Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Powieść kryminalna na kanwie prawdziwych wydarzeń - o narodzinach potwora, który wierzył, że buduje raj.
Norbert dorastał w biedzie, którą widać było od progu: szesnaście metrów kwadratowych na cztery osoby, spanie na materacu pod stołem i wieczne oddawanie rzeczy do lombardu.
Gdy w jego życiu pojawia się Marlena, wreszcie widzi swój cel: zbudować dla niej i dla siebie miejsce doskonałe. Prawdziwy dom.
Zrobi wszystko, żeby tego nie stracić. Jedynym sposobem, by ocalić marzenie, jest uciszyć tych, którzy mogliby je zniszczyć.
Przecież robi to z miłości. Przecież Marlena musi być bezpieczna. Bo idealny dom wymaga ofiar.
Lata później policja wraca do sprawy kobiety, wokół której w niewyjaśnionych okolicznościach znikają ludzie. Im głębiej wchodzą w tę historię, tym wyraźniej widzą, że za fasadą rodzinnych marzeń kryje się precyzyjnie zaplanowany mechanizm zbrodni.
Ostatni polski seryjny morderca - cztery ofiary i prawomocny wyrok dożywotniego pozbawienia wolności orzeczony przez warszawski sąd.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 539
Data ważności licencji: 12/31/2030
Projekt okładki: Tomasz Majewski
Redaktor inicjujący: Małgorzata Święcicka
Redaktor prowadzący: Magdalena Zabrocka
Redakcja: Katarzyna Głowińska (Lingventa)
Redakcja techniczna i skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski
Korekta: Barbara Milanowska, Anna Sośnicka (Lingventa)
© by Katarzyna Bonda
© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2026
Jako uprawniona z tytułu praw autorskich dokonuję zastrzeżenia swoich praw wobec wszelkich działań z zakresu eksploatacji tekstów i danych, udoskonalania lub szkolenia systemów sztucznej inteligencji, narzędzi automatycznego generowania treści lub innych technologicznych rozwiązań mogących służyć do tworzenia treści. Zastrzeżenie dotyczy wszystkich utworów, do których przysługują mi autorskie prawa majątkowe. Wszelkie ww. działania z zakresu eksploracji tekstów i danych dokonywane na treściach zawierających utwory, do których przysługują mi autorskie prawa majątkowe, bez uzyskania mojej zgody będą stanowiły naruszenie moich praw. Katarzyna Bonda
ISBN 978-83-287-3910-9
Warszawskie Wydawnictwo Literackie
MUZA SA
Wydanie I
Warszawa 2026
–fragment–
Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).
MUZA SA
ul. Sienna 73
00-833 Warszawa
tel. +4822 6211775
e-mail: [email protected]
Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl
Wersja elektroniczna: MAGRAF sp.j., Bydgoszcz
Nie, potworowi normalność musi wydawać się właśnie czymś potwornym, gdyż każdy uważa siebie za normalnego. Dla wewnętrznego potwora jest jeszcze bardziej niepojęta, ponieważ nie ma on nic widomego, co mógłby porównać z innymi. Człowiekowi, który przyszedł na świat bez sumienia, ten, kto cierpi duchowe rozterki, musi wydawać się śmieszny. Nie trzeba zapominać, że potwór to tylko odchylenie od normy oraz że dla potwora norma jest właśnie czymś potwornym.
John Steinbeck, Na wschód od Edenu, Warszawa, 2011
Ścigam mych wrogów i dopadam,
a nie wracam, póki nie zginą.
Psalm 18, Księga Psalmów
Dla Marysi
Zostawiam Ci tutaj potężnego Anioła
7 marca 2007, Klub Milonga, Warszawa
Kontroluje każdy jej ruch, a ona mu się miękko poddaje. Z każdym krokiem czuje, że kreuje ją na nowo. Patrzy na jej nieziemsko piękną twarz, na wpół zmrużone oczy, wdycha zapach i pławi się w jej rozkoszy. Mając ją w ramionach, czuje się prawdziwym mężczyzną: silnym, nieokiełznanym, pełnym pasji. Wątpi, czy potrafiłby dać jej tyle samo satysfakcji, gdyby byli teraz nadzy.
