Wydawca: Prószyński i S-ka Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 589 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Niewidoczni Akademicy - Terry Pratchett

Zagraj w piłkę nożną z Terrym Pratchettem i Niewidocznymi Akademikami z 34. powieści o Świecie Dysku.

Magowie z tajnego uniwersytetu w Ankh-Morpork słyną z mądrości, talentów magicznych i zamiłowania do popołudniowej herbatki. Z całą pewnością jednak nie ceni się ich jako sportowców. Lord Ventinari, lokalny tyran, sugeruje rektorowi, że uniwersytet powinien przywrócić popularną niegdyś tradycję footballową i skomponować drużynę składającą się z kadry akademickiej i studentów. Profesorowie mają twardy orzech do zgryzienia. Muszą ustalić, dlaczego ich rodacy – niezależnie od wieku i statusu społecznego – przepadają za footballem. Muszą nauczyć się w niego grać. A następnie muszą wygrać mecz, nie korzystając z magii…

Terry Pratchett urodził się 28 kwietnia 1948 r. w Beaconsfield. Jako autor opowiadań zadebiutował w wieku 13 lat, a w 1971 r. wydana została jego pierwsza powieść „Dywan”, a potem kolejne „Ciemna strona słońca” (1976) i „Strata” (1981). W 1983 r. ukazała się jego pierwsza powieść z cyklu Świat Dysku – „Kolor magii". W 1998 r. został uhonorowany przez królową brytyjską Orderem Imperium Brytyjskiego za zasługi dla literatury.

Opinie o ebooku Niewidoczni Akademicy - Terry Pratchett

Cytaty z ebooka Niewidoczni Akademicy - Terry Pratchett

– Nobbs… to nietypowe nazwisko. Niech pan powie, Alf, nie jest pan przypadkiem spokrewniony ze słynnym kapralem Nobby Nobbsem ze Straży Miejskiej? Pan Nobbs przyjął to spokojnie, uznał Ridcully, uwzględniając niezręczność i brak protokołu. – Nie, sir. – Ach, zatem jakaś dalsza gałąź rodu… – Nie, sir. Całkiem inne drzewo!
– Ponadto, jak napisał w instrukcjach... – Przyjrzał się dokładniej niezbyt równemu pismu Nutta i uśmiechnął lekko. – Żadnych kontaktów seksualnych. Nie wywołało to reakcji, jakiej się spodziewał. – To znaczy, że mamy o tym nie rozmawiać? – upewnił się kierownik studiów nieokreślonych . – Nie, to byłby seks oralny – poprawił go Rincewind. – Seks oralny to słuchanie o nim.

Fragment ebooka Niewidoczni Akademicy - Terry Pratchett

Tytuł oryginału

UNSEEN ACADEMICALS

Copyright © Terry and Lyn Pratchett 2009

This edition is published by arrangement with Transworld Publishers,

a division of The Random House Group Ltd.

All rights reserved

Projekt graficzny serii

Zombie Sputnik Corporation

Ilustracja na okładce

Illustration by Paul Kidby www.paulkidby.net

Redakcja

Łucja Grudzińska

Korekta

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-7961-568-1

Warszawa 2011

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Tego samego autora polecamy:

KOLOR MAGII

*

BLASK FANTASTYCZNY

*

RÓWNOUMAGICZNIENIE

*

MORT

*

CZARODZICIELSTWO

*

ERYK

*

TRZY WIEDŹMY

*

PIRAMIDY

*

STRAŻ! STRAŻ!

*

RUCHOME OBRAZKI

*

NAUKA ŚWIATA DYSKU I, II, III

*

KOSIARZ

*

WYPRAWA CZAROWNIC

*

POMNIEJSZE BÓSTWA

*

PANOWIE I DAMY

*

ZBROJNI

*

MUZYKA DUSZY

*

CIEKAWE CZASY

*

MASKARADA

*

OSTATNI BOHATER

*

NA GLINIANYCH NOGACH

*

WIEDŹMIKOŁAJ

*

WOLNI CIUTLUDZIE

*

BOGOWIE, HONOR,

ANKH-MORPORK

*

OSTATNI KONTYNENT

*

CARPE JUGULUM

*

PIĄTY ELEFANT

*

PRAWDA

*

ZŁODZIEJ CZASU

*

ZIMISTRZ

*

STRAŻ NOCNA

*

POTWORNY REGIMENT

*

PIEKŁO POCZTOWE

*

ŁUPS!

