Wydawca: HarperCollins Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 434 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Niegrzeczny chłopiec - Sherryl Woods

 

Urocza miejscowość Trinity Harbor huczy od plotek, gdy Daisy Spencer, córka Kinga, jednego z najbardziej szacownych obywateli miasta, postanawia zaopiekować się osieroconym łobuziakiem.

Daisy chce wreszcie poczuć się matką, jest gotowa stawić czoła całemu miastu, a także apodyktycznemu ojcu i dwóm nadopiekuńczym braciom. Nie wie, że najwięcej kłopotu sprawi jej inny „Niegrzeczny chłopiec” – Walker Ames, policjant z Waszyngtonu, wuj osieroconego chłopca…

Opinie o ebooku Niegrzeczny chłopiec - Sherryl Woods

Fragment ebooka Niegrzeczny chłopiec - Sherryl Woods

Sherryl Woods

Niegrzeczny chłopiec

Tłumaczenie: Krzysztof

PROLOG

W całym Trinity Harbor, a być może nawet w całym stanie Wirginia, huczało jak w ulu. A kto był temu winien? Jego córka! Robert King Spencer chyba po raz piętnasty tego ranka odłożył z trzaskiem słuchawkę i przeklął dzień, w którym zdecydował się na to, by mieć dzieci.

Daisy, śliczna, trzydziestoletnia i do niedawna rozsądna dziewczyna, stała się nagle źródłem plotek jak jakaś zbuntowana nastolatka. Tego już było za wiele! King poczuł się opuszczony i upokorzony.

Przyszło mu, oczywiście, do głowy, żeby interweniować bezpośrednio, zanim córka narobi kompletnego bigosu, jednak życie nauczyło go niemieszania się w sprawy dzieci. Postanowił więc działać subtelniej, starając się wpłynąć na bieg wydarzeń z daleka.

Jego przyjaciele i rodzina pewnie by się uśmiali do rozpuku, słysząc te słowa w jego ustach. To prawda, subtelność nie leżała w naturze Kinga. Ale tym razem wolał, żeby to inni wykonali za niego brudną robotę. Na przykład jego synowie.

Tucker i Bobby powinni poradzić sobie z tą całą sytuacją. W końcu Tucker piastował urząd szeryfa i dbanie o porządek było jego zadaniem.

King westchnął. Szkoda tylko, że syn jest takim formalistą. Na pewno nie zechce rozmawiać z siostrą w swoim biurze, nie mówiąc już o wsadzeniu jej na parę dni do aresztu, co z pewnością pomogłoby jej się opamiętać. A Bobby? Cóż, drugi z synów ciągle stanowił dla niego zagadkę. King nie miał pojęcia, co mógłby zrobić, ale zapewne nic mądrego.

Tak właśnie przedstawiały się ostatnio jego rodzinne sprawy. Żadne z dzieci nie poświęcało mu należytej uwagi. Wszystkie zapomniały o tradycyjnych wartościach Południa. Czy w tej sytuacji może w dalszym ciągu wymagać szacunku od mieszkańców Trinity Harbor?

Szacunek był dla niego wielką wartością. King należał do grona najważniejszych ludzi w mieście, w czym nie było nic dziwnego, zważywszy, że założyli je właśnie jego przodkowie, którzy przywędrowali do Wirginii z Jamestown. Z tego powodu był więc przekonany, że może ingerować we wszystko, co się w mieście działo, poczynając od hodowli bydła, poprzez uprawę soi, aż po politykę. Większość ludzi zawsze uważnie go słuchała. Nazwisko Spencer wciąż jeszcze coś znaczyło w Trinity Harbor, chociaż teraz mogło się to zmienić.

Oczywiście Daisy nie przejmowała się tradycją, rodzinnymi wartościami i wszystkim tym, co rozsławiło Południe. Chciała tylko dopiąć swego, nie przejmując się ojcem i braćmi.

A wszystko przez matkę, niech spoczywa w spokoju. To Mary Margaret wsączyła w dusze dzieci te utrapione, nowoczesne idee. To, że od dwudziestu lat nie żyła, w niczym nie zmniejszało jej odpowiedzialności. Powinna była coś zrobić, żeby zapobiec takim katastrofom.

Ponieważ jednak żony nie było, i to nie tylko w pobliżu, ale w ogóle na świecie, King uznał, że to on musi uratować córkę przed nią samą. Szczycił się tym, że jeśli jest to konieczne, potrafi działać sprytnie, a narastający ból głowy wskazywał, jak wiele wysiłku włożył w „rozpracowanie” całej sytuacji.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Daisy Spencer zawsze chciała mieć dzieci, ale nie przypuszczała, że z tego powodu posunie się do porwania.

Cóż, może trochę przesadziła. Tak naprawdę wcale przecież nie porwała Tommy'ego Flanagana. Po prostu nikt nie chciał tego chłopca. Jego ojciec wyjechał nie wiadomo dokąd dawno temu, a chorowita matka zmarła w czasie ostatniej epidemii grypy. Wszyscy w Trinity Harbor, i to od paru tygodni, mówili tylko o tym.

Opieka społeczna zajęła się poszukiwaniem dalszych krewnych chłopca, a tymczasem przenosiła go z jednej rodziny zastępczej do drugiej. Tommy, który tylko się złościł, był niegrzeczny i nie akceptował żadnego z opiekunów, przypominał jej starego, złośliwego koguta, trzymanego kiedyś przez jej ojca w Cedar Hill.

Mimo to Daisy robiło się ciężko na duszy, kiedy myślała o tym, przez co musiało przejść to dziesięcioletnie dziecko. Pomyślała więc sobie, że ma dosyć cierpliwego znoszenia wybryków swojego najlepszego ucznia szkółki niedzielnej, który, jak jej obwieścił, po śmierci matki przestał wierzyć w Boga.

Daisy rozumiała go lepiej, niż przypuszczał. Sama omal nie straciła wiary, kiedy dwanaście lat temu okazało się, że nigdy nie będzie mogła mieć dzieci. Wiadomość ta prawie zniszczyła jej życie, a w każdym razie zniszczyła jej związek z Billym Inscoem, jedynym człowiekiem, którego naprawdę kochała.

Daisy stwierdziła wówczas, że właściwie zależy jej na tym, by móc wychowywać i kochać dzieci, adopcja wydawała się więc sensownym rozwiązaniem.

Ale Billy nie był w stanie pogodzić się z faktem, że jego narzeczona jest bezpłodna. Marzył o własnych dzieciach, które stanowiłyby świadectwo jego męskości. Pragnął założyć ród równie potężny jak rodzina Spencerów. Kiedy okazało się, że Daisy nie może mu tego dać, poprosił o zwrot zaręczynowego pierścionka i poszedł szukać szczęścia gdzie indziej.

Poza pastorem i jego następczynią, nikt w miasteczku nie wiedział, co tak naprawdę zaszło między Daisy a Billym. Ona trzymała buzię na kłódkę, ponieważ czuła się upokorzona całą sytuacją, Billy także wolał zachować dyskrecję.

Jej ojciec po dziś dzień uważał, że to Daisy zerwała zaręczyny z powodu jakiegoś głupstwa. Wielokrotnie przekonywał ją, że nie powinna być zbyt wybredna, chociaż wcale nie trzeba jej było tego powtarzać. Nawet nie przyszło mu do głowy, że jest coś, czego jego córka nie może dać mężczyźnie, a Daisy nie starała się całej sytuacji wyjaśnić.

Tak więc do niedawna uważała, że nigdy nie będzie mieć własnej rodziny. Z tym większym zapałem rzuciła się w wir pracy. Uczyła historii w szkole średniej, zajmowała się miejscowym pismem oraz młodzieżowym kółkiem dramatycznym, a na dodatek pracowała w szkółce niedzielnej. Zabierała też dzieci przyjaciółki na ryby nad Potomac albo na wycieczki do pobliskiego Stratford Hall, gdzie urodził się Robert E. Lee, lub do Wakefield, miejsca urodzenia George'a Waszyngtona. Uprawiała też ogródek, dbając o kwiaty i warzywa tak, jakby były jej dziećmi, a w wolnych chwilach doradzała jeszcze miejscowym rolnikom.

Kupiła sobie nawet kota, ale niezależna Molly spędzała w domu bardzo mało czasu i, jak na urągowisko, powiła niedawno po raz drugi czworo kociąt.

Kilkadziesiąt lat wcześniej uznano by pewnie Daisy za nudną, starą pannę, chociaż dopiero niedawno przekroczyła trzydziestkę. Prawdę mówiąc, zdarzały się chwile, kiedy Daisy czuła się stara i niepotrzebna. To, o czym zawsze marzyła: małżeństwo i macierzyństwo, znajdowało się poza jej zasięgiem. Zdecydowała się żyć życiem innych i wiedziała, że pozostanie wieczną „ciocią Daisy”.

Dziś jednak wszystko się zmieniło. Wcześnie rano, kiedy weszła do garażu, znalazła tam zziębniętego Tommy'ego. Chłopak miał na sobie brudne dżinsy, o parę numerów za duży sweter, który dostał z parafialnej akcji charytatywnej, i tenisówki, które z kolei wyglądały na zbyt małe. Wystające spod bejsbolówki z napisem „Baltimore Orioles” włosy wyglądały jak zeszłoroczne siano, a na tle bladej cery jego piegi wydawały się jeszcze bardziej widoczne.

Mimo opłakanego stanu, w jakim się znajdował, Tommy był nastawiony buntowniczo i nieufnie. W końcu udało jej się nakłonić go, by wszedł do kuchni, gdzie szybko przygotowała mu jajka na bekonie ze smażonymi ziemniakami. Chłopiec zajadał, aż mu się uszy trzęsły, chociaż co chwila spoglądał na nią nieufnie. Zwolnił tempo dopiero pod koniec jedzenia, jakby w obawie, co się stanie, gdy już skończy.

Daisy natychmiast podsunęła mu tosty z dżemem.