Tango jest jak błyskawiczny transport na księżyc i z powrotem. Tancerz umysł ma wyłączony, istnieje tylko ta kosmiczna przyjemność, o której nie da się nic powiedzieć. Można ją tylko przeżyć z właściwą osobą.
A Marlenka, choć zdaje się drobna i wiotka, ciało ma gibkie, niesamowicie plastyczne. Jej spódnica furkocze od gwałtownych zwrotów, a kiedy on prowadzi ją w sztywnej ramie, spływa wolno, jakby była z ciekłej materii. Zawsze gdy tylko wygina Marlenę aż do podłogi, dziewczyna zalotnie wystawia na pokaz swoje szczupłe udo. Zalewa go wtedy fala zazdrości, gwałtowne podniecenie i dziwne uczucie wzruszenia jednocześnie. Wsłuchuje się w melodię i nie chce wracać do rzeczywistości. Pragnie wirować z tą boginią w ramionach bez końca. Czasami odnosi wrażenie, że to nie on prowadzi w tym tańcu, lecz Marlena. Owszem, to na jego ramie wisi, za nim podąża, ale dokąd zmierzają, do jakiego świata ona go zaprasza i co się stanie, kiedy już tam dotrą – nie ma pojęcia. Nie chce wiedzieć. Boi się i pragnie tego jednocześnie. Jest pewien tylko tego, że są zsynchronizowani jak jeden organizm, a on czuje się z nią w ramionach jak bóg, prestidigitator, stwórca i jego dzieło w jednym. Ach, jak bardzo chciałby wyjść poza tę sferę złudzeń i wznieść ją na poziom intymności.
Chociaż taniec to w sumie najwyższa intymność – zawsze to powtarza. Wystarczy czuć, nie myśleć. Niczego nie trzeba dodawać. Słowa w tym odnajdowaniu się są zbędne. Dlatego praktycznie nigdy nie rozmawiają.
Jacek po prostu dotyka jej dłoni, a Marlena za nim podąża. Wiele kobiet próbowało zająć jej miejsce, ale żadna nie może jej zastąpić. On żadnej innej nie chce. Jest jego najlepszą partnerką, odkąd na studiach dał się na nowo owładnąć swojej tanecznej obsesji i tak, nie ma złudzeń, że to rodzaj nałogu, ale dzięki tańcu odżył.
Wcześniej pracował, wypełniał swoje obowiązki, lecz nie dla siebie, tylko dla innych. Niczego nie czuł, nie targała nim żadna emocja. Przez całe dekady tkwił w bloku lodu. Żona i córki zupełnie go nie rozumieją. Śmieją się z jego warsztatów, ćwiczeń i solariów, bo żeby być coraz lepszym tancerzem, gorliwie dba o formę i wygląd. Mają go za dziwaka. Narzekają, że zapisał się do sekty i wydaje na swoje tańce za dużo pieniędzy.