*

ŚWIAT FINANSJERY

*

HUMOR I MĄDROŚĆ

ŚWIATA DYSKU

*

NIEWIDOCZNI AKADEMICY

*

ZADZIWIAJĄCY MAURYCY

I JEGO EDUKOWANE GRYZONIE

*

W PÓŁNOC SIĘ ODZIEJĘ

Książkę tędedykuję Robowi Wilkinsowi, który przepisał jej

większą część i był tak uprzejmy, żeśmiał się odczasu doczasu.

IColinowi Smythe zasłowa zachęty.

Pieśń bogini Pedestriany toparodia cudownego poematu

Brahma Ralpha Waldo Emersona,

WKrólewskim Muzeum Sztuki1 wAnkh-Morpork nastała północ.

Mniej więcej raz naminutę nowemu pracownikowi, Rudolfowi Scatteringowi, przychodziło dogłowy, żemoże lepiej było powiedzieć kustoszowi oswojej nyctofobii – lęku przed dziwnymi odgłosami. Awłaściwie, jak się teraz przekonał, lęku przed absolutnie wszystkim, comógłby zobaczyć (albo też, jeśli się lepiej zastanowić, czego mógłby nie zobaczyć), usłyszeć, wywąchać ipoczuć pełznące poplecach podczas tych nieskończonych godzin nocnej zmiany. Nie pomagało powtarzanie sobie, żewszystko tutaj jest martwe. Wcale nie pomagało. Oznaczało tobowiem, żeon sam się wyróżnia.

Inagle usłyszał szloch. Krzyk byłby lepszy. Kiedy człowiek słyszy krzyk, przynajmniej nie mawątpliwości. Szloch tocoś, nacoczłowiek czeka, byusłyszeć znowu, bonie jest przekonany, czy dobrze usłyszał.

Scattering drżącą dłonią uniósł latarnię. Nikogo nie powinno tubyć. Muzeum było bezpiecznie zamknięte inikt nie mógłby wejść. Ani też – cowłaśnie przyszło mu dogłowy – wyjść.

Pożałował, żeotym pomyślał.

Znajdował się wpiwnicach, które nie były najbardziej przerażającymi miejscami natrasie obchodu. Zawierały głównie stare regały iszuflady pełne rzeczy prawie – ale stanowczo nie całkiem – wyrzuconych. Muzea nie lubią wyrzucać rzeczy, ponieważ później mogą się one okazać bardzo ważne.

Znowu szloch… ijakby drapanie… ceramiki?

Azatem szczur? Gdzieś ztyłu napółkach? Ale przecież szczury nie szlochają, prawda?

– Słuchaj, naprawdę nie chciałbym tam pociebie wchodzić – oświadczył Scattering szczerze iprecyzyjnie.

Półki eksplodowały. Miał wrażenie, żedzieje się towzwolnionym tempie: odłamki ceramiki iposążków rozprzestrzeniały się, sunąc kuniemu. Upadł naplecy, arosnąca chmura przeleciała nad nim itrafiła wregały podrugiej stronie piwnicy. Zdemolowała je.

Scattering leżał napodłodze, niezdolny się ruszyć, wkażdej chwili oczekując rozerwania nastrzępy przez upiory wynurzające się zjego wyobraźni…

Ludzie zdziennej zmiany znaleźli go rankiem głęboko śpiącego iobsypanego pyłem. Wysłuchali jego bełkotliwych wyjaśnień, traktowali łagodnie izgodzili się, żeinny typ kariery byłby chyba bardziej odpowiedni dla jego temperamentu. Przez jakiś czas zastanawiali się, cowłaściwie chciał zrobić wtej piwnicy – nocni strażnicy nawet wnajlepszych chwilach sąludźmi raczej dziwnymi – ale szybko otym zapomnieli… zpowodu znaleziska.