Patrząc na niego, poczuła nagłe podekscytowanie. Pan wysłuchał w końcu jej próśb i dał jej dziecko. Nareszcie znalazła swój cel w życiu. Wiedziała, że musi zająć się Tommym. Nawet Molly zdawała się z tym zgadzać, gdyż od początku nie odstępowała gościa ani na krok i bez przerwy ocierała się o jego nogi.

– Nie pójdę już do żadnej rodziny zastępczej – powiedział chłopak, gdy tylko przełknął ostatnie kęsy tosta z dżemem.

– Dobrze.

Zerknął na nią podejrzliwie.

– Nie będzie mnie pani chciała tam odesłać? – zdziwił się.

– Nie.

– Dlaczego?

– Bo chcę, żebyś został tutaj. Przynajmniej do czasu, kiedy nie wyjaśni się twoja sytuacja – dodała, modląc się w duchu o to, żeby to się nigdy nie stało.

Tommy zmarszczył czoło.

– Niby jak się wyjaśni?

Daisy sama nie bardzo wiedziała. Od chwili, kiedy zobaczyła chłopca klęczącego przy drzwiczkach samochodu, jej serce zapałało do niego gorącą miłością, ale miała jeszcze na tyle zdrowego rozsądku, żeby wiedzieć, że nie może sobie Tommy'ego tak po prostu przywłaszczyć. Frances Jackson z opieki społecznej wciąż szukała kogoś z rodziny małego, ale nawet gdyby nie udało jej się nikogo znaleźć, Daisy musiałaby pokonać szereg przeszkód prawnych, by móc adoptować Tommy'ego. Zmuszało to do ostrożności. Jednak była zdecydowana zapewnić chłopcu choć odrobinę spokoju. Może uda jej się to osiągnąć, jeśli ten jeden raz posłuży się reputacją Spencerów. Mieszkańcy Trinity Harbor chętnie wprawdzie plotkowali na temat jej patrycjuszowskiej rodziny, ale też uginali się przed jej wolą.

– Po prostu wyjaśni – odparła w końcu. – Musisz mi zaufać.

Tommy skrzywił się tylko.

– A niby dlaczego miałbym to zrobić?

Z trudem powstrzymała się od uśmiechu, zastanawiając się, dlaczego uznała tego pyskatego szczeniaka za dar od Boga.

– Ponieważ od małego uczę cię w szkółce niedzielnej, Tommy, i doskonale wiesz, że nie kłamię.

– Nigdy tego nie mówiłem. – Zmieszał się trochę. – Nie wiem tylko, dlaczego miałaby się pani różnić od tych wszystkich ludzi, którzy najpierw przyjmowali mnie do siebie, a potem wyrzucali?

– Nikt cię nigdy nie wyrzucił z domu, Tommy. Sam uciekałeś, i to parę razy, prawda?

Chłopak wzruszył ramionami.

– Możliwe.

– Czemu to robiłeś?

– Brali mnie, bo musieli. Wiem, kiedy mnie nie chcą. Po prostu ułatwiałem im całą sprawę.

– No dobrze, wobec tego możesz tu zostać tak długo, aż nie znajdą się twoi krewni. Nawet na zawsze. Ja natomiast zadbam o to, żebyś nie miał powodów uciekać. Tylko nie myśl, że będę ci na wszystko pozwalać. Co to, to nie.

Ich oczy spotkały się na moment i Daisy zmarszczyła znacząco czoło.

– No jak? Zgoda?

– Może być – odparł już nieco mniej buńczucznie.

Daisy poczuła ulgę. Powoli zaczęło do niej docierać, że jej plan może się powieść. Nie zraziła się nawet tym, że przecież przyłapała Tommy'ego na próbie kradzieży jej samochodu. Nie musi o tym rozpowiadać, a chłopak też nie będzie się chwalił.

Trochę niepokoiło ją to, co się stanie, kiedy wiadomość o Tommym dotrze do jej ojca, ale była pewna, że jakoś sobie z tym poradzi. Miała tylko nadzieję, że stanie się to nieco później, kiedy już będzie miała ustaloną strategię działania.

Wcześniej jednak musiała zadzwonić do Frances Jackson, która traktowała swoją pracę w opiece społecznej bardzo poważnie i miała już dosyć ciągłych ucieczek Tommy'ego.

Daisy sięgnęła po przenośny telefon.

– Do kogo pani dzwoni? – spytał chłopak i znowu się skrzywił.

– Do pani Jackson. Muszę ją poinformować, gdzie jesteś i że wszystko z tobą w porządku.

– Niby po co? – Spojrzał na nią prosząco. – Nie możemy tego zachować dla siebie? Pani Jackson na pewno naśle na mnie szeryfa.

– Szeryf nie tknie cię nawet palcem – zapewniła go Daisy, chociaż jednocześnie odłożyła telefon.

– Jak to możliwe?

– Bo szeryf jest moim bratem i zrobi to, o co go poproszę. – Przynajmniej miała taką nadzieję.

Tommy spojrzał na nią z powątpiewaniem.

– Ma pani coś na niego?

– Pamiętam jeszcze, jak kradł jabłka od sąsiadów – mruknęła i roześmiała się. – Nie przejmuj się Tuckerem. Zostaw to mnie. Przecież i tak, kiedy w poniedziałek zjawisz się w szkole, wszyscy będą chcieli wiedzieć, gdzie mieszkasz.

– Myślałem, że może tam już nie wrócę. – Przybrał błagalną minę. – Już prawie wakacje...

– Nic z tego, Tommy – powiedziała twardo Daisy. – Nauka jest zbyt ważna, a do końca roku zostało jeszcze ładnych parę tygodni. Teraz idź na górę, wykąp się i połóż. Wyglądasz tak, jakbyś niewiele ostatnio spał. Możesz zająć pokój gościnny, ten na końcu korytarza. Czysty ręcznik znajdziesz w szafie. Pogadamy później, dobrze?

Tommy skinął głową i ruszył do drzwi. Zatrzymał się jeszcze w progu i odwrócił w jej stronę.

– Dlaczego jest pani dla mnie taka dobra?

Przez moment miała przed sobą zagubionego i wystraszonego chłopca, który nie rozumiał otaczającego go świata.

– Ponieważ uważam, że jesteś tego wart, Tommy.

Przez moment patrzył na nią ze zdziwieniem, jakby nie mogąc zrozumieć, co znaczy ta odpowiedź, w końcu jednak skinął głową i wyszedł z kuchni.

– I dlatego, że potrzebuję cię tak bardzo, jak ty mnie – szepnęła do siebie.

Ponownie sięgnęła po telefon i wybrała numer Frances. Przywitała się i zdała szybką relację z tego, co się stało, pomijając oczywiście kwestię samochodu.

– Och, Daisy! – westchnęła Frances. – Jesteś pewna, że wiesz, co robisz? Tommy to prawdziwy rozrabiaka... Oczywiście wiem, przez co przeszedł, i tak dalej, ale obawiam się, że możesz się na nim zawieść.

– Potrzeba mu miłości i opieki. Mogę mu to dać – rzekła Daisy z przekonaniem.

– Ale...

– Czyżbyś uważała, że nie nadaję się na jego zastępczą matkę? – spytała słodko.

– Jasne, że tak nie uważam – padła szybka odpowiedź, jakby samo przypuszczenie, że ktokolwiek ze Spencerów mógłby się do czegoś nie nadawać, było obrazoburcze.

– Świetnie. Wobec tego może tutaj zostać.

– Do czasu, aż znajdę kogoś z jego rodziny – dodała niepewnie Frances.

– Czy możesz więc przygotować odpowiednie dokumenty? – spytała Daisy, jakby w ogóle nie słysząc ostatniej uwagi.

Frances ponownie westchnęła.

– Dobrze, chociaż nie wiem, co powie King, kiedy się o tym dowie...

– Więc lepiej uważaj i nie wspominaj mu o tym – rzekła z pogróżką w głosie Daisy. – Inaczej przekonam go, że to twój pomysł.

Pracownica opieki społecznej zamarła przy telefonie i odłożyła słuchawkę. Na ustach Daisy pojawił się pełen zadowolenia uśmiech. Jej zerwane zaręczyny odeszły już w zapomnienie, najwyższy więc czas dać prawomyślnym obywatelom Trinity Harbor jakiś nowy powód do plotek.

– Obawiam się, siostrzyczko, że zwariowałaś – powiedział od progu jej brat Tucker, który nadjechał godzinę po rozmowie Daisy z Frances.

Wieści rozchodziły się szybko. Tucker pewnie dowiedział się wszystkiego od samej Frances i przybył upomnieć siostrę, jakby była jeszcze dzieckiem, a nie dorosłą kobietą. Za oknem zobaczyła jego służbowy samochód, a brat zachowywał się tak, jakby popełniła jakieś przestępstwo.

– Sama zobaczysz, że ten chłopak skończy w poprawczaku – ciągnął ponurym tonem. – Doc przyłapał go na tym, jak kradł komiksy, poza tym stłukł szybę u pani Thomas i przejechał rowerem przez grządki pana Lindseya. O tym wiemy, a podejrzewam, że ma na sumieniu również inne grzeszki.

Daisy spojrzała bratu prosto w oczy, nie przejmując się jego oficjalną miną.

– Więc sam widzisz, że ktoś wreszcie powinien się nim zająć – rzekła stanowczo.

– I tym kimś musisz być właśnie ty? – mruknął.

– A masz innych kandydatów? – odpowiedziała pytaniem. – Przecież ten chłopiec był już w paru rodzinach zastępczych i jakoś nic z tego nie wyszło. Poza tym chciałam ci przypomnieć, że robiliście z Bobbym gorsze rzeczy. Pamiętasz jabłka sąsiadów? – zakończyła.

Tucker pokręcił głową.

– To co innego.

– Dlaczego?

Brat spojrzał w bok.

– Po prostu co innego, i tyle – stwierdził i natychmiast zmienił temat: – Tata będzie wściekły, kiedy się dowie.