Marlence niczego nie musi wyjaśniać. Ona czuje to samo. Zmienia się w żywioł, gdy tylko wybrzmiewają pierwsze takty. W ciszy, gdy muzyka milknie, zamyka się w sobie i znów jest nieprzenikniona. Od pierwszej chwili jest nią oczarowany, chociaż kiedy przyszła do Milongi, myślał, że będzie drewnem. Mało się odzywała, stała sztywno jak kołek, ale gdy tylko usłyszała tango, natychmiast stanęła w pozycji i zaczęła się magia. Często przymyka oczy i oddaje mu całkowitą kontrolę, a on wie, że dryfuje gdzieś w marzeniach. Oddałby wszystko, żeby w tamtych momentach czuć to, co ona. Innym razem jest gwałtowna: pogrąża się w ekstazie furii, a wtedy naprawdę go przeraża. Zaraz jednak zmienia się w słodką małą dziewczynkę, którą chce się przytulić i uratować. Taniec jest jej formą wyrazu. A może to ona jest tańcem? Jacek nie zna nikogo podobnego. Ona uosabia marzenia wszystkich mężczyzn świata: piękna, eteryczna, stonowana i dzika, nienasycona zarazem. Choć brzmi to absurdalnie, ona jest tym wszystkim. Mogłaby prosić go o cokolwiek, a Jacek by się zgodził. Rzuciłby żonę, wydziedziczył córki, podpalił Złote Tarasy i ukradł Wieżę Eiffla. Czegokolwiek by zapragnęła, wprowadziłby to w czyn. Gdyby zażądała, żeby jeszcze dziś został wdowcem, nie wahałby się ani chwili. A przecież nawet się nie całowali.
Nie to, żeby nie próbował się do niej zbliżyć. Dotyka jej na tańcach, ale to inny dotyk – bezosobowy, techniczny, konieczny, żeby zespolić się w czworonożne monstrum namiętności. Taniec sprawia, że są ze sobą bardzo blisko, wręcz intymnie, ale gdy tylko tango się kończy, znów wracają do tej złudnej pozy znajomych z kursu. Gdyby ktoś ich zapytał o tę niewidzialną chemię zmysłów – zgodnie by zaprzeczyli. To jest też wersja dla jej męża, młodszego od Marlenki o dziesięć lat spasionego małpoluda, który wygląda jak jej ojciec. Jak ona to robi, że nie widać po niej wieku? Jacek często o tym rozmyśla. I czy naprawdę ona chce żyć z tym młotkiem? Po każdym treningu próbuje rozwiązać zagadkę, jak taki prostak rozkochał w sobie tę nieodgadnioną boginię. Co to w ogóle za dziwaczna para? Piękna i Bestia.
– Wybierasz się na obóz w Szczyrku? – pyta, kiedy schodzą już z parkietu i kierują się do szatni. – Przemyślałaś sprawę?
Marlenka zatrzymuje się, kiwa głową koleżance, która uparcie im się przygląda, i zniża głos do szeptu, a Jacek musi się skupić, żeby z tego harmidru wyłowić jej słowa.
– Chyba dla mnie za drogo. Ostatnio mamy dużo wydatków.
– Mówiłem przecież, że ja zapłacę – zapala się. – To będzie dla mnie największa przyjemność! Zgódź się choćby z litości – zdobywa się na żart. – Pomyśl, z kim ja będę tańczył?
– Daj spokój, dziewczyny ustawiają się do ciebie w kolejce. – Ona śmieje się krótko, nerwowo, jakby zniecierpliwiona. Mruga kilka razy, spuszcza wzrok. Jacek widzi jej długie rzęsy, zarumienione od tańca policzki i pełne usta pokryte warstewką różowego błyszczyku. Marlena zawsze wygląda perfekcyjnie i ma piękne buty. – Patrzą z zazdrością, że zawsze mnie wybierasz – ciągnie. – Nie martwię się o ciebie, bo na obozach jesteś królem parkietu. I tym razem będziesz miał w czym wybierać.
– Ale ja chcę tańczyć tylko z tobą – wyznaje Jacek i z przerażeniem dostrzega jej zagniewaną minę.
– Ze mną? – Marlena parska lekceważąco, czym sprawia mu przykrość. – Nie zaczynaj. Tyle razy o tym rozmawialiśmy…
– To tylko obóz taneczny. Nie proponuję ci niczego więcej – zapewnia i dorzuca ośmielony: – Chociaż gdybyś powiedziała tylko jedno słowo…
– Jakie na przykład? – Marlena przekrzywia głowę, jakby sprawdzała jego odwagę.
