Oddech Wschodu - Ada Tulińska - ebook + książka

Oddech Wschodu ebook

Tulińska Ada

4,6

Opis

Po pełnej emocji wyprawie na wyspę Frisørd Laura wraca na chwilę do beztroskiej codzienności w Łodzi. Okazuje się jednak, że los zmienił jej życie bezpowrotnie, należy już do innego świata. Uciekając przed tropiącymi ją łowcami, znajduje schronienie w górskim domu dwóch nowo poznanych mężczyzn, którzy podają się za przyjaciół. Jednak od tej chwili nic nie jest już pewne.

Nad wyspą Frisørd zawisa widmo wojny. Kto zdradził? Kim staje się Laura? Jaką tajemnicę skrywają Północ, Wschód i Południe?

Czy w walce o wolność miłość okaże się tajną bronią? Pełna nieoczekiwanych zwrotów akcja prowadzi czytelnika w głąb tajemniczego świata poszukiwaczy prastarych tajemnic.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 426

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,6 (32 oceny)
23
7
1
1
0
Sortuj według:
yvonn83

Nie oderwiesz się od lektury

Rewelacja
00

Popularność




Część I 

Do­tyk Pół­nocy

Część II

Od­dech Wschodu

Część III

Krzyk Po­łu­dnia

W przy­go­to­wa­niu

W ob­ję­ciach wroga

Dla mo­jej ma­łej iskierki, Mi­chasi

Rozdział 1

Oczekiwanie

Laura sie­działa po tu­recku na łóżku w swo­jej nie­wiel­kiej ka­wa­lerce. Na be­żo­wej ka­pie z wielką man­dalą roz­ło­żyła kilka opa­słych, świeżo przy­nie­sio­nych z bi­blio­teki to­mów. Od­gar­nęła z twa­rzy orze­chowe loki, zwią­zała je na czubku głowy w kok i wpięła w śro­dek ołó­wek, ni­czym gej­sza.

Jęk­nęły sprę­żyny fo­tela. Leon, ka­na­powy pie­sek w kro­wie łatki, wdra­py­wał się na stare, wy­słu­żone sie­dzi­sko. Od czasu do czasu wy­da­wał prze­cią­głe po­mruki nie­za­do­wo­le­nia. Fo­tel w końcu był stary i nie­wy­godny, nie to, co mię­ciutka sofa ze świeżo wy­pra­nym, pach­ną­cym na­kry­ciem. Dziew­czyna kon­se­kwent­nie igno­ro­wała te dźwięki, za­głę­biona w lek­tu­rze. Nie­znu­że­nie prze­glą­dała stro­nice, szu­ka­jąc od­po­wie­dzi na nur­tu­jące ją od pew­nego czasu py­ta­nia. Ga­briel wszystko cier­pli­wie jej tłu­ma­czył, ale po po­wro­cie do Pol­ski wszystko wy­da­wało się od­le­głym, ba­śnio­wym snem.

Ona sy­reną? Czy jak to Ga­briel mó­wił – aqu­arianną? Przez pierw­szy ty­dzień swo­jego no­wego ży­cia nie­ustan­nie wkła­dała ręce pod wodę i ob­ser­wo­wała zmie­nia­jący się ko­lor skóry – biały z błę­kitną po­światą.

Na­ci­nała nad­gar­stek i pa­trzyła z nie­do­wie­rza­niem, jak szybko tkanka zra­sta się pod wpły­wem wody. Ga­siła świa­tło i po­ru­szała ra­mie­niem, po­dzi­wia­jąc, jak jej zna­mię na pra­wej ręce ema­nuje nie­bie­skim świa­tłem ni­czym zo­rza po­larna i oświe­tla plam­kami cały po­kój. To było trudne do ogar­nię­cia przez nie­przy­zwy­cza­jony do pa­ra­nor­mal­nych za­gad­nień umysł.

Zna­mię opla­ta­jące pra­wie całe przed­ra­mię wy­glą­dało jak piękna flo­ralna bran­so­leta. Za dnia przy­po­mi­nało le­dwo wi­do­czny ta­tuaż z ko­ziego mleka, swoją szla­chet­ność uka­zy­wało zaś w ciem­no­ściach i pod do­ty­kiem wody. „To zda­rzyło się na­prawdę”, mó­wiła so­bie. Jed­nak jej ludzki umysł po­trze­bo­wał na­uko­wego wy­ja­śnie­nia. Ry­tuał przej­ścia?

Ga­briel tłu­ma­czył… Ga­briel… Ogar­nął ją przy­jemny dreszcz na wspo­mnie­nie tego imie­nia.

Nie­sa­mo­wi­cie uro­kliwy młody aqu­aria­nin, który mo­men­tal­nie spra­wiał, że jej serce pró­bo­wało opu­ścić klatkę pier­siową. Mo­gła go­dzi­nami pa­trzeć w jego prze­ni­kliwe, księ­ży­cowo nie­bie­skie oczy i do­ty­kać ak­sa­mit­nej, kru­czo­czar­nej grzywki. Cały jego ród żył w ukry­ciu od ty­sięcy lat. Były to istoty dłu­go­wieczne, piękne, mą­dre, wy­wo­dzące się z głę­bin mor­skich, które od­kryły, jak przy­sto­so­wać się do ży­cia na lą­dzie.

Ga­briel tłu­ma­czył, że aqu­aria­nie nie pla­nują ry­tu­ałów. To się dzieje samo. Raz na ja­kiś czas wy­spa wy­syła sy­gnał w eter. Ni­gdy nie wia­domo, kto na niego od­po­wie, ale wszy­scy jej miesz­kańcy wie­rzą, że jest to od­po­wied­nia osoba – i to się spraw­dza.

Laura za­uwa­żyła, że aqu­aria­nie po­kła­dają wiarę w pewne bó­stwo, pewną moc, ale ni­gdy jej nie na­zy­wają. Ta moc kie­ruje ich ży­ciem, a oni w pełni jej się od­dają.

Na­dal nie mo­gła tego zro­zu­mieć, nie po­tra­fiła po pro­stu uwie­rzyć. Jed­nak ry­tuał się od­był, czego była do­wo­dem. I miała te­raz sio­strę. Ariana była dru­gim ogni­wem ry­tu­ału. Cząstką wody, która tchnęła w Laurę ma­giczne wła­ści­wo­ści w za­mian za zu­peł­nie ludz­kie ce­chy po­zwa­la­jące od­dy­chać po­wie­trzem na po­wierzchni.

Tak na­prawdę zy­skała na tym znacz­nie wię­cej. Wie­działa, że te­raz nie tylko ma sio­strę, ale rów­nież całą ro­dzinę. Bra­ko­wało jej wspól­nych chwil spę­dzo­nych z Ga­brie­lem, Ollą, Le­ifem i bliź­nia­kami.

Laura pierw­szy raz od wielu lat czuła, że gdzieś przy­na­leży. Jed­nak cały czas nie mo­gła oprzeć się wra­że­niu, że to cu­do­wny sen, który za­raz się skoń­czy i znik­nie jak bańka my­dlana pę­ka­jąca pod do­ty­kiem palca dziecka. W jej sercu za­tliła się rów­nież inna na­dzieja.

– Czy ist­nieje szansa, żeby ule­czyć moją cio­cię? – spy­tała Ga­briela, kiedy była jesz­cze na wy­spie.

On uśmiech­nął się le­ciutko i po­ca­ło­wał jej dłoń.

– Nie wiem skar­bie, to nie­wy­klu­czone.

– Czy mogę ją tu przy­wieźć i za­aran­żu­jemy ko­lejny ry­tuał? – py­tała.

– To tak nie działa. Czło­wiek musi zo­stać wy­brany.

Laura się nie­cier­pli­wiła, ale nie za­mie­rzała się pod­da­wać. Mu­siał ist­nieć ja­kiś spo­sób.

Moc aqu­arian mo­gła zmie­nić świat. Mo­gła le­czyć raka, de­men­cję, sta­rość. Mo­gła po­wstrzy­mać wojny i okru­cień­stwo. Prawo su­rowo za­bra­niało roz­po­wszech­nia­nia sta­ro­żyt­nej wie­dzy. Nie za­mie­rzała ro­bić nic wbrew ich woli, ale w jej gło­wie już na­ro­dził się pe­wien po­mysł. Na­dal miała tylko strzępki in­for­ma­cji, które nie­udol­nie pra­gnęła po­skła­dać w ca­łość.

Mi­to­lo­gie wy­po­ży­czone z bi­blio­teki nie­stety nie oka­zały się po­mocne. Po­mimo dłu­giego i żmud­nego stu­dio­wa­nia Laura do­wie­działa się je­dy­nie, że nor­dyccy bo­go­wie byli bar­dzo okrutni i otwar­cie mó­wili, że nie ma więk­szej chwały niż zro­bie­nie krwa­wej mia­zgi z prze­ciw­nika. Im wię­cej krwi, tym le­piej. Jęk­nęła po prze­stu­dio­wa­niu opisu ry­tu­ału krwa­wego orła. Był to ro­dzaj tor­tur po­le­ga­jący na wy­kro­je­niu z nie­szczę­śnika że­ber i roz­ło­że­niu ich na kształt skrzy­deł. Zde­cy­do­wa­nie była prze­ciwna ta­kiemu roz­wią­zy­wa­niu spo­rów.

Znała jed­nego czło­wieka, który mógł udzie­lić jej po­rady. Re­mek był stu­den­tem bio­lo­gii na Uni­wer­sy­te­cie Me­dycz­nym. W wol­nych chwi­lach zaj­mo­wał się tro­pie­niem istot nad­przy­ro­dzo­nych i gra­niem na ba­sie. Cho­dził z czer­woną ban­danką prze­wią­zaną na ru­da­wych wło­sach i w czar­nych gla­nach, na­wet la­tem. Laura była pewna, że jest fa­nem ze­społu Guns N’Ro­ses. Do­brze, że przy­naj­mniej nie cho­dził w czar­nym cy­lin­drze.

Było jedno ale… Od­kry­cie se­kretu aqu­arian po­sta­wił so­bie za punkt ho­noru. W do­datku przy­jaź­nił się z Lja­mem, który nie tylko tro­pił fan­ta­styczne stwory, ale także na nie po­lo­wał.

Laurę prze­szedł zimny dreszcz. Czy wstę­pu­jąc w sze­regi sy­ren, mu­siała po­rzu­cić zna­jo­mość z tą dwójką? Od­po­wiedź była oczy­wi­sta.

Wie­działa, że na tym się nie skoń­czy. Nie­ba­wem bę­dzie mu­siała na za­wsze po­że­gnać swoje naj­lep­sze przy­ja­ciółki. Dłu­go­wiecz­ność miała wy­soką cenę. Skrzy­wiła się jesz­cze bar­dziej na myśl o nie­unik­nio­nym roz­sta­niu. A gdyby tak zli­kwi­do­wać po­działy? Czy ist­niała ja­kaś re­cepta na zdrowy, har­mo­nijny świat? Prze­ło­żyła książki z po­wro­tem na sto­lik. Leon le­ni­wie wstał z fo­tela i usa­do­wił się na ka­na­pie, da­jąc do zro­zu­mie­nia, że jest nie­za­do­wo­lony, że tak długo to trwało. Laura chwy­ciła pi­lota i włą­czyła te­le­wi­zję. Przez chwilę ska­kała bez sensu po ka­na­łach, aż w końcu za­trzy­mała się na Ani­mal Pla­net. Wła­śnie le­ciała po­wtórka „Za­kli­na­cza psów”.

Pro­wa­dzący od­wie­dzał ro­dziny, które miały kło­po­tliwe psy.

– Leon, patrz i się ucz!

Pies uniósł lekko łe­bek, ale zo­rien­to­waw­szy się, że to tylko fał­szywy alarm i Laura nie trzyma nic do je­dze­nia, po­ło­żył się z po­wro­tem i za­mknął oczy.

Pre­zen­ter był dzi­siaj u lu­dzi, któ­rzy mieli ho­do­wlę rot­twe­ile­rów. Psy zdo­mi­no­wały całe ich ży­cie, zaj­mo­wały ka­napę, a kiedy ktoś z do­mow­ni­ków pró­bo­wał usiąść, war­czały i ob­na­żały zę­bi­ska. To samo działo się, gdy mąż pró­bo­wał przy­tu­lić żonę.

Pro­wa­dzący po szyb­kich oglę­dzi­nach stwier­dził, że tak fa­tal­nej sy­tu­acji jesz­cze w ży­ciu nie wi­dział i bę­dzie to dla niego nie lada wy­zwa­nie. Za­bawne, że po­wta­rzał to w każ­dym od­cinku, na­wet kiedy po­skra­miał cią­gle uja­da­ją­cego pu­delka. „Bu­duje na­pię­cie jak Hitch­cock, nie ma co”, skwi­to­wała Laura. Mimo wszystko chęt­nie oglą­dała po­skra­mia­nie psów. Za­kli­nacz tłu­ma­czył do ka­mery, że trzeba na­mie­rzyć osob­nika alfa i to jego zdo­mi­no­wać. Je­żeli psu się po­każe, że czło­wiek rzą­dzi, on to po pro­stu za­ak­cep­tuje, nie bę­dzie się sprze­ci­wiać, tylko po­kor­nie przyj­mie nową rolę. Reszta stada się do­sto­suje. Ja­koś nie chciało jej się w to wie­rzyć. Chwilę póź­niej na ekra­nie zo­stał tylko za­kli­nacz i rze­czony sa­miec alfa. Ro­dzina zo­stała po­pro­szona o po­cze­ka­nie w ogro­dzie, po­nie­waż – jak to pro­wa­dzący okre­ślił – „sceny mogą być zbyt dra­styczne”. Miał ra­cję, po­czą­tek po­skra­mia­nia wy­glą­dał nieco dra­ma­tycz­nie.

