Niewiasty, bądźcie ostrożne! - Tadeusz Dołęga-Mostowicz - ebook + książka

Niewiasty, bądźcie ostrożne! ebook

Tadeusz Dołęga-Mostowicz

4,0

Opis

Tadeusz Dołęga-Mostowicz (1898-1939) – to najpoczytniejszy polski autor w dwudziestoleciu międzywojennym. Twórca takich nieprzemijających przebojów czytelniczych, jak Kariera Nikodema Dyzmy czy Znachor, żeby wspomnieć tylko te najbardziej znane.

Wbrew powszechnemu mniemaniu powieść Kariera Nikodema Dyzmy, wydana w 1932 roku, nie była jego debiutem jako człowieka pióra. Na przełomie lat 1924/1925 T. Dołęga-Mostowicz został felietonistą dziennika „Rzeczpospolita”. We wrześniu 1927 roku za swoje cięte i bezkompromisowe publikacje zapłacił ciężkim pobiciem przez „nieznanych sprawców”. Napastnicy poruszali się, jak wykazało śledztwo, samochodem komendanta głównego Policji Państwowej.

Tom zawierający opisy i komentarze dotyczące życia społecznego i dnia codziennego, który oddajemy w Państwa ręce, jest swoistym literackim dokumentem epoki i drugą częścią zbioru ponadczasowych w swojej wymowie felietonów i opowiadań, które Tadeusz Dołęga-Mostowicz napisał przed rozpoczęciem błyskotliwej kariery powieściopisarskiej.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 172

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (6 ocen)
2
2
2
0
0

Popularność




Wstęp

Na tom drugi Tekstów niewydanych składają się utwory aż trzech gatunków literackich: wczesne opowiadania, kilkadziesiąt felietonów z cyklu Uwagi, Notatnik i jedyny bodaj w twórczości TDM reportaż z samochodowego Rajdu Polski – 1928 r.

Omówienie wszakże tych tekstów zacznę od felietonów. One bowiem stanowią swoiste „okno na świat” autora i pole jego obserwacji.

Felieton w gazecie codziennej to dziennikarstwo szalenie trudne, to swoiste echo każdego dnia, a zarazem pogłos Historii dla potomnych. Trzeba więc nie tylko zdolności władania piórem, ale przede wszystkim spostrzegawczości, zmysłu selekcji wydarzeń, umiejętności wydobywania tego, co jednostkowe a wspólne dla pokoleń, odwagi przeciwstawiania się obiegowym sądom i przekonaniom, głoszenia własnych sadów i poglądów. No i dużej porcji poczucia humoru wobec świata, samego siebie i czytelnika gazety.

Co zauważał Mostowicz w latach 1925–28, w burzliwym czasie przemian politycznych (majowy zamach stanu 1926), gospodarczych (wprowadzenie nowego pieniądza – złotówki – 1924), społecznych (migracje ludności), prawnych i obyczajowych? Oczywiście, krótki felieton w gazecie codziennej to nie traktat, rozprawa czy referat. A i czytelnik szczególny, niezbyt wyrobiony intelektualnie, społecznie i kulturowo. Chciał więc go „uczyć bawiąc, bawić ucząc”. Podejmował w wybranych do tego tomu felietonach tematy społeczne stanowiące bolączki dnia codziennego. Najpierw tedy ułomne prawo lokatorskie, trudne sprawy mieszkaniowe. Brak lokali, paskarskie ceny ich wynajmu, dublowana etykieta kamieniczników. A potem wyliczanka społecznych „siedmiu grzechów głównych”: życie nad stan, snobizm środowiskowy, marnotrawstwo dóbr i pieniądza, ale przede wszystkim twórczych talentów, inercja społeczna, negatywizm i bezideowość. I rozpanoszone po I Wojnie chamstwo półinteligentów, a właściwie półludzi, którzy (…) jeszcze z małp nie wyrośli, apele o higienę codzienną, o mycie się dosłowne i powszechne. I kult niekompetencji w wielu dziedzinach z polityką włącznie, gdzie szewc chleb piecze, piekarz buty szyje (…) maszynista oświatą się zajmuje (…) agronom sprawiedliwością.

„Wszystko już było” powie w tym miejscu Czytelnik. Tak też mówi i TDM – felietonista. Widzi wszakże różnice: dawniej się tego wstydzono, a dziś nie. Warto może wnikliwie wczytać się w słowa sprzed blisko już stu lat, z okresu pierwszej dziesiętnicy Wolności…

Ten tom Tekstów niewydanych przynosi także pierwociny literackie Dołęgi. Debiutancka drobnostka Sen pani Tuńci jest jedynie dość zabawną humoreską, niewartą może uwagi, gdyby nie pewien fakt świadczący, jak mocno osadzony był Mostowicz w swoim czasie, w swojej rzeczywistości. W tym literackim drobiazgu ujął ironicznie powszechne w latach dwudziestych zainteresowanie zjawiskami parapsychologicznymi, okultystką, naukami tajemnymi. W swej dojrzałej twórczości Mostowicz będzie to zjawisko często przedstawiał. Wystarczy powołać się tu na powieść Doktor Murek zredukowany, w której ukazuje podskórny mechanizm owych zjawisk parapsychologicznych i „czarnej magii”. Bohaterka tej opowiastki, pani Tuńcia, to zapowiedź wielu postaci kobiecych z wyższych i średnich warstw społecznych w kolejnych powieściach Dołęgi.

Wyraźnie inny charakter ma Opowieść o duchu. Z przedwczoraj. O tym, że był to tekst ważny dla samego autora świadczy znamienny fakt: oto Sen pani Tuńci podpisany był monogramem: T.M., Opowieść o duchu zaś pełnym nazwiskiem i po raz pierwszy użytym przydatkiem herbowym: T. Dołęga-Mostowicz. Na oczach więc czytelnika następuje przemiana: dziennikarz-felietonista staje się literatem-pisarzem.

