Skazana przez mafię. Bracia Vedetti. Tom 2 - Ada Tulińska - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Skazana przez mafię. Bracia Vedetti. Tom 2 ebook i audiobook

Ada Tulińska

4,3

235 osób interesuje się tą książką

Opis

Świat prawa i przestępczy półświatek może połączyć tylko dzika namiętność.

Łucja na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie kruchej i słabej, jest jednak zdeterminowana, aby jako nowo mianowany prokurator regionalny jak najlepiej wywiązać się ze swoich obowiązków. Przy okazji chce pomścić śmierć siostry, która kilka lat wcześniej przedawkowała narkotyki. Łucja jest bezwzględna, nieprzekupna, a do tego… nieprzytomnie zakochana w Aleksandrze, który próbuje pozyskać ją dla wrocławskiego bossa narkotykowego.

Mężczyzna znajdzie się w najgorszej możliwej sytuacji, rozdarty między lojalnością wobec rodziny a nowo odkrytym uczuciem do pani prokurator. Kiedy otrzyma zadanie, aby rozwiązać problem raz na zawsze, będzie musiał podjąć najtrudniejszą decyzję w swoim życiu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 312

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 18 min

Lektor: Ada Tulińska

Sortuj według:
galziel

Dobrze spędzony czas

Przyjemnie się słuchało tego audiobooka. Jednak nie porwała mnie szczególnie ta lektura.
00

Popularność




Słowo od Autorki

Fabuła Skazanej przez mafię stanowi odrębną historię, ale jest jednocześnie kontynuacją wydarzeń znanych z poprzedniego tomu – Zależnej od mafii. Doradzam przeczytać go w pierwszej kolejności, ponieważ bohaterowie, którzy tam zaistnieli, pojawiają się teraz w wątkach pobocznych.

Życzę mnóstwo emocji podczas lektury!

1

Aleksander

– Skarbie, na ciebie jużczas – rzuciłem, a śliczna blondynka zamrugała i ziewnęła.

– A może zdrzemniemy się chwilę i druga runda? – zaproponowała, wtulając policzek w mój tors. Natychmiast zalała mnie fala niechęci. Z trudem się powstrzymałem, żeby jej z siebie nie zepchnąć.

– To tak nie działa. Jestem zmęczony. – Odsunąłem się i odwróciłem na drugi bok. – Pieniądze są na stole.

Dziewczyna westchnęła niezadowolona, wysunęła się spod ciepłej kołdry i zaczęła się ubierać. Nawet nie pamiętałem, jak ma na imię. Jakoś na D… Daria, Diana? Włożyła złotą sukienkę i zaczęła przeczesywać jasne włosy palcami. Widziałem jej odbicie w szybie hotelowego okna.

– Myślałam, że moglibyśmy… – zaczęła nieśmiało, zerkając na mnie przez ramię.

– Nie – przerwałem jej oschle, nie zaszczycając jej nawet spojrzeniem.

Kolejna laska, która pomyliła swoje żałosne życie ze scenariuszem Pretty Woman. Zaczynało mnie to już irytować. Naprawdę nie lubiłem ich tak obcesowo wyrzucać. Wybierałem dziewczyny z wyższej półki, były zadbane, piękne i dobrze ubrane. Płaciłem mnóstwo hajsu, żeby się świetnie bawić i nie mieć problemów. Wygląda jednak na to, że jestem zbyt miły, bo dziewczyny coraz częściej pytają o kolejne spotkania i proponują, że nie pobiorą za nie opłaty. Chyba każda z nich marzy o tym, by jakiś przystojny bogacz wyciągnął ją z bagna, w którym się znalazła. Owszem, spełniam te warunki, ale nie mam zamiaru wpakować się w żadne gówno. Ich bagno, nie moje.

Na szczęście wyszła bez dalszych dyskusji. Westchnąłem z ulgą i chwyciłem telefon. Odruchowo przejrzałem społecznościówki. W mojej skrzynce pojawiła się podejrzana wiadomość zatytułowana Wezwanie do zapłaty. Przeniosłem ją do kosza bez czytania treści. To na pewno kolejni wyłudzacze.

