Wydawca: Oficyna Wydawnicza Przybylik Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

O Podhalu, Galicji i... Piłsudskim. Szkice nieznane ebook

Jaroslav Hašek  

(0)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka O Podhalu, Galicji i... Piłsudskim. Szkice nieznane - Jaroslav Hasek

Zupełnie nieznane u nas (ale i zapomniane w Czechach) teksty Haška o Polakach. Są śmieszni jak dobry wojak Szwejk. Kiedy na początku XX w. pisarz przybył do Galicji, była ona zacofana jak skansen. Nie miał szans, żeby poznać Polskę dworów i pałaców, gdzie tworzyła się wyższa kultura. Poznał Polskę wsi, knajp, pól i polnych dróg. Co chwilę spotyka jakiegoś pijanego chłopa, który daje mu powód do radości, a on to szybko przenosi na papier, a potem do czeskich gazet. Ładną nam zrobił robotę PR-owską. Kto wie, czy stąd nie bierze się nieufność do prawie wszystkiego co polskie u znacznej części Czechów.

Coś, czego Hasek w ogóle nie może zrozumieć, to miłość do kontuszy. Chłop nie czuje się pełnowartościowy, jeśli nie ma kontusza. Kontusz jest afrodyzjakiem dla kobiet, obiektem pożądania dla mężczyzn. Sprawia, że chłop czuje się jak szlachcic. Ponieważ kultura czeska uwielbia mistyfikacje, jest tu też fałszywy pamiętnik. Kogo? Piłsudskiego, który wyjechał do Paryża i jest oburzony, że francuskie władze nie nakazały tego dnia mówić wszystkim Francuzom po polsku.

"Hašek o Polakach – sama radość! Dobrze się stało, że zebrano wreszcie jego teksty o Galicji sprzed stu lat, bo możemy się w nich przeglądać do woli. Polacy u Haška są śmieszni jak dobry wojak Szwejk. Tylko, że oni żyją ułudą i imponderabiliami, a on jest od nich mądrzejszy, bo bardziej racjonalny. Wieńcząca książkę opowieść Haška o Piłsudskim w Paryżu – w postaci jego rzekomego pamiętnika - to najlepszy portret Piłsudskiego jaki znam. Nikogo u nas nie byłoby stać na taki tekst, ani dziś, ani 90 lat temu."   – Mariusz Szczygieł

Opinie o ebooku O Podhalu, Galicji i... Piłsudskim. Szkice nieznane - Jaroslav Hasek

Fragment ebooka O Podhalu, Galicji i... Piłsudskim. Szkice nieznane - Jaroslav Hasek

Wybór i tłumaczenie: ANNA DOROTA KAMIŃSKA
Redakcja: ANNA NASTULANKA
Projekt okładki, wnętrza, skład komputerowy: Studio Układanka, ANNA ZAGRAJEK
Widokówki ze zbiorów LESZKA KAMIŃSKIEGO
Copyright © by Anna Dorota Kamińska Copyright © for this edition by Oficyna Wydawnicza Przybylik& 2013
Wydanie pierwsze
Warszawa 2013
ISBN 978-83-937993-3-6
ul. Godebskiego 11, 02-912 Warszawa e-mail:wydawnictwo@przybylik.pl www:www.przybylik.pl
Konwersja:eLitera s.c.

W 1901 roku, gdy Jaroslav Hašek zawędrował do Galicji, ta odległa prowincja monarchii habsburskiej była dla jego rodaków synonimem nędzy i zacofania, a zarazem ucieleśnieniem wszystkich polskich przywar. Czescy urzędnicy, którzy osiedlali się tam począwszy od pierwszych dekad XIX wieku, traktowali nakaz pracy w tych stronach nieledwie jak zsyłkę. Niewpuszczani do domów szlachty znali ten kraj jedynie z perspektywy prymitywnej pańszczyźnianej wsi i biednych, tonących w błocie żydowskich miasteczek. „Nędzne gościńce, straszliwe gospody, kłopoty ze znalezieniem przyzwoitego zaprzęgu, a i sami woźnice jakby żywcem przeniesieni z jakiegoś barbarzyńskiego kraju – takie najczęściej okazywały się ich pierwsze wrażenia”[1] – pisze znawczyni „galicyjskiego trójkąta”. „Dla przybyszów z Czech stan techniczny dróg i zajazdów, systemy melioracji (a raczej ich brak), techniki uprawy, poziom życia mieszkańców – i to nie tylko tych uprzywilejowanych – świadczyły o zaawansowaniu rozwoju. Tak oceniana Galicja musiała wydawać się skansenem zacofania”.[2]

