Wydawca: MAG Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 394 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Namiętność - Lauren Kate

"W każdym życiu wybiorę ciebie. Tak, jak ty zawsze wybierałeś mnie. Na zawsze".

Luce była gotowa umrzeć dla Daniela. I to właśnie robiła. Raz za razem. Luce i Daniel stale odnajdywali się, po czym wkrótce zostawali boleśnie rozdzieleni - Luce umierała, a Daniel pozostawał samotny i nieszczęśliwy. Może wcale nie musi tak być...

Luce jest pewna, że coś - lub ktoś - w jednym z jej wcześniejszych wcieleń może jej pomóc w obecnym. Dlatego wyrusza na najważniejszą podróż swojego życia... powraca w przeszłość, by na własne oczy zobaczyć swoje romanse z Danielem... i odnaleźć klucz, dzięki któremu ich miłość mogłaby przetrwać.

Cam i legiony aniołów oraz Wygnańców rozpaczliwie pragną pochwycić Luce, lecz nikt bardziej gorączkowo niż Daniel. On goni za Luce przez ich wspólne przeszłości, przerażony tym, co mogłoby się wydarzyć, gdyby zmieniła historię.

Wtedy bowiem ich ponadczasowa miłość mogłaby zginąć... na zawsze.

Opinie o ebooku Namiętność - Lauren Kate

Cytaty z ebooka Namiętność - Lauren Kate

zebrali się w ciszy, mamrocząc do siebie. Były ich setki. Powtarzający się nacisk ostrych szponów Billa na ramionach sprawił, że Luce opadła na kolana jak wszyscy pozostali i podążyła za wzrokiem tłumu w górę. Za targowiskiem jeden budynek wznosił się wyżej niż pozostałe – piramida schodkowa z najbielszego kamienia. Luce widziała dwa z jej boków, pośrodku obu wznosiły
– Masz – powiedział, podając jej ciemne futro z norek. – Pomyślałem, że może ci być zimno. – Gdzie ty je... – Zerwałem je z jednej baby wracającej do domu z targu. Nie martw się, miała wystarczająco dużo naturalnej wyściółki.

Fragment ebooka Namiętność - Lauren Kate

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Motto

Prolog

Jeden

Dwa

Trzy

Cztery

Pięć

Sześć

Siedem

Osiem

Dziewięć

Dziesięć

Jedenaście

Dwanaście

Trzynaście

Czternaście

Piętnaście

Szesnaście

Siedemnaście

Osiemnaście

Dziewiętnaście

Dwadzieścia

Epilog

NAMIĘTNOŚĆ

L A U R E N   K A T E

T Ł U M A C Z E N I E: A N N A   S T U D N I A R E K

Tytuł oryginału:Passion

Copyright © 2011 by Tinder Books, LLC and Lauren Kate

Copyright for the Polish translation © 2011 by Wydawnictwo MAG

Redakcja: Urszula Okrzeja

Korekta: Magdalena Górnicka

Ilustracja na okładce: Fernanda Brussi Gonçalaves

Opracowanie graficzne okładki: Angela Carlino

Skład i łamanie: Tomek Laisar Fruń

Konwersja do formatu epub: pan@drewnianyrower.com

ISBN 978-83-7480-302-1

Wydanie II

Wydawca: Wydawnictwo MAG ul. Krypska 21 m. 63, 04-082 Warszawa

„Nie uda się mnie chwycić za pierwszym razem, nie traćcie otuchy, Nie znajdziecie mnie w jednym miejscu, szukajcie w innym, Gdzieś się w końcu zatrzymam, czekając na was”.

WALT WHITMAN Pieśń o sobie*

* Walt Whitman, Pieśń o sobie, tłum. Andrzej Szuba, Wydawnictwo Literackie 1990.

PROLOG

CZARNY KOŃ

LOUISVILLE, KENTUCKY 27 LISTOPADA 2009 R.

Rozległ się strzał. Gwałtownie otworzyła się szeroka brama. Tętent końskich kopyt odbijał się echem wokół toru jak potężn grzmot.

– I ruszyli!

Sophia Bliss poprawiła szerokie rondo kapelusza z piórkiem. Był on w stonowanym odcieniu fioletu, o średnicy około siedemdziesięciu centymetrów, z opuszczaną szyfonową woalką. Wystarczająco duży, by robiła wrażenie prawdziwej entuzjastki wyścigów konnych, ale nie na tyle jarmarczny, by niepotrzebnie przyciągać uwagę.

Trzy kapelusze zostały zamówione specjalnie na wyścig u tej samej modystki w Hilton Head. Jeden – jasnożółta budka – wieńczył siwe włosy Lyriki Crisp, usadowionej po lewicy panny Sophii i pochłaniającej kanapkę z peklowaną wołowiną. Drugi – słomkowy kapelusz w kolorze seledynowym, z szeroką satynową wstążką w grochy – spoczywał na czarnej czuprynie Viviny Sole, która siedziała po prawej stronie, obok panny Sophii, podejrzanie skromnie złożywszy na kolanach dłonie odziane w białe rękawiczki.

– Cóż za wspaniały dzień na wyścigi – powiedziała Lyrica. Miała sto trzydzieści sześć lat, co czyniło ją najmłodszą spośród Starców Zhsmaelim. Otarła resztki musztardy z kącika ust. – Możecie uwierzyć, że to mój pierwszy raz na wyścigach?

– Cicho – syknęła panna Sophia.

Lyrica była idiotką. Dziś nie chodziło wcale o konie, lecz o tajemne spotkanie wielkich umysłów. I cóż, jeśli pozostałe wielkie umysły jeszcze się nie pokazały? Przybędą. Do tego idealnie neutralnego miejsca. Jego nazwę zapisano wypukłymi literami w zaproszeniu na złotym papierze, które Sophia otrzymała od nieznanego nadawcy. Pozostali na pewno tu byli, już wkrótce mieli się ujawnić i wspólnie opracować plan ataku. Już za chwilę. Taką miała nadzieję.

– Cóż za niezwykle piękny sport – odezwała się oschłym tonem Vivina. – Szkoda, że nasz koń wyścigowy nie biega w kółeczku, jak te klaczki. Czyż nie, Sophio? Lepiej się nie zakładać, gdzie skończy czystej krwi Lucinda.

– Powiedziałam „cicho” – wyszeptała Sophia. – Ugryź się w ten swój niefrasobliwy język. Wszędzie są szpiedzy.

– Jesteś paranoiczką – stwierdziła Vivina, na co Lyrica zachichotała.

– Jestem tą, która pozostała – odparła Sophia.

Było ich o wiele więcej – dwadzieścioro czworo Starców w szczytowym momencie Zhsmaelim. Gromadka śmiertelnych, nieśmiertelnych i kilku przedwiecznych, jak sama Sophia. Zgromadzenie wiedzy, namiętności i wiary o wspólnym, jednoczącym celu – przywrócić świat do stanu niewinności, tej krótkiej, wspaniałej chwili przed Upadkiem aniołów. Na dobre czy na złe.

Tak właśnie napisano, jasno jak słońce, w kodeksie, który razem opracowali i wszyscy podpisali: „Na dobre czy na złe”.

Ponieważ tak naprawdę obie możliwości były równie prawdopodobne.

Każda moneta ma dwie strony. Orzeł i reszka. Światło i ciemność. Dobro i...

Cóż, fakt, że inni Starcy nie przygotowali się na obie możliwości, to nie wina Sophii. Musiała jednak nieść swój krzyż, kiedy jeden po drugim wysyłali zawiadomienia o wycofaniu się. „Twoje cele stały się zbyt mroczne”. Albo: „Standardy organizacji się obniżyły”. Albo: „Starcy zbytnio oddalili się od pierwotnego kodeksu”. Pierwsza seria listów dotarła, czego się można było spodziewać, w ciągu tygodnia od incydentu z Pennyweather. Nie mogli tego znieść, jak twierdzili, śmierci jednego mało znaczącego dziecka. Chwila nieostrożności ze sztyletem i nagle Starcy się przerazili, wszyscy bali się gniewu Wagi.

Tchórze.

Sophia nie bała się Wagi. Ich zadaniem było pilnowanie upadłych, nie sprawiedliwych. Chodzących po ziemi aniołów, takich jak Roland Sparks i Arriane Alter. Ten, kto nie opuścił strony Nieba, miał prawo nieco się zachwiać. A czasy, w których się znaleźli, praktycznie tego wymagały. Sophia prawie dostała zeza, czytając łzawe usprawiedliwienia innych Starców. Nawet gdyby chciała powrotu zdrajców – czego wcale nie pragnęła – nic nie mogła na to poradzić.

Sophia Bliss – szkolna bibliotekarka, która dotychczas pełniła jedynie funkcję sekretarza zgromadzenia Zhsmaelim – była teraz najwyższą rangą urzędniczką Starców. Pozostało ich zaledwie dwanaścioro. A dziewięciorgu nie można było zaufać.

I tak oto ich trójka siedziała tutaj w ogromnych pastelowych kapeluszach, obstawiając przypadkowe konie. I czekała. To żałosne, jak nisko upadli.

Jeden wyścig się zakończył. Trzeszczący głośnik ogłosił zwycięzców i wysokość zakładów na następny wyścig. Otaczający ich nadziani goście i pijacy wiwatowali albo bardziej zapadali się na siedzeniach.

A dziewczyna, na oko dziewiętnastolatka, ubrana w brązowy trencz, z bardzo jasnymi włosami związanymi w kucyk i grubymi ciemnymi okularami, wspinała się powoli po aluminiowych schodkach w stronę Starców.

Sophia zesztywniała. A co ona tu robiła?

Nie dało się powiedzieć, w którą stronę patrzy dziewczyna, i Sophia bardzo starała się na nią nie gapić. Choć to i tak nie miało znaczenia, tamta nie mogła jej zobaczyć. Była ślepa. Ale, z drugiej strony...

Dziewczyna z Wygnańców skinęła Sophii głową. Ach tak – ci głupcy widzieli płomień ludzkiej duszy. Był przygaszony, lecz siła życiowa Sophii wciąż musiała być widoczna.

Dziewczyna zajęła miejsce w pustym rzędzie przed Starcami, skierowała twarz w stronę toru i przeglądała kosztującą pięć dolarów książeczkę z poradami dla obstawiających, której jej ślepe oczy nie mogły widzieć.

– Witam. – Głos dziewczyny był monotonny. Nie odwróciła się.

– Naprawdę nie wiem, co tu robisz – powiedziała panna Sophia. To był wilgotny listopadowy dzień w Kentucky, lecz na jej czole pojawił się pot. – Nasza współpraca zakończyła się, kiedy wasze kohorty nie odzyskały dziewczyny. I żadna pełna goryczy gadanina tego, który nazywa siebie Phillipem, nie skłoni nas do zmiany zdania. – Sophia pochyliła się bliżej dziewczyny, i zmarszczyła nos. – Wszyscy wiedzą, że Wygnańcom nie można ufać...

