Nieznajoma z Sekwany - Guillaume Musso - ebook + audiobook + książka

Nieznajoma z Sekwany ebook i audiobook

Guillaume Musso

3,7

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Najnowsza powieść gwiazdy francuskiej literatury − ulubieńca mediów, krytyków i czytelników (Guillaume Musso od dziesięciu lat nieprzerwanie utrzymuje się na pierwszym miejscu listy najpopularniejszych francuskich pisarzy!) − która zachwyci zarówno fanów thrillerów, jak i miłośników literatury obyczajowej!

Emocjonujący thriller, w którego fabule znajdziemy odniesienia do jednej z najsłynniejszych paryskich historii kryminalnych oraz do greckiej mitologii.

Kim jest zagadkowa nieznajoma z Sekwany?

Pewnej mglistej grudniowej nocy w Paryżu, zauważono nagie ciało młodej kobiety unoszące się na wodach Sekwany. Gdy ją wyłowiono, okazało się, że jeszcze żyje, ale nic nie pamięta. Z posterunku policji, na który zostaje zabrana, znika kilka godzin później…

Dzięki analizie DNA i zdjęciom udaje się ustalić, że wydobyta z wody kobieta to światowej sławy pianistka, Milena Bergman. Tyle że to niemożliwe, bo Milena ponad rok temu zginęła w katastrofie lotniczej.

Prowadząca tę nietypową sprawę młoda policjantka Roxane oraz były narzeczony Mileny, Raphael, będą musieli wyjaśnić zagadkę: kim tak naprawdę jest nieznajoma znad Sekwany i co się z nią stało?

Inspiracją do napisania książki była prawdziwa Nieznajoma z Sekwany. Taki przydomek nadano niezidentyfikowanej martwej kobiecie, której ciało wyłowiono pod koniec XIX wieku z Sekwany w Paryżu, w pobliżu Luwru. Jej wiek oceniono na 16 lat, nie miała obrażeń wskazujących na przyczynę zgonu. Zgodnie z ówczesnym zwyczajem zwłoki wystawiono w witrynie kostnicy, w nadziei na ich identyfikację. Mimo to tożsamości kobiety nigdy nie ustalono. Uwagę publiczności zwrócił wygląd jej twarzy – delikatny uśmiech nie pasował do zwłok osoby, która utonęła, a tym bardziej popełniła samobójstwo.

Z niewyjaśnionych przyczyn wykonano pośmiertną maskę topielicy – plotka głosi, że zrobił to patolog, który zakochał się w niej w trakcie sekcji. Maska zdobyła niezwykłą popularność, jej repliki sprzedawano w paryskich sklepach z pamiątkami, a uwagę poświęcili jej ówcześni artyści, m.in. Albert Camus, Rainer Maria Rilke, Louis Aragon i Vladimir Nabokov.

A teraz zrobił to najpopularniejszy z francuskich współczesnych autorów − Guillaume Musso.

Wielki powrót Guillaume’a Musso do gatunku thrillera. W momencie, w którym zaczyna się śledztwo, książka pochłania czytelnika bez reszty!
Bernard Lehut, RTL

Powieść pełna literackich odniesień.
Anne-Marie Revol, France 2

Musso świetnie odnajduje się w gatunku thrillera. To powieść, którą niełatwo wyrzucić z pamięci.
Lila Dussault, „La Presse”

Ta błyskotliwa powieść, którą można odczytywać na wielu różnych poziomach, po raz kolejny dowodzi wybitnego talentu pisarskiego tego autora. (...) Przygoda rodem z „Archiwum X”.
Marie-France Bornais, „Le Journal du Quebec”

Tym razem Guillaume Musso sięga po wątki fantastyczne − i po raz kolejny odnosi wielki pisarski sukces!
Julie Malaure, „Le Point”

Rewelacyjny thriller z wątkami nadnaturalnymi!
Camille da Silva, „Ouest France”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 272

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,7 (867 ocen)
245
249
219
134
20
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
itusia

Z braku laku…

Guillaume Musso to jeden z moich ulubionych pisarzy, jednak od jakiegoś czasu jego książki straciły swoją dawna magie, „Nieznajomą z Sekwany” czyta sie dosyć szybko i lekko jednak brakuje tutaj dużo dobra z dawnych powiesci pisarza.
40
Henry_Rackham

Z braku laku…

jak na razie najsłabsza historia Musso
30
katanowak

Z braku laku…

Niby nie była zła, wciąga od początku, ale ten finał, to zakończenie, dziwaczne... Kiedyś uwielbiałam tego autora i z utęsknieniem czekałam na następną powieść, ale teraz każda kolejna jest kolejnym rozczarowaniem.
30
Spacerujaca_z_ksiazkami

Z braku laku…

Zawiodłam się. Zupełnie nie zaangażowała mnie ta dziwaczna historia.
10
Efcikowa

Z braku laku…

Szkoda czasu.
10

Popularność




NAJNOWSZA POWIEŚĆ AUTORA ŚWIATOWYCH BESTSELLERÓW, KTÓRA ZACHWYCI ZARÓWNO FANÓW THRILLERÓW, JAK I MIŁOŚNIKÓW LITERATURY OBYCZAJOWEJ!

Nie ma nic bardziej ekscytującego, niż odebrać komuś życie, żeby złożyć je w ofierze…

W Paryżu zostaje wyłowiona z Sekwany młoda kobieta. Żyje, ale wygląda na całkowicie zagubioną. Psychiatra, który dostrzega u niej objawy zaburzeń psychicznych, obawia się, że pacjentka może stanowić zagrożenie dla siebie i innych. Zanim policji udaje się dowiedzieć czegokolwiek na jej temat, kobieta znika.

Kapitan Roxane Montchrestien, zaintrygowana podobieństwem tego przypadku do autentycznej głośnej historii z końca XIX wieku, rozpoczyna śledztwo na własną rękę. Dzięki analizie DNA ustala, że wydobyta z wody kobieta to światowej sławy pianistka, Milena Bergman. Tylko że ta ponad rok temu zginęła w katastrofie lotniczej. Jedyną osobą, która może udzielić Roxane informacji, jest były narzeczony Mileny, pisarz Raphaël Batailley. Ale Raphaël wyraźnie coś ukrywa.

Bo czasem misternie uknute kłamstwa – nawet jeśli przyświecają im najlepsze intencje – mogą być tragiczne w skutkach.

