikatnie dotknął jej dłoni.

— Wiesz, dziękuję Bogu za wszystkie chwile, które mogłem z tobą spędzić — mówił z uśmiechem. — I bardzo cię kocham. Mówiłem ci to już kiedyś?

Marta roześmiała się.

— Nie pamiętam, być może — odpowiedziała. — Ale możesz to powtarzać tyle razy, ile tylko zechcesz.

*

Gdy późnym wieczorem leżała w swoim łóżku, znów się uśmiechnęła. Przed oczami zobaczyła Andrzeja w momencie, gdy dotykał jej dłoni. I patrzył na nią tak… uważnie. Uważnie?

Uśmiech w jednej chwili zniknął z twarzy dziewczyny. Starała się przypomnieć sobie dokładnie tamtą chwilę. Nie, jego spojrzenie nie było uważne. Raczej smutne. Tak… Zaraz, co on wtedy powiedział? „Dziękuję Bogu za wszystkie chwile, które mogłem z tobą spędzić”?

Gwałtownie usiadła na łóżku. Jej serce waliło jak opętane. Spojrzała na zegarek; było piętnaście minut po północy. Wzięła do ręki telefon i wystukała numer komórki Andrzeja. Od razu włączyła się automatyczna sekretarka. Potem spróbowała na numer stacjonarny. Usłyszała tylko miarowe buczenie sygnału, oznajmiające, że telefon dzwoni, lecz nikt nie ma zamiaru go odebrać.

Gdy odkładała słuchawkę, przypomniała sobie coś, co sprawiło, że na jej czole pojawiły się kropelki zimnego potu. Tuż przed rozstaniem Andrzej poprosił ją o klucze do swojego mieszkania. Tłumaczył, że gdzieś mu zginął jeden komplet i musi na wszelki wypadek wymienić zamki w drzwiach, jednak w tej chwili dla Marty wytłumaczenie było tylko jedno — on po prostu nie chciał, aby dostała się do domu w niewłaściwym momencie.

— O Boże… — szepnęła.

Stała jeszcze przez chwilę przy telefonie, nie mogąc się poruszyć. Potem pobiegła do sypialni i zaczęła się gorączkowo ubierać.

15.

Przemyślał wszystko


usłyszał w oddali wycie policyjnych syren. Magda — Zostaw mnie — szepnęła, gdy poczuła, jak ktoś potrząsa jej ramieniem. — Zostaw w spokoju moje dzieci. Daj nam spokój… Świadomość wracała bardzo powoli. Magda miała wrażenie, że dopiero co zasnęła, więc oczywistym było, że to Sylwia dostała się do środka i próbuje ją obudzić. „A jednak się domyśliła, co chcę zrobić”. — Pani Załuska — usłyszała męski głos. — Jak się pani czuje? Nic pani nie jest? Powoli otworzyła oczy, które z trudem przyzwyczajały się do światła dochodzącego od drzwi wejściowych. Zobaczyła nad sobą mężczyznę w policyjnym