– Nie jesteśmy tu, żeby prowadzić z wami interesy – powiedziała dziewczyna, patrząc przed siebie. – Byliście jedynie narzędziem, które miało nas doprowadzić do Lucindy. Pozostajemy niezainteresowani „współpracą” z wami.

– W dzisiejszych czasach wasza organizacja nikogo nie obchodzi.

Kroki na trybunach.

Chłopak był wysoki i szczupły, miał starannie ogoloną głowę i trencz w kroju podobnym do tego, który włożyła dziewczyna. Jego okulary przeciwsłoneczne były plastikowe i tanie, kupione w supermarkecie.

Phillip opadł na miejsce obok Lyriki Crisp. Podobnie jak dziewczyna, kiedy mówił, nie odwracał się w ich stronę.

– Nie jestem zaskoczony, że cię tu widzę, Sophio. – Zsunął okulary na nos, ukazując puste białe oczy. – Jedynie rozczarowany, że nie uznałaś, że możesz mi powiedzieć o swoim zaproszeniu.

Lyrica sapnęła na widok białych gałek za jego okularami. Nawet Vivina straciła opanowanie i się cofnęła. Sophia aż gotowała się w środku.

Dziewczyna uniosła złocistą kartkę – zaproszenie takie jak to, które otrzymała Sophia – trzymając ją między palcami.

– Dostaliśmy to.

Tyle tylko, że to zaproszenie wyglądało, jakby napisano je brajlem. Sophia wyciągnęła rękę, by się upewnić, lecz dziewczyna szybkim ruchem schowała je z powrotem pod płaszczem.

– Posłuchajcie, śmieci. Wasze gwiezdne strzały opieczętowałam symbolem Starców. Pracujecie dla nas...

– Poprawka – stwierdził Phillip. – Wygnańcy nie pracują dla nikogo prócz siebie.

Sophia patrzyła, jak lekko wyciąga szyję, udając, że śledzi wzrokiem konie na torze. Zawsze wydawało jej się to dziwne, sposób, w jaki robili wrażenie, że widzą. Choć wszyscy wiedzieli, że on ich oślepił jednym pstryknięciem palca.

– Powinniście się wstydzić za to, jak zepsuliście próbę jej pojmania. – Sophia poczuła, że mówi głośniej niż powinna, przyciągając wzrok starszej pary przechodzącej przez trybunę główną. – Mieliśmy współpracować – wysyczała – by ją wytropić, a wy... wy zawiedliście.

– To i tak by nie miało znaczenia.

– To znaczy?

– Ona i tak by się zagubiła w czasie. Takie było od początku jej przeznaczenie. A Starcy i tak wisieliby na włosku. To znaczy na tobie.

Chciała się na niego rzucić i dusić go, aż te wielkie białe oczy zaczną wychodzić z orbit. Czuła, jak jej sztylet wypala dziurę w skórkowej torebce, którą trzymała na kolanach. Gdyby tylko miała gwiezdną strzałę... Sophia zaczęła się podnosić z siedzenia, kiedy ktoś za nimi się odezwał.

– Proszę usiąść – zagrzmiał. – Spotkanie się rozpoczyna.

Głos. Od razu wiedziała, do kogo należał. Spokojny i pełen autorytetu. Głęboko upokarzający. Sprawił, że trybuny zadrżały.

Siedzący w pobliżu śmiertelnicy nic nie zauważyli, lecz Sophia poczuła uderzenie gorąca na karku. Przenikało jej ciało, unieruchamiając ją. To nie był zwykły strach. To było otępiające, ściskające w żołądku przerażenie. Czy odważy się odwrócić?

Krótkie spojrzenie kącikiem oka ukazało jej mężczyznę w starannie dopasowanym czarnym garniturze. Krótkie ciemne włosy okrywał czarny kapelusz. Twarz, miła i atrakcyjna, nie była szczególnie interesująca. Gładko ogolona, prosty nos, do tego ciemne oczy, które wydawały się znajome. Panna Sophia nie widziała go nigdy wcześniej. A jednak wiedziała, kim był, czuła to w kościach.

– Gdzie Cam? – spytał. – Dostał zaproszenie.

– Pewnie bawi się w Boga pośród Głosicieli. Jak cała reszta – palnęła Lyrica. Sophia trzepnęła ją dłonią.

– Bawi się w Boga, powiadasz?

Sophia próbowała znaleźć słowa, które mogłyby naprawić taką gafę.

– Kilku z pozostałych podążyło za Lucindą w przeszłość – powiedziała w końcu. – W tym dwoje Nefilim. Nie jesteśmy pewni, kto jeszcze.

– Czy mógłbym zapytać – głos mężczyzny stał się lodowaty – dlaczego nikt z was nie zdecydował się ruszyć za nią?

Sophia z trudem przełykała ślinę i oddychała. Najbardziej intuicyjne z ruchów były tłumione przez panikę.

– Nie możemy, no ta... Nie mamy jeszcze możliwości...

Przerwała jej dziewczyna:

– Wygnańcy są właśnie w trakcie...

– Cisza – rozkazał mężczyzna. – Oszczędźcie mi swoich usprawiedliwień. Nie mają już znaczenia, tak jak i wy nie macie już znaczenia.

Przez dłuższą chwilę ich grupa milczała. Świadomość, że nie wiedzą, jak go zadowolić, przerażała. Kiedy znów się odezwał, jego głos był cichszy, ale nie mniej groźny.

– Stawka jest zbyt wysoka. Nie mogę ryzykować.

Przerwa.

Później dodał cicho:

– Nadszedł czas, żebym wziął sprawy w swoje ręce.

Sophia stłumiła westchnienie, by nie pokazywać po sobie przerażenia. Nie umiała jednak powstrzymać dreszczy. Jego bezpośredni udział? Naprawdę, to była przerażająca perspektywa. Nie umiała sobie wyobrazić współpracy z nim...

– Wy będziecie trzymać się od tego z dala – powiedział. – I tyle.

– Ale... – To słowo przypadkiem opuściło usta Sophii. Nie mogła go cofnąć. Myślała o całych dziesięcioleciach pracy. Wszystkich jej planach. Jej planach!

Po chwili nastąpił długi, wstrząsający ziemią ryk.

Rozbrzmiewał pośród trybun, w ciągu ułamka sekundy pokonywał cały tor.

Sophia się skuliła. Hałas uderzał w nią, przenikał jej skórę i docierał do jej najgłębszej istoty. Czuła się tak, jakby jej serce rozpadało się na kawałki.

Lyrica i Vivina przycisnęły się do niej, zaciskając powieki. Nawet Wygnańcy zadrżeli.

Kiedy Sophia pomyślała, że dźwięk nigdy nie ucichnie, że w końcu przyniesie jej śmierć, ale nagle zapadła cisza jak makiem zasiał.

Na chwilę.

Wystarczająco długą, by się rozejrzeć i stwierdzić, że ludzie obserwujący wyścigi nic nie usłyszeli.

– Twój udział w tym przedsięwzięciu się skończył. Nie waż się wchodzić mi w drogę – szepnął jej do ucha.

Na dole rozległ się kolejny strzał. Szeroka brama znów się otworzyła. Tyle tylko, że tym razem tętent końskich kopyt o ziemię wydawał się niczym, był cichy jak deszczyk padający pośród koron drzew.

Nim konie wyścigowe przekroczyły linię startu, postać za nimi zniknęła, pozostawiając jedynie czarne ślady kopyt wypalone w deskach trybuny.

JEDEN

POD OSTRZAŁEM

MOSKWA 15 PAŹDZIERNIKA 1941 R.

„Lucinda!”.

Głosy szukały jej pośród mroku.

„Wracaj!”.

„Zaczekaj!”.

Ignorowała je, przebijając się dalej. Echa jej imienia odbijały się od cienistych ścian Głosiciela, sprawiając, że na skórze czuła języki gorąca. To był głos Daniela czy Cama? Arriane czy Gabbe? Czy to Roland błagał, żeby wracała, czy może Miles?

Wołania stawały się coraz trudniejsze do rozpoznania, aż Luce nie umiała już ich rozróżnić. Dobry czy zły. Przyjaciel czy wróg. Powinni być łatwiejsi do oddzielenia, lecz nic już nie było łatwe. Wszystko, co kiedyś było czarne lub białe, teraz stapiało się w szarość.

Oczywiście, obie strony zgadzały się w jednym – wszyscy chcieli wyciągnąć ją z Głosiciela. Dla jej bezpieczeństwa, powiedzieliby.

Nie, dzięki.

Nie teraz.

Nie po tym, jak zdemolowali podwórko domu jej rodziców, zmienili je w kolejne zakurzone pole walki. Nie mogła myśleć o twarzach rodziców, gdyż od razu pragnęła wrócić – choć nawet nie wiedziała, jak zawrócić we wnętrzu Głosiciela. Poza tym było za późno. Cam próbował ją zabić. A raczej to, co za nią uważał. A Miles ją uratował, lecz nawet to nie było proste. Umiał rzucić jej odbicie, gdyż za bardzo go obchodziła.

A Daniel? Czy obchodziła go wystarczająco? Nie umiała tego stwierdzić.

Pod koniec, kiedy Wygnaniec się do niej zbliżył, Daniel i pozostali patrzyli na Luce, jakby to ona była im coś winna.

„Jesteś naszym wejściem do Nieba” – powiedział Wygnaniec. „Ceną”. Co to znaczyło? Dopiero przed kilkoma tygodniami dowiedziała się o istnieniu Wygnańców. A jednak oni czegoś od niej chcieli – wystarczająco mocno, by z tego powodu wydać bitwę Danielowi. To musiało mieć jakiś związek z przekleństwem, tym, które sprawiało, że Luce raz za razem się odradzała. Ale co ich zdaniem mogła zrobić?

Czy odpowiedź była tu gdzieś ukryta?

Żołądek podchodził jej do gardła, gdy bezmyślnie toczyła się w chłodnym cieniu, głęboko wewnątrz mrocznego Głosiciela.

„Luce...”.

Głosy zaczęły cichnąć, milknąć. Wkrótce zmieniły się w szepty. Niemal jakby się poddały. Aż...

Zaczęły stawać się coraz głośniejsze. Głośniejsze i wyraźniejsze.

„Luce...”.

Nie. Zacisnęła powieki, żeby stłumić odbiór.

„Lucindo...”.

„Lucy...”.

„Lucio...”.

„Liuszka...”.

Była zmarznięta, zmęczona i nie chciała ich słyszeć. Choć raz chciała, żeby zostawili ją w spokoju.