Pan Scattering dostał potem pracę wsklepie zoologicznym przy Błonnych Schodach, ale zrezygnował potrzech dniach, bokotki patrzyły naniego wtaki sposób, żemiał koszmary. Świat bywa bardzo okrutny wobec niektórych osób. Ale Rudolf Scattering nigdy nikomu nie powiedział otej cudownie migotliwej damie trzymającej nad głową kulę. Damie, która uśmiechnęła się doniego, nim zniknęła. Nie chciał, żeby ludzie uważali go zadziwaka.

* * *

Chyba nadeszła już pora, bypomówić ołóżkach.

Lektrologia – nauka ołóżku ijego najbliższym otoczeniu – może być niezwykle użyteczna iwiele powiedzieć owłaścicielach. Choćby tylko tyle, żesąbardzo rozsądnymi iprzemyślnymi twórcami sztuki instalacji.

Łoże nadrektora Ridcully’ego naNiewidocznym Uniwersytecie toconajmniej półtora łoża, jako żemaosiem kolumn. Obejmuje niewielką bibliotekę ibarek, mieści też wsobie ukrytą, zamykaną wygódkę wcałości zmahoniu imosiądzu. Pozwala touniknąć długich wycieczek wchłodne noce, zawsze łączących się zryzykiem potknięcia okapcie, puste butelki, buty iwszelkie inne bariery, jakie spotyka naswej drodze człowiek, który modli się, bynastępną rzeczą, ojaką uderzy się wpalec, była porcelana, aprzynajmniej łatwo dawała się zmyć.

Łóżko Trevora Likely’ego znajduje się wdowolnym miejscu: napodłodze ukolegi, nastryszku jakiejś niezamkniętej stajni (costanowiło zwykle bardziej aromatyczne rozwiązanie) czy wpokoju pustego domu (choć ostatnio trudniej takie znaleźć). Czasami Trev śpi też wpracy (choć ztym stara się uważać, bostary Smeems chyba nigdy nie sypia imógłby go przyłapać). Trev potrafi spać wszędzie – itorobi.

Glenda śpi wstarym żelaznym łóżku2, którego materac isprężyny przez lata delikatnie iłagodnie uformowały się wokół niej, pozostawiając rozległe zagłębienie. Dolną powierzchnię tego legowiska powstrzymuje odzetknięcia zpodłogą ściółka bardzo tanich iżółknących powieści romantycznych ztego rodzaju, wktórym słowo „gorset” pada wsposób naturalny. Umarłaby chyba, gdyby ktoś toodkrył – amoże raczej ten ktoś byumarł, gdyby ona odkryła, żeodkrył. Napoduszce zwykle leży bardzo stary pluszowy miś Pan Kiwaczek.

Tradycyjnie, wleksykonie patosu, taki miś powinien mieć jedno oko, jednak wskutek dziecinnej pomyłki przy szyciu miał troje ibył bardziej oświecony niż przeciętne misie.

Łóżko Juliet Stollop zostało zareklamowane jej matce jako odpowiednie dla księżniczki iprzypomina mniej więcej łoże nadrektora, choć ogólnie raczej mniej, gdyż składa się zmuślinowej zasłony wokół bardzo wąskiego ibardzo taniego łóżka. Jej matka nie żyje. Można towywnioskować zfaktu, żekiedy posłanie załamało się pod ciężarem rosnącej dziewczynki, ktoś podparł jeskrzynkami. Matka dopilnowałaby przynajmniej tego, by– jak wszystko wpokoju – były pomalowane naróżowo, zmałymi koronami.

Pan Nutt skończył siedem lat, nim odkrył, żespanie – dla niektórych ludzi – wymaga specjalnego mebla.

* * *

Jest teraz druga wnocy. Duszna cisza panuje nastarożytnych korytarzach ikrużgankach Niewidocznego Uniwersytetu. Cisza zalega wbibliotece, cisza zalega wsalach. Tyle jest tej ciszy, żemożna jąusłyszeć. Gdziekolwiek dociera, zatyka uszy niczym niewidoczna wata.

Brzdęk! Delikatny dźwięk przefrunął między murami – moment płynnego złota wstyksowej ciszy.

