Wydawca ebooka: Zielona Sowa Wydawca audiobooka: Biblioteka Akustyczna Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2008

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 248 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 7 godz. 39 min Lektor: Krzysztof Tyniec

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 7 godz. 39 min Lektor: Krzysztof Tyniec

Opis ebooka O czym szumią wierzby - Kenneth Grahame

Przygody Pana Ropucha i jego przyjaciół, Kreta, Pana Borsuka, Szczura, Wydry i Myszy, to historie pełne fantazji i humoru. Zwierzęta obdarzone cechami ludzkimi, w wielu sytuacjach wdzięcznie parodiują nasze zachowania.

Opinie o ebooku O czym szumią wierzby - Kenneth Grahame

Fragment ebooka O czym szumią wierzby - Kenneth Grahame

Kenneth Grahame

O CZYM SZUMIĄ WIERZBY

Wydawnictwo Zielona Sowa Kraków

Projekt graficzny serii:

Mariusz Pająk

Ilustracja na okładce:

Zbigniew Seweryn

Rysunki:

Marek Szal

Opracowanie graficzne okładki:

Mariusz Pająk

Przełożyła:

Maria Godlewska

© Copyright by Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o., Kraków 2008

ISBN 978-83-7895-228-2

Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o.

30-404 Kraków, ul. Cegielniana 4A

tel./fax (012) 266-62-94, tel. (012) 266-62-92

www.zielonasowa.pl

wydawnictwo@zielonasowa.pl

I
Nad brzegiem rzeki

Kret pracował zawzięcie przez cały ranek, robił wiosenne porządki w swoim mieszkaniu. Najpierw zamiatał, potem odkurzał, a później dopóty się wspinał z kubłem farby i pędzlem na drabinę, na schodki i krzesła, aż kurz zasypał mu oczy i gardło, a czarne futerko pełne było białych plam od wapna; plecy go bolały, ramiona opadały ze zmęczenia. Wiosenny ruch panował tam w górze i w ziemi otaczającej Kreta; cudowny duch niepokoju i tęsknoty przenikał nawet do jego ciemnego, niskiego domku. Nic też dziwnego, że rzucił nagle pędzel, krzyknął: — Nudziarstwo! A niech tam! Pal licho wiosenne porządki! — po czym wybiegł z domu, zapominając nawet wziąć palto.

Tam w górze coś wzywało go natarczywie, zaczął więc torować sobie drogę ku stromemu, ciasnemu tunelowi — w krecich posiadłościach taki tunel zastępuje żwirowany podjazd prowadzący do domów zwierząt, które zamieszkują bliżej powietrza i słońca — kopał więc i skrobał i drapał, a potem znów drapał i skrobał i kopał. Pracował pilnie małymi łapkami i mruczał do siebie: — W górę! Wzwyż! — aż nareszcie pop! i ryjek wydostał się na słoneczko, a Kret zaczął turlać się po ciepłej trawie rozległej łąki.

— Ładnie tu — rzekł do siebie. — Lepsze to od bielenia ścian!

Słońce nagrzewało silnie futerko, łagodny powiew pieścił rozpalone czoło, a po piwnicznym odosobnieniu, w którym Kret tak długo przebywał, śpiew szczęśliwych ptaków wydawał się prawie krzykiem dla jego uszu. Zerwał się na równe cztery łapki; ogarnęła go radość życia i rozkosz wiosny bez obowiązku robienia wiosennych porządków, podreptał więc aż do płotu po drugiej stronie łąki.

- Stój! — krzyknął stary Królik, który strzegł dziury w płocie. — Sześć pensów za przejście, to droga prywatna!

Zniecierpliwiony Kret w jednej chwili obalił lekceważąco Królika na ziemię i pobiegł dalej wzdłuż płotu. Po drodze zaczepiał Króliki, które wychylały się śpiesznie z nor, chcąc zobaczyć, co to za awantura.

— Zjem was w cebulowym sosie! — przekomarzał się Kret i znikł, nim Króliki obmyśliły, co mają mu odpowiedzieć.

Zaczęły wówczas wszystkie gderać na siebie nawzajem: — Jakiś ty głupi! Dlaczego mu nie powiedziałeś?... — Dobre sobie. A dlaczego ty nie powiedziałeś?... — Trzeba mu było przypomnieć... — i tak dalej, ot, jak zawsze. Zresztą wszystko było już poniewczasie; jest to zwykła kolej rzeczy.

Świat wokoło Kreta był tak piękny, że wydawał się aż nieprawdziwy. Kret wałęsał się to tu, to tam, po łąkach, wzdłuż żywopłotów, po zagajnikach; wszędzie widział ptaki budujące gniazdka, kwiaty w pączkach, rozwijające się liście — radość, postęp i pracę. Sumienie wcale mu nie dokuczało, nie szeptało: „A kto pobieli ściany?" Bardzo mu było przyjemnie, że on jeden próżnuje wśród tylu pracowitych obywateli. Bo właściwie najmilszą stroną wakacji nie jest to, że się odpoczywa, ale że się widzi innych, jak pracują.

