Obsesyjna miłość - Elena Ferrante - ebook + audiobook
Opis

Obsesyjna miłość ‒ pierwsza książka Eleny Ferrante ‒ to jedna z najważniejszych i najbardziej oryginalnych współczesnych włoskich powieści, która ujawniła talent autorki. Zrealizowany w oparciu o książkę film w reżyserii Maria Martonego odniósł wielki sukces. Historia opowiada o relacjach Amalii i Delii, matki i córki, którym autorka przygląda się bezlitosnym choć pełnym pasji wzrokiem. Moja matka utonęła w moje urodziny, nocą 23 maja, w morzu przy miejscowości zwanej Spaccavento… Tak zaczyna się powieść. Co spotkało Amalię? Kto był z nią tamtej nocy, gdy zginęła? Czy Amalia naprawdę była tak tajemniczą i niezaspokojoną kobietą, jak wyobrażała sobie jej córka? Delia próbuje to odkryć a jej śledztwo rozgrywa się w mrocznej scenerii Neapolu, w którym historia codziennych rodzinnych dramatów przemienia się w zapierający dech w piersiach thriller. „Najwybitniejsza włoska powieściopisarka od czasów Elsy Moranteˮ. Sette/Corriere della Sera

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 181

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 4 godz. 30 min

Lektor: Laura Breszka

Popularność


Tytuł oryginału:

L’amore molesto

Copyright © 1992 by Edizioni e/o

Copyright © 2018 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2018 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Jolanta Olejniczak-Kulan

Korekta: Aleksandra Mól, Marta Chmarzyńska, Iwona Wyrwisz

ISBN: 978-83-8110-715-0

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:[email protected]

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2018

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Mojej matce

I

Matka utonęła w moje urodziny, nocą 23 maja, w morzu przy miejscowości zwanej Spaccavento, kilka kilometrów od Minturno. Pod koniec lat pięćdziesiątych, gdy ojciec jeszcze mieszkał z nami, wynajmowaliśmy w tej okolicy pokój w wiejskim domu i spędzaliśmy w nim cały lipiec, śpiąc w piątkę na kilku rozpalonych metrach kwadratowych. Każdego ranka my, dziewczynki, wypijałyśmy surowe jajko i wyruszałyśmy nad morze piaszczystą ścieżką wijącą się między wysokimi trzcinami. W nocy, gdy umarła moja matka, Rosa, właścicielka domu, która liczyła sobie już ponad siedemdziesiąt lat, usłyszała pukanie do drzwi, ale nie otworzyła ze strachu przed złodziejami i zabójcami.

Dwa dni wcześniej, 21 maja, moja matka wsiadła do pociągu jadącego do Rzymu, ale nigdy tam nie dotarła. W ostatnim czasie odwiedzała mnie co najmniej raz w miesiącu i zatrzymywała się na kilka dni. Nie lubiłam, gdy kręciła się po domu. Budziła się o świcie i zgodnie ze swoim zwyczajem zabierała się za pucowanie kuchni i salonu. Usiłowałam spać, bezskutecznie: leżałam zesztywniała w pościeli i miałam wrażenie, że ta jej krzątanina przemienia moje ciało w ciało pomarszczonej dziewczynki. Gdy przynosiła mi kawę, kuliłam się po przeciwnej stronie łóżka, żeby mnie przypadkiem nie dotknęła, siadając na jego skraju. Drażniła mnie jej towarzyskość: wychodziła na zakupy i zawierała znajomości ze sprzedawcami, z którymi ja przez dziesięć lat zamieniłam nie więcej niż kilka słów, szła na spacer po mieście z przygodnymi towarzyszami, zaprzyjaźniała się z moimi przyjaciółmi i opowiadała im historie ze swojego życia – zawsze te same. Wobec niej stać mnie było tylko na dystans i nieszczerość.

