Nowy dom na wyrębach II - Stefan Darda - ebook
Opis

Akcja trzeciej części cyklu Wyręby rozgrywa się w ostatnich miesiącach 1996 roku. Po wydarzeniach, które miały miejsce pod koniec września, budowa nowego domu staje pod znakiem zapytania, a Hubert Kosmala zastanawia się, czy niebezpieczeństwo nie przywędrowało za nim do Lublina. Ewa Firlej ma wrażenie, że niebo runęło jej na głowę, ale to dopiero początek jej problemów z Mikołajem. Tymczasem w okolicach Wyrębów mają miejsce przerażające wypadki wiązane przez niektórych z tragiczną śmiercią Marty i jej nienarodzonego dziecka. Czy słusznie? A może niebezpieczeństwo czai się zupełnie gdzieś indziej...? Aby sprostać wyzwaniom stawianym mu przez los, Hubert musi skorzystać z pomocy swojego przyjaciela.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 308

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Redakcja

Anna Seweryn

Layout okładki

Marek J. Piwko {mjp}

Ilustracja na okładce

Dariusz Kocurek

Redakcja techniczna, skład, łamanie oraz opracowanie wersji elektronicznej

Grzegorz Bociek

Korekta

Urszula Bańcerek

Wydanie I, Chorzów 2018

Wydawca: Wydawnictwa Videograf SA

41-500 Chorzów, Aleja Harcerska 3c

tel. 600 472 609

office@videograf.pl

www.videograf.pl

Dystrybucja wersji drukowanej: DICTUM Sp. z o.o.

01-942 Warszawa, ul. Kabaretowa 21

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

dystrybucja@dictum.pl

www.dictum.pl

© Wydawnictwa Videograf SA, Chorzów 2017

tekst © Stefan Darda

ISBN 978-83-7835-701-8

Pomoc przyjacielowi w potrzebie to oczywistość,

której nigdy nie deklarujesz wcześniej.

Gdy nadchodzi odpowiedni moment,

po prostu wstajesz i ruszasz, bez względu na wszystko.

To odruch. Jak oddychanie.

Bernard Woźniak

Część 1. 28 września–16 października 1996

1.

„Jeśli ośmielisz mi się sprzeciwić, będą kwiczeć jak zarzynane wieprze. Pamiętaj”.

Hubert przez dłuższą chwilę nie wiedział, gdzie jest, ale wreszcie otworzył oczy i rozpoznał okno w sypialni własnego mieszkania. Właśnie dniało, a on miał wrażenie, że wrócił z bardzo dalekiej podróży. Nie pamiętał, co mu się śniło.

„Jak zarzynane wieprze. Pamiętaj”.

Stojący na nocnej szafce budzik z elektronicznym wyświetlaczem informował, że właśnie minęło wpół do siódmej. Danusi już nie było w łóżku, ale jej miejsce było wciążrozgrzane, więc musiała wstać dosłownie przed chwilą. Kosmala wytężył słuch. Z łazienki dobiegał szum wody pod prysznicem.

„Będą kwiczeć”.

Miał jeszcze parę minut na to, aby dojść do siebie, więc spróbował przywołać jakąś senną wizję, która pozwoliłaby wyjaśnić te tłukące mu się pod czaszką słowa. Kto będzie kwiczał i dlaczego?

Przymknął oczy i z zakamarków pamięci zaczął mu się wyłaniać obraz kobiety pochylającej się nad jego łóżkiem. Śniony wiele razy koszmar tak się przecież zaczynał… Potem, za każdym razem, Hubert jak w transie szedł za postacią w bieli do kuchni, by usłyszeć, co ona ma do powiedzenia. Wtedy padały te słowa. Albo przynajmniej podobne.

Tym razem jednak coś chyba było inaczej.

„Gdybym tylko mógł jeszcze raz wrócić do tego, żeby się przekonać co…” – pomyślał i natychmiast zapadł w płytki półsen.

* * *

Widzi swoją sypialnię w żółtawym blasku latarń, który sączy się przez odsłonięte okno. Widzi też Dankę i siebie, leżącego obok niej.

„Czy umarłem i zaraz podążę tunelem w stronę światła?” – myśli, ale zaraz przekonuje się, że nie, ponieważ ciało leżące obok jego żony niespokojnie się porusza. Zaczyna mu brakować tlenu.

Kosmala zamyka oczy z nadzieją, że za chwilę się obudzi i już wie, dlaczego wstrzymał oddech. To kara za to, że zapomniał imię swojego przyjaciela. Znów jest w swoim śnie. Gdy tylko otworzy oczy, zobaczy po raz kolejny trupią twarz kobiety z fotografii. A jednak… Tym razem jest inaczej.

Na skraju łóżka siedzi Marta Wieczorak w niebieskiej sukience i uśmiecha się przepraszająco.

– Chyba pana obudziłam, profesorze – szepcze zmieszana. – Czasem tu przychodzę, żeby na pana popatrzeć. Mam nadzieję, że nie ma mi pan tego za złe?

Nie potrafiłby się na nią gniewać. Dziewczyna patrzy tymi swoimi zielonymi oczyma dziecka i wygląda tak niewinnie, że w tej chwili mógłby jej wybaczyć wszystko.

– Nie, pani Marto, nie gniewam się. – Hubert odwzajemnia uśmiech.

Ona ujmuje jego dłoń, unosi do ust i delikatnie całuje.

– Zawsze był pan dla mnie taki dobry.

„Co by się stało, gdyby Danka się teraz obudziła?” – zastanawia się niespokojnie Kosmala, ale nie cofa dłoni. Ten pocałunek jest tak zniewalająco miły, że jego nagłe przerwanie byłoby chyba grzechem.

Marta wygląda tak samo, jak wtedy, gdy widział ją po raz ostatni, z tą różnicą, że na jej twarzy nie ma już śladów pobicia. Jej oczy promienieją. Ona cała promienieje, a sukienka opinająca ciążowy brzuch delikatnie się porusza.

„Muszę jej powiedzieć, że za wszelką cenę powinna chronić swojego synka” – myśli Kosmala.

W jej oczach maluje się zaskoczenie.

„Skąd pan wie, że to będzie syn?” – Hubert jakimś cudem wyraźnie słyszy jej pytanie, mimo że nawet na chwilę nie oderwała ust od jego dłoni.

Wizja jest tak realistyczna, że Kosmala zaczyna mieć wątpliwości, czy przypadkiem nie śniła mu się ta cała historia z wilkiem i pogrzebem w Kostrzewie.

Dziewczyna zdaje sobie sprawę z tych wątpliwości, uśmiecha się tajemniczo, a potem jej twarz zbliża się do twarzy Huberta. Pocałunek jest gorący, namiętny i obezwładniający. Trwa niezbyt długo, ale wystarczająco, aby Marta zdążyła przekazać to, na czym jej zależy.

Potem staje obok łóżka. Kosmala odrzuca kołdrę i podaje rękę swojej byłej studentce. Chwilę później oboje zmierzają do pokoju, w którym śpią Tomek i Michał. Jak najciszej, żeby ich przypadkiem nie zbudzić.

