O czym szumią wierzby - Kenneth Grahame - ebook
Opis

O czym szumią wierzby – klasyczna powieść dla dzieci autorstwa Kennetha Grahame’a, opublikowana w 1908 roku.

Książka w prosty i dowcipny sposób opisuje przygody antropomorficznych zwierząt: Kreta, Szczura, Ropucha, Borsuka i Wydry. Ich wady i zalety, zamiłowania i pasje są echem ludzkich spraw i postaw życiowych. Pomimo różnic, te zwierzęta w powieści żyją w przyjaźni ze sobą. Negatywnymi bohaterami książki są tchórze, kuny i łasice, które opanowują Ropuszy Dwór.

Kenneth Grahame - brytyjski ekonomista i pisarz, pochodzenia szkockiego.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 248

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 Kenneth Grahame
O CZYM
SZUMIĄ WIERZBY

Wersja Demonstracyjna

Wydawnictwo Psychoskok Konin 2018

Kenneth Grahame „O czym szumią wierzby”

Copyright © by Kenneth Grahame, 1938

Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o. 2018

Zabrania się rozpowszechniania, kopiowania

lub edytowania tego dokumentu, pliku

lub jego części bez wyraźnej zgody wydawnictwa.

 Tekst jest własnością publiczną (public domain)

ZACHOWANO PISOWNIĘ

I WSZYSTKIE OSOBLIWOŚCI JĘZYKOWE.

Skład: Adam Brychcy

Projekt okładki: Adam Brychcy

Druk: Drukarnia „Linolit“

Tłumacz: Maria Godlewska

Tytuł oryginału: The Wind in the Willows

Wydawnictwo: Towarzystwo Wydawnicze „Rój“

Warszawa, 1938

ISBN: 978-83-8119-342-9

Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o.

ul. Spółdzielców 3, pok. 325, 62-510 Konin

tel. (63) 242 02 02, kom. 695-943-706

http://www.psychoskok.pl/http://wydawnictwo.psychoskok.pl/ e-mail:[email protected]

I NAD BRZEGIEM RZEKI

 Kret pracował zawzięcie przez cały ranek, robił wiosenne porządki w swoim mieszkaniu. Naprzód zamiatał, potem okurzał, a później dopóty się wspinał na drabinę, na schodki i krzesła z kubłem farby i pendzlem, aż mu kurz zasypał oczy i gardło a czarne futerko pełne było białych plam od wapna; plecy go bolały, ramiona opadały ze zmęczenia. Wiosenny ruch panował tam w górze, i w ziemi, otaczającej Kreta; boski duch niepokoju i tęsknoty przenikał nawet do jego ciemnego, niskiego domku. Nic też dziwnego, że rzucił nagle pendzel, wykrzyknął: — Nudziarstwo! — i — A niech tam! — i — Pal licho wiosenne porządki! — poczym wybiegł z domu, zapominając nawet wziąć palto.

 Tam w górze coś wzywało go natarczywie, zaczął więc torować sobie drogę ku stromemu, ciasnemu tunelowi — w krecich posiadłościach taki tunel zastępuje żwirowany podjazd, prowadzący do domów zwierząt, które zamieszkują bliżej powietrza i słońca — kopał więc, i skrobał, i drapał, a potem znów drapał, i skrobał i kopał. Pracował pilnie małymi łapkami i mruczał do siebie: — W górę! Wzwyż! — aż nareszcie pop! i ryjek wydostał się na słoneczko, a Kret zaczął się turlać na ciepłej trawie rozległej łąki.

 — Ładnie tu — rzekł do siebie — lepsze to od bielenia ścian!

 Słońce nagrzewało silnie futerko, łagodny powiew pieścił rozpalone czoło, a po piwnicznym odosobnieniu, w którym Kret tak długo przebywał, śpiew szczęśliwych ptaków zdawał się prawie krzykiem dla jego uszu. Zerwał się na równe cztery łapki; ogarnęła go radość życia i rozkosz wiosny bez obowiązku robienia wiosennych porządków, podreptał więc aż do płotu po drugiej stronie łąki.

 — Stój! — krzyknął stary królik, który strzegł dziury w plocie. — Sześć pensów za przejście, to droga prywatna!

 Zniecierpliwiony Kret w jednej chwili obalił pogardliwie królika na ziemię i pobiegł dalej wzdłuż płotu. Po drodze sprzeciwiał się królikom, które wychylały się śpiesznie z nor, bo chciały zobaczyć co to za awantura.

 — Zjem was w cebulowym sosie! — przekomarzał się Kret i znikł nim króliki obmyśliły co mają mu odpowiedzieć. Zaczęły wówczas wszystkie naraz gderać na siebie nawzajem: — Jakiś ty głupi! Dlaczego mu nie powiedziałeś... — Dobre sobie. A dlaczego ty nie powiedziałeś?... — Trzeba mu było przypomnieć... — i tak dalej, ot, jak zawsze. Zresztą wszystko było już oczywiście po niewczasie, jest to zwykła kolej rzeczy.

 Świat wkoło Kreta był tak piękny, że wydawał się aż nieprawdziwy. Kret wałęsał się to tu, to tam, po łąkach, wzdłuż żywopłotów, po zagajnikach; wszędzie widział ptaki budujące gniazdka, kwiaty w pączkach, rozwijające się liście — radość, postęp i pracę. Ale sumienie wcale mu nie dokuczało, nie szeptało: — A kto pobieli ściany? — Bardzo mu było przyjemnie, że on jeden próżnuje wśród tylu pracowitych obywateli. Bo właściwie najlepszą stroną wakacyj nie jest to, że się odpoczywa, ale że się widzi innych, którzy pracują.

 Radość Kreta doszła do szczytu, kiedy w swojej bezcelowej wędrówce stanął nagle na brzegu rzeki. Nigdy w życiu rzeki nie widział. Cóż to za jakieś śliskie, wijące się, opasłe zwierzę, które pędzi i bulgoce, chwyta z chichotem różne przedmioty, porzuca je śmiejąc się, napada po drodze na nowych towarzyszy zabaw, a zaledwie ci się zdołają wymknąć, już ich znowu goni i chwyta. Same iskry, błyski i promienie; wszystko migoce i drga; szmery, wiry, szepty, bańki mydlane! Kret był wniebowzięty, zachwycony; biegł brzegiem rzeki, jak małe dziecko drepce obok człowieka, który oczarował je ciekawą bajką. Gdy zmęczył się, usiadł na brzegu, a rzeka wciąż z nim gwarzyła. W bulgotaniu wody szemrał pochód najpiękniejszych bajek świata; przesyła je serce ziemi dalekiemu nienasyconemu morzu.

 Kret siedział w trawie i patrzył na przeciwległe wybrzeże; wtem zauważył ciemną norę tuż nad poziomem wody. Jakie to rozkoszne i zaciszne miejsce pobytu dla zwierzęcia o skromnych wymaganiach, które pragnęłoby zamieszkać w maleńkiej nadbrzeżnej willi, zdala od kurzu i hałasu; tutaj powódź by mu nie groziła. Kret patrzył, snując marzenia, raptem w samym środku nory mrugnęło coś małego i jasnego, znikło i znów mrugnęło, jak maleńka gwiazdka. Ale przecież nie mogła to być gwiazdka w tak dziwnym miejscu; a na robaczka świętojańskiego było za małe, przytym za jasno błyszczało. Gdy się w to bacznie wpatrywał, gwiazdka mrugnęła porozumiewawczo i okazało się, że to było oko. A stopniowo zarysował się koło oka mały pyszczek, niby ramka wkoło obrazu.

 Bronzowy wąsaty pyszczek.

 Poważny, okrągły pyszczek, z tym samym błyskiem w oku, który zwrócił uwagę Kreta.

 Malutkie zgrabne uszka i gęste jedwabiste włosy.