Dodajmy – nie tylko zacofania materialnego. Czechów oburzał nieludzki stosunek szlachty do chłopów, a także odmawianie Ukraińcom prawa do odrębności narodowej. Sami zresztą traktowani byli z pogardą, zarówno z racji swego plebejskiego pochodzenia, jak i służby dla austriackiego zaborcy. Nawet gdy podkreślali (rzadko wprawdzie), że czują się Czechami i Słowianami, spotykali się z lekceważeniem swoich aspiracji narodowych albo co gorsza, z posądzeniem o rusofilię. Na ogół jednak nie mieli ukształtowanej tożsamości narodowej i nawet w domu mówili po niemiecku („bo z gadania po czesku nie będzie chleba”). Z takich rodzin wywodzili się Jan Matejko, Jan Styka, Leopold Staff czy Karol Szajnocha. Koledzy z ław szkolnych i księża nazywali ich „Szwabiątkami”.

Nie wydaje się, by Hašek cokolwiek o tym wiedział. Mimo obecności w Galicji ogółem dziewięciu tysięcy czeskich biurokratów, a także kilkakrotnie większej liczby kolonistów (głównie na Wołyniu), obraz tej prowincji w oczach przybysza z Czech przez niemal sto lat praktycznie nie uległ zmianie. Bohaterami jego szkiców są chłopi, akcja na ogół rozgrywa się w chałupach, na polach, na łąkach, w karczmach. Hašek, podobnie jak jego rodacy podróżujący po Galicji, nie zauważa pańskich rezydencji, bo nie ma do nich wstępu. „Pański świat, będący dla Polaków światem cywilizacji prawdziwej i jedynej w tym regionie, podróżnicy czescy (...) najczęściej [mogli] obserwować z oddali. Parki, ogrody, wspaniałe rezydencje, a nawet »skromne, lecz chędogie« dworki stanowiły przestrzeń niedostępną”.[3] Przestrzenią dostępną dla czeskiego włóczęgi były za to takie charakterystyczne obiekty użyteczności publicznej, jak dworce kolejowe, areszty policyjne i burdele. Nie powinniśmy więc oburzać się na Haška, że gdy po latach dobry wojak Szwejk odwiedzi dom publiczny w Przemyślu, jego właścicielami okażą się – zyg, zyg – „polski szlachcic” i „szlachcianka”.

AutorPrzygód dobrego wojaka Szwejka przez większą część dorosłego życia utrzymywał się z wierszówek. Pisał do najlepszych i najpoczytniejszych gazet, nie zaprzątając sobie głowy ich orientacją polityczną. Jego szkice galicyjskie wychodziły w dzienniku „Národní listy”, konserwatywno-narodowym organie czeskiej burżuazji. Z kolei „Tribuna”, na której łamach wiosną 1921 roku opublikował rzekomy dziennik marszałka Józefa Piłsudskiego, nie była, wbrew narzucającym się skojarzeniom, organem czeskiego ludu, lecz liberalną i postępową gazetą wydawaną przez praską gminę żydowską. Jej szefem był Ferdinand Peroutka, najwybitniejszy czeski dziennikarz i publicysta XX wieku, bliski współpracownik prezydentów Masaryka i Beneša, a po wojnie dyrektor czechosłowackiej sekcji Radia Wolna Europa. Peroutka był zwierzęciem politycznym, ale miał też znakomity węch literacki. W „Tribunie” ukazały się np. jedne z pierwszych przekładów opowiadań Franza Kafki na język czeski w tłumaczeniu Mileny Jesenskiej.