Daisy wzruszyła ramionami.

– Tata zawsze się wścieka z tego lub innego powodu – zaczęła lekkim tonem. – I to zwykle ty lub Bobby mu ich dostarczacie. Teraz moja kolej. Mam już dosyć bycia grzeczną córeczką tatusia.

– Obawiam się, że szybko pożałujesz tego, co zrobiłaś – westchnął Tucker, marszcząc czoło. – Ten chłopak jest zepsuty do szpiku kości. To nie jest sposób na założenie rodziny...

Starszy brat lepiej niż ktokolwiek inny wiedział, jak bardzo zależy jej na dziecku. To on pocieszał ją po odejściu Billy'ego, wiedział więc także, że to nie ona zerwała zaręczyny.

– Dlaczego?

– Poza tym Frances z pewnością odszuka prawnego opiekuna Tommy'ego i będziesz się musiała pożegnać z tym chłopcem – ciągnął, jakby nie dosłyszał pytania.

– Zdaje się, że Frances próbuje to zrobić już od dłuższego czasu i jakoś jej się nie udaje. Chyba nie podejrzewasz jej o opieszałość?

Brat uśmiechnął się po raz pierwszy od przyjazdu.

– Nie, Frances pracuje jak mrówka i dlatego pewnie w końcu kogoś znajdzie. A wtedy będziesz musiała się z Tommym rozstać.

– Dobrze, ale do tego czasu chciałabym się nim zająć – nalegała, nie myśląc o tym, co się stanie, jeśli rzeczywiście w miasteczku pojawi się ktoś z rodziny chłopca.

– A, swoją drogą, gdzie on jest?

– Na górze.

– Pewnie opróżnia twoją szkatułkę z biżuterią – mruknął Tucker.

Skrzywiła się.

– Nie, śpi.

– Chcesz się założyć? Jeśli przegrasz, zapomnisz o całej sprawie, dobrze?

Daisy podeszła do schodów i skinęła na brata. Nie potwierdziła jednak, że zgadza się na warunki zakładu.

– Sam zobacz, cwaniaku.

Niestety, kiedy oboje podeszli kilka stopni do góry, Tommy właśnie pojawił się w drzwiach jej sypialni. Miał wypchane kieszenie, a Molly szła za nim krok w krok jak za nikim innym. Tucker pokonał schody dwoma susami i złapał chłopaka za kołnierz. Po chwili wyciągnął z jego kieszeni pamiątkowy naszyjnik po prababci i pomachał nim przed nosem siostry. Diamenty pięknie zalśniły w dziennym świetle.

– Nie mam już nic więcej do powiedzenia – stwierdził.

Daisy nie chciała dać po sobie poznać, że incydent zrobił na niej jakiekolwiek wrażenie.

– Tommy, przecież doskonale wiesz, że to nie należy do ciebie – zwróciła się surowo do chłopca.

– Tak, proszę pani. Ale i tak chciałem to wziąć – rzucił prowokacyjnie.

Daisy postanowiła zrezygnować z kazania o sumieniu i siódmym przykazaniu, ponieważ w szkółce niedzielnej przerabiała to z nim dokładnie.

– Dlaczego? – spytała po prostu.

– Żeby móc sobie kupić jedzenie.

– Możesz skorzystać z lodówki, jeśli jesteś głodny – zauważyła.

– To teraz – mruknął. – Ale przecież w końcu mnie pani odeśle. Za te błyskotki mógłbym się pewnie utrzymać przez jakiś czas. Może nawet pół roku...

Molly miauknęła przeciągle, jakby chciała powiedzieć, że w pełni się z tym zgadza.

Daisy odsunęła brata i położyła dłoń na ramieniu chłopca.

– Myślałam, że ten punkt programu mamy już za sobą. Zapewniam, że nigdzie cię nie odeślę. Ale nie będę też tolerować kradzieży. Idź teraz do swojego pokoju...

Nie wiedziała, który z nich jest bardziej zaskoczony jej słowami. Ale Tucker znał ją lepiej, westchnął więc tylko z rezygnacją i spojrzał na Tommy'ego.

– No, bracie, słyszałeś, co masz robić. Znam dobrze moją siostrę i nie radzę ci z nią zadzierać.

Na twarzy Tommy'ego pojawiła się ulga. Spuścił głowę i chciał już odejść, ale szeryf pokręcił głową.

– Nie zapomniałeś o czymś?

– O czym? – Ich oczy spotkały się na moment.

– Opróżnij kieszenie – polecił Tucker.

Chłopiec z wyraźną niechęcią zaczął wyjmować biżuterię Daisy. Okazało się, że poza naszyjnikiem wybrał garść efektownych błyskotek, wprawdzie niezbyt cennych, ale stanowiących pamiątki, których nie chciała utracić.

Tucker wziął całą biżuterię i podał ją Daisy.

– Może jednak wezmę te rzeczy do sejfu, jeśli chcesz je jeszcze kiedyś nosić – zaproponował.

Daisy spojrzała na swego podopiecznego.

– Nie sądzę, żeby było to konieczne, prawda, Tommy?

Chłopiec przez moment wyglądał tak, jakby miał zamiar rzucić jakąś cyniczną uwagę, ale po chwili spuścił oczy.

– Nie będzie, proszę pani.

Kiedy odszedł wraz z kotem, Daisy uśmiechnęła się do brata.

– Jesteś zadowolony?

– Nie, wcale. Ale widzę, że i tak mnie nie posłuchasz – rzekł z rezygnacją.

Poklepała go po ramieniu.

– Zawsze byłeś bystry. Tylko nie próbuj nasyłać na mnie ojca!

– Nie muszę. Jak tylko się o tym dowie, sam tu przybiegnie – mruknął Tucker.

– Dobrze, może się wściekać, ale to i tak nic nie pomoże. Przynajmniej raz w życiu chcę zrobić coś, na co mam ochotę. I co uważam za słuszne – dodała zaraz.

Wiedziała jednak, że musi się liczyć z ingerencją ojca. Nawet jeśli to nie Frances powie mu o jej planach, to i tak znajdzie się życzliwa osoba, która to zrobi.

Miasteczko Trinity Harbor nie było wielomilionową metropolią, a rodowa rezydencja Spencerów, Cedar Hill, należała do najbardziej prominentnych w okolicy. Z pewnością w najbliższym czasie ktoś zechce odwiedzić Roberta Kinga Spencera, żeby opowiedzieć mu o „wariactwach” jego córki.

Historia stanie się jeszcze ciekawsza, jeśli ludzie dowiedzą się, że Tommy próbował już ją okraść. To da początek nowym plotkom. Daisy nie była pewna, czy może liczyć na milczenie brata. Zwłaszcza że naszyjnik po prababci znajdował się od pokoleń w ich rodzinie i był poniekąd własnością wszystkich Spencerów.

ROZDZIAŁ DRUGI

W Waszyngtonie oficer śledczy Walker Ames zakończył właśnie piątą w tym miesiącu sprawę dotyczącą ulicznej strzelaniny. Ta jednak wyglądała gorzej niż wszystkie poprzednie. Kula przeznaczona dla przechodzącego ulicą szefa jednego z gangów trafiła pięcioletnią dziewczynkę, która bawiła się lalkami na progu swego domu. Niedoszła ofiara nawet nie spojrzała, czy nie można jakoś pomóc...

Walker nie dlatego został policjantem, żeby zajmować się tego rodzaju sprawami. Zależało mu na tym, żeby pomagać ludziom, a nie sprzątać po kolejnych tragediach. W ciągu paru lat służby wystarczająco napatrzył się na umierające dzieci, postrzelone staruszki i nastolatki zamordowane z powodu pary adidasów... Świat schodził na psy. To, co się działo, nie mieściło się jakoś Walkerowi w głowie. Kiedy myślał o tym, co dane mu było zobaczyć podczas pracy w policji, aż mu się ściskał żołądek.

Zaczął liczyć i ze zdziwieniem stwierdził, że pracuje już piętnaście lat. Wprost nie mógł uwierzyć! Po raz kolejny zaczął żałować, że wybrał ten zawód, chociaż tak naprawdę nie umiał robić nic innego. Był w nim zresztą wyjątkowo dobry. Miał największą liczbę rozwiązanych spraw w całym swoim oddziale i należał do najlepszych w mieście. Walker kierował się zwykle jedną zasadą – pracował, póki nie znalazł dowodów wskazujących przestępcę.

– Wiesz już może, kto mógł to zrobić? – spytał jego szef, widząc, że Walker kieruje się do ekspresu z kawą.

Kapitan Andy Thorensen, mimo że był o piętnaście lat starszy od Amesa, należał do jego najlepszych przyjaciół. Traktował służbę jak powołanie i nigdy nie pozwolił, by papierki przesłoniły mu rzeczy naprawdę ważne, co często działo się w przypadku innych szefów.

– Na ulicy było wtedy dwanaście osób – westchnął Walker, nalewając sobie kawy. – Cztery twierdzą, że niczego nie widziały, a dwie pozostałe także mają niewiele do powiedzenia. Matka dziewczynki ciągle rozpacza i nie można się od niej niczego dowiedzieć. Chcę przesłuchać wszystkich raz jeszcze. Może kiedy dotrze do nich, że zginęło niewinne dziecko, to wróci im pamięć.

Szef rozejrzał się po tłocznym pomieszczeniu służbowym, a następnie wskazał drzwi swojego biura. Zaczekał, aż Walker usiądzie, a potem zadał kolejne pytanie:

– A co z facetem, który miał zginąć?

– Zniknął, ale podejrzewam, że mieszka gdzieś w pobliżu. – Walker zacisnął dłoń na gorącym kubku. – Spokojna głowa, dorwę go! Nie odpuszczę tej sprawy.

Odstawił kubek i przetarł zmęczone oczy. Był wyczerpany i chciało mu się spać. Próbował nie poddawać się zmęczeniu, ale miał z tym coraz większe problemy. A przecież musiał pamiętać także o własnych dzieciach. Co prawda, od rozwodu nie wychowywał synów, ale chciał przynajmniej, żeby żyli w bezpieczniejszym świecie.