Już jest gotów uczynić wyznanie, gdy nagle ona się odwraca i bez słowa wchodzi do damskiej szatni. Jacek długo stoi w miejscu, wpatrując się w drzwi i zastanawiając nad nową strategią. Najchętniej wdarłby się tam i dalej ją przekonywał, ale czuje, że ona nie ulegnie. Za bardzo zależy jej na opiniach koleżanek. Ludzie i tak już plotkują, że od roku wybiera tylko ją, a niektóre dziewczyny przez to wcale z nią nie rozmawiają. Wraca więc do swojej szatni, szybko się przebiera i decyduje się zaczekać na nią na parkingu. Przyjechała dziś samochodem męża, więc nie ma zagrożenia, że ten grubas im przeszkodzi. Jacek liczy, że bez świadków Marlence trudniej będzie wymigać się od wyjazdu. Wie, że ona chciałaby pojechać.
Wreszcie wychodzą we dwie, chichocząc i pokazując sobie jakieś kosmetyki w buteleczkach. Uśmiecha się szeroko, ale stwierdza z rozczarowaniem, że Marlena na jego widok posmutniała. Za to ta druga, chyba Sylwia (dosłownie raz wszedł do niej na herbatę po tańcach), zaraz do niego doskakuje.
– Jacusiu, podrzucisz mnie? – mizdrzy się i strzepuje pyłki z jego kurtki, a on krzywi się z odrazą, bo nie cierpi ludzi, którzy mówiąc, cały czas muszą cię dotykać. – Mam ciasto i pewnie jakieś wino się znajdzie – kusi Sylwia, nie widząc w swoim natręctwie nic żenującego.
– Nie mam dziś czasu ani ochoty na wino – fuka Jacek niezadowolony, że popsuła mu cały plan. – Ostatnio żona robi mi piekło. Obiecałem, że wrócę wcześniej.
– Ja cię podwiozę – podchwytuje Marlena, spoglądając na Jacka karcąco, jakby nie spodziewała się, że potrafi być takim chamem. – Wsiadaj, kochana, bo trochę się śpieszę. A tobie, Jacuś, dobrego obozu! Zaszalej! Złam wszystkie serca!
– Wolałbym tylko jedno złamać. – On zmusza się do lekkiego tonu. – Ale chyba jest z kamienia.
– Nie z kamienia, tylko dawno zajęte – kwituje Marlena i wsiada za kółko, machając do niego wesoło. – Byłeś jak zawsze niesamowity.
Jacek markotnieje, widząc na jej twarzy ulgę, że się go pozbyła.
– Któregoś dnia moje marzenie się spełni – mówi władczo, kiedy go mijają. – Zobaczysz, będziesz moja.
– Jesteś taki zabawny. – Marlena udaje, że nie widzi jego zaciętej miny, i skupia się na prowadzeniu auta. – Do zobaczenia po twoim powrocie. Będziemy tęsknić.
Jacek nie odpowiada, bo ona odjeżdża, nie czekając na jego kwestię. Rusza do swojego samochodu i włącza tango. Zanim wejdzie do tego domu z papieru, w którym jest zmuszony żyć, chce być z nią jeszcze te pół godziny – tyle, ile trwa ich ulubiona płyta.
8 marca 2007, dzień później, Komenda Policji, Warszawa
Edyta przetrząsa torebkę w poszukiwaniu dokumentu, a policjant w dyżurce patrzy na nią zniecierpliwiony.
– Chyba zapomniałam – mruczy zrezygnowana i nagle wybucha płaczem. – Mój mąż wczoraj zaginął! Pan tego nie rozumie?! Musicie zacząć go szukać! Trzeba działać jak najszybciej!
– Co się stało? – słyszy zza pleców.
Stoi przed nią niewysoki, łysiejący facet w granatowej kurtce sportowej. Twarz ma nieprzeniknioną, a szarymi, zimnymi oczami łypie na boki, jakby skanował otoczenie, czy nie ma zagrożenia. Edyta od razu czuje się jak podejrzana. Zerka na jego pas z kaburą i pudełko z wietnamskim jedzeniem w dłoni. Jakimś szóstym zmysłem wyczuwa, że to ktoś ważniejszy niż ten pajac w dyżurce. Zbiera się w sobie, ociera twarz rękawem i wyjaśnia:
– Chcę zgłosić zaginięcie męża, a ten pan nie chce mnie zapisać. Naprawdę mam wracać do domu po dowód?