Pies war­czał i po­ka­zy­wał zęby, gniew­nie stro­sząc sierść na karku. Tre­ser nie pa­trzył mu w oczy, tylko ob­ser­wo­wał swoje czarne adi­dasy. Laura za­sta­na­wiała się, czy jest aż tak nie­roz­sądny, czy to ja­kaś sztuczka. O dziwo, pies prze­stał być agre­sywny. Za­in­te­re­so­wał się za to pla­strem boczku, który po­skra­miacz umie­ścił przed nim na pod­ło­dze. Pro­wa­dzący od­wró­cił się z po­wro­tem do ka­mery i po­ka­zał kciuk do góry. Jego bladą, zde­ner­wo­waną twarz po­kry­wały czer­wone plamy, które spra­wiały, że wy­glą­dał jak wielka kulka źle wy­mie­sza­nych lo­dów ma­li­no­wych.

– To zwy­kłe prze­kup­stwo – po­wie­działa do Le­ona, choć mo­gła się za­ło­żyć, że nie miałby nic prze­ciwko ta­kiej tre­su­rze. Chwilę póź­niej pro­wa­dzący już trzy­mał rękę na karku by­dlę­cia i przy­ci­skał go do ziemi. Czwo­ro­nóg pisz­czał prze­raź­li­wie.

– Nic mu się nie dzieje, spo­koj­nie – mó­wił do ka­mery. – Jest zdez­o­rien­to­wany.

Bry­tan chwilę jesz­cze się opie­rał, po czym ustą­pił. Pro­wa­dzący gła­skał go po brzu­chu, a pies wy­wa­lił ję­zyk z roz­ko­szy.

– Te pro­gramy są wy­re­ży­se­ro­wane – po­wie­działa Laura, któ­rej ni­gdy nie udało się w pełni wy­tre­so­wać Le­ona. „To jest pies z am­bi­cjami, nie bę­dzie wy­ko­ny­wał cyr­ko­wych sztu­czek”, tłu­ma­czyła so­bie. Nie ozna­czało to, że pies był nie­po­słuszny. Był od­da­nym, naj­lep­szym przy­ja­cie­lem i chęt­nie słu­chał swo­jej pani, jed­nak tylko wtedy, kiedy miał na to ochotę.

Się­gnęła po te­le­fon i za­lo­go­wała się na skrzynkę ma­ilową. Nie­cier­pli­wie cze­kała na wia­do­mość od Ga­briela. Za­ło­żyli wspólne konto, dzięki któ­remu mo­gli ko­mu­ni­ko­wać się tylko przez za­pi­sy­wa­nie ko­pii ro­bo­czych, ka­su­jąc po­przed­nie. Ga­briel twier­dził, że wów­czas wia­do­mo­ści będą trud­niej­sze do prze­chwy­ce­nia przez nie­po­wo­łane osoby. Nie­stety, jego ko­mu­ni­katy po­ja­wiały się co­raz rza­dziej i były co­raz bar­dziej zdaw­kowe, jakby pi­sał je w po­śpie­chu. „Ma dużo pracy”, „ma pro­blem z do­stę­pem do in­ter­netu”, tłu­ma­czyła go. Syn hra­biego dźwiga dużo na bar­kach – zwłasz­cza te­raz, kiedy przy­rodni brat, Za­giel, ich opu­ścił.

Rozdział 2

Mara

Laura długo le­żała w łóżku, co pięć mi­nut od­świe­ża­jąc pocztę. Po­kój oświe­tlony był mgli­stym bla­skiem ulicz­nej la­tarni, są­czą­cym się przez fi­ranki. Upra­gniona wia­do­mość nie nad­cho­dziła. Czy po­winna się mar­twić? Ile dni mi­nęło od ostat­niego kon­taktu z jego strony? Mu­siała spraw­dzić datę, żeby się upew­nić. Pięć. To jesz­cze nie tra­ge­dia. Laura pa­mię­tała, że aqu­aria­nie zu­peł­nie ina­czej od­bie­rają upły­wa­jący czas niż zwy­kli lu­dzie. Może ty­dzień dla niego był jak kilka go­dzin dla in­nych?

Na­prawdę ciężko było jej przy­zwy­czaić się do tego. Te my­śli i wiele in­nych obaw prze­la­ty­wało jej przez głowę, kiedy pró­bo­wała po­grą­żyć się we śnie. Cie­kawe, co Ga­briel te­raz robi?

Astro­no­miczne lato miało się ku koń­cowi, co ozna­czało, że białe noce na wy­spie Fri­sørd za­mie­nią się w atra­men­towe i za­mek spo­wije mrok na kilka ko­lej­nych mie­sięcy. Tak bar­dzo chcia­łaby po­je­chać tam z po­wro­tem. Z dru­giej strony oba­wiała się tego, jak to bę­dzie da­lej wy­glą­dać. Byli za­rę­czeni, ale Ga­briel nie kwa­pił się, żeby za­pla­no­wać piękną ce­re­mo­nię i wy­stawny bal. Kil­ka­krot­nie pró­bo­wała za­cząć roz­mowę, ale za każ­dym ra­zem zmie­niał te­mat. Znie­cier­pli­wiona, po szó­stej nie­uda­nej pró­bie za­py­tała w końcu, czy może woli wziąć ślub w ta­jem­nicy w Las Ve­gas, z ob­rącz­kami w kształ­cie cza­szek. Ga­briel po swo­jemu za­my­ślił się z wy­re­ży­se­ro­waną za­dumą, po czym stwier­dził, że to by było „coś”. Tak czy owak, nic nie usta­lili i Laura da­lej cze­kała. Czy było jej przy­kro? Gdyby miała od­po­wie­dzieć so­bie ci­chutko, w ta­jem­nicy, to tro­chę tak. Z oka­zji za­rę­czyn Ga­briela i Ariany – dzie­dziczki rodu Ma­ene­ter – w wa­ka­cje wy­dano wspa­niały bal, na który przy­byli go­ście z naj­róż­niej­szych za­kąt­ków świata. Cała sala ba­lowa pę­kała w szwach i na pierw­szy rzut oka wi­dać było, że nie szczę­dzono na­wet na ser­wet­kach do wy­cie­ra­nia pon­czu z ust. Na ścia­nach po­wie­szono naj­droż­sze je­dwa­bie, a dla go­ści utkano ar­cy­kosz­towne szaty prze­pla­tane zło­tem i sre­brem. Laura ni­gdy, prze­ni­gdy nie przy­zna­łaby się do tego gło­śno, ale cie­szy­łaby się, gdyby mo­gli wziąć ślub na plaży o wscho­dzie słońca albo na kli­fie o za­cho­dzie i urzą­dzić po­tem ogni­sko w ka­me­ral­nym gro­nie. Do ślubu Ariany i Ga­briela oczy­wi­ście nie do­szło, mimo wspa­nia­łego balu. Nie­długo po uro­czy­sto­ści za­rę­czyny ze­rwano. Ślub miał przy­pie­czę­to­wać so­jusz z po­łu­dniową wy­spą sy­ren, Se­gre­gadą*. Na ko­niec ne­go­cja­cji po­sta­no­wiono spi­sać sto­sowne do­ku­menty i ślub od­wo­łać.

W końcu za­pa­dła w płytki, nie­spo­kojny sen. Od­dy­cha­jąc ciężko, szła przez ciemną, bez­gwiezdną do­linę. Kurz i brud wzbi­jały się w po­wie­trze z każ­dym jej kro­kiem i wpa­dały do oczu, utrud­nia­jąc mo­zolną wę­drówkę. Kasz­lała świsz­cząco i co ja­kiś czas mu­siała ro­bić po­stój, żeby za­czerp­nąć tchu. Do­tarła do czar­nej turni i po­dą­żyła wzro­kiem w górę – była wy­soka i spa­dzi­sta. Za­częła wspi­nać się po stro­miź­nie, co kosz­to­wało ją mnó­stwo wy­siłku. Znowu czuła się kru­cha i bez­radna jak dziecko. Wdra­pała się z tru­dem na sam szczyt. Ku jej za­sko­cze­niu, pod jej sto­pami ro­sła do­rodna róża. Laura miała ochotę na­kryć ją klo­szem, jak Mały Książę, aby osło­nić ją przed ca­łym złem tego świata. Ro­biąc da­szek z dłoni, chro­niąc oczy przed opa­da­ją­cym py­łem, pró­bo­wała ogar­nąć wzro­kiem ho­ry­zont. Wi­działa lek­kie ścieżki świa­teł od­bi­ja­jące się na tle mrocz­nej do­liny. Gdy wró­ciła wzro­kiem pod swoje nogi, oka­zało się, że ko­lo­rowy kwiat znik­nął. Za­miast niego na sza­rym pąku tlił się ogień. Był to wi­dok nie­zwy­kle piękny i przej­mu­jący, a za­ra­zem no­stal­giczny i smutny. Chciała chwy­cić różę w ręce, ale ta roz­sy­pała się w po­piół. Z tym me­lan­cho­lij­nym uczu­ciem się obu­dziła. Przez całe przed­po­łu­dnie miała kiep­ski na­strój.

W końcu stra­ciła cier­pli­wość i zmie­niła swoją ostat­nią wia­do­mość: „Wszystko okej? Mar­twię się”. „Prze­stań za­cho­wy­wać się jak za­ko­chana na­sto­latka”, zga­niła się w my­ślach. Masz zo­stać żoną waż­nego ary­sto­kraty – na Boga, tro­chę ho­noru i po­wagi. Wło­żyła te­le­fon do szu­fladki i po­sta­no­wiła za­po­mnieć o Ga­brielu na resztę dnia. Z po­czątku nie było to ła­twe, bo na­wet nie ru­sza­jąc te­le­fonu, z przy­zwy­cza­je­nia od­świe­żała pocztę na lap­to­pie. Jak to jest, że czuła się taka za­leżna od tego, kiedy od­po­wie i co? Dość! Po­sta­no­wiła włą­czyć ra­do­sną mu­zykę i tro­chę po­sprzą­tać w domu. Wy­szo­ro­wała pod­łogę na ko­la­nach, starła do­kład­nie kurz z sza­fek, a na­wet umyła okna i wzięła się za pa­sto­wa­nie par­kietu. Gdyby jej przy­ja­ciółka, Mo­nika, te­raz ją zo­ba­czyła, stwier­dzi­łaby, że sprawa jest po­ważna. Po­wierzch­nia nie była duża, a Laura dys­po­no­wała te­raz su­per­siłą i su­per­szyb­ko­ścią, w związku z czym uwi­nęła się ze wszyst­kim w go­dzinę i nie miała już nic do ro­boty.

„Obiad”, po­wie­działa do sie­bie i za­częła przy­go­to­wy­wać trzy­da­niowy po­si­łek skła­da­jący się z zupy kremu, plac­ków ziem­nia­cza­nych i crème brûlée. Laura spe­cjal­nie wy­brała da­nia, które we­dług niej były naj­bar­dziej cza­so­chłonne, a skład­ni­ków do nich nie miała w domu. Po­de­szła am­bit­nie do te­matu i po wi­zy­cie w kilku skle­pach udało się wy­brać jej zda­niem naj­lep­sze pro­dukty. Po­mi­dory na zupę krem prze­cież trzeba było ku­pić na rynku, na dru­gim końcu mia­sta. Kiedy obiad był go­towy, Laura nie­chęt­nie usia­dła do po­siłku. Wcale a wcale nie była głodna. Po­chli­pała tro­chę zupy, zja­dła pół placka, a de­seru w ogóle nie ru­szyła.

Pa­trzyła nie­na­wist­nie na szafkę, w któ­rej wcze­śniej zo­stał uwię­ziony te­le­fon. „Jesz­cze go­dzina”, mó­wiła do sie­bie. Zło­żyła świętą obiet­nicę, że nie spraw­dzi te­le­fonu do wie­czor­nych wia­do­mo­ści.

Pa­dła na po­duszki na łóżku i znowu chwy­ciła jedną z ksią­żek wy­po­ży­czo­nych z bi­blio­teki. Na okładce znaj­do­wał się wielki smok, który opla­tał ogni­sty na­pis „Be­stia­riusz”. Nie wy­glą­dała jak książka na­ukowa, ra­czej jak ko­lo­rowa en­cy­klo­pe­dia dla dzieci i mło­dzieży. I tak w isto­cie było. Laura lu­stro­wała ko­lejne po­staci, ich ce­chy, moce i słabe strony. Nie mo­gła oprzeć się wra­że­niu, że ta po­zy­cja jest skie­ro­wana do fa­nów gier kom­pu­te­ro­wych i kar­cia­nych. W końcu zna­la­zła coś, co mo­gło jej do­ty­czyć.

Wod­niki, ru­sałki

Ga­tu­nek ży­jący w je­zio­rach i wodach.

Wredne, małe istoty, które nie­po­strze­że­nie wcią­gną cię w wir wody i utopią.

Laura miała ochotę wy­buch­nąć szcze­rym, do­no­śnym śmie­chem.

Na są­sied­niej stro­nie opi­sany był de­mon dop­pel­gan­ger – zły brat bliź­niak. Ry­sow­nik przed­sta­wił go jako męż­czy­znę o sza­rym, pu­stym spoj­rze­niu. Laura za­mknęła książkę z hu­kiem i spoj­rzała na ze­ga­rek. Za pięć siódma. Już od­ru­chowo się­gała do ko­módki, kiedy Leon jęk­nął. Dziwny zbieg oko­licz­no­ści.

„No do­bra, wy­trzy­mam jesz­cze pięć mi­nut”, po­my­ślała. W końcu upra­gniona go­dzina na­de­szła i Laura za­lo­go­wała się trzę­sąca ręką na pocztę. Pa­trzyła chwilę w ekran, po czym ci­snęła te­le­fon na łóżko ze zło­ścią. Od­po­wiedź od Ga­briela przy­szła kilka go­dzin temu. Wście­ka­jąc się na sie­bie, chwy­ciła smart­fon i klik­nęła w ostat­nią wia­do­mość. Nie­cier­pli­wie cze­kała, igno­ru­jąc cha­rak­te­ry­styczne szczy­pa­nie w ży­łach, aż kó­łeczko po­stępu prze­sta­nie się krę­cić. Mo­gła się za­ło­żyć, że kółko robi so­bie z niej drwiny – wy­da­wało jej się, że kręci się całą wiecz­ność. Kiedy ko­pia ro­bo­cza wresz­cie się za­ła­do­wała, serce po­de­szło jej do gar­dła. Jej oczom uka­zał się krótki ko­mu­ni­kat: „Kło­poty. Za­dzwo­nię nie­ba­wem.”