GUILLAUME MUSSO

Autor siedemnastu bestsellerów, od dziesięciu lat nieprzerwanie utrzymujący się na pierwszym miejscu listy najpopularniejszych francuskich pisarzy. Debiutował w 2001 r. thrillerem Skidamarink, doskonale przyjętym przez krytykę. Druga powieść, Potem..., zainspirowana wypadkiem samochodowym, z którego cudem uszedł z życiem, rozpoczęła jego spektakularną międzynarodową karierę. Łączny nakład jego powieści – przełożonych na 42 języki – przekroczył 35 milionów egzemplarzy. Kluczem do sukcesu Musso jest łączenie wątków miłosnych, kryminalnych i – czasami – fantastycznych, w doskonałym i niemożliwym do naśladowania stylu.

guillaumemusso.com

Tego autora

POTEM...

URATUJ MNIE

BĘDZIESZ TAM?

PONIEWAŻ CIĘ KOCHAM

WRÓCĘ PO CIEBIE

KIM BYŁBYM BEZ CIEBIE?

PAPIEROWA DZIEWCZYNA

TELEFON OD ANIOŁA

7 LAT PÓŹNIEJ...

JUTRO

CENTRAL PARK

TA CHWILA

DZIEWCZYNA Z BROOKLYNU

APARTAMENT W PARYŻU

ZJAZD ABSOLWENTÓW

SEKRETNE ŻYCIE PISARZY

ZABAWA W CHOWANEGO

NIEZNAJOMA Z SEKWANY

Tytuł oryginału:

L’INCONNUE DE LA SEINE

Copyright © Calmann-Lévy 2021

All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2022

Polish translation copyright © Joanna Prądzyńska 2022

Redakcja: Dorota Jakubowska

Projekt graficzny serii: Kasia Meszka

Opracowanie graficzne okładki: Justyna Nawrocka

Zdjęcie na okładce: © Natasza Fiedotjew/Trevillion Images

ISBN 978-83-8215-826-7

Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o.

Hlonda 2A/25, 02-972 Warszawa

wydawnictwoalbatros.com

Facebook.com/WydawnictwoAlbatros|Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Konwersja do formatu EPUB oraz MOBI

Katarzyna Rek

woblink.com

Spis treści:

Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Spis treści:
I. NIEZNAJOMA Z SEKWANY
1. Wieża z zegarem
2. Policyjny szpital psychiatryczny
3. Milena Bergman
4. Pasażerka lotu AF 229
5. W szklanym domu
6. Pisarz pośród wariatów
II. DOPPELGÄNGER
7. Raphaël Batailley
8. Świat taki, jaki nie jest
9. Cień Dionizosa
10. Noc w sercach
11. Pałac złudzeń
12. Ukryty powód
13. Syn Bébela
III. BŁAZNY DIONIZOSA
14. Cała prawda
15. Granica szaleństwa
16. Świat jest teatrem
17. Nieznajoma ze sceny
Bibliografia
Źródła zdjęć

Dla Ingrid Dla Nathana i Flory

W życiu wygrałem wiele bitew, ale dużo czasu minęło, nim zrozumiałem, że choć wygrałem ich wiele, nie wygrałem wojny.

Romain Gary, Obietnica poranka

I

NIEZNAJOMA Z SEKWANY

Poniedziałek, 21 grudnia

1

Wieża z zegarem

W życiu każdego przychodzi moment, gdy człowiek musi sam, ostatecznie i nieodwołalnie, zadecydować o swoim losie.

Georges Simenon

1

Paryż

– Tym razem, Roxane, naraziła pani nas wszystkich: wydział, kolegów, mnie… Wszystkich!

Nieoznakowany samochód policyjny wjechał z avenue de la Grande-Armée na place de l’Étoile. Odkąd opuścili Nanterre, Sorbier był wściekły; teraz odzyskał trochę spokoju, ale wciąż zaciskał palce na kierownicy.

– Jeśli prasa dowie się, co pani zrobiła, nawet nadinspektor Charbonnel będzie miał problemy! – rzucił z ponurym wyrazem twarzy.

Roxane Montchrestien milczała. Siedziała na miejscu pasażera i patrzyła na szybę, po której spływały krople deszczu. Pod zaniesionym chmurami niebem Paryż wyglądał smętnie; od początku miesiąca nie było ani jednego słonecznego dnia.

W samochodzie unosił się zapach wilgoci. Roxane pochyliła się i maksymalnie zwiększyła nawiew ciepłego powietrza. Zmrużyła oczy. Ciężka masa Łuku Triumfalnego była w deszczu prawie niewidoczna. Roxane udzielił się niewesoły nastrój. Przypomniała sobie niedawne manifestacje, podczas których radykalny odłam „żółtych kamizelek” zdewastował wnętrze i fasadę łuku. Sceny przemocy i wandalizmu obiegły świat, podsycając i tak już niezdrową atmosferę. No cóż, od tamtej pory niewiele się zmieniło.

– Krótko mówiąc, cały ten burdel jest przez panią! – zakończył Sorbier, redukując biegi przy zjeździe w avenue Marceau.

Roxane siedziała w milczeniu, wciśnięta w oparcie fotela. Szanowała Sorbiera, szefa Krajowego Wydziału do spraw Poszukiwania Zbiegów. Problemem była ona. Od wielu miesięcy czuła, że jest w sytuacji bez wyjścia. Przetarła oczy. Musi odejść z policji. Tylko w ten sposób zdoła poradzić sobie z depresją.

– Zamierzam podać się do dymisji, szefie – rzuciła i wyprostowała się na siedzeniu. – Tak będzie najlepiej dla wszystkich.

Wypowiedziawszy te słowa, poczuła się dużo lepiej. Od lat całkowicie poświęcała się pracy, której obecnie nie była w stanie rzetelnie wykonywać. Podobnie jak wielu jej kolegów, z czasem zaczęła popadać w coraz większe przygnębienie. We Francji, zwłaszcza w regionie paryskim, ludzie nienawidzili policji.

„Wystrzelajcie się sami, niech was szlag trafi!”, przypomniały jej się hasła wykrzykiwane w stronę policjantów podczas manifestacji. Westchnęła. Tak, muszę odejść. Najwyższy czas, pomyślała.

Ruszyła śmiercionośna machina i ludzie zaczęli nienawidzić swoich obrońców. Dochodziło do incydentów w dzielnicach blokowisk, oblegano komisariaty, napadano na funkcjonariuszy podczas demonstracji, nawet strzelano do nich z moździerzy w centrum Paryża. Dzieci policjantów szły do szkoły ze strachem, rodziny się rozpadały. Z tygodnia na tydzień, po każdej sobotniej manifestacji, media z obrzydliwym upodobaniem nazywały policjantów faszystami.

„Pozabijajcie się w końcu sami… Pozabijajcie się!”

Dobry moment, żeby odejść, myślała Roxane. Na szczęście nic nie stało na przeszkodzie, nie miała dzieci, kredytów do spłacania ani zasądzonych alimentów. Opuści nie tylko policję, ale też Francję. Znajdzie sobie jakąś zaciszną enklawę – nie za daleko – z której będzie mogła z bólem obserwować koniec tego cholernego kraju.