Poleżałem z przymkniętymi oczami jeszcze dwie godziny, po czym wstałem, ubrałem się i opuściłem pokój hotelowy.

Wrocław powoli budził się do życia. Widziałem zmęczone twarze ludzi w samochodach, studentów biegnących do tramwaju z kawami w papierowych kubkach w dłoniach. Przeciągnąłem się, wdychając chłodne powietrze. Jak dobrze, że nic nie muszę. Moje życie jest wspaniałe. Zatrzymałem się przed niewielkim lokalem. Przed jego drzwiami ustawione były beczki z kwiatami. Ze środka dobiegał smakowity zapach wypiekanego pieczywa i kawy z ekspresu. Zdecydowałem, że to tutaj zjem dzisiaj śniadanie.

Zamówiłem podwójne espresso i jajka na bekonie, po czym usiadłem przy oknie. Właśnie tak wyglądają moje poranki, moje życie to nieustające wakacje. Rozkoszowałem się śniadaniem, obserwując spieszących się do pracy ludzi.

Tuż przed moim nosem zatrzymała się na rowerze młoda kobieta w beżowym płaszczu i sprawdziła coś w telefonie. Przejeżdżający obok mercedes nie zwolnił, wjechał w kałużę i… błotnista struga oblała ciemną blondynkę od stóp do głów. Przygryzłem usta, żeby pod wpływem absurdu tej sytuacji nie zaśmiać się w głos. Dziewczyna wytarła twarz, a potem puściła wiązankę przekleństw, grożąc kierowcy drobną pięścią. Chwilę później odjechała, złorzecząc pod nosem.

– Rachunek poproszę. Będę płacić kartą. – Machnąłem na kelnerkę.

Dziewczyna z policzkami czerwonymi jak pomidory przyniosła koszyczek i terminal. Wyjąłem z portfela czarną visę i przyłożyłem do okienka. Terminal piknął ostrzegawczo i zaświeciła się czerwona diodka.

– Spróbujmy jeszcze raz – powiedziała dziewczyna i ustawiła urządzenie. Podała mi je, nie patrząc mi w oczy. Na swój sposób bawiło mnie, jak kobiety na mnie reagowały.

– Znowu odmowa – oznajmiła.

– Dziwne.

– Może jakaś przerwa techniczna – zasugerowała.

– To nic, zapłacę gotówką. – Wyciągnąłem banknot z przegródki i wręczyłem go kelnerce. – Reszty nie trzeba.

Puściłem jej oko, sprawiając, że prawie upadła.

Wyszedłem z knajpy i udałem się do najbliższego bankomatu. Kasa, którą zostawiłem w kawiarni, była ostatnią gotówką, jaką miałem. Skoro mają awarię, mogę mieć problem z płaceniem w innych miejscach.

Włożyłem kartę do dziury i wpisałem PIN. Wybrałem opcję wypłata gotówki i nacisnąłem guzik przy pięciuset złotych. Na ekranie pojawił się komunikat: „odmowa”.

– Co jest, do kurwy nędzy? – zakląłem pod nosem. Zaczynałem być tym wszystkim poirytowany. Ponowiłem próbę, ale znowu wyświetlił się ten sam opis. Za mną zaczęła się ustawiać kolejka.

– Można trochę szybciej? – zapytał facet z kartoflowatym nosem.

– Moment – odburknąłem i wybrałem opcję „zapytanie o saldo”. Moje konto pokazywało jakieś grosze na minusie. Ostatnią transakcją, która przeszła, była wypłata z bankomatu wczoraj po południu. To niemożliwe, żeby kasa się skończyła. Wybrałem numer do banku, nadal stojąc przy ekranie.

– Czy może pan już zwolnić bankomat? – Usłyszałem niecierpliwy głos za plecami.

– Chwila.

– Ja i mój kolega ładnie prosimy, żeby pan stąd spierdalał. – Odwróciłem się i zobaczyłem, że obok osiedlowego dresika stoi jego większy kolega. Mój brat pewnie by wyjął teraz pistolet i strzelił im po ostrzegawczym pod nogi, ale ja taki nie jestem.