Wracała do Neapolu po pierwszej oznace mojego zniecierpliwienia. Pakowała rzeczy, porządkowała mieszkanie i obiecywała, że wkrótce wróci. Po jej wyjeździe obchodziłam pokoje i układałam według własnego gustu to wszystko, co ona poprzesuwała. Solniczkę stawiałam w szafce, w której trzymałam ją od lat, przekładałam proszek w odpowiedniejsze według mnie miejsce, likwidowałam zaprowadzony przez nią porządek w szufladach, przywracałam chaos w gabinecie. Nawet zapach jej obecności – który przepełniał mieszkanie niepokojem – po jakimś czasie mijał, jak zapach przelotnego deszczu latem.

Często spóźniała się na pociąg. Zazwyczaj przyjeżdżała następnym, albo nawet dzień później, nigdy jednak do tego nie przywykłam i zawsze się martwiłam. Dzwoniłam do niej w strachu. Gdy słyszałam w słuchawce jej głos, karciłam ją surowo: dlaczego nie wyjechała? dlaczego mnie nie uprzedziła? Ona usprawiedliwiała się od niechcenia, pytając z rozbawieniem, co takiego mogłoby się przydarzyć pani w jej wieku. „Wszystko”, odpowiadałam. Od zawsze wyobrażałam sobie, że przygotowano na nią zasadzkę, aby wykreślić ją ze świata. W dzieciństwie podczas jej nieobecności warowałam w kuchni, z nosem przy oknie. Gorąco pragnęłam, żeby w końcu pojawiła się w głębi ulicy, jak figurka w szklanej kuli. Chuchałam na szybę, żeby nie patrzeć na pusty chodnik. Jeśli długo nie wracała, niepokój brał nade mną górę i zaczynałam się trząść. Uciekałam wtedy do schowka pozbawionego okien i światła, tuż obok sypialni rodziców. Zamykałam drzwi i siedziałam po ciemku, cicho szlochając. Schowek był skutecznym antidotum. Budził we mnie strach, który pomagał mi trzymać w ryzach obawy o losy matki. W nieprzeniknionych i dusznych od środka owadobójczego ciemnościach atakowały mnie kolorowe kształty – na kilka sekund rozbłyskiwały w źrenicach, zapierając mi dech w piersiach. „Zabiję cię, gdy wrócisz”, myślałam, jakby to ona mnie zamknęła w środku. Ale gdy tylko jej głos dobiegał z korytarza, wyskakiwałam w pośpiechu i zaczynałam krążyć wokół niej obojętnie. O tym schowku przypomniałam sobie, kiedy odkryłam, że wyjechała, ale nie dotarła do celu.

Wieczorem odebrałam pierwszy telefon. Moja matka powiedziała spokojnym głosem, że nic mi nie może zdradzić, bo mężczyzna, który jest z nią, jej na to nie pozwala. Potem się roześmiała i rozłączyła. W pierwszej chwili ogarnęło mnie zdziwienie. Pomyślałam, że żartuje, i czekałam na kolejny telefon. Przez wiele godzin snułam domysły, bezsensownie warując przy aparacie. Dopiero po północy zadzwoniłam do zaprzyjaźnionego policjanta, który okazał mi życzliwość: powiedział, żebym się nie martwiła, że on się wszystkim zajmie. Ale noc minęła, a po mojej matce słuch zaginął. Pewne było tylko to, że wyjechała: wdowa, pani De Riso, kobieta także samotna i w równie podeszłym wieku, z którą od piętnastu lat łączyły moją matkę stosunki dobrosąsiedzkie przeplatane okresami wrogości, poinformowała mnie przez telefon, że odprowadziła ją na stację. Gdy moja matka stała w kolejce po bilet, wdowa kupiła jej butelkę wody mineralnej i czasopismo. Pociąg był zatłoczony, ale mojej matce udało się znaleźć miejsce przy oknie w przedziale pełnym żołnierzy na przepustkach. Pożegnały się, wymieniając zalecenia i przestrogi. Jak była ubrana? Zwyczajnie, w to, co nosi od lat: niebieską spódnicę i żakiet oraz stare buty na niewielkim obcasie, wzięła też czarną skórzaną torebkę i wysłużoną walizkę.