– Dziś wieczorem zobaczy pan na biurku moją dymisję, szefie – obiecała.

Sorbier pokręcił głową.

– Nie ma mowy, Roxane! Nie wykręci się pani tak łatwo!

Jechali nabrzeżem Sekwany w kierunku place de la Concorde. Po raz pierwszy nie starała się ukryć swojego złego humoru.

– Może mi pan przynajmniej powiedzieć, dokąd jedziemy? – spytała zrzędliwie.

– Na wieś.

Prawie się uśmiechnęła. Wieś oznaczała zieleń, łagodny wietrzyk, pola jak okiem sięgnąć, dojrzałe kłosy zboża falujące w słońcu, dzwonki krów na pastwisku. Rzeczywistość zupełnie inną niż ta, którą znała z Paryża: chorego, brudnego, apatycznego miasta, duszącego się w zanieczyszczonym powietrzu. I ten smutek, ten smutek…

Wjechali na most prowadzący na lewy brzeg Sekwany.

– Oto plan, Roxane – odezwał się Sorbier. – Charbonnel znalazł dla pani spokojne miejsce, żeby wszyscy mieli czas zapomnieć.

– Więc jestem przeniesiona?

– Tak, tymczasowo.

Nadinspektor François Charbonnel stał o stopień wyżej w hierarchii administracyjnej, kierował Centralnym Biurem do Walki z Przestępczością Zorganizowaną.

– A moi ludzie?

– Chwilowo zastąpi panią porucznik Botsaris. Ma pani szczęście. To szansa, żeby wrócić. A potem, jeśli wciąż będzie pani chciała odejść, droga wolna.

Roxane poczuła palącą zgagę. Dotknęła dłonią miejsca pod mostkiem.

– A co konkretnie mam robić? – spytała.

2

– Słyszała pani o ASN?

– Nie.

– Szczerze mówiąc, ja też nie. Do dzisiejszego ranka.

Sorbier miał chociaż tyle przyzwoitości, żeby nie owijać w bawełnę.

Wycieraczki nie nadążały ze zbieraniem wody z przedniej szyby. Byli już na lewym brzegu Sekwany. Samochód stanął w korku na boulevard Saint-Germain.

– ASN, Agencję do spraw Niekonwencjonalnych, utworzono w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym pierwszym roku, za rządów Pompidou – wyjaśnił. – Podlega bezpośrednio prefekturze. Na początku miała się zajmować sprawami, powiedzmy, dziwnymi, których policja kryminalna nie umiała wyjaśnić racjonalnie.

– Co to znaczy „dziwnymi”?

– Takimi, jakie kojarzy się ze zjawiskami nadprzyrodzonymi.

– To żart?!

– Nie, absolutnie nie. Ale trzeba wziąć pod uwagę czasy, w jakich powstała ta agencja – odparł Sorbier. – Społeczeństwo odkrywało to, co nazywano wówczas „rzeczywistością paranormalną”. Badano sprawy niedające się wyjaśnić naukowo, ludzie pasjonowali się kosmitami, w Tuluzie utworzono GEIPAN*…

– Dlaczego w ogóle się o tym nie mówi?

Sorbier wzruszył ramionami.

– Można znaleźć kilka artykułów na ten temat w prasie z tamtego okresu. W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych w ASN pracowało może dziesięć osób. Ale rządy socjalistów i ewolucja społeczeństwa zmieniły profil agencji. Zaczęto odsyłać do niej policjantów wyczerpanych psychicznie albo takich, których trzeba było chwilowo odsunąć na boczny tor.

Roxane słyszała kiedyś o ANAS Le Courbat, ośrodku dla funkcjonariuszy z oddziałów prewencji. Przyjmowano tam policjantów, którzy popadli w alkoholizm, cierpiących na depresję lub wypalonych zawodowo. Ale po raz pierwszy spotkała się z nazwą ASN.

– Z czasem ASN przeniesiono w inne miejsce i liczba pracowników szybko zmalała. Dziś to tylko pozycja w księgowości, w budżecie, która zresztą zniknie w czerwcu. Będzie pani najprawdopodobniej ostatnią zatrudnioną tam policjantką.

– Nie mógł pan znaleźć dla mnie czegoś lepszego?

– Myślę, że nie jest pani w pozycji do negocjacji, Roxane – oświadczył Sorbier. – Poza tym przed chwilą mówiła pani o dymisji, więc czym się pani przejmuje?

Skręcił w prawo w rue du Bac. Roxane wyjrzała przez szybę. Grenelle, Verneuil, Varenne… W dzielnicy Saint-Thomas-d’Aquin spędziła dzieciństwo. Chodziła do szkoły tu niedaleko, do École Sainte-Clotilde; ojciec, wojskowy, pracował w Hôtel de Brienne, w Ministerstwie Obrony Narodowej. Mieszkali przy rue Casimir-Perier. Dzielnica Saint-Thomas-d’Aquin była jak Saint-Germain-des-Prés bez turystów i snobów. Zaskoczyło ją tylko, że nagle się tu znalazła. Pojawiły się niewyraźne, ale przyjemne wspomnienia: oblany słońcem śliczny parkiet, sztukaterie w kształcie liści akantu pod sufitem, kryształowy dźwięk klawiszy starego steinwaya, na kominku brązowy kot kamerdyner – rzeźba Giacomettiego – prężył się, patrząc zaczepnie.

Wściekły odgłos klaksonu taksówki przywrócił ją do rzeczywistości.

– Ilu będę miała ludzi?

– Nikogo. Mówiłem już, w agencji od lat nie ma nic do roboty. Ostatnio pracowała tam jedna osoba, komisarz Marc Batailley.

Roxane zmarszczyła brwi. Gdzieś już słyszała to nazwisko, ale nie umiała sobie przypomnieć gdzie.

Sorbier pospieszył jej z pomocą.

– Batailley pracował w dochodzeniówce. Miał swoje pięć minut w latach dziewięćdziesiątych, gdy jego oddział w Marsylii zidentyfikował i zatrzymał Ogrodnika, jednego z pierwszych francuskich seryjnych zabójców.

– Ogrodnika?

– Facet obcinał sekatorem wszystkie wystające części ciała ofiary: palce u rąk i u nóg, uszy, penisa…

– Oryginalne…

– Po tym wyczynie Batailley został przeniesiony z honorami do dochodzeniówki w Komendzie Policji Regionalnej, przy quai des Orfèvres numer trzydzieści sześć, ale nie sprawdził się tam, nie spełnił pokładanych w nim nadziei. Powodem były chyba kłopoty rodzinne. Stracili dziecko i żona od niego odeszła. Pod koniec miał problemy ze zdrowiem, no i dlatego tu wylądował.

– Przeszedł na emeryturę?