Mieszkanie pogrążone jest w ciszy, która potrwa jeszcze pewnie kilka godzin. Na ścianach tańczą cienie gałęzi, wpełzające z zewnątrz i prężące się w świetle latarń. Hubert wie, że to chyba już ostatnia taka noc tutaj i chłonie ją wszystkimi zmysłami. Rano już nic nie będzie takie samo.

„Marta ma rację, ja też powinienem chronić swoje dzieci – myśli. – Nie powinienem narażać chłopców na to wszystko, co może ich spotkać. Kto lepiej od niej wie, że życie potrafi być okrutne? Zresztą ja przecież też swoje przeżyłem i czasem czuję się, jakbym dźwigał na plecach grzechy całego świata. Szkoda, że moi rodzice nie mieli kogoś, kto jakieś trzydzieści lat temu doradziłby im, jak powinni postąpić…”.

Stają przed drzwiami pokoju chłopców i patrzą sobie w oczy. Przez półprzezroczystą pomarańczową szybę drzwi sączy się delikatne światło i maluje twarz Marty nierzeczywistymi kolorami.

– Zawsze śpią przy zapalonej lampce. – Hubert porusza wargami, ale z jego ust nie wydobywa się żaden dźwięk.

– Przecież wiem, głuptasie – odpowiada mu bezgłośnie Marta, nieustannie się uśmiechając. – Jeśli ośmielisz mi się sprzeciwić, będą kwiczeć jak zarzynane wieprze. Pamiętaj.

Kosmala patrzy na nią zdziwiony.

– Dlaczego miałbym ci się sprzeciwiać? Pocałuj mnie jeszcze raz przed tym wszystkim.

Gdy dziewczyna spełnia jego prośbę, on jest prawie pewien, że jest w niej zakochany nad życie.

Wchodzi do pokoju pierwszy. Tomek śpi spokojnie na lewym boku, twarzą do ściany, dokładnie w tej samej pozycji, w jakiej wieczorem zasnął. Michał jak zwykle jest na wpół odkryty, ma skotłowane prześcieradło, jakby przez kilka godzin mocował się z jakimś niewidzialnym przeciwnikiem. Leży na plecach, z rozrzuconymi rękami i głową obok poduszki, a jego gałki oczne poruszają się niespokojnie pod powiekami. Hubert przygląda mu się z czułością i bierze poduszkę do ręki, uświadamiając sobie jednocześnie, że to od śmierci swojego ojca chrzestnego Michał zaczął tak niespokojnie sypiać. Widocznie on też cierpi z powodu tej straty.

– Już nie będzie cierpiał – podpowiada zza pleców Kosmali Marta i kładzie dłoń na jego ramieniu.

Chłopiec nagle siada na łóżku, tak gwałtownie, jakby ktoś dźgnął go w bok rozpalonym prętem. Otwiera szeroko oczy, przez moment nieprzytomnym wzrokiem wpatruje się w twarz ojca, a potem przenosi spojrzenie nieco wyżej, gdzieś za jego plecy. Dziecięca buzia wykrzywia się nienawistnie.

– Zabrałaś mi najlepszego przyjaciela, ty stara kurwo – syczy z wściekłością Michał.

Przez kilka sekund gwałtownie łapie powietrze, a potem opada bezwładnie na plecy i natychmiast zasypia. Na jego szczupłej klatce piersiowej wyraźnie widać głębokie zadrapanie, które odsłoniła rozpięta do połowy piżama.

Tych kilka chwil wyrywa Huberta z letargu. Poduszka wysuwa się z rąk i ląduje bezszelestnie obok łóżka. Kosmala odwraca się, ale orientuje się, że poza nim i śpiącymi w swoich łóżkach bliźniakami nikogo więcej nie ma w pokoju. Drżąc na całym ciele, wychodzi na korytarz i zamyka za sobą drzwi.

Jest przerażony tym, co się stało.

– Boże, jak mało brakowało – szepcze chrapliwie.

Człapie w stronę kuchni i otwiera drzwi od lodówki. Musi się napić czegoś zimnego, bo zaschnięte gardło pali go żywym ogniem. Sięga po szklankę i próbuje napełnić ją mlekiem, ale ręce trzęsą mu się tak bardzo, że nalewa za dużo, rozchlapując trochę na podłodze. Z każdym łykiem coraz bardziej wraca świadomość i spokój.

Po jakimś czasie Hubert odstawia mleko do lodówki, mechanicznie myje szklankę i wraca do sypialni. Dopiero w łóżku przypomina sobie, że nie wytarł kuchennej podłogi. Postanawia, że zaraz to zrobi, tylko najpierw się trochę ogrzeje. Wydaje mu się, że tej nocy – z emocji i obawy przed tym, co mogłoby się stać – nie zmruży już oka nawet na chwilę.

* * *

Z drzemki wyrwał go odgłos zamykanych drzwi łazienkowych i kroków Danusi, która przez korytarz przeszła do kuchni, by zająć się przygotowaniem śniadania. Zdarzało się, że o tej porze słychać też było hałasy dochodzące z pokoju chłopców, jednak nie tym razem, co przyprawiało Huberta o mdłości.

„Przecież prawie zawsze jest u nich cisza o tej porze, a to był tylko nocny koszmar” – starał się uspokoić sam siebie.

Wreszcie wstał, wyszedł z sypialni i zajrzał do bliźniaków. Przez moment zakręciło mu się w głowie tak mocno, że aż musiał się chwycić framugi. Tomek spał twarzą do ściany, a Michał na plecach, z rozrzuconymi rękami. Wszystko było dokładnie tak, jak we śnie. Nawet poduszka leżała na podłodze, tam, gdzie Kosmala ją zostawił po tym, gdy wysunęła mu się z rąk.

– Hubert? – dobiegło z kuchni. – Słyszę, że już wstałeś. Zbudź chłopaków, bo zaczyna się robić późno.

Nie spełnił prośby swojej żony. Zbyt mocno bał się, że nie będzie potrafił jej spełnić, bo oni już po prostu nie żyją. Zamiast tego zamknął cicho drzwi i zrobił kilka kroków w stronę kuchni. Akurat zdążył, by zobaczyć, jak Danusia schyla się i wyciera rozlane przy lodówce mleko.

2.

„Przecież ostatecznie nic złego im nie zrobiłeś, więc czego się tak boisz”? – pytał w myślach sam siebie, odkręcając w łazience kurek z gorącą wodą.

„A co, jeśli później poszedłem tam raz jeszcze…?”.

Przed wejściem pod natrysk Hubert odruchowo sięgnął do złotego łańcuszka z medalikiem i odetchnął, przekonując się, że cały czas ma go na szyi.

„Przecież gdy masz go przy sobie i nie śpisz, jesteś bezpieczny…”.

„Gdy nie śpię. Jeśli udało się jej mnie zahipnotyzować, to przecież było prawie jak…”.

Wciąż pamiętał zdanie „Sen jest bratem śmierci”, wyczytane w zapiskach Marka, które rzekomo wypowiedział Jaszczuk po powrocie do Wyrębów, już po swojej śmierci.

„Jeśli nie byłeś w pełni świadomy tego, co robisz, to medalik mógł być bezużyteczny”.