Kpiny Haška z Piłsudskiego i Polaków współgrały z poglądami Czechów. Nasi południowi sąsiedzi rzeczywiście chcieli „robić politykę w środkowej i wschodniej Europie”, jak to czytamy w rzekomym dzienniku marszałka. „Polakom nie szkodziłoby, gdyby oberwali po pysku – pisał 20 grudnia 1918 roku Masaryk do Beneša – przeciwnie, byłoby to z pożytkiem, ochłodziłoby niebezpiecznych szowinistów”.[4] Twórca i czterokrotny prezydent Republiki Czechosłowackiej był przekonany, że odrodzona Rzeczpospolita jest anachronicznym przeżytkiem, że będzie klasycznym państwem sezonowym, rozdzieranym przez konflikty narodowościowe i pozbawionym szans na przetrwanie między Niemcami i Rosją. „Odbudowa Polski historycznej jest odnawianiem pomyłek starej Polski i zarodkiem jej upadku”[5] – pisał w czerwcu 1919 roku do Beneša. „Polacy: ich taktyka nie uratuje ich – dodawał w liście do przywódcy narodowych demokratów Karla Kramářa. – Stoją oni przed wielkimi problemami wewnętrznymi: majątki ziemskie – Żydzi – rozproszenie partii i orientacji... Tylko etnograf[iczna] Polska może być silna”.[6] Taka opinia była wśród Czechów powszechna, podobnie jak przekonanie o swoistej misji dziejowej, jaką Opatrzność powierzyła ich narodowi. „Jest to najprawdziwsza prawda – pisał czechosłowacki prezydent do swego najbardziej zaufanego współpracownika i następcy – jedynie my jesteśmy przygotowani i zdołamy zaprowadzić oraz utrzymać ład (...) Nasi Polacy opowiadają się za nami, boją się być w Polsce, że tam nie będzie porządku. Z Bilska Niemcy, z Cieszyna itd. proszą, żebyśmy ich Polakom nie dawali. Boją się polskiego bałaganu”.[7]

O przyczynach polsko-czeskich animozji napisano już wiele. Jest w tym coś na miarę symbolu, że akurat w tym samym tygodniu, w którym przyszedł na świat Jaroslav Hašek, w poniedziałek 30 kwietnia 1883 roku, w warszawskim „Słowie” ukazał się pierwszy odcinek Ogniem i mieczem (w środę 2 maja 1883 roku). I że w tym samym czasie, gdy w czeskiej Pradze, rozwijającej się dynamicznie stolicy najbardziej uprzemysłowionej prowincji monarchii Habsburgów, dorastał przyszły autor Przygód dobrego wojaka Szwejka, w Warszawie Henryk Sienkiewicz pisał „ku pokrzepieniu serc” kolejne odcinki swej apologii XVII-wiecznej szlachty.

Za sprawą Trylogii, tego patriotycznego kitu, od pokoleń wciskanego pod strzechy, współcześni Polacy utożsamiają się raczej z Michałem Wołodyjowskim niż z jego bezimiennymi chłopami pańszczyźnianymi, o których próżno szukać choćby wzmianki w którymkolwiek tomie tego dzieła. A przecież to wśród owych chłopów, którzy w czasach pana Michała i jemu podobnych w najlepszym razie brali od szlachty po gębie, doszukałaby się swoich przodków zdecydowana większość z nas. Oto potęga mitu; na tym polegał hipnotyczny urok XIX-wiecznej kultury polskiej, do której lgnęli nie tylko Żydzi, Niemcy czy galicyjscy Czesi, lecz także dzieci tych małopolskich czy mazowieckich chłopów, którzy jeszcze przed 150 laty „Polakami” nazywali wyłącznie panów, a do siebie nawzajem mówili – tak jak Czesi po dziś dzień – per wy. Czesi bowiem obyli się w XIX wieku bez szlachty, co jakoś nie przeszkodziło im unarodowić swoich warstw plebejskich i zasymilować większości Żydów oraz dziesiątek tysięcy tych galicyjskich, „polskich” chłopów, którzy u schyłku XIX wieku podążyli za pracą na Zaolzie, a ich potomkowie na ogół uważają się za Czechów z dziada pradziada.