„Liuszka! Liuszka! Liuszka!”.

Jej stopy uderzyły w coś z hukiem.

W coś bardzo, ale to bardzo zimnego.

Stała na ziemi. Wiedziała, że już nie spada, choć nie widziała przed sobą nic poza ścianą ciemności. Później spojrzała w dół, na swoje konversy.

I głośno przełknęła ślinę.

Spoczywały na dywanie śniegu sięgającym jej do pół łydki. Wilgotny chłód, do którego się przyzwyczaiła – ciemny tunel, przez który wyruszyła ze swojego podwórka w przeszłość – ustępował czemuś innemu. Czemuś wietrznemu i lodowatemu.

Kiedy Luce po raz pierwszy przeszła przez Głosiciela – z sypialni w Shoreline do Las Vegas – była z przyjaciółmi, Shelby i Milesem. Na końcu drogi napotkali barierę – mroczną, cienistą zasłonę między nimi a miastem. Ponieważ tylko Miles przeczytał podręcznik na temat przechodzenia, przecierał Głosiciela kolistymi ruchami, aż ponury czarny cień zaczął opadać. Aż do tej chwili Luce nie wiedziała, że w ten sposób rozwiązał problem, który niespodziewanie się pojawił.

Tym razem bariery nie było. Może dlatego, że podróżowała sama, przez Głosiciela przyzwanego jej własną wolą. Lecz droga na zewnątrz była taka prosta. Aż za prosta. Zasłona ciemności po prostu się rozstąpiła.

Uderzył w nią lodowaty podmuch, sprawiając, że zesztywniała z zimna. Wstrzymała oddech i poczuła, że zaczynają jej łzawić oczy.

Gdzie była?

Luce żałowała rozpaczliwego skoku przez czas. Tak, musiała uciec, i tak, chciała poznać swoją przeszłość, uratować swoje wcześniejsze wcielenia przed cierpieniem, zrozumieć, w jaki sposób kochała wcześniej Daniela, tak wiele razy. Poczuć to, zamiast tylko słyszeć. Zrozumieć – a później pokonać – klątwę, którą na nich nałożono.

Tyle że nie w taki sposób. Zmarznięta, samotna, kompletnie nieprzygotowana na miejsce i czas, w którym się znalazła.

Widziała przed sobą zaśnieżoną ulicę, stalowe niebo nad białymi budynkami. W pewnej odległości słyszała grzmoty. Ale wolała nie myśleć, co to wszystko mogło znaczyć.

– Zaczekaj – szepnęła do Głosiciela.

Cień unosił się leniwie kilkadziesiąt centymetrów od jej palców. Próbowała go pochwycić, ale Głosiciel jej unikał, odsuwał się coraz dalej. Rzuciła się i pochwyciła między palce malutki, wilgotny kawałek...

Lecz wtedy Głosiciel w jednej chwili rozpadł się na miękkie czarne kawałki na śniegu. Te zblakły i wkrótce znikły.

– Cudownie – mruknęła. – I co teraz?

W pewnej odległości wąska uliczka łączyła się ze skrytym w cieniu skrzyżowaniem. Na chodnikach leżały wysokie sterty odgarniętego śniegu, które przylegały do ścian białych kamiennych budowli. Były uderzające, niepodobne do czegokolwiek, co widziała Luce, wysokie na kilka pięter, a ich fasady zdobiły rzeźbione łuki i skomplikowane kolumny.

Wszystkie okna były ciemne. Luce wyczuwała, że w całym mieście może panować mrok. Jedynym źródłem światła była pojedyncza lampa gazowa. Jeśli na niebie świecił księżyc, zasłaniała go gruba warstwa chmur. Znów coś zadudniło na niebie. Grzmot?

Luce zaplotła ręce na piersi. Zamarzała.

– Liuszka!

Kobiecy głos. Szorstki i ochrypły, jakby należący do kogoś, kto całe życie wykrzykiwał rozkazy. Ten głos drżał.

– Liuszka, ty wariatko. Gdzie jesteś?

Wydawało się, że teraz jest bliżej. Czy mówiła do Luce? W tym głosie było coś jeszcze, coś dziwnego, czego Luce nie umiała ująć w słowa.

Kiedy zza zaśnieżonego rogu ulicy wyłoniła się kobieca postać, Luce wpatrzyła się w nią, próbując rozpoznać. Była bardzo niska i nieco zgarbiona, na oko pod siedemdziesiątkę. Jej obszerne ubranie wydawało się na nią za duże. Włosy ukrywała pod grubą czarną chustą. Kiedy zobaczyła Luce, na jej twarzy pojawił się dziwny grymas.

– Gdzie się podziewałaś?

Luce się rozejrzała. Była jedyną osobą na ulicy. Staruszka zwracała się do niej.

– Tutaj – odpowiedziała.

Po rosyjsku.

Uniosła dłoń do ust. Czyli to właśnie wydawało jej się dziwne w głosie kobiety – mówiła w języku, którego Luce nigdy się nie uczyła. A jednak, nie tylko rozumiała każde słowo, ale też umiała w nim odpowiedzieć.

– Mogłabym cię zabić – powiedziała kobieta, dysząc ciężko, gdy ruszyła w stronę Luce i wzięła ją w ramiona.

Jak na tak kruchą z wyglądu kobietę, jej uścisk był mocny. Ciepło innego ciała otaczające Luce po ostrym zimnie sprawiało, że miała ochotę się rozpłakać. Wtuliła się mocno.

– Babcia? – wyszeptała, przyciskając usta do ucha kobiety. Nagle wiedziała, kim ona jest.

– Ciągle kiedy wracam z pracy, ciebie nie ma – powiedział kobieta. – A teraz biegasz sobie po ulicy jak lunatyczka? W ogóle poszłaś dziś do pracy? Gdzie jest twoja siostra?

Znów rozległ się grzmot. Zupełnie jakby zbliżała się paskudna burza. I to szybko. Luce zadrżała i potrząsnęła głową. Nie wiedziała.

– Aha – stwierdziła kobieta. – Już nie jesteś taka wesolutka. – Zmrużywszy oczy, wpatrzyła się w Luce i odsunęła ją trochę, żeby przyjrzeć jej się uważniej. – Mój Boże, w co ty się ubrałaś?

Luce kręciła się, kiedy jej babcia z poprzedniego wcielenia gapiła się na jej dżinsy i wodziła powykręcanymi palcami po guzikach flanelowej koszuli Luce. Chwyciła ją za krótki, potargany kucyk.

– Czasem myślę, że jesteś tak samo szalona, jak twój ojciec, Panie świeć nad jego duszą.

– Ja po prostu... – Luce szczękała zębami. – Nie spodziewałam się, że będzie tak zimno.

Kobieta splunęła na śnieg, żeby okazać dezaprobatę. Ściągnęła płaszcz.

– Włóż to, zanim przeziębisz się na śmierć.

Szorstkim gestem owinęła Luce płaszczem. Dziewczyna miała zgrabiałe palce i z trudem zapinała guziki. Wtedy babcia zdjęła szalik i owinęła nim głowę Luce.

Głośny huk na niebie zaskoczył je obie. Teraz Luce wiedziała już, że to nie grzmot.

– Co to? – wyszeptała.

Staruszka popatrzyła na nią.

– Wojna – mruknęła. – Czy razem z ubraniem straciłaś też rozum? Chodź. Musimy iść.

Kiedy wlokły się zaśnieżoną ulicą, przechodząc po nierównych kamieniach bruku i umieszczonych między nimi szynach tramwajowych, Luce zrozumiała, że miasto wcale nie jest puste. Przy drodze parkowały pojedyncze samochody, lecz od czasu do czasu z ciemnych bocznych uliczek dobiegało rżenie koni pociągowych czekających przed ruszeniem w dalszą drogę, a w powietrzu unosiła się chmura ich oddechów. Widziała cienie ludzi przebiegających po dachach. W jednym z zaułków mężczyzna w podartym płaszczu pomagał trójce małych dzieci wejść do piwnicy.

Wąską ulicą dotarły do szerokiej alei, wzdłuż której rosły drzewa, z doskonałym widokiem na miasto. Jedynymi samochodami, które tu parkowały, były pojazdy wojskowe. Wydawały się staromodne, niemal absurdalne, jak eksponaty w muzeum wojny – samochody terenowe z płóciennymi dachami, wielkimi błotnikami, cieniutkimi kierownicami i radzieckim sierpem i młotem na drzwiach. Oprócz Luce i jej babci na tej ulicy nie było nikogo. Wszystko – poza tym straszliwym dudnieniem na niebie – było upiornie, niesamowicie ciche.

W pewnej odległości widziała rzekę, a daleko po jej drugiej stronie wielką budowlę. Nawet w ciemnościach dostrzegła skomplikowane iglice i kopuły w kształcie cebuli, które jednocześnie wydawały się znajome i legendarne. Minęła chwila, zanim zrozumiała – i wtedy Luce przeszył strach.

Była w Moskwie.

A miasto znajdowało się w strefie działań wojennych.

Ku szaremu niebu wznosił się czarny dym, wskazując części miasta, które już zostały zaatakowane – na lewo od olbrzymiego Kremla, tuż za nim i daleko po prawej. Na ulicach nie trwały walki, nie było żadnych znaków, że żołnierze wroga wkroczyli do miasta. Jednakże płomienie liżące zwęglone budynki, przepełniający okolicę zapach wojennej pożogi i groźba, że to nie koniec, były jeszcze gorsze.

To była najbardziej porąbana rzecz, jaką Luce zrobiła w swoim życiu – prawdopodobnie we wszystkich swoich żywotach. Rodzice by ją zabili, gdyby wiedzieli, gdzie jest. Daniel może się już do niej nigdy nie odezwać.

Ale z drugiej strony, co, jeśli nie będą mieli okazji się na nią zezłościć? Mogła umrzeć, tutaj, w strefie wojny.

Dlaczego to zrobiła?

Ponieważ musiała. Trudno było odnaleźć tę odrobinę dumy pośrodku paniki. Gdzieś jednak musiała być.

Przeszła przez Głosiciela. Z własnej woli. W odległe miejsce i czas, w przeszłość, którą musiała zrozumieć. Tego pragnęła. Wystarczająco długo kierowano nią jak pionkiem na szachownicy.

I co teraz miała zrobić?

Przyśpieszyła kroku i mocno ścisnęła babcię za rękę. Co dziwne, ta kobieta nie rozumiała, przez co przechodzi Luce, nawet nie wiedziała, kim ona naprawdę jest. Mimo to, jedynie uścisk jej dłoni sprawiał, że Luce jeszcze się nie poddała.

– Gdzie idziemy? – spytała Luce, kiedy babcia pociągnęła ją w kolejną zaciemnioną uliczkę.