 Był to Szczur Wodny!

 Oba zwierzątka stały i przyglądały się sobie nieufnie.

 — Jak się masz, Krecie — powiedział Szczur Wodny.

 — Jak się masz, Szczurze — powiedział Kret.

 — Chciałbyś może przeprawić się na tę stronę? — spytał po chwili Szczur Wodny.

 — Łatwo to powiedzieć — rzekł Kret nieco gniewnie, bo nie znał rzeki, nadbrzeżnego życia i zwyczajów.

 Szczur nic nie odrzekł, pochylił się tylko, odwiązał jakiś sznur, pociągnął, a potem wskoczył lekko do łódeczki, której Kret nie zauważył. Łódka była pomalowana z wierzchu na zielono a w środku na biało i mogła pomieścić dwoje zwierząt. Odrazu zyskała sobie serce Kreta, choć jeszcze nie rozumiał dobrze, jaki z niej pożytek.

 Szczur szybko i zgrabnie przeprawił się na drugą stronę, a gdy Kret zstępował w dół lękliwie, wyciągnął do niego przednią łapkę. — Oprzyj się! — zawołał. — Dalej, śmiało! — i Kret ku swojemu zdumieniu i radości zasiadł przy sterze prawdziwej łódki.

 — Nadzwyczajny dziś dzień dla mnie! — rzekł, kiedy Szczur odepchnął czółno i zabrał się do wioseł. — Czy wiesz, że ja przez całe życie ani razu w łódce nie siedziałem?

 — Co ty mówisz? — wykrzyknął Szczur z rozdziawionym pyszczkiem. — Ani razu nie... nigdy?... Ja... W takim razie cóżeś ty robił?

 — Więc to aż taka przyjemność? — spytał nieśmiało Kret. Ale był gotów odrazu uwierzyć w tę przyjemność, kiedy rozparł się na siedzeniu, spojrzał na poduszki, wiosła, dulki, całe urządzenie i poczuł pod sobą lekkie kołysanie czółna.

 — Przyjemność? Niema nic rozkoszniejszego — stwierdził uroczyście Szczur Wodny, pochylając się naprzód aby nabrać rozmachu. — Wierz mi, młody przyjacielu, niema nic, naprawdę nic, co dałoby się porównać ze zwyczajną włóczęgą łodzią. Poprostu płynąć — ciągnął dalej rozmarzony — płynąć... łodzią... płynąć...

 — Uważaj, Szczurku! — zawołał nagle Kret.

 Ale było już zapóźno. Łódź całą siłą uderzyła o brzeg. Marzyciel, wesoły wioślarz leżał na plecach łapkami do góry na dnie czółna.

 — Płynąć łodzią... lub choćby w niej siedzieć — ciągnął dalej spokojnie z miłym uśmiechem. — Płynąć łodzią, albo obok niej, wszystko jedno. Doprawdy, nic nas wówczas nie obchodzi i to właśnie stanowi cały urok. Czy wyruszysz w drogę czy nie wyruszysz, czy dotrzesz do miejsca przeznaczenia, czy całkiem gdzie indziej, czy może nigdzie wogóle nie dojedziesz, wciąż jesteś zajęty, chociaż nie robisz nic określonego. A kiedy skończysz swoją pracę, znajdzie się inne zajęcie; możesz się do niego zabrać, jeśli chcesz, ale lepiej nic nie robić. Wiesz co! O ile naprawdę nie masz dziś innego projektu, możebyśmy popłynęli w dół rzeki na cały długi dzień?

 Kret zamachał radośnie łapkami, westchnął z zadowoleniem całą piersią i rozparł się wygodnie na miękkich poduszkach.

 — Cóż to za nadzwyczajny dzień dla mnie! — wykrzyknął. — Płyńmy w tej chwili!

 — Proszę o trochę cierpliwości — rzekł Szczur. Przywiązał linkę od łódki do żelaznego kółka na przystani, wygramolił się aż do swojej nory i po krótkiej chwili ukazał się zgięty pod ciężarem dużego wiklinowego kosza z zapasami.

 — Podsuń to pod nogi — powiedział do Kreta, podając mu kosz. Poczym odwiązał linkę i wziął się do wioseł.

 — A co tam jest w środku? — spytał Kret, który skręcał się z ciekawości.

 — Jest kurczę na zimno — odpowiedział zwięźle Szczur — ozór na zimno, szynka na zimno, pieczeń na zimno, marynowane korniszony, paszteciki, sandwicze z rzeżuchą, pasztet, piwo, lemoniada, woda sodowa.

 — Dość już, dość! — wołał zachwycony Kret. — Za wiele tego wszystkiego!

 — Czy doprawdy tak uważasz? — zapytał Szczur z powagą. — Zabieram zwykle tę samą ilość zapasów na krótkie wycieczki, a inne zwierzęta twierdzą, że skąpa ze mnie bestia i że za cienko wszystko kraję.

 Kret nie słyszał ani słowa. Był pochłonięty nowym życiem, w które wkraczał, upojony blaskiem, ruchem fal, zapachami, szmerami, światłem słońca; zanurzył łapkę w wodzie i śnił sen na jawie.

 Szczur Wodny, dobry kolega, wiosłował pilnie i nie przeszkadzał towarzyszowi.

 — Bardzo mi się podoba twój ubiór — zauważył po upływie mniej więcej pół godziny. — Jak tylko będę miał pieniądze, kupię sobie także czarną aksamitną bonżurkę.

 — Przepraszam cię — rzekł Kret, opanowując się z wysiłkiem. — Uważasz pewnie, że jestem bardzo źle wychowany; ale to wszystko jest dla mnie zupełną nowością. Więc... to... jest... rzeka?

 — To jest nasza Rzeka — jedyna na świecie! — sprostował Szczur.

 — I ty naprawdę mieszkasz na jej wybrzeżu? Jakież to musi być rozkoszne życie!

 — Na jej wybrzeżu, w niej, i na niej — sprostował znowu Szczur. — Jest mi bratem, i siostrą, i ciotką, i towarzyszem, i pokarmem, i napojem, i (oczywiście) kąpielą. To mój cały świat, innego nie chcę. Nie warto mieć tego, co nie pochodzi z Rzeki i nie warto wiedzieć tego, o czym ona nie wie. Miły Boże, czegośmy to razem nie przeżywali! Zimą czy latem, wiosną czy jesienią, Rzeka jest zawsze ciekawa i przyjemna. W lutym, podczas powodzi, napój którego nie używam pieni się w piwnicach i suterenach; bronzowa woda dochodzi do okna mego najpiękniejszego sypialnego pokoju; a znów gdy wody spłyną, pokazują się mielizny pachnące plackiem z rodzenkami, a kanały zarastają wodorostami i trzciną. Wówczas mogę suchą łapką przemierzać prawie całe łożysko; wyszukuję świeżego pożywienia i przedmiotów, które niedbali ludzie wyrzucają z łodzi.

 — Czy nie jest ci czasem trochę nudno? — odważył się spytać Kret. — Tylko ty i Rzeka; nie masz nikogo do kogobyś mógł słowo przemówić.

 — Nikogo do kogoby... No, nie biorę ci tego za złe — odparł cierpliwie Szczur. — Dopiero co tu przybyłeś i oczywiście o niczym nie masz pojęcia. Wybrzeże jest teraz tak zaludnione, że wiele osób się stąd wyprowadza. To już nie to co dawniej. Wydry, zimorodki, nury, kurki wodne, to wszystko włóczy się po całych dniach, a zawsze chcą żeby coś dla nich zrobić, jakby każdy z nas nie miał własnej pracy, którą musi się zająć.

 — A co jest tam? — spytał Kret i machnął łapką w stronę zadrzewionej dali, która tworzyła jakby ciemną ramę obejmującą nadbrzeżne łąki na jednym z brzegów Rzeki.