Ale to nie koniec zaskoczeń: opowiadanie drukowane jest w dniu 3-im maja 1925 roku, najważniejszego wówczas święta narodowego, w dniu rewii Ducha polskiego, jego nieużytej tężyzny, jego żywotności i siły. Tekst Dołęgi wyraźnie wpisuje się w patriotyczną tradycję obchodów święta Trzeciego Maja, eksponując zapomniany, a ważny, fragment historii narodu polskiego, sprawę prześladowań Polaków – wyznawców religii katolickiej na kresach litewsko-podlaskich. Według przynależności religijnej władze carskie ustalały na tych terenach przynależność narodową. Pod koniec XIX wieku carat rozpoczął akcję wynarodowiania Polaków, mieszkańców tamtych regionów, przez przymusowe przypisywanie ich do wyznania prawosławnego. Oznaczało to przymusową rusyfikację dziesiątków tysięcy ludzi. Bohaterska więc walka katolików, ich opór wobec działań caratu, nabierały charakteru oporu narodowo-patriotycznego. Szczególną role w tej walce spełniali katoliccy księża-patrioci, mobilizujący i organizujący opór mas chłopskich, głównie w formach nadawania obrzędom religijnym wymiaru patriotycznego.

Fakt, że bohaterem opowieści uczynił Dołęga ks. Jana Tucholskiego, postać realną, noszącą prawdziwe imię i nazwisko, świadczy wyraźnie o wspomnieniowym, autobiograficznym charakterze tekstu. Dorastający na tym terenie autor z pewnością znał i spotykał takie postaci, jak ks. Jan Tucholski. Na marginesie warto zaznaczyć, że Mostowicz w całej niemal swej twórczości wykorzystywał własne doświadczenia życiowe, sytuacje, spotykanych ludzi, ich charaktery i przeżycia. Warto także przypomnieć, że podejmując tak ważne i trudne sprawy z kart naszej historii, miał TDM wielu wybitnych poprzedników, a i współczesnych: Konopnicka, Żeromski, Weyssenhoff, Junosza-Szaniawski, a nade wszystko Reymont. Jego opowiadania i wstrząsający reportaż Z ziemi chełmskiej znał Dołęga z pewnością, a nawet posłużył się w opowiadaniu wprowadzeniem Reymontowego stylu w opisie ataku Kozaków na bezbronnych, zgromadzonych przed kościółkiem chłopów.

Opowiadanie Szloch nawiązuje z kolei do wydarzeń wojennych 1920 r. i jest melodramatyczną opowiastką o przeżyciach młodocianego oficera polskiego, opiekującego się grupą młodych panien w sytuacji wojennego zagrożenia. I również w tym opowiadaniu wątki biograficzne Mostowicza są wielce prawdopodobne.

Ostatnie opowiadanie z cyklu debiutanckich Taki już zwyczaj mówi o tragicznym losie Polaka-czerwonoarmisty, który gnany tęsknotą chce na Wigilię Bożego Narodzenia przedrzeć się przez granicę do Polski, aby wieczór wigilijny spędzić z bliskimi.

Drugi tom Tekstów niewydanych zamyka jedyny w całym dorobku Mostowicza reportaż, a więc opis wydarzenia ogólnie znanego i aktualnego, w którym udział bierze także sam autor. Jest to dziennikarskie sprawozdanie Benzynowa eskapada z automobilowego Rajdu Polski 1928 r. Było to jedno z najważniejszych w pierwszych latach niepodległości wydarzeń sportowych propagujących piękno i walory krajobrazu ziemi, a zarazem wielkie święto „czaru czterech kółek”. Jednego z takich entuzjastów wysłała jako swego sprawozdawcę „Rzeczpospolita”. Mostowicz od dziecka fascynował się autami. Mając lat jedenaście już prowadził ojcowski samochód. W latach trzydziestych, w czasie największej popularności jego dzieł, zmieniał samochody na coraz nowocześniejsze i wytworniejsze. Mówił: „wolę buicka od pomnika”, a jego dwunastocylindrowy wóz tej właśnie marki, znany każdemu mieszkańcowi Warszawy, był bardziej popularny niż bugatti samego Marszałka J. Piłsudskiego.

Ten motyw rajdów, szybkich przejazdów i wyścigów, jako sposób bycia wyższych sfer wykorzystywał Mostowicz wielokrotnie, by odwołać się tu do ostatniej powieści Pamiętnik pani Hanki (1939).

Wczesne felietony, próby literackie i reportaż Mostowicza zebrane w tym tomie dają możliwość konfrontowania naszej rzeczywistości z przeszłością. Co się zmieniło, a co pozostało niezmienione, co jest dziś lepsze, a co gorsze, w którą stronę zmierza nasz świat, nasz sposób bycia, nasze upodobania i właściwości, nasze charaktery, obyczaje i poglądy?

 

Józef Rurawski

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nota redakcyjna

Ponieważ język czasów, w których powstawały utwory Dołęgi-Mostowicza, różni się znacznie od tego, którym posługujemy się obecnie, aby ułatwić Czytelnikowi lekturę, uwspółcześniliśmy fonetykę i interpunkcję. Wyrazy, zwroty, w tym zwroty obcojęzyczne, niektóre nazwiska czy wydarzenia opatrzyliśmy przypisami, które Czytelnikom w mniejszym stopniu zaznajomionym z realiami czasów powstania tych tekstów mogą pomóc w ich zrozumieniu.