Wbrew utartym mitom, jeszcze w XVIII wieku ziemie czeskie przypominały pod względem struktury społecznej ziemie będące niekwestionowanym matecznikiem polskości, to znaczy Wielkopolskę, Małopolskę i Mazowsze. Przygniatającą większość mieszkańców stanowili chłopi, przy czym w Czechach i na Morawach językiem ojczystym jednej trzeciej z nich był język niemiecki. Niemcy aż do połowy XIX wieku dominowali liczebnie w większości miast (podobnie jak Żydzi na ziemiach polskich). Ta dominacja pod względem materialnym, kapitałowym, cywilizacyjnym i kulturowym – choć już nie politycznym – przetrwała co najmniej do 1918 roku. Czeska szlachta zgermanizowała się w tym samym czasie i z podobnych powodów, dla których polonizacji uległa szlachta litewska czy ruska, wszyscy ci Radziwiłłowie, Sapiehowie, Czartoryscy, Giedroyciowie czy Miłoszowie, którzy trwale zafiksowali myślenie Polaków wokół „wschodu”, „kresów”, krótko mówiąc, wokół obłąkańczej mission impossible mającej na celu kolonizację ziem ukraińskich, białoruskich i litewskich, której ostatnim epizodem było ludobójstwo Polaków na Wołyniu i w Galicji Wschodniej w latach 1943-44.

Oczywiście nie sposób mieć pretensji do ruskiej czy litewskiej szlachty, że przed wiekami wybrała polskość, skoro dzięki temu mogła czerpać garściami z dorobku cywilizacyjnego Rzeczypospolitej i pomnażać swoje bogactwo, tworząc oligarchiczne państwa w państwie na tzw. Kresach. Nie można jednak również, bez narażenia się na śmieszność, dziwić się, że przedstawiciele ukraińskich, litewskich – czy właśnie czeskich – elit politycznych, wywodzący się na ogół z warstw plebejskich i drobnomieszczańskich i reprezentujący zdecydowaną większość tamtejszych populacji, powiedzieli szlachcie: Precz! Ten gest odrzucenia klasy wyzyskiwaczy, odcięcia się od pasożytniczej warstwy szlacheckiej był kamieniem milowym na drodze do odzyskania własnej podmiotowości przez „łyków” i „chamów”, „dorobkiewiczów” i „sklepikarzy” – na drodze ich przemiany w nowożytny naród. A swoją drogą, czy uświadamiamy sobie, skąd wzięło się w naszym języku to bogactwo epitetów uwłaczających godności ludzi pracy? Badylarz, robol, cham – to wszystko popłuczyny szlachetczyzny, z jej apologią nieróbstwa i folwarcznym stosunkiem do rzeczywistości. Folwarcznym – to znaczy wynikającym z odruchowo przyjętej perspektywy właściciela folwarku (choć tak naprawdę żadnego folwarku nie ma i może nigdy nie było). Zapewne nie zdziwi nas, że ta plejada klasowych inwektyw ma swój odpowiednik w języku czeskim (a zapewne także w ukraińskim i litewskim) w licznych obraźliwych określeniach szlachty.

Teraz jesteśmy już bliżsi zrozumienia, dlaczego przed niespełna stu laty żaden polski pisarz po prostu nie mógł napisać tak obrazoburczej, antyheroicznej, antypolitycznej, egalitarnej i z gruntu demokratycznej w swej wymowie książki jak „Przygody dobrego wojaka Szwejka”. Jesteśmy spadkobiercami anachronicznej kultury szlacheckiej i romantyzmu, które uniemożliwiają nam zrozumienie najprostszych rzeczy. Jak choćby tego, że wojna – każda wojna – to tylko i wyłącznie rzeź, na której zawsze ktoś zarabia. My zawsze doszukamy się w wojnie sensu, zaprzęgniemy do niej teologię i martyrologię, uzyskując w efekcie to, co Szwejk nazywał „bałwanieniem do kwadratu”. W Polsce przecież nie sposób umrzeć głupio. Polak ginie na polu chwały, choćby zginął w katastrofie lotniczej.