Znowu wypił trochę kawy i spojrzał przez okno. Jego rysy stężały w bolesnym grymasie.

– Powinieneś był widzieć tę dziewczynkę, stary – westchnął. – Wciąż tuliła do piersi lalkę, jakby chciała ją ochronić. Ktoś musi ponieść za to odpowiedzialność, choćbym miał wypowiedzieć wojnę wszystkim waszyngtońskim gangom.

Andy Thorensen spojrzał ze współczuciem na kolegę.

– Pamiętasz, czego uczyli nas w szkole? „Zachowaj obiektywizm”. Chciałbym widzieć, jak te zakute pały z akademii zachowują obiektywizm w obliczu czegoś takiego?!

– Jasne. Nie ma sensu ścigać zbrodniarzy, jeśli nie potępia się ich zbrodni.

Szef skinął głową.

– Daj mi znać, gdybym mógł ci jakoś pomóc. Brakuje nam ludzi, ale zrobię, co mogę.

– Dzięki.

– Robię to również po to, żeby chronić własny tyłek. – Andy uśmiechnął się cynicznie. – Przecież wiesz, co się będzie działo w mediach, jak sprawę nagłośnią.

Walker na szczęście mógł się nie przejmować łzawymi programami i artykułami czy też telefonami z biura burmistrza. Wiedział jednak, że w dużej mierze zawdzięcza to szefowi. Dzięki niemu mógł spokojnie prowadzić wszystkie swoje sprawy.

– Tym razem bardzo zależy mi na tym, żeby mordercę złapać rzeczywiście jak najszybciej – powiedział. – Mam nadzieję, że za bardzo ci nie dokuczą.

– Dzięki – westchnął Andy. – A, zanim zapomnę, dzwoniła tu jakaś kobieta. Przedstawiła się jako Frances Jackson i chciała z tobą rozmawiać. To bardzo zdecydowana i stanowcza osoba. Zdaje się, że ma do ciebie coś ważnego.

Walker potrząsnął głową.

– Nie znam nikogo takiego.

– Zaraz, zostawiła swój numer telefonu. – Szef zaczął szukać czegoś na swoim biurku. W końcu potrząsnął triumfalnie niewielką karteczką. – A, jest! Frances Jackson z opieki społecznej Trinity Harbor w stanie Wirginia.

– Nigdy nie słyszałem o takiej miejscowości.

– A ja byłem tam parę lat temu. – Na ustach Andy'ego pojawił się pełen rozmarzenia uśmiech. – Śliczne miasteczko nad Potomakiem, parę godzin jazdy stąd. Jadłem tam najlepsze kraby w życiu. Pomyśl, domki w stylu wiktoriańskim, małe sklepy z pamiątkami i antykami... Gail była zachwycona. Chciała nawet, żebyśmy kupili tam domek na weekendy i urlopy... I wiesz, po takim dniu jak dzisiejszy muszę stwierdzić, że nie jest to zły pomysł.

– Po tygodniu zanudziłbyś się tam na śmierć – zaśmiał się Walker.

Szef pokiwał głową.

– Być może masz rację, ale chciałbym spróbować... Zadzwoń tam. – Podsunął mu kartkę. – Ta Jackson mówiła, że to coś ważnego.

– Dobra. – Walker zerknął na nieznany numer telefonu, a następnie wsunął świstek do kieszeni marynarki. Uznał, że pani Jackson może trochę poczekać.

Kiedy dwie godziny później zadzwonił telefon, kartka w dalszym ciągu spoczywała w jego kieszeni.

– Ames – przedstawił się, podniósłszy słuchawkę.

– Pan Walker Ames? – odezwał się nieznajomy głos.

– Dokładnie tak.

– Tu Frances Jackson z opieki społecznej. Zostawiłam panu mój numer telefonu parę godzin temu – dodała z pretensją w głosie.

Andy nigdy nie lubił zbyt pewnych siebie kobiet.

– To prawda – przyznał, odpychając się nogami od biurka i balansując na krześle. Nabrał ochoty na odrobinę arogancji wobec nieznajomej.

– Więc dotarła do pana moja prośba o telefon?

– Dotarła – potwierdził.

– Z informacją, że sprawa jest bardzo ważna? – spytała jeszcze.

– Tak, razem z tą informacją.

– Więc czemu pan nie oddzwonił? – indagowała, z trudem panując nad nerwami.

– Miałem parę ważnych spraw – odparł.

– Na przykład?

– Na przykład muszę ustalić, kto zabił pięcioletnią dziewczynkę w czasie ulicznej strzelaniny. I powinienem działać szybko, póki sprawa jest jeszcze świeża.

Jęk, który usłyszał po drugiej stronie linii, sprawił mu dużą satysfakcję. Walker uznał, że wystarczy już tej zabawy i najwyższy czas wracać do pracy.

– A więc, czym mogę pani służyć? – zadał to pytanie z nadzieją, że niczym nie uraził swojej rozmówczyni.

– Czy jest pan spokrewniony z Elizabeth Jean Flanagan?

Dwie nogi krzesła opadły ciężko na podłogę. O, cholera, pomyślał Walker. Czyżby znalazła się moja młodsza siostra? Beth zawsze sprawiała sporo problemów. Jako szesnastolatka uciekła z domu z niejakim Ryanem Flanaganem, który najpierw się z nią ożenił, a potem porzucił ją gdzieś w okolicach Las Vegas, gdy się okazało, że jest w ciąży.

Ostatnio rozmawiał z siostrą jakieś dziesięć lat temu, kiedy ze łzami wyznała mu przez telefon, że nie może żyć bez tego drania. Chciał wtedy powiedzieć, co o nim sądzi, ale na szczęście zdołał się powstrzymać.

Posłał jej wówczas pieniądze z prośbą, żeby wróciła do Waszyngtonu, ale Beth nie zjawiła się, nigdy już także nie zadzwoniła do niego i w ogóle słuch po niej zaginął. Próbował ją jakoś zlokalizować, ale mu się to nie udało. Wyglądało na to, że siostra nie jest nigdzie zarejestrowana jako stały pracownik i że nie ma nawet prawa jazdy. Walker nie wiedział też, czy urodziła dziecko, czy zdecydowała się na aborcję.

– Panie Ames? – Głos dochodził z bardzo daleka, ale pomógł mu wrócić do rzeczywistości.

– Tak, co z moją siostrą?

– Więc to jednak pańska siostra!

– Przecież inaczej by pani nie dzwoniła – mruknął niechętnie.

– Dzwoniłabym. – Teraz ona zaczęła bawić się w echo. – Zdarzyło mi się już parę pomyłek. Najpierw sprawdziłam nazwisko panieńskie pańskiej siostry, a potem udało mi się ustalić, kim byli jej rodzice.

– Zmarli parę lat temu – rzekł Walker cierpko. – Mam wrażenie, że siostra trochę się do tego przyczyniła. No, a jak odnalazła pani mnie?

– Miałam nieco szczęścia. – W głosie kobiety czuć było satysfakcję. – Sprawdzałam, gdzie urodziła się Elizabeth, i okazało się, że w tym samym szpitalu urodził się jej starszy brat, Walker David. Na szczęście nazwisko Ames jest na tyle rzadkie, że odnalazłam tylko sześciu Walkerów Davidów Amesów, głównie na wschodnim wybrzeżu. Pan jest dopiero trzeci.

– Być może powinna pani pracować w policji – mruknął z pewną dozą podziwu.

– Po prostu staram się dobrze wykonywać swoje obowiązki – stwierdziła.

No dobrze, tylko na czym one polegają, zastanawiał się Walker. Nikt bez powodu nie zadałby sobie tyle trudu.

– A dlaczego mnie pani szukała? – spytał w końcu.

– Kiedy ostatnio rozmawiał pan z siostrą?

– Wiele lat temu.

– Czy jest pan jej najbliższym krewnym?

– Tak, ale czy mogłaby pani...

– Bardzo mi przykro, panie Ames – westchnęła i w jej głosie pojawiły się smutne tony. – Naprawdę bardzo panu współczuję.

– Ale co się, do licha, stało?!

– Pańska siostra nie żyje.

Nagle pomyślał, że mógł się tego spodziewać. Telefon w jego biurze dzwonił tylko wtedy, kiedy stało się coś złego. Ale dlaczego Beth? Kiedy się ostatnio widzieli, była pełna energii i... beznadziejnie zakochana.

– Jak to się stało? – spytał, bojąc się najgorszego. Jeśli nie zrobił tego Flanagan, to mogły ją wykończyć narkotyki albo coś w tym rodzaju.

– Parę miesięcy temu zachorowała na grypę, która, nie leczona, przekształciła się w zapalenie płuc. Lekarze mówili, że było po prostu za późno.

– Zmarła na grypę? – powtórzył z niedowierzaniem. – Przecież była młoda i silna...

– Ostatnio dużo chorowała – poinformowała go kobieta. – Od chwili jej śmierci szukaliśmy kogoś z najbliższej rodziny. To znaczy, kogoś jeszcze...

Walker zmarszczył brwi.

– Czyżby wciąż była z tym draniem Flanaganem? – spytał chłodno.

– Nie, jej mąż zginął w wypadku motocyklowym. Zdaje się, że był pijany, ale nie badałam dokładnie tej sprawy... Ale jest jeszcze jej syn, pański siostrzeniec... Właśnie dlatego do pana dzwonię.

– Co chce pani przez to powiedzieć?

– Przede wszystkim musi pan przyjechać do Trinity Harbor. Powinniśmy porozmawiać – rzekła zdecydowanym tonem.

Walker poczuł, że serce bije mu coraz szybciej. Pomyślał ze współczuciem o synu Beth. Była żona Walkera zawsze twierdziła, że jest jeszcze gorszym ojcem niż mężem, a on... musiał jej przyznać rację. Nie znaczyło to, że nie kochał swoich synów, ale praca w policji powodowała, że zupełnie nie miał dla nich czasu.