O siódmej rano moja matka znowu zadzwoniła. Chociaż zasypałam ją pytaniami („Gdzie jesteś? Skąd dzwonisz? Kto z tobą jest?”), ona tylko głośno i z lubością wyrecytowała litanię dialektalnych wulgaryzmów. Potem się rozłączyła. Te nieprzyzwoite słowa wstrząsnęły mną dogłębnie. Znowu zadzwoniłam do znajomego policjanta, zaskakując go zdradzającą konsternację mieszaniną języka włoskiego i wyrażeń dialektalnych. Zapytał, czy moja matka ostatnimi czasy była szczególnie przygnębiona. Nie wiedziałam. Przyznałam, że nie jest, jak dawniej, spokojna i wesoła. Śmieje się bez powodu, zbyt dużo mówi, ale starsi ludzie często tak mają. Znajomy przyznał mi rację: wraz z pierwszymi upałami staruszkowie zaczynają odstawiać numery, nie ma się czym przejmować. Ja jednak dalej się martwiłam, przemierzyłam więc miasto wzdłuż i wszerz, sprawdzając przede wszystkim te miejsca, w których lubiła się przechadzać.

Trzeci raz zadzwoniła o dziesiątej wieczorem. Mówiła niejasno o jakimś mężczyźnie, który za nią chodzi i zamierza ją porwać, zawiniętą w dywan. Poprosiła mnie, żebym przybyła jej na ratunek. Błagałam, żeby zdradziła, gdzie jest. Zmieniła ton, odparła, że lepiej nie. „Zamknij drzwi i nikomu nie otwieraj”, poleciła. Bo ten mężczyzna mnie też chce wyrządzić krzywdę. Potem dodała: „Połóż się spać. Idę się wykąpać”. Nic więcej nie usłyszałam.

Następnego dnia dwóch chłopców zobaczyło jej ciało unoszące się na wodzie kilka metrów od brzegu. Miała na sobie tylko stanik. Nie znaleziono walizki. Nie znaleziono niebieskiego kostiumu. Nie znaleziono też majtek, pończoch, butów, torebki z dokumentami. Ale na palcu nadal były pierścionek zaręczynowy i obrączka. A w uszach kolczyki, które mój ojciec podarował jej pół wieku temu.

Zidentyfikowałam zwłoki. Patrząc na to sine ciało, poczułam, że muszę się go uchwycić, by nie runąć w przepaść. Nie było śladów gwałtu. Tylko kilka sińców spowodowanych falami, lekkimi zresztą, które przez całą noc spychały ją na skały tuż pod powierzchnią wody. Wydawało mi się, że wokół oczu dostrzegam ślady makijażu, który był chyba dość mocny. Z konsternacją przyglądałam się jej opalonym nogom, nad wyraz młodym jak na sześćdziesięciotrzyletnią kobietę. Równie zażenowana spostrzegłam, że biustonosz daleki jest od tych, które zazwyczaj nosiła. Miseczki wykonano z misternej koronki, przez którą prześwitywały sutki. Złączenie tworzyły trzy wyhaftowane V, logo neapolitańskiego sklepu sióstr Vossi z luksusową bielizną dla pań. Gdy mi go oddano razem z kolczykami, pierścionkiem i obrączką, długo go wąchałam. Przesiąkł ostrym zapachem nieużywanej tkaniny.

II

Podczas pogrzebu ku własnemu zaskoczeniu pomyślałam, że wreszcie nie będę musiała się już o nią martwić. Zaraz potem poczułam między nogami ciepłą ciecz.