Oczywiście Czechom też wmawiano różne rzeczy. Jaroslav Hašek w dzieciństwie wysłuchiwał opowieści o husytach, XV-wiecznych „bożych wojownikach”, przed którymi rzekomo drżało pół Europy – i to wysłuchiwał ich z ust samego Aloisa Jiráska, który był jego nauczycielem. To w dużej mierze za sprawą tego wybitnego powieściopisarza, nazywanego przez współczesnych „czeskim Sienkiewiczem”, i propagowanej w jego powieściach ideologii narodowej Czesi odrzucili katolicyzm, który jeszcze w czasach Haška wyznawało ponad 90 (słownie: dziewięćdziesiąt!) procent z nich. Uwierzyli, że Jan Hus wymyślił protestantyzm całe sto lat przed Marcinem Lutrem, choć w rzeczywistości ten słynny kaznodzieja był lepszym katolikiem, a na pewno chrześcijaninem, niż ówczesny papież (a raczej trzej ówcześni, tzn. równocześnie sprawujący posługę papieże) – i właśnie dlatego w 1415 roku spłonął na stosie w Konstancji. Jirásek wmówił też rodakom, że Niemcy są ich odwiecznym wrogiem, choć tak naprawdę względnie uprzywilejowaną pozycję najbardziej zaawansowanego pod względem cywilizacyjnym państwa Europy Środkowo-Wschodniej Czechy zawdzięczają właśnie trwałym, wielowiekowym związkom z Niemcami. Ceną za rozwój była utrata niewydolnego państwa stanowego w pierwszej połowie XVII wieku, po bitwie na Białej Górze, i późniejsza apostazja narodowa rodzimej szlachty, która wybrała „opcję niemiecką”. „Obydwu nie ma co żałować”, jak by powiedział Szwejk, który na wieść o śmierci następcy tronu, księcia Ferdynanda, w zamachu terrorystycznym w Sarajewie zapytał, o którego Ferdynanda chodzi, bo on zna dwóch – jeden jest pomocnikiem u drogisty, a drugi zbiera psie gówienka.

W czasach młodości Haška, u schyłku XIX wieku, Czesi byli ambitnym narodem mieszczan, drobnomieszczan i zamożnych chłopów, na ogół hołdujących poglądom wyznawanym w tym czasie na ziemiach polskich przez zwolenników endecji. Hašek w dzieciństwie był świadkiem i ofiarą pijackiej degrengolady ojca, nauczyciela matematyki; stąd m.in. wzięła się jego niechęć do drobnomieszczaństwa i jego ideologii – integralnego nacjonalizmu wrogiego Niemcom i Żydom. W wieku dwudziestu lat został redaktorem anarchistycznej gazety – anarchizm cieszył się wzięciem wśród wielu jego rówieśników niemających związków rodzinnych z wielkomiejską klasą robotniczą, skupioną już w owym czasie w prężnie działającej partii socjaldemokratycznej. Utrzymywał się z pisania humoresek i opowiadań, zabawiał się z przyjaciółmi w gospodach, przez pięć lat włóczył się po Czechach, Słowacji, Węgrzech i Galicji w poszukiwaniu przygód. Pierwsze opowiadania o przygodach Szwejka w austriackich koszarach napisał w 1911 roku. Kilka lat później poznał je (koszary) z autopsji. Latem 1915 roku znalazł się na froncie wschodnim, a jesienią tego samego roku trafił do niewoli rosyjskiej.

Wbrew mitom szerzonym na początku wojny przez propagandę niemiecką – a po wojnie podtrzymywanych, z innych powodów, przez propagandę czechosłowacką – nie jest prawdą, że czescy żołnierze dobrowolnie, całymi jednostkami, przechodzili na stronę Rosjan. Na ogół trafiali do niewoli na skutek błędów w dowodzeniu popełnianych przez niemieckich oficerów. Tak też było w przypadku Haška, który rok spędzony w rosyjskiej niewoli wspominał jako najgorsze doświadczenie w całym swoim życiu. Choroby zakaźne i głód dziesiątkowały jeńców bez względu na narodowość; autor Szwejka zachorował w obozie na gruźlicę, która z czasem, wraz z alkoholizmem, najbardziej przyczyniła się do jego przedwczesnej śmierci.

Rosjanie zmienili swój stosunek do Słowian w austriackich mundurach dopiero jesienią 1916 roku. Pod wpływem wojennych niepowodzeń zezwolili na utworzenie Legionów Czechosłowackich, które wkrótce osiągnęły stan 60 tysięcy żołnierzy. Hašek został redaktorem gazety legionowej w Kijowie, pisał patriotyczne agitki i humoreski. Na wieść o zniesieniu świąt religijnych przez „rząd komisarzy ludowych w Petersburgu” odpowiedział kpiarskim felietonem Jak bolszewicy zlikwidowali Boże Narodzenie. Zauważył w nim całkiem trzeźwo, że pośród wielu rzeczy, które bolszewicy odwołali, „znalazłaby się tylko jedna rzecz, której nie odwołali, a mianowicie obietnica złożona przez Lenina cesarzowi Wilhelmowi, że w Rosji nieźle narozrabia”. Nie był więc, jak widać, pierwszym naiwnym. Mimo to parę miesięcy później zdezerterował z legionów i dotarłszy nie bez przeszkód do Moskwy, zgłosił się na ochotnika do Armii Czerwonej. Wkrótce, mianowany komisarzem politycznym bolszewickiej Piątej Armii, znalazł się w nadwołżańskiej Samarze, jednym z kluczowych miast na linii Kolei Transsyberyjskiej. Tam też w czerwcu 1918 roku los zetknął go znów z rodakami.