Kamienie bruku wkrótce zniknęły, droga była bita i śliska. Śnieg przemoczył płótno tenisówek Luce i palce stóp zaczynały ją piec z zimna.

– Po twoją siostrę, Kristinę. – Staruszka się skrzywiła. – Tą, która po nocach kopie okopy, żebyś ty mogła się przespać. Pamiętasz?

Tam, gdzie się zatrzymały, ulicy nie oświetlała żadna latarnia. Luce zamrugała kilka razy, żeby przyzwyczaić wzrok. Stały przed czymś, co wyglądało jak bardzo długi rów, w samym środku miasta.

Musiało tam pracować ze stu ludzi. Wszyscy zakutani po same uszy. Niektórzy klęczeli i kopali łopatami. Inni kopali gołymi rękami. Niektórzy stali nieruchomo, obserwując niebo. Kilku żołnierzy pchało wózki i taczki wypełnione stertami kamieni i ziemi, które wyrzucali na barykadę na końcu ulicy. Byli ubrani w grube wojskowe płaszcze, które łopotały wokół ich kolan, lecz pod hełmami ich twarze były równie wychudzone jak u cywilów. Lucinda zrozumiała, że wszyscy pracowali razem, mężczyźni w mundurach, kobiety i dzieci, zmieniając miasto w fortecę, robiąc wszystko co w ich mocy, aż do ostatniej chwili, by zatrzymać wrogie czołgi.

– Kristina! – zawołała babcia. W jej głosie była ta sama mieszanina miłości i paniki, co wtedy, kiedy szukała Luce.

U jej boku natychmiast pojawiła się dziewczyna.

– Co ci tyle zajęło?

Kristina była wysoka i szczupła. Spod jej męskiego kapelusza wysuwały się kosmyki ciemnych włosów. I była tak piękna, że Luce musiała przełknąć gulę w gardle. Od razu rozpoznała w niej rodzinę.

Widok Kristiny przypomniał Luce Verę, inną siostrę z poprzedniego życia. Luce w swoim czasie musiała mieć setki sióstr. Tysiące. I wszystkie przeszły coś podobnego. Siostry i bracia, rodzice i przyjaciele, których Luce musiała kochać, a później utracić. Nikt z nich nie wiedział, co ich czeka. Wszyscy zostali w cierpieniu.

Może istniał sposób, żeby to zmienić, złagodzić dla ludzi, którzy ją kochali. Może to była część tego, co Luce mogła zrobić w swoich przeszłych żywotach.

Nad miastem rozległ się głośny huk wybuchu. Tak blisko, że ziemia pod stopami Luce zakołysała się, a bębenek jej prawego ucha prawie pękł. Na rogu ulicy zabrzmiały syreny przeciwlotnicze.

– Babciu. – Kristina wzięła babcię za rękę. Była bliska łez. – Naziści... są tutaj, prawda?

Niemcy. Luce po raz pierwszy przeszła sama i wylądowała pośrodku drugiej wojny światowej.

– Atakują Moskwę? – Jej głos zadrżał. – Dziś w nocy?

– Powinniśmy wyjechać z pozostałymi – powiedziała Kristina z goryczą w głosie. – Teraz jest za późno.

– I zostawić waszą matkę, ojca i dziadka? – Babcia pokręciła głową. – Zostawić ich samych w grobach?

– Lepiej, żebyśmy dołączyły do nich na cmentarzu? – warknęła w odpowiedzi Kristina. Wyciągnęła rękę do Luce i ścisnęła ją za ramię. – Wiedziałaś o nalocie? Ty i ten twój przyjaciel kułak? Czy to dlatego dziś rano nie przyszłaś do pracy? Byłaś z nim, prawda?

Co zdaniem siostry mogła wiedzieć Luce? Z kim była?

Z kim, jeśli nie z Danielem?

Oczywiście. Liuszka musi być teraz z nim. A jeśli nawet członkowie rodziny mylili tę Liuszkę z Luce...

Poczuła ściskanie w piersiach. Ile czasu zostało jej do śmierci? A gdyby Luce udało się odnaleźć Liuszkę, zanim do tego dojdzie?

– Liuszka.

Siostra i babcia gapiły się na nią.

– Co z nią jest dziś nie tak? – spytała Kristina.

– Chodźmy. – Babcia skrzywiła się. – Moskwicze nie będą godzinami trzymać otwartej piwnicy.

Na niebie zabrzmiał odgłos silników samolotu. Był na tyle blisko, że kiedy Luce podniosła wzrok, wyraźnie widziała czarne swastyki wymalowane pod skrzydłami. Później w mieście rozległ się kolejny wybuch i powietrze wypełnił gryzący czarny dym. Trafili w coś w pobliżu. Dwa kolejne potężne wybuchy sprawiły, że ziemia zadrżała pod jej stopami.

Na ulicy zapanował chaos. Tłum w okopie zniknął, wszyscy rozproszyli się w bocznych ulicach. Niektórzy zbiegali po schodach stacji metra na rogu ulicy, by przeczekać bombardowanie pod ziemią, inni ukrywali się w bramach.

Przecznicę dalej Luce zauważyła, jak ktoś biegnie. Dziewczyna, mniej więcej w jej wieku, w czerwonej czapce i długim wełnianym płaszczu. Na chwilę odwróciła głowę i zaraz biegła dalej. To wystarczyło Luce.

Oto i ona.

Liuszka.

Wyrwała się z uścisku babci.

– Przepraszam, muszę iść.

Luce odetchnęła głęboko i pobiegła ulicą, prosto w kłębiący się dym i najcięższe bombardowanie.

– Zwariowałaś?! – wrzasnęła Kristina. Nie pobiegły za nią. Musiałyby być szalone.

Stopy Luce były odrętwiałe, gdy próbowała biec przez sięgający do pół łydki śnieg na chodniku. Kiedy dotarła do rogu, za którym widziała swoje wcielenie w czerwonej czapce, zwolniła. I sapnęła.

Budynek, który zajmował pół kwartału bezpośrednio przed nią, zapadł się. Biały kamień znaczyły plamy czarnego popiołu. Wewnątrz krateru w boku budynku płonął ogień.

Eksplozja wyrzuciła z wnętrza budynku sterty śmieci. Śnieg plamiła czerwień. Luce wzdrygnęła się, aż uświadomiła sobie, że to nie krew, lecz strzępy czerwonej tkaniny. To musiał być zakład krawiecki. Na ulicy leżało kilka wieszaków z osmalonymi ubraniami. W rowie wylądował manekin. Lucie musiała zakryć usta szalikiem babci, żeby nie zakrztusić się dymem. Wszędzie, gdzie szła, w śnieg wbijały się odłamki kamienia i potłuczone szkło.

Powinna zawrócić, znaleźć babcię i siostrę, które pomogą jej się gdzieś schronić, ale nie mogła. Musiała odnaleźć Liuszkę. Nigdy nie była tak blisko jednego z wcześniejszych wcieleń. Liuszka może pomóc jej zrozumieć, dlaczego życie Luce było inne. Dlaczego Cam wystrzelił gwiezdną strzałę w jej odbicie, myśląc, że to ona, i powiedział Danielowi „To był dla niej lepszy koniec”. Lepszy koniec niż co?

Powoli obracała się, próbując dostrzec w mroku czerwoną czapkę.

Tutaj.

Dziewczyna biegła w dół do rzeki. Luce też ruszyła biegiem.

Biegły z idealnie taką samą prędkością. Kiedy Luce skuliła się na dźwięk wybuchu, Liuszka też się skuliła – jak dziwne echo ruchu Luce. A gdy dotarły do brzegu i zobaczyły miasto, Liuszka zamarła dokładnie w takiej samej pozie jak Luce.

Pięćdziesiąt metrów przed Luce jej lustrzany obraz zaczął łkać.

Tak wielki obszar Moskwy płonął. Tyle domów zostało zrównanych z ziemią. Luce próbowała myśleć o innych ludziach ginących tej nocy w mieście, lecz wydawali się odlegli i nieosiągalni, jak coś, o czym czytała w podręczniku do historii.

Dziewczyna znów ruszyła. Biegła tak szybko, że Luce wiedziała, że jej nie dogoni. Omijały wielkie leje w brukowanej ulicy. Mijały płonące budynki, trzeszczące z tym paskudnym odgłosem, który wydaje ogień, kiedy sięga nowego celu. Przebiegały obok zniszczonych, poprzewracanych wojskowych ciężarówek.

Wtedy Liuszka skręciła ostro w lewo i zniknęła Luce z oczu.

Zaczęła działać adrenalina. Luce pędziła naprzód, mocniej uderzała stopami w ziemię, poruszając się szybciej po zaśnieżonej ulicy. Ludzie biegli tak szybko jedynie, jeśli byli zdesperowani. Jeśli kierowało nimi coś większego niż oni sami.

Liuszka mogła biec tylko do jednego.

– Liuszka...

Jego głos.

Gdzie on był? Przez chwilę Luce zapomniała o swoim wcześniejszym wcieleniu, o rosyjskiej dziewczynie, której życie w każdej chwili mogło się zakończyć, zapomniała, że ten Daniel nie był jej Danielem, ale wtedy...

Ależ oczywiście, że był.

Nigdy nie umarł. Wciąż był ten sam. Zawsze należał do niej, a ona do niego. Pragnęła jedynie znaleźć jego ramiona, zatonąć w jego uścisku. On by wiedział, co powinna zrobić, on by mógł jej pomóc. Dlaczego wcześniej w niego zwątpiła?

Biegła, przyciągana przez jego głos. Niestety, nigdzie nie widziała Daniela. Ani Liuszki. Kwartał od rzeki Luce zatrzymała się na pustym skrzyżowaniu.

Z trudem wciągała powietrze do zmrożonych płuc. W uszach czuła głęboki, pulsujący ból, a lodowate igły wbijające się w stopy sprawiały, że stanie bez ruchu było nie do wytrzymania.

W którą stronę powinna pójść?

Przed sobą widziała rozległą, pustą działkę, wypełnioną gruzami i odgrodzoną od ulicy rusztowaniami oraz żelaznym płotem. Jednakże nawet w ciemnościach Luce widziała, że ten budynek został zburzony wcześniej, nie przez ostatnie naloty.

Nie robił zbyt wielkiego wrażenia – ot, paskudna, opuszczona dziura. Nie wiedziała, dlaczego wciąż przed nim stoi. Dlaczego przestała biec, kiedy usłyszała jego głos...

Chwyciła za płot, zamrugała i zobaczyła coś wspaniałego.