Radość Kreta doszła do szczytu, kiedy w swojej bezcelowej wędrówce stanął nagle na brzegu Rzeki. Nigdy w życiu Rzeki nie widział. Cóż to za jakieś śliskie, wijące się, opasłe zwierzę, które pędzi i bulgoce, chwyta z chichotem różne przedmioty, porzuca je, śmiejąc się, napada po drodze na nowych towarzyszy zabaw, a zaledwie zdołają się wymknąć, już ich znowu goni i chwyta. Same iskry, błyski i promienie; wszystko migoce i drga; szmery, wiry, szepty, bąbelki! Kret był wniebowzięty, zachwycony; biegł brzegiem Rzeki, jak małe dziecko drepce obok człowieka, który oczarował je ciekawą bajką. Gdy zmęczył się, usiadł na brzegu, a Rzeka wciąż z nim gwarzyła. W bulgotaniu wody szemrał pochód najpiękniejszych bajek świata; przesyłało je serce ziemi dalekiemu, nienasyconemu morzu.

Kret siedział w trawie i patrzył na przeciwległy brzeg; wtem zauważył ciemną norę tuż nad poziomem wody. Jakie to rozkoszne i zaciszne miejsce dla zwierzęcia o skromnych wymaganiach, które pragnęłoby zamieszkać w maleńkiej nadbrzeżnej willi, z dala od kurzu i hałasu. Kret patrzył, snując marzenia. Raptem w samym środku nory mrugnęło coś małego i jasnego, znikło i znów mrugnęło jak maleńka gwiazdka. Ale przecież nie mogła to być gwiazdka w tak dziwnym miejscu; a na robaczka świętojańskiego było za małe, przy tym za jasno błyszczało. Gdy się w to bacznie wpatrywał, gwiazdka mrugnęła porozumiewawczo i okazało się, że było to oko. A stopniowo zarysował się koło oka mały pyszczek niby ramka wkoło obrazu.

Brązowy, wąsaty pyszczek.

Poważny, okrągły pyszczek, z tym samym błyskiem w oku, który zwrócił uwagę Kreta.

Malutkie zgrabne uszka i gęste, jedwabiste włosy. Był to Szczur Wodny!

Oba zwierzątka przyglądały się sobie nieufnie.

— Jak się masz, Krecie? — zapytał Szczur Wodny.

— Jak się masz, Szczurze? — zapytał Kret.

— Chciałbyś się może przeprawić na tę stronę? — spytał po chwili Szczur Wodny.

— Łatwo to powiedzieć — rzekł Kret nieco gniewnie, bo nie znał Rzeki, nadbrzeżnego życia i obowiązujących tam zwyczajów. Szczur nic nie odrzekł, pochylił się tylko, odwiązał jakiś sznur, pociągnął, a potem wskoczył lekko do łódeczki, której Kret nie zauważył. Łódka była pomalowana z wierzchu na zielono, a w środku na biało i mogło się w niej zmieścić dwoje zwierząt. Od razu zdobyła sobie serce Kreta, choć nie rozumiał dobrze, jaki z niej będzie miał pożytek.

Szczur szybko i zgrabnie przeprawił się na drugą stronę, a gdy Kret lękliwie zstępował w dół, wyciągnął do niego przednią łapkę.

— Oprzyj się! — zawołał. — Dalej, śmiało!

I Kret ku swojemu zdumieniu i radości zasiadł przy sterze prawdziwej łódki.

— Nadzwyczajny dziś dzień dla mnie! — rzekł, kiedy Szczur odepchnął czółno i zabrał się do wioseł. — Czy wiesz, że ja przez całe życie ani razu nie siedziałem w łódce?

— Co ty mówisz? — wykrzyknął Szczur z rozdziawionym pyszczkiem. — Ani razu nie... nigdy?... Ja... W takim razie co robiłeś?

— Więc to aż taka przyjemność? — spytał nieśmiało Kret. Ale od razu uwierzył w tę przyjemność, kiedy rozparł się na siedzeniu, spojrzał na poduszki, wiosła, dulki, całe urządzenie i poczuł pod sobą lekkie kołysanie czółna.

— Przyjemność? Nie ma nic rozkoszniejszego — stwierdził uroczyście Szczur Wodny, pochylając się naprzód, aby nabrać rozmachu.

- Wierz mi, młody przyjacielu, nie ma nic, naprawdę nic, co dałoby się porównać ze zwyczajną włóczęgą łodzią. Po prostu płynąć — ciągnął dalej rozmarzony — płynąć... łodzią... płynąć...

— Uważaj, Szczurku! — zawołał nagle Kret.

Było już jednak za późno. Łódź z całą siłą uderzyła o brzeg. Marzyciel, wesoły wioślarz, leżał na plecach na dnie czółna z łapkami wyciągniętymi do góry.

— Płynąć łodzią... lub choćby w niej siedzieć — ciągnął dalej spokojnie z miłym uśmiechem. — Płynąć łodzią albo obok niej, wszystko jedno. Doprawdy, nic nas wówczas nie obchodzi i to właśnie stanowi cały urok. Czy wyruszysz w drogę, czy nie wyruszysz, czy dotrzesz do miejsca przeznaczenia, czy całkiem gdzie indziej, czy może nigdzie w ogóle nie dojedziesz, wciąż jesteś zajęty, chociaż nie robisz nic określonego. A kiedy skończysz swoją pracę, znajdzie się inne zajęcie; możesz się do niego zabrać, jeśli chcesz, ale lepiej nic nie robić. Wiesz co? O ile naprawdę nie masz na dziś innego projektu, może byśmy popłynęli w dół Rzeki na cały długi dzień?