Legion Czechosłowacki utknął bowiem w Rosji na dobre. Wydawałoby się, że po traktacie brzeskim Czesi i Słowacy nie mają tam już nic do roboty. Początkowo alianci zamierzali jak najszybciej przerzucić ich na front zachodni, częściowo przez Archangielsk, częściowo przez Władywostok. I tak by się stało, gdyby nie idiotyczny rozkaz Trockiego, który nakazał ich rozbroić. Czesi mieli za sobą wojaczkę w armii austriackiej i rosyjską niewolę; byli bitni i za wszelką cenę chcieli wrócić do kraju. W owym czasie byli najsilniejszą i najlepiej wyposażoną formacją wojskową między Wołgą a Pacyfikiem. Bez trudu przepędzili nielicznych i słabo uzbrojonych czerwonoarmistów, pod koniec maja zajęli Penzę i Omsk, a na początku czerwca praktycznie bez walki opanowali Samarę. Hašek uciekł wtedy z miasta w przebraniu kobiecym, o włos unikając śmierci, jako że wciąż ciążył na nim wyrok za dezercję.

W następstwie „bitwy o Samarę” legioniści wbrew własnej woli uwikłali się w wojnę domową w Rosji. Większość wróciła do kraju dopiero w 1920 roku. A co robił wtedy Hašek? O swoich wyczynach pisał jak zawsze ze swadą: „W owym czasie wydawałem (...) koło Jamburga czasopismo w tatarsko-baszkirskim narzeczu dla dwóch dzikich dywizji Baszkirów i innych zabijaków, którzy walczyli z białymi wojskami republiki estońskiej”[8]. Nie będziemy tutaj tropić jego grzechów ani usiłować wyłuskać możliwe do ustalenia fakty. Dla porządku dopowiemy tylko, że po ucieczce z Samary trafił do Irkucka, gdzie został członkiem miejscowego komitetu partii, ponownie się ożenił i zamierzał chyba osiąść nad Bajkałem. Na szczęście upomniała się o niego Historia, zniecierpliwiona, że jej wybranek, zamiast napisać wreszcie największą czeską powieść wszech czasów, mitręży czas wśród Buriatów i Jakutów (o których zapewne czerpał wiedzę z klasycznych, rosyjskojęzycznych prac Wacława Sieroszewskiego).

W sierpniu 1920 roku bolszewicy stanęli na rogatkach Warszawy. Armia Konna pustoszyła galicyjskie miasteczka, po których niespełna dwadzieścia lat wcześniej Hašek włóczył się w poszukiwaniu przygód. Wydawało się, że najdalej za parę miesięcy, jeśli nie tygodni, kozacy Budionnego napoją konie w Wełtawie i przypomną praskim kelnerom, skąd w języku gastronomii wzięło się słowo „bistro”. Nasz bohater z żoną i poleceniem partyjnym w kieszeni wyruszył więc do ojczyzny, by rozpalić rewolucyjne instynkty tamtejszej klasy robotniczej, która rzekomo jęczała pod jarzmem Masaryka i nie miała już do stracenia nic oprócz knedli. Kiedy jednak po wielomiesięcznej podróży dotarł wreszcie do Pragi, szybko stracił zapał do konspiracyjnej roboty.

Posądzano go o najgorsze występki, wręcz zbrodnie, których miał się jakoby dopuścić podczas wojny domowej w Rosji. Na szkalujące go felietony odpowiedział „szczerą spowiedzią przed czeskim społeczeństwem”[9], w której przyznał, że jest „nie tylko takim nędznikiem i nikczemnikiem”, jak to opisano, ale „o wiele gorszą szują!”.

A oto (skrócona) lista jego występków:

„Już swoim przyjściem na świat spowodowałem wielką nieprzyjemność mojej matce, która kilka dni i nocy nie spała”.

