Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
„Nie pierwsze załamanie nerwowe” stanowi eksperyment formalny, gdzie krótkie formy prozatorskie spotykają się z równie skondensowaną poezją. Marcin Radwański nie po raz pierwszy zaprasza czytelników do świata mrocznego, gdzie wszelkie nadzieje na lepsze dni rozpadają się niczym papierosowy popiół. Wykreowane postacie zdają się pochodzić ze snów o mieście, w którym na miłość nie starcza ani jednego zaułka. Fatalistyczna narracja jest również niezwykle płynna. Dzięki temu z każdą przeczytaną historią narasta ochota, by na dłużej zatrzymać się w tej „beznadziejnej” rzeczywistości.
Natalia Haczek
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 68
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Marcin Radwański
Nie pierwsze załamanie nerwowe
© Copyright by Marcin Radwański & e–bookowo
Korekta: Katarzyna Krzan
Skład: Katarzyna Krzan
Projekt okładki: Katarzyna Krzan
Na okładce obraz Autora
ISBN e–book: 978-83-8166-545-2
ISBN druk: 978-83-8166-546-9
Wydawca: Wydawnictwo internetowe e–bookowo
www.e–bookowo.pl
Kontakt: wydawnictwo@e–bookowo.pl
Ten e–book jest zgodny z wymogami
Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości
bez zgody wydawcy zabronione.
Wydanie I 2026
Od kilku tygodni nie wychodziłem ze swojego mieszkania. Na dworze rozkwitała już wiosna, a silne promienie słońca przebijały się przez brudne okna do wnętrza. Wcale mnie to nie obchodziło, ani zbytnio nie radowało. Byłem zdania, że po prostu zmieniła się pora roku. Z mrocznej zimy w coś nowego, niewiele bardziej pozytywnego.
Miałem depresję. Dopadła mnie znienacka, nawet nie wiem kiedy, jak i gdzie. Przypuszczam, że swój początek miała na koniec roku, który spędziłem w samotności. Później nastąpiło kilka wydarzeń, które mną wstrząsnęły i w końcu któregoś dnia nie mogłem podnieść się z łóżka.
Spędzałem bezsenne noce, nie mogąc się pogodzić z tym, że nie mogę zasnąć. To jeszcze bardziej sprawiało, że się denerwowałem. Chodziłem po mieszkaniu, paliłem papierosy, pisałem jakieś dziwne artykuły i słuchałem Billa Evansa, który jednak nie koił moich nerwów. Zasypiałem dopiero nad ranem, śpiąc po dwie, trzy godziny na dobę.
Podczas dnia wciąż czułem niepokój, który nie pozwalał mi normalnie funkcjonować. Bałem się wychodzić na zewnątrz, nawet zrobienie zakupów rodziło we mnie przerażenie. Zamawiałem więc jedzenie w sklepie internetowym, przyrządzając je samodzielnie. Było to tańsze i zdrowsze rozwiązanie, niż gotowe jedzenie na telefon, którego unikałem ze względu na swoją cukrzycę.
Po dłuższym czasie takiego życia, wyglądałem niczym zjawa z koszmaru. Tłuste strąki zamiast włosów, podkrążone, przekrwione oczy, obwisłe policzki, opuchnięte od papierosów usta. Oglądałem się w lustrze, nie wierząc do końca w to, co widzę. Chodziłem po mieszkaniu w samych bokserkach, nakładając tylko różowy, stary i wytarty szlafrok, który pozostał mi po dawnej kochance.
Wciąż okłamywałem siebie, że to tylko chwilowy pisarski kryzys, który minie lada dzień. Czytałem przecież dzieła największych klasyków, którzy również cierpieli na bezsenność, tworząc jednocześnie swoje wybitne dzieła.
Postanowiłem więc w końcu zrobić użytek z tej sytuacji. Nie próbować na siłę zasnąć, ale zaakceptować to wszystko i zacząć pisać nową powieść. Zrobiłem tak.