Kosmala zaczął gubić się w swoich przemyśleniach. Granica pomiędzy jawą a nocnym koszmarem zaczynała się niebezpiecznie zacierać, a obawa o to, co stało się z chłopcami, powodowała nieznośne dławienie w krtani.

– Jeżeli im coś zrobiłem, to się zabiję – powiedział zdecydowanym i nadspodziewanie spokojnym głosem, po czym odkręcił kurek z lodowatą wodą.

* * *

Parę minut przed ósmą siedział samotnie przy kuchennym stole i z wstydliwym uśmiechem na twarzy wspominał ten dziwaczny stan, jaki dopadł go o poranku, a który zaczął ustępować zaraz po tym, gdy po plecach Huberta spłynął pierwszy strumień zimnej wody. Nieco później Danusia zapytała przez drzwi, czy chłopcy już wstali, a gdy nie uzyskała żadnej odpowiedzi, poszła do ich pokoju, narobiła rabanu i nie zważając na głośne protesty bliźniaków, nakazała im, że za dwadzieścia sekund mają się zameldować w kuchni.

Podczas śniadania zapytała jeszcze o rozlane mleko i okazało się, że winowajcą był Tomek, któremu zachciało się w nocy pić.

– Następnym razem po sobie powycieraj – usłyszał od mamy. – Ktoś mógł nie zauważyć, poślizgnąć się na mokrych płytkach i nieszczęście gotowe.

Gdy skończyli jeść, w mieszkaniu Kosmalów zapanował tradycyjny rozgardiasz. Zwykle towarzyszył on przygotowaniom do wyjścia chłopców i Danusi do szkoły, jednak tym razem byli umówieni na lekcję pływania. W sobotni poranek basen zazwyczaj świecił pustkami, a wuefistka bliźniaków chętnie zgodziła się na poprowadzenie kilkunastu godzin prywatnych zajęć w weekendy.

– Stary dureń z ciebie – mruknął Hubert pod nosem i zabrał się za sprzątanie ze stołu brudnych naczyń.

Przed wyjściem zdążył je jeszcze umyć, rozbijając przy okazji jedną szklankę i przekonując samego siebie, że to na pewno na szczęście.

* * *

Był dwudziesty ósmy września. Po kilku deszczowych dniach wyszło słońce, więc wszystko wskazywało na to, że wreszcie rozpoczyna się ciepła i kolorowa jesień. Termometr, umocowany za szybą kuchennego okna, wskazywał o dziewiątej osiemnaście stopni, co dawało nadzieję, że po południu temperatura może wzrosnąć nawet do dwudziestu pięciu.

„W tak pięknych okolicznościach przyrody grzechem byłoby jechać samochodem” – pomyślał Hubert i zaczął się przygotowywać do wyjścia.

Miał być na placu Litewskim o dziesiątej. Kilkoro nieszczęśników studiujących zaocznie politologię czekał dziś egzamin komisyjny, mający zadecydować o ich losie w przyszłym roku akademickim. Kosmala zakładał, że około południa będzie już po wszystkim. Pomyślał, że w drodze powrotnej w zakładzie fotograficznym przy Wieniawskiej odda do wywołania kliszę z aparatu Marka. Początkowo sam miał zamiar ją wyjąć z canona, ale ostatecznie wziął do teczki cały aparat, wyjmując go uprzednio z futerału, aby zajmował mniej miejsca.

W taki słoneczny i jasny dzień wcześniejsze rozważania o tym, jakoby na kliszy mógł ewentualnie zostać utrwalony obraz atakującej strzygi, bardziej przyprawiał Huberta o dobry nastrój niż o niepokój, ale przecież te zdjęcia prędzej czy później trzeba było wywołać. Można było wprawdzie dokończyć rozpoczęty przez zmarłego przyjaciela film, ale Kosmali zdawało się to w pewien trudny do zdefiniowania sposób niestosowne. „To tak, jakby skończyć posiłek, który zaczął jeść ktoś zmarły” – pomyślał, a potem zarzucił na plecy cienki prochowiec, chwycił teczkę i wyszedł z mieszkania.

Pomimo że się nie spieszył, droga zajęła mu niecałe dwadzieścia minut, więc do dziesiątej pozostał jeszcze ponad kwadrans, który Hubert zamierzał spędzić na rozgrzanymsłońcemplacu Litewskim. Postanowił kupić gazetę i chociaż pobieżnie dowiedzieć się, co się dzieje na świecie. Ostatnio raczej nie miał głowy do śledzenia bieżących informacji, ale przecież wszystko zmierzało ku normalności, więc trzeba było zacząć żyć tak, jak przed tą całą okropną historią ze śmiercią Marka.

Gdy Kosmala zmierzał w stronę kiosku, usłyszał dobiegające z wysoka znajome odgłosy. Przystanął, skierował wzrok ku górze i dostrzegł na niebie wielki, liczący chyba ze dwie setki ptaków klucz żurawi. Zaczął się zastanawiać, czy kiedykolwiek wcześniej miał okazję obserwować w Lublinie przelatujące żurawie i doszedł do wniosku, że raczej nie.

„Na pewno miałem okazję, tylko nie zwracałem na nie uwagi. Wyręby mnie zmieniły i nic już nie będzie takie jak dawniej” – przeszło mu przez myśl, gdy zatrzymał się obok kiosku. Wyjmując z teczki portfel, postanowił, że jeszcze raz przeanalizują dokładnie z Danusią losy domu, który otrzymali w spadku po Marku.

Gdy usiłował wysupłać drobne na zakup gazety, portfel wysunął mu się z rąk i upadł na ziemię. Hubert schylił się, a potem długo mu się przyglądał. Upadający portfel z czymś mu się kojarzył, przywoływał jakąś zamgloną, a jednocześnie bardzo niepokojącą wizję.

Kosmala, nie zwracając uwagi na gazetę, którą już dla niego przygotował kioskarz, odszedł w roztargnieniu, wciąż przyglądając się tak dobrze przecież znajomemu przedmiotowi, a potem przez długi czas stał obok fontanny, wsłuchując się w szmer wody, który akurat w tym momencie nie pomagał ukoić rodzących się gdzieś w podświadomości obaw.

Codziennostki 1996

Sobota, 28 września (przedpołudnie)

Z nieba do piekła.

W kilka dni.

#

Ledwie mogę utrzymać w ręce długopis. Nie chcę pisać, ale też nie mogę tego nie robić. Przecież nikomu nie mogę opowiedzieć o tym, co się stało.

Pisanie pomaga zebrać myśli.

#

Nie, jednak nie pomaga.

#

Nie sądziłam, że mogę się znaleźć w takiej sytuacji.

Boże! Nie wiem, co robić! Czy powinnam się zgłosić na policję?

#

W Lublinie dwukrotnie wzięłam prysznic, żeby wszystko z siebie dokładnie zmyć. Ale ciągle nie czuję się wystarczająco czysta.

Wyprałam też ubrania. Te, które miałam na sobie, i te, które przywiozłam w torbie. Nawet te nienoszone.

Teraz przyjechałam do Firleja, do mamy, bo tutaj czuję się bezpieczna. Tutaj mnie będzie trudno znaleźć.