– Spokojnie. – Głos policjanta w cywilu zmienia się w aksamitny, kojący. – Proszę jeszcze raz sprawdzić. Nerwy tu nie pomogą. Janek, kto ma dzisiaj dyżur?
Edyta kuca i wysypuje zawartość torebki na schody. Przegląda wszystkie drobiazgi, ale bez skutku. Jest coraz bardziej roztrzęsiona.
– A tutaj? – Policjant wskazuje oczami podszewkę torebki.
Etui z dowodem oczywiście zawieruszyło się w małej kieszonce, która jest rozerwana. Kobieta wydobywa dokument i z triumfem pokazuje go chamowi za szybą.
– Dziękuję – szepcze, spoglądając z wdzięcznością na policjanta w cywilu.
Przychodzi jej na myśl, że ten facet wcale nie jest przystojny, ale sprawia, że chce się mu wszystko opowiedzieć. Wolałaby, żeby to on przyjął jej zgłoszenie, a nie jakiś zwykły mundurowy.
– Pan tutaj pracuje? – Słowa same płyną z jej ust. – Mąż wyszedł wczoraj na tańce, wrócił samochodem i zaparkował tam, gdzie zawsze, ale do domu już nie dotarł. Nie mogłam się dodzwonić, bo nie wziął telefonu. Właściwie to dwóch, których zawsze używał. Dosłownie zapadł się pod ziemię.
– Zostawił w domu swoje telefony? – powtarza policjant jak echo, a Edyta ma wrażenie, że nagle stracił nią zainteresowanie.
– No właśnie tego wieczoru ich zapomniał – wyjaśnia pośpiesznie. – To dziwne, bo praktycznie się z nimi nie rozstaje.
– Bardzo mi przykro – rzuca policjant, spoglądając na nią z ukosa. – A pani jest pewna, że on tego nie zaplanował? – Waha się i dodaje: – Może zabalował po tańcach z jakąś koleżanką? Jak rozumiem, pani z nim na te wieczorki nie chodzi? Wie pani, mężczyźni raczej nie zostawiają swoich telefonów w domu, jeśli chcą być znalezieni.
– Jestem pewna, że coś się stało! – protestuje oburzona. – Jacek zawsze wraca na noc. Nie pije, nie pali. Zdrowo się odżywia i ciągle pilnuje kalorii. Ucieczka z domu nie jest w jego stylu. Nie ma go już drugą dobę i bardzo się z córkami martwimy.
– Proszę tu zaczekać. Dyżurny zaraz wezwie właściwą osobę, która odbierze od pani zgłoszenie – ucina policjant, po czym kłania się i rusza schodami w górę.
Edyta nie wytrzymuje. Biegnie za nim, nie patrząc na swój dobytek rozsypany na schodach.
– Tak naprawdę nie wiem, co myśleć – wyznaje nerwowo. – Wczoraj w nocy, kiedy Jacek powinien był wrócić, ktoś do niego dzwonił. Wyświetliło się nazwisko Marleny Sawicz. Oddzwoniłam do tej kobiety, ale nie odebrała. Dopiero dziś rano z nią rozmawiałam. Dziwnie gadała. Prosiła, żebym ją na bieżąco informowała o postępach. Ona tańczy z Jackiem od roku… A może oni mają romans?
Edyta milknie, bo dopiero kiedy wypowiada to na głos, pojmuje, że wszystko zepsuła. Teraz już na pewno nie przyjmą zgłoszenia. Pewnie biorą ją za jakąś zdradzaną idiotkę, która szuka męża po komisariatach. Ale nieoczekiwanie policjant w cywilu marszczy brwi i zaczyna przyglądać się jej wnikliwiej.