Rozdział 3

Wieczór panieński

Laura przez ko­lejne dni od­cho­dziła od zmy­słów. Za­pi­sała mi­lion ko­pii ro­bo­czych, jed­nak każda po­zo­sta­wała bez od­po­wie­dzi. „Co się dzieje? Czy nic mu się nie stało? Czy jest cały? Czy Ljam do­rwał któ­re­goś z na­szych?” Czarne sce­na­riu­sze nie miały końca.

Pra­wie nic nie ja­dła, go­dzi­nami le­żała, wpa­tru­jąc się w su­fit, od czasu do czasu zmu­szała się, żeby wy­pić szklankę wody, cho­ciaż chęt­niej wy­pi­łaby szklankę wódki.

Po­szko­do­wany Leon mu­siał na­prawdę mocno się na­pra­co­wać, żeby do­pro­sić się o spa­cer.

Kiedy tak le­żała i wy­obra­żała so­bie, że Ga­briel jest uwię­ziony w ja­skini trolli, za­dzwo­nił dzwo­nek do drzwi. „Odejdź”, my­ślała z go­ry­czą. Jed­nak gość był uparty i dzwo­nił raz po raz. Za­kryła głowę po­duszką, igno­ru­jąc wy­siłki osoby za drzwiami. Czło­wiek w końcu stra­cił cier­pli­wość – nie prze­sta­wał dzwo­nić, tak że obrzy­dliwy ja­zgot draż­nił uszy bez prze­rwy.

– Już idę. – Laura z tru­dem zwle­kła się z łóżka. Po­drep­tała, żeby otwo­rzyć i ochrza­nić dow­cip­ni­sia. W drzwiach stała wy­soka bru­netka.

– Matko Bo­ska prze­naj­święt­sza! – za­wo­łała Mo­nika z prze­ra­że­nia i za­kryła usta dło­nią.

Pod pa­chą miała za­pa­ro­wany słoik z żół­ta­wym pły­nem, mar­chewką i ma­ka­ro­nem. Laura od kilku dni za­sła­niała się cho­robą i nie od­bie­rała te­le­fo­nów.

– Co się stało? – za­py­tała, prze­stę­pu­jąc przez próg.

Laura zro­biła krzywą minę i prze­cze­sała ner­wowo loki.

– Nic.

– Prze­cież wi­dzę.

Mo­nika już zna­la­zła się w środku i zdej­mo­wała ba­le­riny. Była to osoba, któ­rej nie dało się od­pra­wić z kwit­kiem. Nie mi­nęło pięć mi­nut i już mie­szała ro­sół na nie­wiel­kiej ku­chence ga­zo­wej w cia­snej kuchni. Się­gnęła po wielką łyżkę wa­zową, na­lała zupy do głę­bo­kiej mi­seczki i pod­su­nęła ją Lau­rze pod nos.

– We­ge­ta­riań­ski. Jedz.

Laura wzięła łyżkę i po­mie­szała klu­ski. Zmu­siła się do zje­dze­nia pierw­szej por­cji.

– Po­kłó­ci­li­ście się?

– Nie. – Mach­nęła ręką.

– Zo­sta­wił cię?

– Nie.

– No to nie jest naj­go­rzej!

Laura po­ki­wała smutno głową.

– Ma ja­kieś pro­blemy.

– Pro­blemy? Ja­kie?

– Nie wiem. Nic nie wiem. Nie cier­pię nie­pew­no­ści. – Znowu zbie­rało jej się na łzy. – Ma do mnie za­dzwo­nić.

Mo­nika pa­trzyła na nią scep­tycz­nie, więc Laura sku­piła się na okach, które pły­wały w ro­sole.

– I tyle?

– Tyle.

– Dziew­czyno! Jak cię zo­ba­czy­łam, to my­śla­łam, że ktoś umarł – Mo­nika wy­pu­ściła po­wie­trze z ulgą, wa­chlu­jąc się dło­nią.

– Su­ge­ru­jesz, że prze­sa­dzam? – za­py­tała Laura z ni­kłą na­dzieją w gło­sie, że jed­nak wszystko jest w po­rządku.

– I to jak! Może ściga go skar­bówka za błąd w pi­cie, a ty tu prze­ży­wasz ka­tu­sze, jakby go krzy­żo­wano. Gdyby to było coś po­waż­nego, to już by tu był albo te­le­fon by się ury­wał. A on nie dzwoni? Zna­czy nic pil­nego – skwi­to­wała Mo­nika.

Ta dziew­czyna, kiedy chciała, po­tra­fiła być bar­dzo prze­ko­nu­jąca.

Laura de­spe­racko pra­gnęła uwie­rzyć przy­ja­ciółce.

– Dzi­siaj jest czwar­tek – przy­po­mniała po­waż­nie bru­netka. – A to ozna­cza tylko jedno…

– Bab­ski wie­czór! – od­po­wie­działa Laura, jakby była w Fa­mi­lia­dzie.

– Pra­wi­dłowa od­po­wiedź. Wy­grywa pani… yyy… do­pro­wa­dze­nie pani do stanu uży­wal­no­ści.

Pięć go­dzin póź­niej sie­działy w sa­lo­nie u Ewy na po­dusz­kach roz­rzu­co­nych na pod­ło­dze. Przed nimi znaj­do­wały się: po­pcorn, lody (po opa­ko­wa­niu na głowę), wino i ko­reczki. Z tyłu po­koju usta­wiły pro­jek­tor, two­rząc kon­struk­cję ze wszyst­kich to­mów en­cy­klo­pe­dii PWN.

Laura miała wra­że­nie, że pi­ra­mida trzyma się na przy­sło­wiowe słowo ho­noru i lada chwila może ru­nąć. Na ścia­nie przed ich twa­rzami koń­czył się „Pa­mięt­nik”. Wszyst­kie trzy pła­kały jak bo­bry, przy­ci­ska­jąc chu­s­teczki do oczu i dło­nie do serc.

– To co? Te­raz „Ti­ta­nic”? – za­py­tała Ewa, zgrabna blon­dynka, o uro­dzie mo­delki Vo­gue.

Mo­nika po­krę­ciła głową. Zde­cy­do­wa­nie po­trze­bo­wały cze­goś we­so­łego. Ewa, ro­zu­mie­jąc in­ten­cję ko­le­żanki, za­częła opo­wia­dać, jak prze­bie­gła jej ostat­nia randka.

– Nie­moż­liwe! – krzyk­nęła zdu­miona Laura i za­nio­sła się śmie­chem, od­rzu­ca­jąc bu­rzę orze­cho­wych lo­ków.

Mo­nika za­dbała, żeby jej przy­ja­ciółka wy­glą­dała jak czło­wiek. Zro­biły so­bie bab­skie po­po­łu­dnie. Sie­działy z ma­secz­kami i ogór­kami na twa­rzy, bez­tro­sko plot­ku­jąc. Po­tem Mo­nika uparła się, żeby Laurę po­rząd­nie ucze­sać i uma­lo­wać.

– Se­rio! Se­rio! – po­wta­rzała Ewa.

– Ładne kwiatki!

Oka­zało się, że Ewa zo­stała za­pro­szona na ro­man­tyczne świę­to­wa­nie czte­ro­mie­sięcz­nicy związku z Da­nie­lem, klien­tem banku, na któ­rego kie­dyś wy­lała kawę. Marny po­czą­tek zna­jo­mo­ści nie zwia­sto­wał cu­dów. A tu pro­szę, chło­pak ku­pił jej z tej oka­zji mysz z blu­eto­othem do gra­nia, która wy­glą­dała jak mały sta­tek ko­smiczny z „Gwiezd­nych Wo­jen”. Do­stała też naj­now­szego „Bat­tle­fielda” – jedną z tych gier, gdzie gracz ma dwa za­da­nia: nie dać się za­bić i jed­no­cze­śnie zli­kwi­do­wać jak naj­wię­cej wro­gów. Ide­alny pre­zent dla de­li­kat­nej blon­dynki, któ­rej ulu­biona książka to „Ania z Zie­lo­nego Wzgó­rza”. W ro­man­tycz­nym menu po­ja­wiły się czipsy, po­pcorn i piwo.

– Mi­sia, te­raz mo­żemy wię­cej czasu spę­dzać ra­zem, oświad­czył mi – żar­to­wała Ewa, uda­jąc czuły ton.

– No i co te­raz? – do­py­ty­wała się Mo­nika, okrę­ca­jąc ko­smyk czar­nych wło­sów wo­kół palca.

– No co, mu­szę te­raz z nim grać… – skrzy­wiła się, wy­wo­łu­jąc ko­lejną salwę śmie­chu.

– Dla­czego nie mógł ku­pić srebr­nego łań­cuszka z wi­sior­kiem w kształ­cie serca, per­fum albo cho­ciażby cze­ko­la­dek? – kon­ty­nu­owała z ża­lem Ewa.

– Prze­cież to by było za pro­ste! – stwier­dziła Mo­nika.

– Poza tym, Ewa, fa­cet się wy­si­lił. Ku­pił ci ory­gi­na­lny pre­zent… Można by po­wie­dzieć, że ni­gdy w ży­ciu ta­kiego nie do­sta­łaś. I pew­nie nie do­sta­niesz – pod­su­mo­wała Laura.

– Już to wi­dzę. Za­raz gwiazdka. Wi­dzia­łam, jak w skle­pie oglą­dał mie­cze świetlne…

– A po­wie­dzia­łaś mu, że nie tra­fił z pre­zen­tem? – spy­tała Laura.

– A skąd, nie mia­łam serca. Cie­szył się jak przed­szko­lak, który roz­pa­ko­wuje swój wy­cze­kany po­da­ru­nek pod cho­inką.

Dzi­siej­sze spo­tka­nie było wy­jąt­kowe, po­nie­waż nadano mu rangę ma­łego wie­czoru pa­nień­skiego. Laura tłu­ma­czyła, że fakt, iż przy­jęła pier­ścio­nek od pew­nego ta­jem­ni­czego bru­neta, nie ozna­cza ry­chłego ślubu, ale ko­le­żanki były nie­ugięte. „Czwar­tek to taki mały pią­tek, za­rę­czyny to taki mały pa­nień­ski”, ar­gu­men­to­wała Ewa.

– Dziew­czyny, mu­szę wam się do cze­goś przy­znać – po­wie­działa Mo­nia po chwili mil­cze­nia. – Spo­ty­kam się z kimś… Nie mó­wi­łam wcze­śniej, bo nie chcia­łam za­pe­szać. No, ale by­li­śmy już na kilku rand­kach, więc po­my­śla­łam, że się przy­znam.

– Mów szybko, kto to? – za­częła Laura.

– Jak wy­gląda? – do­ło­żyła Ewa.

– Ile ma lat?

– Gdzie pra­cuje?

– Ma wła­sne miesz­ka­nie?

– Spo­koj­nie moje dro­gie. Chce­cie wie­dzieć wię­cej, niż ja na ra­zie wiem. A może chce­cie go po­znać? Na­pi­sał mi wła­śnie, że jest w Czeko…

– Tak!

– Wy­ru­szamy! – za­rzą­dziła Ewa, koń­cząc swoją por­cję lo­dów.

– Laura, ale to miał być twój mi­ni­pa­nień­ski wie­czór…

– Nie ma­rudź, mamy pa­nień­skie sa­baty co ty­dzień. Pisz mu, że może wpad­niemy.

– Może wpad­niemy? – za­py­tała zdez­o­rien­to­wana Mo­nika.

– Tak! Niech so­bie nie my­śli, że wszystko rzu­camy i le­cimy. Wy­pijmy po kie­liszku wina przed wyj­ściem – zde­cy­do­wała Ewa.

Tak zro­biły. Laura po­szła sko­rzy­stać z to­a­lety. Gdy wró­ciła, za­uwa­żyła, że pi­cie ostat­niej lampki od­było się w eks­pre­so­wym tem­pie – dziew­czyny stały już ubrane w kurtki, go­towe do wyj­ścia. „Niech so­bie nie my­śli, że rzu­camy wszystko i le­cimy… taa ja­sne”, po­my­ślała. Chwy­ciła swój kie­li­szek i po­cią­gnęła łyk. Od pew­nego czasu jej głowa znacz­nie wzmoc­niła się i mu­siała na­prawdę mocno się po­sta­rać, żeby po­czuć w gło­wie szum. Czego nie można było po­wie­dzieć o jej ko­le­żan­kach, które były już w wy­śmie­ni­tych hu­mo­rach. Mo­nika cho­wała się za pro­giem i wy­chy­lała głowę, żeby po­ka­zać Lau­rze ję­zyk, kiedy ta nie pa­trzyła. Ewa pę­kała ze śmie­chu bez lo­gicz­nej przy­czyny.

Wy­szły z domu po­spiesz­nie. Przy­wi­tał je chłodny, późny, je­sienny wie­czór, chod­niki i ulice lśniły po nie­daw­nym desz­czu.

– Za­mó­wię tak­sówkę – zde­cy­do­wała Mo­nika.

– Co ty, prze­cież to tylko dwa przy­stanki tram­wa­jowe stąd – po­wie­działa Laura.

– Ale…

– Daj spo­kój, przej­dziemy się! Prze­cież nie chcemy po­ja­wić się zbyt szybko – prze­ko­ny­wała ko­le­żanki. Tak na­prawdę uwa­żała, że przyda im się krótki spa­cer. Może tro­chę się orzeź­wią i głu­pawka je opu­ści.

– No, ra­cja – po­twier­dziła Ewa.

Mo­nika nie miała już ar­gu­men­tów i mu­siała ustą­pić.

Wol­nym kro­kiem (przy­ja­ciółki Laury były na ob­ca­sach) ru­szyły w stronę głów­nego dep­taka Ło­dzi.