Szłam na przodzie długiego orszaku krewnych, przyjaciół i znajomych, wciśnięta między dwie siostry. Jedną podtrzymywałam za ramię, ponieważ bałam się, że zaraz zemdleje. Druga uczepiła się mnie, jakby przez opuchnięte oczy niczego nie widziała. To mimowolne roztapianie się mojego ciała przeraziło mnie jak groźba rychłej kary. Nie przelałam ani jednej łzy: nie napłynęły mi do oczu, a może nie chciałam, żeby napłynęły. Na dodatek jako jedyna powiedziałam kilka słów na usprawiedliwienie ojca, który ani nie przysłał kwiatów, ani nie pojawił się na pogrzebie. Moje siostry nie kryły przede mną dezaprobaty, a teraz wyglądały tak, jakby chciały pokazać wszem wobec, że im nie brak łez, by wylać je też w moim i ojca imieniu. Czułam się jak winowajczyni. Kiedy na pewnym odcinku orszak zrównał się z ciemnoskórym mężczyzną niosącym na ramionach zawieszone na stelażu płótna, z których pierwsze (to widoczne od tyłu) przedstawiało grubiańsko namalowaną roznegliżowaną Cygankę, miałam nadzieję, że nikt się nie zorientuje, ani siostry, ani reszta krewnych. Autorem tych obrazów był mój ojciec. Możliwe, że nawet w tej chwili pracuje nad kolejnym malowidłem. Wykonał dziesiątki kopii tej paskudnej Cyganki, którą od dekad sprzedaje się na ulicach i na odpustach, bo zawsze za kilka marnych groszy ulegał popytowi na brzydkie obrazki przeznaczone dla drobnomieszczańskich salonów. Los, który godziny splata ze spotkaniami, rozstaniami, zadawnionymi żalami, w swojej ironii przysłał na pogrzeb mojej matki nie jego, lecz jego prymitywną twórczość, znienawidzoną przez nas, córki, na równi z jej autorem.

Miałam wszystkiego dosyć. Od kiedy przyjechałam do miasta, ani przez chwilę nie wypoczęłam. Przez wiele dni towarzyszyłam wujowi Filippowi, bratu mojej matki, w przedzieraniu się przez biurokratyczny chaos, w kontaktach z drobnymi pośrednikami mogącymi przyspieszyć tok sprawy albo w długich kolejkach do okienka, by się przekonać, że tylko kosztownymi podarkami można zaskarbić sobie uczynność urzędników i pomóc im w pokonaniu piętrzących się trudności. Bywało, że wujowi udawało się uzyskać pożądany efekt dzięki ostentacyjnemu demonstrowaniu pustego rękawa w marynarce. Rękę stracił w dość zaawansowanym wieku pięćdziesięciu sześciu lat przy maszynie tokarskiej w warsztacie na peryferiach i od tamtego czasu wykorzystywał swoje inwalidztwo, gdy prosił o taką czy inną przysługę albo gdy życzył podobnego nieszczęścia temu, kto odmówił mu pomocy. Lecz najwięcej zyskaliśmy, sypiąc nadobowiązkowym groszem. W ten sposób szybko załatwiliśmy niezbędne dokumenty, zezwolenia Bóg wie ilu właściwych urzędów, pogrzeb pierwszej klasy i – co najtrudniejsze – miejsce na cmentarzu.

W tym czasie, gdy tak krążyłam od jednego nieuprzejmego czy sarkastycznego urzędnika do drugiego z imieniem i nazwiskiem Amalii, z jej datą urodzin i śmierci, nieżywe i zmasakrowane podczas autopsji ciało mojej matki coraz bardziej mi ciążyło. Chciałam jak najszybciej się go pozbyć, a mimo to, jakby mało mi było wycieńczenia, postanowiłam nieść na ramionach trumnę. Pozwolono mi pomimo licznych protestów, bo przecież kobiety nie noszą trumien na ramionach. To był fatalny pomysł. Ci, którzy nieśli ją razem ze mną (kuzyn i dwóch szwagrów), byli ode mnie wyżsi, dlatego przez całą drogę bałam się, że drewno, razem z całą swoją zawartością, wbije mi się między obojczyk i szyję. Kiedy trumna została umieszczona na karawanie i na nim ruszyła dalej, wystarczyło kilka kroków i pełne wyrzutów sumienia poczucie ulgi, aby napięcie uszło ze mnie w strużce wypływającej z mojego brzucha.

