Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Debiutancka książka prozatorska Justyny Bargielskiej wyróżniona Nagrodą Literacką Gdynia. Zbiór krótkich form skupionych wokół doświadczenia ciąży, porodu i utraty – opowiadanych bez patosu, w języku oszczędnym, prześmiewczym, dotkliwym. Książka zbudowana z miniatur, w których język pozostaje blisko doświadczenia i nie łagodzi jego ostrości. Narratorka łączy codzienność z fantazją, snem i absurdem, prowadząc opowieści, które urywają się, przeskakują, nie układają w ciągłą historię. Centralnym doświadczeniem pozostaje poronienie – obecne nie jako temat osobny, lecz jako punkt, wokół którego organizują się kolejne teksty. Bargielska unika gotowych form żałoby, pracuje z groteską i czarnym humorem, zmieniając sposób mówienia o stracie.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 87
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
DEBIUT OD NOWA 2
JUSTYNA BARGIELSKA: Obsoletki
Wydanie drugie poprawione
POSŁOWIE • Artur Burszta
REDAKCJA I KOREKTA • Magdalena Gembara i Joanna Mueller
PROJEKT OKŁADKI • Julia Koźmin
PROJEKT TYPOGRAFICZNY • Artur Burszta
SKŁAD • Mateusz Martyn
Copyright © by Justyna Bargielska, 2026 Copyright © by Artur Burszta, 2026 Copyright © by Julia Koźmin, 2026 Copyright © by Biuro Literackie, 2026
BIURO LITERACKIE
www.biuroliterackie.pl
ISBN 978-83-68759-72-3
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Bronce głównie
Termin porodu przez cesarskie cięcie miałam naznaczony na dziewiątego maja na dziewiątą rano. Termin był ustalany za pomocą czterech kalendarzy, to jest kalendarza mojego, położnika, anestezjologa i rzecznika prasowego urzędu dzielnicy. Naczelnym dążeniem naszym było, by się ten termin we wszystkich czterech kalendarzach pokrywał. Pokrył się, choć dzień przed miałam w, wybaczcie mój francuski, macicy poważną obawę, że chyba się wyłamię z ustaleń, ale ostatecznie się nie wyłamałam: miałam oddać całą pracę na wieczór, a zrobione było pół (bo ja zawodowiec jestem) i to mnie skutecznie powstrzymało w skurczach.
W piątek rano wstałam o wpół do drugiej po północy i poszłam do łazienki czyścić fugi. Pięć godzin później wstał mój mąż i starsze dziecko i pojechaliśmy. Dziecko upuściliśmy po drodze u opiekunki.
Miałam pokoik w kolorze oranż motywujący, a koszulkę mi dali niebieską z aplikacją. Błędnie wzięłam swoją niejaką tępotę za skupienie, co najlepiej wyszło, gdy po serii pytań towarzyskich (HIV, WR, HBS) lekarz spytał:
– A gdzie było robione poprzednie cięcie?
A ja, po nieskończenie długiej chwili, w której, gdybym chciała, zdążyłabym odwiedzić Wegę, skąd przecież muszę pochodzić, skoro zadaje mi się takie pytania, odpowiedziałam:
– Na brzuchu.
Lekarz spojrzał na męża, czy mógłby przetłumaczyć, i mąż przetłumaczył, że w Szpitalu Praskim.
Potem przyszli po mnie, żebym już szła na salę operacyjną. Nie potrafili mi wyjaśnić, dlaczego mam zdejmować majtki, ale postanowiłam ulec ich irracjonalnej argumentacji, bo przecież mógł to być mój ostatni raz ulegania irracjonalnej argumentacji w kwestii zdjęcia majtek.
A na stole operacyjnym mój ginekolog powiedział:
– Ach, zapomniałem panią zbadać.
I wtedy się okazało, że już od dłuższego czasu rodzę, właściwie kończę już, tylko byłam rozproszona fugami i nie zauważyłam.
Potem zaś potoczyło się wszystko błyskawicznie: wyjęli małego, wyglądał jak biała kiełbasa, wzięli go do pokoiku obok na metraż, pediatra gwizdnął na męża, żeby z nimi poszedł, i przestało działać znieczulenie. Powiedziałam anestezjologowi, że chyba przestało działać znieczulenie, na co on powiedział:
– Co też pani!
I to jest ten precyzyjny moment, w którym się w nim zakochałam.
Jeszcze na chwilę wrócił pediatra z moim mężem przekazać wynik metrażu.
– Pięćdziesiąt sześć centymetrów – powiedział, na co mój mąż zwrócił uwagę, że pan pediatra chyba źle zmierzył, po czym obaj znów wyszli do pokoiku.
Potem poszli anestezjolog, ginekolog i położna, mówiąc mi przedtem miło:
– Dziękuję.
– Również dziękuję – powiedziałam.
I zostałam tylko ja z drugą położną, ja – płacząc, położna – myjąc mnie. Kafelki były w kolorze spranej kaki. Następnym razem będę chciała opowiedzieć o śmierci z balkonu mojego kota Pawła.
Usiadłam sobie, a nikt mi nie wisiał na cycu, nikt nie śturchał ustnikiem niekapka, żeby mu dać soczku, ani żadną inną wypustką, żeby w ogóle dać. Siedziałam, Kubica jeszcze nie był zwycięzcą, polska reprezentacja na Euro, jeszcze nie w pełnej pogrążona apatii, wpychała sobie bułki i banany, burzę z piorunami to mogłam sobie pooglądać nad tęsknymi zarysami city bez szans na jej dotarcie nad moją wieś, gdzie biała łąka i bażanty, i pranie bezpieczne na balkonie. Siedziałam i trwało to już milisekund może dwie, gdy przyszedł mąż porozmawiać o książce.