Iznowu cisza zapanowała nad schodami. Zakłóciło jąszuranie oficjalnych ciepłych kapci Smeemsa, Świecowego Waleta, wykonującego swój obchód przez długą noc, odjednego świecznika dodrugiego, iładującego jezoficjalnego kosza. Dzisiaj dysponował pomocą (choć sądząc zokazjonalnych pomruków, nie była topomoc dostateczna) ściekacza.

Nazywano go Świecowym Waletem, ponieważ tak właśnie określono jego stanowisko wksięgach uniwersytetu, kiedy zostało utworzone prawie dwa tysiące lat temu. Utrzymywanie wsprawności świeczników, lichtarzy oraz – nie najmniej ważne – kandelabrów było pracą niemającą końca. Prawdę mówiąc, była tonajważniejsza zewszystkich prac, przynajmniej wrozumieniu Świecowego Waleta. Owszem, naciskany, Smeems pewnie byprzyznał, żewokół kręcą się ludzie wszpiczastych kapeluszach, ale ci przychodzili iodchodzili, igłównie przeszkadzali. Niewidoczny Uniwersytet nie cieszył się bogactwem okien ibez Świecowego Waleta wciągu jednego dnia zaległyby tuciemności. To, żemagowie zwyczajnie wyszliby naulicę izrojących się tłumów zatrudnili innego człowieka, który potrafi wspinać się nadrabinę zkieszeniami pełnymi świec, nawet nie przyszło mu dogłowy. Był niezastąpiony, dokładnie tak jak każdy Świecowy Walet przed nim.

Ateraz zasobą usłyszał stuk rozkładającej się służbowej składanej drabiny.

Odwrócił się gwałtownie.

– Trzymaj todraństwo! – huknął. – Chcesz dokońca życia być ściekaczem?

– Właściwie tocałkiem lubię być ściekaczem, proszę pana…

– Ha! Zanik ambicji jest przekleństwem klasy pracującej! Dawaj ją!

Świecowy Walet chwycił drabinę akurat wchwili, gdy jego pechowy pomocnik jązamykał.

– Bardzo przepraszam, proszę pana.

– Zawsze znajdzie się miejsce przy zbiorniku domaczania knotów! – Smeems dmuchał nakostki.

– Rozumiem, proszę pana.

Świecowy Walet spojrzał naszarą, okrągłą iszczerą twarz. Miała niewzruszenie przyjazny wyraz, który wydawał się lekko niepokojący, zwłaszcza kiedy się wiedziało, nacoczłowiek właściwie patrzy. Aon wiedział, cototakiego, ale nie wiedział, jak się nazywało.

– Przypomnij, jak masz naimię. Nie mogę pamiętać, jak każdemu naimię.

– Nutt, panie Smeems. Przez dwat.

– Myślisz, żetodrugiet coś zmienia, Nutt?

– Niespecjalnie, proszę pana.

– Gdzie jest Trev? Powinien dzisiaj pracować.

– Bardzo źle się czuł, proszę pana. Prosił, żebym go zastąpił.

Świecowy Walet burknął coś niechętnie.

– Musisz porządnie wyglądać, żeby pracować nad schodami, Nutts.

– Nutt, proszę pana. Przepraszam. Urodziłem się taki nieporządny.

– Przynajmniej nikt cię teraz nie widzi – przyznał Smeems. – No dobrze, chodź zamną istaraj się wyglądać mniej… No, staraj się poprostu nie wyglądać.

– Tak, proszę pana, ale myślę…

– Nie płacą ci zamyślenie, młody… człowieku.

– Postaram się go unikać, proszę pana.

Dwie minuty później Smeems stał przed Cesarzem, obserwowany przez należycie zdumionego Nutta.

Góra srebrzystoszarego łoju niemal całkowicie wypełniała odizolowane skrzyżowanie kamiennych korytarzy. Płomień tej świecy – megaświecy zbudowanej zogarków wielu, wielu tysięcy świec, jakie płonęły tuwcześniej, awszystkie pociekły izlały się wjedną wielką bryłę – był tylko lekkim blaskiem pod sufitem, zbyt słabym, bycokolwiek oświetlać.

Smeems wypiął pierś. Stanął oto wobec Historii.

