Najlepsze wciąż musi przyjść - Szponar Magdalena - ebook + audiobook
BESTSELLER

Najlepsze wciąż musi przyjść ebook i audiobook

Szponar Magdalena

4,2

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

56 osób interesuje się tą książką

Opis

Kiedy przeszłość nie daje o sobie zapomnieć, teraźniejszość staje się więzieniem…
Filip Graff do niedawna cieszył się opinią niezawodnego fotografa. Wszystko jednak zmieniło się, kiedy stracił miłość swojego życia. Teraz każdy nowy dzień jest dla niego wyzwaniem. Wyzwaniem, które zaczyna go przerastać.
Jedna obietnica złożona przyjacielowi może odmienić jego los. Filip niechętnie rusza do schroniska, by po raz pierwszy od tragicznych wydarzeń chwycić za aparat i zrobić zdjęcia podopiecznym. Tam poznaje Ninę – młodą dziewczynę o różowych włosach, która wydaje się mu zbyt radosna. Okazuje się jednak, że oboje muszą zmierzyć się ze swoją przeszłością.
Być może razem uda się im przezwyciężyć mrok, bo przecież… Najlepsze wciąż musi przyjść, prawda?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 284

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 51 min

Lektor: Cezary Papaj, Karolina Poznachowska

Oceny
4,2 (513 oceny)
275
124
77
25
12
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
bednarz9ma

Nie polecam

Jesli slowa kurwa, kurewsko, wkurwiony maja uatrakcyjnic ta ksiàzke to kiepsko to widze, zwykle nudy
171
Elac39

Nie polecam

Ilość "kurwa" mnie pokonała. Pewnie skończy się dobrze, ale ja jej do końca nie przeczytam.
100
kinga344

Nie oderwiesz się od lektury

Jesienny wyciskacz łez. Powieść, po którą po prostu TRZEBA sięgnąć. Spłakałam się jak głupia, i cieszyłam się równie mocno 😍
51
Izabelll58

Całkiem niezła

Książka w sumie przewidywalna bez specjalnych porywów serca i trochę nudna
40
Gosiak1021

Z braku laku…

Dużo zabrakło mi w tej książce....
40

Popularność




Redaktor prowadzący:

Angela Węcka

Redakcja i korekta:

Kinga Rutkowska

Skład DTP:

Kinga Rutkowska

Wersja elektroniczna:

Mateusz Cichosz | @magik.od.skladu.ksiazek

Projekt okładki:

Justyna Sieprawska

Fotografia autorki:

Magdalena Cichosz

Copyright © Wydawnictwo Szpony

Wydanie I

Kłobuczyno 2023

ISBN 978-83-969597-1-3

Chociaż fotografie nie mogą kłamać,

kłamcy mogą fotografować.

Lewis Hine

Od autorki

Ta książka nie po­wsta­łaby gdyby nie mu­zyka. Dźwięki to­wa­rzy­szyły mi pod­czas każ­dej chwili, jaką spę­dza­łam na two­rze­niu hi­sto­rii pew­nego fo­to­grafa.

Pro­szę, po­święć­cie czas, by wsłu­chać się w utwory, które tu­taj wy­mie­ni­łam. Je­śli je­ste­ście tak samo le­niwi jak ja, przy­go­to­wa­łam dla Was play­li­stę na Spo­tify. My­ślę, że znaj­dzie­cie mnie tam bar­dzo ła­two. Szu­kaj­cie pod ha­słem „Pho­to­graph”.

A te­raz za­pra­szam Was do świata peł­nego mroku.

Po­znaj­cie Fi­lipa.

M.

PRO­LOG

Ju­lio, skar­bie…

Prze­pra­szam. Wiem, jak ba­nal­nie i ma­łost­kowo to brzmi, jed­nak żadne inne słowo nie przy­cho­dzi mi do głowy.

Wiem, że mi nie wy­ba­czysz. Na­wet tego nie ocze­kuję. Ta­kich krzywd po pro­stu się nie za­po­mina. Na­wet gdy­byś mo­gła. Mogę je­dy­nie obie­cać, że sam so­bie nie prze­ba­czę ni­gdy.