 — Tamto? Ach, to poprostu Puszcza — odparł krótko Szczur. — My, mieszkańcy Wybrzeża, rzadko tam zachodzimy.

 — A czy tam... czy tamtejsi mieszkańcy nie są przyjemni? — spytał Kret lekko zaniepokojony.

 — N-N-No — odrzekł Szczur — poczekaj niech się zastanowię. Wiewiórki są miłe. A także i króliki — niektóre — bo to dość mięszane towarzystwo. Jest też i Borsuk. Mieszka w samym środku Puszczy; za żadne skarby nie zamieszkałby gdzieindziej. Kochany stary Borsuk. Jego nikt nie zaczepi. Napastnik miałby się z pyszna — dodał znacząco.

 — A ktoby go mógł zaczepić? — spytał Kret.

 — No... oczywiście w Puszczy mieszkają rozmaite zwierzęta — wyjaśniał Szczur z wahaniem. — Łasice... i lisy... i tak dalej. Pod pewnym względem są to porządne stworzenia... Ja z nimi żyję w przyjaźni... kiedy się spotykamy... Ale czasem zaczynają brykać, przyznaję, a wówczas... cóż, nie można im zaufać, to fakt.

 Kret dobrze wiedział, że wszelkie przejmowanie się przyszłymi kłopotami, a nawet wspominanie o nich, sprzeciwia się etykiecie obowiązującej wśród zwierząt, więc nie podnosił tej sprawy.

 — A co się znajduje za Puszczą? — spytał — tam gdzie jest niebiesko, i mglisto, i widać wzgórza, które może wcale nie są wzgórzami, a także coś podobnego do miejskich dymów, ale może to poprostu obłoki?

 — Za Puszczą leży Szeroki Świat — odparł Szczur. — A to jest coś, co nie obchodzi ani ciebie ani mnie. Nigdy tam nie byłem i nigdy nie będę, i ty tam także nie będziesz o ile masz trochę rozsądku. Proszę cię nie wspominaj mi o tym. Otóż i łacha. Nareszcie! Zjemy sobie tu drugie śniadanie.

 Skręcili w bok od głównego łożyska Rzeki i wpłynęli na coś, co na pierwszy rzut oka wyglądało jak małe jeziorko. Zielona murawa schodziła aż na brzeg łachy; bronzowe korzenie podobne do wężów błyszczały na dnie cichej wody; powyżej szumiało srebrzyste ramię Rzeki; spieniony wodospad śluzy wraz z pracowitym ociekającym wodą młyńskim kołem, które podpierało szary, gadatliwy młyn, wypełniały powietrze kojącym szmerem dźwięków, głuchym i przytłumionym. Na tle tego szumu odzywały się od czasu do czasu wyraźnie wesołe głosiki. A wszystko razem było takie piękne, że Kret podniósł wgórę obie przednie łapki i westchnął — Ach! aach! aaach!

 Szczur doprowadził łódkę do brzegu, umocował ją, pomógł niezgrabnemu jeszcze Kretowi wydostać się na ląd i wydobył kosz ze śniadaniem.

 Kret poprosił, jak o łaskę, aby mu pozwolić rozpakować zapasy. Szczur przystał na to z radością, a sam wyciągnął się jak długi na trawie i wypoczywał, podczas gdy jego podniecony przyjaciel strzepywał i rozpościerał obrus, wyjmował kolejno tajemnicze paczki i układał porządnie ich zawartość, wykrzykując za każdym nowym odkryciem: — Aach! aach! — Gdy wszystko było już gotowe, Szczur rzekł:

 — A teraz, mój stary, do roboty!

 Kret posłuchał z wielką przyjemnością, rozpoczął bowiem wczesnym rankiem wiosenne porządki — co wszyscy zresztą robią — i nic nie wypił ani nie przekąsił, bo nie chciał przerywać pracy. Przytym dużo przeżył od tamtej pory i zdawało mu się, że do wiosennych porządków zabrał się przed wiekami.

 — Czemu się tak przyglądasz? — spytał Szczur, gdy już zaspokoili pierwszy głód, i Kret zdołał oderwać oczy od obrusa.

 — Patrzę — odrzekł Kret — na smugę bąbelków, która sunie po powierzchni wody. To mię zastanawia.

 — Bąbelki? Oho! — wykrzyknął Szczur i pisnął radośnie, zachęcająco.

 Szeroka lśniąca mordka ukazała się przy samym brzegu i Wydra wygramoliła się na ląd, otrząsając wodę z futra.

 — A łakomczuchy! — zauważyła, kierując się w stronę zapasów. — Czemu nie zaprosiłeś i mnie, Szczurku?

 — Zaimprowizowaliśmy tę wycieczkę zupełnie nagle — tłumaczył się Szczur. — Ale, ale — mój przyjaciel, pan Kret.

 — Bardzo mi przyjemnie — powiedziała Wydra i od tej chwili zaczęła się przyjaźń obu zwierząt.

 — Dziś panuje wszędzie szalony ruch — ciągnęła dalej Wydra. — Cały świat wyległ na Rzekę. Przypłynęłam tutaj, aby mieć choć chwilę spokoju i natknęłam się na was, chłopcy. To jest... przepraszam... nie to chciałam powiedzieć... rozumiecie przecież.

 Zwierzęta posłyszały z tyłu szelest; dużo zeszłorocznych liści trzymało się jeszcze na żywopłocie, z za którego ukazał się pręgowaty łebek i szerokie bary.

 — Chodźże, zacny Borsuku! — wykrzyknął Szczur.

 Borsuk postąpił parę kroków, mruknął. — Hm, takie liczne towarzystwo — zawrócił i znikł.

 — To zupełnie do niego podobne — rzekł strapiony Szczur. — On poprostu nie znosi towarzystwa. Już go dziś nie zobaczymy. Powiedz nam, Wydro, kto dziś wyległ na Rzekę?

 — Przedewszystkiem pan Ropuch — odparła Wydra. — Ma nowiutki kajak, nowe ubranie, wszystko nowe.

 Szczur spojrzał na Wydrę i oboje się roześmieli.

 — Dawniej nie istniało dla niego nic ponad żeglarkę — rzekł Szczur — potem znudziło mu się to i wziął się do wiosłowania, w zeszłym roku zamieszkał w domku na wodzie; musieliśmy mu wszyscy składać wizyty i udawać, że jesteśmy tym domkiem zachwyceni. Miał tam spędzić resztę życia. Wszystko do czego się zabiera nudzi go, wciąż szuka czegoś nowego.

 — A to taki zacny chłop — zauważyła Wydra po namyśle — tylko nie umie utrzymać równowagi — szczególniej na łódce.

 Z miejsca, gdzie się rozłożyli, widać było, ponad wyspą, oddzielającą łachę od Rzeki, kawałek głównego łożyska. W tej właśnie chwili przemknął tamtędy kajak. Wioślarz — grubas niskiego wzrostu — pracował w pocie czoła. Uderzał wiosłami o wodę, rozpryskując ją na wszystkie strony, kajak kołysał się gwałtownie. Szczur wstał szybko i zaczął pohukiwać, ale Ropuch — bo to był on — potrząsnął przecząco głową i wiosłował dalej zawzięcie.

 — Tylko patrzeć jak wyleci z kajaka, jeśli się tak będzie dalej kołysał — powiedział Szczur, siadając.

 — Oczywiście, że wyleci — zachichotała Wydra. — Czy ja wam kiedy opowiadałam pyszną historię o Ropuchu i dozorcy śluzy? To było tak. Ropuch...

 Chrabąszcz-włóczęga leciał niepewnie w górę Rzeki jak nieprzytomny; młodziki chrabąszczego rodu są poprostu pijane gdy wylecą na świat. Woda zawirowała, rozległ się plusk i chrabąszcz znikł.