Skinąwszy, odsunąłem się, przytykając telefon do ucha. Na linii nadal grała denerwująca muzyczka na czekanie. Minęła wieczność, nim po drugiej stronie odezwał się konsultant. Podałem wszystkie PIN-y, hasła i przeszedłem weryfikację.

– W czym mogę pomóc? – zapytał w końcu.

– Pieniądze zniknęły z mojego konta.

– Proszę dać mi chwilkę – powiedział przymilnie. Chwilkę? Człowieku, chwilę. Jesteś dorosłym facetem i mówisz do dorosłego faceta.

– Widzę, że była wczoraj wypłata około osiemnastej. To nie pan wypłacał?

– Ja, ale przecież nie wszystko.

– Widzę, że wypłacił pan tysiąc pięćset z tysiąca czterystu dziewięciu, trzydziestu dwóch. Wychodzi na to, że ma pan mały debecik.

– Niemożliwe!

Facet z niecierpliwym mlaśnięciem przeszedł do dokładniejszej analizy. Wymienił mi wszystkie transakcje z ostatniego miesiąca i nawet się nie zająknął, kiedy odczytywał przelew do mojego kumpla o treści: „na dziwki, koks i chipsy”. Oczywiście to był tylko żart. Nie lubię chipsów.

– Tak więc wszystko jest w porząsiu – odpowiedział.

– W porządku – poprawiłem go zdenerwowany.

– Świetnie! Życzę miłego dzionka!

Fuknąłem ze złością, ale facet już się rozłączył. Ludzie z kolejki przyglądali mi się z ciekawością, więc odszedłem kilka kroków dalej i wybrałem numer do brata. Odebrał po trzecim sygnale.

– Filip. Zniknęła mi kasa z konta – warknąłem. – Zrób mi przelew.

Mój brat zaśmiał się chłodno.

– Ile ty masz lat, co?

– Wystarczająco, by korzystać ze spadku, który zostawił nam ojciec – powiedziałem łagodnie i uśmiechnąłem się krzywo do babci w berecie, która właśnie obok mnie przechodziła.

– Mój ty mały braciszku – zadrwił Filip – musisz porozmawiać o tym z Robertem. Ojciec zastrzegł, że spadkiem zarządza ten, który przejmuje rolę capo.

– Co? – Aż oparłem się o elewację. Zrobiło mi się niedobrze na samą myśl, że mam prosić o kasę tego włoskiego maminsynka.

– Słyszałeś mnie.

– Ty idioto! Jak mogłeś oddać wszystkie nasze pieniądze temu… kretynowi!

– To nie jest rozmowa na telefon.

Rozłączyłem się ze złością i wziąłem kilka uspokajających oddechów. Przez chwilę rozważałem, czy nie znaleźć sobie pracy, ale potem postanowiłem jednak zadzwonić do kuzyna.

– Roberto Vedetti – usłyszałem znajomy głos i aż ścisnęło mnie w żołądku.

– Siema, Roberto, chciałbym pogadać o kasie papy – przeszedłem od razu do rzeczy.

Brat cioteczny zaśmiał się po drugiej stronie słuchawki. Następny. Czy to, kurwa, naprawdę jest takie zabawne?

– Wstrzymałem dopiero pierwszy przelew, a ty w jeden weekend zdążyłeś wyczyścić konto do zera? Zakładałem się z Aleksem, ile ci to zajmie. Trzy dni to była jego wersja, ale nie wierzyłem. No, no, no…

Dobrze, że nie wie, że jestem na minusie. Zachowam tę informację dla siebie.

– Och, wal się! – odpowiedziałem mu lekko. – Czekam na przelew.

Zerknąłem na swoje odbicie w witrynie sklepowej i zauważyłem w ciemnych oczach frustrację. Podskórnie wiedziałem, że nie pójdzie tak łatwo.

– Nic z tego – odparł zimno Roberto. – Jeśli chcesz pogadać o kasie, to zapraszam dzisiaj o dziewiętnastej na rodzinną kolację.

Westchnąłem z niezadowoleniem. Świetnie, będę musiał spotkać się z tym zakapiorem. Nie podobało mi się, że Roberto zaczyna bawić się w mojego ojca i zarządza naszym majątkiem. Jak Filip mógł się, do cholery, na to zgodzić?