Kret zamachał radośnie łapkami, westchnął z zadowoleniem całą piersią i rozparł się wygodnie na miękkich poduszkach.

— Cóż to za nadzwyczajny dzień dla mnie! — wykrzyknął. — Płyńmy w tej chwili!

— Proszę o trochę cierpliwości — rzekł Szczur.

Przywiązał linkę od łódki do żelaznego kółka na przystani, podreptał do swojej nory i po krótkiej chwili ukazał się zgięty pod ciężarem dużego wiklinowego kosza z prowiantem.

— Podsuń to pod nogi — powiedział do Kreta, podając mu kosz. Po czym odwiązał linkę i wziął się do wioseł.

— A co tam jest w środku? — spytał Kret, który skręcał się z ciekawości.

— Jest kurczę na zimno — zaczął wyliczać Szczur — ozór na zimno, szynka, pieczeń na zimno, korniszony, paszteciki, kanapki z rzeżuchą, pasztet, piwo, lemoniada, woda sodowa.

— Dość już, dość! — wołał zachwycony Kret. — Za wiele tego wszystkiego!

— Doprawdy tak uważasz? — zapytał Szczur z powagą. — Zabieram zwykle taką właśnie ilość zapasów na krótkie wycieczki, a inne zwierzęta twierdzą, że skąpa ze mnie bestia i że za cienko wszystko kraję.

Kret nie słyszał już ani słowa. Był pochłonięty nowym życiem, w które wkraczał, upojony blaskiem, ruchem fal, zapachami, szmerami, światłem słońca; zanurzył łapkę w wodzie i śnił sen na jawie.

Szczur Wodny, dobry kolega, wiosłował pilnie i nie przeszkadzał towarzyszowi.

— Bardzo mi się podoba twój ubiór — zauważył po upływie mniej więcej pół godziny. — Jak tylko będę miał pieniądze, kupię sobie także czarną, aksamitną bonżurkę.

— Przepraszam cię — rzekł Kret, opanowując się z wysiłkiem. — Uważasz pewnie, że jestem bardzo źle wychowany; ale to wszystko jest dla mnie zupełną nowością. Więc... to... jest... Rzeka?

— To jest nasza Rzeka, jedyna na świecie! — uściślił Szczur.

— I ty naprawdę mieszkasz na jej brzegu. Jakież to musi być rozkoszne życie!

— Na jej brzegu i w niej i na niej — uściślił znowu Szczur. — Jest mi bratem i siostrą i ciotką i towarzyszem i pokarmem i napojem, i — oczywiście — kąpielą. To mój cały świat, innego nie chcę. Nie warto mieć tego, co nie pochodzi z Rzeki, i nie warto wiedzieć tego, o czym ona nie wie. Miły Boże, czegośmy to razem nie przeżywali! Zimą czy latem, wiosną czy jesienią Rzeka jest zawsze ciekawa i przyjemna. W lutym, podczas powodzi, napój, którego nie używam, pieni się w piwnicach i suterenach; brązowa woda dochodzi do okna mego najpiękniejszego sypialnego pokoju; a znów gdy wody spłyną, pokazują się mielizny pachnące plackiem z rodzynkami, a kanały zarastają wodorostami i trzciną. Wówczas mogę suchą łapką przemierzać prawie całe łożysko; wyszukuję świeże pożywienie i przedmioty, które niedbali ludzie wyrzucają z łodzi.

— Czy nie jest ci czasem trochę nudno? — odważył się spytać Kret. - Tylko ty i Rzeka; nie masz nikogo, do kogo byś mógł słowo przemówić.

— Nikogo, do kogo by... No, nie biorę ci tego za złe — odparł cierpliwie Szczur. — Dopiero co tu przybyłeś i oczywiście o niczym nie masz pojęcia. Wybrzeże jest teraz tak zaludnione, że wiele osób się stąd wyprowadza. To już nie to co dawniej. Wydry, Zimorodki, Nury, Kurki Wodne — wszyscy włóczą się po całych dniach, a zawsze chcą, żeby coś dla nich zrobić, jakby każdy z nas nie miał własnej pracy, którą musi się zająć.

— A co jest tam? — spytał Kret i machnął łapką w stronę zadrzewionej dali, która tworzyła jakby ciemną ramę, otaczającą nadbrzeżne łąki na jednym z brzegów Rzeki.

— Tamto? Ach, to po prostu Puszcza — odparł krótko Szczur. — My, mieszkańcy Wybrzeża, rzadko tam zachodzimy.

— A czy tam... czy tamtejsi mieszkańcy nie są przyjemni? — spytał Kret lekko zaniepokojony.

— N-n-no — odrzekł Szczur — poczekaj, niech się zastanowię. Wiewiórki są miłe. A także i Króliki — niektóre, bo to dość mieszane towarzystwo. Jest też i Borsuk. Mieszka w samym środku Puszczy; za żadne skarby nie zamieszkałby gdzie indziej. Kochany, stary Borsuk. Jego nikt nie zaczepi. Napastnik miałby się z pyszna — dodał znacząco.

— A kto by go mógł zaczepić? — spytał Kret.