– Pani Jackson, musi być jakieś inne...

– Wyjście? – podchwyciła. – Czy chciałby pan coś może zaproponować?

Walker skurczył się na krześle. Biedny dzieciak, pomyślał.

– Dobrze, przyjadę – mruknął. – Jak tylko będę mógł się wyrwać. Mam teraz na głowie poważne śledztwo.

– Z gazet wiem, że potem czeka pana następne, a potem następne – powiedziała cierpko. – Nie mogę czekać, aż pański siostrzeniec stanie się pełnoletni...

Walker westchnął, czując, że ta kobieta ma rację.

– W czwartek powinienem być wolny. Czy to panią satysfakcjonuje?

– Chyba nie mam innego wyboru, prawda?

– Prawda – mruknął Walker, a potem szybko pożegnał się i odłożył słuchawkę.

Miał dziwne przeczucie, że sprawa zabójstwa jest niczym w porównaniu ze zmianami, jakie go niedługo czekają.

Daisy przygotowywała się do konfrontacji z ojcem od pierwszego dnia po przygarnięciu Tommy'ego. Ale kiedy King nie pojawił się u niej ani tego dnia, ani następnego, zaczęła mieć nadzieję, że może ojciec postanowił wreszcie nie mieszać się do jej spraw. Była jednak pewna, że doskonale wie o tym, co się stało.

Nie tylko ojciec dał jej spokój, ale i pozostali członkowie rodziny, a także znajomi, pomijając Tuckera, który przyjeżdżał dość często. Podejrzewała, że głównie po to, żeby liczyć srebra i inne kosztowności.

Pod koniec tygodnia zaczęła mieć nadzieję, że wszystko pójdzie tak, jak sobie zaplanowała. Tommy powoli się u niej zadomawiał. Wrócił też do szkoły, gdzie, według wychowawczyni, zachowywał się poprawnie. Podkradał tylko jedzenie z lodówki, ale Daisy przypuszczała, że zanim chłopiec poczuje się bezpiecznie, musi minąć trochę czasu. Gotowała teraz więcej niż kiedykolwiek i bardzo ją to cieszyło.

Właśnie wypełniał kuchnię zapach pieczonych ciasteczek, które wykładała na talerz. Tommy, zapewniwszy ją wcześniej, że odrobił już pracę domową, chwycił ich garść i oznajmił w biegu, że pobawi się na dworze. Molly miauknęła żałośnie, ponieważ drzwi zatrzasnęły jej się tuż przed nosem, a Daisy uśmiechnęła się do siebie. Za jakiś czas oduczy go zarówno wynoszenia jedzenia, jak i hałasowania, ale na razie cieszyło ją to, co już zdołała osiągnąć.

Na dźwięk dzwonka znieruchomiała. Odstawiła następną partię gotowych do pieczenia ciasteczek, starając się uspokoić. Pocieszała się tym, że ojciec i bracia zapukaliby tylko raz i po prostu weszliby do środka. Podobnie zresztą jak większość sąsiadów.

Dzwonek wskazywał na to, że wizyta ma charakter oficjalny, co mogło oznaczać jedynie kłopoty. O Boże, żeby to tylko nie była Frances, modliła się w duchu.

Została wysłuchana, bo kiedy po chwili ociągania otworzyła drzwi, ujrzała w nich rudowłosą panią pastor, która jakiś czas temu zastąpiła w Trinity Harbor starego pastora. Daisy bardzo ją lubiła za bezkompromisowość, która kryła prawdziwie ludzkie współczucie. Szanowała też jej męża, który po latach pracy zagranicznego korespondenta zdecydował się pisać do lokalnej gazety. A zapałała do niego prawdziwą sympatią, kiedy okazało się, że jej ojciec wprost organicznie nie znosi liberalnych artykułów Richarda.

Daisy uśmiechnęła się do niej, ale Anna-Louise pozostała poważna. Mogło to znaczyć, że nie przyszła tutaj z własnej woli. Przecież to King, wraz z innymi członkami komitetu parafialnego, wybrał ją na stanowisko pastora Trinity Harbor, mógł więc teraz przysłać ją, żeby wykonała za niego brudną robotę.

– Przychodzisz z misją? – rzuciła Daisy, kiedy już usiadły w kuchni przy herbacie i talerzu jeszcze ciepłych ciasteczek.

– Dlaczego tak myślisz? – spytała Anna-Louise, przybierając niewinną minę.

– Czyżbym się myliła? Po prostu wizytujesz swoją owczarnię?

– Oczywiście.

– Osoba duchowna nie powinna kłamać – upomniała ją Daisy żartobliwie.

Anna-Louise uśmiechnęła się do niej przepraszająco.

– Cóż, to prawda, że dzwonił do mnie twój ojciec. Uważa, że potrzebujesz duchowej porady.

– Pewnie powiedział, że zwariowałam, tak?

Pani pastor roześmiała się.

– Widzę, że świetnie go znasz.

– I uważasz, że ma rację?

– Nie, jestem po twojej stronie – odparła Anna-Louise. – Dlatego nie przyszłam tu od razu po jego telefonie. Tyle że... nie powiedziałam mu, co o tym sądzę. Nie chciałam, żeby przeze mnie znów miał wyższe ciśnienie. Po ostatnim artykule Richarda na temat rozwoju miasta przez godzinę przekonywał mnie po nabożeństwie, że powinnam szukać zbłąkanych dusz „bliżej własnego domu”. Niewątpliwie chodziło mu o duszę mojego męża...

– Myślę, że dobrze zrobiłaś. I tak by cię nie słuchał. Nie przyjmuje niczego, co choćby w najmniejszym stopniu odbiega od jego opinii. Przyznasz, że nie miałam wyjścia. Tommy potrzebował kogoś, kto by się nim zajął.

– Jasne – potwierdziła Anna-Louise.

– Wiesz przecież, że potrafię go wychować – ciągnęła Daisy.

– Nie mam co do tego wątpliwości.

Daisy zmarszczyła czoło i spojrzała na swoją rozmówczynię. Coś jednak musiało stać się przyczyną jej wizyty.

– Więc? – rzuciła.

Pani pastor wzięła głęboki oddech.

– Jak się będziesz czuła, jeśli Tommy będzie musiał odejść? – spytała z niekłamaną troską.

– A dlaczego miałoby się tak stać? Jego matka nie żyje, ojciec również. Rodziny zastępcze się nie sprawdziły – wyliczała. – Gdzie miałby pójść?

– Frances znalazła jego wuja – rzekła Anna-Louise ze spuszczoną głową.

Daisy poczuła, że łzy napływają jej do oczu. Jednak zdołała się nawet uśmiechnąć.

– To wspaniale. Kiedy tu przyjedzie?

– W czwartek.

– Zgodził się zabrać Tommy'ego?

– Nie, jeszcze nie.

Odetchnęła z ulgą. A więc wciąż miała jakąś szansę.

– Cóż, pozostaje więc tylko czekać...

Anna-Louise położyła dłoń na jej ręce.

– Moja droga, wiem, jak bardzo kochasz dzieci. Domyśliłam się tego, jak tylko cię zobaczyłam. Wierzę też, że Tommy miałby w tobie dobrą i oddaną matkę, a jednocześnie potrafiłabyś go odpowiednio wychować. Ale, niestety, musisz się przygotować na to, że chłopiec będzie musiał wyjechać do swego wuja...

– Bóg nie zechce mi go odebrać!

– Czasami nie rozumiemy bożych planów – przypomniała jej pani pastor. – Pamiętaj jednak, że nawet jeśli wystawia nas na próbę, to dla naszego dobra.

Daisy nie miała pojęcia, jakie korzyści mogliby odnieść ona lub Tommy, gdyby ich rozdzielono. Zdaje się, że nigdy wcześniej nie widział swego wuja.

– Kim jest ten mężczyzna? – spytała, powstrzymując łzy.

– Wiem tylko, że pracuje w waszyngtońskiej policji. Frances uważa te informacje za poufne i chciała tylko, żebym z tobą porozmawiała.

– Jest żonaty?

– Chyba nie.

– Więc skąd przypuszczenie, że zajmie się Tommym lepiej niż ja?!

– Nikt tak nie twierdzi. On po prostu jest krewnym chłopca.

Daisy chciała zacząć wywód o tym, że osoby spoza rodziny też są zdolne do miłości, ale pomyślała, że powinna najpierw zobaczyć wuja Tommy'ego i dopiero wtedy zdecydować, co o nim sądzi. Jeśli okaże się, że z jakichś powodów jej nie odpowiada, będzie walczyć o „swoje” dziecko jak lwica.

ROZDZIAŁ TRZECI

Walker zadrżał, wjeżdżając do Trinity Harbor. Nawet bez tablicy przydrożnej i tak rozpoznałby to miasteczko, ponieważ wyglądało dokładnie tak, jak opisał je szef: ciekawe, malownicze, choć nieco senne. Poza tym wydało mu się trochę wyblakłe, jak suknia balowa, która zbyt długo wisiała w szafie, czekając na kolejny karnawał. Miejskie trawniki były dobrze utrzymane, co parę przecznic wyrastały przed nim kościoły, niektóre dosyć stare, a co jakiś czas z boku lśniły wody przepływającej przez miejscowość rzeki.

Walker nie znosił takich miejsc. Brakowało mu ruchu, ulicznego gwaru, estakad i wieżowców. Lubił poruszać się po metropoliach takich jak Waszyngton czy Nowy Jork. Odpowiadała mu ich anonimowość. Nie miał natomiast pojęcia, co można robić w miasteczku, gdzie niemal wszyscy doskonale się znają.

Zgodnie ze wskazówkami Frances Jackson przejechał obok parku miejskiego, ratusza i zatrzymał się przed budynkiem, który wyglądał bardziej na miniaturową szkołę niż państwowy urząd. Jednak kiedy przeczytał tabliczkę z napisem: Pomoc Społeczna Hrabstwa Westmoreland, uznał, że dotarł do właściwego miejsca.