 Znikła także i Wydra.

 Kret spojrzał w dół. Głos Wydry brzmiał mu jeszcze w uszach, lecz nie było jej na murawie, gdzie dopiero co leżała. Jak okiem sięgnąć ani znaku Wydry.

 Po chwili ukazała się znów smuga bąbelków na powierzchni wody.

 Szczur nucił jakąś melodię, a Kret przypomniał sobie, że etykieta obowiązująca wśród zwierząt zabrania wypowiadać uwagi o nagłym znikaniu przyjaciół, wszystko jedno w jakiej chwili i z jakiego powodu, nawet gdy się to dzieje bez powodu.

 — Ha! — rzekł Szczur — trzeba nam pewno wyruszyć. Ciekaw jestem kto z nas powinien zabrać się do pakowania kosza? — Szczur najwidoczniej nie palił się do tej roboty.

 — O, proszę cię, pozwól, ja to zrobię! — wykrzyknął Kret. I Szczur oczywiście chętnie się zgodził.

 Pakowanie nie było tak miłym zajęciem jak rozpakowywanie. Ale tak zwykle bywa. Kret jednak postanowił bawić się wszystkim i dokończył pakowania nie tracąc cierpliwości, chociaż po naładowaniu kosza i ściągnięciu go ciasno rzemykiem zobaczył talerz wyglądający z trawy; a kiedy poraz wtóry zamknął kosz Szczur pokazał mu widelec leżący w miejscu tak widocznym, że każdy powinien go był zauważyć, a wreszcie — patrzcie państwo! — okazało się, że Kret, nic o tym nie wiedząc, siedział na słoiku z musztardą.

 Popołudniowe słońce skłaniało się ku zachodowi, gdy Szczur, wiosłując zwolna, kierował łódkę w stronę domu. Był rozmarzony, deklamował po cichu poezje i niewiele zwracał uwagi na Kreta. Kret porządnie się najadł, był dumny i zadowolony z siebie i zupełnie już oswojony z łodzią — przynajmniej tak mu się zdawało — przytym niecierpliwił się trochę.

 — Szczurku — rzekł po chwili — teraz ja chciałbym powiosłować.

 Szczur potrząsnął głową z uśmiechem.

 — Jeszcze nie, mój młody przyjacielu — odparł. — Poczekaj aż weźmiesz kilka lekcyj. To nie takie łatwe jak ci się zdaje,.

 Kret uspokoił się na parę minut. Ale coraz bardziej zazdrościł Szczurowi, który wiosłował silnie i z wielką swobodą. Pycha podszeptywała mu, że potrafi zupełnie tak samo wiosłować, zerwał się więc raptownie, chwycił za wiosła, a Szczur, który patrzył na wodę mrucząc w dalszym ciągu wiersze dał się zaskoczyć i po raz drugi przewrócił się nawznak łapkami do góry. Zwycięski Kret zajął wolne miejsce i pełen ufności wziął się do wioseł.

 — Dajże spokój, głupi ośle! — krzyczał Szczur, leżąc na dnie czółna. — Nie potrafisz, wywrócisz nas!

 Kret gwałtownie zarzucił w tył wiosła i chciał je z rozmachem zanurzyć w wodzie, ale mu się to całkiem nie udało; nie dotknął powierzchni Rzeki, łapki znalazły się powyżej łebka i Kret upadł na leżącego już Szczura. Mocno przerażony, uczepił się burty a w chwilę potem:

 Plusk!

 Czółno się wywróciło i Kret taplał się w wodzie.

 O mój Boże! Jakaż ta woda zimna i ach! jaka strasznie mokra! Śpiewała mu w uszach, gdy leciał w dół, w dół, w dół! Jasne i rozkoszne wydało mu się słońce, kiedy wynurzył się na powierzchnię, kaszląc i prychając, a gdy poczuł że znowu idzie na dno, ogarnęła go czarna rozpacz. Ale wówczas ktoś chwycił go silną łapą za kark. Był to Szczur, który się śmiał najwidoczniej — Kret czuł, że Szczur się śmieje — śmiech spływał z jego ramienia, wzdłuż łapki, w jego — to jest Kreta — kark.

 Szczur złapał wiosło i wsunął je pod ramię Kreta, potem zrobił to samo z drugiej strony i płynąc za nim przyholował do brzegu bezradne zwierzątko, wyciągnął je z wody i usadowił na piasku nędzne, zwiotczałe, rozmokłe maleństwo.

 A gdy trochę roztarł Kreta i wykręcił wodę z jego futerka, powiedział:

 — Teraz, mój stary, kłusuj tam i napowrót po ścieżce co tylko masz sił, aż wyschniesz i rozgrzejesz się a ja tymczasem puszczę się na poszukiwanie koszyka od śniadania.

 Więc nieszczęsny Kret, mokry z wierzchu a w środku zawstydzony biegał aż prawie do zupełnego wyschnięcia, podczas gdy Szczur zanurzył się w wodę, złapał łódź, odwrócił ją i przymocował przy brzegu, a potem stopniowo wyławiał i odnosił na ląd swą zatopioną chudobę, wreszcie dał z powodzeniem nura po koszyk od śniadania i przyciągnął go ku brzegowi.

 Gdy wszystko było znowu gotowe do drogi Kret, zgnębiony i osłabiony zasiadł na swoim miejscu przy sterze, a kiedy wyruszyli, odezwał się cichym, przerywanym ze wzruszenia głosem.

 — Szczurku, szlachetny przyjacielu! Żałuję bardzo mego niewdzięcznego i głupiego postępowania. Serce zamiera we mnie na myśl, że z mojej winy mógł zginąć ten piękny kosz od śniadania. Zachowałem się zupełnie jak osioł — wiem o tym. Przebacz mi ten jeden jedyny raz i pozwól abyśmy nadal pozostali przyjaciółmi.

 — Dobrze już, dobrze, Bóg z tobą! — odparł wesoło Szczur. — Cóż znaczy trochę wilgoci dla Szczura Wodnego! Przebywam więcej w wodzie niż poza nią. Zapomnij o tym, i wiesz co? Zdaje mi się, że dobrze zrobisz, jeśli u mnie czas jakiś zabawisz. Mieszkam bardzo skromnie, nie będziesz miał wielkich wygód — nie to co we dworze Ropucha — o nie! Ale jeszcze u niego nie byłeś. A ostatecznie mogę cię dość wygodnie pomieścić. Nauczę cię wiosłować i pływać. Niebawem obznajmisz się z wodą, jak każdy z nas.

 Kret był tak wzruszony łagodnymi słowami Szczura, że nie mógł wydobyć głosu, aby mu podziękować. Otarł łapką parę łez; ale zacny Szczur patrzył w inną stronę. Po chwili Kret odzyskał animusz i zdobył się nawet na ciętą odpowiedź dwóm kurkom wodnym, które wyśmiewały się z jego zaszarganego futerka.

 Gdy dopłynęli do domu, Szczur rozpalił jasny ogień w salonie, usadowił na fotelu przed kominkiem Kreta, przyodzianego uprzednio w szlafrok i pantofle, i opowiadał mu aż do kolacji różne historje o Rzece. Były to opowieści niezmiernie zajmujące dla zwierzątka żyjącego pod ziemią. Historje o tamach, o nagłych powodziach i skaczących szczupakach, o parowcach, które wyrzucają butelki, (butelki bywają napewno wyrzucane i to z parowców, więc któż by je wyrzucał, jak nie parowce?) o czaplach, które nie rozmawiają z byle kim, o przygodach podczas wędrówek wewnątrz drenów, o nocnych połowach w towarzystwie Wydry i dalekich wycieczkach z Borsukiem. Kolacja przeszła nadzwyczaj wesoło, lecz zaraz po kolacji gościnny gospodarz musiał odprowadzić mocno rozespanego Kreta do najlepszej swej sypialni. Wkrótce Kret radośnie i ze spokojem złożył głowę na poduszce, wiedział bowiem iż nowa jego przyjaciółka — Rzeka, chlupocze pod oknem sypialni.