— No... w Puszczy mieszkają rozmaite zwierzęta wyjaśnił Szczur z wahaniem. — Łasice... i Lisy... i tak dalej. Pod pewnym względem są to porządne stworzenia — ja z nimi żyję w przyjaźni... , kiedy się spotkamy... Ale czasem zaczynają brykać, przyznaję, a wówczas... cóż, nie można im ufać, to fakt.

Kret dobrze wiedział, że wszelkie przejmowanie się przyszłymi kłopotami, a nawet wspominanie o nich, sprzeciwia się etykiecie obowiązującej wśród zwierząt, więc nie podnosił tej sprawy.

— A co się znajduje za Puszczą? — spytał. — Tam gdzie jest niebiesko i mglisto i widać wzgórza, które może wcale nie są wzgórzami, a także coś podobnego do miejskich dymów, ale może to po prostu obłoki?

— Za Puszczą leży Szeroki Świat — odparł Szczur. — A to jest coś, co nie obchodzi ani ciebie, ani mnie. Nigdy tam nie byłem i nigdy nie będę i ty tam także nie będziesz, o ile masz trochę rozsądku. Proszę cię, nie wspominaj mi o tym. Otóż i łacha. Nareszcie. Zjemy tu sobie drugie śniadanie.

Skręcili w bok od głównego łożyska Rzeki i wpłynęli na coś, co na pierwszy rzut oka wyglądało jak małe jeziorko. Zielona murawa schodziła aż nad brzeg łachy; brązowe korzenie podobne do wężów błyszczały na dnie cichej wody; powyżej szumiało srebrzyste ramię Rzeki; spieniony wodospad śluzy wraz z pracowitym, ociekającym wodą młyńskim kołem, które podpierało szary, gadatliwy młyn, wypełniały powietrze kojącym szmerem dźwięków, głuchym i przytłumionym. Na tle tego szumu słychać było od czasu do czasu wyraźnie wesołe głosiki. A wszystko razem było takie piękne, że Kret podniósł w górę obie przednie łapki i westchnął:

— Ach! aach! aaach!

Szczur doprowadził łódkę do brzegu, umocował ją, pomógł niezgrabnemu jeszcze Kretowi wydostać się na ląd i wydobył kosz ze śniadaniem. Kret poprosił jak o łaskę, aby mu pozwolił rozpakować zapasy. Szczur przystał na to z radością, a sam wyciągnął się jak długi na trawie i wypoczywał, podczas gdy jego podniecony przyjaciel strzepywał i rozpościerał obrus, wyjmował kolejno tajemnicze paczki i układał porządnie ich zawartość, wykrzykując za każdym nowym odkryciem:

— Ach! ach!

Gdy już wszystko było gotowe, Szczur rzekł:

— A teraz, mój stary, do roboty.

Kret posłuchał z wielką przyjemnością, wziął się bowiem wczesnym rankiem do wiosennych porządków — tak zresztą jak wszyscy — i nic nie wypił ani nie przekąsił, bo nie chciał przerywać pracy. Przy tym dużo przeżył od tamtej pory i zdawało mu się, że do wiosennych porządków zabrał się przed wiekami.

— Czemu się tak przyglądasz? — spytał Szczur, gdy zaspokoili głód i Kret zdołał oderwać oczy od obrusa.

— Patrzę — odrzekł Kret — na smugę bąbelków, która sunie po powierzchni wody. To mnie zastanawia.

— Bąbelki? Oho! — wykrzyknął Szczur i pisnął radośnie, zachęcająco.

Szeroka lśniąca mordka ukazała się przy samym brzegu i Wydra wygramoliła się na ląd, otrząsając wodę z futra.

— A, łakomczuchy! — zauważyła, kierując się w stronę jedzenia. — Czemu nie zaprosiłeś i mnie, Szczurku?

— Zorganizowaliśmy tę wycieczkę zupełnie nagle — tłumaczył się Szczur. — Ale, ale — mój przyjaciel, pan Kret.

— Bardzo mi przyjemnie — powiedziała Wydra i od tej chwili zaczęła się przyjaźń obu zwierzątek.

— Dziś panuje wszędzie szalony ruch — ciągnęła dalej Wydra. — Cały świat wyległ na Rzekę. Przypłynęłam tutaj, aby mieć choć chwilę spokoju i natknęłam się na was, chłopcy. To jest... , przepraszam... , nie to chciałam powiedzieć... , rozumiecie przecież.

Zwierzęta posłyszały z tyłu szelest; dużo zeszłorocznych liści trzymało się jeszcze na żywopłocie, zza którego ukazał się pręgowaty łebek i szerokie bary.

— Chodźże, zacny Borsuku! — wykrzyknął Szczur.

Borsuk postąpił parę kroków, mruknął: — Hm, takie liczne towarzystwo — zawrócił i znikł.

— To zupełnie do niego podobne — rzekł strapiony Szczur. — On po prostu nie znosi towarzystwa. Już go dziś nie zobaczymy. Powiedz nam, Wydro, kto dziś wyległ na Rzekę?

— Przede wszystkim pan Ropuch — odparła Wydra. — Ma nowiutki kajak, nowe ubranie, wszystko nowe. 

Szczur spojrzał na Wydrę i oboje się roześmieli.