Wyłączył silnik i przez chwilę siedział w wozie, zastanawiając się, co go tutaj czeka. Miał odebrać akt zgonu siostry i spotkać swego siostrzeńca. To pierwsze wydawało się o wiele łatwiejsze, chociaż nękały go wyrzuty sumienia, że wcześniej nie zainteresował się losami Beth.

Być może właśnie dlatego nie spieszył się dziś rano. Wpadł nawet do pracy, żeby pogawędzić chwilę z Andym, potem przejrzał jakieś papiery, a kiedy już nie miał zupełnie nic do zrobienia, ruszył w drogę. Udało mu się opóźnić przyjazd o prawie dwie godziny. Wziął głęboki oddech, jakby przygotowywał się do ostatecznej bitwy, i wysiadł z samochodu.

Kiedy w końcu dotarł do pokoju Frances Jackson, okazało się, że nie przypomina ona pracowników opieki społecznej, których znał z Waszyngtonu. Nie było w niej ani odrobiny goryczy czy zmęczenia, jakie widział w stolicy. Nie pasowała też do wizerunku, jaki miał przed oczami, kiedy z nią rozmawiał. Przede wszystkim była starsza, mogła dobiegać sześćdziesiątki. Po drugie, raczej zaokrąglona niż szczupła, i pełna dobrego humoru. Tak właśnie przedstawiano czasami na gwiazdkowych wystawach żonę Świętego Mikołaja, jeśli święty w ogóle mógł mieć żonę.

Prawdę mówiąc, Frances Jackson wyglądała na osobę, z którą łatwo można sobie poradzić. Dlatego sądził, że niedługo wyruszy w drogę powrotną. I to sam.

– Spóźnił się pan – stwierdziła kobieta. – Musimy się pospieszyć.

Wzięła do ręki torebkę i podeszła do drzwi. Walker kolejny raz musiał zmienić swoją opinię na jej temat. Zapomniał o tym, jak zwodniczy może być wygląd. Pani Jackson wprost tryskała energią. Wyglądało na to, że chce go od razu zabrać do siostrzeńca i po prostu mu go przekazać.

Walker nie był na to gotowy. I wątpił, by ten moment kiedykolwiek nastąpił.

– Do licha, czy gdzieś się pali? – zapytał, przystając na korytarzu.

– W naszym mieście o tej porze jemy już kolację, a ja, czekając na pana, straciłam obiad. – Na wspomnienie posiłku aż przełknęła ślinę. – Możemy porozmawiać przy jedzeniu. Poszukam czegoś z muzyką, bo ta podobno łagodzi obyczaje – dodała znacząco.

Walker zaśmiał się, słysząc te słowa.

– Chodzi pani o moje?

– Chyba nie o moje, prawda?

Nagle poczuł się winny, że w czasie pierwszej rozmowy potraktował ją tak niegrzecznie.

– Przepraszam, w policji musimy być czasami bardzo zdecydowani.

– Nie ma o czym mówić. Chodźmy do mojego samochodu.

Walker aż gwizdnął, widząc nowy kabriolet mustang i przez chwilę przyglądał mu się z zazdrością.

– Złagodniałbym jeszcze bardziej, gdybym mógł poprowadzić to cudo – rzucił.

– Czyżby nie ufał pan kobiecie za kierownicą?

– Nie, po prostu marzę o tym, żeby poprowadzić coś takiego – odparł zgodnie z prawdą.

Kobieta podała mu kluczyki.

– Wobec tego, proszę.

Ruszyli w stronę centrum. Minęli dawny sąd z kwadratem trawnika i stanęli przed staroświecką gospodą w Montross. Walker spojrzał z niechęcią na stary budynek i obwiedzione rzędem kwiatów patio. Zwykle starał się unikać takich miejsc.

– A czy nie ma tu czegoś z hamburgerami i frytkami? – spytał, rozglądając się dookoła.

– Ma pan fatalne nawyki żywieniowe – stwierdziła pani Jackson. – Ale jestem pewna, że tutaj także znajdzie pan coś, co będzie panu odpowiadać.

Kiedy wchodzili po schodach, Walker zauważył napis informujący, że budynek zbudowano w drugiej połowie XVII wieku. Wnętrze miało jednak prawdziwą klasę. W przestronnym holu stały antyki, a duże drzwi prowadziły na jasną salę, z której było przejście na werandę.

Pani Jackson nie czekała na kierownika sali, tylko sama przeszła na taras i wskazała miejsce przy stoliku. Usiedli. Kobieta zaczęła mu się przyglądać z rozbawieniem.

– Przykro mi, że nie mogłam pana zaprosić do fast-foodu, ale najbliższy jest ładnych parę kilometrów stąd, a odniosłam wrażenie, że panu się spieszy.

– Tak, jak zwykle. Jestem bardzo zajętym człowiekiem.

– Wobec tego złożymy zamówienie i od razu przejdziemy do rzeczy – stwierdziła.

Dziesięć minut później stały już przed nim piwo i pikantny kurczak z ziemniakami, którego zamówił mimo ostrzeżeń kelnera.

Pani Jackson poczekała, aż zje parę kęsów, a potem uśmiechnęła się, kiedy gwałtownie sięgnął po piwo.

– Nie za ostry? – spytała.

– Nie, nie, bardzo dobry – zapewnił ją. – Zresztą piwo też doskonałe.

– Z naszego minibrowaru. Jak pan widzi, małe miejscowości nie muszą być kulinarnie gorsze od metropolii.

– Wcale tego nie powiedziałem.

– Ale tak pan myślał.

Nie zaprzeczył. Zjadł jeszcze trochę mięsa, które zaczynało mu coraz bardziej smakować.

– Dziwi mnie, panie Ames, że do tej pory nie zapytał pan o swego siostrzeńca – dodała pani Jackson.

– Prawdę mówiąc, nie wiem, o co pytać. Przecież nawet nie wiedziałem o jego istnieniu.

– Nie miał pan bliższych kontaktów z siostrą – raczej stwierdziła, niż zapytała.

Walker przypomniał sobie lata, kiedy byli prawdziwymi przyjaciółmi. Młodsza siostra uważała go za wzór i robiła wszystko, co jej kazał, zwłaszcza że rodzice nie poświęcali im zbyt dużo czasu.

– Bardzo lubiłem Beth. Zawsze była wesoła i zadowolona. Kiedy poznała Flanagana, wszystko się zmieniło.

– Ile miała wtedy lat? – spytała pani Jackson, pochylając się lekko w jego stronę.

– Szesnaście. Była prawie dzieckiem. – Zacisnął dłonie na sztućcach. – Niestety, nie udało mi się jej powstrzymać. Wyjechałem wtedy na studia w akademii policyjnej, a Beth potrzebowała kogoś, kto by poświęcał jej trochę czasu. Później, po śmierci rodziców, usiłowałem ją odnaleźć. Częściowo dlatego, że mama miała z jej powodu wyrzuty sumienia...

– Kiedy ostatni raz pan z nią rozmawiał?

– Kiedy Flanagan zostawił ją samą. Była w ciąży i bardzo się bała. Wysłałem jej trochę pieniędzy i prosiłem, żeby wróciła. Miałem wtedy własną rodzinę, chciałem, żeby z nami zamieszkała. Byłoby jej łatwiej, z niemowlakiem... – Walker przymknął oczy. – Beth mówiła, że myśli o aborcji. Potem już się do mnie nie odzywała. Wiedziałem tylko, że mieszkała gdzieś niedaleko Las Vegas.

– Bardzo mi przykro – powiedziała współczująco pani Jackson. – Musiało być panu ciężko...

– Wpadłem we wściekłość – wyznał szczerze. – Jako policjant miałem spore możliwości, a nie byłem jej w stanie odnaleźć. A okazało się, że mieszkała niedaleko Waszyngtonu. To absurd!

– Być może chciała mieszkać blisko pana, ale bała się nawiązać kontakt?

Walker westchnął głęboko.

– Jak tutaj żyła? – spytał po chwili.

– Spokojnie i chyba nie najgorzej. Tyle że wciąż chorowała... Zajmowała się różnymi rzeczami; sprzątała, pracowała jako kelnerka, ale nie decydowała się na podjęcie stałej pracy.

– Dlaczego?

– Zawsze mówiła, że boi się „systemu”. Nie chciała mieć do czynienia z żadnymi papierkami.

Walker słyszał już o tym wcześniej. Podobnej paranoi uległ Roy, jej mąż, który przez całe życie uciekał przed stałymi zobowiązaniami. Nawet dziecko nie zdołało go zatrzymać. On też nie miał stałego ubezpieczenia i podejmował tylko dorywcze prace.

– To wpływ tego jej męża – mruknął. – Pewnie przez niego zaczęła chorować.

Pracownica opieki społecznej pokręciła głową.

– Nie, raczej przez brak ubezpieczenia. Miała mało pieniędzy, więc wolała leczyć się sama...

Walker uderzył dłonią w stolik, aż zadźwięczały sztućce.

– Do licha!

– Ale muszę panu powiedzieć, że zastanawiała się nad podjęciem stałej pracy. Rozmawiała też z Anną-Louise, która jest naszym pastorem, o swojej rodzinie. Stąd wiedzieliśmy, że ma jeszcze kogoś poza Tommym.

– Nie musiała się mnie bać!

– Być może miała poczucie, że pana zawiodła. Że zawiodła całą swoją rodzinę – dodała po chwili.

Ames pokręcił głową.

– To nie miało znaczenia. Bardzo mi na niej zależało, chociaż pewnie trudno pani w to uwierzyć...

Pani Jackson wzruszyła ramionami.

– Dlaczego?

– I nie usłyszę żadnego kazania o obowiązkach brata?

– To nie moja sprawa – stwierdziła. – Zresztą robił pan, co mógł. Nie zmienimy przeszłości. Wolę zajmować się teraźniejszością.