Zacząłem sobotniej nocy, gdy ucichły już odgłosy towarzyskich spotkań sąsiadów. Nie pamiętam, czy była to druga, czy trzecia w nocy. Usiadłem przy biurku, rozpoczynając prolog o kobiecie, która przyśniła mi się poprzedniego razu nad ranem.
Trwałem w tej nocnej pracy przez kilka dni, a może tygodni. W końcu czas zaczął płynąć dla mnie zupełnie inaczej. Poza porą porannego wstawiania do pracy, ulicznego szumu i pośpiechu, ujadania psów, płakania dzieci, wieczornego picia alkoholu i bicia niewiernych żon.
Zatraciłem się na tyle, że nawet nie zauważyłem, że bezsenność nie była już dla mnie uciążliwa. Był to stan, który połączyłem ze swoją powieścią, co pozwalało mi zapomnieć o rzeczywistości. Ta jednak w końcu przypomniała mi o sobie.
Któregoś słonecznego popołudnia, gdy już wstałem ze swojego krótkiego i niespokojnego snu, zamierzając zapalić porannego papierosa, do drzwi mieszkania ktoś zapukał. Było to coś nad wyraz niecodziennego, więc zastanawiałem się, czy to nie iluzja w moim umyśle. Podszedłem do przedpokoju nasłuchując kolejnych odgłosów. Ku mojemu zaskoczeniu powtórzyły się. Ktoś ponownie głośno i zdecydowanie zapukał do drzwi. Zląkłem się, otulając jeszcze mocniej zbyt ciasnym szlafrokiem, w którym poczułem się nagle niewygodnie. Oczywiście nie otworzyłem. Wróciłem do okna, otworzyłem je i zapaliłem papierosa, wydmuchując dym na zewnątrz.
Gdy jednak kroczyłem później do kuchni, aby przygotować sobie coś do jedzenia, pod drzwiami zauważyłem żółtą kopertę. Stanąłem, pełen nieokreślonego lęku, po czym sięgnąłem po nią. Była niewielkiego rozmiaru, niezaadresowana, a do tego wszystkiego starannie zaklejona. Wydała mi się ważna, więc do otwarcia użyłem ostrego, stołowego noża. Okazało się, że w środku mieści oficjalne, urzędowe pismo z administracji budynku.
Z powodu moich półrocznych zaniedbań w płaceniu czynszu wzywano mnie do zapłaty dość sporej kwoty, wraz z odsetkami. Pół roku? Naprawdę? Nie sądziłem, że trwam w tym stanie aż tak długo. Poczułem, jak robię się czerwony na twarzy, a moje serce przyspiesza w ataku paniki. Szybko sięgnąłem do szafki, wyciągając tabletkę relanium, którą popiłem wodą z kranu. Po kwadransie w końcu się uspokoiłem, na tyle że zasiadłem w swoim starym fotelu. Znalazłem leżący na podłodze kalendarz książkowy, który dostałem przy okazji jakiegoś spotkania autorskiego w grudniu poprzedniego roku i zacząłem analizować czas, w którym się całkowicie pogubiłem.
Księgowe z administracji niestety nie myliły się. Minęło ponad pół roku, odkąd trwałem w tym dziwnym stanie z depresją i bezsennością. Musiałem uregulować rachunek, ponieważ zagrożono mi eksmisją. Na szczęście miałem jeszcze trochę oszczędności, więc zrobiłem to od razu, aby uniknąć kolejnych niepokojących listów.
Pisałem dalej niestrudzenie po nocach, ale to wydarzenie dało mi do myślenia. Zacząłem bardziej kontrolować czas, choć nie było to dla mnie łatwe. Pory dnia zlewały mi się w rozdziały, akapity i kolejne zdania, a wytchnieniem były nadal tylko przespane dwie godziny nad ranem.
Chyba dopiero po miesiącu od tego momentu pierwszy raz pomyślałem o tym, aby w końcu spróbować wyjść z mieszkania. Nie wiem dlaczego, ale nagle poczułem chęć obcowania z jakimś człowiekiem. Miałem ochotę zapytać kogoś o jutrzejszą pogodę, kupić chleb i podziękować za niego, czy też przywitać się po prostu z sąsiadem.
Kolejnego dnia, zaraz po przebudzeniu z niespokojnego, krótkiego snu jak zwykle najpierw zapaliłem papierosa, a później postanowiłem się umyć i ubrać, a następnie wybrać na śniadanie do pobliskiego baru, który mieścił się przy stacji benzynowej.
Nie działo się to szybko. Miałem dość spore zaległości w higienie osobistej, więc moja toaleta trwała przeszło dwie godziny, zanim stwierdziłem, że mogę wyjść i pokazać się na zewnątrz. Kolejnym problemem było ubranie. Kilka razy podchodziłem do okna, sprawdzając temperaturę i wypatrując ludzi, chcąc dobrać odpowiednią garderobę. Po kilku miesiącach pustelniczego życia z wiosny zrobiła się już jesień, więc trzeba było narzucić na siebie przynajmniej sweter i lekką kurtkę.
Zanim opuściłem mieszkanie, było już południe. Zesztywniałym krokiem przekroczyłem próg, po czym zamknąłem drzwi na obydwa zamki. Na korytarzu pierwszego piętra nie spotkałem nikogo, więc skierowałem się ku schodom. Na parterze było nad wyraz cicho i pusto. Zastanawiałem się, jaki to dzień tygodnia, bo tego wcześniej nie sprawdziłem. W mojej skrzynce na listy piętrzyły się przesyłki, ale postanowiłem wyjąć je dopiero, gdy będę wracał. Wziąłem głęboki oddech i zdecydowanym krokiem wyszedłem na dwór.
Przywitał mnie podmuch zimnego wiatru, który poczułem na twarzy i szyi. Od razu sięgnąłem ręką i podniosłem kołnierz kurtki. Spojrzałem w niebo. Było szare, niczym oddech schorowanego gruźlika.
– Witam sąsiada. Dawno pana nie widziałem. Czy wszystko u pana w porządku? – usłyszałem nagle głos siedzącego na ławce mężczyzny.
Objąłem go zaciekawionym spojrzeniem. Miał okrągłą twarz, był łysy i starannie ogolony. W jego lewym uchu tkwił srebrny kolczyk. Siedział ze skrzyżowanymi nogami paląc papierosa. Kojarzyłem go z drugiego piętra i jego drzwi wejściowych, które miał wyklejone symbolami lokalnej drużyny piłkarskiej.
– Dzień dobry. Dziękuję. U mnie wszystko w porządku, a u pana? – odpowiedziałem grzecznie, próbując nawet się uśmiechnąć.
Sąsiad podał mi rękę, którą ścisnąłem mocno, potrząsając nią chwilę. Nie wiem dlaczego, ale w tamtym momencie znaczyło to dla mnie wiele.
– Jakoś leci powolutku. Pogoda do niczego, ale życzę miłego spaceru – mówił dalej z wesołością w głosie.
Podziękowałem mu, machnąłem ręką na pożegnanie, po czym poszedłem w stronę stacji benzynowej. Nie miałem daleko, musiałem przejść tylko przez zaniedbany park i minąć duże skrzyżowanie.
Szedłem, rozglądając się łapczywie i chłonąc obrazy, od których już się odzwyczaiłem. Kilku pijaczków pijących na stojąco tanie wino, matki spacerujące z dziećmi w kolorowych wózkach, szkolną młodzież na wagarach z telefonami w rękach zamiast piłki do gry. Wydawało się to takie zwyczajne, ale dla mnie było zachwycające i piękne.
W końcu dotarłem do krzyżówki, przeszedłem przez pasy w pośpiechu, minąłem stację i stanąłem przed wejściem do niewielkiego bistro, które nie miało nawet nazwy.