– Jeszcze nie, ale wczoraj w nocy miał atak serca. Charbonnel wykorzystał tę informację i wsadził panią na jego miejsce.

Sorbier włączył światła ostrzegawcze i zaparkował przed bramą parku przy rue du Bac pod numerem 105. Przestało padać. Roxane wysiadła z samochodu. Ubranie, włosy, mózg – wszystko miała przemoczone. Sorbier też wysiadł. Oparł się o maskę i zapalił papierosa.

Zerwał się wiatr. Wreszcie było czym oddychać. Chmury nad parkiem przerzedziły się i odsłoniły kawałek błękitnego nieba. Od razu pojawiły się dzieci i z radosnym krzykiem pobiegły na huśtawki i zjeżdżalnie. Roxane miała dużo wspomnień z tego miejsca: lody waniliowo-truskawkowe w Bac à Glaces, wizyty z mamą w Bon Marché i w Conran Shop, nieco dalej mieszkanie Romaina Gary’ego, które mijała, gdy chodziła do liceum… Kierowana ciekawością, wypatrywała otwartej bramy, czekając, aż pojawią się w niej duchy Romaina, Jean Seberg i ich syna Alexandre’a Diega.

– Oto pani biuro! – Sorbier wskazał palcem niebo.

Roxane podniosła głowę. W pierwszej chwili nie zrozumiała, ale potem dostrzegła wieżę z zegarem, której nigdy wcześniej nie zauważyła. Wieża znajdowała się w głębi ulicy i wystawała ponad okoliczne dachy.

– Budynek powstał w latach dwudziestych dwudziestego wieku – zaczął Sorbier profesorskim tonem. – Był aneksem do sklepu Bon Marché, zaprojektowanym przez architekta Louisa-Hippolyte’a Boileau. Prefektura zaanektowała tę wieżę na początku lat dziewięćdziesiątych, ale w tej chwili ją sprzedaje.

Roxane podeszła do wielkiej bramy pomalowanej na niebiesko.

– Zostawiam cię samą – rzucił Sorbier, podając jej klucze. – Przede wszystkim żadnych głupstw, Roxane!

– Jaki jest kod?

– Trzydzieści dwanaście zero siedem. Data utworzenia Brygad Tygrysa. I „B” jak Brygada.

– Albo jak moje nowe biuro… – Roxane westchnęła.

– Mam nadzieję, że się zrozumieliśmy. Ma pani dać o sobie zapomnieć. Nie zawsze będę mógł nad panią czuwać i wyciągać panią z opresji.

3

Wieża była prawie niewidoczna od strony ulicy, za to zaraz po przejściu bramy ukazywała się w całym majestacie. Wznosiła się z gracją w głębi zadrzewionego podwórka, wciśnięta między dwa nieciekawe budynki. Na szczycie tej solidnej konstrukcji, przypominającej basztę obronną na tle paryskiego nieba, widniały wielkie tarcze zegara. Prawdziwa twierdza w samym środku siódmej dzielnicy.

Roxane przeszła przez brukowane podwórko do wejścia, przy którym stał zaparkowany jaskrawoczerwony skuter. Wsunęła jeden z kluczy od Sorbiera do zamka w masywnych drzwiach z lakierowanego drewna i pchnęła je. Wnętrze wieży było jak oświetlona studnia; promienie słońca wpadały przez witraże w oknach, zalewając trzy piętra ciepłym światłem. Już na parterze widać było charakterystyczne cechy stylu, w jakim zaprojektowano budynek: czerwona cegła, dębowy parkiet, stalowa struktura z nitowanych belek à la Gustave Eiffel.

Cztery poziomy były połączone kręconymi schodami z kutego żelaza. Roxane weszła na stopnie i spojrzała w górę. Było ciepło, przyjemnie. Słyszała ciche buczenie systemu ogrzewania. Z góry dochodziła muzyka fortepianowa, Impromptu Schuberta. Jedna z melodii jej dzieciństwa.

Dotarła na pierwszy poziom. Piętro było podzielone na dwie części. Na ścianach po jednej stronie wisiały półki – od podłogi do sufitu. Stało tam też pełno metalowych szafek, kartonowe pudła na archiwa, kserokopiarka, faks, a nawet terminal Minitel. Po drugiej stronie Roxane spostrzegła aneks kuchenny z blatem z surowego drewna, dalej łazienkę z prysznicem.

Obok kserokopiarki stała tradycyjnie udekorowana choinka, pod którą wylegiwał się na kartkach papieru kot syberyjski. Zauważywszy Roxane, miauknął i uciekł na górę.

– No, chodź tu, chodź! – zawołała, dogoniła go na schodach i schyliła się, żeby pogłaskać go po brzuchu. Kot był umięśniony, krępy, miał przepiękną srebrzystą sierść i pyszczek jak z komiksu.

– Nazywa się Poutine – usłyszała za plecami.

Zaskoczona, odwróciła się, kładąc rękę na kolbie pistoletu wsuniętego do kabury. Na drugim piętrze, pod oknem, stała młoda, może dwudziestopięcioletnia kobieta z afro. Patrzyła na Roxane szmaragdowymi oczami zza szkieł w rogowych oprawkach i uśmiechała się promiennie. Miała matową cerę i przerwę między przednimi zębami.

– Kim pani jest, do cholery? – Roxane się zdenerwowała.

– Valentine Diakité – przedstawiła się spokojnie młoda kobieta. – Studiuję na Sorbonie.

– Co pani tu robi?

– Piszę doktorat na temat Agencji do spraw Niekonwencjonalnych.

Roxane westchnęła.

– Kto panią tu wpuścił?

– Mam pozwolenie od komisarza Batailleya. Już od sześciu miesięcy segreguję i układam dokumenty. Szkoda, że pani nie widziała, jak to wyglądało na początku! Totalny chaos!

Roxane popatrzyła na doktorantkę, która poruszała się pomiędzy kartonowymi pudłami tak swobodnie jak księżniczka we własnym pałacu. Czarne rajstopy, aksamitna spódnica, golf i rude botki… Wyglądała jak współczesna wersja Emmy Peel.

– A kim pani jest?

– Kapitan Roxane Montchrestien. Jestem policjantką.

– To pani zastępuje Marca Batailleya?

– Można tak powiedzieć.

– Jak on się czuje?

– Nie wiem.

– Biedak. To straszne, co mu się przytrafiło. Od rana myślę tylko o tym. To ja go znalazłam.

– Miał atak serca?

– Nie sądzę, żeby to był atak serca. Myślę, że spadł ze schodów, są zdradliwe – powiedziała doktorantka, wskazując na krętą żelazną konstrukcję.