— Dawniej nie istniało dla niego nic prócz żeglarstwa — rzekł Szczur. — Potem znudziło mu się to i wziął się do wiosłowania, w zeszłym roku zamieszkał w domku na wodzie; musieliśmy mu wszyscy składać wizyty i udawać, że jesteśmy tym domkiem zachwyceni. Miał tam spędzić resztę życia. Wszystko, do czego się zabiera, nudzi go, wciąż szuka czegoś nowego.

— A to taki zacny chłop — zauważyła Wydra po namyśle — tylko nie umie utrzymać równowagi — szczególnie na łódce.

Z miejsca, gdzie się rozłożyli, widać było ponad wyspą, oddzielającą łachę od Rzeki, kawałek głównego łożyska. W tej właśnie chwili przemknął tamtędy kajak. Wioślarz — niski grubas — pracował w pocie czoła. Uderzał wiosłami o wodę, rozpryskując ją na wszystkie strony, kajak kołysał się gwałtownie. Szczur wstał szybko i zaczął pohukiwać, ale Ropuch — bo to był on — potrząsnął przecząco głową i wiosłował dalej zawzięcie.

— Tylko patrzeć, jak wyleci z kajaka, jeśli się tak będzie dalej kołysał — powiedział Szczur, siadając.

— Oczywiście, że wyleci — zachichotała Wydra. — Czy ja wam już opowiadałam pyszną historię o Ropuchu i dozorcy śluzy? To było tak: Ropuch...

Chrabąszcz-włóczęga leciał niepewnie w górę Rzeki jak nieprzytomny; młodziki chrabąszczowego rodu są po prostu pijani, gdy wylecą na świat. Woda zawirowała, rozległ się plusk i chrabąszcz znikł.

Znikła także i Wydra.

Kret spojrzał w dół. Głos Wydry brzmiał mu jeszcze w uszach, lecz nie było jej na murawie, gdzie przed chwilą leżała. Jak okiem sięgnąć — ani śladu Wydry.

Po chwili ukazała się znów smuga bąbelków na powierzchni wody. 

Szczur nucił jakąś melodię, a Kret przypomniał sobie, że etykieta obowiązująca wśród zwierząt zabrania wypowiadać uwagi o nagłym znikaniu przyjaciół, wszystko jedno w jakiej chwili i z jakiego powodu, a nawet zupełnie bez powodu.

— Ha — rzekł Szczur — trzeba pewno ruszać. Ciekaw jestem, kto z nas powinien zabrać się do pakowania kosza? — Szczur najwidoczniej nie palił się do tej roboty.

- O, proszę cię, pozwól, ja to zrobię! — wykrzyknął Kret. I Szczur oczywiście chętnie się zgodził.

Pakowanie nie było tak miłym zajęciem jak rozpakowywanie. Ale tak zwykle bywa. Kret jednak postanowił znajdować dobre strony we wszystkim i dokończył pakowania, nie tracąc cierpliwości, chociaż po naładowaniu kosza i ściągnięciu go ciasno rzemykiem zobaczył talerz wyglądający z trawy; a kiedy po raz wtóry zamknął kosz, Szczur pokazał mu widelec leżący w miejscu tak widocznym, że każdy powinien go zauważyć, a wreszcie — patrzcie państwo! — okazało się, że Kret, nic o tym nie wiedząc, siedział na słoiku z musztardą.

Popołudniowe słońce skłaniało się ku zachodowi, gdy Szczur, wiosłując z wolna, kierował łódkę w stronę domu. Był rozmarzony, deklamował po cichu wiersze i niewiele uwagi zwracał na Kreta. Kret porządnie się najadł, był dumny i zadowolony z siebie i zupełnie już oswojony z łodzią — przynajmniej tak mu się zdawało — przy tym niecierpliwił się trochę.

- Szczurku — rzekł po chwili — teraz ja chciałbym powiosłować.

Szczur potrząsnął głową z uśmiechem.

— Jeszcze nie, mój młody przyjacielu — odparł. — Poczekaj, aż weźmiesz kilka lekcji. To nie takie łatwe, jak ci się zdaje.

Kret uspokoił się na parę minut. Ale coraz bardziej zazdrościł Szczurowi, który wiosłował silnie i z wielką swobodą. Pycha podszeptywała mu, że potrafi również tak dobrze wiosłować, zerwał się więc raptownie, chwycił za wiosła, a Szczur, który patrzył na wodę, mrucząc w dalszym ciągu wiersze, dał się zaskoczyć i po raz drugi przewrócił się na wznak łapkami do góry. Zwycięski Kret zajął wolne miejsce i pełen ufności wziął się do wioseł.

— Dajże spokój, głupi ośle! — krzyczał Szczur, leżąc na dnie czółna. — Nie potrafisz, wywrócisz nas!

Kret gwałtownie zarzucił w tył wiosła i chciał je z rozmachem zanurzyć w wodzie, ale mu się to w ogóle nie udało; nie dotknął powierzchni Rzeki, łapki znalazły się powyżej łebka i upadł na leżącego już Szczura. Mocno przerażony, uczepił się burty, a w chwilę potem:

Plusk!

Czółno się wywróciło i Kret taplał się w wodzie.