– Przyniosę tiramisu – zakpiłem.

***

Wysiadłem z tesli i trzasnąłem drzwiami ze złością. To moje najnowsze cudeńko i nie mam zamiaru go sprzedawać, bo jakiś głąb przejął MOJE PIENIĄDZE.

Zerknąłem na elewację rodzinnego domu, który teraz zajął Roberto. To nie było fair. Ojciec nigdy nawet mnie nie zapytał, co o tym wszystkim sądzę. Całe życie byłem na uboczu, podczas gdy jego i Filipa łączyły ich sprawy. Pewnym krokiem wszedłem do środka i udałem się prosto do jadalni. Spóźniłem się kwadrans, żeby ten bałwan nie miał przypadkiem złudzeń, że tu rządzi.

Po drodze minąłem przestraszoną Wandę. Chciała coś powiedzieć, ale zbyłem ją gestem ręki.

Wparowałem przez drzwi jadalni niczym burza.

Roberto siedział u szczytu stołu na miejscu mojego ojca i opierał łokcie o blat z drzewa oliwnego. Za jego plecami wisiał portret Eduarda na złoconym fotelu ze mną po lewej stronie i Filipem po prawej. Byliśmy wtedy chłopcami.

– Kazałeś na siebie czekać – zauważył kuzyn, mrużąc oczy.

– Do rzeczy. – Odsunąłem krzesło, usiadłem i oparłem nogi na stole. – Mam dzisiaj sprawy na mieście.

Roberto parsknął.

– Rezerwacja w Euforii? – zapytał, unosząc brwi. – Mogę zdjąć ci ten bagaż z pleców i pójść tam za ciebie.

Musiałem skurczybykowi przyznać, że wyostrzył mu się dowcip. W dodatku trafił w sedno, ale nie miałem zamiaru bić mu braw.

– Zjedzmy – zaproponował sucho i machnął na mnie. – Nogi ze stołu.

Phi…

– Nie będziesz mi mówił…

W tym momencie Roberto wyciągnął z kieszeni nóż i rzucił nim. Ostrze obróciło się kilka razy w powietrzu i wbiło w drewnianą boazerię tuż za moją głową. Pukiel ciemnych włosów opadł na włoski dywan.

– Co, do kurwy nędzy? – zapytałem, dotykając głowy w miejscu nad uchem.

– Alessandro… zachowujmy się jak dorośli.

Posłałem mu wkurwione spojrzenie, ale zdjąłem nogi ze stołu.

– Będziemy teraz udawać, że jesteśmy ukochanymi braćmi, którzy jadają razem kolacje? – zapytałem, podsuwając się z krzesłem bliżej krawędzi blatu.

– Posłuchaj, młody… – Roberto zaczął rozkładać serwetkę. Zdziwiłem się, kiedy zawiązał ją sobie pod szyją, no ale co kto lubi.

– Kazałeś zachowywać się jak dorosły. Nie wiem, czy wiesz, ale dorośli nie noszą śliniaków. Przynajmniej w Polsce. – Skrzywiłem się, a Roberto puścił tę kpinę mimo uszu.

– Potrzebuję zaufanych ludzi – obwieścił i rzucił mi taką samą serwetkę. Złapałem ją w locie.

Emanuela ze swoim słodkim buongiorno wjechała wózkiem z kolacją. Na gorących czarnych kamieniach skwierczały krwiste steki. Przeprosiłem się ze śliniakiem i zawiązałem go pod szyją. Gosposia podała nam potrawy i zniknęła, zostawiając wózek, na którego dolnej półce znajdował się schłodzony alkohol.