– Spójrz, Nutts!

– Tak, proszę pana. Spoglądam, proszę pana. Ijestem Nutt, proszę pana.

– Dwa tysiące lat patrzą naciebie zczubka tej świecy, Nutts. Oczywiście ciebie trudniej im zobaczyć niż mnie.

– Oczywiście, proszę pana. Towspaniałe.

Smeems gniewnie rzucił okiem naokrągłą, przyjazną twarz, ale zobaczył jedynie wygładzoną, niemal przerażającą gorliwość. Lekko tylko przyszczypując kciuk, rozłożył drabinę iwspiął się poniej ostrożnie domiejsca, skąd nie mogła już doprowadzić go wyżej. Ztej bazy wypadowej kolejne pokolenia Świecowych Waletów wyryły iutrzymywały stopnie wzdłuż osiowej ściany olbrzyma.

– Naciesz swoje oczy tym widokiem, chłopcze! – zawołał zgóry, ajego typowy gniewny nastrój wydawał się nieco złagodzony zetknięciem ztąwspaniałością. – Pewnego dnia totymożesz być… człowiekiem, który wespnie się naten uświęcony łój!

Przez chwilę Nutt wyglądał jak ktoś, kto bardzo się stara ukryć minę osoby mającej szczerą nadzieję, żejej przyszłość zawiera coś więcej niż tylko wielką świecę. Był młody ipewnie dlatego nie żywił dla wieku takiego szacunku, jaki okazują osoby… no, wiekowe. Ale najego twarz zaraz powrócił ten uprzejmy nie całkiem uśmiech. Nigdy nie znikał nadługo.

– Tak, proszę pana – odpowiedział Nutt, ponieważ tozwykle działało.

Niektórzy twierdzą, żeCesarz został zapalony tej samej nocy, kiedy powstał Niewidoczny Uniwersytet, iodtego czasu nigdy nie zgasł. Zpewnością był ogromny – takie coś powstaje, kiedy przez jakieś dwa tysiące lat każdej nocy ktoś zapala grubą świecę odskwierczącego ogarka starej imocno wciska jąwciepły wosk. Oczywiście nie było już widać żadnego lichtarza – tkwił gdzieś wrozległych pokładach woskowych kaskad piętro niżej.

Mniej więcej tysiąc lat temu Niewidoczny Uniwersytet nakazał wybić duży otwór wstropie korytarza poniżej, aCesarz już wtedy sięgał tam nawysokość siedemnastu stóp. Teraz miał łącznie trzydzieści osiem stóp czystej, naturalnej, cieknącej świecy. Smeems odczuwał dumę – był strażnikiem płomyka, który nigdy nie gaśnie. Cesarz stanowił przykład dla wszystkich: światło, które nie zawodzi, ognik wciemności, latarnia tradycji. Uniwersytet bardzo poważnie traktował tradycje, przynajmniej kiedy otym pamiętał.

Atakże teraz…

Gdzieś zoddali dobiegł dźwięk, jakby ktoś nadepnął nawielką kaczkę, aponim okrzyk:

– Hej! Goń Megapoda!

Apotem rozpętało się piekło.

Jakiś… stwór wypadł zmroku.

Jest taka wyliczanka: „Ani zwierz, ani ptak, ani czerwony rak”. Ten stwór był nimi wszystkimi, adodatkowo zawierał pewne fragmenty nieznane nauce, koszmarom ani nawet kebabowi. Zpewnością było wnim coś czerwonego, dużo machania, aNutt mógłby przysiąc, żedostrzegł też wielki sandał. Zauważył szalone, rozbiegane oczy iwielki żółto-czerwony dziób, ale wtedy stwór znikł już wgłębi innego mrocznego korytarza. Bezustannie wydawał przy tym ten sam głuchy, skrzeczący odgłos, jaki wytwarzają polujący nakaczki, nim zostaną zastrzeleni przez innych polujących nakaczki.

– Hej! Goń Megapoda! – Nie było jasne, gdzie rozlega się towołanie. Zdawało się, żedobiega zewsząd. – Tam skacze! Hej, goń Megapoda!