 Taki był pierwszy dzień wyzwolonego Kreta; nastąpił potem szereg dni bardzo do niego podobnych, coraz to dłuższych i coraz bardziej zajmujących, w miarę jak dojrzewało lato. Kret nauczył się pływać i wiosłować, wtajemniczył się w radosne życie bieżącej wody, a przykładając ucho do łodyg trzcin wodnych, chwytał nawet czasem coś nie coś z tego, co wiatr szepce im nieustannie.

II NA GOŚCIŃCU

 — Mój kochany Szczurku — odezwał się raptem Kret, pewnego pięknego ranka w środku lata. — Chciałbym cię prosić o łaskę.

 Szczur siedział nad Rzeką i nucił piosenkę. Dopiero co sam skomponował tę piosenkę, więc był nią bardzo przejęty i nie zwracał uwagi na Kreta ani na nic innego. Od samego świtu pływał po Rzece w towarzystwie swoich przyjaciółek — kaczek. A kiedy kaczki — jak zwykle — stawały nagle na głowie, Szczur dawał nurka i łaskotał je po szyjach, (powiedziałbym że łaskotał je w podbródek, gdyby go kaczki miały), zmuszał je tym sposobem do szybkiego wypływania na powierzchnię. Kaczki były rozwścieczone, krztusiły się i wygrażały Szczurowi każdym piórkiem z osobna, bo przecież nie można wypowiadać wszystkiego co się czuje, gdy się ma łebek schowany pod wodą. Ubłagały go wreszcie aby poszedł zająć się swoimi interesami i zostawił im możność dbania o własne sprawy. Szczur oddalił się więc, usiadł na słońcu nad Rzeką i skomponował piosenkę, którą zatytułował

BALLADA O KACZKACH

Hen, daleko w cichej wodzie

Kędy szumią trzciny,

Tam kaczuszki się pluskają

I ogonki zadzierają;

Ogon kaczki, ogon smoka,

Żółte nóżki zamiast wioseł,

Żółte dzióbki wciąż nurkują

Pilnie wodę przeszukują!

Lepka zieleń wodnej rzęsy,

Gdzie zimują raki —

To dla kaczek jest spiżarnia,

Tam wszystkie przysmaki!

Każdy jakąś ma przyjemność

Którą się zajmuje.

Kaczek rozkosz: ogon w górę,

Łebek niech nurkuje!

Ponad nimi modre niebo,

Wietrzyk wieje, wzywa.

Ale kaczki wciąż nurkują

Pożywienia wyszukują.

 — Ta piosenka nie bardzo mi się podoba — zauważył Kret nieśmiało.

 Kret nie był poetą i nie wiele go obchodziło co sobie kto o nim pomyśli, a przytym był szczery z natury.

 — Kaczki też się nią nie zachwyciły — odrzekł Szczur pogodnie. — Powiedziały: „Dlaczego nikomu nie pozwalają robić tego co chce, kiedy chce i jak chce! zaraz ktoś inny siada na brzegu, przygląda się, wypowiada swoje uwagi, pisze wiersze o tym co zauważył i tak dalej. To przecież nie ma sensu! — Takie jest zdanie kaczek.

 — Tak, tak, to nie ma sensu, — potakiwał Kret z wielką gotowością.

 — Nieprawda! — wykrzyknął Szczur bardzo obrażony.

 — A więc dobrze już dobrze; zgadzam się z tobą, Szczurku, — przytwierdził zgodnie Kret. — Ale ja chciałem się spytać czy nie mógłbyś wprowadzić mnie do pana Ropucha? Tyle o nim słyszałem, i ogromnie pragnę go poznać.

 — Bardzo chętnie — powiedział poczciwy Szczur, zrywając się i odkładając poezję na inny dzień. — Wyciągaj łódkę, pojedziemy natychmiast. Ropuch o każdej porze wita mile gości. Czy to rano, czy wieczorem jest zawsze taki sam; w dobrym humorze, rad, że się przyszło i zmartwiony kiedy się odchodzi.

 — Musi to być bardzo miłe stworzenie — zauważył Kret, wchodząc do łódki i biorąc się do wioseł, podczas gdy Szczur sadowił się wygodnie przy sterze.

 — Najlepszy wśród zwierząt — odrzekł Szczur — bardzo poczciwy, prosty i serdeczny. Może niezbyt mądry — nie możemy wszyscy być geniuszami — lubi się trochę przechwalać i jest zarozumiały. Ale ma wielkie zalety.

 Kiedy minęli zakręt na Rzece, ukazał się przed nimi piękny, poważny, stylowy dwór z czerwonej cegły, poczerniały od starości; ślicznie utrzymany trawnik schodził aż na brzeg wody.

 — Otóż i „Ropuszy Dwór“ — objaśnił Szczurek. — Zatoka na prawo — widzisz tę deskę z napisem: „Lądowanie wzbronione“ — prowadzi do prywatnej przystani Ropucha, tam zostawimy łódkę. Stajnie znajdują się z prawej strony. A w tej chwili przyglądasz się starożytnej komnacie, gdzie ucztowano w dawnych czasach — to bardzo, bardzo stara sala. Ropuch, jak wiesz, ma dużo pieniędzy, jego dwór jest jednym z najładniejszych w okolicy, choć tego przy Ropuchu nie przyznajemy.

 Czółno wpłynęło do zatoki, a gdy stanęli w cieniu szopy, Kret złożył wiosła. W szopie znajdowało się wiele ślicznych łódek zawieszonych na linach, inne były wciągnięte do stoczni, ale żadna łódź nie kołysała się na wodzie, zdawało się że z przystani nikt już nie korzysta.

 Szczur rozejrzał się wkoło. — Rozumiem — rzekł. — Skończyło się już wiosłowanie. Ropuch się znudził i porzucił łódki. Ciekaw jestem jaki nowy bzik go opanował. No, chodźmy go wyszukać. I tak dowiemy się o tym dość wcześnie.

 Wyskoczyli na brzeg i poszli szukać Ropucha naprzełaj przez łąkę porośniętą kwiatami. Znaleźli go niebawem; siedział w trzcinowym fotelu, miał zafrasowany wyraz pyszczka a na jego kolanach rozpościerała się ogromna mapa.

 — Wiwat! — wykrzyknął, zrywając się na ich widok. — Świetnie, żeście przyszli... — Uściskał serdecznie łapki obu zwierzątek, nie czekając aż Szczur przedstawi mu Kreta. — Jak to poczciwie z waszej strony — ciągnął dalej, skacząc wkoło nich. — Miałem właśnie wysłać łódkę po ciebie Szczurku, z surowym rozkazem aby cię tu natychmiast dostawiono żywego czy umarłego. Bardzo mi jesteś potrzebny — obaj jesteście mi potrzebni. Czy chcecie coś zjeść lub napić się? Chodźmy do domu coś przekąsić. Nie macie pojęcia, jak dobrze się składa żeście przyjechali!

 — Posiedzimy sobie tutaj spokojnie, Ropuszku — rzekł Szczur, rzucając się na fotel. Kret zasiadł obok niego i grzecznie pochwalił „rozkoszną siedzibę“ Ropucha.

 — Najpiękniejszy dwór na całym Wybrzeżu! — wykrzyknął skwapliwie Ropuch. — A nawet powiem więcej — na całym świecie.

 Tu Szczur trącił Kreta. Na nieszczęście Ropuch zauważył ten ruch i zaczerwienił się. Zapanowała kłopotliwa cisza, poczym Ropuch wybuchnął śmiechem.