Muszę się znowu wykąpać.

#

Ktoś patrzył z zewnątrz. Wyraźnie widziałam stojącą za oknem postać, ale nie potrafiłabym rozpoznać twarzy. Była jakoś tak dziwnie rozmyta… Poza tym księżyc w pełni świecił za jego plecami. Jego… To na pewno był mężczyzna.

Nie wiem kto. Dlaczego nic nie zrobił? Bał się?

Może on opowie wszystko policjantom? Raz chciałabym, żeby to zrobił, a za chwilę dałabym wszystko, żeby zachował milczenie.

Muszę się zdrzemnąć. Ostatniej nocy, w Lublinie, nie zmrużyłam oka. Tutaj też mi się nie udało. Najlepiej wychodzi mi patrzenie w sufit i bezgłośne, bezłzawe już płakanie. I jeszcze marzenie, żeby cofnąć czas o dwanaście godzin. Przynajmniej o dwanaście.

#

Jednak nie mogę zasnąć.

Pójdę na spacer. Dziś piękna pogoda. Taka jak przez ostatnie dni w Wyrębach.

Nawet z trudem przychodzi mi napisanie nazwy tego miejsca.

Nie wiem, co będzie dalej.

Zanim pójdę, upiorę jeszcze mój fotel w cinquecento. Do jutra wyschnie.

Mam nadzieję, że wszystko się jakoś ułoży, ale nic już nie będzie takie jak dawniej.

Ubiegłej nocy umarła jakaś cząstka mnie.

#

A może nie powinnam wychodzić?

3.

To był już drugi egzamin komisyjny w tym miesiącu, podczas którego profesor Kosmala sprawiał wrażenie nieobecnego duchem. Poprzednim razem szczęście mieli studenci Wydziału Prawa, tym razem uśmiechnęło się ono do niedoszłych politologów. Wszyscy zaliczyli bez większych problemów, a po wyjściu ostatnich zdających Hubert natychmiast zapytał dziekana o to, czy może skorzystać z telefonu w jego gabinecie. Kilka minut później wykręcił dobrze mu już znany numer i przestępując nerwowo z nogi na nogę, wsłuchiwał się w beznamiętne buczenie sygnału. Nikt nie odbierał, ale Kosmala wiedział, że w tym przypadku warto poczekać nieco dłużej. Wreszcie jego cierpliwość została nagrodzona.

– Proszę, słucham.

– Dzień dobry, panie Durkacz.

– A dzień dobry, dzień dobry – odparł w charakterystyczny dla siebie sposób gospodarz. – Wcześniej to też pan dzwonił? Słyszałem telefon, ale żem nie zdążył dolecieć.

– Nie, dzwonię po raz pierwszy.

Na łączach zapanowała przerywana jakimiś podejrzanymi trzaskami i szumami cisza. Hubert był tak zaaferowany potrzebą rozmowy z Durkaczem, że zupełnie nie pomyślał o przygotowaniu sobie jakiegoś pretekstu do jej przeprowadzenia. A zapytać tak po prostu o to, co najbardziej go interesowało, przecież nie mógł. Wreszcie go olśniło.

– Panie Józefie, dzwonię, żeby zapytać, czy ta nasza wspólna wycinka w sadzie w Wyrębach jest aktualna… Wiem, że rozmawialiśmy o tym niecały tydzień temu i wstępnie się umawialiśmy na listopad, ale może byśmy to trochę przyśpieszyli? W listopadzie będę miał masę pracy i nie wiem, czy dam radę, a październik mam trochę luźniejszy. – Jeśli chodzi o plany zawodowe, to oba miesiące miały być do siebie bardzo podobne, ale Kosmala chciał jakoś wyjaśnić tę nagłą zmianę. – Poza tym w listopadzie z pogodą może być różnie. Dałby pan radę mi pomóc?

– Czemu nie… No pewno, że dałbym radę, tyle że jak liście spadną, to byłoby dużo mniej szarpaniny. A kiedy dokładnie by pan chciał?

– Tego jeszcze nie wiem… Na razie tylko wstępnie chciałem zapytać.

– Bo wie pan, jakby co, to ja sam to mogę zrobić – zaproponował gospodarz. – Będzie pogoda, to jadę i zaraz jestem w Wyrębach. Tylko dobrze byłoby, żebym wiedział, które mam wyciąć. Decydować sam nie chcę.

– To świetnie, bardzo panu dziękuję! – ucieszył się Hubert. Trochę zbyt sztucznie, ale drzewa w sadzie akurat teraz niespecjalnie go obchodziły. – W takim razie jakoś tak na dniach wpadnę i podjedziemy razem do Wyrębów. A co tam w ogóle słychać dobrego, panie Józefie?

– A dziękuję, jakoś się człowiek telepie – odpowiedział Durkacz, w którego tonie dało się słyszeć lekkie zdziwienie.

– To chwała Bogu! A w Kostrzewie też wszystko w porządku?

– Chyba tak. Przynajmniej do wczoraj, bo dziś jeszczem się z podwórza nigdzie nie ruszał. Krzątaniny przy chałupie od cholery…

Kosmala zaklął w myślach.

– No nic. To w takim razie będę już kończył. Wszystkiego dobrego panu życzę, dużo zdrowia i w ogóle. Niedługo przyjadę, to pogadamy. – Ugryzł się w język, zanim zdążył dodać, że być może nastąpi to jeszcze tego samego dnia.

* * *

Na parkingu przed Pałacem Lubomirskich, w którym mieścił się Wydział Politologii UMCS-u, zwykle było zaparkowanych sporo aut. Część z nich stanowiły samochody z kogutami TAXI, stojące w ogonku do postoju, zlokalizowanego naprzeciw hotelu Europa. Aby dojść do pierwszej taksówki w kolejce, Hubert musiałby przejść około stu metrów, ale to mu się w tej chwili zupełnie nie uśmiechało. Nie podjął jeszcze ostatecznej decyzji w sprawie ewentualnego wyjazdu tego dnia do Wyrębów, ale na pewno nie wykluczał takiej możliwości, w związku z czym chciał jak najszybciej znaleźć się w domu. Wsiadł więc do najbliższej taksówki i podał adres. Gdy zadowolony z takiego obrotu sprawy kierowca włączył silnik i ruszył w stronę Krakowskiego Przedmieścia, Kosmala pomyślał, że pozostawienie tego dnia frontery przed kamienicą było jednak błędem, bo przecież mógłby już teraz jechać w stronę Kostrzewa i byłby na miejscu mniej więcej za godzinę.

Jeszcze oszukiwał sam siebie, ale decyzja tak naprawdę już została podjęta, co Hubert uświadomił sobie po kilku minutach jazdy.

Nie wytrzymałby w niepewności nawet do następnego dnia.

* * *

Najchętniej w ogóle nie wchodziłby do mieszkania, ale musiał to zrobić, ponieważ rano wyjął z teczki dowód rejestracyjny.

Biegł do góry, pokonując po dwa stopnie naraz, jakby od godziny dotarcia do Kostrzewa zależało jego życie.