Roxane weszła na górę, do biura Batailleya. Było to niezwykłe pomieszczenie: miało co najmniej sześć metrów wysokości, sufit wspierał się na stalowych nitowanych belkach; stały tu duża pikowana kanapa ze skóry i wielkie dębowe biurko w stylu Jeana Prouvé. Wystrój wnętrza i czerwone cegły na ścianach tworzyły osobliwy klimat, jakby w nowojorskim lofcie założono tradycyjny angielski klub. Ale widok z okien powodował zawrót głowy, tak był wspaniały! Po zachodniej stronie wieża Eiffla i kościół Inwalidów. Na północy wzgórze Montmartre z bazyliką Sacré-Coeur. Na południu Ogród Luksemburski i obrzydliwy wieżowiec Montparnasse. Na wschodzie katedra Notre Dame, wciąż nie do końca odnowiona po pożarze. Był to upajający widok: z wysoka, z dala od zgiełku.

4

Valentine Diakité urządziła sobie biuro piętro niżej. Wyglądała jak rozsądna bibliotekarka, ale biło od niej niepokojące światło. Roxane poczuła się nieswojo.

– Opowiedz mi, jak Marc Batailley organizował sobie czas – poprosiła, zwracając się do młodej kobiety na ty.

– Komisarz pracował trochę na zwolnionych obrotach – powiedziała Valentine. – Kiedy pojawiłam się tu pół roku temu, właśnie miał nawrót raka płuc. Był zmęczony, ale miły, i zawsze mi dobrze radził.

– Od kiedy agencja przestała działać?

Valentine, zadowolona, że wreszcie może zrobić coś konkretnego, w tym przypadku udzielić wyjaśnień zagubionej policjantce, zaczęła wykład:

– Na początku, w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, ASN prowadziła naprawdę niesamowite sprawy. Badano zjawiska paranormalne, telekinezę, psychokinezę oraz doświadczenia z pogranicza śmierci, choć wówczas jeszcze ich tak nie nazywano. Wydział otrzymywał setki świadectw z całej Francji.

Valentine wskazała ręką sterty kartonowych pudeł.

– Było tu wszystko: duchy, białe damy, telepatia… no i ufologia, wówczas bardzo popularna. Jeśli kiedyś zaciekawią panią materiały z tamtych czasów, przekona się pani, że to prawie Archiwum X.

– A obecnie?

Doktorantka wykrzywiła usta.

– Czasem dostajemy listy: piszą do nas jacyś wariaci, którzy myślą, że światem rządzą reptilianie, że Bill Gates stworzył wirusa, żeby zmniejszyć liczbę ludzi na świecie, a francuski rząd rozprowadza go za pomocą sieci pięć G i liczników energii elektrycznej Linky.

Roxane przetarła oczy. Miała ochotę zostać sama, zasnąć, wyłączyć się, przestać myśleć.

– Nie możesz tu zostać, Valentine…

– Dlaczego? Pan komisarz zgodził się i…

– Tak, ale teraz ja jestem szefem. Oddział policji to nie jest biblioteka uniwersytecka.

– Mogłabym się przydać.

– Nie wiem do czego. Masz dzień na spakowanie się. I nie zapomnij zabrać kota.

Valentine wzruszyła ramionami.

– To nie jest mój kot. Ani też Marca Batailleya. Był tu przed nami, natrafiłam na wzmiankę o nim w archiwach. Poutine pojawił się w Agencji w dwa tysiące drugim roku, osiągnął więc wiek emerytalny.

Speszona Roxane odwróciła się i wbiegła na ostatnie piętro. Widoczne przez okno żeliwne tarcze zegara sprawiały, że świat wokół jawił się jako dziwna, nierealna bajka. Miała wrażenie, że znalazła się w gabinecie osobliwości. W biurze Batailleya poczuła się tak, jakby cofnęła się w czasie o trzydzieści lat. Żadnych komputerów, a aparat telefoniczny przypominał ten, który pamiętała z czasów młodości, z domu rodziców.

Obok słuchawki migała czerwona dioda. Zaciekawiona, wcisnęła guzik i włączył się głośnik. Wysłuchała wiadomości, według zegara w telefonie nagranej tego samego dnia o trzynastej dziesięć.

Marc, tu znów Catherine Aumonier. Muszę się z tobą skontaktować w związku z informacją, którą zostawiłam ci rano. Proszę, oddzwoń!

Ponieważ nie było innych wiadomości, Roxane odsłuchała tę nagraną o siódmej czterdzieści sześć.

Dzień dobry, Marc, mówi Catherine Aumonier, dyrektorka szpitala psychiatrycznego przy prefekturze. Dzwonię do ciebie, bo mamy dziwną sprawę. Wczoraj rano przywieziono młodą kobietę, która straciła pamięć.Wodne Pogotowie Ratunkowe wyłowiło ją nagą z Sekwany. Nie mam twojego maila, wysyłam ci dokumenty faksem. Zadzwoń, powiedz, czy ją znasz. Do usłyszenia.

Zaintrygowana Roxane jeszcze raz odsłuchała wiadomość. Jeśli Batailley ją odebrał – a migająca dioda sugerowała, że tak – musiał to zrobić zaledwie kilka minut przed swoim nieszczęśliwym upadkiem.

Poczuła rosnącą ekscytację. Wszystko, co miało jakikolwiek związek z policyjnym szpitalem psychiatrycznym, którego działalność okrywała tajemnica, zawsze ją interesowało. Catherine Aumonier powiedziała, że wysłała Batailleyowi faks. Roxane przerzuciła papiery, książki i pisma walające się na biurku, ale nic nie znalazła. Przypomniała sobie, że faks stoi niedaleko kserokopiarki. Zeszła na pierwsze piętro. Nadąsana Valentine Diakité siedziała po turecku w kącie i segregowała dokumenty.

– Odebrałaś dzisiaj jakiś faks? – spytała Roxane.

Młoda kobieta pokręciła głową.

W pojemniku na faksy nie było żadnego dokumentu. Roxane wyobraziła sobie, jak Marc Batailley przychodzi do biura wcześnie, wysłuchuje wiadomości od Catherine Aumonier, schodzi po faks i wraca na górę. Wtedy musiał spaść ze schodów. Ale gdzie się podział ten faks? Zajrzała pod schody, potem pod meble i metalowe szafki. Nic. Wiedziona intuicją, podeszła do choinki, pod którą kot zrobił sobie legowisko z… No właśnie, ze zmiętego faksu od Catherine Aumonier.

Podniosła dwie zgniecione kartki i zaczęła je wygładzać. Poutine częściowo je podarł, ale łatwo można było odczytać tekst. Tak jak powiedziała Catherine przez telefon, był to raport z przyjęcia do szpitala psychiatrycznego pacjentki z zaburzeniami pamięci. Tekst był lakoniczny, ale zdjęcie młodej kobiety intrygujące: delikatna zalękniona twarz, włosy do ramion.