O mój Boże! Jakaż ta woda zimna i — ach! — jaka strasznie mokra! Śpiewała mu w uszach, gdy leciał w dół, w dół, w dół! Jasne i rozkoszne wydało mu się słońce, kiedy wynurzył się na powierzchnię, kaszląc i prychając, a gdy poczuł, że znowu idzie na dno, ogarnęła go czarna rozpacz. Wówczas ktoś chwycił go silną łapą za kark. Był to Szczur, który najwidoczniej się śmiał; Kret czuł, że Szczur się śmieje — śmiech spływał z jego ramienia, wzdłuż łapki na jego — to jest Kreta — kark.

Szczur złapał wiosło i wsunął je pod ramię Kreta, potem zrobił to samo z drugiej strony i płynąc za nim, przyholował do brzegu bezradne zwierzątko, wyciągnął je z wody i usadowił na piasku nędzne, zwiotczałe, zmokłe maleństwo. A gdy trochę roztarł Kreta i wykręcił wodę z jego futerka, powiedział:

— Teraz, mój stary, kłusuj tam i z powrotem po ścieżce, ile tylko masz sił, aż wyschniesz i rozgrzejesz się, a ja tymczasem udam się na poszukiwanie koszyka.

Nieszczęsny Kret, mokry z wierzchu, a w środku zawstydzony, biegał, aż prawie wysechł, podczas gdy Szczur zanurzył się w wodę, złapał łódź, odwrócił ją i przycumował przy brzegu, a potem stopniowo wyławiał i odnosił na ląd swą zatopioną chudobę. Wreszcie dał nura po koszyk i przyciągnął go do brzegu.

Gdy wszystko było znowu przygotowane do drogi, Kret zgnębiony i osłabiony zasiadł na swym miejscu przy sterze, a kiedy wyruszyli, odezwał się cichym, przerywanym ze wzruszenia głosem:

- Szczurku, szlachetny przyjacielu. Żałuję bardzo mego niewdzięcznego i głupiego postępowania. Serce zamiera we mnie na myśl, że z mojej winy mógł zginąć ten piękny kosz do śniadania. Zachowałem się jak osioł — wiem o tym. Przebacz mi ten jeden jedyny raz i pozwól, abyśmy nadal pozostali przyjaciółmi.

— Dobrze już, dobrze, Bóg z tobą! — odparł wesoło Szczur. — Cóż znaczy trochę wilgoci dla Szczura Wodnego? Przebywam więcej w wodzie niż poza nią. Zapomnij o tym i wiesz co? Zdaje mi się, że dobrze zrobisz, jeśli u mnie czas jakiś zabawisz. Mieszkam bardzo skromnie, nie będziesz miał wielkich wygód — nie to, co we dworze Ropucha — o nie. Ale jeszcze u niego nie byłeś. A ostatecznie mogę cię dość wygodnie pomieścić. Nauczę cię wiosłować i pływać. Oswoisz się z wodą jak każdy z nas.

Kret był tak wzruszony łagodnymi słowami Szczura, że nie mógł wydobyć głosu, aby mu podziękować. Otarł łapką parę łez; ale zacny Szczur patrzył w inną stronę. Po chwili Kret odzyskał animusz i zdobył się nawet na ciętą odpowiedź dwóm Kurkom Wodnym, które wyśmiewały się z jego zaszarganego futerka.

Gdy dopłynęli do domu, Szczur rozpalił jasny ogień w salonie, usadowił w fotelu przed kominkiem Kreta, przyodzianego już w szlafrok i pantofle i opowiadał mu aż do kolacji różne historie o Rzece. Były to opowieści niezmiernie zajmujące dla zwierzątka żyjącego pod ziemią. Historie o tamach, o nagłych powodziach i skaczących szczupakach, o parowcach, które wyrzucają butelki (butelki bywają na pewnowyrzucane, i to z parowców, któż by je wyrzucał, jak nie parowce?), o czaplach, które nie rozmawiają z byle kim, o przygodach podczas wędrówek wewnątrz drenów, o nocnych połowach w towarzystwie Wydry i dalekich wycieczkach z Borsukiem. Kolacja przeszła nadzwyczaj wesoło, lecz zaraz po kolacji gościnny gospodarz musiał odprowadzić mocno rozespanego Kreta do najlepszej swej sypialni. Wkrótce

Kret radośnie i ze spokojem złożył głowę na poduszce, wiedział bowiem, iż jego nowa przyjaciółka Rzeka chlupocze pod oknem sypialni.

Taki był pierwszy dzień wyzwolonego Kreta; minęło potem wiele dni bardzo do siebie podobnych, coraz dłuższych i coraz bardziej zajmujących, w miarę jak dojrzewało lato. Kret nauczył się pływać i wiosłować, wtajemniczono go w radosne życie bieżącej wody, a przykładając ucho do łodygi trzcin wodnych, podsłuchiwał nawet czasem coś niecoś z tego, co wiatr szepce im nieustannie.

II
Na gościńcu

— Mój kochany Szczurku — odezwał się raptem Kret pewnego pięknego ranka w środku lata. — Chciałbym cię prosić o łaskę.