Wszedłem do środka, gdzie panowała senna atmosfera. Lekko przyciemnione witryny tworzyły półmrok i kameralną atmosferę. Pomieszczenie nie było duże, po prawej stronie mieściło pięć stolików, a po lewej wysoką ladę, za którą stała szczupła kobieta w średnim wieku, o kruczoczarnych włosach ściągniętych w kitkę. Miała na sobie granatowy, kucharski fartuch. Zbliżyłem się do niej i przywitałem. Poleciła mi danie dnia, czyli wegetariańskiego hamburgera z frytkami. Do picia zamówiłem czarną kawę.
Po złożeniu zamówienia rozejrzałem się za miejscem. Zajęty był tylko jeden stolik, przy którym siedziało dwóch młodych chłopaków z czapkami na głowach. Głośno dyskutowali na temat jakiejś fantastycznej gry komputerowej.
Usiadłem na samym końcu, przy drugim wyjściu. Miałem stamtąd widok na ulicę, jak i wszystkich wchodzących do lokalu. Siedziałem w kurtce, bo było mi zimno. Myślałem o tym, jak tęskniłem właśnie o takiej zwykłej chwili, gdy siedzisz w pustym barze, czekasz na jedzenie i widzisz przez okno przechadzających się ludzi, zajętych swoimi sprawami.
Moje rozmyślania przerwał odgłos otwierających się drzwi. Do środka wkroczyła młoda, chuda dziewczyna, o długich opadających, ciemnych włosach, jej twarz szczelnie opatulała ciemna chusta. Taszczyła ze sobą dużą, sportową torbę, która wydawała się bardzo ciężka. Przystanęła przy ladzie i zamówiła coś, po czym ruszyła w moim kierunku, siadając przy stoliku obok.
Przyglądałem się jej z zainteresowaniem. Nie wyglądała na miejscową, raczej na zagubioną w zupełnie obcym dla siebie mieście. Ustawiła torbę pod stolikiem i zaczęła się rozbierać. Miała na sobie ciemny sweter, tego samego koloru spodnie i trampki. Jej łydki i uda były kruche niczym u małej, niedojrzałej dziewczynki. Szeroko otwarłem oczy dopiero, gdy odsłoniła swoją twarz. Była pociągła i symetryczna, z grubymi brwiami i całą siatką ogromnych siniaków.
Zastanawiałem się, czy nie podejść do niej i zapytać, czy nie potrzebuje pomocy. To nie był przecież normalny widok. Choć, czy miałem prawo wtrącać się w jej pewnie już i tak skomplikowane życie?
Kelnerka przyniosła mi zamówione danie, więc zająłem się jedzeniem, ale wciąż bacznie przyglądałem się nieznajomej. Smakowało mi i zjadłem szybko, a później jak zwykle miałem ochotę zapalić papierosa. Zostawiłem więc kawę na stoliku, wymykając się tylnym wyjściem na zewnątrz. Gdy zaciągnąłem się po raz kolejny, delektując się tytoniem i nikotyną, usłyszałem jak za mną otwierają się drzwi.
– Możesz poczęstować mnie papierosem? – odezwała się do mnie.
Odwróciłem się i objąłem ją spojrzeniem, tym razem z bliska. Miała około trzydziestki, może nawet mniej. Jej czoło i policzki pokrywały świeże ślady pobicia. Kim ona jest? – zastanawiałem się. – Prostytutką? Porzuconą żoną? Uciekinierką z zakładu psychiatrycznego?
– Pewnie że tak – odparłem, wyciągając ku niej paczkę.
Wyciągnęła sprawnie papierosa swoimi długimi palcami. Podałem jej ogień, a ona podziękowała. Staliśmy w milczeniu, zaciągając się łapczywie, jakbyśmy nie palili co najmniej kilka dni.
– Nie znasz w pobliżu jakiegoś taniego hotelu na jedną noc, gdzie mogłabym się zatrzymać? – zapytała, wydmuchując dym, który wiejący wiatr porywał do góry.
Bezsenność
Cover