– Marlena Sawicz? – powtarza znów jak papuga, a Edytę denerwuje, że on ją sprawdza. Przecież nie może być tak tępy, żeby nie usłyszeć nazwiska. – To z nią tańczy pani mąż? I to ona w nocy dzwoniła?
– Oczywiście. – Edyta potwierdza skinieniem głowy i mruży oczy. – Zna ją pan?
– Można tak powiedzieć – potwierdza z przekąsem policjant i uśmiecha się dziwnie, jakby przez jego głowę przebiegła jakaś makabryczna myśl, co całkowicie wytrąca Edytę z równowagi. – Spotkaliśmy się kilka razy – dodaje, a jej na chwilę zatrzymuje się serce, bo facet błyskawicznie znajduje w komórce zdjęcie prześlicznej i dużo młodszej od niej kobiety. – To ta Marlena Sawicz? – pyta, podsuwając Edycie telefon pod nos.
– Nie wiem – odpowiada skołowana. – Nigdy jej nie widziałam. Ale bardzo ładna – dorzuca.
W głowie ma chaos. A jeśli to jakaś jego bliska znajoma? Czy będzie musiała wrócić do chama zza szyby w dyżurce? Edyta markotnieje, a policjant dyskretnie spogląda na dyżurnego, który przygląda im się zaciekawiony. Na szczęście jest zbyt daleko, żeby słyszeć ich rozmowę.
– Widzi pani, rok temu zaginął mąż tej Marleny Sawicz – kontynuuje nieoczekiwanie policjant. – A razem z nim jej dorosła córka. Pracowałem przy tej sprawie. Osobiście tę panią przesłuchiwałem, i to niejeden raz.
Edyta chwilę stoi oniemiała.
– Jak to zaginął? – wydusza z siebie stłumionym szeptem.
– No właśnie zniknął bez śladu jak pani mąż – potwierdza policjant.
Stawia pudełko z jedzeniem na balustradzie schodów i wyciąga do niej rękę.
– Aspirant Aleksander Keller, wydział do walki z terrorem kryminalnym i zabójstw.
– Edyta Rytel – przedstawia się półgłosem kobieta. – Czy to znaczy, że pan mi pomoże? Znajdzie pan Jacka?
– No cóż, męża i córki Marleny Sawicz nie udało mi się znaleźć żywych ani martwych – odpowiada zimno Keller. – Ale obiecuję, że tym razem zrobię wszystko, co w mojej mocy.
– Co pan ma na myśli? Co to znaczy? – zarzuca go pytaniami Edyta, a po plecach wędruje jej zimny dreszcz niepokoju. Pełznie niczym wąż od lędźwi aż po szyję i zaciska się na gardle, aż kobieta nie może swobodnie oddychać. – Co pan sugeruje? – wydusza z siebie. – Że Jacek nie żyje? Wy coś wiecie?
– Najpierw chciałbym usłyszeć, co pani wie – ucina Keller, a potem zwraca się do dyżurnego: – Zapisz, że ja przejmuję panią Rytel. I daj mi protokolanta do trójki!
Edyta w panice zbiera swoje rzeczy. Rusza za Kellerem schodami w górę.
– Jak to jej rodzina zaginęła? – powtarza gorączkowo. – Przecież ona ma męża i dziecko! Jacek mi mówił!
Policjant długo się waha, zanim udziela odpowiedzi.
– Zapewniam panią, że też chciałbym wiedzieć, dlaczego ludzie z otoczenia tej kobiety znikają bez śladu.
1998, kościół na Woli, Warszawa
– Podoba ci się Marlenka, co? – słyszy Norbert i w pierwszej chwili ma wrażenie, że to sam diabeł szepcze mu do ucha.
Natychmiast myśli o przykazaniu, żeby nie pożądać żony bliźniego swego, i mrozi go, że z tych kosmatych myśli nie może się wyspowiadać. Wie, że tego grzechu ksiądz Rafał mu nie odpuści.