1925

SEN PANI TUŃCI

Było to o godzinie 2 po północy. W błękitnej sypialni państwa Włodkostwa Porelskich rozległ się ostry krzyk przerażenia i jednocześnie pani Tuńcia, przebiegłszy bosymi nożętami dwa metry dywanika dzielącego jej łóżko od łóżka małżonka, wpadła w ramiona nieprzytomnego ze snu Włodka.

– Tuńciu! Na Boga, co się stało?

– Och, och, och, takie straszne… ja nie mogę…

– No dobrze, złotko, ale co straszne? – wytrzeźwiał małżonek.

– Okropne, powiadam ci, tak się długo nachylał i nachylał – taki wstrętny brrr… tłusty!

– Ale kto?

– Nasz dozorca domowy… a później twarz mu się skrzywiła, jakby chciał kichnąć… i nie mógł… Raptem nachylił się zupełnie i ugryzł mnie…

– Tuńciu! Ty masz gorączkę! Przecie tu nikogo oprócz mnie nie ma. Przyśniło się memu jarząbkowi…

– Nie, nie, nie! To było naprawdę, bo mnie jeszcze boli – miał takie żółte ogromne zęby…

– Ale gdzie ugryzł cię ten… potwór?

Pani Tuńcia mięciuchnym ruchem przytuliła się do męża i drżącymi jeszcze usteczkami szepnęła:

– W… brzuszek…

Tu już Włodek nie znalazł w sobie dość powagi, by ocenić całą wagę rewelacji i wybuchnął głośnym śmiechem:

– A to gałgan! W brzuszek, cha-cha-cha, w brzuszek ugryzł moje maleństwo, mego jarząbka, moje kociątko… moje złocią…

Dalszy potok słów przerwał bezapelacyjnie różowy knebelek ust pani Tuńci. Po długim pocałunku nastąpił drugi, jeszcze przeciąglejszy – później przy świetle błękitnej ampli zbadać musiał niewierny Tomasz miejsce uszkodzone przez straszliwą wizję senną. Chociaż śladów nie znaleziono żadnych, pani Tuńcia utrzymywała, że muszą być, że się boi i że już do swego łóżka nie wróci.

I nie wróciła.

Od rana postanowiła pani Tuńcia rozwiązać za wszelka cenę tajemnicę snu, co do którego nie wątpiła ani na chwilę, że jest jakąś przepowiednią, czy ostrzeżeniem z innego świata. Jedyną komplikująca okolicznością wydawała się Tuńci nadmierna otyłość dozorcy domowego, który przecie w rzeczywistości jest chudy jak szczapa. Zainterpelowana w tej sprawie pokojówka Magdalenka znalazła proste wyjaśnienie:

– O, proszę pani, ten Grzegorz, to cwaniak. On raz nawet za kobitę się przebrał i nikt by go nie poznał, żeby nie wąsy. A we śnie to i tłusty się zrobi, dla niego to żadna sztuka! Ale na snach to się zna tylko Michałowa od pana derektora. Bo i nasza Józia niby udaje, że rozumie – ale gdzie tam.

Kucharka Józia przyniosła sennik. Co to za rozumna książka, wszystko w niej stoi wypisane akuratnie według alfabetu: Adwokata widzieć we śnie… Adresować we śnie… Areszt widzieć we śnie… itd. Na zatłuszczonych kartach tajemnej mądrości z zaświatów pod literą „d” znalazła: „Dozorcę widzieć we śnie: znaczy słabość w rodzinie, radość i smutek, list z drogi i spotkanie o wieczornej porze”.

– A co znaczy, jeżeli dozorca ugryzie kogo? – zapytała pani Tuńcia, słuchająca z namaszczeniem wyroczni.

– Gryźć to, proszę pani, jak czasem: albo przyjazd dalekiej krewnej, albo przegrana na wyścigach. Ale ja myślę, że najprędzej to pożar, bo jak mój narzeczony śnił, że go krowa ugryzła, to zaraz był pożar.

Pani Tuńci nie wystarczyły jednak te tłumaczenia i posłała po ową Michałową, która, jak ulica długa, miała sławę nieprześcignionej znawczyni „marzeń sennych”. Jej sława sięgała nawet do placu Dąbrowskiego, gdzie często musiała chodzić do jenerałowej, której jeszcze w roku 1908 przepowiedziała wojnę i że jenerała na wojnie zabiją. Wprawdzie wojna wybuchła sześć lat później, a ś. p. jenerał zmarł na apopleksję dopiero po niej, jednakowoż Michalowa zyskała sławę koneserki, która potrafiła przewidzieć, że jedzenie śliwek w łódce, widziane we śnie, to nic innego, tylko śmierć na wojnie.

Nic więc dziwnego, że Pani Tuńcia z najwyższym zniecierpliwieniem oczekiwała wieszczki, co odkryje przed nią tajnię przyszłości. W międzyczasie przyszły dwie przyjaciółki, które wraz z Tuńcia omówiły szczegółowo całą sprawę i jednogłośnie zawyrokowały, że sen jest rzeczywiście okropny i na pewno coś znaczy.

– A czy został ślad zębów? – zapytała Stella.

– Włodek mówi, że nie, ale on umyślnie, żeby mnie uspokoić…

– Ach! – krzyknęła Wanda. – Powiedz, jak to pan Włodek… no jak… on… sprawdzał?..

– Wiesz, moja droga… – zarumieniła się Tuńcia.

Dalszą rozmowę przerwało przybycie Michałowej. Korpulentna jej postać z rękami złożonymi godnie na białym fartuchu wzbudzała szacunek i zaufanie. Po wysłuchaniu historii snu, zapytała:

– Gryzł, to gryzł – ale z której strony: z prawej, czy z lewej?

– O tu – w samym środku.

– Żeby Grzegorz był kawaler, to by znaczyło zmianę pogody, ale tak to ja proszę wielmożną panią na osobność, bo tu nie mogę mówić.