Krzyk podjęto zewszystkich stron izcieni wkorytarzach – prócz tego, którym uciekła bestia – wygalopowały niezwykłe kształty; wmigotliwym świetle Cesarza okazały się ciałem profesorskim uniwersytetu. Każdego maga niósł nabarana mocny uczelniany portier wmeloniku. Dobiegu zachęcały ich butelki piwa, zgodnie ztradycją zwisające nasznurkach zdługich patyków, tuż poza zasięgiem portierów.

Smętne kwakanie zabrzmiało ponownie wpewnej odległości; któryś zmagów machnął laską wpowietrzu.

– Ptaszek odlatuje! – zawołał. – Hej, goń Megapoda!

Zderzający się magowie, którzy podkutymi butami swych wierzchowców połamali już chwiejną drabinę Smeemsa, ruszyli natychmiast, przepychając się iwalcząc olepszą pozycję.

Jeszcze przez chwilę rozbrzmiewało woddali „Hej! Goń Megapoda!”. Kiedy Nutt był już pewien, żeuczeni odjechali, wyczołgał się zkryjówki zaCesarzem, podniósł to, copozostało zdrabiny, irozejrzał się.

– Proszę pana?! – zawołał.

Nad sobą usłyszał mruknięcie. Spojrzał wgórę.

– Nic się panu nie stało?

– Wżyciu nie czułem się lepiej. Widzisz moje stopy?

Nutt uniósł latarnię.

– Tak, proszę pana. Zprzykrością informuję, żedrabina się połamała.

– No tozrób coś ztym! Jatumuszę się skoncentrować nachwycie!

– Myślałem, żenie płacą mizamyślenie, proszę pana.

– Nie próbuj być taki sprytny!

– Czy mogę spróbować być dostatecznie sprytny, bysprowadzić pana nadół, proszę pana?

Odpowiedzią był surowy brak reakcji. Nutt westchnął isięgnął dodużej płóciennej torby znarzędziami.

Smeems wisiał nazawrotnie wysokiej świecy iwdole słyszał tajemnicze drapania ibrzęki. Potem, wciszy itak nagle, żeaż syknął, zaostrzony kształt wyrósł obok niego, kołysząc się delikatnie.

– Skręciłem razem trzy drągi odgasideł, proszę pana – oznajmił zdołu Nutt. – Ipewnie widzi pan umocowany naczubku hak dokandelabru, tak? Jest też lina. Widzi jąpan? Myślę, żejeśli uda się panu zarzucić pętlę naCesarza, nie będzie się zbytnio ześliz­giwać, więc będzie pan mógł opuścić się wolno napodłogę. Aha, jest też tam pudełko zapałek.

– Poco? – zdziwił się Smeems, sięgając dohaka.

– Trudno nie zauważyć, proszę pana, żeCesarz zgasł – odparł grzecznie głos zdołu.

– Nie, wcale nie zgasł.

– Chyba przyzna pan, żejednak tak, ponieważ nie widać…

– Wnajważniejszym dziale tego uniwersytetu nie mamiejsca dla osób zesłabym wzrokiem, Nutts!

– Proszę owybaczenie. Nie wiem, comnie opętało, proszę pana. Teraz widzę płomień!

Zgóry dobiegł odgłos pocieranej zapałki iplama żółtego światła rozlała się nasuficie, kiedy świeca, conigdy nie gaśnie, została ponownie zapalona. Wkrótce potem Smeems bardzo delikatnie opuścił się napodłogę.

– Brawo, proszę pana – rzekł Nutt.

Świecowy Walet strzepnął zzatłuszczonej koszuli strużkę zakrzepłego wosku.

– Dobrze – mruknął. – Będziesz musiał tuwrócić rano, żeby zdjąć…

Ale Nutt wspinał się już polinie jak pająk. Podrugiej stronie świecy coś brzęknęło głośno, gdy spadły nadół drążki gasideł, apotem chłopak zjechał polinie zhakiem pod pachą. Ijuż stał, pełen gorliwości iwyszorowanej (choć ubogo odzianej) skuteczności. Było wtym coś drażniącego. Świecowy Walet nie był przyzwyczajony dotakiej postawy. Uznał, żemusi trochę chłopaka przyhamować, dla jego własnego dobra.