Świątynia. Majestatyczna biała świątynia wypełniająca tę lukę. Trzy pary ogromnych marmurowych kolumn na jej fasadzie. Pięć złotych kopuł wznoszących się ku niebu. Awśrodku rzędy nawoskowanych drewnianych ławek rozciągających się jak okiem sięgnąć. Ołtarz, do którego prowadziły białe schody. Awszystkie ściany iwysokie łukowate sklepienia pokrywały niezwykle skomplikowane freski. Wszędzie anioły.

Cerkiew Chrystusa Zbawiciela.

Skąd Luce to wiedziała? Dlaczego czuła każdą komórką ciała, że w tej nicości znajdowała się niegdyś onieśmielająca biała świątynia?

Ponieważ była tam przed chwilą. Widziała ślady innych dłoni pośród popiołu na metalu. Liuszka też się tu zatrzymała, patrzyła na ruiny cerkwi i coś poczuła.

Luce chwyciła za ogrodzenie, znów zamrugała i zobaczyła siebie – albo też Liuszkę – jako dziewczynkę.

Siedziała wjednej zławek wsukience zbiałej koronki. Grały organy, ludzie zbierali się na nabożeństwo. Przystojny mężczyzna po lewej musiał być jej ojcem, akobieta obok niego jej matką. Była też babcia, którą Luce niedawno poznała, iKristina. Obie wydawały się młodsze ilepiej odżywione. Luce pamiętała, że babcia wspomniała ośmierci obojga jej rodziców. Tu jednak wyglądali jak żywi. Znali tutaj wszystkich, witali każdą rodzinę mijającą ich ławkę. Luce przyglądała się swojemu wcześniejszemu wcieleniu, które obserwowało, jak jej ojciec ściska dłoń przystojnego jasnowłosego mężczyzny. Młodzieniec pochylił się nad ławką iuśmiechnął do Luce. Miał niezwykle piękne fiołkowe oczy.

Znów zamrugała i wizja się rozpłynęła. Działkę wypełniały teraz tylko gruzy. Marzła. I była sama. Po drugiej stronie rzeki spadła kolejna bomba, wstrząs sprawił, że Luce opadła na kolana. Zakryła twarz dłońmi...

Usłyszała cichy płacz. Uniosła głowę, wpatrzyła się w mrok wśród ruin i wtedy zobaczyła jego.

– Daniel – wyszeptała.

Wciąż wyglądał tak samo. Niemal emanował światłem, nawet w lodowatych ciemnościach. Jasne włosy, które pragnęła cały czas przeczesywać palcami, fiołkowo-szare oczy, stworzone, by wpatrywać w nią. Onieśmielająca twarz, wysokie kości policzkowe, te wargi. Jej serce zabiło mocniej i musiała chwycić się ogrodzenia, żeby nie pobiec w jego stronę.

Ponieważ nie był sam.

Był z Liuszką. Tulili się do siebie, połączeni w niekończącym się pocałunku. Pocieszał ją, głaskał po policzku, scałowywał jej łzy. Tak zatonęli w objęciach, że wydawało się, iż nie zauważyli, jak ulicą wstrząsa kolejny wybuch. Wyglądali, jakby na całym świecie byli tylko oni dwoje.

Ich ciał nic nie dzieliło. Było zbyt ciemno, by zobaczyć kontury ich sylwetek.

Lucinda podniosła się i podkradła bliżej, przechodząc od jednej sterty gruzu do drugiej, pragnąc znaleźć się bliżej niego.

– Myślałam, że cię nie znajdę – powiedziało wcześniejsze wcielenie Luce.

– Zawsze się odnajdziemy – odpowiedział Daniel, podnosząc ją z ziemi i przyciągając bliżej. – Zawsze.

– Hej, wy! – zawołał ktoś z wejścia do sąsiedniego budynku. – Idziecie?

Po drugiej stronie pustej działki niewielka grupa ludzi wchodziła do solidnie wyglądającej kamiennej budowli, kierowana przez mężczyznę, którego twarzy Luce nie widziała. Tam właśnie udawali się Liuszka i Daniel. To musiał być ich plan, razem schronić się przed bombardowaniem.

– Tak! – zawołała Liuszka do pozostałych. Spojrzała na Daniela. – Chodźmy z nimi.

– Nie – powiedział szorstko. Wydawał się zdenerwowany. Luce aż za dobrze znała ten ton głosu.

– Będziemy bezpieczniejsi niż na ulicy. Czy to nie dlatego umówiliśmy się tu na spotkanie?

Daniel odwrócił się i obejrzał za siebie, jego wzrok przesunął się po kryjówce Luce. Kiedy niebo rozświetlił kolejny złocisto-czerwony wybuch, Liuszka wrzasnęła i ukryła twarz na piersi Daniela. I tylko dlatego Luce zobaczyła jego minę.

Coś mu ciążyło. Coś większego niż strach przed bombardowaniem.

O, nie.

– Danił! – Chłopak stojący przy budynku wciąż trzymał otwarte drzwi do schronu. – Liuszka! Danił!

Pozostali już znaleźli się w środku.

Wtedy właśnie Danił obrócił Liuszkę, przycisnął wargi do jej ucha. Ze swojej ciemnej kryjówki Luce nie mogła usłyszeć jego słów, choć bardzo tego pragnęła. Czy mówił jedną z tych rzeczy, które mówił jej Daniel, kiedy ona była zmartwiona albo przytłoczona? Chciała podbiec do nich, odciągnąć Liuszkę – ale nie mogła. Coś w głębi duszy jej nie pozwalało.

Wpatrzyła się w twarz Liuszki, jakby od tego zależało jej życie.

Może i tak było.

Liuszka kiwała głową. Kiedy Danił mówił, przerażenie na jej twarzy zniknęło, stała się opanowana, właściwie spokojna. Zamknęła oczy. Jeszcze raz przytaknęła, po czym odchyliła głowę i na jej wargach pojawił się uśmiech.

Uśmiech?

Ale dlaczego? Jak? Zupełnie, jakby wiedziała, co miało się wydarzyć.

Danił wziął ją w ramiona i odchylił do tyłu. Pocałował ją, mocno przycisnął wargi do jej ust, dłońmi przeciągnął po jej włosach, później przesunął je wzdłuż całego jej ciała.

Było to tak namiętne, że Luce zarumieniła się, tak intymne, że nie mogła oddychać, i tak wspaniałe, że nie mogła oderwać wzroku. Ani na chwilę.

Nawet kiedy Liuszka krzyknęła.

I wybuchnęła białym płomieniem.

Ognisty cyklon był nie z tej ziemi, płynny i niemal elegancki na swój przerażający sposób, jak długi jedwabny szal wirujący wokół jej bladego ciała. Otoczył Liuszkę, wypływał z niej, rozświetlając ręce, którymi młóciła powietrze – aż przestała.

Danił jej nie puszczał, nawet kiedy ogień osmalił jego ubranie, nawet kiedy musiał utrzymać cały ciężar jej bezwładnego ciała, nawet kiedy płomienie wypalały jej tkanki z paskudnym sykiem, nawet kiedy jej skóra poczerniała.

Dopiero gdy płomień zgasł – szybko, jakby ktoś zdmuchnął świecę – i nie pozostało już nic poza popiołami, Danił opuścił ręce wzdłuż boków.

W żadnym z najdzikszych marzeń o udaniu się w przeszłość i zobaczeniu swoich przeszłych żywotów, Luce nie wyobrażała sobie tego – swojej własnej śmierci. Rzeczywistość była gorsza niż jej najpaskudniejsze koszmary. Stała na lodowatym śniegu, sparaliżowana tą wizją, nie mogąc się poruszyć.

Danił odszedł niepewnym krokiem od zwęglonej masy na śniegu i zaczął płakać. Łzy płynące po jego policzkach zostawiały czyste korytarze pośród czarnej sadzy – jedynego, co z niej pozostało. Jego twarz się wykrzywiła. Ręce drżały. Luce wydawały się nagie, wielkie i puste, jakby – choć ta myśl sprawiała, że czuła się dziwnie zazdrosna – jego dłonie pasowały do talii Liuszki, jej włosów, jej policzków. Co można zrobić z dłońmi, kiedy jedyna rzecz, którą pragnęły trzymać, nagle znika, i to w tak okrutny sposób? Jedna dziewczyna, całe życie – znika.

Cierpienie malujące się na jego twarzy sprawiło, że Luce poczuła się wyczerpana. Widok jego udręki tylko pogarszał ból i dezorientację, które ją wypełniały.

On tak się czuł za każdym razem.

Za każdą śmiercią.

I jeszcze raz, i jeszcze raz.

Luce myliła się, kiedy sądziła, że Daniel jest egoistą. Nie chodziło o to, że się nie przejmował, lecz o to, że przejmował się za bardzo, i to go niszczyło. Wciąż tego nie znosiła, ale nagle zrozumiała jego gorycz, jego rezerwę. Miles mógł ją kochać, lecz jego miłość nie przypominała uczucia Daniela.

Nie mogła.

– Daniel! – krzyknęła i wybiegła z cieni w jego stronę.

Chciała oddać mu wszystkie pocałunki i uściski, którymi na jej oczach obdarzał jej poprzednie wcielenie. Wiedziała, że to nie w porządku, wiedziała, że wszystko jest nie w porządku.

Danił otworzył szerzej oczy. Na jego twarzy pojawił się wyraz skrajnego przerażenia.

– Co to takiego? – zapytał powoli.

W jego głosie kryło się oskarżenie. Jakby właśnie nie pozwolił umrzeć swojej Liuszce. Jakby obecność Luce była gorsza niż patrzenie na śmierć Liuszki. Uniósł dłoń, czarną od popiołu, i wskazał na nią.

– Co się dzieje?

Bolało ją, kiedy patrzył na nią w taki sposób. Zatrzymała się gwałtownie i zamrugała, ukrywając łzy.

– Odpowiedz mu – powiedział ktoś ukryty w cieniach. – Skąd się tu wzięłaś?

Luce od razu rozpoznała ten wyniosły głos. Nie musiała widzieć Cama wychodzącego z mroku skrywającego wejście do schronu.

Z cichym trzaskiem i odgłosem przypominającym łopot ogromnej flagi rozłożył wielkie skrzydła. Unosiły się nad nim, sprawiając, że wydawał się jeszcze wspanialszy i bardziej przerażający niż zwykle. Luce nie mogła oderwać od nich wzroku. Rzucały złocisty blask na ciemną ulicę.

Luce zmrużyła oczy, próbując rozumieć rozgrywającą się przed nią scenę. Było ich więcej, kolejne postacie kryjące się w cieniach. Teraz wszystkie wystąpiły naprzód.

Gabbe. Roland. Molly. Arriane.

Ich skrzydła wyginały się mocno naprzód. Migoczące morze srebra i złota, oślepiająco jaskrawe na ciemnej ulicy. Wydawali się pełni napięcia. Czubki ich skrzydeł drżały, jakby gotowali się do bitwy.

Tym razem Luce nie czuła się zastraszona wspaniałością ich skrzydeł ani ciężarem spojrzeń. Odczuwała odrazę.

– Czy oglądacie to za każdym razem? – spytała.

– Liuszka – powiedziała Gabbe spokojnym głosem. – Powiedz nam, co się dzieje.

I wtedy Danił podszedł do niej i chwycił ją za ramiona. Potrząsnął nią.

– Liuszka!

– Nie jestem Liuszką! – krzyknęła Luce, wyrywając się z jego uścisku i cofając o kilka kroków.

Była przerażona. Jak oni mogli tak żyć? Jak mogli tak po prostu siedzieć i patrzeć, jak umiera?

Tego było zbyt wiele – nie była gotowa na taki widok.

– Dlaczego tak na mnie patrzysz? – spytał Danił.

– Ona nie jest tym, za kogo ją uważasz, Danił – wyjaśniła Gabbe. – Liuszka nie żyje. To jest... to jest...

– Kim ona jest? – spytał Danił. – Jak to możliwe, że tu stoi? Kiedy...

– Popatrz na jej ubranie. Musi być...

– Zamknij się, Cam, to niemożliwe – przerwała mu Arriane, lecz brzmiała przy tym tak, jakby się bała, że Luce jest tym, o czym mówił Cam.

W powietrzu rozległ się kolejny świst, a później na budynki po drugiej stronie ulicy zaczęły spadać pociski artyleryjskie, ogłuszając Luce i podpalając drewniany magazyn. Aniołów nie obchodziła wojna, jedynie Luce. Od aniołów dzieliło ją obecnie około sześciu metrów – wydawało się, że podchodzą do niej z równą nieufnością, jak ona do nich. Nikt się nie zbliżał.

W blasku płonącego budynku cień Daniła padał daleko przed jego ciałem. Spróbowała go do siebie przyzwać. Czy to zadziała? Zmrużyła oczy i napięła wszystkie mięśnie. Wciąż była w tym tak niezręczna, nigdy nie wiedziała, co jest właściwie konieczne, by cień znalazł się w jej dłoniach.

Kiedy ciemność zaczęła drżeć, skoczyła. Chwyciła cień obiema rękami i zaczęła zwijać wirującą ciemną masę w kulę, jak to robili jej nauczyciele, Francesca i Steven, podczas jej pierwszego dnia w Shoreline. Świeżo przyzwane Głosiciele zawsze były bezkształtne. Najpierw należało nadać im wyraźny kontur. Dopiero później można je było rozciągnąć na płasko. Wtedy Głosiciel się przeobrażał – w ekran, przez który można było podglądać przeszłość albo w portal, przez który można było przejść.

Ten Głosiciel był lepki, ale szybko go rozciągnęła, nadała mu właściwy kształt.

Sięgnęła do środka i otworzyła portal.

Nie mogła tu dłużej zostać. Miała teraz misję – odnaleźć się żywą w innym czasie i poznać, o jakiej cenie mówili Wygnańcy, jak również poznać źródło klątwy, którą rzucono na nią i Daniela.

A później ją złamać.

Pozostali westchnęli, gdy zaczęła manipulować Głosicielem.

– Kiedy się tego nauczyłaś? – wyszeptał Danił.

Luce potrząsnęła głową. Jej wyjaśnienie tylko by go zdezorientowało.

– Lucinda! – zawołał ją prawdziwym imieniem.

Co dziwne, patrzyła prosto w jego udręczoną twarz, ale nie widziała, żeby poruszał wargami. Umysł musiał płatać jej figle.

– Lucinda! – krzyknął po raz drugi, z przerażeniem. W tej właśnie chwili Luce wskoczyła w przyzywającą ciemność.

DWA

DAR NIEBIOS

MOSKWA 15 PAŹDZIERNIKA 1941 R.

– Lucinda! – zawołał znów Daniel, ale za późno. W tej chwili zniknęła.

Właśnie wyłonił się w ponurej, zasypanej śniegiem okolicy. Wyczuł błysk światła za plecami i gorąco płomienia, ale widział tylko Luce. Pobiegł w jej stronę przez ciemną ulicę. Wydawała się taka malutka w czyimś przetartym płaszczu. Wydawała się przerażona. Patrzył, jak otwiera cień i...

– Nie!

W budynek za jego plecami wbiła się rakieta. Ziemia zadrżała, ulica podskoczyła i pękła, a w powietrze uniosła się chmura szkła, stali i betonu, która następnie opadła.

Po wszystkim na ulicy zapadła śmiertelna cisza, lecz Daniel właściwie tego nie zauważał. Stał pełen niedowierzania pośród gruzów.

– Idzie dalej w przeszłość – mruknął, otrzepując pył z ramion.

– Idzie dalej w przeszłość – powiedział ktoś.

Ten głos. Jego głos. Echo?

Nie, za blisko na echo. Brzmiało zbyt wyraźnie, by pochodziło z wnętrza jego głowy.

– Kto to powiedział? – Przebiegł obok zniszczonych rusztowań do miejsca, w którym jeszcze przed chwilą znajdowała się Luce.

Dwa westchnienia.

Daniel stał i patrzył na samego siebie. Tyle że nie do końca – na wcześniejszą wersję siebie, odrobinę mniej cyniczną. Ale z jakiego czasu? Gdzie był?

– Nie dotykajcie się! – krzyknął Cam do nich obu. Miał na sobie mundur polowy, wojskowe buty i obszerny czarny płaszcz. Na widok Daniela jego oczy zapłonęły.

Obaj Danielowie zbliżyli się nieświadomie i zaczęli krążyć wokół siebie. Teraz się cofnęli.

– Trzymaj się z dala ode mnie – ostrzegł starszy nowszego. – To niebezpieczne.

– Wiem o tym – warknął Daniel. – Chyba nie sądzisz, że nie wiem? – Taka bliskość sprawiała, że robiło mu się niedobrze. – Byłem tu wcześniej. Jestem tobą.

– Czego chcesz?

– Ja... – Daniel rozejrzał się, próbując zorientować się w sytuacji.

Po tysiącach lat życia, kochania Luce i tracenia jej, materia jego wspomnień wytarła się. Powtórzenia sprawiały, że z trudem przypominał sobie przeszłość. Ale to miejsce nie było tak dawno temu, to miejsce pamiętał...

Zrujnowane miasto.

Śnieg na ulicach.

Ogień na niebie.

To mogła być jedna z setek wojen.

Ale tutaj...

Miejsce na ulicy, gdzie śnieg się stopił. Ciemny krater pośród morza bieli. Daniel opadł na kolana i dotknął kręgu czarnego popiołu na ziemi. Zamknął oczy. I przypominał sobie, w jaki dokładnie sposób umarła w jego ramionach.

Moskwa. Rok 1941.

Czyli to właśnie robiła – wchodziła w swoje wcześniejsze życia. Próbowała zrozumieć.

Cały problem polegał na tym, że w jej śmierciach nie było żadnego wzorca. Daniel wiedział to lepiej niż ktokolwiek.

Jednakże w pewnych żywotach próbował wyjaśnić jej choć częściowo sytuację, z nadzieją, że to coś zmieni. Czasami liczył, że utrzyma ją przy życiu dłużej, choć nigdy mu się nie udało. Czasami – jak wtedy, podczas oblężenia Moskwy – postanowił wcześniej wysłać ją w drogę. By ją oszczędzić. By to jego pocałunek poczuła jako ostatnią rzecz w tym życiu.

I te wcielenia rzucały najdłuższe cienie przez eony. Wyróżniały się i przyciągały Luce jak magnes opiłki, kiedy przebijała się przez Głosicieli. Żywoty, w których wyjawiał jej to, co musiała wiedzieć, choć miał świadomość, że w ten sposób ją zniszczy.

Jak jej śmierć w Moskwie. Pamiętał ją wyraźnie i poczuł się głupio. Odważne słowa, które wyszeptał, głęboki pocałunek, którym ją obdarzył. Błogi uśmiech na jej twarzy, kiedy umierała. To niczego nie zmieniło. Koniec był taki sam jak zawsze.

A i Daniel czuł się po tym tak samo jak zawsze. Ponury. Mroczny. Pusty. Wydrążony. Niepocieszony.

Gabbe podeszła bliżej i kopnięciem rzuciła śnieg na krąg popiołu w miejscu śmierci Liuszki. Jej lekkie jak piórko skrzydła świeciły w mroku, a ciało otaczała migotliwa aura, gdy uklękła w śniegu. Płakała.

Reszta również podeszła bliżej. Cam. Roland. Molly. Arriane.

I Danił, Daniel z przeszłości, który dopełnił ich grupkę.

– Jeśli przyszedłeś tutaj, żeby nas przed czymś ostrzec – zawołała Arriane – to powiedz co swoje i odejdź!

Jej opalizujące skrzydła nachyliły się, niemal opiekuńczo. Stanęła przed Daniłem, który wydawał się nieco zielony na twarzy.

Kontakty z wcześniejszymi wcieleniami były dla aniołów nienaturalne i zakazane. Daniel czuł się spocony i słaby – nie wiedział jednak, czy to dlatego, że musiał znowu przeżyć śmierć Luce, czy też przez bliskość swojego wcześniejszego wcielenia.

– Ostrzec nas? – zaszydziła Molly, krążąc wokół Daniela. – A dlaczego Daniel Grigori miałby podjąć się tego wysiłku i ostrzec nas przed czymkolwiek? – Stanęła przed nim, drażniąc go swoimi miedzianymi skrzydłami. – Nie, pamiętam, o co mu chodzi... ten tutaj skacze przez stulecia w przeszłość. Ciągle szuka i ciągle się spóźnia.

– Nie – wyszeptał Daniel. To niemożliwe. Wyruszył, by ją dogonić i tak się stanie.

– Ona chciała zapytać – odezwał się Roland – co takiego się wydarzyło, że trafiłeś tutaj? Z miejsca, z którego przybywasz?

– Już prawie zapomniałem – stwierdził Cam, masując skronie. – On goni za Lucindą. Wypadła z czasu. – Odwrócił się do Daniela i uniósł brew. – Może teraz zapomnisz o swojej dumie i poprosisz nas o pomoc?

– Nie potrzebuję pomocy.

– Wydaje się, że tak – zaszydził Cam.

– Trzymaj się od tego z dala – warknął Daniel. – Później sprawisz nam wystarczająco dużo problemów.

– O, jak miło. – Cam klasnął w dłonie. – Już nie mogę się doczekać.

– To niebezpieczna gra, Danielu – zauważył Roland.

– Wiem.

Cam zaśmiał się złowrogo.

– Czyli w końcu doszliśmy do ostatecznej rozgrywki, prawda?

Gabbe przełknęła ślinę.

– Czyli... coś się zmieniło?

– Ona się zaczyna domyślać! – powiedziała Arriane. – Otwiera Głosiciele, przechodzi przez nie i wciąż żyje!

Oczy Daniela zapłonęły fioletem. Odwrócił się od nich i wpatrzył w ruiny cerkwi, miejsca, w którym po raz pierwszy ujrzał Liuszkę.

– Nie mogę zostać. Muszę ją złapać.

– Cóż, z tego co pamiętam – powiedział cicho Cam – nigdy ci się to nie uda. Przeszłość została już zapisana, bracie.

– Może twoja przeszłość. Ale nie moja przyszłość.

Daniel nie umiał się skupić. Skrzydła płonęły wewnątrz jego ciała, domagając się uwolnienia.

Ona odeszła. Ulica była pusta. Nie musiał się nikim przejmować.

Odrzucił ramiona do tyłu i uwolnił je ze świstem. Tak. Ta lekkość. Ta najgłębsza wolność. Myślał teraz jaśniej. Potrzebował chwili samotności. Z samym sobą. Spojrzał znacząco na drugiego Daniela i wzniósł się w niebo.

Kilka chwil później znów usłyszał ten dźwięk, ten sam łopot – odgłos kolejnej pary skrzydeł, młodszych, zrywających się do lotu.

Wcześniejsze wcielenie Daniela dogoniło go po chwili na niebie.

– Gdzie teraz?

Bez słowa wylądowali na dachu dwupiętrowego budynku w pobliżu Patriarszych Prudów, naprzeciwko okna Luce. Z tego miejsca patrzyli na śpiącą Luce. Wspomnienie było świeższe w umyśle Daniła, lecz niewyraźna reminiscencja Luce leżącej pod kołdrą i śpiącej wciąż wywoływała przyjemny dreszcz w skrzydłach Daniela.

Obaj byli poważni. W zbombardowanym mieście ironią losu był fakt, że jej dom został ocalony, a ona nie. Stali w milczeniu w chłodzie nocy, obaj starannie złożyli skrzydła, by przypadkiem się nie dotknąć.

– Jak sprawy mają się w jej przyszłości?

Daniel westchnął.

– Dobra wiadomość jest taka, że w tym życiu coś się zmieniło. W jakiś sposób przekleństwo zostało... zmienione.

– Jak? – Danił podniósł wzrok i jego płonące nadzieją oczy spochmurniały. – Chcesz powiedzieć, że w obecnym życiu jeszcze nie zawarła przymierza?

– Tak sądzimy. To część całej sprawy. Wygląda na to, że pojawiła się luka, która pozwoliła jej przeżyć dłużej niż zwykle...

– Ale to takie niebezpieczne.

Danił mówił szybko, gorączkowo, wyrzucając z siebie te same przemyślenia, które wypełniały Daniela od czasu tamtej ostatniej nocy w Sword & Cross, kiedy zrozumiał, że tym razem wszystko wyglądało inaczej.

– Mogłaby umrzeć i nie wrócić. To byłby koniec. Teraz wszystko wisi na włosku.

– Wiem.

Danił przerwał, opanował się.

– Przepraszam. Oczywiście, że wiesz. Ale... pytanie brzmi, czy ona rozumie, dlaczego to życie jest inne?

Daniel spuścił wzrok na dłonie.

– Jedna ze Starców Zhsmaelim dotarła do niej i przesłuchała ją, zanim Luce dowiedziała się czegokolwiek o swojej przeszłości. Lucinda rozumie, że wszystkich interesuje fakt, iż nie została ochrzczona... ale tak wielu rzeczy jeszcze nie wie.

Danił podszedł do krawędzi dachu i wpatrzył się w jej ciemne okno.

– To jaka jest zła wiadomość?

– Obawiam się, że ja również bardzo wiele nie wiem. Nie mogę przewidzieć konsekwencji jej ucieczki w historię, jeśli jej nie odnajdę i nie powstrzymam, nim będzie za późno.

Na ulicy zabrzmiała syrena – nalot się skończył. Wkrótce Rosjanie wyjdą na miasto i zaczną szukać ocalałych.

Daniel przeglądał swoje wspomnienia. Cofała się – ale do którego życia? Odwrócił się i wpatrzył w swoje wcześniejsze wcielenie.

– Ty też to sobie przypominasz, prawda?

– Że... ona wraca?

– Tak. Ale jak daleko? – Odezwali się jednocześnie, wpatrując się w ciemną ulicę.

– I gdzie się zatrzyma? – powiedział nagle Daniel, cofając się od krawędzi. Zamknął oczy, odetchnął. – Luce jest teraz inna. Jest... – Niemal czuł jej zapach. Czysty, jak światło, jak słoneczny blask. – Zmieniło się coś fundamentalnego. W końcu mamy szansę. A ja... ja nigdy nie czułem większego uniesienia... ani przerażenia.

Otworzył oczy i ze zdziwieniem zobaczył, że Danił kiwa głową.

– Danielu?

– Tak?

– Na co czekasz? – spytał Danił z uśmiechem. – Idź po nią.

Wtedy Daniel otworzył cień leżący wzdłuż krawędzi dachu – Głosiciela – i wszedł do środka.

TRZY

CO NAGLE TO PO DIABLE

MEDIOLAN, WŁOCHY 25 MAJA 1918 R.

Luce wytoczyła się z Głosiciela przy akompaniamencie wybuchów. Skuliła się i zakryła uszy.

Ziemią wstrząsały gwałtowne eksplozje. Głośne huki, jeden za drugim, a każdy bardziej spektakularny i paraliżujący od poprzedniego, aż dźwięki i wstrząsy wibrowały tak, że wydawało się, że atak trwa bez najmniejszej przerwy.

Żadnej możliwości ucieczki przed zgiełkiem i żadnego końca.

Luce zataczała się w wypełnionej ogłuszającym hałasem ciemności, zgięta wpół, próbując osłonić swoje ciało. Wybuchy dudniły jej w piersiach, w oczach i ustach miała ziemię.

I to wszystko, zanim się zorientowała, gdzie w ogóle trafiła. Z każdą jasną eksplozją widziała mignięcia falujących pól, poprzecinanych przepustami i walącymi się płotami. Później błysk znikał, a ona ślepła.

Bomby. Wciąż wybuchały.

Coś było nie tak. Luce miała zamiar przejść przez czas, uciec od Moskwy i wojny. Ale musiała skończyć dokładnie tam, gdzie zaczęła. Roland ją przed tym ostrzegał – przed niebezpieczeństwami podróżowania Głosicielami. Ale ona była zbyt uparta, by go wysłuchać.

W ciemności potknęła się o coś i upadła jak długa, twarzą do ziemi.

Ktoś jęknął. Ktoś, na kim Luce wylądowała.

Sapnęła i odczołgała się, czując ostre kłucie w biodrze, na którym wylądowała. Ale kiedy zobaczyła mężczyznę leżącego na ziemi, zapomniała o swoim bólu.

Był młody, pewnie w jej wieku. Drobny, delikatne rysy twarzy, nieśmiałe piwne oczy. Jego twarz była blada, oddychał z trudem. Dłoń przyciśniętą do brzucha pokrywała warstwa czarnego brudu. A pod ręką jego mundur był zalany krwią.

Luce nie mogła oderwać wzroku od rany.

– Nie powinno mnie tu być – wyszeptała.

Wargi chłopca zadrżały. Przeżegnał się trzęsącą się, zakrwawioną dłonią.

– Och, umarłem – powiedział, wpatrując się w nią szeroko otwartymi oczyma. – Jesteś aniołem. Umarłem i poszedłem do... Czy jestem w niebie?

Wyciągnął w jej stronę drżącą rękę. Chciała krzyczeć albo wymiotować, ale mogła jedynie zakryć jego dłonie i przycisnąć je z powrotem do ziejącej rany na brzuchu. Kolejny wybuch wstrząsnął ziemią i leżącym na niej chłopcem. Świeża krew przepłynęła między palcami Luce.

– Jestem Giovanni – wyszeptał, zamykając oczy. – Proszę. Pomóż mi. Proszę.

Dopiero wtedy Luce zorientowała się, że już nie jest w Moskwie. Ziemia była cieplejsza. Nie przykryta śniegiem, lecz porośnięta trawą, z wyrwami w niektórych miejscach, ukazującymi żyzną czarną glebę. Powietrze było suche i pełne kurzu. Ten chłopiec odezwał się do niej po włosku, a ona, podobnie jak w Moskwie, zrozumiała.

Jej wzrok przyzwyczaił się do ciemności. W pewnej odległości widziała reflektory, oświetlające wzgórza o fioletowym odcieniu. A za wzgórzami, na wieczornym niebie świeciły jaskrawe gwiazdy. Luce odwróciła wzrok. Nie mogła patrzeć na gwiazdy, nie myśląc o Danielu, a teraz nie mogła o nim myśleć. Nie w chwili, gdy przyciskała ręce do brzucha tego chłopca, nie, kiedy znajdował się na krawędzi śmierci.

Przynajmniej jeszcze nie umarł.

Tylko mu się tak wydawało.

Nie mogła mieć do niego pretensji. Po tym, jak został trafiony, pewnie znalazł się w szoku. A później może widział, jak przechodzi przez Głosiciela, mroczny tunel w powietrzu. Musiał być przerażony.

– Nic ci nie będzie – powiedziała z doskonałym włoskim akcentem, którego zawsze chciała się nauczyć. Wydawał się zadziwiająco naturalny na jej języku. Głos Luce również był bardziej miękki i łagodniejszy niż się spodziewała, co kazało jej się zastanawiać, jaka była w tym życiu.

Ogłuszająca salwa sprawiła, że aż podskoczyła. Ostrzał z karabinów. Niekończący się, szybki, jaskrawe smugi przecinające łukiem niebo, wypalające białe linie w oczach, a później dużo krzyków po włosku. I odgłos kroków. Coraz bliżej.

– Wycofujemy się – wymamrotał chłopiec. – Niedobrze.

Luce spojrzała w stronę, z której dochodziły odgłosy biegnących żołnierzy, i dopiero wtedy zorientowała się, że nie są sami. Wokół nich leżało co najmniej dziesięciu innych rannych, jęczących, drżących i krwawiących na ciemną ziemię. Ich mundury były osmalone i poszarpane przez minę, na którą przypadkiem natrafili. Powietrze wypełniał mocny odór zgnilizny, potu i krwi. To było straszne – Luce musiała zagryźć wargi, żeby nie krzyknąć.

Minął ją mężczyzna w mundurze oficera, i nagle się zatrzymał.

– A co ona tu robi? To strefa walki, nie miejsce dla pielęgniarek. Martwa nam się nie przydasz, dziewczyno. Zrób coś pożytecznego. Musimy załadować rannych.

Odszedł, nim Luce zdążyła mu odpowiedzieć. Leżącemu na ziemi chłopakowi zaczęły opadać powieki, jego ciało drżało. Rozejrzała się w poszukiwaniu pomocy.

Kilkaset metrów dalej zobaczyła wąską drogę, przy której parkowały dwie ciężarówki starego typu i dwie małe, przysadziste karetki.

– Zaraz wracam – powiedziała Luce do chłopca, mocniej przyciskając jego ręce do brzucha, by zapanować nad krwawieniem. Jęknął, kiedy się wycofała.

Pobiegła w stronę ciężarówek, potykając się o własne nogi, kiedy za jej plecami spadł kolejny pocisk artyleryjski, wstrząsając ziemią.

Przy jednej z ciężarówek zgromadziła się grupa kobiet w białych fartuchach. Pielęgniarki. One musiały wiedzieć, co robić, jak pomóc. Jednakże, kiedy Luce zbliżyła się na tyle, by zobaczyć ich twarze, spochmurniała. To były dziewczęta. Niektóre nie mogły mieć więcej niż czternaście lat. Ich fartuchy wyglądały jak kostiumy.

Przyglądała się ich twarzom, szukając pośród nich siebie. Musiał być powód, dla którego wylądowała w tym piekle. Ale żadna nie wyglądała znajomo. Trudno było wyczytać coś z ich spokojnych, beznamiętnych twarzy. Nie pokazywały po sobie grozy, która, jak wiedziała Luce, musiała wyraźnie malować się na jej obliczu. Może widziały już tyle wojny, że się do niej przyzwyczaiły.

– Woda. – Z ciężarówki dochodził głos starszej kobiety. – Bandaże. Gaza.

Rozdawała dziewczętom materiały opatrunkowe, które odbierały je i organizowały prowizoryczną klinikę na poboczu drogi. Licznych żołnierzy przeniesiono już za ciężarówkę, gdzie czekali na opatrzenie ran. Luce dołączyła do kolejki. Było ciemno i nikt nie powiedział jej ani słowa. Czuła to teraz – zdenerwowanie młodych pielęgniarek. Musiały być wyszkolone, by przed żołnierzami udawać spokój i opanowanie, lecz kiedy dziewczyna przed Luce sięgnęła po swój przydział, jej ręce drżały.

Wokół nich żołnierze poruszali się szybko dwójkami, niosąc rannych za ręce i nogi. Niektórzy z niesionych zadawali pytania na temat bitwy, jak dużej porażki doznali. Byli też ciężej ranni, którzy nie zadawali pytań, gdyż zagryzali wargi z bólu, i ci, których trzeba było trzymać za pas, gdyż mina oberwała im obie nogi.

– Woda. – W ramionach Luce wylądował dzbanek. – Bandaże. Gaza.

Siostra przełożona mechanicznie wydawała przydział, gotowa przejść do następnej dziewczyny, ale tego nie zrobiła. Spuściła wzrok i Luce zorientowała się, że wciąż ma na sobie ciężki wełniany płaszcz, który dostała od babci Liuszki w Moskwie. I dobrze, bo pod płaszczem nosiła dżinsy i zapinaną na guziki koszulę obecnego wcielenia.

– Fartuch – powiedziała w końcu kobieta tym samym beznamiętnym tonem, rzucając jej białą sukienkę i czepek, takie same, jak nosiły inne dziewczęta.

Luce pokiwała z wdzięcznością głową, po czym ukryła się za ciężarówką, żeby się przebrać. To była obszerna biała sukienka, która sięgała jej do kostek i mocno pachniała wybielaczem. Spróbowała wytrzeć z dłoni krew żołnierza, wykorzystując do tego wełniany płaszcz, po czym rzuciła go za drzewo. Nim zapięła fartuch, podwinęła rękawy i związała go w pasie, pokrywały go liczne rdzawe plamy.

Chwyciła środki opatrunkowe i przebiegła przez drogę. Widok był przerażający. Oficer nie kłamał. Co najmniej stu ludzi potrzebowało pomocy. Spojrzała na bandaże i zastanowiła się, co powinna robić.

– Siostro! – zawołał jakiś mężczyzna. Wsuwał nosze na tył karetki. – Siostro! Ten tutaj potrzebuje pielęgniarki.

Luce zrozumiała, że chodzi o nią.

– Och – powiedziała słabo. – Mnie?

Zajrzała do karetki. W środku było ciasno i ciemno. W miejscu przeznaczonym dla dwóch ludzi było ich teraz sześciu. Ranni leżeli na noszach ułożonych w trzech poziomach po obu stronach. Dla Luce nie było miejsca, chyba że na podłodze.

Ktoś odsunął Luce na bok – mężczyzna, wpychający kolejne nosze w wąską przestrzeń na podłodze. Leżący na nich żołnierz był nieprzytomny, czarne włosy lepiły się do jego twarzy.

– Wchodź – powiedział żołnierz do Luce. – On zaraz odjeżdża.

Kiedy się nie poruszyła, wskazał na drewniany taboret przymocowany sznurem do tylnych drzwi karetki. Pochylił się i nadstawił dłonie, by pomóc Luce na niego wejść. Kolejny wybuch wstrząsnął ziemią i Luce nie udało się powstrzymać krzyku.

Spojrzała przepraszająco na żołnierza, odetchnęła głęboko i wskoczyła.

Kiedy usadowiła się na stołeczku, podał jej dzbanek z wodą i pudełko gazy i bandaży. Zaczął zamykać drzwi.

– Zaczekaj – wyszeptała Luce. – Co mam robić?

Mężczyzna się zawahał.

– Wiesz, ile trwa droga do Mediolanu. Opatrz ich rany i zadbaj o wygody. Zrób, co możesz.

Drzwi się zatrzasnęły. Musiała mocno chwycić stołek, żeby nie spaść na żołnierza u jej stóp. W karetce było duszno. Okropnie śmierdziało. Jedynym źródłem światła była niewielka lampka zawieszona w kącie na gwoździu. Jedyne okno znajdowało się bezpośrednio nad jej głową na drzwiach. Nie wiedziała, co się stało z Giovannim, chłopcem z kulą w brzuchu. Czy jeszcze go zobaczy. Czy on przeżyje tę noc.

Uruchomiono silnik. Karetka ruszyła naprzód. Żołnierz na jednych z górnych noszy zaczął jęczeć.

Kiedy osiągnęli stałą prędkość, Luce usłyszała odgłos padających kropli. Coś ciekło. Pochyliła się na stołku, mrużąc oczy w słabym blasku lampki.

To była krew żołnierza na samej górze, przeciekająca przez płócienne nosze na żołnierza w środku. Ten ostatni miał otwarte oczy. Patrzył, jak krew cieknie na jego pierś, ale był tak poważnie ranny, że nie mógł się odsunąć. Nic nie mówił, dopóki krople nie zmieniły się w strumień.

Luce jęczała razem z żołnierzem. Zaczęła podnosić się ze stołeczka, ale nie mogła stanąć, chyba że nad żołnierzem na podłodze. Ostrożnie postawiła stopy po obu stronach jego piersi. Karetka podskakiwała na nierównej drodze. Luce chwyciła napięte płótno najwyższych noszy i od spodu przycisnęła do niego garść gazy. Po chwili jej dłoń była mokra od krwi.

– Pomocy! – zawołała do kierowcy. Nie wiedziała nawet, czy ją usłyszy.

– Co takiego? – Kierowca mówił z ciężkim miejscowym akcentem.

– Tamten mężczyzna... ma krwotok. Chyba umiera.

– Wszyscy umieramy, ślicznotko – powiedział kierowca. Naprawdę, flirtował z nią w takim momencie? Chwilę później odwrócił się i spojrzał na nią przez otwór obok siedzenia kierowcy. – Posłuchaj, bardzo mi przykro. Ale nic na to nie poradzę. Muszę zawieźć pozostałych do szpitala.

Miał rację. Kiedy Luce zabrała dłoń spod noszy, krew znów popłynęła szerokim strumieniem.

Luce nie umiała pocieszyć chłopca na środkowych noszach, który miał szeroko otwarte oczy i mamrotał gorączkowo Ave Maria. Strumień krwi drugiego chłopca spływał po jego bokach i zbierał się w miejscu, gdzie biodra dotykały noszy.

Luce pragnęła zamknąć oczy i zniknąć. Pragnęła przeszukać cienie rzucane przez lampkę i znaleźć Głosiciela, który zabrałby ją w inne miejsce. Gdziekolwiek.

Jak skalista plaża pod Shoreline. Gdzie Daniel tańczył z nią na oceanie, pod gwiazdami. Albo tamto morze, które podejrzała w Głosicielu, gdzie nurkowali, a ona miała żółty kostium kąpielowy. Wolałaby Sword & Cross od tej karetki, nawet najgorsze chwile, jak ten wieczór, kiedy pojechała na spotkanie z Camem w tamtym barze. Kiedy się z nim całowała. Wolałaby nawet Moskwę. To tutaj było gorsze. Nigdy wcześniej nie przeżyła czegoś takiego.

Tyle że...

Oczywiście, że tak. Przeżyła coś bardzo podobnego. Dlatego tu właśnie wylądowała. Gdzieś w tym dręczonym wojną świecie była dziewczyna, która umarła i powróciła do życia, a w końcu stała się nią. Luce była tego pewna. Tamta musiała opatrywać rany, nosić wodę i powstrzymywać mdłości. Myślenie o dziewczynie, która to przeżyła, dodawało jej sił.

Strumień krwi zaczął maleć, aż w końcu zmienił się w powoli spadające krople. Chłopiec poniżej zemdlał, więc Luce przez długi czas przyglądała się temu samotnie i w milczeniu. Aż krew zupełnie przestała płynąć.

Wtedy sięgnęła po ręcznik i wodę i zaczęła obmywać żołnierza na środkowych noszach. Od dawna się nie kąpał. Luce oczyściła go delikatnie i zmieniła mu bandaż na głowie. Kiedy odzyskał przytomność, pomogła mu się napić. Jego oddech się uspokoił i chłopak przestał z przerażeniem wpatrywać się w nosze wyżej. Wydawało się, że czuje się trochę lepiej.

Wszyscy żołnierze sprawiali wrażenie, że czują się lepiej, kiedy się nimi zajmowała, nawet ten pośrodku podłogi, który nie otworzył oczu. Oczyściła twarz chłopca, który umarł. Nie umiała wyjaśnić dlaczego. Chciała, żeby on też zaznał spokoju.

Nie potrafiła ocenić, ile minęło czasu. Wiedziała jedynie, że było ciemno, paskudnie śmierdziało, zaschło jej w gardle i była wyczerpana – a i tak była w lepszym stanie niż otaczający ją mężczyźni.