Roxane przez chwilę wahała się, czy nie zadzwonić do Catherine Aumonier. Potem postanowiła po prostu ją odwiedzić. Już włożyła kurtkę, gdy przypomniała sobie, że przecież nie ma służbowego auta. Jej peugeot został w Nanterre i pewnie szybko go nie odzyska.

Na biurku Valentine zobaczyła brązowo-żółty kask bez osłony, z paskiem w szachownicę.

– To twój skuter tam, na dole? – spytała, zakładając kask. – Możesz mi dać kluczyki?

* Groupe d’Études et d’Informations sur les Phénomènes Aérospatiaux Non Identifiés – jednostka francuskiej agencji kosmicznej CNES, której zadaniem jest badanie niezidentyfikowanych zjawisk lotniczych i udostępnianie wyników badań opinii publicznej.

2

Policyjny szpital psychiatryczny

Dlaczego rzuciłam się do wody? – myślała nowo przybyła. […] Moja biedna głowa jest pełna alg i muszelek. I mam wielką ochotę powiedzieć, że to bardzo smutne, choć właściwie nie wiem, co to słowo znaczy.

Jules Supervielle

1

– Przyszła pani za późno – przywitała ją Catherine Aumonier.

Masywna sylwetka, biały fartuch, surowy wyraz twarzy, okulary połówki na nosie… Dyrektorka szpitala psychiatrycznego wyglądała na zakłopotaną. Siedziała za niewielkim metalowym biurkiem i patrzyła na Roxane nieufnie.

– To znaczy? – spytała Roxane, stojąc naprzeciwko niej.

– Nieznajomej z Sekwany już u nas nie ma – odparła z wyrzutem Catherine Aumonier, ale Roxane wyczytała z jej oczu, że lekarka czuje się winna, jakby została przyłapana na gorącym uczynku.

– Może opowie mi pani wszystko od początku? – poprosiła Roxane.

Po raz pierwszy w karierze znalazła się w szpitalu psychiatrycznym paryskiej prefektury. Był to jedyny tego rodzaju ośrodek we Francji i nie cieszył się dobrą opinią. Pełnił funkcję pogotowia psychiatrycznego dla osób zgarniętych z ulicy, jeśli miały objawy zaburzeń psychicznych. Powstał półtora wieku temu. Jego działaniom zarzucano brak przejrzystości, ponieważ podlegał bezpośrednio prefekturze.

Lekarka zaczęła odczytywać swoje notatki.

– Wodne Pogotowie Ratunkowe wyłowiło z Sekwany naszą nieznajomą niedaleko Pont-Neuf w niedzielę koło piątej rano. Nie miała na sobie ubrań, jedynie zegarek na ręce.

Mimo że jej zaciekawienie rosło, Roxane czuła się jak osaczona. Maleńkie biuro przypominało celę więzienną. Zielonkawe oświetlenie, zapach kapusty w powietrzu… Poczuła mdłości. Ledwo mogła oddychać.

– Przywieziono ją do nas koło dziesiątej rano, po szybkiej rejestracji w izbie przyjęć w szpitalu Hôtel-Dieu.

Catherine Aumonier wręczyła Roxane zaświadczenie podpisane przez tamtejszego lekarza. Policjantka przebiegła je wzrokiem. Mężczyzna nie wykazał się nadgorliwością. Zakreślił tylko niektóre punkty i podsumował: Kobieta z objawami zaburzeń psychicznych, może stanowić zagrożenie dla innych i dla siebie. Nieznajoma odmówiła złożenia odcisków palców; lekarze z Hôtel-Dieu nie nalegali na to zbyt usilnie, bo pacjentka nie popełniła żadnego przestępstwa, a jedynie kąpała się nago w Sekwanie.

– Gdy ją wyłowiono, była zagubiona, oszołomiona. Nie umiała odpowiedzieć na żadne pytanie. W szpitalu Hôtel-Dieu zachowywała się w miarę spokojnie, ale kiedy przywieziono ją tutaj, dostała szału.

Catherine Aumonier otworzyła jakiś plik w laptopie i odwróciła komputer w stronę Roxane.

– Wszystko nagrały kamery monitoringu. Od razu po przywiezieniu dostała środek uspokajający, ale to niewiele pomogło. Była bardzo pobudzona, drapała się, wyrywała sobie włosy garściami.

Roxane popatrzyła na ekran. Młoda zdezorientowana kobieta w szlafroku, blada szczupła twarz. Widmo, sylfida – więźniarka swego smutku i szaleństwa.

– Nie udało się nic z niej wyciągnąć?

– Myślę, że nawet nie rozumiała większości pytań, które jej zadawano – odpowiedziała Catherine Aumonier.

– Postawiono diagnozę?

– Przy tak niewielkiej ilości informacji to trudne. Miała objawy urojeń i amnezji dysocjacyjnej.

– Możliwe, że udawała?

– To jest zawsze możliwe, ale nie sądzę. Wyglądała na osobę w głębokim szoku. W ciągu dwudziestu czterech godzin jej stan się nie zmienił, powiedziała jednak coś, co mnie zaintrygowało. Poprosiła, żeby zadzwonić do Marca Batailleya.

– Dokładnie tak?

– Powtórzyła to nawet kilka razy, jak modlitwę: Sie müssen Marc Batailley anrufen!

– Po niemiecku?

– Tak.

– Od razu pani wiedziała, o kogo chodzi?

– Tak, bo często widywałam Marca Batailleya, gdy pracowałam na quai de la Rapée.

– W Zakładzie Medycyny Sądowej?

Lekarka skinęła głową.

– Dwa razy zostawiłam mu wiadomość, ale się nie odezwał.

Roxane nie przyznała się, że odsłuchała te wiadomości. Catherine Aumonier myślała, że policjantka została przysłana przez prefekturę, a ona nie spieszyła się, żeby to wyjaśnić.

– I co pani zrobiła potem? – spytała Roxane.

Lekarka ostentacyjnie podłubała w uchu. Miała twarz holenderskich chłopek ze szkiców van Gogha do obrazu Jedzący kartofle: czerwone policzki, grube rysy, niskie czoło, perkaty nos…

– Trzymaliśmy ją jeszcze kilka godzin, ale potrzebowaliśmy wolnych miejsc.

– Mogę zajrzeć do jej sali?

Lekarka z wysiłkiem podniosła się z krzesła.

– Zwykle przyjmujemy dziennie najwyżej sześć, siedem osób, ale w tamten poniedziałek podesłano nam jedenaście – oznajmiła, z westchnieniem zapinając biały fartuch ozdobiony trójkolorowym znaczkiem prefektury. – Nie rozumiem, co się dzieje! Narkomani, szaleńcy, paranoicy, bezdomni, imigranci… Nie nadążamy z pracą.