„Licząc sześć miesięcy, zjadłem swego starszego brata i ukradłem mu z trumienki święte obrazki”.

„Kiedy miałem rok, nie było w Pradze ani jednego kota, któremu nie wykłułbym oczu lub nie obciął ogona”.

„Gdy szedłem z boną na spacer, wszystkie psy omijały mnie z daleka. Bona nie chodziła jednak ze mną długo, ponieważ kiedy miałem osiemnaście miesięcy, zaprowadziłem ją do koszar przy placu Karola, gdzie za dwie paczki tytoniu oddałem ją na łaskę i niełaskę żołnierzom”.

Kiedy spotkany w gospodzie kolega z legionów, pisarz Rudolf Medek, zarzucił mu, że jako bolszewicki komisarz rozstrzeliwał legionistów, a zatem jest mordercą i bandytą, Hašek „zawołał dumnie: – Pewnie, że nim jestem. I nie wstydzę się tego! Kazałem ich rozstrzeliwać całymi tuzinami. Ze szczególną lubością wypruwałem im bebechy i rozwieszałem je po bramach miast na postrach tym, którzy dali się otumanić twoim patriotycznym wierszydłom. Dopuszczałem się jeszcze gorszych bestialstw niż słynni azjatyccy Czyngis-chanowie”[10].

W końcu jednak wyniósł się z Pragi na wieś. Wiosną 1921 roku zamieszkał w Lipnicy nad Sazawą i tam napisał pierwszy tom Przygód dobrego wojaka Szwejka. Zmarł 3 stycznia 1923 roku. Wciąż działa gospoda, w której niemal do końca dyktował swoje arcydzieło.

W kościele w Zakopanem po raz ostatni zabrzmiało „Jezus”, ksiądz po odprawieniu porannej mszy udał się do zakrystii, a wierni zaczęli się rozchodzić. Niewielka grupka, złożona z lwowskiego profesora Orzyńskiego, jego małżonki i dwóch starszych córek, po raz ostatni przeżegnała się, wyszła z kościoła i wsiadła do czekającego powozu. Na koźle obok woźnicy siedział przewodnik.

– Dokąd pojedziemy, wielmożny panie? – spytał się góral woźnica.

– Do Kościeliska!

– To dobrze, niech będzie pochwalony Jezus Chrystus – krzyknął woźnica, pociągnął łyk z nieodłącznej butelki wódki i trzasnął z bata; małe koniki zarżały i pognały kłusem.

Świeży poranny wiatr owiewał zadowolone twarze towarzystwa, któremu nie przeszkadzała nawet wyboista droga. Jechali wśród willi i domków dla letników. Znajomi pozdrawiali ich głośno, a kilkoro góralskich dzieci, które przyszły na targ do Zakopanego, biegło za wozem, prosząc o jakiś datek.

Wyjechali z Zakopanego i podróż stała się trudniejsza. Zjeżdżali ostro w dół, a po chwili pięli się stromo pod górę po drodze pełnej kamieni. Wóz trząsł się na wybojach, a oni podskakiwali co chwila na wypchanych słomą siedzeniach. Ale nie przejmowali się tym.

Pan profesor zaśpiewał swą ulubioną piosenkę: Hej, ty dziewczę, pani przyłączyła się z córkami i ich śpiew niósł się po lesie, odbijając się echem wśród ciszy, i zanikał gdzieś w dolinie. Potężne sosny pachniały, powietrze było wilgotne i przyjemne.

Gdy wjechali na wierszek i rozejrzeli się wokół, krajobraz przyjemnie ich zaskoczył. Dym, znikający w modrym niebie, znaczył miejsce, gdzie leży Zakopane, a białe szczyty górskie lśniły w promieniach rannego słońca niczym srebro. A wokół tylko las, gdzieniegdzie jedynie przerywany pasami zielonych łąk i pastwisk.

Woźnica i przewodnik pociągnęli z butelki z „mocną” po porządnym łyku i zaczęli śpiewać. Towarzystwo słuchało uważnie. Szybki, silny śpiew z czasem przycichł i spowolnił, gdy szum leśnych drzew wokół zaczął niknąć. Ostatnie słowa pieśni przeciągali z właściwą góralom lubością.