Te mimowolne ciepłe upławy odebrałam jako dany mi przez obcych ludzi znak tkwiący w samym środku mojego ciała. Orszak żałobny kierował się w stronę piazza Carlo III. Żółtawa fasada przytułku dla ubogich z trudem stawiała opór napierającej na niego Rione Incis. Drogi zapisane w pamięci topograficznej mieszały się ze sobą jak musujący napój, który po wstrząśnięciu zaczyna buzować pianą. Czułam, jak miasto zalane szarym i zapylonym światłem topi się z gorąca, i powtarzałam w myślach historie z okresu dzieciństwa i dojrzewania, które pchały mnie do wałęsania się po via Veterinaria aż do ogrodu botanicznego albo po wiecznie wilgotnym, pokrytym zgniłymi warzywami targowym bruku przy Sant’Antonio Abate. Miałam nieodparte wrażenie, jakby moja matka zabierała ze sobą nie tylko miejsca, ale nawet nazwy ulic. Wpatrywałam się w swoje i sióstr odbicie w szybie, otoczone kwiecistymi wieńcami i przypominające słabo naświetloną fotografię, bezużyteczną jako pamiątka. Podeszwą butów czepiałam się kamiennej kostki na placu, wyodrębniałam zapach kwiatów na karawanie, który już trącił zgnilizną. W pewnym momencie przeraziłam się, że krew zacznie spływać mi po kostkach, spróbowałam więc wyrwać się siostrom. Nic z tego. Musiałam poczekać, aż orszak skręci na plac i zacznie wspinać się po via Don Bosco, by w końcu rozsypać się pośród aut i tłumu przechodniów. Ciotki i wujowie, szwagrowie, kuzyni, wszyscy zaczęli się nawzajem obejmować: ludzie, których ledwo kojarzyłam, zmienieni z biegiem lat, widywani tylko w dzieciństwie albo wcale. Ci nieliczni, których wyraźnie pamiętałam, nie przyszli. A może przyszli, ale ja ich nie rozpoznałam, ponieważ z dzieciństwa pozostały po nich tylko szczegóły: zezowate oko, kulejąca noga, orientalna karnacja. W zamian za to ci, których nawet imienia nie znałam, odciągnęli mnie na bok i wyliczyli zadawnione krzywdy, które wyrządził im mój ojciec. Obcy mi młodzieńcy, ale bardzo życzliwi, wyćwiczeni w okolicznościowych konwersacjach, pytali, jak się czuję, jak mi się powodzi, czym się zajmuję. Odpowiadałam, że dobrze, wszystko w porządku, rysuję komiksy, a co u nich? Pomarszczone kobiety, całe w czerni z wyjątkiem bladych twarzy, wychwalały nadzwyczajną urodę i dobroć Amalii. Niektórzy wyściskali mnie z taką mocą, wylewając przy tym tyle łez, że balansowałam między wrażeniem, że się duszę, a nieznośnym uczuciem wilgoci, które sunęło od ich potu i łez prosto do mojej pachwiny i górnej części ud. Po raz pierwszy cieszyłam się, że założyłam ciemne ubranie. Już miałam odejść, kiedy wuj Filippo wyskoczył z jednym ze swych dziwactw. W jego siedemdziesięcioletniej głowie, która często mieszała przeszłość z teraźniejszością, jakiś szczegół obalił i tak mało stabilne granice. Pośród ogólnego zaskoczenia zaczął kląć w dialekcie i gorączkowo wymachiwać jedyną ręką.

– Widziałyście Casertę? – zwrócił się do mnie i do moich sióstr, ciężko dysząc. Kilkakrotnie powtórzył to znane nam nazwisko, groźny dźwięk z dzieciństwa, który wzbudził we mnie niepokój. Potem dodał, siny na twarzy: – On nie ma wstydu. Na pogrzebie Amalii. Twój ojciec by go zabił, gdyby tu był.