– Możesz mi zaufać – powiedziałem przymilnie i odkroiłem kawał steka, z którego wyciekła krew. – Chętnie wysłucham, jeśli chcesz się wygadać, pożalić, że laska, za którą szalejesz, mieszka na innym kontynencie. Nie będę się nawet śmiać, kiedy przyznasz, że masz jej plakat nad łóżkiem i codziennie przed snem…

– Dość! – Przerwał ostro. Zamilkłem i spojrzałem prosto w jego zielone, bezwzględne tęczówki. Roberto zaczął spokojnie kroić stek. Od naszego ostatniego spotkania mocno się zmienił. Wyglądał poważniej, trochę w typie zbira z tatuażami wystającymi spod koszuli i gęstym zarostem. Chyba nawet przypakował. Ale największa zmiana zaszła w jego spojrzeniu. Nie było w nim nic z przygłupiego kuzyna, z którego z Filipem zawsze się podśmiewaliśmy. Właściwie to nawet nie była kwestia jego inteligencji, bo Roberto nie był tępy. Czasem zwyczajnie nie rozumiał czegoś po polsku. Teraz mówił niemalże bez akcentu i swobodnie żartował. Wyrobił się, trzeba mu to przyznać.

– Po prostu oddaj mi pieniądze mojego ojca – zażądałem, biorąc sztućce do rąk. – Nie możesz ich zawłaszczyć.

– Testament mówi co innego – zauważył chłodno.

Zacisnąłem usta w wąską linię.

– No weź, Roberto, nawet ty nie możesz być aż takim chujem.

Uniósł na mnie ostrzegawczy wzrok, a potem posłał puszkę z zimnym piwem w moim kierunku. Złapałem ją i otworzyłem z sykiem. Spiłem sączącą się z otworu pianę.

– Potrzebuję zaufanych ludzi – powtórzył. – Ty jesteś moim bratem z krwi. Zawierzyłbym ci własne życie.

Odstawiłem piwo na stół, patrząc na niego wrogo.

– Nie pierdol mi tutaj sentymentalnych dyrdymałów, tylko wyduś z siebie w końcu, czego chcesz! – warknąłem.

Roberto uśmiechnął się mrocznie. Nie podobał mi się ten wyraz twarzy. Minęła wieczność, nim odpowiedział.

– Chcę, żebyś był moją prawą ręką.

Prychnąłem ze znudzeniem i pokręciłem głową z szerokim uśmiechem.

– Ja się nie nadaję. Pogadaj z Filipem.

Całe życie ojciec mi to powtarzał. Traktował mnie jak dziecko, nie pozwalał dotykać żadnych ostrych przedmiotów. Fakt, zdarzało się, że czasami coś odwaliłem… No dobra, często się to zdarzało, ale to było w żartach. Nim się obejrzałem, przyklejono mi łatkę rodzinnego dandysa i odsuwano od wszystkich spraw. Co złego było w tym, że lubiłem dobrze wyglądać? Pasowało mi to, takie życie było bardzo wygodne. Nie zwracałem uwagi na sprawy starego. Ważne, że wpływał hajs. Filip myślał, że jestem zbyt delikatny, że brzydzę się przemocą. Prawda jest jednak zgoła inna. Nie jestem ani szlachetny, ani wspaniałomyślny. Większość moich dobrych uczynków była podyktowana chęcią zwrócenia na siebie uwagi i zrobienia ojcu na złość.

– Nadajesz się. I tak jak tu siedzę, mówię ci dosyć. Świętej pamięci Eduardo zostawił mi tutaj niezły burdel, twój szanowny brat się wykpił. Siedzimy w tym razem. Jeżeli chcesz, żeby kasa wpływała na twoje konto tak jak dawniej, musisz przestać być pierdolonym darmozjadem – wycedził, a w jego jasnych oczach zapłonął ogień.

– Nie chcę brać udziału w waszych brudnych interesach – odpowiedziałem stanowczo, celując w niego widelcem. Postanowiłem trochę pograć szlachetnego.

– Ale chcesz wydawać te brudne pieniądze – zauważył i zmrużył oczy.

Chwilę jedliśmy w ciszy.

– Masz dwa wyjścia – podjął Roberto. – Albo w to wchodzisz i dalej cieszysz się luksusami i bogactwem, albo jutro rano idziesz do pośredniaka.

– Jakiego znów pośredniaka?

– Takiego, który załatwi ci pracę.

Praca? Ja? W pracy? Patrzyłem na niego z niedowierzaniem. Ale Roberto naprawdę to powiedział i niestety chyba nawet nie żartował. Opadły mi ręce.

– No dobra. Tylko bez zabijania. Mogę być twoją prawą ręką, doradzać ci zza kulis i tak dalej.

– Nie chcesz brudzić sobie rąk – podsumował Roberto.