Na stole w kuchni znalazł kartkę, na której Danka zostawiła wiadomość, że poszła z chłopcami na zakupy. Dopisał pod spodem, że musiał nagle wyjechać do Wyrębów i wróci wieczorem. Szybko zmienił ubrania na wygodniejsze od krępującego ruchy garnituru, zarzucił na plecy przeciwdeszczową kurtkę po Marku, a następnie przełożył najpotrzebniejsze rzeczy z teczki do niewielkiego plecaczka. Przez moment zważył w dłoni canona, po czym zdecydował, że aparat także zabierze ze sobą.

4.

Było pięć po pierwszej, gdy Hubert minął granice Lublina. Spodziewał się, że o tej porze w sobotę miasto nie będzie zakorkowane, i nie przeliczył się, chociaż w obliczu trwającego weekendu musiał na pokonanie odcinka do rogatek miasta poświęcić nieco więcej czasu, niż przewidywał. Wielu spragnionych wypoczynku na Pojezierzu Łęczyńsko-Włodawskim mieszczuchów chciało skorzystać ze sprzyjającej aury, jaką zaskoczył wolny od pracy dzień i drogi wylotowe nie świeciły pustkami.

Mijając kolejne miejscowości, Kosmala zastanawiał się nad złożonością ludzkiego umysłu. Wciąż miał gdzieś z tyłu głowy niepokojący sen, który przypomniał sobie o poranku w łóżku, ale wraz z upływem godzin ta wizja wydawała się coraz mniej wyrazista. Zwłaszcza że od momentu zaczęła ją zastępować druga, bezpardonowo rozgaszczająca się w umyśle Huberta. Upadający portfel, przerażona Ewa, jej paniczna ucieczka z Wyrębów oraz rozpaczliwy manewr ominięcia wilka w Kostrzewie. A potem Waldek Haryniak i Marta, która postanowiła po własnej śmierci zemścić się za doznane za życia krzywdy, jednocześnie szukając pomocy dla siebie i swojego nienarodzonego dziecka.

Przywołanie w pamięci wszystkich szczegółów tego drugiego snu zajęło Hubertowi około dwóch godzin, ale teraz już miał go przed oczyma, z najdrobniejszymi szczegółami. Mógł go odtwarzać od dowolnego momentu, zatrzymywać, cofać czy przewijać do przodu, w taki sposób, jakby wszystko było nagrane na kasecie VHS. Oczywiście nie zakładał, że ostatniej nocy wszystko odbyło się dokładnie tak, jak w nocnym koszmarze, jednak od czasu, gdy poznał Durkacza oraz wiele jego tajemnic we śnie, a dopiero później po raz pierwszy z nim rozmawiał, Kosmala nie mógł lekceważyć śnionych przez siebie wizji.

„Nieważne, czy to zdolności odziedziczone po stryjence, czy takie, które pojawiły się samoistnie – myślał, dojeżdżając do Kostrzewa. – Pewnie u Ewy i Mikołaja wszystko jest w najlepszym porządku, ale powinienem to na wszelki wypadek sprawdzić. Zwłaszcza że jestem też trochę ciekaw postępów prac związanych z budową ich nowego domu, a poza tym krótki wypad za miasto w tak fantastyczną pogodę jeszcze chyba nikomu nie zaszkodził…”.

* * *

Kiedy rano okazało się, że chłopcom nic nie jest, Hubert poczuł ogromną ulgę i podobnie było, gdy przejeżdżał przez Kostrzew.

Nic nie wskazywało na to, aby minionej nocy zdarzyło się tu coś nadzwyczajnego, a zalana wczesnojesiennym słońcem wieś nie różniła się niczym od tych, które Kosmala mijał po drodze.

Dojeżdżając do głównego skrzyżowania, zahamował przed przejściem, by przepuścić wchodzącego na nie listonosza. Ubrany po cywilnemu urzędnik pocztowy rozpoznał kierowcę i odruchowo uchylił kaszkietu, jednak zaraz potem przyspieszył kroku, jakby w obawie, że może zostać zagadnięty przez „tego z Wyrębów”.

„Zawsze będę tu obcy – pomyślał Hubert, ale nie wzbudziło to w nim ani żalu, ani innych negatywnych emocji. – Trudno się dziwić miejscowym, że będę się im kojarzyć z niepokojącymi wydarzeniami ostatniego roku. Jaszczuk, Marek, rozgrzebana mogiła, potem Marta i do kompletu jeszcze udane polowanie na wilka, zapoczątkowane dzięki przekazanym przeze mnie Durkaczowi informacjom. Założę się, że tutejsze dzieci straszone są czarną terenówką, a nie wołgą…”.

Z tyłu zabrzmiał krótki klakson. Kosmala opuścił szybę, wystawił przez okno rękę w przepraszającym geście i ruszył przed siebie. Kilkadziesiąt sekund później, lekko zwalniając, przejechał obok miejsca, które w nocnym koszmarze było areną nierównej walki, przegranej przez Waldka Haryniaka, a potem, gdy nie zauważył niczego nadzwyczajnego, dodał gazu.

„Trzeba się pozbyć tego domu po Marku – myślał, mijając ostatnie zabudowania Kostrzewa. – Może wtedy wreszcie skończy się to całe szaleństwo…”.

* * *

Jak większość kierowców, Hubert zwykle rozluźniał się, gdy prawie był już u celu podróży. Podobnie było tym razem i niewiele brakowało, aby doszło do nieszczęścia.

Mniej więcej w połowie drogi pomiędzy Kostrzewem a Wyrębami zza zakrętu wyskoczył pędzący z naprzeciwka volkswagen garbus. W tym miejscu las był gęsty, słoneczny blask ledwie przeciskał się przez bujne korony drzew, a na dodatek zbliżające się auto nie miało włączonych świateł, wskutek czego nawet przy maksymalnej koncentracji Kosmala miałby problem, żeby zareagować odpowiednio wcześnie. Nie był zbyt wytrawnym kierowcą, więc gdy zobaczył, co się dzieje, po prostu wcisnął hamulec z całych sił, zamknął oczy i modlił się w duchu, żeby wyjść cało z opresji. Leśny trakt nie był w tym miejscu na tyle szeroki, by mogły się wyminąć dwa auta, więc nie pozostało już nic innego, jak tylko czekać na uderzenie.

Opel sunął przez jakiś czas po drodze, po czym zatrzymał się, lecz nie towarzyszył temu odgłos wypadku. Hubert spojrzał przed siebie, a gdy zobaczył tylko pustą drogę, popatrzył też w lusterko wsteczne.

Nic.

Zaczerpnął głęboko haust powietrza i wypuścił je ze świstem, czując, jak świat wiruje mu przed oczyma.

– Co to, do kurwy nędzy, było? – wyszeptał.

Przez otwartą szybę dobiegł do niego odgłos chrząknięcia. Przekręcił głowę, a potem aż drgnął.

Tuż obok stał czarny garbus. Jego kierowca siedział nieruchomo i pustym wzrokiem wpatrywał się gdzieś przed siebie. Krew odpłynęła z jego twarzy, co w połączeniu z mocną opalenizną dawało koszmarny efekt.

– Mikołaj…? – odezwał się niepewnie Kosmala. Znajomego Ewy łatwiej było w tym momencie poznać po charakterystycznym samochodzie.