Nie chciałam słuchać o Casercie, wywoływał u mnie infantylny lęk. Mimo wszystko starałam się go uspokoić, ale on nawet nie słuchał. Ścisnął mnie tylko nerwowo, jakby próbował pokrzepić po afroncie uczynionym przez to nazwisko. Ja wtedy wyrwałam się nieuprzejmie, obiecałam siostrom, że pojawię się na cmentarzu na czas, i wróciłam na plac. Szybkim krokiem ruszyłam w stronę baru. Zapytałam o łazienkę i zniknęłam na zapleczu, w śmierdzącej kanciapie z brudną muszlą i pożółkłą umywalką.

Krew płynęła obficie. Dostałam nudności i lekkich zawrotów głowy. W półcieniu zobaczyłam moją matkę, jak stoi na szeroko rozstawionych nogach i odpina agrafkę, odkleja od krocza zakrwawione lniane szmatki, po czym odwraca się, wcale nie zaskoczona, i mówi spokojnie: „Co tu robisz? Wyjdź”. Po raz pierwszy od wielu lat wybuchłam płaczem. Płakałam i miarowo uderzałam dłonią o umywalkę, jakbym chciała nadać moim łzom rytm. W końcu zorientowałam się, co robię, wytarłam się chusteczkami i wyszłam na poszukiwanie apteki.

Wtedy zobaczyłam go pierwszy raz.

– Czy mogę w czymś pomóc? – zapytał, gdy na niego wpadłam. Kilka sekund, by poczuć na twarzy materiał koszuli, odnotować niebieską zatyczkę długopisu wystającą z kieszonki w marynarce i zarejestrować niepewność w głosie, przyjemny zapach, zapadniętą skórę na szyi, gęstą czuprynę idealnie zaczesanych siwych włosów.

– Czy wie pan, gdzie jest apteka? – spytałam, nawet nie podnosząc wzroku, skupiona na szybkim odsunięciu się, by zerwać kontakt.

– Na corso Garibaldi – odparł, podczas gdy ja przywracałam dystans między zwartą bryłą jego kościstego ciała a mną.

W tej swojej białej koszuli i ciemnej marynarce wyglądał jak przyklejony do fasady przytułku dla ubogich. Był blady, porządnie wygolony i nie miał nawet cienia zadziwienia w oczach, co mi się nie spodobało. Podziękowałam cicho i uciekłam we wskazanym przez niego kierunku.

Za mną podążył jego głos, który z uprzejmego przerodził się w natrętny, coraz bardziej ordynarny syk. Dosięgła mnie wiązanka dialektalnych wulgaryzmów, miękki potok dźwięków łączących w jedną całość nasienie, ślinę, odchody, urynę, zawartość wszelkiej maści dziur, mnie, moje siostry, moją matkę.

Odwróciłam się znienacka, zaskoczona tymi niczym nieusprawiedliwionymi obelgami. Ale mężczyzny już nie było. Może przeszedł na drugą stronę ulicy i zniknął pośród samochodów, może skręcił w stronę Sant’Antonio Abate. Poczekałam, aż serce się uspokoi i przeminie drażniący zabójczy impuls. Weszłam do apteki, kupiłam paczkę podpasek i wróciłam do baru.

III

Na cmentarz przyjechałam taksówką, w samą porę, by zobaczyć, jak opuszczają trumnę do otworu w szarym kamieniu i przysypują ziemią. Moje siostry od razu po pogrzebie odjechały samochodami ze swoimi mężami i dziećmi. Spieszno im było, by wrócić do domu i zapomnieć. Uściskałyśmy się i obiecałyśmy sobie, że się wkrótce znowu zobaczymy, wiedziałyśmy jednak, że tak się nie stanie. Co najwyżej zadzwonimy raz na jakiś czas, by skonstatować coraz większe wzajemne wyobcowanie. Od lat żyłyśmy w trzech różnych miastach, każda swoim życiem i wspólną przeszłością, do której nie lubiłyśmy wracać. Podczas sporadycznych spotkań wolałyśmy przemilczać to, co miałyśmy sobie do powiedzenia.