– Laura, kiedy po­znamy tego two­jego Ga­briela? – za­py­tała Ewa, prze­ry­wa­jąc ci­szę.

Dzi­siaj naj­wi­docz­niej był sa­bat, pod­czas któ­rego oma­wiano głów­nie sprawy mi­ło­sne.

– Nie wiem, na­ma­wia­łam go, żeby przy­je­chał, ale te­raz jest bar­dzo za­jęty.

– Zbyt za­jęty, żeby przy­je­chać do swo­jej na­rze­czo­nej? – do­py­ty­wała Ewa.

– Ma dużo obo­wiąz­ków…

– Coś mi się w tym wa­szym związku nie po­doba – stwier­dziła Ewa. – Jak można nie mieć in­ter­netu i te­le­fonu ko­mór­ko­wego w dzi­siej­szych cza­sach?

Laura wzru­szyła ra­mio­nami. To prawda, ten zwią­zek nie był nor­malny. Ostatni raz wi­działa go i sły­szała po­nad mie­siąc temu. Ga­briel od­wiózł ją na lot­ni­sko w An­de­nes. Do­brze pa­mię­tała jego głę­bo­kie jak je­ziora po­lo­dow­cowe, ja­sno­błę­kitne oczy, smutne w dniu po­że­gna­nia, przy­sło­nięte nie­sforną grzywką. Po­ło­że­nie wy­spy mu­siało po­zo­stać ta­jem­nicą – ze względu na bez­pie­czeń­stwo. Jej ko­le­żanki wie­działy je­dy­nie, że pod­czas po­bytu w Nor­we­gii do­szło do drob­nej róż­nicy zdań mię­dzy nią, Rem­kiem, ich przy­ja­cie­lem i trol­lami.

Laura i Re­mek otarli się o śmierć, bę­dąc jeń­cami w ja­skini trolli. Udało im się uciec z ich łap dzięki wiel­kiemu szczę­ściu i odro­bi­nie sprytu. Oka­zało się bo­wiem, że nie wszyst­kie stwory były złe. Ucieczkę umoż­li­wił im je­den z młod­szych trolli, Orum. Po po­wro­cie z Nor­we­gii Laura wy­ja­śniła ko­le­żan­kom, że byli to po pro­stu lu­dzie, któ­rzy ucie­kli z za­kładu psy­chia­trycz­nego we wcze­snych la­tach dzie­więć­dzie­sią­tych i w nor­we­skich la­sach zdzi­czeli do reszty. Do­brze, że ku­piły ten kit. Laura nie lu­biła kła­mać, ale wie­działa też, że tylko tak może ochro­nić swoje przy­ja­ciółki. Wie­dza i nie­wie­dza to w świe­cie sy­ren główne karty prze­tar­gowe. Nie­wie­dza mo­gła ura­to­wać czy­jeś ży­cie, wie­dza ska­zać go na śmierć.

– Laura! Nie od­po­wie­dzia­łaś na moje py­ta­nie? – Ewa nie da­wała za wy­graną.

– Daj spo­kój.

Mo­nika po­pa­trzyła na nią po­dejrz­li­wie. Czuła, że coś jest nie tak. Chciała bar­dzo po­móc przy­ja­ciółce, ale ta nie da­wała jej na to szans. Pod­czas gdy Laura nie od­zy­wała się po­nad dwa ty­go­dnie, bę­dąc w Nor­we­gii, jej ko­le­żanki przy­go­to­wały mi­sję ra­tun­kową. Ta­kie były – go­towe rzu­cić wszystko, by ra­to­wać jedną z nich. Miały już zor­ga­ni­zo­wany cały wy­jazd. Za­bu­ko­wały bi­lety, wzięły urlopy w pracy, wy­na­jęły sa­mo­chód przez in­ter­net. Na­wet wy­po­sa­żyły się w pa­ra­li­za­tory i gaz łza­wiący. W ostat­niej chwili, dzień przed po­dróżą, do­stały od Laury wy­cze­ki­waną wia­do­mość, że wszystko jest w po­rządku. Od tej pory Mo­nika nie prze­sta­wała być czujna. To nie jest nor­malne, że ktoś tak znika i po­ja­wia się, mó­wiąc, że nic się nie stało.

Ewa za­trzy­mała się gwał­tow­nie, wy­ry­wa­jąc ją z za­my­śle­nia.

– Dziew­czyny, wie­cie co, chyba le­piej bę­dzie, jak pój­dziemy w lewo.

Laura i Mo­nika spoj­rzały na drogę i od razu zro­zu­miały, o co cho­dzi. Grupka pod­chmie­lo­nych ty­pów spod ciem­nej gwiazdy go­rącz­kowo dys­ku­to­wała po tej stro­nie ulicy. Za­raz mo­gło dojść do bójki.

– Ra­cja, tędy bę­dzie szyb­ciej – po­wie­działa Mo­nika na tyle gło­śno, że fa­ceci ją usły­szeli.

To był błąd. Od­biły w lewą stronę, ale Laura ką­tem oka zo­ba­czyła, że męż­czyźni ru­szyli w ich kie­runku. Niech to szlag! Miała na­dzieję, że unikną kon­fron­ta­cji. Ma­sze­ro­wały na­prawdę szybko, zwa­ża­jąc na dwu­na­sto­cen­ty­me­trowe szpilki. Od klubu dzie­liło je około pół ki­lo­me­tra, a więk­szość drogi wio­dła przez park. Laura na­słu­chi­wała kro­ków za nimi, ale nic nie wska­zy­wało, że są śle­dzone.

– Chyba so­bie od­pu­ścili – wy­mam­ro­tała po chwili na­pię­tej ci­szy.

– Dzięki Bogu – stwier­dziła Ewa.

We­szły do parku i Laura mo­men­tal­nie po­ża­ło­wała, że na­mó­wiła ko­le­żanki na spa­cer. Nocą miej­sce to spra­wiało wra­że­nie opusz­czo­nego i nie­przy­ja­znego. Szły te­raz aleją róż, która la­tem mo­głaby ucho­dzić za ide­alne miej­sce na wy­zna­nie mi­ło­ści, za­rę­czyny czy se­sję ślubną. Dzi­siaj wy­glą­dała, krótko rzecz uj­mu­jąc, nędz­nie. Kwia­tów o tej po­rze roku nie było, a z błot­ni­stej ziemi ster­czały je­sienne szpony drzew i krze­wów, które wiatr dawno ob­darł z resz­tek li­ści. Z la­tarni są­czyło się tru­pio blade świa­tło. Chyba było zwar­cie w cen­tral­nej puszce, po­nie­waż ża­rówki co chwilę ga­sły. Na­gle z są­sied­niej alejki wy­szło trzech bar­czy­stych męż­czyzn i Laura od razu roz­po­znała ich syl­we­tki. Dziew­czyny in­stynk­tow­nie za­wró­ciły spo­koj­nym ru­chem, aby nie bu­dzić po­dej­rzeń. Ku ich trwo­dze przy wyj­ściu z parku po­ja­wiło się ko­lej­nych dwóch osił­ków.

Rozdział 4

Kiepska niespodzianka

Wszyst­kie drogi ucieczki miały od­cięte, po­nie­waż z pra­wej strony znaj­do­wał się mur ogól­niaka, na­to­miast z le­wej par­kowe ba­jorko za­miesz­kałe przez ka­czą ro­dzinę. Czy miały szansę uciec przez zimny staw w ta­kich bu­tach? Na­ra­zi­łyby się rów­nież na stratę te­le­fo­nów ko­mór­ko­wych – roz­sąd­niej było je po pro­stu od­dać na­past­ni­kom.

Byli już tylko kilka me­trów od nich. Pię­ciu ro­słych, umię­śnio­nych męż­czyzn na trzy dziew­czyny. Na pierw­szy rzut oka nie miały szans.

Spa­ni­ko­wana Ewa wy­cią­gnęła drżącą ręką te­le­fon i pró­bo­wała wy­brać „je­den, je­den, dwa”. Nie­stety, naj­bliż­szy oprych spo­strzegł, co się święci i na­tych­miast wy­rwał jej smart­fon z ręki.

– Daj mi to, la­leczko, nie mo­żemy po­zwo­lić, żeby nam ktoś tu prze­szka­dzał – po­wie­dział cy­nicz­nie.

Ewę i Mo­nikę za­tkało, stres spo­wo­do­wał, że z miej­sca wy­trzeź­wiały. Blade i prze­ra­żone, sta­nęły jak naj­bli­żej sie­bie na trzę­są­cych się no­gach. Laura zro­biła krok do przodu, wy­su­wa­jąc się przed sze­reg.

– Od­daj ten te­le­fon – po­wie­działa spo­koj­nie.

– Bo co? – wark­nął zło­czyńca, gła­dząc się po bro­dzie smart­fo­nem. Był brzydki jak noc li­sto­pa­dowa i je­chało od niego czę­ściowo prze­tra­wio­nym al­ko­ho­lem zmie­sza­nym z po­tem. Ewa zmarsz­czyła no­sek.

– Bo po­ża­łu­jesz! Nie jest twój. Nie mamy czasu na po­ga­duszki, spie­szymy się – po­wie­działa ostro Laura.

Ko­le­żanki pa­trzyły na nią zdzi­wione. Czy Laura wsku­tek szoku zwa­rio­wała? Roz­sąd­niej było ich nie draż­nić.

– O, mamy wa­leczną! Do­brze! Ta bę­dzie moja! Lu­bię, kiedy sta­wiają opór – po­wie­dział drugi, przy­su­wa­jąc się i za­cie­ra­jąc ręce. W jego oczach można było do­strzec mroczny, po­żą­dliwy ognik. Ła­two było się do­my­ślić, że pa­nom nie cho­dzi o te­le­fony i go­tówkę. Mę­ski re­chot prze­to­czył się echem po pu­stym parku, spra­wia­jąc, że ptaki od­le­ciały z drzew.

– Co was tak bawi, pół­główki? – spy­tała Laura.

Ewa jęk­nęła, ale nie od­wa­żyła się ode­zwać. To za­cho­wa­nie w ogóle nie było w stylu Laury. Stała pewna sie­bie, z za­ło­żo­nymi rę­koma. Jej twarz wy­ra­żała znie­cier­pli­wie­nie i po­li­to­wa­nie, jakby na­prawdę uwa­żała na­past­ni­ków za pół­głów­ków.

– Za­raz za­śpie­wasz ina­czej…

Męż­czy­zna przy­su­nął się bar­dzo bli­sko, stał kilka cen­ty­me­trów od niej, mie­rząc ją wzro­kiem z góry. W swo­ich czer­wo­nych tramp­kach się­gała mu le­d­wie do ra­mie­nia.

– Nie od­pusz­czasz, no do­brze… Za­raz na­uczymy cię tro­chę kul­tury… – po­wie­dział, mru­żąc oczy.

Za­mach­nął się wiel­kim łap­skiem i za­dał cios. W tym mo­men­cie zda­rzyło się kilka rze­czy na­raz. Ewa krzyk­nęła, Mo­nika za­kryła oczy. Osi­łek z te­le­fo­nem za­klął so­czy­ście i za­czął ma­so­wać so­bie prawe ra­mię. W ciem­no­ściach ciężko było okre­ślić, co się tak na­prawdę stało. Wy­glą­dało na to, że wy­soki ude­rzył ko­legę, który wcze­śniej wy­rwał Ewie te­le­fon. Dam­ski bok­ser usły­szał ko­biecy szept:

– Za tobą, pół­główku!

– Co…

Nim zdą­żył się ob­ró­cić, po­czuł ostre roz­cię­cie na po­liczku. Splu­nął krwią. Po­le­ciały ko­lejne prze­kleń­stwa i wszyst­kie opry­chy ru­szyły do ak­cji, ro­biąc przy tym miny jak roz­wście­czone ro­so­maki. Laura po­ru­szała się mię­dzy nimi bez­sze­lest­nie jak kot, ku­cała, ob­ra­cała się, uni­ka­jąc cio­sów, oszu­ku­jąc ich i spra­wia­jąc, by okła­dali sie­bie na­wza­jem. W mo­men­cie gdy już wszy­scy le­żeli z si­nia­kami i gu­zami, la­men­tu­jąc (je­den twar­dziel na­wet wzy­wał ma­mu­się), Laura strzep­nęła ręce, po­pra­wiła skó­rzaną kurtkę, pod­nio­sła te­le­fon Ewy z ziemi i wrę­czyła go ko­le­żance. Mo­nika i Ewa nie mo­gły otrzą­snąć się z szoku po tym, co się stało. Laura ru­szyła pew­nie, zgrab­nie prze­ska­ku­jąc le­żące mę­skie ciała.

– Idzie­cie? – spy­tała, oglą­da­jąc się przez ra­mię.

Po­dą­żyły za nią, omi­ja­jąc fa­ce­tów. Ewa „nie­chcący” na­dep­nęła szpilką na dłoń zbira, który na­zwał ją la­leczką.

Gdy zna­la­zły się do­sta­tecz­nie da­leko, Mo­nika pod­bie­gła do Laury i zła­pała ją za ra­mię.

– Kiedy za­mie­rza­łaś nam po­wie­dzieć?

– O czym?

– O tym, że z cie­bie jest kung-fu panda!

– E tam…

– Laura… Ja na stu­diach cho­dzi­łam na sztuki walki przez dwa lata. Ale nie by­ła­bym w sta­nie po­ko­nać na­wet naj­mniej­szego z nich. Mo­żesz mi ła­ska­wie wy­ja­śnić, co się stało w Nor­we­gii? Bie­rzesz ja­kieś ste­rydy? – Ko­le­żanka wy­ła­ziła ze skóry, żeby do­wie­dzieć się cze­goś wię­cej.

– Prze­stań, to zwy­kły przy­pływ ad­re­na­liny i tro­chę sprytu. Mó­wi­łam wam prze­cież, że za­czę­łam bie­gać, a w Nor­we­gii ćwi­czy­łam łucz­nic­two. A na tych pół­głów­ków wy­star­czyło spoj­rzeć, żeby się zo­rien­to­wać, że in­te­li­gen­cją nie grze­szą. Dużo mięsa, małe mó­zgi.