 — Nic nie szkodzi, Szczurku — powiedział. — To przecież mój zwykły sposób wyrażania się. Przyznasz chyba, że ten dwór nie taki znowu brzydki, prawda? Tobie się też podoba. No, a teraz chłopcy, mówmy poważnie. Potrzeba mi właśnie takich zwierząt jak wy. Musicie mi dopomóc. Chodzi o ważną sprawę.

 — Masz zapewne na myśli wiosłowanie — wtrącił Szczur z niewinną minką. — Wcale nieźle ci już idzie, choć za dużo jeszcze rozbryzgujesz wody. Przy wielkiej cierpliwości i pewnej liczbie korepetycyj...

 — Fe! Wiosłowanie! — przerwał Ropuch z obrzydzeniem. — To głupia, dziecinna zabawka. Dawno jej zaniechałem. Strata czasu, nic więcej. Bardzo mi przykro kiedy widzę że wy, chłopcy, coście powinni byli z tego wyrosnąć, tracicie czas tak bezcelowo. Nie, ja odkryłem wielką rzecz, jedyne zajęcie, które istotnie może życie zapełnić. Pragnę temu poświęcić resztę mego żywota, żal mi tylko lat straconych, zmarnowanych na głupstwa. Chodź, kochany Szczurku, i ty, jeśli łaska, miły jego przyjacielu, pójdziemy do stajni, a wówczas zobaczycie!

 Ropuch poszedł naprzód, wskazując drogę; Szczur podążył za nim bez wielkiego przekonania. Przed budynkami stajennemi stał wyciągnięty z wozowni nowiuteńki wóz cygański kanarkowego koloru z zielonemi ozdobami i kołami pomalowanymi na czerwono.

 — Oto go macie! — wykrzyknął Ropuch, pełzając wkoło i nadymając się. — Ten niewielki wóz to prawdziwe życie! Rozstajne drogi, zakurzony gościniec, wrzosowiska, wygony, żywopłoty, rozległe wzgórza! Obozowiska, wsie, miasteczka i stolice! Dziś tu, jutro tam! Wędrówka, zmiana, zainteresowanie, podniecenie! Cały świat stoi otworem, coraz to nowe widnokręgi! Zwróćcie przytym uwagę, że ten wóz jest bezwarunkowo najpiękniejszy ze wszystkich wozów tego rodzaju. Wejdźcie do środka i zobaczcie jak tam jest. Sam wszystko obmyśliłem, sam jeden!

 Kret ogromnie podniecony i zaciekawiony wbiegł skwapliwie za Ropuchem po stopniach do środka wozu. Szczur parsknął, wsadził łapki do kieszeni i pozostał na miejscu.

 Wewnątrz wozu wszystko było naprawdę wygodnie urządzone i dostosowane do małej przestrzeni. Stały tam tapczaniki do spania, niewielki składany stolik wpuszczony w ścianę, kuchenka, szafy, półki na książki, klatka z ptakiem, oraz garnki, rondle i patelnie wszelkich gatunków i rozmiarów.

 — Doprowadziłem wszystko do perfekcji — rzekł Ropuch otwierając z triumfem jedną z szaf. — Widzisz — sucharki, homar w puszce, sardynki, czego tylko dusza zapragnie. Tu woda sodowa — tam jagody — papier listowy, boczek, konfitury, karty, domino. Gdy dziś popołudniu ruszymy w drogę — ciągnął dalej, schodząc ze schodów — przekonacie się, że nie zapomniałem niczego.

 — Przepraszam — powiedział wolno Szczur, gryząc słomkę — czy mi się przesłyszało, czy też wspomniałeś coś o „nas”, o „wyruszaniu” i to „dziś popołudniu”.

 — Mój zacny, kochany Szczurku — rzekł błagalnie Ropuch — nie mów takim godnym i oschłym tonem, wiesz przecież, że tak czy owak musisz pojechać. Nie mógłbym sobie w żaden sposób poradzić bez ciebie; powiedz sobie, że klamka zapadła i nie spieraj się ze mną, bo to jedyna rzecz, której nie znoszę. Nie masz chyba zamiaru przez całe życie trzymać się swej nudnej, stęchłej Rzeki, mieszkać w nadbrzeżnej dziurze i pływać łódką. Chcę pokazać ci świat! Chcę cię wykierować na zwierzę, mój drogi!

 — Wcale mi o to nie chodzi — powiedział Szczur z uporem. — Nie jadę i koniec. Będę się trzymał mojej starej Rzeki, będę mieszkał w norze i będę pływał łódką jak dotychczas. A Kret mnie nie opuści i tak samo postąpi jak ja, prawda Krecie?

 — Oczywiście — potwierdził wierny Kret. — Nigdy ciebie nie opuszczę, Szczurku. Tak będzie jak ty postanowiłeś; musi tak być. Choć trzeba przyznać, że projekt Ropucha brzmi bardzo... jakby to powiedzieć... bardzo zachęcająco i przyjemnie — dodał po namyśle.

 Biedny Kret! Życie pełne przygód było dla niego rzeczą nieznaną i radośnie podniecającą, nową, ponętną; przytym zakochał się od pierwszej chwili w kanarkowym wozie i jego wewnętrznych urządzeniach.

 Szczur spostrzegł co się dzieje w duszy Kreta i zawahał się. Niecierpiał sprawiać komuś zawodu, a w dodatku przywiązał się do Kreta i zrobiłby prawie wszystko aby mu się przysłużyć. Ropuch bacznie śledził oba zwierzątka.

 — Chodźcie na drugie śniadanie — powiedział dyplomatycznie. — Obgadamy tę sprawę. Nie potrzebujemy się szybko decydować. Mnie oczywiście wszystko jedno; chciałem wam sprawić przyjemność, chłopcy. „Żyć dla bliźnich!“ oto maksyma, jaką się w życiu kieruję.

 Podczas śniadania, które była naturalnie świetne, jak wszystko w „Ropuszym Dworze” — Ropuch odkrył swoje karty: poniechał Szczura i zaczął grać na niedoświadczonym Krecie jak na harfie. Będąc z usposobienia zwierzęciem gadatliwym i obdarzonym bujną wyobraźnią, odmalował w tak żywych barwach przewidywaną wędrówkę i przyjemność wolnego życia na gościńcu, że podniecony Kret ledwie mógł usiedzieć. W końcu jakimś dziwnym sposobem doszło do tego, iż wszyscy trzej uważali ową wyprawę za rzecz postanowioną. A Szczur — wciąż jeszcze w głębi ducha nie przekonany — pozwolił dobremu sercu wziąć górę nad osobistym zapatrywaniem. Przykro mu było sprawić zawód obu przyjaciołom, którzy pogrążyli się w planach i przewidywaniach i opracowali codzienny rozkład zajęć na przeciąg kilku tygodni.

 Gdy skończyli obrady, zwycięski Ropuch zaprowadził swoich przyjaciół na grudź i kazał im łapać starego siwego konia, którego — bez jego zgody a nawet ku jego wielkiemu niezadowoleniu — skazał na pracę wśród kłębów kurzu, w tej niezbyt pociągającej dla niego wędrówce. Koń niewątpliwie wolał zostać na grudzi i po wielu trudach dał się złapać. Tymczasem Ropuch pakował wciąż nowe zapasy do szafy i wieszał pod wozem torby z obrokiem, siatki z cebulą, wiązki siana i kosze. Wreszcie Kret i Szczur zdołali złapać konia, zaprzęgli go do wozu i przyjaciele wyruszyli w drogę.