– Wszystkie świece nauniwersytecie mają być zapalane knotem odświecy, która jeszcze się pali, mój chłopcze – rzekł surowo. – Skąd wziąłeś te zapałki?

– Wolałbym nie mówić, proszę pana.

– Tomnie nie dziwi, wcale nie. Ateraz gadaj, chłopcze!

– Nie chcę, żeby przeze mnie ktoś miał kłopoty, proszę pana.

– Taniechęć dobrze otobie świadczy, ale muszę nalegać – rzekł Świecowy Walet.

– No… wypadły panu zkieszeni, kiedy pan wchodził nadrabinę.

Wodległym korytarzu zabrzmiał ostatni okrzyk:

– Megapod schwytany!

Ale wokół Cesarza cisza słuchała zrozdziawionymi ustami.

– Pomyliłeś się, Nutts – oświadczył wolno Smeems. – Gdybyś był uważniejszy, przekonałbyś się chyba, jak sądzę, żeupuścił jektóryś zdżentelmenów.

– Atak, rzeczywiście, tak musiało być, proszę pana. Muszę się nauczyć, bynie wyciągać pochopnych wniosków.

Iznowu Świecowy Walet doznał uczucia chwilowego zagubienia.

– No cóż, wtakim razie nie będziemy już dotego wracać – wykrztusił jedynie.

– Acowłaściwie się przed chwilą działo, proszę pana? – spytał Nutt.

– Ach, tamto… Toelement któregoś zniezwykle istotnych magicznie działań dżentelmenów, mój chłopcze. Jest niezbędny dla właściwego działania świata, topewne, nie maco… Może nawet kierowali gwiazdy nasłuszne drogi. Tojedna ztych rzeczy, których musimy tupilnować, rozumiesz – dodał, chytrze wślizgując się domagicznego towarzystwa.

– Tylko żetowyglądało jak chudy człowiek zdużą drewnianą kaczką nagłowie.

– Wiesz, może rzeczywiście tak towyglądało, kiedy się chwilę zastanowić, ale todlatego, żetak właśnie wygląda dla takich ludzi jak my, którzy nie zostaliśmy obdarzeni okularystycznym widzeniem.

– Chce pan powiedzieć, żetotaka metafora?

Smeems wytrzymał tocałkiem nieźle, biorąc pod uwagę okoliczności, które obejmowały wypłynięcie natakie głębiny, żepąkle przyczepiały się dojego bielizny.

– Zgadza się – przyznał. – Tomoże faktycznie meta jakiegoś fora, który nie wygląda tak głupio.

– Otóż to, proszę pana.

Smeems spojrzał naNutta. Tonie jego wina, myślał. Nic nie poradzi nato, jaki jest.

Nachwilę ogarnęła go niezwykła czułość.

– Bystry zciebie chłopak – przyznał. – Nie mażadnych powodów, żebyś pewnego dnia nie został głównym ściekaczem.

– Bardzo panu dziękuję – odparł Nutt. – Ale jeśli pan pozwoli, toliczyłem raczej nacoś bardziej naświeżym powietrzu, żetak powiem.

– Ale… tomoże być dość… trudne, można bysądzić.

– Tak, proszę pana. Wiem.

– Bowidzisz, wiele jest… rozumiesz, nie chodzi omnie, ale o… no… oludzi. Sam wiesz, jacy sąludzie.

– Tak. Wiem, jacy sąludzie.

Wygląda jak strach nawróble, gada aligancko jak któryś zdżentelmenów, myślał Smeems. Bystry jak strumyk, brudny jak szambo. Miał ochotę poklepać młodego… no, młodego podziwnie kulistej głowie, ale się powstrzymał.

– Lepiej zostań nadole, przy zbiornikach – poradził. – Miło iciepło, masz własne posłanie, jest przytulnie ibezpiecznie, nie?

Kujego uldze chłopak nie odpowiedział. Ale kiedy wracali już przez mroczne korytarze, zapytał wzamyśleniu:

– Tak się zastanawiam, proszę pana… Ile razy taświeca, która nigdy nie gaśnie… nie zgasła?