– To znaczy Tommym?

Nie umknęło jej uwagi, że po raz pierwszy wypowiedział imię siostrzeńca.

– Właśnie. – Wyjęła zdjęcie ze swojej torebki. – Może chciałby go pan zobaczyć?

Walker zawahał się, ale w końcu wziął fotografię do ręki. Patrzyły z niej błękitne oczy Beth, chociaż twarz Tommy'ego przypomniała mu również jego własne zdjęcia z dzieciństwa. W jakiś sposób wyczuwał wewnętrzną siłę tego chłopca.

– Założę się, że świetnie sobie radzi.

– Nie miał innego wyjścia – powiedziała pani Jackson. – Trochę też zdziczał, chociaż od czasu, kiedy zamieszkał z Daisy, jest znacznie lepiej.

– Daisy? – powtórzył.

– Daisy Spencer. Spencerowie założyli Trinity Harbor. Oczywiście nie Daisy, tylko jej przodkowie – dodała, widząc jego zdziwioną minę. – Jej ojciec, King, należy do najważniejszych obywateli tego miasta. Również do najznaczniejszych, chociaż mój ojciec kwestionował to nawet na łożu śmierci.

– Jakaś zaciekła wojna rodów? – zainteresował się Walker, dla którego brzmiało to jak bajka o żelaznym wilku.

– Raczej niekończąca się rywalizacja. King Spencer nie lubi, kiedy ktoś kwestionuje jego wyższość.

– Czy jego córka jest taka sama?

– Nie, Daisy jest bardzo miłą i uczynną osobą – zaśmiała się pani Jackson.

– I prowadzi rodzinę zastępczą?

– Nie, dotąd tego nie robiła.

– A co na to jej mąż?

– Jest samotna.

Walker powoli zaczynał rozumieć całą sytuację. Oto małomiasteczkowa „pani z towarzystwa” postanowiła zająć się biednym sierotą, żeby jeszcze bardziej podnieść swój prestiż w oczach mieszkańców Trinity Harbor. Ciekawe, czy wpadła na to sama, czy też podsunął jej ten pomysł ojciec?

– A jak to się stało, że Tommy do niej trafił?

– Znalazła go w swoim garażu – odparła pani Jackson. – Parę razy uciekał z różnych rodzin zastępczych i, prawdę mówiąc, od śmierci pańskiej siostry było z nim sporo kłopotów.

– A pani Spencer mimo to pozwoliła mu zostać? – upewnił się.

– Daisy jest naprawdę godna podziwu. Sam pan zobaczy. Uczyła Tommy'ego w szkółce niedzielnej i znała jego matkę z kościoła. Właśnie dlatego zdecydowała się na ten krok.

– Więc może powinna dalej się nim zajmować – powiedział Walker, udając, że nie widzi pełnego wyrzutu wzroku pani Jackson. – Zdaje się, że świetnie jej idzie...

– Czyżby nie chciał pan nawet zobaczyć swego siostrzeńca? – spytała z niedowierzaniem. – To przecież bardzo bliski krewny.

– Może tak byłoby lepiej... dla Tommy'ego.

– Niewykluczone – rzekła cierpko. – Ale sądziłam, że stać pana na więcej.

– Widzi pani, ta kobieta jest pewnie doskonałym wzorem do naśladowania – argumentował, myśląc o tym, że pani Spencer może chce już pozbyć się przykrej roli i wrócić do towarzystwa jako bohaterka.

– Jest pan przecież wujem Tommy'ego – przypomniała mu. – Zachowuje się pan tak, jakby mu pan mówił, że nie ma żadnej rodziny... Że musi zostać sam.

Walker poczuł, jak krew napłynęła mu do policzków. Od dawna nikt nie zdołał go tak zawstydzić.

– Wcale nie chciałem...

– Możliwe. Dobrze, niech tak będzie. Nie sądziłam, że jest pan tchórzem.

Czy to możliwe? Zaledwie godzinę temu sądził, że łatwo sobie poradzi z tą kobietą.

– Przecież wcale mnie pani nie zna, pani Jackson – zauważył.

– Wiem tyle, że chce pan uciec od tego chłopca, gdzie pieprz rośnie.

Walker przypomniał sobie oskarżenia swojej byłej żony.

– Nie znam się na dzieciach.

– Nie ma pan własnych? – zaciekawiła się.

– Mam, dwóch synów.

– Więc...?

– Nie widuję się z nimi zbyt często. Jestem rozwiedziony, a żona przeprowadziła się do Północnej Karoliny. Raz w roku zabieram chłopców na dwutygodniowe wakacje. Moja była żona twierdzi, że spędzam z nimi wtedy więcej czasu niż wówczas, gdy byliśmy rodziną.

Pani Jackson przyjrzała się mu uważnie.

– I sądzi pan, że ma rację?

– Prawdopodobnie tak. Praca zajmuje mi większość doby.

– Rozumiem, że przynosi też sporo ciężkich doświadczeń. Pewnie w policji widuje pan rzeczy, o których wolelibyśmy nawet nie słyszeć.

– Co nie zmienia faktu, że byłem złym ojcem i mężem – rzekł z rezygnacją.

– Pan sam tak uważa, czy tylko powtarza to, co powiedziała panu była żona?

Uśmiechnął się do niej blado.

– Powtarzam, ale z pełnym przekonaniem.

– Więc może chciałby pan jeszcze raz spróbować, panie Ames? – zainteresowała się. – Życie nigdy nie skreśla nas raz na zawsze.

– Niestety, moja praca jest teraz jeszcze bardziej absorbująca. Awansowałem na samodzielnego oficera śledczego.

Pani Jackson siedziała przez chwilę, a potem dojadła resztę swojego obiadu i spojrzała mu prosto w oczy.

– Niechże się pan przynajmniej spotka z Tommym – poprosiła. – Nie chcę, żeby ten chłopiec wpoił w siebie przekonanie, że wszyscy go opuścili. Proszę to zrobić choćby ze względu na swoją siostrę – dodała, widząc, że Walker się waha.

Pani Jackson uderzyła w czuły punkt. Walker czuł się winny, że opuścił siostrę i nie pomógł jej, kiedy tego naprawdę potrzebowała.

– Dobrze, wygrała pani. Spotkam się z Tommym, ale poza tym nie chcę składać żadnych obietnic.

– Zgoda. – Uścisnęła po męsku jego dłoń. – Jestem pewna, że w końcu podejmie pan właściwą decyzję.

Walker też chciałby mieć taką pewność. Zdecydował zobaczyć się z chłopcem, ale wcześniej pragnął odwiedzić cmentarz, na którym spoczęła jego siostra.

– Jeszcze coś... – zaczął.

– Chce pan pójść na grób siostry? – domyśliła się od razu. – Dochodzi piąta. Zadzwonię do Daisy i zapowiem nas na szóstą. Jeśli chce pan kupić kwiaty, w pobliżu jest bardzo dobra kwiaciarnia.

Nie myślał o tym wcześniej, ale uznał, że pani Jackson ma rację. Powinien wykonać jakiś gest i coś po sobie zostawić. Może chociaż w ten sposób przekaże Beth, że zawsze będzie miała miejsce w jego sercu.

King machnął ręką w stronę drzwi, wskazując podającej do stołu kobiecie, że ma wyjść z pokoju. Zawsze uważał, że służba powtarza w mieście każde jego słowo. Następnie sprawdził jeszcze, czy nikt nie podsłuchuje pod drzwiami, i dopiero wtedy zwrócił się do swoich synów:

– No dobrze, prawda, więc co zrobimy z waszą siostrą?

Tucker odłożył sztućce.

– Powinienem się był domyślić, że nie zaprosiłeś nas po prostu na kolację – westchnął.

– Przecież nigdy tego nie robi – wtrącił Bobby. – Jedzenie ma swoją cenę. Zaraz dowiemy się, o co chodzi tym razem.

King zgromił synów wzrokiem.

– Nie dogadujcie mi! Wasza siostra potrzebuje pomocy i chcę wiedzieć, jak macie zamiar to załatwić.

– Kiedy ją ostatnio widziałem, Daisy nie wyglądała na osobę w potrzebie – stwierdził Bobby. – Jest przecież dorosła i uznała, że może pomóc temu dzieciakowi. To wszystko. Przecież zawsze nas uczyłeś, że powinniśmy pomagać bliźnim. – Zniżył głos i zacytował: – „Spencerowie mają wspomagać tych, którzy mieli w życiu mniej szczęścia”.

King zastanawiał się przez chwilę, czy zareagować na to jawne szyderstwo, ale uznał, że sprawa jest zbyt poważna, żeby angażować się w słowne potyczki.

– Czy nie widzicie, że Daisy może gorzko pożałować tego, co zrobiła?

– Ostrzegałem ją – włączył się Tucker. – Stwierdziła, że wie, co robi.

– Anna-Louise też ją ostrzegała – dodał Bobby, a następnie zwrócił się do brata: – Widzisz, tata robi, co może. Skoro zwrócił się do nas, to znaczy, że pani pastor zawiodła.

Niestety, Anna-Louise nie oddzwoniła, co irytowało Kinga. Miał zamiar zwrócić jej uwagę, ale teraz chciał, żeby zajęli się tą sprawą jego synowie.

– Jesteśmy rodziną po to, żeby sobie pomagać – stwierdził. – Posłuchaj, Tucker, przecież mogłeś, prawda, zabrać stamtąd tego chłopaka.

– Chciałbyś, żebym go aresztował?!

– No właśnie! Sam mówiłeś, że ukradł naszą rodzinną biżuterię.

– Próbował to zrobić – poprawił go syn. – Gdybym zrobił to, o co ci chodzi, Daisy poszłaby za nim do więzienia, a mąż Anny-Louise napisałby wzruszający artykuł o tym, jak w Trinity Harbor traktuje się sieroty.