 Rozprawiali wszyscy razem, idąc obok wozu, czy też przysiadając na dyszlu gdy im przyszła ochota. Popołudnie złociło się. Zapach wznoszącego się pyłu był przyjemny i orzeźwiający. Po obu stronach drogi rosły gęste sady, skąd dochodziło do zwierząt wesołe nawoływanie ptaków; dobroduszni przechodnie pozdrawiali ich, mówiąc: „dzień dobry”, a niektórzy zatrzymywali się i wyrażali swój podziw dla pięknego wozu. Króliki zaś, które siedziały przed swymi wejściowymi drzwiami w żywopłotach podnosiły przednie łapki i wykrzykiwały: „O, rety! Rety!”.

 Późnym wieczorem przyjaciele uszczęśliwieni i znużeni po ujechaniu wielu mil, zatrzymali się na wygonie, zdala od wszelkich zabudowań, puścili konia wolno aby mógł się paść i zjedli skromną kolację, siedząc na trawie obok wozu. Ropuch opowiadał z ważną miną o wszystkim czego zamierzał w przyszłości dokonać; tymczasem gwiazdy wkoło nich stawały się coraz większe i wyraźniejsze, a żółty księżyc, który cicho i niespodziewanie pojawił się nie wiadomo skąd aby dotrzymać im towarzystwa — przysłuchiwał się rozmowie. Wreszcie weszli do wozu i położyli się na tapczanikach, a zaspany Ropuch rzekł, rozprostowując łapki:

 — No, dobranoc chłopcy! To jest życie odpowiednie dla gentlemana! Co tu gadać o waszej starej Rzece!

 — Ja nie mówię o mojej Rzece — odparł Szczur cierpliwie. — Ty wiedz, Ropuchu, że o niej nie mówię. Ale myślę o niej — dodał cicho z uczuciem. — Myślę o niej... bezustannie.

 Kret wyciągnął łapkę z pod kołdry, namacał w ciemności łapkę Szczura i uścisnął ją.

 — Zrobię wszystko, co zechcesz, Szczurku — szepnął. — Może wymkniemy się jutro rano — bardzo rano — i wrócimy do naszej kochanej nory nad Rzeką?

 — Nie, nie, musimy zobaczyć co z tego wyniknie — odszepnął Szczur. — Dziękuję ci serdecznie, ale nie mogę opuścić Ropucha, póki nie dokończymy tej wycieczki. Niebezpieczna rzecz zostawiać go samego. To i tak długo nie potrwa. Jego zachcianki nigdy nie trwają długo. Dobranoc.

 Koniec wyprawy był zaiste bliższy niż się tego nawet Szczur spodziewał.

 Ropuch spał twardo po tylu wrażeniach i długim pobycie na świeżym powietrzu. Żadne potrząsanie nie zdołało go rano z łóżka wyciągnąć. Wobec tego Szczur i Kret zabrali się do roboty po męsku, spokojnie. Szczur obrządził konia, rozpalił ogień, umył zabrudzone wieczorem filiżanki i talerze i nakrył do śniadania, a Kret powędrował do najbliższej wsi — a był to spory kawał drogi — aby kupić mleka, i jajek, i różnych zapasów, o których Ropuch oczywiście zapomniał. Skończyli czarną robotę i, porządnie zmachani, odpoczywali, gdy pojawił się Ropuch, wypoczęty, wesoły i wypowiedział parę uwag na temat miłego i łatwego życia, jakie teraz pędzą, zdala od trosk i męczących zajęć domowych.

 Odbyli tego dnia przyjemną wędrówkę przez łąki i wąskie dróżki polne i, tak jak w willię, obozowali na pastwisku, tylko że tym razem obaj zaproszeni goście dołożyli starań aby Ropuch odrobił przypadającą na niego część pracy. Dlatego też, gdy rano nadszedł czas wyruszenia w drogę, Ropuch był o wiele mniej zachwycony prostotą sielskiego życia i usiłował powrócić na swój tapczan, skąd wyciągnięto go siłą. Droga, jak przedtem, prowadziła przez wąskie ścieżyny i dopiero po południu wędrowcy wydostali się na szosę, na pierwszą szosę od początku wyprawy; czyhała tam na nich zguba szybka i nieprzewidziana, zguba, która położyła kres ich wyprawie i wpłynęła wprost druzgocąco na przyszłą karierę Ropucha.

 Wędrowali, nie śpiesząc się, po szosie. Kret szedł przodem, przy pysku konia i gwarzył z nim, ponieważ koń uskarżał się, że nie bierze w niczym udziału i że nikt nie ma dla niego najmniejszych względów. Ropuch i Szczur szli razem za wozem i rozmawiali; a właściwie Ropuch mówił, a Szczur wtrącał tylko od czasu do czasu: — Tak, oczywiście; a co ty mu na to powiedziałeś? — i myślał zupełnie o czym innym. Wtem posłyszeli za sobą, daleko, słaby ostrzegawczy dźwięk podobny do odległego brzęczenia pszczoły. Obejrzeli się i zobaczyli niewielki obłok kurzu a w środku ciemny punkt; obłok zmierzał ku nim z niesłychaną szybkością, z kurzu dobywał się cichy odgłos: „Poop! Poop!” niby niewyraźny jęk udręczonego zwierzęcia. Nie zwrócili na to baczniejszej uwagi i ciągnęli dalej rozpoczętą rozmowę, kiedy w jednej chwili (tak się im przynajmniej zdawało) nastąpiła zmiana dekoracji. „To” wpadło na nich wśród huraganowego wichru i szalonego hałasu; wystraszone zwierzęta uskoczyły do rowu. „Poop, poop” zabrzmiało im w uszach spiżowo; ujrzeli przez mgnienie oka wnętrze połyskujące od rżniętego szkła i skóry. Wspaniały samochód olbrzymich rozmiarów, oszałamiający, zapalczywy, oraz szofer, który trzymał kierownicę z naprężoną uwagą zapanowali przez ułamek sekundy nad całą ziemią i powietrzem, zarzucili na zwierzęta oślepiającą zasłonę z kurzu a potem zginęli, stali się kropką w dali, przeobrazili się znowu w brzęczącą pszczołę.

 Stary siwy koń, który marzył, drepcąc naprzód, o spokojnej grudzi, dał się opanować uczuciom bardzo naturalnym w tym nowym i ciężkim dla niego położeniu. Stawał dęba, i wierzgał, i cofał się uparcie mimo wysiłków Kreta, który trzymał go przy pysku i dosadnymi słowami odwoływał się do jego lepszych uczuć. Koń, cofając się, wprowadził ostatecznie wóz do głębokiego rowu przy szosie. Przez chwilę wóz ważył się na krawędzi drogi, poczym rozległ się żałosny łoskot i wehikuł kanarkowego koloru, duma ich i radość, leżał na boku w rowie zniszczony nieodwołalnie.

 Szczur, poprostu wściekał się ze złości, biegał tam i napowrót po szosie i krzyczał, wygrażając obiema pięściami:

 — Ach, wy gałgany! Wy bandyci! Wy zbiry! Zaskarżę was! Będę was włóczył po wszystkich sądach!

 Opuściła go zupełnie tęsknota za domem; był teraz szyprem kanarkowego statku, wpędzonego na mieliznę dzięki nieopatrznym manewrom wrogich marynarzy. Usiłował przypomnieć sobie wszystkie dowcipne i sarkastyczne słowa jakimi wymyślał kapitanom parowców, gdy podpływali zbyt blisko brzegu, a rozkołysane fale zalewały dywan w jego salonie.

 Ropuch siedział na środku zapylonej drogi z wyciągniętymi łapami i wlepiał wzrok w niknący samochód. Oddychał śpiesznie, a na jego pyszczku malował się spokój i zadowolenie; od czasu do czasu powtarzał tylko pocichu: „Poop — poop”!