Szczur siedział nad Rzeką i nucił piosenkę. Niedawno sam ją skomponował, więc był bardzo przejęty i nie zwracał uwagi na Kreta ani na nic innego. Od samego świtu pływał po Rzece w towarzystwie swoich przyjaciółek — Kaczek. A kiedy Kaczki — jak zwykle — stawały nagle na głowie, Szczur dawał nurka i łaskotał je po szyjach (powiedziałbym, że łaskotał je w podbródek, gdyby go Kaczki miały) i zmuszał je tym sposobem do szybkiego wypływania na powierzchnię. Kaczki były rozwścieczone, krztusiły się i wygrażały Szczurowi każdym piórkiem z osobna, bo przecież nie można wypowiadać wszystkiego, co się czuje, gdy się ma łebek schowany pod wodą. Ubłagały go wreszcie, aby poszedł zająć się swoimi sprawami i dał im spokój. Szczur oddalił się więc, usiadł na słońcu nad Rzeką i skomponował piosenkę, którą zatytułował:

BALLADA O KACZKACH

Gdzieś daleko, w cichej wodzie,

Tam gdzie szumią trzciny liche,

Kaczuszki się pluskają

I radośnie baraszkują.

Kaczy ogon, ogon smoczy,

Zamiast wioseł żółte nóżki.

Wciąż nurkują żółte dzióbki,

Ciągle im się łebek moczy.

Soczysta zieleń wodnej rzęsy,

W której raki zimują,

To dla kaczek łakome kęsy,

Chętnie się nią zajmują.

Wszyscy mają jakąś przyjemność,

Którą ochoczo wykonują.

Kaczki ogon zadzierają w górę,

Łebek w dół prędko szybuje.

Nad nimi błękitne niebo,

Wietrzyk zachęcająco wieje.

Ale kaczuszki ciągle nurkują

I jedzenia poszukują.

— Ta piosenka nie bardzo mi się podoba — zauważył Kret nieśmiało.

Kret nie był poetą i niewiele go obchodziło, co sobie ktoś o nim pomyśli, a przy tym był szczery z natury.

— Kaczki też się nią nie zachwyciły — odrzekł Szczur pogodnie. - Powiedziały: „Dlaczego nikomu nie pozwalają robić tego, co chce, kiedy chce i jak chce. Zaraz ktoś siada na brzegu, przygląda się, wypowiada swoje uwagi, pisze wiersze o tym, co zauważył i tak dalej. To przecież nie ma sensu!" Takie jest zdanie Kaczek.

— Tak, tak, to nie ma sensu — skwapliwie pokiwał głową Kret.

— Nieprawda! — wykrzyknął Szczur obrażony

— A więc dobrze, już dobrze: zgadzam się z tobą, Szczurku — stwierdził pojednawczo Kret. — Ale ja chciałem się spytać, czy mógłbyś wprowadzić mnie do pana Ropucha? Tyle o nim słyszałem i ogromnie pragnę go poznać.

- Bardzo chętnie — powiedział poczciwy Szczur, zrywając się i odkładając poezję na inny dzień. — Wyciągaj łódkę, popłyniemy natychmiast. Ropuch o każdej porze wita mile gości. Czy to rano, czy wieczorem jest zawsze taki sam; w dobrym humorze, rad, że się przyszło i zmartwiony, kiedy się odchodzi.

— Musi to być bardzo miłe stworzenie — zauważył Kret, wchodząc do łódki i chwytając za wioseła, podczas gdy Szczur sadowił się wygodnie przy sterze.

— Najlepszy wśród zwierząt — odrzekł Szczur. — Bardzo poczciwy, prosty i serdeczny. Może niezbyt mądry, nie możemy wszyscy być geniuszami, lubi się trochę przechwalać i jest zarozumiały. Ale posiada też wiele zalet.

Kiedy minęli zakręt na Rzece, ukazał się przed nimi piękny, stylowy dwór z czerwonej cegły, poczerniały od starości; ślicznie utrzymany trawnik schodził aż na brzeg wody.

— Otóż i „Ropuszy Dwór" — objaśnił Szczurek. — Zatoka na prawo — widzisz tę deskę z napisem: „Lądowanie wzbronione?" — prowadzi do prywatnej przystani Ropucha, tam zostawimy łódkę. Stajnie znajdują się z prawej strony. A w tej chwili przyglądasz się starożytnej komnacie, gdzie ucztowano w dawnych czasach — to bardzo, bardzo stara sala. Ropuch, jak wiesz, ma dużo pieniędzy, jego dwór jest jednym z najładniejszych w okolicy, choć tego przy Ropuchu nie przyznajemy.

Czółno wpłynęło do zatoki, a gdy stanęli w cieniu szopy, Kret złożył wiosła. W szopie znajdowało się wiele ślicznych łódek zawieszonych na linach, inne były wciągnięte do stoczni, ale ani jedna łódź nie kołysała się na wodzie, zdawało się, że z przystani nikt już nie korzysta. Szczur rozejrzał się wokoło.

— Rozumiem — rzekł. — Skończyło się już wiosłowanie, Ropuch się znudził i porzucił łódki. Ciekaw jestem, jaki nowy bzik go opanował. No, chodźmy go szukać. I tak dowiemy się o tym.

Wyskoczyli na brzeg i poszli na przełaj przez łąkę porośniętą kwiatami szukać Ropucha. Znaleźli go niebawem; siedział w trzcinowym fotelu, miał zafrasowany wyraz pyszczka, a na jego kolanach rozpościerała się ogromna mapa.