Pi­szę ten list z jesz­cze jed­nego po­wodu. Chcę się po­że­gnać. Ktoś mą­dry po­wie­dział mi, że to do­bry spo­sób, że da mi uko­je­nie, po­zwoli ru­szyć da­lej. Oba­wiam się, że nie miał po­ję­cia, o czym mówi. Nie można ru­szyć da­lej, kiedy droga do­bie­gła końca. Nie można żyć, je­śli się umarło. Nie można od­na­leźć się w świe­cie, który prze­stał ist­nieć.

Może jed­nak wła­śnie na to so­bie za­słu­ży­łem? Będę żył, ist­niał, od­dy­chał. Kara bez od­ku­pie­nia win.

Pa­mię­tasz ten dzień, kiedy się po­zna­li­śmy? Nie chcia­łaś po­dać mi swo­jego imie­nia. Za­czą­łem zga­dy­wać. Rzu­ci­łem pierw­sze, ja­kie wpa­dły mi do głowy. Ostat­nim była „Ju­lia”. Za­śmia­łem się. Po­wie­dzia­łem, że tak piękna ko­bieta nie może mieć tak ba­nal­nego imie­nia. Wów­czas po raz pierw­szy uśmiech­nę­łaś się do mnie, a ja prze­pa­dłem.

Ko­cham Cię.

Nie umiem prze­stać.

F.

OSTRZEŻENIE

Ta książka po­ru­sza te­maty do­ty­czące utraty bli­skiej osoby, śmierci, prób sa­mo­bój­czych, mo­le­sto­wa­nia sek­su­al­nego i prze­mocy.

Pa­mię­taj, że nie je­steś sam. Nie je­steś sama.

Nie bój się po­pro­sić o po­moc.

Cen­trum Wspar­cia dla Osób Do­ro­słych w Kry­zy­sie Psy­chicz­nym

800 70 2222

ROZDZIAŁ 1

Zabierz mnie

I know the fe­eling

Of fin­ding your­self stuck out on the ledge.

And there ain’t no he­aling

From cut­tin’ your­self with the jag­ged edge.

Nic­kel­back, Lul­laby

Pisz­cze­nie bu­dzika zmu­siło mnie do roz­war­cia po­wiek. Dwie­ście sześć­dzie­siąty piąty raz roz­po­czy­na­łem dzień od tej sa­mej my­śli – to moja kara. Wy­cią­gną­łem rękę po te­le­fon le­żący na szafce obok łóżka. Ze­ga­rek wska­zy­wał ósmą zero je­den. Wy­łą­czy­łem iry­tu­jący dźwięk i przy­mkną­łem oczy. Szybko jed­nak ze­rwa­łem się, bo wie­dzia­łem, jak bar­dzo ku­szące by­łoby zo­stać w po­ścieli cały dzień. Ale nie mo­głem.

Żyć. Ist­nieć. Od­dy­chać.

Wes­tchną­łem i skie­ro­wa­łem się do ła­zienki. Ogar­nię­cie się za­jęło mi mniej niż pięć mi­nut. Zbie­głem po scho­dach i zna­la­złem się w sa­lo­nie po­łą­czo­nym z prze­stronną kuch­nią. To miej­sce rów­nież stało się ele­men­tem mo­jej kary. Szyb­kie śnia­da­nie, ku­bek go­rą­cej kawy i by­łem go­towy do wyj­ścia. Zgar­ną­łem z fo­tela moją torbę, za­mkną­łem drzwi domu i prze­mie­rzy­łem krótki chod­nik, by po chwili wsiąść do wy­słu­żo­nego forda.

Kry­tycz­nie spoj­rza­łem na sfa­ty­go­waną ka­ro­se­rię i jesz­cze pa­skud­niej­sze wnę­trze. Było mnie stać na lep­sze auto. Jed­nak nie mo­głem go ku­pić. Ko­lejny punkt z li­sty kar. Zresztą, na­wet nie chcia­łem. Po co? Nie za­biorę sa­mo­chodu do grobu, a tam prę­dzej czy póź­niej mia­łem wy­lą­do­wać.