Gdy zostałam sama, pomyślałam, że wuj Filippo pewnie znowu zaprosi mnie do swojego mieszkania, w którym gościłam w minionych dniach. Ale tego nie zrobił. Rano oznajmiłam mu, że muszę iść do domu matki i zabrać pamiątki, wypowiedzieć umowę najmu, odłączyć gaz, prąd, telefon, pomyślał więc pewnie, że i tak nie ma sensu mnie zapraszać. Odszedł bez pożegnania, powłócząc nogami, zgarbiony, zżerany przez miażdżycę i przez nagły przypływ dawnych żalów, które skłoniły go do plucia wymyślnymi inwektywami.

Zostałam na ulicy sama. Tłum krewnych wycofał się na peryferie miasta, skąd przybył. Moją matkę pochowali nieokrzesani grabarze na dnie cuchnącego woskiem i zgniłymi kwiatami dołu. A mnie bolały nerki i miałam skurcze brzucha. Z ciężkim sercem podjęłam decyzję i przemknęłam wzdłuż rozpalonego muru ogrodu botanicznego aż do piazza Cavour, w powietrzu ciężkim od wyziewów z rur wydechowych i od dialektalnego brzmienia, które niechętnie rozszyfrowywałam.

To był język mojej matki i latami nadaremnie usiłowałam wyrzucić go z pamięci razem z mnóstwem innych jej rzeczy. Kiedy się spotykałyśmy u mnie albo gdy ja jechałam do Neapolu z krótką, zaledwie półdniową wizytą, ona próbowała posługiwać się wymuszonym włoskim, ja zaś niechętnie wracałam do dialektu, by jej pomóc. Nie był to jednak dialekt radosny czy nostalgiczny, lecz raczej pozbawiony płynności, nienaturalny, wymawiany z trudem, jak słabo znany język obcy. W dźwiękach, które artykułowałam ze skrępowaniem, pobrzmiewało echo karczemnych awantur Amalii z moim ojcem, ojca z krewnymi mojej matki i jej z krewnymi ojca. To mnie drażniło. Szybko wracałam więc do mojego włoskiego, a ona do swojego dialektu. Teraz, gdy już nie żyła i gdy mogłam na zawsze wyrzucić go z pamięci razem z oddalającą się przeszłością, jego brzmienie wzbudzało u mnie niepokój. Posłużyłam się nim, by kupić smażoną pizzę nadziewaną twarogiem. Zjadłam ją ze smakiem – bo przez ostatnie dni chodziłam prawie na czczo – krążąc po zniszczonym parku z lichymi oleandrami i przesuwając wzrok po grupach staruszków. Natrętny ruch samochodowy i pieszy tuż przy jego granicach skłonił mnie do poszukania schronienia w domu matki.