Ale to tylko Julian Sawicz zajmuje miejsce obok niego, a powietrze natychmiast wypełnia aromat skóry, palonego drewna i szafranu. Norbert nawet w piekle rozpoznałby perfumy dużo starszego kolegi z chóru. Patrzy na niego pytająco, a Julian w odpowiedzi chwyta szesnastolatka za udo. Bezceremonialnie przesuwa dłoń bliżej jego krocza i mocno zaciska.
– Uuuu, mam cholerną rację! Nie tylko oczy ci błyszczą – dorzuca chrapliwym szeptem, a Norbertowi wydaje się, że wszyscy w kościele to usłyszeli.
– Niech pan się zamknie! – syczy.
– Jaki tam pan? – oburza się żartobliwie Julian. – Jeszcze wczoraj byliśmy na ty!
Norbert z odrazą strąca rękę Juliana, a potem odruchowo odsuwa się na sam brzeg ławki. Dopiero wtedy reflektuje się, że ten gest może wydać się tamtemu arogancki. Zaniepokojony spogląda na starszego chórzystę i natychmiast pochyla głowę. Boi się kolejny raz obejrzeć na wiernych, którzy w tej chwili przystępują do komunii, bo wśród nich jest Marlena, żona Juliana.
Klęczy z boku pogrążona w modlitwie i nie zwraca uwagi na kłębiących się dookoła ludzi, jakby uparcie pragnęła pozostać w innej rzeczywistości. Podwinęła wysoko spódnicę, a jej gołe kolana dotykają marmurowej posadzki. Norbert wręcz czuje zimno, jakie musi ją przenikać, kiedy tak klęczy, ale jego nieposłuszne myśli krążą uparcie wokół jej drobnego, białego ciała bez tej zwiewnej sukienki. Z profilu, taka rozmodlona, przypomina mu Najświętszą Panienkę.
– Nie martw się, synu, nikomu nie powiem, o co tak skrycie się modlisz. – Julian wcale nie jest urażony. Przeciwnie, uśmiecha się przebiegle do Norberta, jakby od dawna siedział w jego głowie. – Wiesz, Bóg spełnia wszystkie nasze pragnienia. One wcześniej czy później stają się rzeczywistością. Jeśli, rzecz jasna, posiadasz głęboką wiarę. A komu, jak nie tobie, pozwoliłby na ten jeden grzech złamania tabu. Szefowi ministrantów i dzisiejszemu lektorowi wszystko ujdzie. To prawie jak księdzu. – Uśmiecha się szerzej, a Norbert ma wrażenie, że to wilk szczerzy do niego zęby. Z trudem tego wszystkiego słucha. – Dlatego właśnie Stwórca dał nam wolną wolę. Mamy sami decydować. Nie przejmuj się, Norbercie, to wszystko jest normalne. Ciało cię tylko informuje, że jesteś zdrowym facetem. Należy słuchać podszeptów własnego ciała, bo to naczynie dla duszy. Jesteś tym, o czym myślisz – gada, wciąż nie przestając się szczerzyć.
Norbert nie jest w stanie tego dłużej znosić. Gramoli się z ławki i patrzy z nadzieją na wejście do zakrystii.
– Przepraszam, ale muszę już iść – rzuca nerwowo.
– A gdzie się tak śpieszysz? – dziwi się Julian. – Msza się jeszcze nie skończyła.
– Ksiądz Rafał będzie mnie zaraz potrzebował – odpowiada grzecznie chłopak i chociaż tego nie chce, zaczyna się gorączkowo tłumaczyć: – Przychodzą goście, więc na plebanii trzeba wszystko przygotować, a matce obiecałem, że dziś wstąpię na obiad. No i chciałbym się jeszcze przebrać.
– Pewnie! Biegnij! Ale widzimy się na próbie chóru?