– Laura… – Mo­nika nie da­wała za wy­graną.

– Daj mi spo­kój. Chyba do­brze, że nas nie wy­ko­rzy­stali i nie okra­dli?

– Tak, ale…

– No to tyle na ten te­mat.

– Ech.

Laura chciała po­wie­dzieć swoim przy­ja­ciół­kom, co tak na­prawdę stało się w Nor­we­gii, ale nie mo­gła. Do­sko­nale wie­działa, jak się te­raz czują – jesz­cze kilka mie­sięcy temu drę­czyły ją te same wąt­pli­wo­ści. Spo­tkała nie­sa­mo­wi­tego męż­czy­znę, który po­sia­dał nad­ludz­kie moce i rów­nież nie mógł zdra­dzić źró­dła ich po­cho­dze­nia. To nie była tylko jej ta­jem­nica. Dzięki przej­ściu ry­tu­ału zy­skała nowe umie­jęt­no­ści: po­nad­prze­ciętny zmysł wzroku, szyb­kość, su­per­słuch i nie­by­wałą siłę. Po przej­ściach w ja­skini trolli nie opusz­czał jej lęk i świa­do­mość kru­cho­ści ży­cia. Wła­śnie wtedy za­częła no­sić przy so­bie nóż, aby móc się bro­nić. Tym ra­zem na­wet nie mu­siała go wy­cią­gać. Na­cię­cie na po­liczku zbira po­wstało na sku­tek „spo­tka­nia” z jej pier­ście­niem. Mo­gła pod­sko­czyć na­prawdę wy­soko, a do tego kon­tro­lo­wać tempo skoku. Je­śli na przy­kład chciała zo­stać w po­wie­trzu chwilę dłu­żej, niż po­zwa­lała na to gra­wi­ta­cja, po­tra­fiła to zro­bić. Naj­cie­kaw­sze w tym wszyst­kim było to, że sama nie wie­działa, czego może się po so­bie spo­dzie­wać. Stop­niowo od­kry­wała co­raz to now­sze zdol­no­ści. Uczyła się ich, a one w miarę na­uki i prak­tyki się roz­wi­jały. No i mu­siała bar­dzo uwa­żać, żeby nie zro­bić ni­komu krzywdy. Była za­sko­czona, kiedy udało jej się zła­pać w lo­cie spa­da­jący ze stołu kie­li­szek i to w ten spo­sób, że ze­brała całą ciecz w po­wie­trzu. Pra­wie nikt na ro­dzin­nej ko­la­cji tego nie za­uwa­żył, z wy­jąt­kiem Mo­niki. Ko­le­żanka od czasu po­wrotu za­częła jej się bacz­nie przy­glą­dać. Na pewno coś po­dej­rze­wała – le­piej dla niej, żeby nie pró­bo­wała od­kryć tych se­kre­tów, bo może skoń­czyć mar­nie. Nie z ręki Laury oczy­wi­ście, ale z ręki sy­ren. Rasa ta bo­wiem bar­dzo po­waż­nie pod­cho­dziła do spraw swo­jej pry­wat­no­ści. Od­kry­cie ich se­kretu przez czło­wieka ozna­czało dla niego tylko jedno: ry­chłą śmierć. Lau­rze zje­żyły się włosy na gło­wie. Wie­działa, że sy­reny po­tra­fią być bez­li­to­sne w spra­wach eg­ze­kwo­wa­nia swo­jego prawa. Była świad­kiem, jak je­den z dwóch sy­nów władcy zo­stał wy­gnany za nie­sub­or­dy­na­cję.

Czuła, że przyj­dzie dzień, kiedy bę­dzie mu­siała znik­nąć na za­wsze. Na ra­zie sta­rała się o tym nie my­śleć. Z jed­nej strony miała po­czu­cie, jakby nie pa­so­wała do tego świata, a z dru­giej nie chciała się z nim po­że­gnać.

– Laura, po pro­stu wiedz, że je­żeli chcesz nam o czymś po­wie­dzieć, to mo­żesz – pod­su­mo­wała Ewa.

– Wiem, dzięki. Je­ste­ście ko­chane.

– No to? – do­py­ty­wała Mo­nika.

– Nie mogę wam nic po­wie­dzieć. Nie pró­buj­cie od­kryć mo­jej ta­jem­nicy, bo ina­czej będę mu­siała znik­nąć na za­wsze. Ro­zu­mie­cie?

Ewa po­ki­wała smutno głową, na­to­miast Mo­nika za­ci­snęła usta w po­gar­dliwą li­nię.

– My­śla­łam, że je­ste­śmy naj­lep­szymi przy­ja­ciół­kami – nie od­pusz­czała.

– No tak, dla­tego wy­ka­żesz się zro­zu­mie­niem i zo­sta­wisz te­mat.

– Laura. Ja się o cie­bie po pro­stu mar­twię.

– Nie­po­trzeb­nie. Jak wi­dzisz, umiem o sie­bie za­dbać.

Po wyj­ściu z nie­przy­ja­znego parku ru­szyły ma­łym pa­sa­żem pro­wa­dzą­cym do głów­nego dep­taka. Klub znaj­do­wał się tuż za ro­giem.

Do Czeko lu­dzie usta­wiali się w ko­lejce, a przed klu­bem od­by­wała się se­lek­cja. Nie wpusz­czano lu­dzi ubra­nych na spor­towo albo ta­kich, któ­rzy swoim sta­nem zwia­sto­wali ka­ta­strofę. Dziew­czy­nom nie można było nic za­rzu­cić, ale swoje w ko­lejce mu­siały od­cze­kać. Laura za­sta­na­wiała się, czy bram­karz nie przy­czepi się do jej tram­pek.

Przed bramą klubu ktoś nie­pra­wi­dłowo za­par­ko­wał wiel­kiego, czar­nego Har­leya. Do kie­row­nicy straż miej­ska przy­mo­co­wała man­dat – wid­niała na nim naj­wyż­sza do­pusz­czalna suma.

– U… ktoś tro­chę wy­buli za par­ko­wa­nie – za­żar­to­wała Laura, prze­ry­wa­jąc ciężką ci­szę, która to­wa­rzy­szyła im od do­brych kilku mi­nut.

– Po­wiedzmy so­bie szcze­rze, są­dząc po sprzę­cie, stać go – do­dała Ewa.

Je­dyną osobą, która się nie za­śmiała, była Mo­nika. Spło­nęła ru­mień­cem. Trudno było stwier­dzić, czy na­dal się gniewa, czy jej my­śli po­wę­dro­wały gdzieś in­dziej.

– Mo­nika, wiesz czyj to mo­to­cykl? – za­gad­nęła Ewa.

– Nie mam bla­dego po­ję­cia – skła­mała. – O, na­sza ko­lej – do­dała, zmie­nia­jąc te­mat.

– Klub pełny – po­wie­dział bram­karz, za­trzy­mu­jąc je ręką, ni­czym po­li­cjant kie­ru­jący ru­chem.

Mo­nika po­pa­trzyła na niego spode łba. Nie po­zo­sta­wało nic, tylko cze­kać. Dziew­czyny prze­stę­po­wały z nogi na nogę z przodu ko­lejki, obej­mu­jąc rę­koma ra­miona. Po dzie­się­ciu mi­nu­tach zro­biło się dość zimno i nie­przy­jem­nie. Za­dźwię­czał dzwo­nek te­le­fonu Mo­niki – za­mie­niła kilka słów, in­for­mu­jąc swo­jego po­ten­cjal­nego chło­paka, że mar­zną w ko­lejce.

Po chwili ktoś za­dzwo­nił do bram­ka­rza.

– No stoją. Tak? To cie­kawe. No do­bra – po­wie­dział i się roz­łą­czył.

– Wchodź­cie. Ma­cie iść od razu do loży na pię­trze.

Dziew­czyny zo­sta­wiły kurtki w szatni i udały się we wska­za­nym kie­runku.

– Ten twój luby jest tu kimś waż­nym? – spy­tała Ewa.

– Nie wie­dzia­łam o tym – przy­znała Mo­nika. – Ale wy­gląda na to, że tak.

– Jak się po­zna­li­ście?

– Przy­szedł do mnie do banku do­wia­dy­wać się o kre­dyt, a po­tem spo­tka­łam go w tym skle­pie na dole i za­pro­sił mnie na ko­la­cję. Więc po­my­śla­łam so­bie, „a co mi tam” i zgo­dzi­łam się – po­wie­działa Mo­nika, prze­krzy­ku­jąc mu­zykę, kiedy wcho­dziły po pod­świe­tlo­nych od dołu scho­dach. Na po­licz­kach miała ru­mieńce i uśmiech nie scho­dził jej z twa­rzy. Wy­raź­nie cie­szyła się na to spo­tka­nie.

We­szły na pię­tro, tu­taj sta­nęły przed ko­lej­nym ochro­nia­rzem, który tylko na nie ski­nął i otwo­rzył drzwi. Dziew­czyny przy­wi­tała chmura dymu pa­pie­ro­so­wego. Po­mi­ja­jąc fakt, że pa­pie­rosy nor­mal­nie strasz­nie śmier­dzą i są nie­zdrowe, Laura przyj­mo­wała bodźce za­pa­chowe dużo wy­raź­niej niż zwy­kły czło­wiek. Ten smród wy­da­wał jej się nie do znie­sie­nia – był gor­szy niż w ja­skini trolli. W po­miesz­cze­niu je­dy­nym źró­dłem świa­tła były nie­bie­skie węże LED przy­le­pione pod su­fi­tem. Kilku męż­czyzn wstało z czer­wo­nych ka­nap i wy­szło. Zo­stał tylko je­den, ciemny blon­dyn z ku­cy­kiem i w oku­la­rach awia­tor­kach†. Z nogą na no­dze sie­dział wy­god­nie i pa­lił cy­ga­retkę. Był do­brze zbu­do­wany, ubrany w skó­rzaną kurtkę, czarne dżinsy i mo­to­cy­klowe buty z klamrą. No, to już się wy­ja­śniło, czemu Mo­nika nie śmiała się z man­datu. Prze­szła szybko przez lożę i po­ca­ło­wała go w po­li­czek.

– Dziew­czyny, to jest Erik, przy­je­chał na dok­to­rat ze Szwe­cji. Nie mówi po pol­sku, nie­złe cia­cho, nie?

Chło­pak zsu­nął oku­lary i pu­ścił oko do Laury, po­wo­du­jąc, że wpa­dła w szał. Mo­gła wiele o tym fa­ce­cie po­wie­dzieć. Po pierw­sze, na pewno nie miał na imię Erik, po dru­gie, na pewno nie stu­dio­wał, po trze­cie, nie był Szwe­dem. To stek bzdur. Miała na­dzieję, że już go ni­gdy nie spo­tka, a on na bez­czela wcho­dził z bu­tami w jej ży­cie po raz ko­lejny. Kosz­mar ze­szłego lata po­wró­cił.

Chło­pak tak szybko wy­ko­nał ruch pod­ci­na­nia szyi, że ani Mo­nika, ani Ewa nie zdą­żyły tego za­uwa­żyć. Znowu to samo, znowu bę­dzie gro­ził, ma­ni­pu­lo­wał…

Rozdział 5

Włamanie

– Cześć – po­wie­działa Laura su­cho po an­giel­sku.

– No cześć – po­wie­działa ra­do­śnie Ewa.

– To moje przy­ja­ciółki, Laura i Ewa – przed­sta­wiła dziew­czyny Mo­nika.

– Miło was wresz­cie po­znać – po­wie­dział kur­tu­azyj­nie.

– Cie­bie rów­nież! – za­śpie­wała Ewa.

Laura nie po­dzie­lała en­tu­zja­zmu ko­le­ża­nek. Miała ochotę wstać i wyjść, ale nie mo­gła zo­sta­wić dziew­czyn w rę­kach tego psy­cho­paty.

– To czego się na­pi­je­cie? – za­py­tał uprzej­mie.

– Po lampce wy­traw­nego wina.

– Laura, po­mo­żesz mi przy­nieść z baru? – za­py­tał.

Mo­nika po­pa­trzyła na niego zdzi­wiona.

– My­śla­łam, że taki VIP jak ty ma swój pry­watny bar w loży – po­wie­działa za­czep­nie.

– O, to jest do­bry po­mysł, ale, tak czy siak, mu­simy zejść na dół wy­brać al­ko­hole.

– Mo­niko, do­trzy­maj ko­le­żance to­wa­rzy­stwa, my za­raz przyj­dziemy – rzekł i po­ca­ło­wał ją w dłoń.

Laura nie mo­gła uwie­rzyć, że te triki dzia­łały. Mo­nika nie­chęt­nie, ale się zgo­dziła.

Ze­szli scho­dami na dół i prze­ci­ska­jąc się przez tłum na par­kie­cie, po­de­szli do baru. Laura usia­dła na wy­so­kim stołku ba­ro­wym i oparła się o blat. Chło­pak sta­nął obok niej.

– Czego do cho­lery chcesz? – za­py­tała po chwili mil­cze­nia.

– Ja po­pro­szę U-Bo­ota‡ i dwie lampki czer­wo­nego wina – po­wie­dział, pusz­cza­jąc oko do kel­nerki. – Co dla cie­bie?

– Nie wku­rzaj mnie…

– Laura, co tak ostro? Nie cie­szysz się, że wi­dzisz sta­rego zna­jo­mego?

Miała ochotę pod­bić mu oko.

– Nie! Co ty tu ro­bisz? Po­ja­wiasz się na­gle, wcią­gasz w to osoby trze­cie! Śle­dzi­łeś mnie, śle­dzi­łeś moją ko­le­żankę! Je­steś nie­nor­malny! – wy­buch­nęła.

– Spo­koj­nie, chcia­łem po pro­stu spraw­dzić, co u cie­bie. Wiesz, że nie mogę na ra­zie wró­cić na wy­spę. Nie mia­łem się gdzie po­dziać. Ty je­steś je­dyną „swoją”, którą znam.

– Nic dziw­nego, po tym, co zro­bi­łeś, na­leży ci się szu­bie­nica.

– Oj, już nie prze­sa­dzaj. Prze­cież wie­dzia­łem, że nic ci nie grozi…

– A mój pies, a po­zo­stali lu­dzie? Im ra­czej coś gro­ziło…

– No cóż. Prze­pra­szam – po­wie­dział, do­ty­ka­jąc lekko jej ra­mie­nia.

– Za­bierz rękę albo ci przy­łożę – wy­ce­dziła przez zęby. – Znik­nij po pro­stu z na­szego ży­cia.

– Do­piero przy­je­cha­łem. Twoja ko­le­żanka chyba mnie po­lu­biła… – mó­wił lekko.

Laura przy­ło­żyła dło­nie do skroni. Od nad­miaru emo­cji i dymu za­czy­nała bo­leć ją głowa. Gdy już ze­brała my­śli, po­wie­działa bar­dzo ci­cho, nie­mal bła­gal­nie:

– Nie chcę cię tu.

– Daj spo­kój, nie mo­żemy za­po­mnieć o tym, co było?

Za­giel ewi­dent­nie ba­ga­te­li­zo­wał swoje zbrod­nie.

– Ty chyba źle się czu­jesz? Nie! Nie mo­żemy. Moja ko­le­żanka może i cię po­lu­biła, ale za­raz cię znie­lubi, jak jej wszystko po­wiem.

– Ostroż­nie…

– O co ci cho­dzi?

– O nic. Szcze­rze, to po­doba mi się to ludz­kie ży­cie, mo­to­cykl, im­prezy…

– Świet­nie, cie­szę się twoim szczę­ściem, ale idź so­bie żyć po ludzku gdzie in­dziej.

– Laura, daj mi szansę. Wiesz, że źle się czu­jemy wśród lu­dzi, sa­motni. Na pewno mu­sia­łaś już to za­uwa­żyć. Oni są inni. Kie­rują nimi pro­ste emo­cje.

– Nie ma mowy.

– Nie mo­żesz po pro­stu za­po­mnieć o tym, co się stało? Prze­cież wiesz, że ro­bi­łem to dla do­bra aqu­arian. Ga­briel ro­bił gor­sze rze­czy…

Laura mi­mo­wol­nie wzdry­gnęła się po usły­sze­niu tej re­we­la­cji.

– Tak, te­raz pew­nie wy­daje ci się nie do po­my­śle­nia, że twój ko­chany mógłby mieć krew na rę­kach? Po­myśl chwilę. Je­stem jego od­bi­ciem. My­ślisz, że się zgło­si­łem do­bro­wol­nie? Czy wy­ko­rzy­stał mnie i zrzu­cił z klifu? To tylko wierz­cho­łek góry lo­do­wej…

– Prze­stań. Nie chcę tego słu­chać.

– Ach tak… Tak wła­śnie my­śla­łem. Chcesz pa­trzeć na sprawę tak jak ci wy­god­nie.

– Nie oczer­niaj go. Nie masz prawa.

– Wiesz w ogóle, gdzie on jest?

Laura wzru­szyła ra­mio­nami. Oczy­wi­ście, że nie wie­działa, ale nie miała za­miaru prze­grać w tej roz­grywce.

– Od­zy­wał się do cie­bie przez ostatni ty­dzień? – Za­giel po­czuł, że ma asa w rę­ka­wie.

– To nie ma zna­cze­nia.

– Do mnie się od­zy­wał i wiem, gdzie jest. Mi­łego wie­czoru – od­po­wie­dział, za­bie­ra­jąc za­mó­wione al­ko­hole i ru­szył do loży VIP.

Laura ciężko wy­pu­ściła po­wie­trze. To zde­cy­do­wa­nie nie był naj­szczę­śliw­szy dzień w jej ży­ciu. Za­uwa­żyła, że zy­sku­jąc nowe umie­jęt­no­ści, po­ja­wiały się rów­nież ciemne strony jej no­wych mocy. Szybko tra­ciła cier­pli­wość i ła­two się de­ner­wo­wała. Te­raz sie­działa przy ba­rze i mocno ści­skała rę­ko­jeść szty­letu. Ręce świerz­biły ją, aby go wbić w pew­nego blon­dyna z ku­cy­kiem. Nie po­zna­wała się. Jej uwagę zwró­ciły in­for­ma­cje na ekra­nie te­le­wi­zora nad ba­rem. W Mo­rzu Pół­noc­nym zna­le­ziono ciało mar­twego wie­lo­ryba. Zwłoki ssaka osia­dły na mie­liź­nie w oko­li­cach za­chod­niego wy­brzeża Nor­we­gii.

– Przy­czyny śmierci na­dal nie usta­lono – ra­por­to­wała mocno uma­lo­wana młoda re­por­terka. – To już trzeci taki przy­pa­dek w ciągu dwóch mie­sięcy…

„Trzeci przy­pa­dek? Przy­czyny nie usta­lono? A co wy w ogóle wie­cie?”, my­ślała Laura, wście­ka­jąc się na brak pro­fe­sjo­na­li­zmu dzien­ni­ka­rzy i oce­ano­gra­fów.

Ab­so­lut­nie wszystko ją wku­rzało. Kiedy bar­manka za­py­tała, co po­dać, Laura zła­pała się na tym, że szarp­nęła szty­let scho­wany w we­wnętrz­nej kie­szeni kurtki.

– U-Bo­ota, wzmoc­nio­nego.

– Robi się. Ale uwa­żaj, to jest drink mor­derca. Le­piej od razu za­mów so­bie tak­sówkę.

Laura po­pa­trzyła na nią, uno­sząc brwi w nie­do­wie­rza­niu. Bar­manka ob­ser­wo­wała z nie­po­ko­jem, jak dziew­czyna prze­chyla ku­fel i wy­pija za­war­tość jed­nym hau­stem.

– Ża­den drań nie jest tego wart. Wiesz o tym – po­wie­działa do niej pro­sto z mo­stu.

– To nie tak.

Te­raz to bar­manka uno­siła brwi. „Jesz­cze je­den ko­men­tarz i stracę cier­pli­wość”, po­my­ślała Laura. Jed­nak po chwili skar­ciła się w du­chu. Bar­manka prze­cież miała do­bre in­ten­cje. „Kurde, co się ze mną dzieje? To nie w moim stylu…” Czuła się roz­ry­wana na pół. Do jej głowy wkra­dły się nowe uczu­cia – agre­sja, wro­gość, fu­ria. Nie umiała nad tym za­pa­no­wać.

Po­czuła wi­bra­cję te­le­fonu, więc nie­zwłocz­nie wy­jęła go z kie­szeni dżin­sów i ode­brała. Nie­stety, mu­zyka klu­bowa za­głu­szyła roz­mówcę.

– Nic nie sły­szę, je­stem w klu­bie. Za­dzwo­nię póź­niej! Pa! – po­wie­działa.

Po chwili te­le­fon znowu za­drżał. Znie­cier­pli­wiona wy­jęła smart­fon i od­czy­tała wia­do­mość tek­stową:

Nu­mer nie­znany: Ucie­kaj, te­raz! R.

Wy­stu­kała na kla­wia­tu­rze:

Sy­tu­acja pod kon­trolą L.

Po chwili do­stała od­po­wiedź:

Nu­mer nie­znany: Mu­sisz na­tych­miast ucie­kać! Wy­rzuć te­lefon!

To wszystko nie trzy­mało się kupy. Re­mek mu­siał do­wie­dzieć się, że Za­giel tu jest. Laura nie za­mie­rzała przed nim ucie­kać. Tylko o co cho­dziło z wy­rzu­ca­niem te­le­fonu? Za­mó­wiła jesz­cze jed­nego U-Bo­ota i po­szła do loży VIP.

Gdy otwie­rała drzwi, usły­szała, jak pełna en­tu­zja­zmu Mo­nika coś opo­wiada. Jak tylko we­szła do po­miesz­cze­nia, ko­le­żanka prze­rwała hi­sto­rię. Wszyst­kie oczy skie­ro­wane były na nią.

– Dziew­czyny, chcę, że­by­śmy po­je­chały do domu.

– Ja chcę jesz­cze zo­stać – upie­rała się Mo­nika. – Ale wy, jak chce­cie, to jedź­cie. Mnie od­wie­zie Erik.

– Pro­szę was, chcę z wami po­roz­ma­wiać o czymś waż­nym.

– Ju­tro po­ga­damy – po­wie­działa Mo­nika.

– Wła­ści­wie to ja też je­stem zmę­czony – wtrą­cił nie­spo­dzie­wa­nie Za­giel, który przed­sta­wił się jako Erik. Mimo że dziew­czyny roz­ma­wiały po pol­sku, zo­rien­to­wał się, że kłócą się o po­wrót. – We­zwę nam tak­sówki. Nie mogę pro­wa­dzić po al­ko­holu.

Laura wie­trzyła w tym ko­lejny pod­stęp. W każ­dym ra­zie naj­waż­niej­sze, żeby po­je­chały do domu.

Oka­zało się, że ze względu na duży ruch bra­kuje tak­só­wek i wszy­scy mu­szą je­chać jedną ta­ryfą.

– Ewa, po­daj panu ad­res – po­pro­sił Za­giel, gdy wsie­dli.

Od­wieźli ją pod blok.

– Twoja ko­lej, Mo­niko – za­su­ge­ro­wał uprzej­mie.

– Moja? My­śla­łam, że naj­pierw od­wie­ziemy Laurę… – Mo­nice nie spodo­bał się taki ob­rót spraw.

– Nie. Laura mieszka bli­sko mo­jego ho­stelu. Tak bę­dzie wy­god­niej.

Gdy Mo­nika wy­sia­dła, Za­giel prze­siadł się do przodu.

– Po­pro­simy do Ho­stelu Wik­to­riań­skiego – oznaj­mił.

Tak­siarz ski­nął głową i ru­szył z dziw­nym uśmiesz­kiem. Jego mina wy­ra­żała uzna­nie dla Za­giela, który w jego oczach ob­ra­cał pa­nien­kami, jak tylko chciał, a one i tak ja­dły mu z ręki.

Laura po­słała mu kar­cące spoj­rze­nie do lu­sterka wstecz­nego. Na przed­niej szy­bie po­ja­wiły się ma­leń­kie kro­pelki desz­czu. Tak­sówka wje­chała na pod­jazd ho­stelu. Za­giel roz­li­czył się, zo­sta­wia­jąc kie­rowcy hojny na­pi­wek.

– Wie­dzia­łem, że się sku­sisz – po­wie­dział, za­my­ka­jąc po­woli drzwi. Za­dbał, aby tak­siarz to usły­szał, nie wia­domo po co. Ach, to mę­skie ego.

– Słu­chaj, chcę ci po­wie­dzieć jedno. Trzy­maj się od nas z da­leka – oznaj­miła twardo, igno­ru­jąc jego dwu­znaczną uwagę.

– A je­żeli się nie zgo­dzę?

Laura wzru­szyła ra­mio­nami i od­wró­ciła się na pię­cie. Nie chciało jej się dłu­żej dys­ku­to­wać. Jej ka­mie­nica mie­ściła się po dru­giej stro­nie ulicy, dwa nu­mery da­lej. Ru­szyła pew­nie, nie oglą­da­jąc się za sie­bie. Te­raz nie bała się Za­giela tak bar­dzo. Na­dal była słab­sza niż on w walce, ale przy­naj­mniej już nie taka bez­bronna jak w wa­ka­cje.

„Po co on się tu po­ja­wił? Co znowu knuje?”

Dźwięk zna­jo­mej me­lo­dii wy­gry­wa­nej na skrzyp­cach prze­rwał ci­szę. Laura wy­cią­gnęła te­le­fon jedną ręką z tyl­nej kie­szeni dżin­sów. Dzwo­nił nu­mer zza gra­nicy. Trzę­sącą ręką od­blo­ko­wała ekran i na­ci­snęła zie­loną słu­chawkę.

– Laura, słu­cham?

– Hej, piękna – przy­wi­tał ją po an­giel­sku sa­ty­nowy głos. Jej serce za­trze­po­tało jak ko­li­be­rek.

– Ga­briel, na­resz­cie! Co się dzieje?

Za­wró­ciła w stronę skwerku przy sta­cji ben­zy­no­wej. Złe emo­cje od razu roz­pły­nęły się ni­czym ciemne chmury po desz­czu.

– Nic spe­cjal­nego. Nie mogę za długo roz­ma­wiać. Wiesz, jak jest.

– Wiem.

Ni­czego nie pra­gnęła bar­dziej niż usiąść z nim na jed­nej ka­na­pie i roz­ma­wiać do rana przy bu­telce słod­kiego wina. Miała mu tyle do opo­wie­dze­nia.

– Dzwo­nię, żeby ci prze­ka­zać coś waż­nego. Nie przy­jeż­dżaj.

Laurę za­tkało i po­czuła, jak do żo­łądka wpa­dła jej bryła lodu. „No tak, kło­poty…”

– Coś się stało? Nie usta­li­li­śmy na­wet ter­minu… – spy­tała, sia­da­jąc na murku pod wielką aka­cją. Z ca­łych sił sta­rała się nie oka­zać roz­cza­ro­wa­nia i nie wpa­dać w pa­nikę.

– Ech. Ogól­nie jest kiep­sko. Od­wo­ła­nie ślubu z Arianą nie zo­stało do­brze przy­jęte w nie­któ­rych krę­gach. Ro­dzice roz­ka­zali, by na ra­zie się nie afi­szo­wać – wiesz, o co cho­dzi.

Laura prze­łknęła ślinę.

– To ty przy­jedź. Moje ko­le­żanki chcą cię po­znać.

– Nie dam rady.

– Nie mó­wię, że w tym mo­men­cie. Może za ty­dzień?

– Bar­dzo bym chciał, ale mam tu tro­chę obo­wiąz­ków.

– Za dwa?

– Nie­stety.

– No to kiedy? – si­liła się na wy­ro­zu­mia­łość.

– Na­prawdę nie wiem.

– A jest coś, co wiesz? Na przy­kład znasz datę na­szego ślubu?

Ga­briel mil­czał. Laura po­czuła, jak wszyst­kie nerwy w jej ciele za­ma­rzają. Czy on ją spła­wiał? Roz­my­ślił się?

– Ro­zu­miem – po­wie­działa szorstko. – Też uwa­żam, że nie po­win­ni­śmy się spie­szyć. Ale mu­sisz wie­dzieć, że nie będę cze­kać w nie­skoń­czo­ność.

– Co przez to ro­zu­miesz?

– Tak tylko mó­wię. Zmieńmy te­mat.

– Okej. Co u cie­bie?

– A w po­rządku. – Laura za żadne skarby nie chciała dać po so­bie po­znać, jak ją to za­bo­lało. – By­łam dzi­siaj z dziew­czy­nami na bab­skim wie­czo­rze. Ewa opo­wia­dała nam o tym, ja­kie do­stała pre­zenty. I nie zgad­niesz, kto do nas póź­niej do­łą­czył?

– Nie znam two­ich zna­jo­mych.

– Tego znasz. Za­giel.

– Nie dziwi mnie to. No to go po­zdrów.

– Tak po pro­stu?

– A co?

– Cze­kaj, prze­li­te­ruję ci to: Z A G I E L – twój nik­czemny brat, przez któ­rego pra­wie zgi­nę­łam w ostat­nie wa­ka­cje. Który na­ściem­niał ci, że nie żyję, a po­tem po­wie­dział kłam­stwo, ja­kich mało – że niby ja z nim. Za­bra­niał mi z tobą po­roz­ma­wiać. Czy coś ci świta?

– Prze­sa­dzasz.

Laura nie wie­rzyła wła­snym uszom. Jego brak zro­zu­mie­nia spra­wiał, że miała ochotę coś roz­wa­lić.

– No cóż. Po­win­nam się cie­szyć. Cho­ciaż je­den z braci Se­ihval ma dla mnie czas.

Pró­bo­wała na­dep­nąć mu na od­cisk.

– Laura, ja na­prawdę nie mam czasu na te twoje gierki i pro­blemy. Mam tu po­ważne sprawy. Będę koń­czyć.

– Ja­sne. Kończ. Ja so­bie po­ra­dzę.

– Ech, nie za­cho­wuj się, jak­byś miała mu­chy w no­sie.

– Ga­brielu, po­trze­buję cię w swoim ży­ciu. Po­trze­buję cza­sami po­ga­dać o spra­wach, które mnie mę­czą. Nie wiem, jak so­bie wy­obra­ża­łeś nasz zwią­zek, ale ja wła­śnie tak – że jedno bę­dzie dla dru­giego wspar­ciem. Pro­szę więc, od­po­wiedz, kiedy cię zo­ba­czę. Mogę przy­le­cieć do Nor­we­gii na week­end i spo­tkamy się na przy­kład w Oslo. Nie mu­szę po­ka­zy­wać się na wy­spie, je­żeli ma to być źle ode­brane.

– Nie. Nie mogę się na ra­zie z tobą wi­dy­wać.

– Nie znaj­dziesz czasu?

– Nie umiem ci od­po­wie­dzieć.

– Czy na­prawdę ocze­kuję nie­moż­li­wego? – Czuła się jak kre­tynka, na­tar­czywa kre­tynka.

Ga­briel nie od­po­wia­dał. Wy­da­wało jej się, że za­pro­po­no­wała wszyst­kie do­stępne opcje, a on każdą od­rzu­cił.

– Okej. W ta­kim ra­zie… – serce biło jej bar­dzo mocno i głos się ła­mał. – Nie wi­dzę dla nas przy­szło­ści. Na­sze wi­zje związku roz­jeż­dżają się w róż­nych kie­run­kach.

– Laura… To nie tak.

– Także Ga­brielu Se­ihval, je­śli w tej chwili nie od­szcze­kasz tego, że nie przy­je­dziesz, to…

– To co?

– Ko­niec.

– Laura… nie gnie­waj się.

– Nic nie od­po­wiesz? Kiedy cię zo­ba­czę? – Już miała łzy w oczach. – Za mie­siąc?

– Nie mogę nic obie­cać.

– Zmie­ni­łeś zda­nie?

– Nie bądź śmieszna.

– Wo­bec tego od­po­wiedz. Co jest dla cie­bie waż­niej­sze niż my?

Nie wy­trzy­mała ko­lej­nej próby prze­mil­cze­nia.

– Co się dzieje? – drą­żyła te­mat.

– Nic ta­kiego.

– Nic ta­kiego? Przez nic ta­kiego zo­sta­wiasz mnie w sta­nie ja­kie­goś dziw­nego za­wie­sze­nia?

Ga­briel w su­mie ni­gdy nie po­wie­dział, że ją ko­cha. Oświad­czył się, to prawda. Wy­star­czyło, żeby resztę so­bie do­śpie­wała? Miał coś, co ją przy­cią­gało i wy­da­wało jej się, że to mi­łość. Na­gle prze­stra­szyła się, że to może nie wy­star­czyć.

– Laura, zro­zum, mam przez cie­bie pro­blemy.

Nie wie­działa, jak ma to ro­zu­mieć. Ża­ło­wał pod­ję­tej de­cy­zji? Prawdę mó­wiąc, to Ariana pod­jęła de­cy­zję. On na nią przy­stał. Czy pod­jąłby ją sam? Za­czy­nała wąt­pić w praw­dzi­wość tego uczu­cia.

– Skoro je­stem dla cie­bie pro­ble­mem, to dajmy so­bie spo­kój – po­wie­działa bar­dzo po­woli, ce­dząc każde słowo.

– Nie do końca o to mi cho­dziło, że ty jako ty.

– Nie tłu­macz się. Wy­star­czy.

– Skoro tak sta­wiasz sprawę.

– Nie przy­je­dziesz?

– Nie – głos miał smutny i zimny jak ka­mień.

Po­krę­ciła głową, pró­bu­jąc wy­ma­zać to, co wła­śnie usły­szała. Trzę­sły jej się ko­lana, jakby za­miast sta­wów i tka­nek wy­peł­niła je nie do końca za­sty­gła ga­la­reta. W ta­kich chwi­lach pró­bo­wała uda­wać przed samą sobą, że za­cho­wuje hart du­cha i zimną de­ter­mi­na­cję. Chciała mu po­ka­zać, że nie jest je­dyny na świe­cie. Do niej usta­wia się ko­lejka. Czy na­prawdę Ga­briel my­ślał, że może ją w ten spo­sób trak­to­wać?

Stare po­rze­ka­dło gło­siło: „Pa­mię­taj dziew­czyno, jak męż­czyź­nie za­leży, to żeby świat się wa­lił, znaj­dzie spo­sób, żeby się z tobą skon­tak­to­wać”.

Po­sta­no­wiła po­sta­wić wszystko na jedną kartę. Ła­ski bez!

– Świet­nie – po­wie­działa cierpko. – W ta­kim ra­zie że­gnam na za­wsze!

Roz­łą­czyła się. Świat za­wi­ro­wał, jakby miała ze­mdleć.

„Co ja wła­śnie zro­bi­łam?” Pod­cią­gnęła nogi pod klatkę pier­siową i upar­cie hip­no­ty­zo­wała swój te­le­fon, sku­biąc ner­wowo róg kurtki. Nie od­dzwo­nił.

Rozdział 6

Łowcy głów

Laura z im­pe­tem otwo­rzyła drzwi na klatkę scho­dową. Miesz­kała w jed­nej z pięk­niej­szych mo­der­ni­stycz­nych ka­mie­nic, pa­mię­ta­ją­cej jesz­cze czasy przed­wo­jenne. Wzdłuż sze­ro­kich scho­dów wiła się ele­gancka, szara po­ręcz, a na każ­dym pię­trze znaj­do­wały się dwie pary wy­so­kich, dę­bo­wych drzwi. Wspięła się po scho­dach na dru­gie pię­tro i po­czuła, jak serce pod­cho­dzi jej do gar­dła. Wszystko wska­zy­wało na to, że ktoś był w jej miesz­ka­niu. Lekko uchy­lone drzwi skrzy­piały nie­znacz­nie, wpusz­cza­jąc do środka smugę świa­tła z klatki scho­do­wej. Bez wa­ha­nia wy­cią­gnęła szty­let i sta­nęła po ci­chu przy ścia­nie koło wej­ścia, go­towa do ataku. Na­słu­chi­wała. W gęst­nie­ją­cym mroku ktoś się czaił, po od­gło­sach kro­ków usta­liła, że są to dwie do­ro­słe osoby. Gdzie do cho­lery był Leon? Sku­piła się na po­szu­ki­wa­niu dźwięku czte­rech łap, ale nie­stety nic ta­kiego nie usły­szała. Wy­tę­żyła słuch i w końcu od­na­la­zła ci­che bi­cie psiego ser­duszka – dwa razy wol­niej­sze niż nor­mal­nie. Fala wście­kło­ści ją za­mro­czyła. Go­towa była wpa­ro­wać do miesz­ka­nia i zgła­dzić wła­my­wa­czy na miej­scu, nie za­da­jąc py­tań.

– Ej, Ted – dźwięk głosu jed­nego z nich wy­cią­gnął ją z ot­chłani czy­stego obłędu. – Wy­daje mi się, że ta rybka tu nie wróci.

– Wróci po psa, głą­bie – od­po­wie­dział Ted.

Kim oni, u dia­bła, byli? Laura nie roz­po­zna­wała ich gło­sów ani nie przy­po­mi­nała so­bie żad­nego Teda. W do­datku na­zy­wali ją „rybką”. Czyżby znali jej dru­gie ob­li­cze? Ale skąd?

– A co je­żeli, wiesz… Rzuci na nas czar?

– Nie bądź śmieszny, Ju­ras.

Ju­ras i Ted. Te imiona lub ksywy nic jej nie mó­wiły.

– Wiesz, że one są sprytne i po­do­bno nie­by­wale piękne.

– Na szczę­ście je­ste­śmy przy­go­to­wani.

Laura po­sta­no­wiła dzia­łać. Ży­cie jej psiego przy­ja­ciela było w nie­bez­pie­czeń­stwie. W ostat­nie wa­ka­cje pra­wie go stra­ciła. Wtedy czuła, że serce pęka jej na dwie czę­ści. Wy­krę­ciła nu­mer po­li­cji i po­cze­kała na sy­gnał.

– Halo?

– Dzień do­bry, na­zy­wam się Laura Irys, w moim domu są wła­my­wa­cze, je­stem na klatce. Ulica Sien­kie­wi­cza 56 miesz­ka­nia 10 – po­wie­działa ci­chutko.

– Już wy­sy­łam pa­trol.

Laura scho­wała te­le­fon i da­lej trzy­mała w po­go­to­wiu nóż.

– Ted! Szybko. Bed­narz mówi, że wła­śnie użyła te­le­fonu. Już tu jest – szep­tał. – Scho­waj się.

Laurę za­mu­ro­wało. Jaki Bed­narz, do ja­snej anielki, i skąd wie­dział, że wła­śnie użyła te­le­fonu?

Przy­po­mniał jej się ta­jem­ni­czy SMS od Remka (naj­praw­do­po­dob­niej od niego – nie znała ni­kogo in­nego o imie­niu na R): „Ucie­kaj, wy­rzuć te­le­fon!”. Ad­re­na­lina pul­so­wała w jej ży­łach. Czyli wcale nie cho­dziło o Za­giela. Wła­my­wa­cze też nie byli ama­to­rami szu­ka­ją­cymi bank­no­tów w skar­pe­cie pod łóż­kiem.

– Wy­co­fał gliny – Ju­ras za­mel­do­wał Te­dowi, jak się sprawy mają.

„Jak to wy­co­fał? To się nie może dziać na­prawdę. Kim są ci lu­dzie?” Na­gle drzwi ka­wa­lerki otwo­rzyły się i wy­sko­czył do­brze zbu­do­wany męż­czy­zna z ko­mi­niarką na twa­rzy i ja­kimś dziw­nym urzą­dze­niem emi­tu­ją­cym fale. Laura miała wra­że­nie, jakby świat się ko­ły­sał. Czas zwol­nił. To urzą­dze­nie ją ogłu­piało, otę­piało jej zmy­sły. Po­czuła się, jakby stała na statku pod­czas sztormu, a wiel­kie fale igrały z ło­dzią, ko­ły­sząc nią na boki. Zła­pała się za po­ręcz, żeby za­cho­wać rów­no­wagę. Szty­let upadł na pod­łogę z brzę­kiem, a na­past­nik kop­nął go tak, że sto­czył się po scho­dach na dół.

– Ju­ras, szybko, kaj­dany!

Kaj­dany? To słowo prze­biło się przez chmurę otę­pie­nia wprost do świa­do­mo­ści Laury.

Pod­sko­czyła, jak mo­gła naj­wy­żej, po­ry­wa­jąc z sobą trzy­ma­ją­cego ją za nad­garstki Ju­rasa. Wy­lą­do­wała na pół­pię­trze.

– Złap ją za usta – krzy­czał Ted. – Nie po­zwól jej się ode­zwać!

Sy­reny, oprócz wszyst­kich cu­dow­nych wła­ści­wo­ści, miały jesz­cze jedną umie­jęt­ność, którą mo­gły wy­ko­rzy­stać w walce z ludźmi i trol­lami. Po­tra­fiły wy­da­wać dźwięki, które pa­ra­li­żo­wały prze­ciw­nika. Laura te­raz ża­ło­wała, że się jesz­cze tego nie na­uczyła.