Mieszkanie Amalii mieściło się na trzecim piętrze starej kamienicy uzbrojonej w metalowe rusztowania. To był jeden z tych budynków w zabytkowym centrum miasta, które w nocy pustoszały, zaś w dzień zaludniały się urzędnikami odnawiającymi prawa jazdy, wystawiającymi akty urodzenia czy zameldowania, wyszukującymi w komputerze rezerwacje na hotele, bilety samolotowe, kolejowe i morskie, sprzedającymi polisy ubezpieczeniowe na wypadek pożaru, choroby, śmierci, wypełniającymi skomplikowane zeznania podatkowe. Zwykłych lokatorów było niewielu, ale kiedy ponad dwadzieścia lat temu mój ojciec wyrzucił naszą czwórkę z domu – w chwili, gdy Amalia zakomunikowała mu, że zamierza się z nim rozstać, a my, córki, usilnie ją w tej decyzji wspierałyśmy – właśnie tutaj udało nam się znaleźć mieszkanie. Kamienica nigdy mi się nie podobała. Przepełniała mnie strachem, jak więzienie, sąd czy szpital. Ale moja matka była zadowolona, uważała, że budynek prezentuje się okazale. W rzeczywistości jednak wyglądał brzydko i obskurnie, począwszy od wielkiej bramy, którą wyważano za każdym razem, gdy administrator zlecał naprawienie zamka. Skrzydła miała zakurzone i poczerniałe od wyziewów z rur wydechowych, a dwóch wielkich mosiężnych gałek nikt nie polerował od początku stulecia. W ciągu dnia zawsze ktoś się znajdował w długim i ciemnym przejściu prowadzącym na wewnętrzne podwórko: uczniowie, przechodnie czekający na autobus, który miał przystanek trzy metry dalej, handlarze zapalniczkami, papierowymi chusteczkami, opiekaną czy gotowaną kukurydzą, turyści szukający schronienia przed żarem bądź deszczem, wszelakiej maści faceci o ponurych twarzach, kontemplujący gabloty wiszące na murze. Ci ostatni zazwyczaj zabijali czas oczekiwania na nie wiadomo co, wpatrując się w artystyczne zdjęcia starego fotografa, który miał w kamienicy swoją pracownię: były tam młode pary, uśmiechnięte i rozpromienione dziewczęta, pewni siebie młodzieńcy w mundurach. Wiele lat temu pojawiło się też zdjęcie Amalii. Osobiście nakazała fotografowi, by je usunął, zanim mój ojciec przez przypadek na nie trafi, wpadnie we wściekłość i rozbije witrynę.

Podwórko przemierzyłam ze spuszczonym wzrokiem i wspięłam się po kilku stopniach prowadzących do przeszklonych drzwi klatki schodowej. Ucieszyło mnie, że nie było portiera. Pospiesznie wsiadłam do windy. To jedyne miejsce w kamienicy, które mi się podobało. Nie lubię metalowych sarkofagów, które od razu po naciśnięciu guzika szybują w górę albo spadają w dół, tak że żołądek podchodzi do gardła. Ta winda miała ściany z drewna, szklane drzwi z szarymi arabeskami w rogach, rzeźbione mosiężne rączki, dwie eleganckie ławki, jedną naprzeciwko drugiej, lustro, słabe oświetlenie. I wlokła się przy akompaniamencie zgrzytów, w takt relaksującej powolności. Automat z lat pięćdziesiątych, o pękatym brzuchu i zakrzywionym wlocie skierowanym do sufitu tak, jakby tylko czekał na żetony, na każdym piętrze wydawał metaliczny szloch. Od dawna winda działała na przycisk, ale bezużyteczna maszyna dalej wisiała przygwożdżona do ściany z prawej strony. I chociaż gryzła się ze spokojną starością pomieszczenia, nie raziła ze względu na swoją wstrzemięźliwą pustkę.

Usiadłam na ławce i zrobiłam to, co w młodości, gdy chciałam się uspokoić: zamiast nacisnąć guzik z numerem trzy, wjechałam na piąte piętro. Było opuszczone i ciemne, od kiedy wiele lat temu pewien adwokat, który miał tu swoją kancelarię, wyniósł się, zabierając ze sobą nawet żarówkę oświetlającą korytarz. Gdy winda stanęła, wzięłam głęboki wdech przeponą, a potem powoli wypuściłam powietrze przez gardło. Po kilku sekundach światło w windzie zgasło, jak dawniej. Wystarczyło wyciągnąć rękę, chwycić jedną z gałek na drzwiach i pociągnąć, żeby na powrót rozbłysło. Ale nie poruszyłam się, tylko dalej wdychałam powietrze i posyłałam je w głąb ciała. Dochodził tylko dźwięk korników, które pochłaniały drewniane ściany.

Zaledwie