Soroczyński powoli przekręcił głowę w lewo. Nagle gwałtownie zamrugał i potrząsnął czarnymi włosami, które sięgały mu do ramion, a później skoncentrował wzrok na Hubercie i powiedział:

– Zdaje się, że całe życie właśnie przed chwilą przeleciało mi przed oczami. Chyba muszę wysiąść. Mógłbyś podjechać trochę do przodu? Nasze auta stoją tak blisko siebie, że nawet nie dam rady uchylić drzwi…

Kosmala spełnił prośbę, a potem wysiadł z frontery i na miękkich nogach podszedł do volkswagena. Soroczyński opierał się o krawędź dachu, co wyglądało dość niecodziennie, ponieważ przy jego wzroście musiał się w tym celu dość mocno pochylić.

Po chwili, gdy już obaj trochę ochłonęli, Mikołaj wyprostował się i mężczyźni uścisnęli sobie dłonie.

– Już myślałem, że albo mam jakieś omamy, albo spotkałem samochód widmo – powiedział Hubert, zadzierając głowę.

– Na szczęście pobocze jest tu dość szerokie i mogłem uciec – odparł Soroczyński, lekko się uśmiechając. – Dobrze, że nie wpadłeś na ten sam pomysł.

– W takich podbramkowych sytuacjach za kierownicą przeważnie mnie paraliżuje, ale może nie mówmy już o tym. Ostatnio przez parę dni padało. Ciekaw byłem, czy udało się wam ruszyć z robotą, więc pomyślałem, że zrobię sobie popołudniowy wypad do Wyrębów.

– Na szczęście nam pogoda dopisywała. – Mikołaj spojrzał w niebo i przymknął lekko oczy. – Zalaliśmy fundamenty i ławę. Ekipa wyjechała wczoraj wieczorem do domów na weekend, ale w poniedziałek działamy dalej. Sprawnie to idzie.

– Naprawdę? – zdziwił się Kosmala. – W takim razie mieliście sporo szczęścia. Śledziłem prognozy i podawali, że na całej Lubelszczyźnie pogoda była pod psem.

– Szczęście sprzyja lepszym – odpowiedział Soroczyński i skierował wzrok na twarz swojego rozmówcy. Uśmiechał się przy tym, lekko szczerząc zęby, ale w jego błękitnych oczach nie było śladu wesołości. – Muszę jechać. Pewnie chcesz klucze od domu? Poczekaj chwilę, mam je w samochodzie.

– A Ewy nie ma? Wydawało mi się, że planowała być w Wyrębach do końca września.

– Nie ma. Wyjechała. Właśnie jadę się z nią spotkać.

– To w takim razie sam nie wiem… Pewnie jednak zawrócę.

Po przejechaniu przez Kostrzew Hubert wiedział już, że powinien przestać się martwić swoim snem. Teraz, gdy okazało się, że Ewy nie ma w Wyrębach, jego eskapada w ogóle straciła sens. Poza tym nie bardzo wypadało mu samemu kręcić się po domu, pomiędzy rzeczami pozostawionymi przez znajomych.

Mikołaj spojrzał na zegarek.

– Słuchaj, jak chcesz. Ja muszę już jechać. Miałem od rana jeszcze trochę roboty i teraz mnie czas goni.

– W porządku. W takim razie szerokiej drogi.

– Dzięki.

– Pozdrów Ewę.

– Pozdrowię – wycedził Soroczyński, a przez jego twarz przemknął grymas złości, który nie umknął uwagi Kosmali.

– A ona dawno wyjechała?

– Niedawno – odpowiedział Mikołaj, zdejmując swój czarny płaszcz, który następnie cisnął niedbale na tylne siedzenie. – Dzisiaj w nocy. Nie wiem, co ją napadło.

Hubert miał wrażenie, że ten temat jest bardzo kłopotliwy dla jego rozmówcy.

– Rozumiem, że nie planowała tego wyjazdu wcześniej?– zapytał, czując narastający ucisk w żołądku.

Soroczyński rzucił mu ponure spojrzenie i z trudem zajął miejsce za kierownicą garbusa.

– A bo ja wiem? – mruknął przez otwartą szybę. – Właśnie muszę się z nią w tej sprawie rozmówić i zrobiłbym to pewnie już rano, gdyby nie to, że trzeba było świeży beton porządnie zlać wodą, żeby nie popękał. Trzymaj się, do zobaczenia! Jadę, bo przed wieczorem zamierzam to zrobić przynajmniej jeszcze raz, więc muszę się szybko uwinąć.

Zanim garbus ruszył z miejsca, Hubert zdążył jeszcze obejść go za tylnym zderzakiem i dyskretnie zerknąć na prawy bok volkswagena. Zauważył, że blacha pomiędzy drzwiami pasażera a tylnym nadkolem jest dosyć mocno wgnieciona.

Odczekał, aż auto Soroczyńskiego zniknie w oddali, a potem ruszył do swojej frontery. Po tym, czego dowiedział się od Mikołaja i co zobaczył na boku garbusa, nie mógł nie zajechać do Wyrębów.

5.

Gdy docierał do krawędzi lasu otaczającego przysiółek, okazało się, że niebo w tym miejscu jest nieco zachmurzone. Na przedniej szybie pojawiły się krople deszczu, a droga z całkowicie suchej nagle stała się błotnista.

Hubert zatrzymał samochód na wjeździe do swojego domu, wysiadł i spojrzał w niebo. Okazało się, że resztki deszczowych chmur właśnie są rozwiewane przez delikatne podmuchy wiatru. Zaraz potem Wyręby zalało ostre słoneczne światło.

„Się chłop namęczył z polewaniem betonu, a wystarczyło tylko poczekać na deszcz – pomyślał Kosmala. – No ale kto by się spodziewał ulewy, skoro przez całą drogę z Lublina trudno było zobaczyć na niebie jakieś chmury…?”.

Spojrzał w stronę placu budowy i pokręcił z niedowierzaniem głową. Mniej dziwił się postępom prac, ponieważ Soroczyński już zdradził, że posuwają się one ostro do przodu; bardziej zaskoczyła Huberta lokalizacja nowo powstającego budynku, idealnie pokrywająca się z umiejscowieniem domu, który przyśnił mu się podczas nocy spędzonej w Wyrębach, pod koniec pierwszego tygodnia września.

Wspomnienie koszmaru sprawiło, że Kosmala zaczął powoli iść w stronę zrębów nowej budowli. Chciał dać sobie trochę czasu i na spokojnie zastanowić się nad tym, co zrobi, jeśli na swoim podwórzu zobaczy ślady potwierdzające, że Ewa faktycznie w panice opuszczała to miejsce. Jeden dowód już miał – wgniecenie w karoserii garbusa. Teoretycznie mógł to być zbieg okoliczności, ale w obliczu wszystkich wydarzeń, które go ostatnio spotkały, Hubertowi raczej trudno było w to uwierzyć. Wiedział, że jak tylko rzuci okiem na plac przed domem odziedziczonym po Marku, będzie miał pewność.