Książkę o Kubusiu Puchatku w cyklu Śpiewanki-rozkładanki: Play-a-Song wydało z bateriami w zestawie wydawnictwo Egmont. Rozkładanka na każdej stronie! Dziesięć grających przycisków! Zaśpiewaj do muzyki. Chcesz się zatrzymać? Naciśnij gwiazdkę!
Mój mąż pśtyknął przycisk z balonikiem i pokazał na tekst takim samym balonikiem opatrzony czerwonym: „Hop! Siup! Jak wspaniale jest brykać!”.
– Czy mogłabyś zaśpiewać ten tekst na tę melodię?
Niestety, nie szło. Może przekład był zły, a może moje wykształcenie kierunkowe niewystarczające, ale nie było tej harmonii dźwięku i słowa. Kiedy na prośbę męża prześpiewałam „Kto z wdziękiem pośród chmurek...” do melodii wydobywającej się z przycisku z Kubusiem oraz „Most misiowy wali się” do melodii spod Kłapouchego i wszystko to brzmiało jak raźna, ale jednak „Bogurodzi-i-i-ca”, mąż zrobił chytrą minę:
– Przyciski są pomylone – powiedział. – Tam, gdzie jest balonik, trzeba śpiewać do parasola, a gdzie Prosiaczek, do Tygryska. Odkryłem to.
A teraz jest bardzo rano, siedzę w kuchni i szukam tej gwiazdki, którą trzeba nacisnąć, żeby się zatrzymać.
Paweł był ze mną i z moim mężem od początku. Przyniósł go mąż do mnie z reklamówką, w której miał szczoteczkę do zębów i inne takie, oraz z pytaniem, czy mogą ze mną zamieszkać. Mogli, a Paweł miał wtedy osiem do dwunastu cali długości i jedne wąsy białe, a drugie czarne. Potem Paweł występował na różnych rodzinnych zdjęciach aż do ostatniego piątku maja, kiedy to poniósł śmierć z balkonu.
Akurat przyszła do mnie siostra z synem.
Nie winię jej, bo już wiem, że to moja nieuważna podświadomość zabiła Pawła, ale dla celów synchronicznych chcę podkreślić, że akurat wtedy do mnie przyszli i zrobili ten swój klasyczny wir powietrzny, na który ja i moje wodne dzieci patrzyliśmy z cienkiej krawędzi pomiędzy wzruszeniem ramion a załamaniem nerwowym. Trzeba było otworzyć balkon dla tlenu i trzeba to przyznać i powiedzieć, że przestałam trochę panować nad sytuacją, i Paweł wyszedł nie wiedzieć kiedy – i spadł – nie wiedzieć kiedy, lecz wiedzieć na co – na beton.
Ale ja tego nie widziałam, więc szukałam Pawła w garderobie, pomstując, bo nie wolno mu było wchodzić do garderoby.
A potem przyszedł z pracy mój mąż i jasnym się stało dla nas, że Pawła nie ma na obiekcie w węższym pojęciu, więc mąż poszedł sprawdzić, czy nie leży gdzie na obiekcie w pojęciu szerszym. Nie leżał.
I tacy trochę znieczuleni nadzieją staliśmy potem późno w noc na balkonie, gdy dzieci już poszły i spały, i rozmawialiśmy o tym, że może Pawła dopiero czeka śmierć, jeśli przelazł na sąsiedni balkon, do tego sąsiada, co mu żona i córka siedmiomiesięczna zginęły w wypadku samochodowym, bo u sąsiada po południu było przez chwilę otwarte okno, ale teraz już było zamknięte, a on się rzadko pojawiał w domu. Ja się zawsze cieszyłam, że rzadko, bo miałam nadzieję, że nigdy go nie zobaczę: już jak nam poprzedni właściciel opowiadał u notariusza o tym sąsiedzie, to nie chciałam go oglądać.
Raz pakowaliśmy dzieciaki na korytarzu do wózka i przyszedł ktoś, i wszedł do mieszkania tego sąsiada, ale mój mąż powiedział, że to nie on, bo on jest wyższy i ma więcej takiej klasy. A przez uchylone drzwi widziałam stojące w przedpokoju torby cukru.
I tak patrzyliśmy z góry i z boku na nasz stosunkowo nowy dom i jego łyse patio, aż wzrok mój padł na czarny punkt, coś jakby worek na śmieci, obok altanki śmietnikowej.
– A tamto to nie Paweł jest? – powiedziałam do męża.
– E, nie – powiedział mąż.
A rano zadzwonił do mnie z pracy – ma pracę na terenach leśnych poza granicami administracyjnymi Warszawy – i powiedział:
– No to go zakopałem.
Ale to w przyszłą sobotę, a w poprzednią sobotę byłam na cmentarzu, pomyć groby.
– A czy ty umiesz myć groby? – spytała mama, wyrywając mi polewak i wiecheć waty szklanej, którą tradycyjnie myje się groby w naszej rodzinie, więc ostatecznie ich nie myłam, tylko nosiłam wodę uważnie, żeby mi nie nakapała na buty, jako woda cmentarna.
– Mamo, a was gdzie pochować?