Nie odpowiedziałem. Pociągnąłem łyk piwa, podtrzymując kontakt wzrokowy.

– W porządku – oznajmił w końcu. – Mam dla ciebie pierwsze zadanie.

– Powiedziałem, że mogę ci doradzać. Nie wykonywać durne zadania. Od tego masz Aleksa i Bułę.

– Ta sprawa wymaga twojego udziału.

Mogłem się jeszcze kłócić, ale mocno zaciśnięta szczęka Roberta i determinacja w jego oczach mówiła mi, że to zwyczajnie nie ma sensu. Westchnąłem, mrużąc oczy z rezygnacją.

– No dobra, wal.

***

Stałem przed pomalowaną na biało secesyjną kamienicą. Mieściło się tu biuro prokuratora regionalnego i jednocześnie miejsce mojego pierwszego zadania. Jeszcze raz przeanalizowałem dane od Roberta. Według niego prokurator był z nami w dobrych układach. Wystarczyło go odwiedzić i dyskretnie przekazać miejsce spotkania poza jego pracą. Tak aby nie budzić żadnych podejrzeń. Ojciec wysyłał zawsze jakąś osobę spoza swojego najbliższego kręgu.

Miałem nadzieję, że zrobię swoje i Roberto na najbliższy miesiąc się ode mnie odczepi.

Zostawić facetowi kartkę z adresem… to nie fizyka jądrowa. Wszedłem przez szklane drzwi i udałem się od razu na schody. Kilka chwil kluczyłem po korytarzach, aż w końcu odnalazłem właściwe drzwi. Przed nimi stało puste biurko z odsuniętym krzesłem. Prokurator Zalewski zajmował narożny gabinet z ciemnymi drzwiami i tabliczką oprawioną w pleksi. Nie miałem wątpliwości, że to tutaj, i zapukałem głośno. Za pięć minut będzie po wszystkim. Pójdę na świetną kawę na rynek.

– Proszę. – Ze środka dobiegł delikatny głos należący prawdopodobnie do sekretarki prokuratora.

Otworzyłem drzwi i moją uwagę przykuła para najbardziej morskich oczu, jakie widziałem w życiu. Mieniły się i błyszczały jak jakieś pieprzone diamenty. Sekretarka chwilę przyglądała mi się zdziwionym wzrokiem, a potem uniosła brew. Poznałem tę twarz. To ją wczoraj ochlapał samochód przed kawiarnią. Dzisiaj miała na sobie granatową, grzeczną bluzkę z białym kołnierzykiem zapiętym pod samą szyję. Co było niżej, nie widziałem, bo siedziała za wielkim czarnym biurkiem.

– Pan na rozmowę kwalifikacyjną? – Przejechała wzrokiem po moim garniturze i zapytała do bólu oficjalnym tonem.

– Przyszedłem do prokuratora Zalewskiego – odpowiedziałem, przechodząc przez próg.

2

Łucja

Dalsza część dostępna w wersji pełnej

Spis treści:
Okładka
Karta tytułowa
Słowo od Autorki
1. Aleksander
2. Łucja
3. Aleksander
4. Łucja
5. Łucja
6. Aleksander
7. Łucja
8. Łucja
9. Łucja
10. Aleksander
11. Łucja
12. Łucja
13. Aleksander
14. Łucja
15. Łucja
16. Łucja

Redaktorka prowadząca: Marta Budnik

Wydawczyni: Monika Rossiter

Redakcja: Aleksandra Żdan

Korekta: Beata Wójcik

Projekt okładki i wyklejka: Paweł Panczakiewicz

Zdjęcie na okładce: © Svyatoslava Vladzimirska / Shutterstock.com

Copyright © 2021 by Adelina Tulińska

Copyright © 2021, Wydawnictwo Kobiece Łukasz Kierus

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie elektroniczne

Białystok 2021

ISBN 978-83-66815-43-8

Bądź na bieżąco i śledź nasze wydawnictwo na Facebooku:

www.facebook.com/kobiece

Wydawnictwo Kobiece

E-mail: [email protected]

Pełna oferta wydawnictwa jest dostępna na stronie

www.wydawnictwokobiece.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek