Wydawca: Czwarta Strona Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 739 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Niebezpieczna sekwencja - Aleksandra Marinina

Bestsellerowa powieść z cyklu o major Kamieńskiej

Caryca rosyjskiego kryminału raz jeszcze zaskakuje!

Na co dzień spokojny i ułożony świat łyżwiarzy figurowych zakłóca bestialska zbrodnia. W wyniku tajemniczego splotu wydarzeń ginie Michaił Bołtienkow – elitarny trener, człowiek-legenda, który zdążył wychować niejednego mistrza.

Ciało zostaje znalezione koło domu jego kolegi, Walerija Łamzina. Świadkowie twierdzą, że trenerzy wygrażali sobie nawzajem.

Sprawa wydaje się oczywista. Jednakże Nastia Kamieńska i jej przyjaciele z Pietrowki – Anton Staszys i Roman Dziuba – mają inne zdanie na ten temat.

Odkrywają bezduszność i cynizm panujące na lodzie. Anioły na nim nie przetrwają…

Opinie o ebooku Niebezpieczna sekwencja - Aleksandra Marinina

Fragment ebooka Niebezpieczna sekwencja - Aleksandra Marinina

Tytuł oryginału: Ангелы на льду не выживают

Copyright © Aleksandra Marinina, 2014

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2018

Copyright © for the Polish translation by Aleksandra Stronka, 2018

Redaktor prowadzący: Adrian Tomczyk

Redakcja: Magdalena Wójcik

Korekta: Alicja Laskowska

Projekt okładki: Mariusz Banachowicz

Projekt typograficzny i łamanie: Barbara Adamczyk

Fotografie na okładce: © Peter Wollinga/Shutterstock

© conrado/Shutterstock

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

Wydanie elektroniczne 2018

eISBN 978-83-7976-039-8

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

Część 1

Nie mogła się powstrzymać, żeby nie zerkać na swoje odbicie w wystawach sklepowych. Biała bluzka w grochy wisiała na niej jak worek i była wyraźnie przykrótka, tymi samymi walorami odznaczała się spódnica za duża o dwa rozmiary, na dodatek deseń w kratę niedwuznacznie podkreślał, a wręcz eksponował wyszukany gust artystyczny damy w średnim wieku, noszącej owe ubranie. Brudne włosy, posklejane w efektowne kołtuny, przystrajał godny podziwu filcowy beret w dziwacznym kolorze. Można było snuć najrozmaitsze przypuszczenia, zaczynając od katastrofalnej sytuacji materialnej kobiety, a kończąc na jej całkowitej niepoczytalności i chorobie psychicznej, ale wśród wszystkich hipotez nie dałoby się znaleźć ani jednej, która byłaby choć trochę bliska prawdy. I o to właśnie chodziło.

Nastia Kamieńska uśmiechnęła się do swojego odbicia i jeszcze raz skonstatowała: wygląda doskonale!

Trzy lata po przejściu na emeryturę poczuła się naprawdę szczęśliwa, wreszcie mogła zająć się tym, co jej się tak podobało przez całe życie, ale czego nie miała okazji robić w pracy. Choć właściwie miała, tyle że sporadycznie… Wiele lat temu jej ojczym, detektyw z dużym stażem, zauważył, że osobyz taką powierzchownością jak Nastia trafiają się niezwykle rzadko, więc grzech tego nie wykorzystać. To, co jako młoda dziewczyna mogła uważać za istotną wadę, stawało się ogromną zaletą w dowolnych wcieleniach. Tak, Nastia Kamieńska zawsze była nijaka i blada, ale dzięki absolutnie prawidłowym rysom twarzy i proporcjonalnej budowie ciała nie rzucała się w oczy. Tak samo nie rzuca się w oczy czysta kartka standardowego formatu o idealnie równych brzegach, można jej po prostu nie zauważyć, podczas gdy nierówno oderwany kawałek, pomalowany w esy-floresy na pewno znajdzie się w centrum uwagi.

Już od trzech lat Anastazja Kamieńska pracuje w prywatnej agencji detektywistycznej starego przyjaciela Władika Stasowa i przynajmniej od roku „dorabia”, pomagając dawnym znajomym, którzy nadal zajmują się pracą operacyjną. Zresztą „dorabianie” to niewłaściwe słowo, Nastia nie dostaje za to pieniędzy, pracuje z miłości do sztuki, a raczej dla własnej przyjemności. To oczywiste, że jeśli dotrze to do zwierzchników owych znajomych, pourywają im głowy, czemu jednak mieliby się dowiedzieć?

Dzisiaj Nastia zamierzała porozmawiać z pewnym mężczyzną i wyciągnąć od niego informacje, on zaś nigdzie nie pokazywał się bez swojej okropnie podejrzliwej i kłótliwej żony. Dowiedziawszy się, że tego dnia małżonkowie planują odwiedzić przychodnię rejonową, Nastia uznała, że to idealna okazja. Ludzie bardzo chętnie zawierają znajomości w długich kolejkach przed gabinetem, dzieląc się uwagami o lekarzu, o jego pielęgniarce, o innych lekarzach i pracownikach rejestracji, narzekając na drogie lekarstwa, opowiadając o swoich chorobach i dając rozmaite rady, a także adresy „cudownych znachorek, które zdejmują wszelkie dolegliwości podczas jednego seansu, w dodatku niedrogo”.

Nastia wykonała zadanie nad podziw szybko i opuściła przychodnię bardzo zadowolona. Podstarzała niedojda wzbudzała zaufanie i litość, więc nikt nie powziął żadnych podejrzeń w stosunku do emerytki w kretyńskim berecie.

Jedynym problemem okazało się obuwie. Nastia nie znalazła znoszonych pantofli w odpowiednim rozmiarze, miała tylko adidasy, więc musiała włożyć to, co było pod ręką. A pod ręką były tylko buty należące do Daszeńki, żony brata Nasti, Aleksandra, w dodatku za małe. Warto jednak nieco pocierpieć. Tym bardziej że chód w niewygodnych butach staje się zwykle chwiejny i nierówny, co świetnie koresponduje z bluzką w grochy, a także ze spódnicą w kratę i z marnymi włosami (żeby ukryć modną fryzurę, Nastia przez parę dni nie myła głowy i dla lepszego efektu natłuściła włosy oliwą) oraz z cudacznym beretem, który musiał pochodzić z przedpotopowych czasów. Jak to dobrze, że Daszka lubi się krzątać na swojej posesji! I że ubrania oraz buty, których używa do pracy w sadzie, są starannie poukładane i rozwieszonew budynku gospodarczym! Stamtąd właśnie pochodził beret, a także zdeptane pantofle…

Każdy krok sprawiał coraz większą trudność, stopy paliły żywym ogniem, więc dama w berecie zaczęła całkiem wyraźnie utykać. Samochód musiała zaparkować daleko, żeby nie dawać nikomu powodu do snucia niepotrzebnych domysłów.

Nastia dostrzegała kpiące i współczujące spojrzenia mijanych przechodniów i uśmiechała się w duchu. Znalazłszy się koło samochodu, ze starej, sfatygowanej torebki wyciągnęła kluczyki, nacisnęła guzik, wyłączając alarm, i w tej samej chwili napotkała wzrok młodego sympatycznego chłopaka, który przyglądał jej się najpierw z ciekawością, a później z przerażeniem. No tak, oczywiście, skąd tak dziwaczna i bez wątpienia biedna kobiecina może mieć srebrzystego peugeota… Młodzieniec najwyraźniej uznał, że to halucynacje, i potrząsnął głową. Nastia wsunęła się za kierownicę, zatrzasnęła drzwi i od razu opuściła szybę. Od rana panował upał, a teraz, po południu, powietrze znieruchomiało, stało się gęste i duszne jak przed burzą. Kiedy parkowała tutaj ponad trzy godziny temu, miejsce znajdowało się w cieniu, ale podczas gdy cierpliwie czekała w kolejce do rejonowego internisty, cień przesunął się daleko w bok i auto zdążyło mocno się nagrzać.

Tymczasem chłopak wciąż stał i się na nią gapił, jakby nie wierzył własnym oczom. Taka niechlujna kobiecina – i siedziw drogim aucie! Nastia była w świetnym humorze, więc uznała, że warto wnieść trochę radości w życie nieznajomego. Wyciągnęła ze swojej okropnej torby futerał, a z niego okulary w modnych oprawkach, później wyjęła papierosa i pstryknęła drogą zapalniczką. Chłopak zachwiał się i zatoczył. Nastia mrugnęła doń wesoło i uruchomiła silnik. Należy się smarkaczowi jakaś rozrywka, pomyślała z kpiną, będzie miał co opowiadać kolegom. Za szybko spisują starszych ludzi na straty.

Czekała ją daleka droga. Już od trzech tygodni mieszkała z mężem w willi brata za miastem. Aleksander i Dasza zabrali młodsze dziecko do Szwajcarii na skomplikowany zabieg połączony z długotrwałą rehabilitacją, nie chcieli jednak zostawiać bez nadzoru starszego syna, osiemnastoletniego Sani. Aleksander Kamieński trzeźwo oceniał swojego w gruncie rzeczy dobrego i pojętnego, ale nieposłusznego syna. Sania studiował w instytucie, ale tylko udawał, że się uczy. Jego życie zdominował komputer, liczyło się jedynie hakerstwo. W tej dziedzinie osiągnął mistrzostwo. Razem ze swoim kolegą Pietią, jeszcze zdolniejszym hakerem, spędzał przy komputerze całe dnie i noce, wyczyniając niestworzone rzeczy. Pietia był o dwa, najwyżej trzy lata starszy od Sani, nigdzie nie studiował, nie służył w wojsku ze względu na stan zdrowia, żył ze zleceń i miał mnóstwo wolnego czasu. Aleksander Kamieński nie darzył go szczególną sympatią i kiedy Nastia po raz pierwszy zobaczyła najlepszego przyjaciela swojego bratanka, musiała przyznać, że całkowicie podziela uczucia brata. Pietia był zwalisty, tęgi, niechlujny i niezbyt dobrze wychowany, zapominał się witać i chybaw ogóle nie znał słowa „dziękuję”.

Brat Nasti bał się dwóch rzeczy: że synek zawali sesję, wyleci z hukiemz instytutui otrzyma powołanie do wojska oraz że razem ze swoim przyjacielem Pietią (inaczej Peterem, Pedrem, Petrucciem albo Pierre’em) włamie się do banku ojca albo do jakiejś innej instytucji, to znaczy popełni przestępstwo i trafi za kratki. Z tego powodu poprosił siostrę, żeby na pewien czas przeniosła się do ich domu i miała Sańkę na oku. Szczerze mówiąc, Nastia nie była właściwie potrzebna, obowiązek nadzoru spoczywał na jej mężu, który znał się na programach komputerowych o niebo lepiej niż ona, więc potrafił rzetelnie skontrolować, co chłopak robi. Zadaniem Nasti było przygotowanie dietetycznych posiłków dla Sani, który wskutek ciągłego spożywania coca-coli, hamburgerów oraz innych przekąsek pochłanianych bez konieczności odrywania się od komputera nabawił się jeszcze przed ukończeniem osiemnastego roku życia rozmaitych dolegliwości, poczynając od pryszczy na całym ciele, a kończąc na wrzodach i zapaleniu trzustki. Ugotować kaszę, zupę krem, zrobić purèe i przypilnować przyjmowania lekarstw o odpowiedniej porze – oto i cały zakres obowiązków Nasti. Reszta jest sprawą Czistiakowa, który przez parę dni może pracować w domui zdalnie kierować swoim laboratorium, powierzywszy zastępcy wszystkie bieżące sprawy.

Gdy parkowała samochód w garażu Kamieńskiego, była prawie dziewiąta wieczór. Droga zajęła sporo czasu, w dodatku Nastia musiała się zatrzymać przy supermarkecie, żeby zrobić zakupy. Oboje z Czistiakowem od razu zrezygnowali z usług pomocy domowej i poprosili, żeby nikt nie przychodził. Nikogo nie potrzebują, sami mogą robić zakupy i gotować dla siebie i Sańki, a kobieta, która sprząta, może się zjawiać najwyżej razw tygodniu. Kamieńscy prowadzą bogate życie towarzyskie, bez przerwy ktoś u nich gości, więc bez kucharza i pokojówki się nie obejdą. Ale Nastia i Czistiakow będą się czuli skrępowani. Wprawdzie Daszka, która znała Nastię od wielu lat, wyraziła w pełni uzasadnioną wątpliwość dotyczącą jej umiejętności ugotowania zwyczajnej kaszy. I miała absolutną rację. Nastia Kamieńska nie umiała ugotować kaszy. Podobnie jak przygotować zupy kremu czy innych dietetycznych dań.

No i co z tego? Może się przecież nauczyć. Warto też sprawdzić, czy w wieku pięćdziesięciu dwóch lat potrafi jeszcze czegoś się nauczyć, czy też jest już na to za późno. Parę dni przed przeprowadzką do domu za miastem Nastia otworzyła pierwszą lepszą książkę kucharską i spróbowała ugotować kaszę mannę. Efekt był kiepski, a prawdę mówiąc, fatalny. Długo odskrobywała przypaloną kaszę, która przywarła do garnka, po czym podjęła drugą próbę, a po niej trzecią… Za szóstym razem kasza manna udała się wyśmienicie. Westchnąwszy z satysfakcją, Nastia przypomniała sobie słowa z filmuBiurowy romans, że jeśli się uprzeć, nawet zająca można nauczyć palić papierosy, i zaczęła ćwiczyć kolejne danie. W chwili przeprowadzki czuła się całkiem pewnie jako kucharka specjalizująca się w dietetycznym żywieniu. Co prawda przyrządzanie dań dla zdrowych osób nadal było jej piętą achillesową, ale to już nie miało żadnego znaczenia. Jej zadanie to nakarmienie bratanka. A ją jak zwykle wyżywi ukochany mąż.

We wszystkich oknach na parterze było ciemno, Czistiakow pojechał rano na posiedzenie rady naukowej i uprzedził, że wróci późno – po obronie dysertacji odbędzie się bankiet. Na piętrze paliło się światło w oknie pokoju Sańki. Za każdym razem, myśląc o bratanku, Nastia zadawała sobie to samo pytanie: czy jej brat zdaje sobie sprawę, jakie ma szczęście? Aleksander boi się, że syn wyleci z instytutu albo coś zmajstruje. Ale chłopak przynajmniej siedzi w domu. Rodzice mogą mieć całkowitą pewność, że żyje i nic mu się nie stało. Pracując w wydziale kryminalnym, Nastia widywała wiele rodzin, które oddałyby wszystko, żeby ich latorośl spędzała czas w domu, a nie włóczyła się nie wiadomo gdzie i zajmowała licho wie czym. Tymczasem Aleksander nie docenia swojego szczęścia, wciąż wymyśla jakieś groźne niebezpieczeństwa, które tak naprawdę nie są groźne. No bo co jest lepsze: syn odsiadujący wyrok za kradzież czy syn, którego można odwiedzać tylko na cmentarzu? Nastia Kamieńska świetnie znała odpowiedź. Tymczasem Aleksander chyba się jej nawet nie domyślał.

Włączyła światło w przedpokoju, włożyła kapciei zaniosła torbyz zakupami do kuchni. Zajrzała do lodówki, a później do zlewu – no oczywiście, Sani nie chciało się podgrzać tego, co mu przygotowała, jadł zimną kaszę prosto z garnka, a zapiekankę warzywną chwytał rękami. Upaćkana kaszą łyżka, smutno poniewierająca się na dnie zlewu, oraz resztki zapiekanki nie pozostawiały miejsca na inne hipotezy.

Nastia wspięła się na górę do pokoju bratanka, podała mu wszystkie niezbędne lekarstwa oraz szklankę wody. Sania potulnie połknął tabletki i proszki, w ogóle się nie odwracając do ciotki i ani na chwilę nie odrywając wzroku od ekranu komputera.

– Co porabiasz? – rutynowo zapytała Nastia.

– Szykuję się do desperado – tak samo rutynowo odparł Sania.

„Desperado” w młodzieżowym slangu oznaczało kartkówkę.

– A może pójdziemy na spacer? – zaproponowała.

Prowadzili swego rodzaju grę: co wieczór Nastia proponowała bratankowi spacer i co wieczór otrzymywała wyjaśnienie, dlaczego to niemożliwe. Codziennie padały inne wyjaśnienia i Nastia była bardzo ciekawa, kiedy Sani wyczerpią się pomysły i pośle ją do wszystkich diabłów.

Ten dzień chyba właśnie nadszedł.

– A może do lasu liście pompować? – Chłopak wysunął kontrpropozycję, której sens, nadal w tym samym slangu, sprowadzał się do sugestii, żeby ciotka się odczepiła i zostawiła gow spokoju.

– Jak sobie życzysz! – Nastia natychmiast ustąpiła i wróciła na dół.

Ulokowawszy się w miękkim fotelu przy szerokim oknie w salonie, wyjęła stary notes i sięgnęła po komórkę. Czeka ją spokojny wieczór, który warto poświęcić na zaległe rozmowy telefoniczne. W ciągu dwudziestu pięciu lat pracy w wydziale kryminalnym Anastazja Kamieńska zdobyła ogromną rzeszę znajomych w rozmaitych branżach oraz warstwach społecznych i przyjęła zasadę, że mniej więcej raz na dwa miesiące do każdego dzwoni, dowiaduje się, co słychać, składa życzenia z okazji świąt… Jednym słowem, podtrzymuje kontakty. Nigdy nie wiadomo, w jakim kierunku potoczy się praca detektywa, choćby prywatnego. Trudno przewidzieć, do kogo i w jakiej sprawie trzeba będzie się zwrócić po potrzebne informacje albo po pomoc.

Z każdą minutą coraz trudniej było oddychać, wilgotne powietrze niemal kleiło się do twarzy, w końcu zaczęło błyskać, a chwilę później rozległ się grzmoti lunął rzęsisty deszcz.

Pies energicznie się otrząsnął, zanim kynolog wydał komendę, żeby wskoczył do samochodu, mimo to woda spływająca z gęstej sierści natychmiast utworzyła sporą kałużę. Śledczy Bagłajew ze smętną zawiścią popatrzył na mikrobus, którym przyjechała dyżurna grupa operacyjno-dochodzeniowa i w którym rozsiądzie się zaraz wygodnie kynolog z psem, i z rezygnacją pokiwał głową: oglądanie miejsca zdarzenia w ulewnym deszczu to zajęcie nie tylko mało przyjemne, ale, co gorsza, nieefektywne. W dodatkuw zupełnych ciemnościach… Ustawiono oczywiście reflektory, ale to bynajmniej nie to samo co ostre dzienne światło. I co niby może znaleźć służbowy pies patrolowy, nawet najlepszy, gdy wokół pełno wody? Instrukcja nie pozostawiała jednak wyboru: do zwłok należy wyjeżdżać z kynologiem.

Biegły kryminalistyki mełł w ustach przekleństwa, przeczesując wykrywaczem metalu miejsce znalezienia zwłok i stopniowo poszerzając promień poszukiwań. Potoki wody mogły znieść łuskę Bóg wie gdzie. O ile łuska w ogóle istnieje.

Kierowca samochodu policyjnego i miejscowy dzielnicowy stali obok, trzymając parasole nad ekspertem medycyny sądowej przeprowadzającym oględziny zwłok mężczyzny z raną postrzałową pleców, a także nad Bagłajewem, który pod dyktando eksperta notował wyniki oględzin i z niepokojem myślał, że ból zęba trzonowego z prawej strony wciąż narasta. Ząb bolał go już trzeci dzień, chyba zaczął się odsłaniać nerw, więc Timur Achmedowicz zapisał się do dentysty akurat na jutro, wiedząc, że po dwudziestoczterogodzinnym dyżurze przysługuje mu dzień wolny. Lekarz medycyny sądowej wyciągnął z kieszeni kurtki dowód osobisty, prawo jazdy, dowód rejestracyjny, jakiś dokument w twardej oprawie przypominający legitymację oraz kluczyki od samochodu.

– Trzymaj. – Wręczył wszystko śledczemu. – I przypomnij mi, gdy skończymy, że mam dla ciebie parę ciekawych powiedzonek.

Bagłajew uśmiechnął się z wdzięcznością. Wielu kolegów wiedziało o jego hobby: Timur Achmedowicz, zagorzały obrońca czystości i poprawności językowej, kolekcjonował „perełki” z pisemnych dokumentów. Na przykład jednym z jego ostatnich nabytków było zdanie z protokołu oględzin miejsca zdarzenia: „Ze słupa i drutu pobrano kawałki białej nitki w czerwonym kolorze”. A od ekspertów medycyny sądowej napływały czasem bezcenne dary.

Sądząc ze zdjęcia w dowodziei w prawie jazdy, dokumenty należały do zabitego. Michaił Walentinowicz Bołtienkow, rok urodzenia 1961, zameldowany w Moskwie, udzielono ślubu z obywatelką… wydano paszport…

Śledczy szybko przepisał dane do notesu i przekazał dokumenty policjantowi.

– Sprawdź, Fiedia.

Ten przerzucił strony w dowodzie, zerknął na prawo jazdy, otworzył następny dokument i ze zdziwieniem gwizdnął.

– O rany, Timurze Achmedyczu, zdaje się, że nasz truposzczak to trener wyższej kategorii.

– Jaki znowu trener? – burknął Bagłajew, nie przerywając pisania pod dyktando.

– Łyżwiarstwa figurowego. Proszę, oto legitymacja trenera.

No cóż, trener to trener… Co za różnica? Dla Timura Achmedowicza Bagłajewa istniały tylko dwie prawdziwe dyscypliny sportowe: piłka nożna i boks. Reszta to zawracanie głowy. Zwłaszcza łyżwiarstwo figurowe.

– Bierz się do roboty – nakazał niecierpliwie Fiodorowi.

– Niby do jakiej? Tutaj jest przecież adres zameldowania, trzeba jechać.

– Najpierw sprawdź w ewidencji.

– Ale po co, Timurze Achmedyczu? W dowodzie stoi jak byk.

– Sprawdź we wszystkich bazach, powiedziałem!

Bagłajew posłał Fiedi gniewne spojrzenie. Ach, ten Uljancew! Wszystko chciałby szybko, rach-ciach i po krzyku. Nad czym się tu zastanawiać? Wystarczy przydusić kogo trzeba! Skąd się bierze ta jego pewność siebie? Owszem, to prawda, że kiedyś wykazał się niesłychaną umiejętnością podjęcia decyzji, kierując się wyłącznie intuicją. Bagłajew dobrze pamiętał tamtą historię, był śledczym w sprawie. Nikt nie wierzył, że Fiedia odgadł… Dużo się o tym mówiło, wszyscy się nim zachwycali, ale… to się zdarzyło tylko raz. Nigdy więcej się nie powtórzyło. Od tamtej pory chłopak święcie wierzy jednak w swoją intuicję i w to, że bez żadnej dodatkowej weryfikacji może na oko oszacować wiarygodność każdej informacji. Oj, napyta sobie kiedyś biedy przez tę pewność siebie… Sam Bagłajew jest człowiekiem, jak to się mówi, z innej epoki, lubi, żeby wszystko było zrobione porządnie, starannie, po kolei, jak należy. Bo co się teraz dzieje? Są zwłoki, jest dokument, a w dokumencie adres zameldowania. Tak, jeśli wierzyć zdjęciom w dowodziei w prawie jazdy, zabity to rzeczywiście niejaki Michaił Bołtienkow. Więc trzeba jechać do niego do domu i zapytać członków rodziny: „Dokąd pojechał? Po co? Kiedy?”. Pięknie. Tylko gdzie gwarancja, że członkowie rodziny mieszkają akurat pod tym adresem, który widnieje w dowodzie? Życie wygląda dziś tak, że człowiek zameldowany jest w jednym miejscu, a mieszka zupełnie gdzie indziej, to normalne. Fiedia przyjedzie do mieszkania, zacznie się dobijać do drzwi, wyrwie ludzi ze snu – jest już grubo po północy, a oni nic nie wiedzą, bo to jacyś lokatorzy. Albo lokal stoi pusty i żaden Bołtienkow w nim nie mieszka, więc nikt nie otworzy drzwi. Fiedia zmarnuje tylko czas na przejazdy. Toprzecież jasne jak słońce! Chłopak jest jednak pewien, że trzeba natychmiast jechać, niczego nie sprawdzając. Ma intuicję, patrzcie go…

Bagłajew szybko zapisywał w notesie to, co mówił ekspert. Pisanie na czysto protokołu podczas ulewy nie miało sensu. Później spokojnie przepisze wszystko w samochodzie, zrobi to jak należy. Kątem oka zauważył, że Uljancew wsiadł do mikrobusu, a nie do swojego auta. To znaczy, że wykonuje polecenie śledczego. Zuch chłopak.

– Timurze Achmedyczu – rozległ się chwilę później podekscytowany głos policjanta. – Sprawdziłem w bazach, nasza ofiara mieszka pod adresem zameldowania, razem z żoną i nieletnim synem. Pochodzi z Czeriepowca, w Moskwie przebywa od siedemdziesiątego trzeciego roku. Żona jest lekarzem w MCZS[1]. To co, jadę?

Fiodor niecierpliwie przestępował z nogi na nogę i odruchowo gładził ogoloną niedawno głowę.

– Jedź – zezwolił Bagłajew.

Policjant pojechał. Śledczy odwrócił się do dzielnicowego.

– Poproś któregoś ze świadków, żeby potrzymał parasol zamiast ciebie, a ty z resztą chłopaków zacznij sprawdzać samochody, a nuż ktoś tam siedzi, na przykład jakaś para, albo może ktoś na kogoś czeka.

– Tak jest – odparł dzielnicowy bez szczególnego entuzjazmu.

Można go było zrozumieć – gdy człowiek trzyma parasol, sam też pod nim stoi, nie musi biegać w deszczu.

Timur Achmedowicz nie liczył zbytnio na sukces, ale z przyzwyczajenia robił wszystko jak należy, od a do zet. Nocą, w dodatku podczas ulewy, znalezienie świadków tego, co się dzieje na ulicy, mija się z celem, wszyscy siedzą w domach, a większość dawno już śpi. Tak więc ludzie pozostający w zaparkowanych nieopodal samochodach stanowili jedyną szansę. Chociaż są też inne możliwości…

Bagłajew znowu zawołał dzielnicowego, który nie zdążył jeszcze daleko odejść.

– A kto tam u ciebie przesiaduje w piwnicach? Bezdomni, gastarbeiterzy?

– Nie, w piwnicach mam porządek. Regularnie je kontroluję.

Szkoda… Towarzystwo zamieszkujące piwnice nie przestrzega powszechnie przyjętego rozkładu dnia, całkiem możliwe, że ktoś z nich wychodził albo wracał w deszczuo głuchej północy.

– Mimo to sprawdź na wszelki wypadek – polecił Bagłajew. – A nuż ktoś tam dzisiaj urzęduje.

– Zrobi się.

– Podyktuj też numery mieszkań, w których palą się światła w oknach.

Czemu by nie? Pora nie jest oczywiście najlepsza, ale jeśli w oknie pali się światło, to znaczy, że ludzie nie śpią, więc dlaczego nie spróbować z nimi porozmawiać? Może znają zabitego? Albo coś widzieli? Albo przynajmniej słyszeli?

– Jest, Achmedycz! – rozległo się wołanie kryminologa. – Standardowa, kaliber dziewięć milimetrów.

No proszę, przynajmniej łuska się znalazła, to już coś. Teraz trzeba szukać broni. No i samochodu ofiary, bo skoro mężczyzna miał w kieszeni kluczyki, pewnie nim przyjechał. Dobra, szukanie w takich ciemnościach i tak nie ma sensu, można najwyżej znaleźć samochód, a bronią, jeśli zabójca wyrzucił ją gdzieś niedaleko, trzeba będzie zająć się rano. Wtedy też zacząć obchód mieszkań, i to jak najwcześniej, zanim ludzie wyjdą do pracy.

Timur Achmedycz z żalem pomyślał, że akuratw ubiegłym tygodniu skończył dwa śledztwa i przekazał materiały do sądu. A zatem to właśnie jemu zwierzchnictwo przydzieli zabójstwo Bołtienkowa, mówiąc, że w celu równomiernego podziału zadań… i tak dalej. A skoro tak, to może zapomnieć o wolnym dniu, który mu przysługuje po dwudziestoczterogodzinnym dyżurze. Musi coś postanowić w kwestii zęba, dłużej nie da się zwlekać. Dobra, coś wykombinuje.

Wsiadł do mikrobusu, zamierzając sporządzić na czysto protokół oględzin miejsca zdarzenia, sięgnął do kieszeni po długopis i trafił na złożoną we czworo kartkę – tę, którą dał mu ekspert medycyny sądowej. Na ulicy, w deszczu, Bagłajew schował ją od razu do kieszeni, nie czytając. Teraz, żeby sobie poprawić humor, zobaczy, czym go uraczył ekspert. „W swoim wyjaśnieniu złożonym komendantowi policji Saidow zeznał, że podczas porwania córki oboje z żoną zostali zabici, ale nie potwierdziły tego wyniki ekspertyzy lekarskiej”. „W związku z tym do kostnicy odesłano ciało nieznanego mężczyzny, podczas przesłuchania którego ustalono, że nazywa się Żarow i znaleziono go w samochodziew pozycji siedzącej”. „Ciało Połynina poddano ekspertyzie sądowo-lekarskiej w celu potwierdzenia faktu śmierci. Podczas oględzin fakt śmierci nie został potwierdzony”.

Mimo zmęczenia, a także dyskomfortu spowodowanego mokrym ubraniem i niewesołą perspektywą pozostania bez dnia wolnego i bez pomocy lekarskiej Timur Achmedowicz najpierw cicho prychnął, a później nie wytrzymał i wybuchł gromkim śmiechem.

Wiera Bołtienkowa spoglądała na niepokaźnego, korpulentnego, ostrzyżonego na zero chłopaka i nie mogła uwierzyć w jego słowa. Ktoś zastrzelił Miszę… Jak to? Dlaczego? Przecież nie wydarzyło się nic niezwykłego, mąż pojechał jedynie porozmawiać, przeprosić, pogodzić się… Nie, to niemożliwe, to na pewno jakaś pomyłka!

– Jest pan pewien, że chodzi o Miszę? – zapytała drżącym głosem.

Drzwi do pokoju się uchyliły, na progu stanął rozespany chłopiec w piżamce w jeżyki.

– Co się stało, mamo? – zapytał sennie. Później zauważył obcego mężczyznę i w jego zaspanych oczach pojawił się strach. – Kim pan jest? Gdzie tata?

Wiera próbowała wziąć się w garść, żeby nie przestraszyć syna jeszcze bardziej.

– Tata pojechał w interesachi jeszcze nie wrócił, idź się położyć, skarbie.

– Kim pan jest? – z uporem powtórzyło dziecko, nie odrywając zaniepokojonego wzroku od policjanta o imieniu Fiodor.

– Wujek przyjechał do taty, synku, i na niego zaczeka. Wracaj do łóżka.

Chłopiec pokręcił się jeszcze przez chwilę na progu, po czym podreptał do swojego pokoju.

– Niech pan mówi ciszej – poprosiła Wiera.

Policjant chyba w ogóle jej nie współczuł. Wzruszył obojętnie ramionami i zauważył:

– Przecież pani pierwsza zaczęła krzyczeć. A więc dokąd, kiedyi w jakim celu pojechał pani mąż?

W jakim celu…

Michaił wrócił po treningu zdenerwowany i wzburzony. Okazało się, że odwiedził go trener nazwiskiem Łamzin i urządził awanturę. Wiera wyszła za Michaiła Bołtienkowa dziesięć lat temu i o sportowej przeszłości męża wiedziała niewiele, a właściwie prawie nic, z wyjątkiem tego, że najpierw był sportowcem, a później został trenerem. Znała oczywiście obecnych uczniów męża, którzy stale ich odwiedzali, ale ogólnie rzecz biorąc, słabo się orientowała, co się dzieje w pracy Michaiła i w całym łyżwiarstwie figurowym. Nazwisko „Łamzin” obiło jej się o uszy, ale nie znała mężczyzny osobiście.

– O co poszło? – zapytała.

Michaił mówił jednak gorączkowo i chaotycznie, tak jakby żona doskonale wiedziała, o co chodzi.

– Jestem oczywiście winien, głupio byłoby zaprzeczać, ale ponoszę odpowiedzialność za to, co się wydarzyło wtedy, a nie teraz. Że też Walerka tego nie rozumie! Wpadł do pokoju trenerów i zaczął wrzeszczeć, że powinien był mnie wówczas zabić, przynajmniej nie siedziałby za niewinność.

Mąż wykrzykiwał coś jeszczez przejęciem, przytaczał niezrozumiałe argumenty, jakby się usprawiedliwiał ni to przed nią, ni to przed nieznanym jej Łamzinem. Więc mu poradziła, żeby postąpił tak, jak ona by postąpiła: niech się rozmówi i załagodzi konflikt. Noi przeprosi, rzecz jasna.

– Masz rację! – Michaił zaczął biegać po pokoju w poszukiwaniu koszulki i skarpetek, które zdążył zdjąć. – Masz całkowitą rację! Pojadę porozmawiać z Walerką, powinien mnie zrozumieć. To jakieś nieporozumienie! Co było, to było, minęło tyle lat, nie wolno teraz z tego powodu… To, co się wtedy stało, było dziecinne, głupie i niedojrzałe, a teraz to poważna historia i nie należy łączyć jednego z drugim. Do licha! Do licha!

Wiera opowiadała i ledwie mogła uwierzyć, że wszystko to działo się parę godzin temu.

– O której pani mąż wrócił do domu? – rzeczowo zapytał policjant.

– Koło siódmej wieczorem. Dzisiaj ma tylko jeden trening, od drugiej do czwartej.

– Dzisiaj? A zwykle ile ich jest?

– Przeważnie dwa, a czasem nawet trzy. Ale teraz jest spokojniejszy okres, sezon zawodów się skończył, dlatego grupa Miszy ma cztery razy w tygodniu po dwa treningi dziennie i dwa razy po jednym. Niedziela jest wolna.

– Aha. Więc mąż twierdził, że niejaki Łamzin groził, że go zabije?

Wiera czuła niepokój i strach. Ten chłopak wyraźnie przekręcał jej słowa, ale nie miała siły, żeby go poprawiać i tłumaczyć, że Łamzin nie groził, tylko żałował, że nie zabił Miszy wcześniej… Zresztą co za różnica! Miszy już nie ma i tylko to jest ważne. Cała reszta nie ma znaczenia.

Skinęła głową w milczeniu, nie odrywając wzroku od zdjęcia w ramce, które stało na półce z książkami: są na nim we trójkę: ona, Misza oraz ich syn, roześmiani, szczęśliwi. Misza nie żyje? To nie może być prawda!

– Wie pani, gdzie mieszka Łamzin?

Pokręciła głową, nadal się nie odzywając. Tak niewiele wiedziała o życiu zawodowym męża! Znała tylko trenerów, z którymi się przyjaźnił i stale spotykał. Ale nie potrafiła podać ich adresów ani telefonów.

Policjant wstał i ruszył do przedpokoju, wyjmując po drodze komórkę z kieszeni. Wiera słyszała jego przytłumiony głos, ale nie potrafiła rozróżnić słów, zresztą nawet nie próbowała. W tej chwili najważniejsza była myśl: Miszy już nie ma.

Nie znalazła w sobie dość sił, żeby się zdziwić albo zaniepokoić, gdy policjant zajrzał do pokoju i poprosił, żeby zamknęła za nim drzwi. Twarz mu promieniała.

– Jutro śledczy zechcez panią porozmawiać – uprzedził na pożegnanie. – I jeszcze jedno: będzie pani musiała pojechać do kostnicy, żeby zidentyfikować ciało.

Wiera znowu skinęła głową w milczeniu, starannie zamknęła drzwi wejściowe i ruszyła na palcach do pokoju syna. Chłopiec nie spał.

– Czemu nie śpisz? Już bardzo późno.

– Drzwi trzasnęły, słyszałem. Tata wrócił?

– Nie, synku, wujek sobie poszedł.

– Nie czeka na tatę?

– Nie, jest już bardzo późno, nawet duzi wujkowie muszą iść spać.

Długo siedziała przy łóżku syna, póki się nie upewniła, że mocno zasnął, później poszła do kuchni, drżącymi rękami przygotowała sobie herbatę i objęła gorący kubek, żeby powstrzymać dreszcze. Musi jakoś dotrwać do rana… Wtedy zadzwoni do Igora Sznitowa. Nie są bliskimi znajomymi, ale Igor Eduardowicz zawsze wspierał Michaiła i mu pomagał. Gdzieś powinna leżeć jego wizytówka z numerami telefonów.

Wiera nie potrafiłaby jasno wytłumaczyć, dlaczego chce zadzwonić do członka komitetu wykonawczego Federacji Łyżwiarstwa Figurowego Rosji, ale nic innego nie przyszło jej do głowy.

Oficer śledczy Fiodor Uljancew był w swoim żywiole. Co za niesłychane szczęście – wykrycie przestępstwa na gorąco, a właściwie nie na gorąco, w ciągu doby, tylko błyskawicznie, w ciągu dwóch pierwszych godzin. Telefon do odpowiedniego urzędu – i oto adres Walerija Pietrowicza Łamzina, rok urodzenia 1963, trenera łyżwiarstwa figurowego. Adres zgadza się z miejscem, w którym dwie godziny temu znaleziono ciało Michaiła Walentinowicza Bołtienkowa. Chyba że mieszkanie… A poza tym – i ulica, i dom. Fiodor od razu, rzecz jasna, zadzwonił do śledczego Bagłajewa, no a Achmedycz nie odpuści, przyciśnie tego Łamzina, znany jest ze swojej nieustępliwości. Choć tak naprawdę nie wiadomo, czy uda mu się wziąć w obroty trenera zabójcę, przestępca pewnie dał już nogę i teraz będzie się ukrywał, ale razem z nim mieszka żona i dorosła córka, im zaś Bagłajew nie da spokoju, póki nie złożą potrzebnych zeznań i nie podadzą miejsca, gdzie ukrywa się ich mąż i ojciec.

– Mówisz, że słyszeli głosy? – w zamyśleniu zapytał Bagłajew dzielnicowego, skończywszy rozmawiać przez komórkę z Fiedią Uljancewem. – Męskie?

– No tak, najpierw się awanturowali, krzyczeli na siebie, później w lokalu numer sto dwa trzasnęły drzwi, dwa razy w odstępie minuty.

Mieszkanie numer sto dwa, znajdujące się w odległości stu pięćdziesięciu metrów od miejsca, w którym znaleziono ciało, należało do Walerija Pietrowicza Łamzina. To właśnie do niego pojechał Bołtienkow, jak twierdzi jego żona, żeby się rozmówić. No i się rozmówił. Rezultat jest opłakany.

No cóż, jeśli połączyć to, czego się dowiedział Uljancew, z tym, co udało się wysondować dzielnicowemu, wyłania się jasny i spójny obraz. Dzisiaj Łamzin groził zabójstwem Bołtienkowowi, wieczorem Bołtienkow pojechał do Łamzina, żeby się pogodzić i zażegnać konflikt. Do zgody nie doszło, mężczyźni sobie naubliżali, po czym Bołtienkow opuścił mieszkanie Łamzina, a w ślad za nim, dosłownie chwilę później, wypadł Łamzin z pistoletem. Dogonił Bołtienkowa sto pięćdziesiąt metrów od domu i zastrzelił.

A może to wcale nie tak źle, że do zabójstwa doszło akurat podczas dyżuru Bagłajewa? Szybkie i sprawne rozwiązanie sprawy, mnóstwo świadków… Co prawda trzeba jeszcze znaleźć Łamzina, to przecież mało prawdopodobne, że zastrzelił swojego wroga i wrócił do domu, żeby się przespać, a pistolet troskliwie wsunął do szafki nocnej. Tojasne, że wszystko okaże się bardziej skomplikowane, ale to już zadanie wydziału kryminalnego, a nie prokuratury. Łamzin na pewno wziął nogi za pas, nie ma jednak żadnych wątpliwości, że to on jest zabójcą.

– Pokaż mi okna mieszkania numer sto dwa – poprosił dzielnicowego.

Ostry, szarpiący ból zęba sprawił, że Timur Achmedowicz mimo woli się skrzywił i dotknął palcami prawego policzka. Nie, nie może zwlekać, jutro musi skoczyć do dentysty.

– Tam są, na czwartym piętrze, trzecie i czwarte na lewo od rynny.

W oknach paliło się światło. Doskonale, nie trzeba będzie nikogo budzić.

Wizytaw biurze nabywcy bez wcześniejszego uzgodnienia to rzecz nierealna. Chimin świetnie o tym wiedział, dlatego wykorzystał dobre relacje z buyerem działu nabiałowego, który potwierdził, że przedstawiciele firmy Fighter właśnie do niego idą na spotkanie. Ale tak naprawdę Chimin, główny menadżer działu obsługi klientów VIP w spółce Fighter Trade, musiał się pilnie spotkać z kierownikiem działu zakupów artykułów nieżywnościowych sieci Oxygen. Towar, który Fighter miał otrzymać półtora miesiąca temu, utknął na dobre w urzędzie celnym, podczas gdy zgodnie z umową zawartą z siecią sklepów Oxygen powinien być już dawno dostarczony. Niby wszystko odbyło się zgodnie z procedurą, dokumenty dotyczące opóźnień dostaw z ważnego powodu zostały przekazane, jednakże sieć omyłkowo naliczyła kary za braki w dostawie. Zakwestionowaniei anulowanie ich było niezwykle trudne, a ta zdzira Lara Croft, żeby ją diabli wzięli, nie odpowiada na maile i telefony. Ale nie szkodzi, Chimin nie jest nowicjuszem i umie sobie radzić z takimi jak ona. Właściwie to zabawne: nazwa spółki powinna zobowiązywać, „fighter” w tłumaczeniu z angielskiego oznacza wojownika, tymczasem problemy trzeba rozwiązywać nie walcząc, tylko uciekając się do sprytnych sztuczek.

Chimin nie przyjechał sam, musiał zabrać ze sobą menadżera odpowiadającego za sieć Oxygen, którą wszyscy nazywali Oxy – tak było wygodniej i prościej. Pożytku z faceta tyle co nic, właściwie przysparza samych problemów, ale nie ma rady, przyszło polecenie właściciela Fighter Trade, samego Oriechowa, żeby szkolić i uczyć tego tępaka, który jest zarazem jedynym i ukochanym synkiem tatusia. Na dobrą sprawę Oriechow senior to rzeczowy i roztropny gość, zmusił synka, żeby przeszedł wszystkie stanowiska, zaczynając od samego dołu, zobaczył wszystko na własne oczy i pojął własnym rozumem. Taka polityka byłaby godna pochwały, gdyby nie jedno ale… Króciutkie, lecz bezsporne i znaczące: Oriechow junior, a mówiąc prościej, Filipek, jak po cichu nazywał go Chimin, był istotą całkowicie bezmyślną i nieodpowiedzialną. W każdym razie zdaniem głównego menadżera obsługi klientów VIP. Filip chciał wszystkiego od razu, był zły na ojca, który nie pozwalał mu awansować i zmuszał go, by poznał na własnej skórze, czym jest sztuka zarządzania. Na razie nie powierzano Filipowi samodzielnego prowadzenia negocjacji, rzecz jasna. Chłopak długo, oj, długo jeszcze na to poczeka. Ale musi być stale obecny na wszystkich spotkaniach, żeby się uczyć, uczyć, uczyć… Filipek był obecny. Ale czy się uczył – to dobre pytanie. Zresztą Chimin nie zawracał sobie tym głowy, to nie jego problem. Polecono mu, żeby go ze sobą zabierał i szkolił, więc to robi. Zresztą, prawdę mówiąc, bezmyślność i nieodpowiedzialność to chyba jedyne wady Oriechowa juniora. Bo poza tym chłopak jest miły, towarzyski, dowcipny, niezłośliwy i niekonfliktowy, ustępliwy i otwarty. Świetnie się sprawdza jako kompan, z którym przyjemnie spędza się czas w moskiewskich korkach, jadąc na biznesowe spotkania i w drodze powrotnej do biura Fighter Trade. Przynajmniej nie jest z nim nudno.

Chiminz Filipem wspięli się na drugie piętro i od razu omal nie wpadli na niewysoką, bardzo zgrabną i atrakcyjną młodą kobietę.

– O, Lara… – wypalił Filip, za co natychmiast otrzymał dotkliwe szturchnięcie łokciem w bok.

– Dzień dobry, Olgo, my do pani – powiedział Chimin z uprzejmym uśmiechem.

Właśnie tak: Olgo, nie Olgo Giennadjewno, a tym bardziej nie Oleńko. Olga Witort, szefowa działu zakupów artykułów nieżywnościowych (nazywanego na wzór zachodni „non food”) sieci sklepów Oxygen, ceniła zwięzłość, ale kategorycznie nie tolerowała poufałości. Mało kto widział uśmiech na jej ładnej twarzy, a ci, którym udawało się z tego czy innego powodu (ale w żadnym razie nie romantycznego) dotknąć jej ręki, ramienia czy pleców, na przykład podając płaszcz albo pomagając wysiąść z samochodu, mogli poczuć stalowe mięśnie mocnego, jędrnego ciała. Olga Witort regularnie odwiedzała fitness klub i bynajmniej nie po to, żeby przesiadywać w salonie kosmetycznym czy w solarium. Gdyby Chimin miał scharakteryzować ją trzema słowami, powiedziałby bez wahania: „Szybka. Twarda. Zimna”. Właśnie dlatego do kierowniczki działu non food na dobre przylgnęło przezwisko „Lara Croft”. Nazywano ją tak za plecami zarówno w firmie, jaki prywatnie.

Ależ kretynz tego Filipka! Żeby palnąć głośno i prostow oczy…

Olga bez wątpienia nie była głucha, mimo to nie zareagowała na gafę gościa. Przynajmniej nie dała niczego po sobie poznać. Chimin miał jednak wrażenie, że w jej ciemnobrązowych oczach zapłonął zimny blask. Zapłonął i od razu zgasł.

– Dzień dobry – odparła obojętnym, a wręcz drętwym głosem. – Po co przyszliście? Co chcecie ode mnie usłyszeć? Gdybym miała coś do powiedzenia, sama bym się z wami skontaktowała. Teraz nie mam czasu.

Mówiła jak zwykle szybko, stanowczo, krótkimi zdaniami. Na kogoś nieprzygotowanego jej sposób prowadzenia rozmowy działał tak samo jak hipnotyzujące spojrzenie węża: człowiek natychmiast odnosił wrażenie, że nic nie wskóra, nawet nie warto próbować. Ale Chimin znał Olgę Witort od ładnych paru lat i wiedział, że to tylko sprytny, doskonale wyćwiczony sposób, pozwalający błyskawicznie odprawić interesantów, którzy nie mają mocnych i przekonujących argumentów. Ogromna większość dostawców zjawia się u nabywców, licząc wyłącznie na swój urok osobisty i wierząc, że dzięki niemu wydębią zniżki, ulgi czy preferencje dla firmy. Olga nie zamierzała marnować dla nich czasu. Jeżeli partnerzy mieli jednak argumenty, umiała słuchać i brać je pod rozwagę.

– Musimy postanowić, coz tymi karami, Olgo. Suma jest niebagatelna – niegłośno, ale twardo oznajmił Chimin. – Wszystko rozumiemy, zdarzają się nieporozumienia, ale wystosowaliśmy przecież odpowiednie pisma informujące, że blokujemy artykuły w związku z zatrzymaniem partii towaru w urzędzie celnym. Jeżeli nie rozwiążemy tego problemu, z pewnością dostanę zakaz zaopatrywania sieci Oxygen. Jest pani gotowa na wstrzymanie dostaw?

Olga odwróciła się i pomaszerowała długim korytarzemw stronę biura, w którym siedzieli pracownicy jej działu. Chimin i Filip ruszyli za nią, starając się iść obok, a nie z tyłu, chociaż szerokość korytarza nie sprzyjała tego rodzaju defiladzie.

– No to je wstrzymajcie – odparła obojętnie i Chiminz zazdrością zauważył, że chociaż szła szybkim krokiem, w ogóle się nie zdyszała. – Nałożę wam jeszcze jedną karę za braki w dostawach. Podpisaliśmy z firmą Fighter kontrakt, który nie został zerwany. Anulowanie kar w zamkniętym okresie księgowym jest wielce problematyczne. Dlaczego nie podniósł pan tej kwestii zaraz po tym, jak otrzymaliście zamówienia na zablokowane artykuły, a zreflektował się dopiero wtedy, gdy naliczyliśmy kary?

Chimin poczuł ulgę. Olga udziela wyjaśnień, a więc biorąc pod uwagę jej charakter, właściwie się tłumaczy, co oznacza, że upiera się wyłącznie dla zachowania pozorów, w gruncie rzeczy jest gotowa omówić sposoby rozwiązania problemu. Mężczyzna już nabrał powietrza, by powiedzieć, że… ale w tej samej chwili włączył się Filipek i wszystko zepsuł.

– A nie boi się pani, że podamy was do sądu? – zapytał zjadliwie. – Nie możemy sobie pozwolić na pracę w podobnych warunkach w dalszej perspektywie. A więc niech się pani przygotuje, że będziemy się długo i zawzięcie procesować.

Nie zwalniając kroku, Olga lekko obróciła głowę w lewo, obrzuciła syna właściciela Fighter Trade krótkim, nic nieznaczącym spojrzeniem, po czym leciutko się uśmiechnęła. Chimin zaklął w myślach. Noi po co ten pyszałkowaty dureń się wtrąca? Czyżby nie rozumiał, że z Larą nie wolno tak postępować? Ani z kimkolwiek innym. Bo grożenie procesem sądowym to jak grożenie bronią: nie ma sensu wyciągać z kieszeni plastikowego nożyka do rozcinania papieru i groźnie nim wymachiwać. Tak samo głupie i niedorzeczne jest grożenie pozwem do sądu w dzisiejszej Rosji, gdzie sądownictwo, zwłaszcza cywilne i rozjemcze, od dawna drepcze w miejscui się dławi. Ale nawet gdyby perspektywy rozwiązania sporu na drodze sądowej i zadośćuczynienia roszczeń były mniej mgliste, nie wolno uciekać się do tego rodzaju gróźb. Wygrana w sądzie oznaczałaby wyrzuceniez sieci Oxygen, aprzecież Fighter Trade to nie jedyny dostawca na świecie, jest mnóstwo innych, którzy marzą o tym, żeby ich artykuły związane ze sportem, wypoczynkiem i zdrowym stylem życia sprzedawano w tak rozgałęzionej sieci sklepów jak Oxy. Chyba nie da się znaleźć drugiej podobnej sieci, dzięki której firma Fighter będzie miała tak wielkie obroty. To nie przypadek, że Oxy znajduje się na liście partnerów VIP! A zatem nie trzeba się kłócić z Larą Croft, tylko dogadywać.

– Kolega żartuje – pośpiesznie wtrącił Chimin, starając się, by jego głos brzmiał spokojnie i łagodnie. – Żart się nie udał, przyznaję, ale to skutek braku doświadczenia. Najmocniej przepraszam.

Z niezadowoleniem zauważył, że zaczął mówić krótkimi zdaniami, odruchowo naśladując Olgę. Tego jeszcze brakowało, żeby się upodobnił do tej zdziry!

– Nawet nam przez myśl nie przeszło, żeby uciekać się do pomocy sądu – ciągnął. – Cenimy sobie partnerską współpracę. Żeby ją utrzymać, jesteśmy gotowi zrobić, co tylko w naszej mocy, i pójść na określone ustępstwa. Zależy nam jednak na tym, żebyście poinformowali nas o swoich planach. Mamy kłopoty, nie ukrywamy tego, nie wywiązaliśmy się w pełni z zobowiązań, nie poruszając niezwłocznie tej kwestii, tutaj muszę przyznać pani rację. Ale wiemy, że wasze przedsiębiorstwo ma opracowaną strategię działania na wypadek podobnych sytuacji. Na pewno nie jesteśmy pierwszym ani ostatnim dostawcą, którego dotknął ten problem. Zaręczam panią, że dla nas to wielka niedogodność. Ucierpimy i my, bo uniemożliwicie nam sprzedaż zaplanowanej ilości towaru, co poskutkuje obniżeniem zysków, i wy z powodu pustych miejsc na półkach, a ostateczniez powodu niższej sprzedaży.

Dotarli razem do biura i Olga gwałtownie pchnęła drzwi. Chimin i Filip Oriechow weszli za nią do pomieszczenia, w którym znajdowały się trzy biurka z komputeramii jeszcze jedno – za szklanym przepierzeniem. Przy dwóch biurkach nikt nie siedział, chociaż ekrany włączonych komputerów skrzyły się gwiazdkami, przy trzecim pracował młody mężczyzna ze znudzoną miną. Spostrzegawczy Chimin zdążył zauważyć, że gdy Olga weszła do pokoju, mężczyzna natychmiast przełączył program. Teraz na ekranie widniała jakaś tabelka, ale przedtem – Chimin był gotów przysiąc – bez trudu można było rozpoznać interfejs jednego z popularnych mediów społecznościowych.

To dopiero gorliwy pracownik, uśmiechnął się w duchu Chimin. Pewnie rozmawia z dziewczynami, umawia się z nimi na spotkania. To czysta kpina! Zresztą nie ma się czemu dziwić, wszystko jest jasne.

Tymczasem Olga Witort podeszła w milczeniu do biurka za szklanym przepierzeniem i zaczęła przeglądać jakieś dokumenty. Nie wiadomo, na co czekała: czy na to, że nieproszeni goście w końcu wyniosą się jak niepyszni, czy na dalszy ciąg rozmowy. Chimin postanowił kontynuować negocjacje.

– Proponuję, by zapoznała się pani z całą korespondencją, która potwierdza, że uprzedzaliśmy o problemachw urzędzie celnym. Możemy ewentualnie zapłacić karę, ale w następnym miesiącu zaoferujecie nam bezpłatne usługi, których wartość zrównoważy tę kwotę. Jesteśmy gotowi szukać kompromisu, żeby was nie obciążać i nie narażać na kłopoty. Musi pani jednak zrozumieć, że jeśli nie podejmiemy żadnych działań, znajdziemy się w impasie.

Olga oderwała wreszcie wzrok od dokumentów i po raz pierwszy od chwili spotkania na korytarzu spojrzała Chiminowi prosto w oczy. To dobrze wróżyło. Lara Croft nigdy nie patrzyła nikomu w oczy, jeśli nie miała zamiaru się porozumieć. Chimin poczuł, że napięcie zaczęło go opuszczać i mięśnie ramion nieco się rozluźniły.

– Jaką kwotę wydaliśmy z budżetu marketingowego firmy Fighter?

Witort zwróciła się do podwładnego, nie odrywając wzroku od Chimina, on zaś dostrzegł w jej oczach pobłażanie połączone z szacunkiem.

Pracownik zatrudniony w dziale Olgi co najmniej od półtora roku, którego imienia Chimin do tej pory nie poznał i dlatego nazywał Małym, zawahał się przez chwilę.

– Eee… Na poczekaniu nie powiem, muszę sprawdzić.

– No to sprawdź. – Głos szefowej zabrzmiał, o dziwo, łagodnie. – Dobrze, możecie przyjąć, że się dogadaliśmy. Zastanowimy się, jakie bezpłatne usługi promocyjne stanowiące równowartość kary możemy wam zaproponować i w jakich miesiącach. Poinformujemy o tym w przyszłym tygodniu. To wszystko?

– Owszem – sapnął Chimin.

Był zadowolony. Na to, żeby wyjść z negocjacjiz solenną obietnicą anulowania kary przed zakończeniem jutrzejszego dnia bankowego, nikt nawet nie liczył. To normalny przebieg relacji finansowych.

Filipkowi należy się jednak reprymenda, i to porządna. Omal nie zepsuł całego przedsięwzięcia niestosowną uwagą o skardze do sądu. Chimin stara się go czegoś nauczyć, ale pożytku z tego niewiele. A właściwie wcale.

Gdy wracali długim korytarzem, zmierzając w stronę schodów, a potem schodząc na dół, Chimin milczał, dał upust złości dopiero w samochodzie, gdy nikt nie mógł ich usłyszeć. W odpowiedzi na jego gniewną tyradę Oriechow junior beztrosko się roześmiał.

– No proszę! Okazuje się, że znasz wiele ciekawych wyrażeń! Warto specjalnie coś sknocić, żeby podziwiać później twoje krasomówstwo.

– Nie wymądrzaj się – odburknął Chimin, który szybko ochłonął. – Sam chyba rozumiesz, że przez twoje gadanie o sądzie pieniądze omal nie przeszły nam koło nosa. Jak nie wiesz, co powiedzieć, to przynajmniej nauczyć się milczeć, do jasnej cholery!

– No dobra, nie wściekaj się. – Filip szeroko się uśmiechnął. – Nie doszło do żadnej katastrofy. Wszystko skończyło się szczęśliwie i polubownie.

– Ciesz się, że Mały puścił w niepamięć zamieszaniez karami, które wybuchło półtora roku temu, wtedy to my daliśmy plamę, bo przysłaliśmy pismo dopiero dzień przed zamówieniem. Lara pewnie też tego nie pamięta, inaczej by nam wygarnęła, że to się zdarza nie po raz pierwszy i nie potrafimy pracować, a skoro tak, to sami powinniśmy wypić piwo, którego nawarzyliśmy. I mielibyśmy przechlapane. Ani anulować kary, ani znaleźć kompromisu, a gdybyśmy się uparlii zaczęli stawiać, ponieślibyśmy jeszcze większe straty – zauważył Chimin. – Teraz, nawet kiedy Croft się dowie, nie będzie miała wyjścia, wszyscy przecież wiedzą, że na jej słowie można polegać, nie trzeba niczego podpisywać, bo nigdy nie złamie obietnicy. Dba o swoją reputację.

– Uhm. – Filip skinął głową na znak zgody. – Nie da się ukryć, że mieliśmy szczęście. Ale Lara chyba postawiła na niewłaściwego chłopaka. To się przecież nie mieści w głowie, żeby nie znać stanu konta największego dostawcy, choćby w przybliżeniu! Dobry menadżer powinien pamiętać takie rzeczy, by w każdej chwili je przedstawić, a ten tam… ma problem, patrzcie go, żeby odpowiedzieć. Można pęknąć ze śmiechu! I po kiego diabła Lara go trzyma? Zastąpiłaby go kimś bystrzejszym. Po jaką cholerę jej ten wymoczek? Zawsze milczy, nic nie wie. W ogóle go nie widać i nie słychać, spotkaliśmy go tyle razy, a nawet nie znamy jego imienia. Nazywasz go Małym. A może to jakiś Arnold albo Teoktyst.

– Nic nie wie, za to wiele potrafi. – Chimin się uśmiechnął.

Filip przymrużył oczy z niedowierzaniem.

– Potrafi? Co na przykład?

– Nie domyślasz się? Sypiaz Larą. Albo raczej ona z nim. I dlatego go trzyma – wyjaśnił Chimin.

Kątem oka zauważył, że Filip zrobił zdumioną minę. No cóż, to zrozumiałe: taka baba jak Lara Croft, czy też Olga Witort, kierowniczka działu zakupów artykułów nieżywnościowych, i ten niepozorny i bezużyteczny, choć miły na oko chłopak. Właściwie jaki z niego chłopak? Ma co najmniej trzydzieści lat, może nawet jest starszy. Normalni faceci w tym wieku robią karierę, coś osiągają, a Mały wciąż jest zwyczajnym menadżerem, nie awansuje, odkąd przyszedł do sieci Oxygen dwa lata temu, stanowi milczący i nieprzydatny balast, zajmuje stanowisko, lecz nie robi żadnych postępów. Gdzie ambicja? Gdzie aspiracje? Gdzie chęć, żeby się uczyć i rozwijać? Taki stosunek do pracy można wybaczyć osiemnasto- czy dziewiętnastolatkowi, gdy jednak komuś stuknęła trzydziestka… Właśnie dlatego Chimin nazywa go Małym. Psychika dziecka… Bez względu na to, jak będzie tytułowany, w oczach głównego menadżera działu obsługi klientów VIP na zawsze pozostanie chłopcem. Chłopaczkiem. Jednym słowem, Małym.

– Daj spokój! To niemożliwe! Lara i ten mydłek?

Filip mu nie uwierzył. A szkoda.

– Miłość jest ślepa – rzeczowo zauważył Chimin. – Zresztą sam pomyśl: który normalny facet zechce się wiązać z Larą Croft? Każdemu życie miłe. Ona jest przecież jak wampirzyca, wyssie ostatnią kroplę krwi. Normalni mężczyźni potrzebują łagodnych, pełnych ciepła kobiet, a nie bab przypominających jędze. Ty na przykład nie zastanawiałeś się nigdy nad tym, czyby nie uderzyć do Lary? Jest przecież śliczna jak malowanie! Mądra. I dobrze zarabia. Nie chcesz zostać jej kochankiem?

– Kto? Ja? – Filip udał przerażenie i znowu parsknął śmiechem. – W sumie masz rację, boję się jej jak ognia. A ty?

– Ja też – wyznał Chimin. – Wszyscy normalni faceci czują przed nią strach. Dlatego musi wybierać spośród nienormalnych. No i wybrała w miarę sympatycznego. Moim zdaniem to całkiem uzasadniony wybór. Jakiś facet jest jej przecież potrzebny, skoro nie ma męża. Czemu więc nie ten?

– To znaczy, że nigdy nie wyszła za mąż?

Chimin wzruszył ramionami.

– Nie mam pojęcia. Nie zdziwię się, jeśli się okaże, że wyszła, i to nie raz. A przy okazji, oto jeszcze jedna lekcja: wprawdzie nie wiem, jak się nazywa Mały, ale w moim przypadku to rzecz wybaczalna. Tylko czemu ty tego nie wiesz?

– Nie rozumiem – wycedził zdezorientowany Oriechow junior. – Dlaczego w twoim przypadku to rzecz wybaczalna, a w moim nie? I w ogóle czemu miałbym to wiedzieć? Po jaką cholerę mi ten Mały?

– Wyjaśniam: chcesz zrobić karierę w biznesie, i to nie byle jakim, tylko w firmie twojego ojca, marzy ci się fotel prezesa spółki Fighter. Żeby osiągnąć sukces i utrzymać się na stołku, potrzebujesz kontaktów i znajomości. Zgadza się?

– No… w zasadzie tak. I co? Mały to cenny nabytek? – z powątpiewaniem zapytał Filip.

– Tego akurat nie wiemy – roztropnie zauważył Chimin. – Jakimś cudem znalazł się w dziale Lary, ktoś go zatrudnił w Oxy. Pensje są tam takie, że chętni walą drzwiami i oknami, pewnie nie brak wśród nich rozgarniętych, bystrych i zdeterminowanych osób. Tymczasem przyjęto Małego. To znaczy, że ktoś za nim stoi. I właśnie ten ktoś jest cennym nabytkiem, który może ci się przydać. Dawno powinieneś był na to wpaść i nawiązać bliższą znajomość z Małym, ty zaś nie znasz nawet jego imienia.

– Przecież sam powiedziałeś, że sypia z Larą. Dlatego go zatrudniła. Nad czym się tu zastanawiać?

– Możliwe – przytaknął Chimin. – Całkiem możliwe. Ale niewykluczone, że jest inaczej: Lara zatrudniła go na czyjąś prośbę albo z czyjejś rekomendacji, a dopiero później został jej kochankiem. Tak czy siak, powinieneś był się tym zainteresować. Warto budować kontakty, żeby piąć się później na szczyt. Weź pod uwagę, że inaczej nic nie osiągniesz w biznesie. Bez kontaktów i znajomości nie zostaniesz nawet kierownikiem naszego działu. Sądzisz, że ojciec przypadkiem przydziela ci niskie stanowiska? Umożliwia ci zbudowanie bazy, dzięki której będziesz funkcjonował przez długie lata. Bez pracy „na dole” nigdy jej nie stworzysz. A ty udajesz głupiego.

– Dobra. – Filip machnął ręką. – Coś się do mnie przyczepił? W kwestii kontaktów przyznaję ci rację, ale bliższa znajomość z Małym – o nie, to nie wchodzi w rachubę. Oferma bez kręgosłupa, dupek żołędny, ładniutki żigolak. Niby o czym mam z nim rozmawiać? Jestem chłopakiem rozrywkowym, metroseksualistą i mogę się zadawać tylkoz podobnymi sobie. Jasne?

– Gdybyś nie był synem szefa, powiedziałbym ci, kim jesteś – burknął Chimin, skręcając w stronę szlabanu, który zamykał wjazd na parking.

Filip słyszał jego słowa, ale nie zamierzał się obrażać. Beztrosko pogwizdywał melodię przeboju, który przez ostatni miesiąc na okrągło puszczano w radiu. Cokolwiek by mówić, trzeba przyznać, że mimo swoich wad Filipek miał dobry i nieskomplikowany charakter.

Po skończonym dwudziestoczterogodzinnym dyżurze ani śledczy Bagłajew, ani detektywi, których wysłano na miejsce zabójstwa Bołtienkowa, nie rozeszli się do domów. Zapał i nadzieja szybkiego rozwiązania sprawy dodawały im sił, więc nie myśleli o spaniu. Nikt się nie spodziewał, że podejrzany o popełnienie ciężkiego przestępstwa Walerij Łamzin wróci do domu i można go będzie zatrzymać. A tak właśnie się stało. Co prawda przeszukanie mieszkania nie przyniosło żadnych rezultatów, ale ten stan rzeczy da się wyjaśnić i naprawić.

Teraz Bagłajew przesłuchiwał żonę zatrzymanego, Natalię Siergiejewnę. Uljancew też tutaj siedział i uważnie słuchał, opracowując własną taktykę przyciskania Łamziny, a w sąsiednim pokoju inny oficer śledczy rozmawiał z dwudziestoletnią córką zatrzymanego, Alisą Łamziną. Uljancew zdążył się dowiedzieć, że Natalia Siergiejewna była kiedyś mistrzynią kraju w kajakarstwie, Alisa zaś jest aktywną sportsmenką, uprawia lekkoatletykę. Duch rywalizacji właściwy sportowcom to nie w kij dmuchał, zdaniem Uljancewa stanowił potężną broń, toteż obie kobiety traktowano jako potencjalne przeciwniczki, z którymi trzeba będzie nieźle się nagimnastykować.

Timur Achmedowicz skończył zadawanie ważnych dla niego pytań i, tak jak się umówili z Uljancewem, zostawił go, żeby kontynuował przesłuchanie, sam zaś udał się najpierw do dentysty, a później na miejsce, gdzie znaleziono ciało Bołtienkowa, żeby osobiście skontrolować funkcjonariuszy służby patrolowo-interwencyjnej, zajmujących się poszukiwaniem narzędzia zbrodni, to znaczy pistoletu, a jednocześnie przejrzeć nagraniaz kamer monitoringu.

Fiodorz góry zaplanował, od czego zacznie i o co zapyta w pierwszej kolejności. O broń, ma się rozumieć. Czy Łamzin ją lubił, czy się nią interesował, czy jeździł na polowania, odwiedzał strzelnicę? Na wszystkie pytania Natalia Łamzina odpowiadała stanowczo: „Nie”.

– Czy ktoś w rodzinie miał broń?

– Nie, nigdy.

Taak, tutaj nie ma się do czego przyczepić… Mądra baba, żadnej szansy, że się przypadkiem wygada. Dobrze, spróbujemy podejść z drugiej strony.

– Co pani robiła w chwili, gdy Bołtienkow opuścił mieszkanie?

– Byłam w kuchni, prasowałam.

– To znaczy, że nie widziała pani, jak wychodził?

– Nie, słyszałam tylko, że trzasnęły drzwi.

– I co pani wtedy zrobiła?

– Nic, prasowałam dalej. Krzyknęłam do Walery.

– Co pani krzyknęła?

– Nic, po prostu go zawołałam, chciałam zapytać, jak się skończyła rozmowa.

– Czyżby pani nie słyszała, jak się skończyła?

No proszę, pojawia się brak logiki, tylko patrzeć, jak paniusia się zaplącze! Trzeba ją przyciskać, póki się nie zorientowała. Natalia Siergiejewna, niewysoka, nadal świetnie wysportowana, silna, o muskularnych ramionach, nawet nie drgnęła. A więc nie ma pojęcia, że popełniła błąd. Doskonale.

– W kuchni był włączony telewizor – odparła spokojnie. – Słyszałam, że Walera i Michaił rozmawiają podniesionymi głosami, krzyczą na siebie, ale nie potrafiłam rozróżnić słów. Zresztą nawet nie próbowałam.

– Naprawdę? – Uljancew złośliwie przymrużył oczy. – Nie była pani ciekawa, o co chodzi? Męża odwiedza kolega, podczas rozmowy mąż wpada w złość, wybucha gniewem, a pani nie jest ciekawa? Nigdy w to nie uwierzę!

– Ależ to nie tak…

– Doprawdy? A jak?

– Doskonale wiedziałam, o co chodzi. Wiedziałam też, że Walera jest wściekły, urażony i dotknięty. Co nowego mogłam usłyszeć? Gdy zjawił się Misza, otworzyłam mu drzwi, później wyszedł Walera i Misza jeszcze przy mnie powiedział: „Walerka, nie chciałem, żeby tak wyszło, porozmawiajmy, niepotrzebnie masz do mnie żal...”.

– No i co było dalej?

– Mąż otworzył drzwi do pokoju i zaprosił go do środka.

– I co powiedział?

– Boże, sto razy już powtarzałam, dzisiaj w nocy, gdy wpadł pan do naszego mieszkania, i przed chwilą, gdy śledczy mnie o to pytał! – Po raz pierwszy od początku długiego przesłuchania w głosie Łamziny pojawiło się rozdrażnienie. Ale od razu znikło. Można jej było pozazdrościć opanowania.

– Walera powiedział: „No to chodźmy porozmawiać, skoro chcesz. Chociaż nie wiem o czym”.

– Dlaczego zaprosił Bołtienkowa do pokoju?

– No a gdzie mieli rozmawiać? Chyba nie w przedpokoju. W mieszkaniu była córka, Walera pewnie nie chciał, żeby słyszała całą rozmowę.

– A słyszała?

– Oczywiście, że słyszała. Obaj okropnie krzyczeli… Miałam włączony telewizor, już mówiłam, a i tak słyszałam, jak sobie wymyślają, no a córka mogła słyszeć w swoim pokoju każde słowo. Ściany w budynku nie są zbyt grube. Podejrzewam, że w sąsiednich mieszkaniach też wszyscy już wiedzą.

– Dobrze, wróćmy do chwili, gdy Bołtienkow rzekomo opuścił państwa mieszkanie.

– Dlaczego rzekomo? Opuścił.

A niech to! Co za spryciara! Nie przypadkiem została mistrzynią kraju! Ani na chwilę nie traci czujności i się nie rozprasza, uwaga napięta, waży każde słowo i niczego nie przeoczy. Z takim przeciwnikiem niełatwo będzie się zmagać, za to można zapomnieć o nudzie! Ta myśl od razu poprawiła Uljancewowi humor.

– Ale rzekomo sam. Gdy zawołała pani męża, przyszedł do kuchni?

– Nie.

– A odpowiedział coś?

– Słyszałam, że ubiera się w przedpokoju. Wtedy głośno zapytałam: „Wybierasz się gdzieś?”. A on na to: „Idę do sklepu po alkohol”.

– Ale nie zajrzał do kuchni?

– Nie.

Jeszcze jedna wpadka. Ach, gołąbeczko, nigdzie mi nie uciekniesz, w końcu wycisnę z ciebie prawdę.

– A nie powiedziała mu pani, że o tej porze nie kupi alkoholu? Nie zaniepokoiło to pani? Dlaczego nie zaczęła pani podejrzewać, że święci się coś niedobrego? Dlaczego pani nie pomyślała, że mąż kłamie, że wcale nie chce iść po alkohol, tylko powziął zamiar, by zabić Bołtienkowa?

– Pan chyba zwariował! Walera nie powziął żadnego zamiaru! A o tym, że nigdzie nie dostanie już alkoholu, w ogóle nie pomyślałam. Dawno go nie kupowaliśmy, więc nie przyszło mi to do głowy.

No tak, oczywiście, nie przyszło jej do głowy… Baju, baju… Znakomicie, można to potraktować jako wpadkę numer trzy. Dawna mistrzyni traci nerwy, zaczęła popełniać błędy. A więc zwycięstwo jest blisko.

– To znaczy, że nie widziała go pani w chwili, gdy wychodził z mieszkania?

– Nie, nie widziałam. A jakie to ma znaczenie?

Ma, i to jakie! Łamzin mógł zabrać pistolet. A jego żona nie ma najmniejszych podstaw, by twierdzić, że go nie zabrał.

– A pani zdaniem to normalne, że mąż ni z tego, niz owego biegnie o północy, żeby kupić wódkę? Czyżby był alkoholikiem?

– Jak panu nie wstyd! Był zdenerwowany, zwolniono go z pracy, nie rozumie pan? Z pracy, którą kochał, która była dla niego wszystkim, poświęcił jej całe życie, oddał duszę. Teraz już nikt nie zaproponuje mu podobnej posady. Czy to nie powód do stresu i do zdenerwowania? A tutaj jeszcze przyszedł Misza i znowu zaczęli roztrząsać starą historię. Może Misza go czymś obraził. W każdym razie chęć sięgnięcia po alkohol w takiej sytuacji mnie nie zdziwiła. Nie mieliśmy go w domu. Rzadko kupujemy alkohol.

– A czy po powrocie mąż streścił pani rozmowę z Bołtienkowem? Mówi pani: „Może Misza go czymś obraził”. To znaczy, że nie jest pani pewna? Mąż nie powiedział, gdy wrócił?

– Nie, nie powiedział.

– A pani nie zapytała?

– Oczywiście, że zapytałam. Ale odparł, że porozmawiamy o tym jutro, na świeżo. Gdyby chciał powiedzieć, toby to zrobił. Kiedy wrócił, odniosłam wrażenie, że się trochę uspokoił, wziął w garść, więc uznałam, że lepiej będzie nie zadawać niepotrzebnych pytań i go nie naciskać, żeby znowu się nie zdenerwował.

– Wrócił z alkoholem?

– Nie. Powiedział, że się rozmyślił. Biegł w deszczu, przemókł, zmarzł i ochłonął. Emocje opadły.

– A więc twierdzi pani, że wrócił uspokojony i zadowolony?

Uljancewz uporem trzymał się swojej wersji, próbując skłonić Natalię Łamzinę do zeznań przeciwko mężowi. Doświadczony śledczy, Bagłajew, uprzedził ją oczywiście, że ma prawo odmówić składania zeznań, ale zrobił to w odpowiedniej chwili, akurat wtedy, gdy jej męża wyprowadzono w kajdankach. Natalia Siergiejewna była tak oszołomiona, że nic nie słyszała i nie przeczytała oficjalnego powiadomienia, które podpisała bez zastanowienia. Teraz Fiodor pragnął, by przyznała, że mąż wrócił nie tylko uspokojony, ale też zadowolony. Wtedy można było obstawać przy tym, że Łamzin zrealizował swój zamiar i dopuścił się zabójstwa z zemsty.

Łamzina chyba nie rozumiała, czego chce detektyw. W każdym raziez jakiegoś powodu nie zamierzała pójść mu na rękę. Znowu zaczęła starannie ważyć słowa, co wywołało ostry atak irytacji Fiodora.

– Wrócił spokojniejszy – powtórzyła. – O jakim zadowoleniu może być tutaj mowa? Z czego Walera mógł być zadowolony? Z tego, że się pokłócił z Miszą? Albo że został zwolniony? Że przemókł i zmarzł?

Ależ z niej chytra sztuka! Nie szkodzi, zaraz skierujemy rozmowę na inne tory, kobieta nie zdąży się opamiętać i popełni fatalny błąd. Najważniejsze to wymierzyć cios bez uprzedzenia.

– Gdzie pani mąż przechowywał pistolet?

– Nigdy nie miał pistoletu. W domu nie było żadnej broni. Już pan mnie o to pytał parę razy.

I znowu całkowity spokój. Nie pozorny i obojętny, ale zimny i kamienny. Z każdą minutą Natalia Łamzina wydawała się Fiodorowi coraz bardziej podejrzana.

– Skąd ta pewność?

– Stąd, że wiem.

– Sprawdzała pani regularnie torbę męża?

Po raz pierwszy podczas przesłuchania na twarzy Łamziny odmalowało się zdumienie. Widocznie nawet nie pomyślała, że można tak postawić sprawę.

– Nigdy jej nawet nie dotykałam. Nie praktykujemy tego w naszej rodzinie. Ani ja nie zaglądam do jego torby, ani on nie zagląda do mojej.

– Widziałem w państwa sypialni dwie szafki nocne z obu stron łóżka. Wie pani, co mąż trzyma w swojej?

– Nie. Wiem tylko, że okulary do czytania, używa ich, gdy czyta w łóżku. I jakieś lekarstwa. Widziałam, gdy je stamtąd wyjmował.

– Co jeszcze?

– Nie wiem. Nie zaglądałam do środka, u nas to nie jest przyjęte. Szanujemy prywatność drugiej osoby.

– To ciekawe! I jakie wygodne! Nic nie słyszałam, nic nie widziałam, o niczym nie mam pojęcia.

Uljancew nie ukrywał drwiny i Natalia Łamzina w końcu straciła swój niewzruszony, zdawałoby się, spokój.

– Dlaczego rozmawia pan ze mną w ten sposób? O coś mnie pan oskarża? Podejrzewa?

– Oczywiście – odparł Fiodorz uśmiechem. – Zupełnie otwarcie podejrzewam panią o współudział w zbrodni, polegający na zatajaniu prawdy, umyślnym albo nie. Pomaga pani mężowi ukrywać narzędzie zbrodni. Wie pani, że było w domu, a może nawet się pani orientuje, gdzie leżało, no i co najważniejsze, wie pani, co się z nim później stało, to znaczy gdzie mąż je ukrył. Albo, co jest jeszcze bardziej prawdopodobne, ukryła je pani z córką po zatrzymaniu męża. Szczęśliwym dla pani trafem śledczy nie mógł od razu zarządzić przeszukania mieszkania, miała pani do dyspozycji całą noc, nic więc dziwnego, że rano niczego już nie znaleziono. Pozbyła się pani broni i ubrania, które mąż miał na sobie w chwili zabójstwa, a nam przekazała zupełnie inne ubranie. Tak właśnie było? Mam rację?

– Oszalał pan?

– Nie, tylko sobie żartuję, proszę wybaczyć.

– Niech pan porozmawia z policjantami, którzy mają w swoim rewirze nasz dom. Doskonale znają Walerę od wielu lat, w dodatkuz jak najlepszej strony. Pomagał zakładać młodzieżowe sekcje sportowe, znajdował chętnych, którzy je bezpłatnie prowadzili. Czy w dzisiejszych czasach ktoś robi coś za darmo? A Walera znajdował takie osoby. Pomagał zajmować się trudną młodzieżą. Znają go wszyscy funkcjonariusze oraz inspektorzy prowadzący sprawy nieletnich.

Oho, robi się ciekawie! Funkcjonariusze, a więc… Fiodor Uljancew doskonale wiedział, jakich sposobów chwytają się niektórzy policjanci, żeby zapewnić sobie dodatkowe dochody. Jednym z nich było na przykład usuwanie problemu przedsiębiorców, których szantażowano. Czasem wystarczała rozmowa z szantażystą, ale niekiedy konieczne było użycie środków przymusu bezpośredniego, w wyniku czego do rąk policjantów często trafiała broń. Której, ma się rozumieć, nikomu nie zdawali i nie zwracali. Jeden funkcjonariusz mógł mieć ze dwie, trzy sztuki takiej broni. Mógł nią swobodnie dysponować, w tym również sprzedać. Skoro Łamzin miał znajomych wśród policjantów, to u kogo, jak nie u nich, mógł nabyć gnata?! Trzeba będzie pójść tym tropem.

– Dobrze – powiedział, udając, że się zgadza. – Proszę podać nazwiskai stopnie funkcjonariuszy, którzy najlepiej znają męża, z którymi najczęściej się kontaktował i którym ufał.

Łamzina, niczego nie podejrzewając, chętnie wymieniła nazwiska. Fiodor zapisał je, myśląc z satysfakcją, że udało mu się przechytrzyć mistrzynię sportu. Sama daje mu do rąk broń przeciwko mężowi.

– No usiądźże, przestań się tłuc jak ćma, bo działasz mi na nerwy – zrzędliwie odezwał się jeden ze współwięźniów w celi.

Walerij Pietrowicz Łamzin nie zareagował na grzeczną prośbę i nadal chodził tam i z powrotem po ciasnym pomieszczeniu. Całe jego życie stanęło na głowie, a on nie zwykł myśleć na siedząco. Jak do tego doszło? Przecież jeszcze całkiem niedawno wszystko było w najlepszym porządku. A wczoraj… Wpadli nocą… Nie, to nie tak, najpierw przyszedł Miszka Bołtienkow… Nie, to później… Co było na początku? Gdzie, w którym miejscu zaczęła się droga, która doprowadziła go do celi w areszciei do oskarżenia o zabójstwo?

Kiedyś należeli do tej samej grupy łyżwiarzy figurowych, moskwianin Walera Łamzin i Miszka Bołtienkow, który przyjechał z Czerepowcai w którym trener dostrzegł obiecującego sportowca. Obaj byli solistami w sekcji juniorów, ale później wysokiego, atletycznie zbudowanego Walerę przeniesiono do innej grupy i przydzielono mu partnerkę, a niebawem zaproponowano przejście do innego trenera. Chłopcy znaleźli się w różnych grupach, ale pozostawali w kontakciei spotykali się, rzecz jasna, na zgrupowaniach i zawodach.

Latem 1978 roku też byli razem na zgrupowaniu, i to tam właśnie Miszka Bołtienkow zakochał się w dziewczynie jeżdżącej w parzei trenującej w tej samej grupie co Walera. Miała na imię Zoja, była śliczna i zdolna. Kiedyś Walera nawet zapytał Miszkę, czy nie chce się przenieść do ich grupy i zostać partnerem Zoi, bo stanowią ładną parę, ale Miszka tylko pokręcił głową: czekała go kariera wybitnego solisty, a w parzez Zoją nie zawojuje świata, nie ma dość siły, żeby ją wysoko podnosić, tymczasem jej obecny partner to prawdziwy osiłek, podnosi ją i obraca bez najmniejszego trudu, jak piórko. Zresztą Zoja nie zostawi swojego partnera, to uczciwa i dobra dziewczyna. Po zakończeniu zgrupowania romans nadal trwał i rozwijał się w Moskwie. Wszyscyo nim wiedzieli.

Kto był lepszy, Walera Łamzin ze swoją partnerką Wiką Łykową czy Zoja ze swoim partnerem? Obie pary prezentowały mniej więcej ten sam poziom i ze sobą rywalizowały, ale to nie miało żadnego wpływu na przyjaźń Walery i Miszy. Aż do chwili, gdy wszyscy uczestnicy tej historii znaleźli się na eliminacjach do mistrzostw kraju juniorów, których wyniki miały zadecydować o wejściu do kadry narodowej juniorów ZSRR.

Wika