Smeems zdusił wgardle zgryźliwą ripostę. Coś mu mówiło, żenadalszą metę spowoduje tym tylko kłopoty.

– Świecy, która nigdy nie gaśnie, trzy razy nie udało się zgasnąć, odkąd zostałem Świecowym Waletem, mój mały – rzekł. – Torekord.

– Godne pozazdroszczenia osiągnięcie, proszę pana.

– Tak jest! Itopomimo tych wszystkich dziwności, jakie się ostatnio zdarzają.

– Naprawdę, proszę pana? Zdarzają się ostatnio rzeczy dziwniejsze niż zwykle?

– Młody… człowieku, tozdarza się tutaj bez przerwy.

– Jeden zchłopców zezmywalni mówił, żewszystkie toalety napoziomie tesseraktycznym zmieniły się wczoraj wowce – wyznał Nutt. – Chciałbym tozobaczyć.

– Natwoim miejscu nie wychodziłbym dalej niż zmywalnie – rzekł pospiesznie Smeems. – Inie zwracaj uwagi nato, corobią dżentelmeni. Musisz pamiętać, żetonajświetniejsze umysły tego świata. Gdybyś ich zapytał… – Przerwał namoment, bywymyślić coś naprawdę trudnego. – Ile jest 864 razy 316…?

– 274 024 – mruknął Nutt, nie całkiem pod nosem.

– Co? – zdziwił się Smeems.

– Tak tylko głośno myślę, proszę pana.

– Aha. No dobrze… Właśnie otochodzi, rozumiesz. Podadzą ci odpowiedź, zanim mrugniesz. Najświetniejsze umysły naświecie – dodał Smeems, który wierzył wdowodzenie prawdy metodą powtarzania. – Najświetniejsze umysły. Zajęte sprawami wszechświata. Najświetniejsze…

* * *

Reszta w pełnej wersji

1 Wmieście Ankh-Morpork formalnie panuje tyrania, która nie zawsze jest tym samym comonarchia. Nawet samo stanowisko tyrana zostało przedefiniowane – przez piastującego jeobecnie lorda Vetinariego – jako jedyna forma demokracji, która działa. Każdy maprawo głosu, chyba żezostanie go pozbawiony zpowodu wieku albo niebycia lordem Vetinarim.

Ajednak system działał. Coirytowało pewną liczbę osób uważających, żejednak nie powinien, iktóre wolałyby zamiast tego monarchę. Pozwoliłoby toczłowieka, który osiągnął swoją pozycję dzięki sprytowi, głębokiemu zrozumieniu zasad działania ludzkiej psyche, oszałamiającej dyplomacji oraz pewnej sprawności wposługiwaniu się sztyletem, atakże – codoczego wszyscy się zgadzali – umysłowi niczym perfekcyjnie zbalansowana piła tarczowa, zastąpić człowiekiem, który zajął tostanowisko dzięki temu, żesię urodził (trzecia możliwość, bymiastem rządzili wybierani szacowni członkowie społeczności, którzy obiecają, żenie będą się wywyższać ani przy każdej okazji zdradzać publicznego zaufania, natychmiast stała się tematem żartów wcałym mieście).

Mimo tokorony wisiały – jak tomają wzwyczaju – nad Pocztą Główną, nad Bankiem Królewskim iMennicą, atakże, nie najmniej ważna, nad samą rozległą, kłótliwą, hałaśliwą jaźnią samego miasta. Jest wiele odmian ciemności imożna wnich znaleźć wiele rzeczy uwięzionych, wygnanych, zagubionych czy ukrytych. Czasami uciekają. Czasami zwyczajnie wypadają. Aczasami poprostu mają dość.

2 Trzeba raczej powiedzieć, żeoficjalnie sypia wstarym żelaznym łóżku; wrzeczywistości większą część snu realizuje wwielkim iprastarym fotelu wnocnej kuchni, gdzie niemal opanowała sztukę radzenia sobie wogóle bez porządnego spania. Pobokach poduszek tego mebla zsuwało się ispływało tak wiele okruchów, łyżeczek, kawałków surowego ciasta, książek irozlanych napojów, żemógł już ukrywać w