2

Przeszły przez dwuskrzydłowe drzwi i znalazły się w długim zgniłożółtym korytarzu z rzędami wiśniowych drzwi po obu stronach. Po lewej znajdowały się biura personelu, kuchnia, sala wypoczynkowa i apteka. Po prawej – separatki oraz prysznic. Nigdzie nie było okien. Jakby całe światło kuli ziemskiej zgasło, a rzeczywistość przysłonił brudnoszary instagramowy filtr.

Ściany niepokojąco drżały od głuchego pomruku. Był czas posiłku. Dwie pielęgniarki roznosiły tace z gotowaną rybą, brukselką i twarożkiem.

– Według przepisów nie wolno przetrzymywać pacjentów dłużej niż czterdzieści osiem godzin – wyjaśniła Catherine Aumonier. – Potem należy skierować ich do szpitala albo, jeśli jest podejrzenie, że popełnili przestępstwo, i trwa śledztwo, wracają do komisariatu.

Za ścianką z pleksiglasu bezzębny facet w niebieskiej piżamie ryczał: „Jest mi zimno! Jest mi gorąco! Jest mi zimno! Jest mi gorąco! Dajcie mi wina, chcę do kina!”.

– Po południu nie mieliśmy już wyjścia, trzeba było ją gdzieś przenieść. Wciąż kogoś dowozili, zebrało się dwadzieścia osób, a do dyspozycji jest tylko szesnaście łóżek i dziesięć pokoi.

– Znaleźliście dla niej miejsce?

– Oczywiście! Zrobiliśmy wszystko, co możliwe, i znaleźliśmy miejsce w klinice psychiatrycznej Jules-Cotard. To mały zakład niedaleko stąd, koło cmentarza Montparnasse. Ale podczas transportu coś się stało i zgubiliśmy ją.

– Zgubiliście ją? Uciekła?!

Słysząc wyrzut i oburzenie w głosie Roxane, Catherine Aumonier wpadła w złość.

– A co pani myśli? Normalnie zatrudniamy czterech strażników. Teraz jeden ma wolne ze względu na skrócony czas pracy, drugi jest chory, a trzeci nie przychodzi, od kiedy złożył podanie o przeniesienie. Według prawa przy przewożeniu chorego musi być dwóch funkcjonariuszy, ale dziś po południu mieliśmy tylko jednego.

Policyjny szpital psychiatryczny cierpiał na syndrom typowy dla Francji: kraj był obciążony nadmiernymi podatkami i nadmierną administracją, ale nic nie działało jak należy. Bezzębny wciąż wrzeszczał: „Chcę wina do kina! Jedzcie dorsze, gówno gorsze!”.

– Jak to się dokładnie stało?

– Uciekła strażnikowi na dziedzińcu kliniki Jules-Cotard.

Gdy dochodziły do pokoju numer sześć, Catherine Aumonier wytarła nos rękawem.

– To tu – oznajmiła.

Nadszedł wielki jak szafa strażnik i otworzył im drzwi. Pomieszczenie było maleńkie, góra dziesięć metrów kwadratowych, bez prysznica czy ścianki działowej. Stało tam tylko metalowe łóżko przytwierdzone do podłogi oraz toaleta chemiczna, taka, jakie spotyka się niekiedy na kempingach lub budowach. Stare graffiti na ścianach opowiadały dzieje poprzednich lokatorów.

– Jesteś dziurą w dupie, i tyle! – rzucił do kierowniczki pacjent na łóżku. Siedział po turecku i wypluwał z siebie przekleństwa. Zażenowana Roxane spoglądała na niego ukradkiem. Przypominał jej Popeye’a, marynarza z krzywą szczęką, jednym okiem i kotwicą wytatuowaną na przedramieniu. – Przyślij mi swoją matkę, żebym zrobił cię od nowa! – wrzasnął.

Catherine Aumonier nie zwracała na niego uwagi i uprzedzając pytanie Roxane, powiedziała:

– Pokój został zdezynfekowany, technicy kryminalni niczego tu nie znajdą.

Roxane zamyśliła się. Nie była pewna, czy sprawą zainteresuje się laboratorium kryminalistyczne. Policja z czternastej dzielnicy przygotuje ogłoszenie dotyczące zaginięcia kobiety, a komisariat z avenue du Maine wyśle po prostu samochód patrolowy w okolice kliniki Jules-Cotard, w nadziei że dziewczyna się tam pojawi. Catherine Aumonier, świadoma, że spieprzyła sprawę, dodała jeszcze na koniec:

– Farouk, jeden z naszych strażników, wykazał się refleksem i pozbierał te włosy, które dziewczyna sobie wyrwała.

Wyjęła z kieszeni fartucha zapieczętowaną plastikową torebkę z garstką blond loków. Roxane przyjrzała się jej sceptycznie. Lepsze to niż nic, choć nie była pewna, czy wystarczy cebulek na pobranie istotnego materiału genetycznego. Nie mówiąc o tym, że próbka mogła być zanieczyszczona… Znów omiotła wzrokiem pomieszczenie i zatrzymała spojrzenie na toalecie chemicznej.

– Toaleta też została wyczyszczona?

– Oczywiście, wymieniamy zbiornik za każdym razem, gdy przyjmujemy nowego pacjenta. To działa trochę jak żwirek dla kotów.

– Tak, wiem. Proszę spróbować to odnaleźć i pobrać próbki.

– Czego pani konkretnie szuka?

Roxane wzruszyła ramionami.

– Jej moczu, kału… wszystkiego, co znajdziecie.

3

Godzina dziewiętnasta. Roxane jechała skuterem Valentine Diakité. Mroźne powietrze paraliżowało jej twarz, przenikało ją na wskroś. Palce drętwiały jej z zimna. Miała na sobie bluzkę z długimi rękawami i skórzaną kurtkę, było to jednak za mało na lodowatą noc.

Na place Denfert-Rochereau skręciła w boulevard Raspail w kierunku swojego nowego biura. Była godzina szczytu, ludzie wracali po pracy do domów. Na ulicy utworzył się korek, częściowo z powodu niekończących się robót drogowych, które szpeciły stolicę. Roxane, która mieszkała w Paryżu od urodzenia, nigdy jeszcze nie widziała swojego miasta w takim stanie. Roboty trwały od miesięcy, każda ulica i każde skrzyżowanie były rozkopane. Najgorsze, że nigdzie nie widziało się pracujących robotników. Najwyraźniej po zrobieniu wykopów byli odsyłani w inne miejsce. Nikt w merostwie nie przejmował się stanem ulic, w których całymi tygodniami ziały ogromne dziury, ogrodzone ohydnymi metalowymi barierkami w kolorze szarozielonym – tymi samymi, którymi w weekendy manifestanci rzucali w policjantów.