Zro­biła głę­boki wdech i za­nu­ciła pierw­szą wolną me­lo­dię, jaka jej przy­szła do głowy – „Ima­gine” Johna Len­nona. Na­past­nicy pa­trzyli na nią zdu­mieni. Jej głos sam się zwie­lo­krot­nił i roz­cią­gał. Bacz­nie ob­ser­wo­wała opry­chów, jed­nak ża­den z nich nie wy­glą­dał, jakby był spa­ra­li­żo­wany. „Dość tego cyrku”, stwier­dziła i po­sta­no­wiła wró­cić do tra­dy­cyj­nych me­tod uniesz­ko­dli­wia­nia prze­ciw­ni­ków. Ju­ras cały czas trzy­mał ją za nad­garstki, roz­cią­gnęła więc ręce na dwie strony i ude­rzyła go głową w twarz. Ju­ras osu­nął się na ścianę nie­przy­tomny. Z nosa spły­wała mu strużka krwi. Je­den z głowy. Do­słow­nie.

– Twoja ko­lej, Ted! – po­wie­działa, scho­dząc po scho­dach.

Ted po­pa­trzył na nią zdzi­wiony i za­czął coś prze­sta­wiać w urzą­dze­niu. Na­gle do jej uszu do­biegł ostry, nie­przy­jemny świst, który wwier­cał się jak śru­bo­kręt pro­sto do mó­zgu. Zła­pała się za uszy i pa­dła na ko­lana.

– Nie, moja złota rybko – po­wie­dział Ted, za­kła­da­jąc jej kaj­danki.

– Wy­łącz to!

Wło­żył urzą­dze­nie za pa­sek i za­cią­gnął ją do miesz­ka­nia, za­my­ka­jąc drzwi kop­nia­kiem. Rzu­cił ją na sofę, a sam usiadł na ta­bo­re­cie na­prze­ciwko. Z nor­mal­nymi kaj­dan­kami nie mia­łaby pro­blemu, ale te były dziwne. Przy każ­dej pró­bie na­cią­gnię­cia ma­te­riału po­ra­żały ją prą­dem. W do­datku Ted trzy­mał ją na muszce, na szczę­ście wy­łą­czył urzą­dze­nie po­wo­du­jące szum w gło­wie. Od­szu­kała pa­nicz­nym wzro­kiem Le­ona. Psiak le­żał na pod­ło­dze i bar­dzo po­woli od­dy­chał. Wy­glą­dał, jakby spał.

– Co mu zro­bi­li­ście? – za­py­tała z wy­rzu­tem. Oczyma wy­ob­raźni za­ci­skała dło­nie na gar­dle Teda.

– Nie martw się, nic mu nie bę­dzie. Czego nie można po­wie­dzieć o to­bie – za­śmiał się z wła­snego żartu.

Laura spoj­rzała na niego jak na ostat­niego kre­tyna.

– Kim je­steś?

Na­past­nik zi­gno­ro­wał jej py­ta­nie. Wy­jął ko­mórkę i wy­brał nu­mer.

– Mam ją. Ju­ras nie­przy­tomny. Wy­ślij wspar­cie i więź­niarkę… Nie tę… Daj tę opan­ce­rzoną. Szybko, bo spie­szę się do domu na mecz.

Więź­niarkę opan­ce­rzoną? Na­dal czuła się słabo po tym obez­wład­nia­ją­cym dźwięku.

Żeby zre­ge­ne­ro­wać siły, mu­siała do­stać się do wody.

– Daj mi pić – po­wie­działa twardo.

– Nie ze mną te nu­mery.

Po pięt­na­stu mi­nu­tach mil­cze­nia prze­rwała ci­szę.

– Co się te­raz ze mną sta­nie?

– Nie wiem i wolę nie wie­dzieć – wzru­szył ra­mio­nami.

– Jak to nie wiesz?

– To zwy­kłe zle­ce­nie, nic oso­bi­stego… – Ted ani na chwilę nie spu­ścił jej z oczu, na­dal ce­lu­jąc lufą w serce.

– Zwy­kłe zle­ce­nie? – zdzi­wiła się Laura, uno­sząc brwi.

– Wy­jąt­kowo do­brze płatne.

Laura już miała za­dać ko­lejne py­ta­nie, kiedy roz­le­gło się pu­ka­nie do drzwi.

– Na­resz­cie – po­wie­dział pod no­sem Ted. – Zdążę jesz­cze na pierw­szą po­łowę…

Do miesz­ka­nia wkro­czył męż­czy­zna ubrany na czarno, w ko­mi­niarce, z ka­ra­bi­nem pod pa­chą.

– Do­bra ro­bota – za­sa­lu­to­wał. – Przej­muję ją.

– Po­mogę ci ją prze­nieść do cię­ża­rówki. Strasz­nie wierzga.

– To nie bę­dzie ko­nie­czne.

Ted po­pa­trzył na niego po­dejrz­li­wie. Laura zre­zy­gno­wana ob­ser­wo­wała ich buty. Ten, który przy­szedł, miał mo­to­cy­klowe botki…

– Ha­sło?

– Co?

– Po­daj ha­sło ope­ra­cji – po­wie­dział Ted, ce­lu­jąc w niego bro­nią.

– Yyyy… Ade­no­zy­no­tri­fos­fo­ran!

– Co?

– Wi­dzisz, mam tu taki pa­pro­szek – po­ka­zał na kostki w pra­wej dłoni, po czym z ca­łej siły za­mach­nął się i po­czę­sto­wał Teda pię­ścią w twarz. – Wpadł ci do oka?

Od­wró­cił się do Laury i zdjął ko­mi­niarkę.

– Za­giel? Co ty tu…?

– Wie­jemy! Za­raz przy­jadą na­stępni! – po­wie­dział, zdej­mu­jąc jej kaj­danki.

– Bierz tylko to, co po­trzeba. Ja we­zmę Le­ona. Wyj­dziemy przez su­szar­nię. Za­par­ko­wa­łem na ty­łach ka­mie­nicy…

– Za­giel… ale…?

– Nie czas na py­ta­nia. Opo­wiem ci po dro­dze. Ru­szaj się! – po­sta­wił ją na nogi i za­pro­wa­dził do zlewu w kuchni. Wło­żył jej głowę pod zimny stru­mień.

Laura oprzy­tom­niała na­tych­miast. Po­pa­trzyła na niego zdu­miona, po czym szybko za­częła pa­ko­wać rze­czy. Usły­szeli, że ja­kieś więk­sze auto pod­jeż­dża na par­king.

Za­giel wy­chy­lił się przez okno i za­nu­cił de­li­katną me­lo­dię. Z auta nikt nie wy­siadł.

– Mu­sisz mnie tego na­uczyć – po­wie­działa Laura.

Za­giel za­rzu­cił spor­tową torbę na ra­mię, wziął Le­ona na ręce i otwo­rzył drzwi nogą. Wy­szedł na klatkę scho­dową i zszedł do su­szarni. Laura wy­cią­gnęła nie­przy­tomne ciel­sko Teda na klatkę i kop­nęła tak, że sto­czyło się po scho­dach. Za­mknęła drzwi i po­bie­gła po szty­let.

Te­le­fon Teda za­dzwo­nił, spra­wia­jąc, że się wzdry­gnęli. Po­pa­trzyła py­ta­jąco na Za­giela.

– Chodź! – po­go­nił ją.

Na­gle usły­szeli, że drzwi cię­ża­rówki się otwie­rają.

– Pójdę spraw­dzić, co tak długo. Ted nie od­biera – mó­wił je­den fa­cet do dru­giego.

Laura i Za­giel za­częli biec w stronę su­szarni. Gdy tylko za­mknęli za sobą drzwi, usły­szeli, że ktoś wcho­dzi na klatkę scho­dową i idzie na górę.

– Po­cze­kaj tu – po­wie­dział Za­giel, od­da­jąc jej psa, kła­dąc torbę na ziemi i jed­no­cze­śnie za­bie­ra­jąc jej szty­let.

Nie zdą­żyła od­po­wie­dzieć, a on już był na klatce tuż za męż­czy­zną. Po chwili usły­szała jęk zdzi­wie­nia, prze­kleń­stwo, kilka strza­łów i krzyk męż­czy­zny. Za­sty­gła, przy­ci­ska­jąc ucho do zim­nych drzwi su­szarni. Za­giel nie wra­cał.

Po­ło­żyła Le­ona na ziemi. Na szczę­ście pies od­dy­chał równo. Mu­sieli mu po­dać mocne leki usy­pia­jące, a może na­wet nar­kozę.

– No, gdzie on jest? – nie­cier­pli­wiła się. In­stynk­tow­nie po­ło­żyła rękę na klamce i już miała ją na­ci­snąć. Na­gle ktoś za­pu­kał w okno su­szarni, spra­wia­jąc, że się wzdry­gnęła, a strach zaj­rzał jej do serca.

– Szybko! – Za­giel po­na­glał z po­dwórka.

Laura pod­bie­gła do okna, otwo­rzyła je i wy­rzu­ciła torbę na traw­nik. Po­tem de­li­kat­nie wzięła śpią­cego Le­ona i po­dała go przez okno Za­gie­lowi, który za­niósł psa i uło­żył na tyl­nym sie­dze­niu czar­nego forda mon­deo. Laura za­ła­do­wała torbę do ba­gaż­nika i wsko­czyła na sie­dze­nie pa­sa­żera z przodu. Za­giel usiadł na miej­scu kie­rowcy, wy­cią­gnął spod kie­row­nicy ka­ble i złą­czył dwa, uru­cha­mia­jąc za­płon. Laura po­pa­trzyła na niego py­ta­jąco.

– Nie zdą­ży­łem do wy­po­ży­czalni sa­mo­cho­dów – po­wie­dział.

No cóż, w tych oko­licz­no­ściach była mu w sta­nie to wy­ba­czyć.

Wci­snął gaz do de­chy i ru­szyli z pi­skiem opon.

– Kto to był? – spy­tała.

– Nie wiem. Mó­wili coś?

– Wiem, że je­den na­zy­wał się Ted, a drugi Ju­ras, po­ma­gał im Bed­narz. Ted po­wie­dział, że to nic oso­bi­stego, ko­lejne zle­ce­nie, i że skoń­czy się to dla mnie źle.

– W schowku jest CB-ra­dio. Wy­cią­gnij i włącz.

Wy­ko­nała po­słusz­nie po­le­ce­nie i za­mon­to­wała sprzęt na uchwy­cie przy szy­bie.

Za­giel po­maj­stro­wał przy urzą­dze­niu i po chwili usły­szeli roz­mowę.

– Zero sie­dem, zgłoś się!

– Je­stem, wiesz, że to było śmieszne tylko raz.

– Wpa­dło zgło­sze­nie na ulicę Sien­kie­wi­cza, dzwo­niący do­no­sił, że sły­szał strzały.

– Jadę tam.

Przez ra­dio i przez okno usły­szeli, jak włą­cza się sy­rena. W od­dali zo­ba­czyli nie­bie­skie świa­tła ko­guta.

– Mia­łem tam zgło­sze­nie około go­dziny temu. Ale dziew­czyna, która dzwo­niła, po­do­bno ma orze­cze­nie o nie­peł­no­spraw­no­ści umy­sło­wej. Za­dzwo­niła drugi raz i po­wie­działa, że to jed­nak mi­sie ko­ala.

Laura po­pa­trzyła z nie­do­wie­rza­niem na ra­dio. Za­giel zje­chał ostroż­nie na pas do par­ko­wa­nia i zga­sił świa­tła.

– Co ro­bisz? Po­win­ni­śmy ich za­trzy­mać i po­wie­dzieć, co się na­prawdę stało.

– Nie mo­żemy. Za­bi­łem czte­rech lu­dzi. Mu­sia­łem upew­nić się, że nie będą nas śle­dzić.

– Co­ooo??? Zwa­rio­wa­łeś??? Wsa­dzą cię za to za kratki. Ludz­kie wię­zie­nia są dużo gor­sze niż wy­gna­nie.

– Ci­cho… nie mo­głem ry­zy­ko­wać.

– Tak czy owak, ja mogę wró­cić i zło­żyć ze­zna­nia, że mnie za­ata­ko­wali i na­gle po­ja­wił się za­ma­sko­wany wy­ba­wi­ciel, który ich wy­koń­czył.

Za­giel od­pa­lił sil­nik i za­wró­cił auto. Ra­dio znowu za­szu­miało.

– Cztery ciała męż­czyzn leżą na klatce scho­do­wej. Wy­cią­gnęli ko­pyta o 23:34…

– Ekhm… Rul­ski, mam na­dzieję, że nie za­pi­su­jesz tak ra­portu…

– …Przy­czyna śmierci nie­znana. Wzy­wam wspar­cie. Wy­ślij­cie de­tek­tywa Mi­sia, ko­ro­nera i resztę tej bandy – za­mel­do­wał Rul­ski.

– Rul­ski, ja cię sły­szę!

– Prze­pra­szam pa­nie ko­men­dan­cie.

Za­giel je­chał po­woli i spo­koj­nie jak gdyby ni­gdy nic. Mi­nęli Ho­stel Wik­to­riań­ski i pod­je­chali pod ka­mie­nicę Laury. Już dwa sa­mo­chody stały na sy­gnale, blo­ku­jąc do­jazd do ka­mie­nicy. Dwóch po­li­cjan­tów roz­wi­jało ta­śmę po­li­cyjną, a po prze­ciw­nej stro­nie ulicy ze­brał się nie­mały tłum ga­piów. Za­giel bar­dzo po­woli omi­nął sa­mo­chód po­li­cyjny i po­je­chał da­lej.

– Co ro­bisz? My­śla­łam, że zro­zu­mia­łeś, że chcę zło­żyć ze­zna­nia.

– Laura, zejdź na zie­mię. Ten, kto ich wy­na­jął, po­ciąga za sznurki także w po­li­cji.

– Prze­cież ko­mi­sa­riat to naj­bez­piecz­niej­sze miej­sce.

Za­giel za­śmiał się kwa­śno.

– Lauro, przy­kro mi, ale mu­simy znik­nąć. Przy­naj­mniej na ja­kiś czas. Tu nie je­steś bez­pieczna.

– No, za­bi­łeś prze­cież tych, co po mnie przy­szli. Na­dal nie wiem, kto to był.

– To łowcy głów.