W sąsiednim pokoju, gdy się drzwi zamknęły, Michałowa zaczęła kiwać głową i powiada:

– Ach, paniusiu, ten sen nieomylnie znaczy, że paniusia będzie rodzić nieprawe dzieciątko…

– Jak to? Jak to? – przeraziła się Tuńcia – przecie ja mam męża i bardzo się kochamy… to niemożliwe. Co Michałowa prawi!?

– Nie ja gadam – sen gada. Tak, paniusiu nic nie poradzę.

Pani Tuńcia była ogromnie przygnębiona. Gdy wyszła Michałowa, pożegnała swoje przyjaciółki ze łzami w oczach, zapewniając, że nie może im nic powiedzieć. Poszły urażone, a Tuńcia płakała aż do 4-ej, kiedy Włodek przyjechał na obiad. Oświadczyła mu stanowczo, że koniecznie musi się z nim rozwieść, padła w jego ramiona i znowu płakała. Po długich prośbach i gorących zaklęciach wreszcie wyznała. Pan Włodek, pomimo swoich lat 27, był trzeźwym i praktycznym człowiekiem. W sny naturalnie nie wierzył, lecz wiedział, że nie potrafi przekonać małżonki. Wtem błysnęła mu świetna myśl: Inscenizacja… klin – klinem…

– Wiesz, moja złota, że jestem zdumiony: jak możesz wierzyć głupiej babie, ty, kobieta inteligentna?

– Tak, Włodku, ale ona zna się na snach…

– Nic się nie zna – krzyknął – nie może się znać, tu trzeba wiedzy, studiów, statystyki, okultyzmu, spirytyzmu, hipnotyzmu! Rozumiesz? Jasno-widze-nia… dze-nia! Na-u-ki! Jeżeli chcesz wiedzieć naprawdę, co sen znaczy, to pójdziemy do znakomitego maga indyjskiego, który właśnie przyjechał z Kalkuty…

– Dobrze… – przemówiła, ocierając zapłakane oczęta pani Tuńcia – ale zaraz, dzisiaj.

– To niemożliwe, trzeba najpierw zamówić godzinę. Zaraz to zrobię. Zamówię na jutro o 7-ej wieczór. Dobrze?

Należało szybko działać. Włodek zastał swego przyjaciela aktora z Poznania, który przyjechał starać się o engagement[1] do stolicy, w jego pokoju hotelowym w Bristolu. Kwestię omówiono szybko i dokładnie. Aktor miał odegrać w życiu rolę uczonego okultysty imieniem Dżabeth-Kature i po zainscenizowaniu lekarsko-hipnotycznego badania zawyrokować, iż sen oznacza długotrwałe szczęście rodzinne. Ponieważ jednak musi bezwarunkowo przed 3-cią jutro wyjechać, ułożono wizytę Tuńci na 1-ą po południu. Włodek w żaden sposób nie mógł jej towarzyszyć, gdyż jego interesy wymagały obecności w banku.

Nazajutrz pani Tuńcia, przeprowadzona przez skaptowanego już wczoraj portiera, złożyła wizytę wszechwiedzącemu Dżabeth-Kature. Wszystko poszło jak po maśle. Tuńcia uwierzyła i odtąd życie Porelskich jest prawdziwą idyllą.

Nie przeszło jeszcze 10 miesięcy, a szczęśliwemu małżeństwu urodził się syn. Właśnie wczoraj byłem na chrzcinach. Zastanowił mnie ponury wyraz twarzy Włodka.

– Co ci jest, wariacie?

– Wiesz, że dostaję obłędu. Przecież… urodziło się dziecko i może Michałowa wówczas miała rację… O ja nieszczęsny…

– Głupcze! Przecie nie rozstawałeś się z żoną! Co za podejrzenie?

– Tak… nie rozstawałem się wcale za wyjątkiem tej… wizyty w Bristolu… o podlec! o łotr!

– Czyż ty jesteś pewien, że ten syn nie twój?

– Może i mój, ale jeżeli sny się sprawdzają i Michałowa miała rację…

Biedny, biedny Włodku!

[1] Engagement (franc.) – angaż.

1925

Z PRZEDWCZORAJOpowieść o duchu

Dziś, kiedy się już czujemy tak mocno na swoich śmieciach, że nikomu nawet do głowy nie przyjdzie martwić się złym humorem p. Lloyd George’a[1] czy kremlińską pogodą, a nawet pokpiwamy sobie z powrotu jego Hindenburskiej[2] mości, dziś możemy już śmiało się przyznać, że jeszcze rok, dwa temu wielu z nas, chociaż za żadne skarby do tego byśmy się nie przyznali, z obawą i powątpiewaniem patrzyło w przyszłość.

Minęło. Nie tylko nikt w kraju, lecz i nikt za granicą nie wierzy już w bzdurę sezonowości Polski. Mamy wszystko, co nam nienaruszalność państwa gwarantuje: zdrowy pieniądz, dzielną armię i trzeźwą głowę. Byle duch był mocny, a wieki kpić sobie będziemy z wszelkich wiatrów od wschodu czy zachodu.

Dziś właśnie jest dzień rewii Ducha polskiego, jego nieugiętej tężyzny, jego żywotności i siły. Cóż więc dziwnego, że w pamięci naszej przesuwa się długi szereg postaci historycznych, które przeszły tryumfalnym pochodem przez pasmo naszych dziejów, niosąc w piersiach żagiew płonących serc, świetlanym duchem promieniując i dzień po dniu świadcząc o istnieniu Narodu polskiego. Przeszli wspaniałym korowodem, jak w polonezie Chopina akordami potężnych myśli, słów i czynów... Chrobry, Śmiały i Krzywousty, Batory, Sobieski, Kościuszko, Kopernik, Śniadeccy, Kalinka, Jan z Czarnolasu, Skarga, Sarbiewski, Staszic, Kołłątaj, Trójka Wieszczów, Norwid i Chopin, Wit Stwosz i Matejko, Prus i Sienkiewicz, Wyspiański, Konopnicka, Mochnacki, Lelewel i Traugutt... Ha, kto by ich wszystkich wyliczył, te gwiazdy pierwszej wielkości na niebie naszej wielkości dziejowej…

Lecz o ileż więcej jest nieznanych Prometeuszy Ducha Polskiego… O ileż więcej tych, których los do mniejszych ról historycznych przeznaczywszy, tym niemniej pożytecznymi uczynił.

Niech mi wolno będzie w ten dzień uroczysty, w to największe święto, jakie co roku obchodzimy na cześć wielkości naszego Ducha narodowego, z lamusa wspomnień wydobyć skromną sylwetkę.

Nazywał się ks. Jan Tucholski i był proboszczem w jednym z miasteczek Wileńszczyzny. Stary był, ale mocny, zdrów i wesół. Na parafii od lat kilkunastu siedząc, zdobył sobie serca i sympatie wszystkich wokoło. W kościele się modlił, na plebanii zrzędził, w sąsiedztwie bywając w winta grywał, biednych datkiem, a wątpiących słowem wspierał, pasieczki swojej doglądał. Ot, ksiądz proboszcz i już. Niczym się od tysiąca innych nie różnił, chyba tym, że mocny był okrutnie w kościach i ptactwo lubiąc, żurawia z podciętymi skrzydłami hodował. Żuraw tak się do plebanii przyzwyczaił, że o ucieczce nie myślał, wojnę zawziętą z kotem i psami prowadził, a żebrakom z pod muru kościelnego obwarzanki z czapek kradł.

Ksiądz, jako się rzekło, wesołym był człowiekiem. Zawsze uśmiechnięty, zawsze uprzejmy, witał gości wiśniaczkiem i dowcipami. Czy to parafianin, czy proboszcz sąsiedni, czy popi miejscowi, a i sam pan isprawnik[3], który czasem księdza Tucholskiego odwiedzał – nikt mu niczego zarzucić nie mógł. Aż przyszedł rok 1905-ty. Powiało po Litwie i Białorusi świeżym wiatrem, powiało nadzieją wolności.

Wówczas to pan isprawnik otrzymał polecenie, by na śpiewy kościelne uważał, że to często po kościołach „niebłagonadiożne[4]” pieśni śpiewają, by obrazy w świątyniach katolickich zlustrował, a kazania księży „strożajszej[5]” poddał cenzurze. Objeżdżał tedy Nikołaj Fomicz plebanie, wódkę pił i księży ostrzegał. I trafił wreszcie do księdza Tucholskiego. Akurat w niedzielę. Słuchał pieśni i głową kręcił, gdy zaś po kazaniu ksiądz, jak zwykle, zalecił zmówić „trzy pacierze o wstawiennictwo za Matką Naszą do Królowej Korony Polskiej”, zdziwił się, brodę poskubał i do plebanii poszedł czekać, nim kapłan suplikacje[6] skończy.

– A, Mikołaj Fomicz! Niech będzie pochwalony... dzień dobry, czym że służyć mogę...

– Wo wieki wieków. Zdrastwujtie otiec. Ja to po diełu[7].

– Ale wiśniaczku do kompanii wypijemy?

– Eto możno, a dieło – diełom. Wy znajetie, otiec, prikaz gubernatora… da[8]? A wot te wasze „Królowa Korony Polskiej”… hm… co za królowa? Skąd królowa? I za jaką to „Matkę Naszą” modlicie się? Nielzia[9]! Przy tym na chorągwi u was Częstochowska Matier Bożja... Po co? Macie przecież Ostrobramską, nu i módlcie się do niej.

– Co wy, Mikołaju Fomiczu, czyż nie wszystko jedno? Matka Boża przecież ta sama.

– Ta sama, a i nie ta sama. Tut Litwa, a wy polskie patrioticzeskije ikony sprowadzacie. A po wtóre, zabrania się śpiewać „Serdeczna Matko” na miełodju „Boże, coś Polskę”. To już miatieżniczestwo[10].

– Jak nie wolno, to nie wolno. Tylko, że ludzie przyzwyczaili się, nie potrafią inaczej.

– Jeśli nie potrafią, to ja ich do tiurmy[11] wsadzę, a i wy, otiec, bądźcie ostrożni. Oto śpiewacie np. „Bóg nam ucieczką i mocą”. Po co ucieczka? Od kogo ucieczką? I drugije słowa: ot „prześladowania”... Kakije prześladowania? Nie ma żadnych prześladowań…

– Ależ Mikołaju Fomiczu toż o prześladowaniach złego ducha mowa, a dalej wszystko błagonadiożno[12].

– Ot, dalej dobrze: „i uspokójcie się bałwany”... to w porządku. Uspokójcie się. A zatem, otiec, ostrożnie.

Wypił karafkę wiśniaku i pojechał.

U księdza Tucholskiego czasem nocami dziwne rzeczy się działy. W stodółce światełko migotało… jacyś ludzie tajemniczo wchodzili, głosy przyciszone z wewnątrz. Nikt na pewno nic nie wiedział, ale szepty po ludziach poszły, że proboszcz dzieci prawosławnych rodziców nocami chrzci, śluby daje, spowiada...

Pisarz gminny, Antoni Forsiak, ten sam, któremu ks. Tucholski swego czasu mocne verba veritatis[13] wyrżnął za mówienie po rosyjsku i ślub wzięty w cerkwi, zaprzysiągł, że „proboszcza” wyśledzi i „wyśle do czorta na kuliczki”[14]. Śmiał się ksiądz Tucholski, gdy go o pisarzowych groźbach ostrzegano:

– A cóż wy, ptaszynki, myślicie, że mi własna skóra od Ojczyzny lepsza? Zabiorą, to zabiorą – nie ja pierwszy, nie ostatni. Ale tak mi się zdaje, że większy Pan Bóg, niż pan Forsiak.

I dalej swoje robił. Aż pewnej nocy, chodząc po ogrodzie i odmawiając różaniec, ujrzał jakąś postać skradającą się do stodółki. Nie szła do wrzeciądzów, tylko kryła się w krzakach agrestu.

– Czekajże, ptaszynko, już ja cię namacam – szepnął ksiądz.

I nie przeszło kilka minut, gdy z agrestu zabrzmiał stłumiony krzyk przestrachu… coś się kotłowało… coś jęczało… później siarczyste, miarowe klapanie rozległo się po ogrodzie... Wreszcie wszystko ucichło, a z krzaków wyszedł ks. Tucholski. Pomimo swoich pięciu krzyżyków był mocny. Szedł lekko trzymając za kark i pośladek jakiegoś człowieka, którym chwiał jak torbą sieczki. Cicho otwarły się drzwi plebanii i proboszcz wraz ze swym ciężarem znikli wewnątrz. Długo jeszcze przez szpary okiennic księżej sypialni błyszczało światło.

Co się wewnątrz działo – nie wiadomo.

Faktem jest tylko, że nazajutrz rankiem wielkie zdumienie ogarnęło pobożnych, co przyszli do kościoła na mszę. W konfesjonale, jak co dzień, siedział ks. Tucholski, a obok klęczał i spowiadał się człowiek, którego od dawna nikt w kościele nie widział, zawzięty wróg proboszcza, Antoni Forsiak, pisarz gminny.

W tydzień czy dwa potem poszła po parafii fama, że u pana pisarza zbierają się wieczorami dzieci, pisać po polsku się uczą i sama pani Forsiakowa, córka urzędnika, rachunki im w zabronionym języku tłumaczy. Nikt temu bardzo nie wierzył, a sam pan pristaw[15] wykpił diaka[16], który mu o rzekomych pisarzowych praktykach doniósł.

I przyszedł dzień 3-go maja. Chociaż święta żadnego nie było, dziwnie wiele wozów i bryczek stało pod kościołem, a w samej świątyni tłok okrutny się zrobił, jak na odpuście. Z chorągwi pokrowce zdjęte, na ołtarzu wielkim wszystkie świece się jarzą… Zagrzmiały organy i ks. Tucholski w białej kapie z zakrystii wyszedł. Nie wiadomo, co się staremu stało, czy w rubryceli[17] błąd jaki był, czy się mu daty pokiełbasiły, dość, że przyklęknąwszy przed ołtarzem, powstał i pełną piersią zaintonował:

– Te Deum laudaaamus[18]…

I zagrzmiały organy i śpiew buchnął, a dzwonki rozkołysały się w hymnie…

Gdy pieśń się skończyła, proboszcz znów przed ołtarzem się zjawił i to w czarnym ornacie. Odwrócił się do nawy i drżącym głosem powiedział:

– Teraz pomodlimy się za dusze naszych dziadów i ojców, tych… co polegli.

Rozpoczęła się msza, cicha, żałobna… Wtem z chóru rozległ się śpiew… kilkanaście dziecięcych głosików… śpiew niesłyszany tu od… o, od bardzo dawna.

– Boże, coś Polskę przez tak liczne wieki…

Płynął z góry, potężnymi falami spadał na głowy ludzkie… jedna przy drugiej… spadał, jak łzy krwawe, jak krew płonąca, spadał rosą zimną i żarem na serca skruszone rozkoszą, bólem, nadzieją…

Przed Twe ołtarze zanosim błaganie:

Ojczyznę, wolność – racz nam wrócić, Panie!

I poderwał tysiące piersi szloch, i przez łkające, ściśnięte krtanie jęczał skargą i prośbą i rwał się przerywanymi łzami…

– Ojczyznę, wolność, racz nam wrócić Panie…

Ks. Tucholski, łokciami się na ołtarzu oparł i twarz zakrył rękoma. Przez zaciśnięte palce spływały zwolna wielkie, słone krople łez na stare karty mszału…

Nazajutrz papier jakiś przyszedł do plebanii. Zakrystian z organistą na szkapy wsiadłszy po wsiach okolicznych i dworach jeździli, a proboszcz gniewał się bardzo, że bez jego pozwolenia to czynią. Jeszcze przed wieczorem tłum wielki przed kościołem się zebrał, plebanię otoczył, pokrzykiwał gniewnie, kijami i cepami komuś wygrażał.

Ksiądz wyszedł na ganek, prosił, tłumaczył, przekładał – nic nie pomogło, nie chcieli się rozejść.

– Zrozumiejcież! I tak mnie wezmą siłą.

– Nie damy!

– No, dzisiaj nie dacie, jutro nie dacie, a później co? Przyjdą i wezmą, jak swego… a was, ptaszynki, policja do tiurmy wsadzi… oni mają czas, poczekają, nim się wam to stróżowanie nie sprzykrzy. Rozejdźcie się, posłuchajcie mojej rady.

Na próżno jednak ksiądz prosił, radził i groził. Nikt się nie ruszył z miejsca. Na noc ogniska rozpalili, gotowali kartofle i kasze, rankiem jeszcze więcej ich się zebrało – cały obóz. Główny rej wśród obrońców wodził pan pisarz gminny, Antoni Forsiak.

Mylił się jednak ksiądz Tucholski: „oni” nie czekali, nie chcieli czekać. Na drugi dzień przed południem przyjechał sam isprawnik i milcząc przyszedł do plebanii, pomiędzy obozującymi na podwórzu. Przepuścili go również w milczeniu.

– Nu, cztoż otiec[19]? Ostrzegałem, a wy wszystko swoje, a teraz na Sibir przyjdzie wojażować.

– Wola Boska.

– I jeszcze bunt robicie, ludzi zebraliście. Oj, mocniejsza matuszka Rassija i car–batiuszka[20] od was, otiec. Nie wytrzymacie buntem. I mokre miejsce z was polaczyszek[21] nie zostanie. W katordze wyzdychacie, na szubienicę miatieżników[22] was wszystkich!…

Podniósł głos, już krzyczał po prostu, wymachując przed twarzą księdza swoją włochatą pięścią. Proboszczowi przyszła myśl do głowy: „a żeby tak wyrżnąć w ten brodaty pysk z czerwonym nosem pijaka – i śladu by z niego nie zostało”. Strasznie księdza ręka swędziła, ale się przemógł.

– Ha, wola Boska, wywieszacie jednych, przyjdą drudzy…

– Wy, otiec, tut nie razsużdajtie[23]! Pójdziecie po dobrej woli ze mną?

– Pójdę.

Narzucił płaszcz, kapeluszem siwe włosy przykrył i wyszli na ganek. Lecz nie tak łatwo było przejść. Tłum zbił się w nierozerwalną masę.

– Propuskaj[24]! – ryknął isprawnik.

Nikt się nie poruszył. Milczenie zaległo całe podwórze, jakby tam nie było tych sześciuset czy siedmiuset ludzi. Tylko żuraw księdza Tucholskiego gulgotał na sągu drzewa. Isprawnik zbladł jak płótno.

– Propuskaj, swołocz!

– Wy sobie idźcie z Bogiem – odezwał się głos z dalszych szeregów – ale proboszcza nie puścim.

– Zabić jego chcecie, do tiurmy, do katorgi! A niedoczekanie wasze! – rozległy się głosy w tłumie – Co wam, Moskalom, do naszego księdza?! Nie damy!

Isprawnik, widząc, że nic nie poradzi, chcąc nie chcąc, zszedł z ganku sam. Przepuścili go. Siadł do powozu i odjechał.

Była może godzina trzecia po południu, kiedy stojący u wylotów uliczek dali znać obozującym, że jedzie kawaleria. Kozacy!

Istotnie wzięli już największy pęd i z szablami wzniesionymi nad głową lecieli jak wicher. Posypały się na nich kamienie… chwila i stary parkan runął… krzyk… jęki… świst szabel… łomot cepów…

Przed kościołem, na placu… na podwórzu plebanii, leżały trupy… może dwadzieścia, może i więcej… Na ganku, przerzucony bezwładnie przez barierkę, z rozpłataną czaszką zwisał najzaciętszy wróg księdza Tucholskiego, pisarz gminny Antoni Forsiak…

A inni? Proboszcz w katordze i wielu parafian też. Skuli, pognali, nahajami po plecach bili, a kiedy… rok minął… przyszedł znów dzień Trzeciego Maja…

Byłem tam, w tym małym kościółku. Pełno jak na odpuście! Chociaż to przecie żadne święto! Wszystko jak dawniej, jak przed rokiem. Tylko księdza Tucholskiego nie było, a nowy ksiądz proboszcz innym głosem „Te Deum” zaintonował. „Boże coś Polskę” śpiewali tak samo… szlochali tylko więcej…

Błogosławieni niech będą ludzie, co z mieczem na straży wolności stoją, błogosławieni ci, co żmudną pracą dzień po dniu przyszłość państwa budują, lecz trzykroć błogosławieni ci, co swym duchem inne duchy budzą, jak budził szary, nieznany bojownik, ksiądz Jan Tucholski.

 

KONIEC.

[1] Lloyd George (1863–1945) – premier Wielkiej Brytanii w latach 1916–1922.

[2] Paul von Hindenburg (1847–1934) – w latach 1925–1934 prezydent Republiki Weimarskiej i III Rzeszy.

[3] Isprawnik (ros.) – komisarz policji w powiecie w carskiej Rosji.

[4] Niebłagonadiożne (ros.) – niepewne, podejrzane.

[5] Strożajszej (ros.) – surowszej.

[6] Suplikacja – katolicka pieśń błagalna.

[7] Wo wieki wieków. Zdrastwujtie otiec. Ja to po diełu (ros.) – Na wieki wieków. Dzień dobry, ojcze. Mam sprawę.

[8] Eto możno, a dieło – diełom. Wy znajetie, otiec, prikaz gubernatora…(ros.) – A to można, a sprawa – sprawą. Wy wiecie, ojcze, o rozkazie gubernatora?

[9] Nielzia (ros.) – Nie wolno!

[10] Miatieżniczestwo (ros.) – buntownictwo.

[11] Tiurma (ros.) – więzienie.

[12] Błagonadiożno (ros.) – godne zaufania, niebudzące wątpliwości.

[13] Verba veritatis (łac.) – słowa prawdy.

[14] Do czorta na kuliczki (ros.) w znaczeniu „tam, gdzie diabeł mówi dobranoc”.

[15] Pristaw – urzędnik, do obowiązku którego należało egzekwowanie wykonywania ważnych społecznych i państwowych poleceń, policjant.

[16] Diak – kleryk, psalmista w Kościele prawosławnym.

[17] Rubrycela – kalendarz kościelny zawierający harmonogram nabożeństw na poszczególne dni.

[18] Te Deum laudamus (łac.) – Ciebie Boga wysławiamy – hymn modlitewny, odśpiewywany przy szczególnych okazjach.

[19] Nu, cztoż otiec (ros.) – Cóż, ojcze.

[20] Matuszka Rassija i car–batiuszka (ros.) – Matka Rosja i car – ojciec.

[21] Polaczyszek (ros.) – Polaczków.

[22] Miatieżników (ros.) – buntowników.

[23] Nie razsużdajtie (ros) – Nie dyskutujcie.

[24] Propuskaj (ros.) – Przepuść.

1925

SZLOCH

Wagon się lekko kołysał, miarowym przyciszonym stukotem kół usposabiając do snu lub marzeń. Oprócz mnie w przedziale były tylko dwie osoby – on i ona, widocznie małżeństwo, chociaż jego siwe, przystrzyżone wąsy znajdowały się w przykrym kontraście do jej nieomal dziewczęcej postaci. Twarzy nie mogłem dostrzec pod gęstą woalką, czułem jednak jej świeżość i nawet piękno. Instynkt? – Może.

Rozmyślałem właśnie nad tym i nad stanowiskiem społecznym eleganckiej pary, gdy na jednej ze stacyjek wpadł do coupé[1] z brzękiem ostróg rotmistrz ułanów. Wydało mi się… Boże! wszak to…

– Jurek!!! – wrzasnąłem.

– Tadek!!! – ryknął ułan.

Po długich latach brakło nam słów do rozmowy. Wreszcie pytam:

– Opowiedzże co się stało z naszymi znajomymi w Kijowie?

– Nic nie wiem. Zaraz po powrocie wojsk ukraińskich wyjechałem.

– A… panna Jadzia?

– I o niej nic nie powiem. Jak tylko mogliśmy porzucić swoją piwnicę – wyjechała do rodziców na Wołyń.

– Jaką piwnicę?

– Prawda. Ty o niczym nie wiesz. Ach, powiadam ci, dużo przeżyłem, ale tak strasznych i… słodkich jednocześnie chwil…

– Opowiadaj…

– Dobrze pamiętasz te rozkoszne kozy z pensji p. P…….ej? Pamiętasz baliki i wieczorki u nich? Otóż właśnie… Ale zacznę od początku. Kiedy wyjechałeś z Kijowa, przyszły dnie tragiczne. Bolszewicy otoczyli miasto i walili z dział i kulomiotów dzień i noc. A tu zima – mróz 26 stopni. Jak tylko dym gdzie zobaczyli albo światło w oknach, rozpoczynali ostrzeliwanie tej dzielnicy. Elektrownia została zaraz w pierwszych dniach oblężenia. zrujnowana. Ani jednej szyby w mieście, bo ukraińskie baterie i kulomioty porozstawiane po ulicach odpowiadały bolszewikom bez ustanku. Piekło, jednym słowem. Rzadkie były godziny ciszy.

Otóż w jedną z takich godzin do naszego mieszkania na Żytomierską przybiegła panna Jadzia…

– Jadzia?

– Tak. Odważyła się, bo musiała. Przyszła w imieniu p. P. prosić nas (jeszcze w Kijowie) o ratunek. Dom, w którym mieściła się pensja, został rozbity pociskami. Te panny, które miały w mieście znajomych, przeniosły się do nich. Tylko p. P. i 7 pensjonarek ze starszych klas gnieżdżą się jeszcze w sąsiedniej kamienicy. Ponieważ jednak ogień działowy zieje nieustannie w tamtą dzielnicę – proszą mnie, bym je gdzie ulokował.

Namyśliłem się: Żytomierska dotychczas dość bezpieczna, zabiorę je do siebie. Poszedłem razem z Jadzią i zabrałem całe wystraszone stadko. Kiedyśmy byli na Włodzimierskiej, rozpoczęła się znowu kanonada. Biegniemy z całych sił. Wtem tuż za nami: Trrrach. Granat. Patrzę, aż Jadzia Ciświcka i pani P., które biegły na ostatku, upadły. Jezus Marja! Podskakuję… Pani P. leży w krwi… bez głowy. Urwało. Jadzia zemdlała. Chwyciłem ją na ręce i biegiem.

W mieszkaniu ją ocuciłem.

I tak stałem się ja, 22-letni chłopak opiekunem 7 panien, młodziutkich panien z najlepszych domów polskich na Ukrainie.

A cóż to za niewymownie upajająca rzecz czuć na sobie spojrzenia pełne ufności, spojrzenia 7-miu par ślicznych oczu. Stałem się dla nich wszystkim – ale i one były mi wszystkim. To była pełnia. Wziąłem odpowiedzialność za ich życie, zdrowie i… niewinność i dotrzymałem.

Tymczasem bolszewicy posuwali się wciąż naprzód, ściskając pierścieniem wojsko ukraińskie, walczono o każdą kamienicę, o każdą piędź ziemi. Wkrótce bolszewicy zajęli stację wodociągów i zamknęli wodę. Od tego dnia musiałem z dzbanem w ręku dwa razy na. dobę biegać do Dniepru. Ten dobry kilometr pod kulami kulomiotów to był rzeczywiście przyjemny spacer. Kilka razy przedziurawili mi dzbanek i musiałem wracać po inny. Wiele trudności miałem z żołnierzami ukraińskimi: Ne chody po wułyciam! Pidstrelat![2] Dopiero później zdarłem szynel z jakiegoś trupa i wtedy miałem spokój. Zresztą takich jak ja, poszukiwaczy chleba i wody, było sporo. Po kilkunastu dniach takiego życia ci dranie pozazdrościli go nam widocznie, bo w naszą kamienicę włupili aż trzy granaty. Ma się rozumieć ruina. Zebrałem tedy, co się dało ze swego i sąsiednich mieszkań (właściciele pouciekali) i jazda do „dolnej szuflady”, tj. do piwnicy. Miała może 5 kroków długości i zimna jak biegun północny.