– I co wtedy? – zapytał sam siebie na głos, a potem przypomniał sobie swoje własne postanowienie, że porozmawia z Benkiem Woźniakiem w przypadku znalezienia przynajmniej jednego twardego dowodu na to, iż wersja Marka i księdza Dobrowolskiego nie jest tylko rojeniem ludzi wierzących w strzygi i demony.

Idąc, omijał kałuże i bardziej rozmokłe fragmenty drogi. Jasny wczesnojesienny dzień kontrastował z nastrojem i obawami, które toczyły Kosmalę od środka. W innych okolicznościach z pewnością zachwycałby się podeszczową mgiełką spowijającą Wyręby i dobiegającym z góry klangorem, ale w tej sytuacji w ogóle nie zwracał na to wszystko uwagi. Przeszedł obok drewnianego barakowozu, a potem zatrzymał się przy betoniarce i właśnie wtedy, patrząc na rozpoczętą budowę, pomyślał jeszcze raz o Ewie, uświadamiając sobie, że w pierwszym rzędzie to z nią będzie musiał porozmawiać, jeśli jego sen okaże się kalką rzeczywistych wydarzeń.

To było postanowienie, jakiego w tej chwili potrzebował. Wiedział, że od tej rozmowy będą zależały jego dalsze kroki i w obecnej sytuacji nie ma sensu się nad nimi zastanawiać.

* * *

Pięć minut później stał na skraju swojego podwórza i uważnie przyglądał się porastającej je trawie. Wyraźnie widział ślady po parkujących tutaj niedawno samochodach, które, nie miał co do tego żadnych wątpliwości, stały tak, jak to widział we śnie. Przypomniał sobie, że Ewa początkowo nie mogła ruszyć z miejsca i mocno dodała gazu, sprawiając, że koła zabuksowały. Podszedł bliżej i zobaczył wyrwaną trawę i trochę wydartych przez oponę kamieni. Ślady kół biegły stąd po łuku, aż do momentu, w którym najpewniej białe cinquecento uderzyło w bok garbusa.

Hubert, chodząc tam i z powrotem, odtworzył dokładnie drogę wyjazdu Ewy z podwórza, która całkowicie pokrywała się z tym, co już widział. W pewnym momencie wyczuł pod butem jakiś przedmiot. Pochylił się i odgarnął przykrywającą go trawę. Zanim schował do kieszeni portfel Ewy Firlej, sprawdził, czy jego zawartość nie została uszkodzona przez deszcz. Pieniądze były wilgotne, ale to o dowód rejestracyjny i prawo jazdy można się było bardziej obawiać. Na szczęście koleżanka Kosmali należała do zapobiegliwych osób, które zabezpieczają dokumenty foliowymi okładkami.

„Będę miał dobry pretekst, żeby ją odwiedzić i trochę podpytać” – pomyślał, a potem, gdy przypomniał sobie resztę snu, odetchnął z ulgą, że nie okazał się on rzeczywistością w stu procentach.

Miał w głowie mętlik, nie miał bladego pojęcia, dlaczego właśnie te wydarzenia ostatniej nocy jakimś cudem przeniknęły do jego podświadomości, ale cieszył się, że na tym się skończyło. Wprawdzie nie darzył Waldka Haryniaka nawet odrobiną sympatii, ale śmierci też mu raczej nie życzył. Zwłaszcza że jeśli narzeczony Marty Wieczorak zostałby ostatniej nocy rozszarpany w Kostrzewie na kawałki, to Hubert – o ile trzymałby się wcześniejszego postanowienia – nie uniknąłby rozmowy na ten temat z Benkiem.

A wcale mu się do niej nie paliło.

* * *

Nie zamierzał zabawić w Wyrębach dłużej, ale kiedy już chciał wrócić do auta, omiótł okiem podwórze i zauważył, że drzwi do budynku gospodarczego są uchylone. Nie zdziwiło go to, ponieważ pamiętał o pytaniu Ewy o trzecią fazę potrzebną do uruchomienia betoniarki. Pomyślał, że nie powinno zostawiać się otwartych drzwi, zwłaszcza w nie swoich zabudowaniach, a potem podszedł, żeby zabezpieczyć wejście. Zanim zdążył to zrobić, mimochodem zajrzał do środka, a potem przekroczył próg. Był pewien, że brakuje drewna, które na potrzeby palenia w kominku przygotował jeszcze Marek. Dopiero wtedy Kosmala zamknął drzwi i skierował kroki w stronę domu.

Okiennice nie były zamknięte, więc zajrzał do „kominkowego”. Niby wszystko pozostawało nietknięte, ale jednak po chwili zauważył różnicę. Pościel, którą położył na łóżku tydzień wcześniej, leżała inaczej, niż ją zostawił.

„Może tylko mi się wydaje?” – pomyślał, ale już w tym momencie wiedział, że nie wyjedzie, dopóki nie będzie miał pewności.

Nie mieściło mu się w głowie, że Ewa i Mikołaj nie uszanowali jego prośby, aby nie korzystać z pokoju, w którym zmarł Marek. Pomyślał, że pół biedy, gdyby któreś z nich na chwilę weszło do tego pomieszczenia i w jakimś celu przesunęło poduszkę i kołdrę. Gorzej, gdyby zabawili tam dłużej. Na przykład paląc w kominku albo śpiąc w łóżku. Tej drugiej ewentualności nie mógł raczej w żaden sposób sprawdzić, ale co do palenia w kominku, to zapewne wystarczyłoby tylko zajrzeć do paleniska.

Hubert obszedł dom i sprawdził wszystkie okna. Już prawie stracił nadzieję na możliwość włamania do swojego własnego domu, gdy nagle odkrył, że okno od sypialni dla gości jest lekko uchylone. Wgramolił się przez nie do środka i zaraz potem stał przed kominkiem. Palenisko było niedokładnie wyczyszczone, a w pokoju było cieplej niż w pozostałych pomieszczeniach. Dotknął cegieł przy kominie. Okazało się, że jeszcze całkiem nie ostygły.

* * *

Przez jakiś czas stał bez ruchu, wpatrując się w palenisko, a potem ciężko usiadł na skraju łóżka.

Rozejrzał się po pokoju, jak bokser, który przed chwilą dostał solidnym sierpowym w skroń i nie bardzo wie, gdzie się znajduje. Niby zwyczajne pomieszczenie, jak wiele innych. Puste ściany, opróżnione półki, uprzątnięte biurko, krzesło, stolik przy łóżku. Wszystko to kiedyś należało do Marka, a teraz zostało odziedziczone i… opuszczone. Osierocone.

Hubert przymknął oczy, które nagle go zapiekły. Tak niedawno, sprzątając tutaj, czuł, że pozbywa się swojego demona. Książki, ubrania, komputer przyjaciela, wszystko to, co niby było ciężarem i przez co trudno było zapomnieć o tragedii, jaka się tutaj wydarzyła. Tak mówiła Danka i miała po części rację. Tyle że teraz, gdy ktoś tutaj był, gdy zbrukał swoim nieproszonym wejściem miejsce, którego pamięć Marek zabrał ze sobą pod powiekami w ostatnią drogę, cała perspektywa nagle obróciła się o sto osiemdziesiąt stopni.