Roxane nie mogła oderwać myśli od sprawy „nieznajomej z Sekwany”, jak ją nazwała. Było w tym coś romantycznego. Przypomniał jej się tekst, który czytała przed egzaminami na uniwersytet, o młodej samobójczyni wyłowionej pod koniec XIX wieku pod jednym z mostów na Sekwanie. Zafascynowany urodą kobiety pracownik kostnicy potajemnie zrobił odlew jej twarzy. Ta gipsowa maska pośmiertna, wielokrotnie później kopiowana, stała się ikoną i ozdobą mieszkań ówczesnej paryskiej cyganerii. Aragon wspomniał tę postać w Aurelianie, nazywając ją „Mona Lisą samobójców”. Supervielle napisał krótki utwór na jej temat, a u Camusa stała na biurku replika tej rzeźby. Smutek i powaga malujące się na twarzy kobiety fascynowały wszystkich. Odznaczała się niezwykłą urodą: wysokie i wydatne kości policzkowe, gładka skóra, opuszczone powieki o delikatnych rzęsach i ten tajemniczy półuśmiech zastygły w wyrazie szczęścia, jakby pokonanie Styksu okazało się oczekiwanym spełnieniem.

Rue de Sèvres. Elektryczna deskorolka jadąca pod prąd wyrwała Roxane z literackich rozważań. W ostatniej chwili policjantka wykonała gwałtowny manewr, unikając zderzenia, i wyjechała z korków, skręcając w rue du Bac. Przemarznięta do kości, poprowadziła skuter przez bramę i postawiła go na sąsiednim podwórku, pod numerem 111 bis. Pchnęła masywne drzwi wieży z zegarem i z ulgą i zadowoleniem wróciła do swojego nowego biura. Ciepło, uspokajające dźwięki fortepianu, dekoracje świąteczne – wszystko to przypominało jej dzieciństwo. Poutine, kot syberyjski, podszedł do niej i zaczął się łasić.

Nie ma jak w domu…

Na drugim piętrze siedziała za biurkiem Valentine Diakité i Roxane zrozumiała, że trudno będzie się jej pozbyć.

– No i czego się pani dowiedziała? – spytała młoda kobieta z błyszczącymi oczami, szczerze zainteresowana.

Roxane wpadła na pewien pomysł. Postanowiła wykorzystać zapał doktorantki. Streściła przebieg wizyty w policyjnym szpitalu psychiatrycznym.

– Jeśli chcesz mi pomóc, to teraz! – zakończyła, wyjmując z wewnętrznej kieszeni kurtki plastikowe torebki, jedną z kosmykiem włosów, drugą z pojemnikiem z próbką moczu zaginionej. – Za pół godziny odjeżdża TGV do Lille, możesz tam być przed dziewiątą.

– W Lille?

– Tak, w Lille. Odwiedzisz Instytut Genetyki Sądowej, jedno z większych prywatnych laboratoriów w tej części Francji.

Valentine zaczęła notować w telefonie.

– Mój wydział zajmujący się poszukiwaniem zbiegów często z nimi współpracuje. Również dochodzeniówka regularnie korzysta z ich pomocy, bo wykonują analizy szybko, zwłaszcza gdy wyniki są potrzebne, zanim podejrzanego trzeba będzie wypuścić z aresztu – wyjaśniła Roxane.

– Ale nikt pani nie powierzył oficjalnie tej sprawy!

– Nikt się o tym nie dowie – odpowiedziała Roxane. – Przekaż te próbki Johanowi Moersowi.

– O dziewiątej wieczorem?

– Pora nie gra roli. To dziwak, spędza tam noce. Wyślę mu esemesa i uprzedzę o twojej wizycie.

Roxane miała nadzieję, że Valentine zrezygnuje przy pierwszej trudności, ale tak się nie stało.

– Dobra – rzuciła tylko dziewczyna, wkładając kask.

Wsadziła próbki do torebki Lady Dior i podała Roxane wizytówkę w kolorze kości słoniowej.

– Wyśle mi pani bilety i adres na maila?

– No pewnie. Będziesz z powrotem w Paryżu przed północą.

4

Roxane, zadowolona, że wreszcie jest sama, usadowiła się na klubowej kanapie, wysłała esemesa do Johana Moersa, kupiła i przesłała Valentine bilety na pociąg i zamyśliła się. Patrząc niewidzącym wzrokiem przed siebie, myślała o nagraniach z kamer monitoringu. Nieznajoma wyłowiona z Sekwany miała urodę niby banalną, ale fascynującą. Przypominała jej fikcyjne Sylvidry, piękne i niebezpieczne kobiety-rośliny utworzone z soków i włókna, które były śmiertelnymi wrogami kapitana Harlocka.

Wysłała kolejnego esemesa, tym razem do Catherine Aumonier, by przypomnieć lekarce, że czeka na obiecane nazwisko, adres i raport strażnika, który pozwolił uciec nieznajomej. Następnie zadzwoniła do szpitala Pompidou, żeby dowiedzieć się o stan Batailleya. Straciła mnóstwo czasu i musiała rozmawiać z wieloma osobami, zanim wreszcie usłyszała w telefonie głos jakiegoś lekarza. Wieści nie były dobre: Batailley oprócz obrażeń ciała doznał także poważnego wstrząśnienia mózgu. Wprowadzono go w stan śpiączki farmakologicznej, żeby móc go operować i zmniejszyć krwiaki. Stan komisarza ustabilizował się, ale cały czas nie było wiadomo, czy pacjent przeżyje.

Na koniec wysłała esemesa do Louise Veyron, koordynatorki w Departamencie Porządku Publicznego i Ruchu Drogowego, któremu podlegało Wodne Pogotowie Ratunkowe. Znały się trochę. Postanowiły zorganizować następnego dnia prywatne spotkanie z nurkiem, który wyłowił nieznajomą w nocy z soboty na niedzielę.

Pomyślała o swoim mieszkaniu – szarość, zimno, samotność, beton, nicość. Nie czuła się na siłach tam wrócić. Nie miała ze sobą żadnych rzeczy osobistych, ale postanowiła zostać w tym przytulnym miejscu, jakim okazała się wieża z zegarem.

W kuchni, na pierwszym piętrze, spostrzegła już wcześniej obok lodówki małą szafkę na wino. Szybko przejrzała jej zawartość i wybrała butelkę białego bordeaux Pessac-Léognan, Domaine de Chevalier 2011. Nalała sobie pierwszy kieliszek i wypiła go jednym haustem, tylko po to, żeby poczuć alkohol. Przy drugim już się tak nie spieszyła – wino okazało się doskonałe, o smaku lekko owocowym i dębowym, z odrobiną aromatu białej brzoskwini i orzecha laskowego. Batailley najwyraźniej był koneserem.