Każdy kie­dyś umrze…

Głos w mo­jej gło­wie przy­po­mi­nał mi Jej słowa w naj­mniej od­po­wied­nich mo­men­tach. Tym ra­zem usły­sza­łem go, kiedy sta­łem na świa­tłach. Do­piero trą­bie­nie z tyłu przy­wró­ciło mnie do rze­czy­wi­sto­ści. Wró­ci­łem tu­taj nie­chęt­nie. Wrzu­ci­łem je­dynkę, zwol­ni­łem sprzę­gło i przy­po­mnia­łem so­bie, że po­wi­nie­nem od­dy­chać.

Kilka chwil póź­niej za­trzy­ma­łem się pod si­łow­nią Janka – mo­jego naj­lep­szego (i je­dy­nego) przy­ja­ciela. Od za­wsze uwiel­bia­łem wy­si­łek fi­zyczny. Ostat­nimi czasy oka­zało się, że dzięki mor­der­czym ćwi­cze­niom mogę w miarę nor­mal­nie funk­cjo­no­wać. O ile w ogóle w moim przy­padku można mó­wić o ja­kiej­kol­wiek nor­mal­no­ści.

– Cześć, stary – przy­wi­ta­łem się, kiedy wsze­dłem już do środka.

Ja­nek. Kurwa, ależ to imię do niego pa­so­wało. Mój kum­pel przy­po­mi­nał niedź­wie­dzia. Wy­soki, sze­roki, owło­siony. Lu­dzie scho­dzili mu z drogi na ulicy, a la­ski brały za pół­główka. Oczy­wi­ście, były to tylko po­zory. Ja­nek miał na swoim kon­cie dok­to­rat z nauk hu­ma­ni­stycz­nych, był pa­cy­fi­stą i uwiel­biał zwie­rzęta. A ja uwiel­bia­łem jego. Gdyby nie on… O tym nie po­wi­nie­nem jed­nak my­śleć.

– Ro­bimy dziś spa­ring? – za­py­tał mnie w od­po­wie­dzi. Ni­gdy nie lu­bił mar­no­wać słów. Je­dyny te­mat, nad któ­rym mógł roz­pra­wiać go­dzi­nami, to li­te­ra­tura.

– Nie dziś – od­par­łem.

Cza­sami za­miast tre­ningu na­pie­prza­li­śmy się w klatce. Ja­nek pa­rał się w swoim ży­ciu wie­loma za­wo­dami. Jed­nym z nich były walki MMA. Tak, wiem, co mo­że­cie so­bie o nim po­my­śleć. Pa­cy­fi­sta w klatce. Cóż… Nie wszystko w na­szym ży­ciu jest tylko białe i czarne. Ale to prze­cież wie­dzą wszy­scy.

Skie­ro­wa­łem się do szatni, prze­bra­łem, wci­sną­łem w uszy słu­chawki i włą­czy­łem play­li­stę na Spo­tify. Dla więk­szo­ści osób na tym glo­bie wszyst­kie te czyn­no­ści były nor­mal­nym cią­giem zda­rzeń. Ni­czym nad­zwy­czaj­nym. Ja przy każ­dej mu­sia­łem wal­czyć z gło­sem w mo­jej gło­wie, który krzy­czał, że na to nie za­słu­guję. Przy­zwy­cza­iłem się jed­nak do niego. Był mi naj­wier­niej­szym kom­pa­nem.

Kiedy w uszach usły­sza­łem pierw­sze dźwięki Di­stur­bed, za­czą­łem biec po bieżni. Za­tra­ci­łem się w mu­zyce. Ona w po­łą­cze­niu z wy­sił­kiem da­wała mi chwi­lowe wy­tchnie­nie. Wy­łą­czy­łem my­śle­nie.

Dwie go­dziny póź­niej pró­bo­wa­łem opu­ścić si­łow­nie tak, by nikt mnie nie za­cze­pił. Nie­stety, nie było mi to dane. Przy re­cep­cji cze­kał Ja­nek i spo­glą­dał na mnie spod byka. Cho­ciaż, je­śli mam być szczery, Jaś za­wsze i na wszyst­kich tak pa­trzył.

– Co tam? – za­py­ta­łem, by przy­spie­szyć nie­unik­nione.

– Po­je­dziesz do schro­ni­ska – po­wie­dział. Nie za­py­tał, tylko oznaj­mił. Ko­cha­łem tego go­ścia, ale cza­sami mia­łem ochotę dać mu w ryj.

– Nie wy­daje mi się – rzu­ci­łem i pró­bo­wa­łem go mi­nąć, jed­nak po­ło­żył na moim barku swoją wielką łapę, żeby mnie za­trzy­mać. – Kurwa… – wark­ną­łem.

Ja­nek truł mi o tym schro­ni­sku od ty­go­dni. Nie chcia­łem się zgo­dzić. Na­wet nie wcho­dzi­łem z nim w dys­ku­sje na ten te­mat. Po pro­stu nie. Prze­cież nie cho­dziło o to, że mam coś prze­ciwko psom czy in­nym czwo­ro­no­gom. Kie­dyś na­wet chcia­łem mieć psa, ale o tym nie będę my­ślał, bo zwa­riuję do reszty. Po pro­stu ro­zu­mia­łem, o co mu cho­dzi. Chciał udo­wod­nić mi, że je­stem zdolny do czy­nie­nia do­bra. Tak, wła­śnie tak ar­gu­men­to­wał ten po­ro­niony po­mysł. A ja nie je­stem, kurwa, zdolny do ni­czego.

– Cze­kają na cie­bie. – Ja­nek ode­zwał się twar­dym gło­sem. – Po­je­dziesz albo cię tam za­wiozę – do­dał jesz­cze.

– Kurwa… – wark­ną­łem po­now­nie.

Wie­dzia­łem, że nie od­pu­ści. Był jesz­cze bar­dziej uparty niż ja, choć zde­cy­do­wa­nie rza­dziej pró­bo­wał po­sta­wić na swoim. Kiedy jed­nak to ro­bił, nikt nie miał z nim szans.

Nie od­po­wie­dział. Po­kle­pał mnie po gło­wie jak po­słusz­nego psiaka i znik­nął na za­ple­czu. Je­dy­nie fakt, że za­wdzię­cza­łem temu skur­czy­by­kowi ży­cie, po­wstrzy­mał mnie od pier­dol­nię­cia drzwiami. Wy­le­cia­łem na ze­wnątrz, wsia­dłem do forda i ude­rzy­łem ze zło­ścią w kie­row­nicę.

Do­bra. Po­jadę tam. Ale bę­dzie to pierw­szy i ostatni raz, kiedy po­zwa­lam Jan­kowi po­wal­czyć o moje czło­wie­czeń­stwo.

Wcho­dzę do sali lekko spóź­niony. Wczo­raj­sza im­preza dała mi nie­źle po­pa­lić, więc obu­dzi­łem się dzi­siaj z po­twor­nym ka­cem. A po­tem nie mo­głem zna­leźć mo­jego apa­ratu. Kurwa, wie­dzia­łem, że to wyj­ście było błę­dem. Jak jed­nak mo­głem od­mó­wić Jan­kowi? Nie mo­głem. Nie, kiedy wy­grał swoją pierw­szą walkę.

– Pan Graff… Cóż za za­szczyt mnie spo­tkał – mówi pro­fe­so­rek, który nie­mi­ło­sier­nie mnie wkur­wia.

Wszystko ro­zu­miem. Można być mi­ło­śni­kiem ana­lo­gów. Można na­wet być mi­strzem kla­sycz­nej fo­to­gra­fii. Ale je­bać stu­den­tów za samo po­sia­da­nie cy­frówki? Chore. No do­bra, przy­znam, że tro­chę za­słu­ży­łem. W końcu jako je­dyny z roku wy­kłó­ca­łem się z Dą­brow­skim na te­mat wyż­szo­ści fo­to­gra­fii cy­fro­wej nad ana­lo­gową. By­łem pe­wien, że mnie znie­na­wi­dził. By­łem też pe­wien, że będę miał pro­blem z za­li­cze­niem jego za­jęć.

– Pro­szę wy­ba­czyć spóź­nie­nie – mru­czę.

Czuję na so­bie spoj­rze­nia kil­ku­na­stu osób. Sły­szę na­wet ja­kieś ci­che par­sk­nię­cie. Od ja­kie­goś czasu stu­denci cho­dzą na za­ję­cia Dą­brow­skiego je­dy­nie po to, by po­słu­chać na­szych kłótni. No cóż.

– Zaj­mij miej­sce – od­po­wiada pro­fe­sor, igno­ru­jąc moje prze­pro­siny. – Z tyłu – do­daje.

Za­ci­skam zęby, ale po­słusz­nie idę na tył. Ozna­cza to jedno – jako ostatni będę mógł zro­bić zdję­cia mo­delce. Czyli się na­cze­kam i przy oka­zji na­wkur­wiam.

– Dzi­siaj ćwi­czymy akty – sły­szę Dą­brow­skiego, któ­remu od­po­wiada kilka pod­eks­cy­to­wa­nych gło­sów. – Spo­koj­nie, chłopcy – śmieje się – ocze­kuję od was pro­fe­sjo­na­li­zmu.

Kilka osób chrząka ner­wowo. Nikt nie chce pod­paść temu kon­kret­nemu pro­fe­so­rowi. No, może oprócz mnie. Cze­kam, aż po­jawi się mo­delka, i słu­cham pier­do­le­nia wy­kła­dowcy. Mówi o usta­wie­niu świa­tła, dłu­go­ści eks­po­zy­cji i in­nych kwe­stiach, które są prze­cież pod­stawą na tym kie­runku. Dą­brow­ski my­śli jed­nak, że je­śli bę­dzie nas je­bał na każ­dym kroku, udo­wodni nam, jak słabi je­ste­śmy. Du­pek.

Na­gle drzwi otwie­rają się, a w progu wi­dzę Ją. Omia­tam spoj­rze­niem Jej syl­wetkę. Jest… piękna. Nie, to za mało, jest zja­wi­skowa. Bu­rza ru­dych lo­ków pod­ska­kuje z każ­dym Jej kro­kiem, a ro­ze­śmiane oczy wy­ła­pują mnie z tłumu, jakby przy­cią­gnięte siłą mo­jego spoj­rze­nia. Pusz­cza mi oczko, a ja od­wra­cam wzrok. Kręcę się na krze­śle i chrzą­kam ner­wowo. Nie mam od­wagi, by pod­nieść głowę.

– Cho­lera, ale la­ska… – Sły­szę mo­jego kum­pla Radka, który sie­dzi obok.

Za­ci­skam zęby. To ir­ra­cjo­nalne, ale nie chcę, by tak o Niej my­ślał. Czuję… za­zdrość, choć ta dziew­czyna jest mi zu­peł­nie obca. Pod­no­szę wzrok i znów spo­ty­kam się z Jej zie­lo­nym spoj­rze­niem. Znów pa­trzy tylko na mnie. Rzuca mi wy­zwa­nie. Spo­glą­dam na nią, kiedy bez skrę­po­wa­nia ściąga przez głowę białą ko­szulkę. Pod nią nie ma nic. Mam wra­że­nie, że za­raz pęk­nie mi szczęka, tak mocno ją za­ci­skam. Wi­dzę, jak Ona śmieje się pod no­sem. Wszy­scy w sali mie­rzą Ją spoj­rze­niami. Pa­nuje ci­sza. Każdy jest przy­tło­czony Jej bez­tro­ską, ra­do­ścią i bra­kiem skrę­po­wa­nia.

Dą­brow­ski w końcu przy­tom­nieje. Mówi, że nie musi się bar­dziej roz­bie­rać. Sa­dza Ją na krze­sełku, po czym po­daje biały ma­te­riał, któ­rym ma osło­nić bio­dra skryte je­dy­nie cien­kim ma­te­ria­łem krót­kich spode­nek. Za Nią wisi białe płótno, które pięk­nie kon­tra­stuje z Jej ogni­stymi wło­sami.

Jest tak cho­ler­nie piękna.

Se­kundy i mi­nuty mi­jają mi jak w tran­sie. Nie po­tra­fię od­wró­cić od Niej spoj­rze­nia. Je­stem za­cza­ro­wany. Czuję się jak na haju. Kiedy w końcu nad­cho­dzi moja ko­lej, słońce jest już ni­sko i za­gląda do sali przez od­sło­nięte okna. Dą­brow­ski je za­sła­nia, ale pro­szę go, by tego nie ro­bił. Pod­cho­dzę bli­żej. Usta­wiam apa­rat. Ro­bię se­rię zdjęć. Uśmie­cham się pod no­sem.

Choć przez kilka go­dzin pa­trzyła przed sie­bie, po­ka­zu­jąc wszyst­kim swoją siłę, te­raz jej oczy są spusz­czone. Lekko za­ró­żo­wione po­liczki pod­kre­ślają ko­lor ust. Uśmie­cha się lekko. W bla­sku słońca wy­raź­nie wi­dzę Jej piegi.

Jest cu­downa.

Szybko koń­czę. Wy­star­czyło mi pięć mi­nut, by uchwy­cić Jej piękno. To naj­lep­sze zdję­cia, ja­kie do­tąd zro­bi­łem.

– Ni­gdy wię­cej nie bę­dziesz po­zo­wać nago przed in­nymi męż­czy­znami – mó­wię do niej, kiedy ra­zem opusz­czamy salę.

Śmieje się. A ja wiem, że prze­pa­dłem.

– Jak masz na imię? – py­tam.

– Zgad­nij.

ROZ­DZIAŁ 2

Spadam

It’s too bad, it’s too bad,

Too late, so wrong, so long.

It’s too bad, we had no time to re­wind.

Nic­kle­back, Too bad

Kiedy za­trzy­ma­łem się pod schro­ni­skiem, na­wet przez za­mknięte drzwi do­cie­rał do mnie od­głos uja­da­nia. Kurwa, ile tu­taj mają psów? Sry­lion? Wy­sia­dłem z auta. Czu­łem krą­żący w ży­łach wkurw. To bę­dzie za­je­bi­ście do­bry dzień. Ja­siek słono mi za to za­płaci.

Wy­ją­łem z ba­gaż­nika torbę i na­rzu­ci­łem ją so­bie na ra­mię. Im szyb­ciej będę miał to za sobą, tym le­piej dla mnie i ca­łego świata, któ­rego nie roz­walę ze zło­ści. Szyb­kim kro­kiem skie­ro­wa­łem się do bu­dynku z na­pi­sem „Ad­mi­ni­stra­cja” nad drzwiami. Za­pu­ka­łem. Nic. Zero od­po­wie­dzi.

– Kurwa… – wy­mam­ro­ta­łem pod no­sem i na­ci­sną­łem klamkę.

Za­mknięte. No ja­sne, że za­mknięte. Prze­tar­łem twarz i zer­k­ną­łem na ze­ga­rek. Do­cho­dziła dwu­na­sta. Po­woli za­czy­na­łem czuć głód. Czy Ja­nek nie mó­wił, że ktoś ma tu­taj na mnie cze­kać? Mia­łem na­dzieję, że to bę­dzie szybka ak­cja. A te­raz zo­sta­łem zmu­szony do spa­ceru mię­dzy klat­kami roz­sza­la­łych zwie­rza­ków w po­szu­ki­wa­niu ja­kie­go­kol­wiek czło­wieka. Swoją drogą, nikt tu­taj nie oba­wia się kra­dzieży albo wła­ma­nia? Ktoś po­wi­nien pil­no­wać tego graj­dołka, do cho­lery!