— Wiwat! — wykrzyknął, zrywając się na ich widok. — Świetnie, żeście przyszli! — Uściskał serdecznie łapki obu zwierzątek, nie czekając, aż Szczur przedstawi mu Kreta. — Jak to poczciwie z waszej strony — ciągnął dalej, skacząc wokoło nich. — Miałem właśnie wysłać łódkę po ciebie, Szczurku, z surowym rozkazem, aby cię tu natychmiast dostawiono żywego czy umarłego. Bardzo mi jesteś potrzebny; obaj jesteście mi potrzebni. Czy chcecie coś zjeść lub napić się? Chodźmy do domu coś przekąsić. Nie macie pojęcia, jak dobrze się składa, żeście przyjechali!

— Posiedzimy sobie tutaj spokojnie, Ropuszku — rzekł Szczur, rzucając się na fotel.

Kret zasiadł obok niego i grzecznie pochwalił „rozkoszną siedzibę" Ropucha.

— Najpiękniejszy dwór na całym Wybrzeżu! — wykrzyknął skwapliwie Ropuch. — A nawet powiem więcej — na całym świecie!

Tu Szczur trącił Kreta. Na nieszczęście Ropuch zauważył ten ruch i zaczerwienił się. Zapanowała kłopotliwa cisza, po czym Ropuch wybuchnął śmiechem.

— Nic nie szkodzi, Szczurku — powiedział. — To przecież mój zwykły sposób wyrażania się. Przyznasz chyba, że ten dwór nie jest taki brzydki, prawda? Tobie też się podoba? No, a teraz, chłopcy, mówmy poważnie. Potrzeba mi właśnie takich zwierząt jak wy. Musicie mi dopomóc. Chodzi o ważną sprawę.

— Masz zapewne na myśli wiosłowanie? — wtrącił Szczur z niewinną minką. — Wcale nieźle ci już idzie, choć za dużo jeszcze rozbryzgujesz wody. Przy wielkiej cierpliwości i pewnej liczbie korepetycji...

— Fe! Wiosłowanie! — przerwał Ropuch z obrzydzeniem. — To głupia, dziecinna zabawa. Dawno jej zaniechałem. Strata czasu, nic więcej. Bardzo mi przykro, kiedy widzę, że wy, chłopcy, co powinniście już z tego wyrosnąć, tracicie czas tak bezcelowo. Nie, ja odkryłem wielką rzecz, jedyne zajęcie, które istotnie może życie wypełnić. Pragnę temu poświęcić resztę mego żywota, żal mi tylko lat straconych, zmarnowanych na głupstwa. Chodź, kochany Szczurku, i ty, jeśli łaska, miły jego przyjacielu, pójdziemy do stajni, a wówczas zobaczycie.

Ropuch poszedł naprzód, wskazując drogę; Szczur podążył za nim bez wielkiego przekonania. Przed budynkami stajennymi stał wyciągnięty z wozowni nowiuteńki wóz cygański, kanarkowego koloru, z zielonymi ozdobami i kołami pomalowanymi na czerwono.

— Oto go macie! — wykrzyknął Ropuch, nadymając się. — Ten niewielki wóz to prawdziwe życie! Rozstajne drogi, zakurzony gościniec, wrzosowiska, wygony, żywopłoty, rozległe wzgórza. Obozowiska, wsie, miasteczka i stolice! Dziś tu, jutro tam! Wędrówka, zmiana, zainteresowanie, podniecenie. Cały świat stoi otworem, coraz to nowe widnokręgi. Zwróćcie przy tym uwagę, że ten wóz jest bezwarunkowo najpiękniejszy ze wszystkich wozów tego rodzaju. Wejdźcie do środka i zobaczcie, jak tam jest. Sam wszystko obmyśliłem, sam jeden!

Kret, ogromnie podniecony i zaciekawiony, wbiegł skwapliwie za Ropuchem po stopniach do środka wozu. Szczur parsknął, wsadził łapki do kieszeni i pozostał na miejscu.

Wewnątrz wozu wszystko było naprawdę wygodnie urządzone i dostosowane do małej przestrzeni. Stały tam tapczaniki do spania, niewielki składany stolik wpuszczony w ścianę, kuchenka, szafy, półki na książki, klatka z ptakiem oraz garnki, rondle i patelnie wszelkich rodzajów i rozmiarów.

— Doprowadziłem wszystko do perfekcji — rzekł Ropuch, otwierając z triumfem jedną z szaf. — Widzisz: sucharki, homar w puszce, sardynki, czego tylko dusza zapragnie. Tu woda sodowa, tam jagody, papier listowy, boczek, konfitury, karty, domino. Gdy dziś po południu ruszymy w drogę — ciągnął dalej, schodząc ze schodów — przekonacie się, że nie zapomniałem o niczym.

— Przepraszam — powiedział wolno Szczur, gryząc słomkę — czy się przesłyszałem, czy też wspomniałeś coś o „nas", o „wyruszaniu", i to „dziś po południu?" — Mój zacny, kochany Szczurku — rzekł błagalnie Ropuch — nie mów takim godnym i oschłym tonem, wiesz przecież, że tak czy owak, musisz pojechać. Nie mógłbym sobie w żaden sposób poradzić bez ciebie; powiedz sobie, że klamka zapadła, i nie spieraj się ze mną, bo to jedyna rzecz, której nie znoszę. Nie masz chyba zamiaru przez całe życie trzymać się swej nudnej, stęchłej Rzeki, mieszkać w nadbrzeżnej dziurze i