Gdy skończyli, pochwaliła ich jednogłośnie cała gromadka, a pan profesor obdarzył tytoniem.

Słonko stało już wysoko na niebie i zaczęło palić. Płachta, która miała pokazać, że jadą wozem pierwszej klasy, niewiele pomagała.

Po pewnym czasie znaleźli się na początku Doliny Kościeliskiej. Biały Dunajec szumiał w ciszy, którą naruszały gdzieś na górskich zboczach śpiewy drwali. Woźnica i przewodnik nagle zaśpiewali z zapałem:

Oj Dunajec, biała woda,Górala wiernego,Bielej ty, że dalej, biały,Bielejże dla niego.[11]

Skończyli. Echo odbiło pieśń od okolicznych zboczy. Pan profesor i jego rodzina byli wzruszeni. Echo cichło pomału, a Dunajec szumiał, fale pieniły się na leżących w wodzie kamieniach. Na prośbę profesora pieśń powtórzono. Jej zawodząca melodia bardzo się towarzystwu podobała.

Upał narastał. W końcu wóz zatrzymał się przed hotelem Jutrzenka. Tu zwykle zajeżdżały powozy z wycieczkowiczami, którzy dalej szli już piechotą na dłuższą lub krótszą trasę.

Towarzystwo zeszło z wozu, posiliło się w restauracji jadłem i napitkiem, a po krótkim odpoczynku ruszyło z przewodnikiem w głąb Kościeliskiej. Woźnica z powozem czekał na miejscu przeznaczonym dla powozów.

Podziwiając wspaniałą przyrodę, wycieczkowicze kroczyli dobrze utrzymaną drogą, aż znaleźli się w miejscu, w którym dolina się zwęża.

Zatrzymali się. Nad nimi z obu stron pięły się stromo wysokie, bielejące skały. Tu i tam trzymały się ich jodły i świerki, przy drodze szumiał Dunajec, a szum wody odbijał się od ścian skalistego wąwozu. Rodzinę Orzyńskich ogarnął błogi nastrój. Zapatrzyli się w wodny prąd. Jaka tu biała woda z modrym zabarwieniem, w głębinie widać każdy kamień, każde ziarnko piasku.

Dla podtrzymania nastroju przewodnik nagle zaśpiewał pięknym silnym głosem, podskakując na drodze i wymachując kijem z błyszczącą siekierką, pieśń, która całemu towarzystwu tak się podobała:

Oj Dunajec, biała woda,Górala wiernego,Bielej ty, że dalej, biały,Bielejże dla niego

Obdarowano go za to cygarami i pomału ruszyli dalej. Przewodnik to zwracał ich uwagę na kominy skalne, to opowiadał historię o jakiejś malowniczej grupce głazów. Słońce prażyło i towarzystwo poczuło pragnienie. Zwłaszcza przewodnik tęsknie spoglądał na ogromną butlę wina w słomianym koszyczku, jedyny bagaż, jaki niósł.

– Pyszna woda jest w Dunajcu – oznajmił nagle i położył butelkę z winem na ziemi.

Pan profesor popatrzył na butlę z winem, na szumiący, czysty Dunajec, od którego czuć było przyjemny chłód, popatrzył na palące słońce i zwrócił się do swej małżonki:

– Moglibyśmy odpocząć i posilić się przed dalszą drogą.

Odpowiedzią był radosny okrzyk zgody i już po chwili przewodnik napełniał szklanki do połowy czystą wodą z Dunajca, a do połowy winem.

Siedząc w leśnym cieniu na wonnym górskim mchu, wycieczkowicze wznieśli, wraz z przewodnikiem, za dalszą drogę staropolski toast „Szczęść Boże!”. Oscypki i niezbędna krakowska z czarnym chlebem poprawiły wszystkim i tak już dobry humor.

– To dopiero jest woda – oświadczył ze znajomością rzeczy profesor, zwracając się do przewodnika. – Gdybyśmy mieli taką wodę we Lwowie, nic innego byśmy nie pili. Proszę cię, napełnij szklankę samą wodą, niech sobie użyję pięknego Białego Dunajca!

Przewodnik po chwili wrócił ze szklanką wody czystej jak kryształ. Pan profesor pomału siorbał chłodną wodę, podczas gdy córki i małżonka wsłuchiwały się w szum potoku.

– Mówię ci