Norbert potwierdza skinieniem głowy i oddycha z ulgą, że może o tej rozmowie zapomnieć, gdy nagle Julian dorzuca nieoczekiwanie:
– A gdybyś chciał pogadać o Marlence, będę później za plebanią. Wiesz, że ona też się tobą interesuje?
Norbert nie wie, jak powinien na to odpowiedzieć. Przez głowę przelatują mu oczywiste pytania, bo przecież Julian jest mężem tej kobiety. Czyżby to była prowokacja? Jakim cudem ten facet domyślił się, że on fantazjuje o pani Marlenie?
– Jak to? – wymyka mu się. – Chyba nie zrozumiałem.
– Normalnie! – Julian wybucha śmiechem, a potem ogląda się na rozmodlonych wiernych i zniża głos do szeptu. – Podobasz jej się.
Wstaje i władczo obejmuje chłopaka ramieniem. Chociaż dzieli ich piętnaście lat, już teraz Norbert jest wyższy od niego o pół głowy. Zaaferowany szesnastolatek tym razem nie strąca ręki Juliana, chociaż czuje, że tamten gładzi go zmysłowo po plecach i dyskretnie dotyka jego włosów na karku.
– Mówiła, że podziwia, jaki jesteś spokojny, pracowity i nieprzenikniony – wymienia Julian. – Nigdy nie dajesz się wyprowadzić z równowagi. Marlenka mówi, że ani się obejrzymy, a będzie z ciebie wspaniały mężczyzna. Jeśli zaś chodzi o tych gości, to właśnie my przyjdziemy do Rafała. – Julian zawiesza głos i patrzy znacząco, czy chłopak zarejestrował, że rodzina Sawiczów jest z księdzem na ty.
Norbert poprawia okulary i delikatnie wysuwa się z jego objęć. Nic nie odpowiada. Kiwa głową starszemu koledze i rusza przed siebie, a gdy tylko wkracza na dziedziniec, biegnie truchtem w kierunku plebanii. Jest już przed wejściem, gdy nagle czuje, że ktoś szarpie go za rękaw. Nie musi się nawet odwracać, żeby wiedzieć, że to Julian znów go dopadł. Intensywny zapach wyprzedza Sawicza o kilka kroków. Norbert domyśla się, że Julian bezczelnie skrócił sobie drogę przez zakrystię. Jest szczerze oburzony, że tamten jest zdolny do takiej profanacji w czasie mszy. Ponieważ nie są już w świątyni, odwraca się i patrzy na Juliana najgroźniej, jak tylko potrafi.
– Czego ty ode mnie chcesz? – warczy, ledwie otwierając usta.
– Boisz się mnie? – Julian śmieje się lekceważąco.
Podchodzi tak blisko, że Norbert wyraźnie czuje nikotynę z jego ust. Chłopak doskonale wie, że nie wolno mu wpuścić tego faceta za próg domu księdza. Nie teraz, kiedy byliby tam sami.
– Nie jestem gejem – syczy i wystawia ramię, jakby miał na nim zawieszoną tarczę. – Odsuń się.
Mina Juliana jest warta wszystkiego. Szok, jaki maluje się na jego twarzy, jest nagrodą za cały ten idiotyczny teatr.
– Każdy mężczyzna pragnie kontaktu z innym mężczyzną – odpowiada z uśmiechem Julian, ale odsuwa się na normalną odległość. Pojednawczo poklepuje Norberta po plecach. – Chodź, pomogę ci z nakryciem stołu, bo zaraz zaczną się schodzić goście. A co do Marlenki, to mówiłem szczerze: lubi cię. Mamy otwarty związek, trochę eksperymentujemy. Nie musisz być taki sztywny. Na siłę nic ci nie zrobię. Kiedy staniesz się mężczyzną, zrozumiesz, że to wielki walor. Seks zbliża ludzi do Boga. To też rodzaj liturgii. Jakbyś chciał tego spróbować z Marlenką, chętnie ci pomogę.
koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji
