Nieludzki - Agnieszka Kowalska-Bojar - ebook

Nieludzki ebook

Agnieszka Kowalska-Bojar

3,8

Opis

Amena na skutek knowań swej matki, dostaje się do niewoli. Ten, który ją uwięził, stawia warunek – albo dziewczyna go spełni, albo zginie. Ma siedem dni i siedem nocy, by zajść w ciążę, bo tylko to może uchronić ją przed śmiercią. Zadanie nie wydaje się trudne, lecz jej kochankiem zostaje mężczyzna z obcej rasy, rasy, która kiedyś z niezwykłym okrucieństwem rządziła całym światem. Przed nią niezwykle ciężki wybór, którego musi dokonać w ciągu zaledwie siedmiu dni. 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 54

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,8 (123 oceny)
50
26
24
18
5
Sortuj według:
Ottava

Dobrze spędzony czas

Szkoda, że taka krótka historia.
00

Popularność




Nieludzki

MOTYLOWA BIBLIOTECZKA

Nieludzki

Agnieszka Kowalska-Bojar

www.motylewnosie.pl

Poznań 2021

Copyright © Agnieszka Kowalska-Bojar

Wydanie I

Poznań 2021

Ebook pdf ISBN 978-83-940307-8-0

Wszelkie prawa zastrzeżone. Rozpowszechnianie i  kopiowanie całości lub części publikacji w jakiejkolwiek postaci zabronione bez wcześniejsze pisemnej zgody autora oraz wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pomocą nośników elektronicznych.

Wydawnictwo:

motyleWnosie

[email protected]

Ebooka kupisz na stronie:

www.motylewnosie.pl

www.sklep.motylewnosie.pl

Noc pierwsza

Kamienne ściany biegły w górę, zwieńczając się kopułą. Pomieszczenie nie miało okien, a jedynym oświetleniem były pochodnie rozwieszone we wszystkich czterech rogach, które rozpraszały mrok, nie wydobywając szczegółów.

Stała przy drzwiach, wciąż jeszcze słysząc odgłos ich zamykania, przeciągły zgrzyt metalowej zasuwy. Rozmasowywała obolałe nadgarstki, bo sznur, jakim ją skrępowano, był szorstki, niemal ostry. Wzrok utkwiła w ziemi, w czubkach swych pantofelków. Nie miała ochoty spojrzeć przed siebie, tam, gdzie leżał on.

Głuche stęknięcie wyrwało ją z pełnego przerażenia letargu. W końcu uniosła głowę, modląc się w duchu, aby skrępowano go tak mocno, jak jej to obiecano. Dostała siedem nocy, siedem budzących strach i obrzydzenie nocy, nocy, podczas których miała spłodzić z tym odrażającym monstrum dziecko. Nie wiedziała jeszcze, co zrobi, lecz była pewna, że nie tknie go nawet palcem. Wciąż miała nadzieję na ratunek, na to, że matka i jej armia ruszą z pomocą, pokonają Birena, a zrobią to przed upływem wyznaczonego czasu. Nie miała pojęcia, co zrobi, jeśli ta nadzieja okaże się płonna.

Ze wstrętem spojrzała przed siebie. Naprzeciwko stało ogromne łoże, z czterema kolumnami i baldachimem. Leżał na nim nagi mężczyzna, o ile mogła go tak nazwać. Jego nadgarstki i kostki skute były kajdanami, przymocowanych do metalowych obręczy. Unieruchomiono go. Związano. Zakneblowano. Znad skórzanej maseczki zakrywającej pół twarzy, patrzyły na nią przymrużone, nieludzkie oczy, o zielono żółtej tęczówce i pionowych źrenicach. Koniuszek ogona drżał, nieznacznie kołysząc się na boki, jak wąż przyczajony do skoku, gotowy w każdej chwili na atak.

Był taki inny, taki obcy. Lecz patrząc na niego, nie czuła fascynacji, a jedynie odrazę. Brzydziła się dotknąć mieniącej się zielonkawo skóry i prężących się pod nią mięśni. Czuła mdłości, gdy patrzyła na silne dłonie, na smukłe palce zakończone ostrymi pazurami. Nawet włosy, krótkie i czarne jak bezgwiezdna noc, budziły jej niechęć, chociaż były jak najbardziej ludzkie. A ogon… Otrząsnęła się i wtedy zauważyła coś jeszcze.

Zarumieniła się, czując, jak zjedzony naprędce posiłek, podchodzi jej do gardła. Z trudem powstrzymała odruch wymiotny. Podeszła bliżej, z premedytacją patrząc w to miejsce.

Jego organ, chociaż spoczywał nieruchomo, wciąż uśpiony i nieaktywny, był ogromny. Tak ogromny, że poczuła niezdrową ciekawość, jak może wyglądać, gdy ten stwór bywa podniecony. Zaraz później pomyślała, że z pewnością będzie miała okazję się przekonać. Jak nie dzisiejszej nocy, to którejś następnej. A jeśli matka zawiedzie, to gdy Biren spełni swą groźbę… Zamknęła oczy, licząc w myślach do dziesięciu. Potem do dwudziestu. Powoli, ze spokojem, usiłując opanować przerażenie, które ścisnęło ją za gardło. Nie mogła ulec panice, bo od tego zależała jej przyszłość, najbliższa przyszłość. Otworzyła oczy, zmuszając się do obojętności. Musiała się oswoić z tym widokiem, zneutralizować strach, który ją ogarniał, gdy tylko jej spojrzenie zahaczało o nadnaturalnych rozmiarów męskość.

– Co mam zrobić? – spytała sama siebie, przysiadając na skraju łóżka. Więzień drgnął, napinając całe ciało. Pewnie najchętniej potraktowałby ją tak jak tamtą kobietę. Brutalnie zgwałcił, a potem zabił, odrzucając stygnącego trupa na bok. Amena zemdlała w połowie przedstawienia, ale ocucono ją na koniec, gdy monstrum siedziało w rogu swej komnaty, posilając się surowym mięsem, a pod zakratowanym oknem leżało nagie, sponiewierane kobiece ciało. Najgorsze było to, że ona może skończyć tak samo, chyba że zdecyduje się na zbliżenie z tym potworem.

– Co mam zrobić?! – jęknęła głośniej. Wstała i zaczęła niespokojnym krokiem przemierzać komnatę. Więzień obserwował ją i mogłaby przysiąc, że w jego oczach widać było złą radość, jakby rozumiał, że nie była zdolna przełamać swego obrzydzenia. Lecz czy miała wyjście? Nie, bo mrzonka o armii, która ją odbije z rąk wroga, była doprawdy nierealna.

– Bogowie! – Amena wplotła palce we włosy, opierając się plecami ścianę. Później zjechała w dół, siadając na zimnej, kamiennej posadzce. – Co mam zrobić? Tego tutaj nie tknę, ale jeśli tego nie uczynię, to on… On nie będzie miał skrupułów. Zrobi to. A później mnie zabije. Mój upór na nic się nie zda, bo zakosztuję upokorzenia, gwałtu, a na koniec zginę. Nie – pokręciła z rozpaczą głową – mój upór nic nie da…

Skuliła się, nie bacząc na ciągnący od dołu chłód. Powróciła pamięcią do chwili, gdy kapłanka okazała się morderczynią i szybkim, wyćwiczonym ruchem poderżnęła gardło świeżo co upieczonemu małżonkowi. Plan jej matki był doskonały, lecz nie wzięła pod uwagę jednego. Tego, że Amena może trafić do niewoli. Tutaj wtrąciło się przekorne przeznaczenie, wpychając ją w łapy Birena. A ten nie zamierzał darować krzywdy swego syna. Wymyślił perfidny plan, aby to ona poniosła konsekwencje zdrady.

– Nie zrobię tego – wyszeptała dziewczyna, lecz w jej głosie zabrakło determinacji. Powoli zaczynało do niej docierać, że praktycznie znalazła się w sytuacji bez wyjścia. Musiała postępować tak, jak zaplanował to dla niej wróg. Zresztą nawet i wtedy nie miała pewności, że jej się uda. A co jeśli nie zajdzie w ciążę? Co wtedy? Biren nie brał pod uwagę takiej sytuacji, zresztą bezgranicznie ufał tej starej jędzy. A skoro ta powiedziała, że Amena jest gotowa na bycie matką, to musiało tak być.

Jutro, pomyślała, odsuwając od siebie ohydę, która miała stać się jej udziałem. Jutro, a może nawet pojutrze. Da szansę matce, może ta dotrze pod zamek wroga szybciej, może uda jej się uratować córkę. A jeśli nie, to i tak pozostanie pięć nocy.

Amena zamknęła oczy. Była zmęczona, zmęczona własnym strachem i tym, co ją spotkało. Krwawym spektaklem, rozmową z Birenem, pokazem, jaki dla niej urządził. Wszystkim. Zasnęła skulona, nie wiedząc o pełnym wściekłości spojrzeniu zielono żółtych oczu.

***

Noc druga

– Tym razem się postaraj!

Drwiące słowa i szczęk metalowej zasuwy. Cała reszta bez zmian. Półmrok panujący w komnacie, więzień rozciągnięty na łóżku, jego pełen nienawiści wzrok.

Westchnęła.

Tym razem nie była zmęczona. Wczesnym rankiem zabrano ją z komnaty, wykąpano, nakarmiono. Dano nowe szaty. Służba działa bezbłędnie, dyskretnie, nie odzywając się ani słowem. Nudziła się cały dzień, wymyślając coraz to gorsze scenariusze. Na przemian widziała siebie galopująca na ukochanym rumaku, z triumfem na twarzy i zwłokami Birena wleczonymi na sznurze, albo siebie żebrzącą o litość, a na końcu zdaną na łaskę tego potwora.

– Nie wiem, jak masz na imię – powiedziała w zamyśleniu, siadając na skraju łoża. – Pomyślmy, co do ciebie pasuje. Może Jaszczur?

Tak, to było całkiem dobre imię. W końcu w połowie należał od obcej rasy, do zielonych, pokrytych łuską potworów, których z takim trudem pokonano i zmieciono z powierzchni ziemi. Widać nie pomyślano o mieszańcach, a może po prostu nikt się nie spodziewał, że dwie różne rasy mogą się krzyżować. Amena zmarszczyła brwi. A mogą? Może wcale nie, może ten tutaj był też wynikiem działania magii? Eksperymentem, wybrykiem natury. Ciekawe czy gdyby zdecydował się mówić, zdradziłby jej jakieś szczegóły? Ba! Ciekawe czy w ogóle potrafił mówić?

– Dobrze, będę cię nazywała Jaszczur – zadecydowała. – Chociaż raczej nie należysz do rozmownych osób?