„Przecież to tylko pusty pokój z paroma gratami” – próbował się w myślach przekonywać Kosmala, ale coś nagle w nim pękło i czuł, że zawód, jaki go spotkał ze strony Ewy, pociągnie za sobą jakieś dalej idące konsekwencje. Hubert nie miał pojęcia jakie, ale gdy wstając z łóżka, przypomniał sobie propozycję Danusi, aby wynajmować ten dom obcym ludziom, był już pewien, że będzie się temu sprzeciwiał. Zdawał sobie sprawę, że będzie to sprzeciw pozbawiony głębszych podstaw, ale wiedział też, że gdyby człowiek robił w życiu tylko to, co ma logiczne uzasadnienie, stałby się maszyną.

– Nie tędy droga, panie Kosmala – mruknął, wychodząc z „kominkowego”.

Zanim przekroczył próg kuchni, wyjął klucz, który tkwił od strony pokoju, a potem zamknął nim drzwi i schował go do kieszeni.

W kuchni panował względny porządek, choć w zlewie stało trochę niepozmywanych naczyń. Między innymi dwa kieliszki po winie. Dwie puste butelki w koszu.

„Pewnie Ewa z Mikołajem świętowali zakończenie pierwszego etapu prac – pomyślał Hubert. – Szkoda tylko, że przekroczyli granicę. Nie powinni byli tego robić. Nie spodziewałem się tego po Ewie”.

Jego wzrok padł na stojący na kredensie pojemnik z gazem pieprzowym. Pomyślał, że może powinien go ze sobą zabrać, a potem dał sobie z tym spokój. Postanowił, że jedyną oznaką jego obecności w domu będą zamknięte na klucz drzwi.

– Tak będzie bardziej wymownie – powiedział sam do siebie.

Zegarek na jego dłoni wskazywał piętnastą dwadzieścia dwie. Kosmala był pewien, że Mikołaj zdążył już dotrzeć do Lublina. Jeśli rozmowa z Ewą nie trwała długo, może już wraca? A może przyjadą tu oboje i lepiej od razu wyjaśnić tę całą nieprzyjemną sprawę z ich wtargnięciem do „kominkowego”? Uniknęłoby się wtedy tej dziecinady z zamykaniem pokoju i ostatecznie rozwiązałoby problem. Przecież skoro przez jakiś czas mają być gośćmi w tym domu, to powinni przestrzegać reguł ustalonych przez gospodarzy…

Hubert przypomniał sobie, że na kartce zostawionej na stole informował Dankę, że wróci dopiero wieczorem, więc miał sporo czasu. Nastawił wodę na kawę, a gdy się zagotowała, zajrzał do kredensu. Na szczęście okazało się, że oprócz gazu pieprzowego zostawił tam trochę mielonego jacobsa. Cukier trochę się zbrylił, ale nadawał się do użytku. Kosmala upił łyk.

– Przydałoby się trochę mleka – mruknął, a potem wstał i podszedł do lodówki.

Znalazł to, czego szukał, ale po namyśle stwierdził, że wypije kawę przyrządzoną tylko z należących do niego składników. Mimo wszystko nie wypadało korzystać z cudzych rzeczy bez pytania.

* * *

Niespiesznie sączył gorący napój, siedząc przy stole w kuchni.

Zastanawiał się nad wieloma rzeczami. Między innymi dlaczego jego sen o Ewie i jej ucieczce z Wyrębów okazał się tylko częściowo zgodny z rzeczywistością. Czy opuszczając to miejsce, faktycznie była przerażona? A może po prostu pokłócili się z Mikołajem i strzeliła jakiegoś focha, w nerwach niechcący (a może celowo?) uszkadzając auto Soroczyńskiego. To by mogło tłumaczyć jego nerwy, gdy mówił o nocnym wyjeździe swojej przyjaciółki.

Hubert wyraźnie widział we wspomnieniach jego twarz, a na niej nieudolnie zamaskowany grymas złości i nieszczery uśmiech oraz lodowate spojrzenie bez cienia wesołości, kontrastujące z lekko wyszczerzonymi zębami. I znów Kosmala nie mógł się oprzeć wrażeniu, że zna kogoś o podobnych oczach.

Patrzył gdzieś w dal przez okno, ale nie udało mu się skojarzyć Mikołaja z żadnym ze znajomych. Wreszcie wzruszył ramionami.

– Pewnie jakiś student miał podobne – powiedział. – Spotykam ich przecież setki.

Dom na Wyrębach mu nie odpowiedział, a ostatni wyraz poniósł się w nim nieprzyjemnym sykliwym echem.

Codziennostki 1996

Sobota, 28 września (popołudnie)

Zbliża się czwarta. Wiem to, bo właśnie przed chwilą wróciłam do domu.

Firlej. Miejscowość, w której spędziłam dzieciństwo. Błąkałam się po nim przez kilka godzin. Dopiero teraz uświadamiam sobie, że wyglądałam chyba jak wariatka. Nie pamiętam, abym przez cały ten czas widziała kogoś znajomego.

Kilka razy się zgubiłam. W małej miejscowości, którą znam jak własną kieszeń! Nagle przystawałam, patrzyłam przed siebie i nie rozpoznawałam okolicy. Nie wiedziałam, gdzie jestem i w którą stronę powinnam się kierować.

Raz musiałam pytać o drogę, bo znalazłam się w miejscu, którego nie rozpoznałam, próbując to usilnie zrobić przez jakiś kwadrans.

To była Przypisówka. Wieś, przez którą prawie zawsze przejeżdżam, gdy wybieram się na rowerową przejażdżkę. Ostatnio byłam tam… Nie jestem pewna, muszę sprawdzić we wcześniejszych codziennostkach.

Już wiem. Piętnastego sierpnia. Niecałe półtora miesiąca temu.

Boże, napisałam wtedy, że spodziewam się telefonu od… Nie jestem w stanie nawet zapisać tego imienia. Już wtedy miał mój numer do Firleja.

Co będzie, jeśli zadzwoni?

Muszę pójść powiedzieć mamie, że nie ma mnie dla nikogo. Ani dla dzwoniących, ani dla odwiedzających. Mdli mnie, gdy pomyślę, że mogłabym usłyszeć jego głos. Nie mówiąc już o tym, że musiałabym na niego spojrzeć.

#

Już.

Mama wyglądała na mocno zaniepokojoną. Wcale się jej nie dziwię. Idąc przez korytarz, widziałam się w lustrze.

Obraz nędzy i rozpaczy.

Rozpacz. Tak, to dobre słowo na określenie stanu, w jakim się obecnie znajduję. Pisałam już, że nic nie będzie takie jak przedtem?

#

Wykręciłam się niestrawnością, ale to wymówka najwyżej na dwa dni. Mama jest przestraszona. Pytała mnie, czy ktoś mnie szuka. Odpowiedziałam, że nie, ale niewykluczone, że kłamałam.

Byłabym pewna, gdybym potrąciła tego faceta w Kostrzewie. Dziwne, że w ogóle tę sytuację pamiętam.

A może go potrąciłam i ktoś jednak mnie szuka? Policja?

Sprawdzę, czy na masce nie ma żadnych śladów.

#

Sprawdziłam. Nie