 Kret usiłował uspokoić konia, co mu się udało po pewnym czasie; zabrał się wówczas do obejrzenia wozu, który leżał bokiem w rowie. Był to zaiste smutny widok; potłuczone szyby, beznadziejnie pogięte osie, jedno koło zdruzgotane, puszki z sardynkami rozrzucone na wszystkie strony, a w klatce ptak, który szlochał rozpaczliwie, błagając aby go wypuszczono.

 Szczur pośpieszył Kretowi z pomocą, lecz połączone usiłowania obu zwierząt nie wystarczyły do podniesienia wozu.

 — Hej, Ropuchu! — zawołali. — Chodźże nam pomóc!

 Ropuch nie odpowiadał ani słowa i nie ruszał się ze swego miejsca na środku drogi; poszli więc zobaczyć co mu się stało. Zastali go pogrążonego jakby w transie; uśmiechał się radośnie a oczy miał wciąż utkwione w zakurzony ślad ich pogromcy. Od czasu do czasu powtarzał jeszcze: „Poop — poop”!

 Szczur schwycił go za ramię i potrząsnął.

 — Czy przyjdziesz nam wreszcie pomóc, Ropuchu? — spytał surowym głosem.

 — Wspaniały, wzruszający widok — szeptał Ropuch, który ani drgnął. — Poezja ruchu! Prawdziwy sposób podróżowania! Jedyny sposób podróżowania! Dziś tu, a jutro już, rzekłbyś... za tydzień! Przeskakuje się wsie, osady i miasta. Ma się zawsze przed sobą widnokrąg nowego człowieka! O szczęście! O poop — poop! O rety! rety!

 — Przestańże już robić z siebie osła, Ropuchu! — wykrzyknął Kret z rozpaczą.

 — I pomyśleć, że ja nie wiedziałem — ciągnął rozmarzony Ropuch monotonnym głosem. — Zmarnowałem całe dotychczasowe życie! Nie wiedziałem o tym, ani mi się nawet śniło! Ale teraz, kiedy już wiem, kiedy sobie jasno zdaję sprawę, droga usiana kwiatami leży przedemną! Tumany kurzu wzniosą się za mną, gdy pomknę beztrosko w dal! Ile ja wozów wpędzę od niechcenia do rowu na szlaku mego wspaniałego biegu! Wstrętne wózki, prostackie wozy, wozy kanarkowego koloru!

 — Co z nim zrobić? — spytał Kret Szczura.

 — Nic — odparł Szczur stanowczym głosem. — Bo niema na to doprawdy żadnej rady. Ja go znam oddawna; szał go opętał. Ma nowego bzika, a w pierwszym okresie nowego bzika jest zawsze taki. To potrwa dość długo, przez szereg dni będzie zupełnie niezdolny do żadnych praktycznych zajęć, niby zwierzę pogrążone w błogim śnie. Bóg z nim! Chodźmy zobaczyć jak się przedstawia sprawa wozu.

 Po starannym zbadaniu, doszli do przekonania, że nawet gdyby im się udało we dwójkę podnieść wóz, nie byłby i tak zdolny do dalszego użytku. Osie okazały się w stanie beznadziejnym a koło, które odpadło, rozsypało się w kawałki.

 Szczur zarzucił lejce na grzbiet konia, związał je i wziął szkapę przy pysku; w drugiej ręce niósł klatkę wraz z jej zdenerwowanym mieszkańcem.

 — Chodź — rzekł ponuro do Kreta. — Do najbliższego miasteczka mamy pięć czy sześć mil, musimy przebyć je pieszo. Im prędzej puścimy się w drogę, tym lepiej.

 — Ale co będzie z Ropuchem? — spytał niespokojnie Kret, gdy wyruszyli. — Nie możemy zostawić go samego na środku szosy w tym stanie podniecenia. A nuż nadjedzie jeszcze jeden Stwór?

 — A, bierz licho Ropucha! — rzekł Szczur ze złością. — Mam go już dość!

 Ale nie uszli daleko, kiedy posłyszeli tupot, i zadyszany Ropuch, wciąż jeszcze wpatrzony w dal, wziął ich obu pod ramię.

 — A teraz posłuchaj, Ropuchu — przemówił Szczur ostrym głosem. — Jak tylko dojdziemy do miasta, udasz się wprost na posterunek policji, dowiesz się czy posiadają jakie dane o tym samochodzie — może wiedzą do kogo należy — i złożysz skargę. Pójdziesz potem do kowala albo do kołodzieja i umówisz się z nim aby przyciągnął i wyreperował wóz. Potrwa to jakiś czas, ale wóz nie jest beznadziejnie rozbity. Tymczasem my z Kretem wyszukamy w jakimś zajeździe wygodne pomieszczenie, gdzie będziemy mogli pozostać, póki wóz nie wyreperują i twoje nerwy nie ochłoną po tym wstrząsie...

 — Posterunek policji! Skarga! — szepnął rozmarzony Ropuch. — Ja miałbym oskarżyć tę cudowną, niebiańską wizję, która została mi łaskawie zesłana! Zreperować wóz! Skończyłem już na zawsze z wozami. Nie chcę nigdy widzieć tego wozu ani o nim słyszeć. O Szczurku! Nie możesz sobie wystawić jaki ci jestem wdzięczny za to, że zgodziłeś się pojechać na tę wycieczkę! Nie byłbym się wybrał bez ciebie i może nigdy nie byłbym ujrzał tego łabędzia, tego promienia słońca, tego pioruna! Mogłem nigdy nie posłyszeć tego uroczego dźwięku, nigdy nie powąchać tego czarownego zapachu! Wszystko zawdzięczam tobie, o najlepszy z przyjaciół.

 Szczur z rozpaczą odwrócił się od Ropucha.

 — Sam widzisz — rzekł do Kreta, ponad głową Ropucha. — On jest beznadziejny. Wyrzekam się wszystkiego. Gdy dotrzemy do miasta, pójdziemy na dworzec. Przy odrobinie szczęścia możemy tam złapać pociąg, który odwiezie nas na wieczór do Wybrzeża. A jeśli kiedykolwiek przyłapiesz mnie na jakiej wycieczce z tym irytującym zwierzakiem!... — Tu parsknął i przez resztę męczącej wędrówki odzywał się tylko do Kreta.

 Kiedy dostali się do miasta, poszli wprost na dworzec, gdzie umieścili Ropucha w poczekalni drugiej klasy, dając dwa pensy tragarzowi aby go miał na oku. Potem zostawili konia w stajni przy zajeździe i wydali najwłaściwsze w swoim mniemaniu rozporządzenia dotyczące wozu i jego zawartości. Ponieważ zdarzyło się iż wsiedli wypadkiem do pociągu, który stanął na stacji w bliskości „Ropuszego Dworu”, odstawili Ropucha wciąż nieprzytomnego i rzekłbyś urzeczonego do drzwi jego domu, nakazując gospodyni aby go nakarmiła, rozebrała i położyła do łóżka. Potem wydostali z szopy swoją łódkę i popłynęli wzdłuż Rzeki do domu, a o bardzo późnej godzinie zasiedli do kolacji w przytulnym saloniku na Wybrzeżu, ku wielkiej radości i zadowoleniu Szczura.

 Nazajutrz Kret spał długo i cały dzień wypoczywał; wieczorem łapał ryby na brzegu Rzeki, kiedy nadszedł Szczur, który składał wizyty przyjaciołom i zbierał plotki.

 — Słyszałeś co za nowina? — spytał. — O niczym innym nie mówią na całym Wybrzeżu. Ropuch dziś od samego rana pojechał pociągiem do miasta i zamówił sobie wielki i bardzo kosztowny samochód.

Koniec Wersji Demonstracyjnej

Dziękujemy za skorzystanie z oferty naszego wydawnictwa i życzymy miło spędzonych chwil przy kolejnych naszych publikacjach.

Wydawnictwo Psychoskok