King musiał przyznać mu rację. Richard Walton zdołał już nieźle zaleźć mu za skórę. Co prawda, pochodził z Południa, ale pracując wiele lat w Waszyngtonie, do cna przesiąkł jankeskimi ideami.

– Poza tym nie sądzę, żebyśmy musieli coś robić – podjął Bobby. – Słyszałem, że Frances znalazła wuja chłopca. Miał przyjechać dziś, wczesnym popołudniem.

– Ale pewnie się spóźnił, bo widziałem wóz Frances koło restauracji. Musiałem wstąpić do sądu i przejeżdżałem obok – dodał Tucker.

King odetchnął z ulgą.

– Mam nadzieję, że ten wuj po prostu zabierze chłopaka i będzie po wszystkim.

– Frances nic o tym nie mówiła. – Bobby wolał trzymać się faktów.

– A czemu miałby tego nie zrobić, prawda? Mam nadzieję, że Frances zna swoje obowiązki. – King groźnie wzniósł widelec. – A może powinienem zadzwonić i pouczyć ją w tej kwestii?

– Chciałbym to widzieć – mruknął Tucker i otarł usta serwetką. W czasie tej rozmowy zupełnie stracił apetyt.

King zmarszczył brwi.

– Nie z takimi sobie radziłem. Jedno moje słowo i wyleci z pracy!

– Obawiam się, że nie doceniasz szacunku, jakim się cieszy w miasteczku. I nie zapominaj, że jej rodzina ma pozycję co najmniej równą naszej.

King aż się wzdrygnął, słysząc te słowa. Sama Frances lubiła mu o tym przypominać, zwłaszcza w czasie obchodów Dnia Założycieli Miasta. King od dawna miał z nią na pieńku. Praktycznie od czasów szkolnych, kiedy to przeklęta dziewczyna pokonała go w konkursie naukowym. Ojciec wypominał mu do końca życia, że przegrał z babą.

– Dajmy już spokój Frances – mruknął.

Synowie wymienili pełne rozbawienia spojrzenia. King nie wiedział, skąd dowiedzieli się o jego porażce w konkursie, ponieważ on sam bardzo dbał, żeby ta historia się nie rozniosła.

– Doskonale wiecie, że mogę was, prawda, wydziedziczyć – rzekł groźnie. – Nie okazujecie mi nawet odrobiny szacunku...

– Myślałem, że zrobiłeś to już w zeszłym tygodniu – stwierdził Bobby.

– Nie, nie, tata wydziedziczył nas wcześniej, dwa miesiące temu – poprawił go Tucker. – Ten drugi raz już się nie liczy.

– O co wtedy poszło?

Tucker zmarszczył brwi.

– Chyba powiedzieliśmy podczas niedzielnego obiadu, że nie obchodzą nas ceny bydła...

King uderzył pięścią w stół tak mocno, że zadrżała cała zastawa.

– Właśnie! Co to za synowie, prawda, którzy nie dbają o rodzinne interesy?!

Hałasy zwabiły pomoc domową, ale King znowu machnął ręką, żeby sobie poszła.

– Chcemy być sami – dodał. – Zawołam panią, kiedy przyjdzie pora na deser, pani Wingate.

Bobby spojrzał ze współczuciem na kobietę, która pracowała w Cedar Hill zaledwie od paru tygodni.

– Znowu stracisz pomoc, jeśli nie będziesz uważał – zwrócił się do ojca.

– No i co z tego? To mój dom, prawda.

– Przypomnimy ci to, kiedy sam będziesz musiał zająć się sprzątaniem.

King wzniósł oczy do nieba. Nie miał pojęcia, dlaczego Bóg pokarał go tak niewdzięcznymi synami. Przecież co tydzień chodził do kościoła, a jego datki na tacę należały do największych. Gdyby nie potrzebował ich pomocy w sprawie Daisy, wyrzuciłby ich teraz z domu i wydziedziczył. A może najpierw wydziedziczył, a potem wyrzucił z domu...

– Odchodzimy, prawda, od głównego tematu – podjął. – Chcę, żebyście zajęli się siostrą. Ten chłopiec ma opuścić jej dom. I to jak najszybciej!

Tucker wzruszył ramionami.

– Więc dlaczego sam jej o tym nie powiesz?

Ojciec westchnął głęboko.

– Ponieważ nie chce mnie słuchać i zawsze robi wszystko odwrotnie – stwierdził ponuro. – Gdybym, prawda, powiedział jej, co o tym sądzę, zatrzymałaby to dziecko z czystej przekory.

– To prawda. – Bobby skinął głową. – Daisy odziedziczyła po tobie ośli upór.

King zastanawiał się, czy nie obrazić się z powodu słowa „ośli”, ale wolał doprowadzić sprawę do końca. Nie mógł się jednak powstrzymać od sprostowania.

– Nieprawda, to wpływ jej matki. Ja, prawda, nigdy nie upieram się przy swoim, jeśli nie mam racji.

Obaj synowie wybuchnęli tak głośnym śmiechem, że służąca znowu zajrzała do jadalni. King miał już tego dosyć. Niech wszyscy robią, co chcą. Niech ten smarkacz okradnie i zamorduje Daisy... On, King, będzie miał przynajmniej tę satysfakcję, że próbował ją ratować.

Wzrokiem bazyliszka spojrzał w stronę pani Wingate.

– Jeśli już pani tu przyszła, to proszę przynajmniej posprzątać po kolacji – mruknął.

– Czy podać ciasto i kawę? – zapytała, omijając go szerokim łukiem. Nerwowo zaczęła zbierać talerze.

– Zjem deser w moim gabinecie, a ci dwaj mogą robić, co chcą. – Wskazał synów.

– Chętnie wziąłbym parę dodatkowych kawałków dla Daisy – rzucił Tucker.

– Świetny pomysł. Moglibyśmy zobaczyć, co u niej słychać.

King spojrzał na nich życzliwszym wzrokiem. Może w gruncie rzeczy nie są tacy źli...

– Dobrze, powiedzcie mi później, co wam się, prawda, udało załatwić.

Pani Wingate przyniosła owinięty przezroczystą folią talerz z sześcioma kawałkami szarlotki i postawiła go przed Tuckerem, po czym wyszła.

– Może pojedziesz z nami? – Tucker zwrócił się do ojca.

– Nie, za żadne skarby.

– Pewnie się boisz – rzucił Bobby.

– No jasne – dodał drugi syn.

– Nie, po prostu chcę zachować siły na później, jeśli wy skrewicie – stwierdził King. – Wszystko się jeszcze, prawda, może zdarzyć.

– Nie sądzisz chyba, że wskórasz coś z Daisy? – Tucker machnął ręką. – Robiła, co chciała, od kiedy poszła do szkoły.

– Więc najwyższy czas to zmienić. – King raz jeszcze uderzył pięścią w stół, a potem spojrzał z obawą w stronę drzwi. – Co z ciebie za szeryf, skoro pozwalasz własnej siostrze na podobne wybryki?!

– Znający granice swoich możliwości – podsunął z uśmiechem Bobby.

– I ostrożny – dodał Tucker.

King wzniósł dłonie do góry.

– Klnę się na wszystkie świętości, że zaraz zadzwonię po prawnika i, prawda, wydziedziczę was obu!

– Chcesz zostawić wszystko Daisy? – zaciekawił się Bobby.

– Nie, Towarzystwu Przyjaciół Trinity Harbor.

– To świetnie. Zdaje się, że Frances jest w zarządzie – przypomniał sobie starszy syn. – Będzie ci bardzo wdzięczna.

King zgrzytnął zębami, a potem wziął ciasto i bez pożegnania udał się do swego gabinetu. Jeśli będzie trzeba, sam poradzi sobie z marnotrawną córką. To nic, że ma już pięćdziesiąt dziewięć lat, a jego dzieci zrobiły się ostatnio bardzo nieposłuszne.

ROZDZIAŁ CZWARTY

Na przygotowanie Tommy'ego do spotkania z wujem Daisy poświęciła parę godzin. Starała się przedstawić nową sytuację w pozytywnym świetle, chociaż sama widziała w niej wyłącznie zagrożenie. Nie potrafiła też wytłumaczyć chłopcu, dlaczego do tej pory nie tylko nie poznał wuja, ale nawet nie wiedział o jego istnieniu. Frances bardzo niechętnie o tym mówiła, twierdząc, że są to sprawy poufne.

Dzisiaj pozwoliła Tommy'emu nie iść do szkoły, sama także wzięła wolne. Dopiero koło południa zdała sobie sprawę, że popełniła błąd, ponieważ cały dzień siedzieli w domu w oczekiwaniu na Walkera Amesa. Molly wciąż łasiła się do chłopca, jakby rozumiała, jak wielkim stresem jest dla niego ta sytuacja.

Koło trzeciej zadzwoniła Frances z informacją, że pan Ames jeszcze się u niej nie pojawił. Daisy miała tego dość. To niedopuszczalne, żeby tak się spóźniać na pierwsze spotkanie z siostrzeńcem! W duchu zaczęła nawet liczyć na to, że Ames w ogóle się nie zjawi.

Jednak drugi telefon pozbawił ją złudzeń. Frances informowała, że przyjedzie do niej z wujem Tommy'ego koło szóstej. Została im jeszcze godzina. Daisy przygotowała chłopcu kanapki, żeby odwrócić jakoś jego uwagę od trwającego już tak wiele godzin oczekiwania, ale sama nie mogła się zmusić do jedzenia.

Tommy co jakiś czas spoglądał w jej stronę. Niewypowiedziane pytanie wisiało w powietrzu: „Jak można odsyłać mnie do człowieka, którego nawet nie znam?”. Daisy położyła dłoń na jego ramieniu.

– Tommy, czy możesz mi zaufać?

– Trochę – bąknął.

– Więc uwierz, że zrobię wszystko, żeby było ci dobrze – zadeklarowała.

Swoimi niebieskimi oczami spojrzał na nią niepewnie.

– A kto zadecyduje, co jest dla mnie dobre?