Do­bra. Na­krę­ca­łem się. Tak, mo­że­cie mnie ska­zać. Moja re­ak­cja była nie­współ­mierna do wy­da­rzeń, jed­nak nic nie mo­głem na to po­ra­dzić. Po pro­stu nie chcia­łem tu­taj być. Nie chcia­łem, by Ja­nek an­ga­żo­wał mnie w ja­kie­kol­wiek ak­cje. Nie chcia­łem być czło­wie­kiem.

Żyć. Ist­nieć. Od­dy­chać.

I każ­dego dnia od­bie­rać swoją karę. Nic wię­cej.

Pod­sze­dłem do okna w tym sa­mym bu­dynku i zaj­rza­łem do środka. We­wnątrz pa­no­wał nie­zły ba­ła­gan. W cen­trum po­miesz­cze­nia stało biurko przy­kryte chyba tu­zi­nem róż­nych te­czek i jesz­cze więk­szą ilo­ścią luź­nych kar­tek. Obok nich stał ku­bek pe­łen kawy albo her­baty, więc mo­głem mieć na­dzieję na to, że ktoś się tu­taj zjawi.

Na­gle szcze­ka­nie wo­kół mnie zro­biło się gło­śniej­sze. Zwie­rzaki w klat­kach za mo­imi ple­cami wa­rio­wały, a ja nie mia­łem po­ję­cia, co mo­gło być tego przy­czyną. Po­czu­łem jed­nak na ple­cach zimny dreszcz.

– Ha­zar! Stój! – Usły­sza­łem za sobą.

Od­wró­ci­łem się. Kurwa. Wprost na mnie le­ciało by­dle wiel­ko­ści ko­nia, a wo­kół jego łap fru­wała smycz. Nie zdą­ży­łem za­re­ago­wać, je­dy­nie od­ru­chowo osło­ni­łem ra­mie­niem torbę z apa­ra­tem. W na­stęp­nej se­kun­dzie pies po­pchnął mnie na ścianę, opie­ra­jąc łapy na mo­ich bar­kach. Jego pysk znaj­do­wał się kilka cen­ty­me­trów od mo­jej twa­rzy, a ja jak za­hip­no­ty­zo­wany wpa­try­wa­łem się w brą­zowe śle­pia, które czuj­nie mnie ob­ser­wo­wały. Przez głowę prze­mknęła mi je­dy­nie myśl, że to nie­moż­liwe. Kurwa, mia­łem po­nad sto osiem­dzie­siąt cen­ty­me­trów wzro­stu. Nie ma na świe­cie tak wiel­kich psów!

– Ha­zar! – Usły­sza­łem po­now­nie. Zer­k­ną­łem nad głową by­dlaka, który na­dal przy­ci­skał mnie do ściany, ale mi­gnęło mi je­dy­nie coś ró­żo­wego. Pies za­sła­niał mi swoim wiel­kim łbem cały świat.

– Ha­zar! No pro­szę cię, złaź. – Ktoś pró­bo­wał od­cią­gnąć zwie­rzaka, jed­nak z mar­nym skut­kiem. Fu­trzak ani drgnął.

Kurwa.

– Siad – mruk­ną­łem bez więk­szej na­dziei na to, że to by­dlę mnie po­słu­cha.

O dziwo to zro­bił. Li­znął mnie po bro­dzie, którą po­wi­nie­nem zgo­lić już ja­kiś czas temu, i przy­cup­nął na swoim wiel­kim za­dku. Da­lej wpa­try­wał się we mnie z we­sołą miną, jakby wcale nie chciał mnie ze­żreć jesz­cze chwilę temu.

Od­wró­ci­łem wzrok od psa i aż unio­słem brwi ze zdzi­wie­nia. Tuż obok niego stał skrzat. Ja pie­przę, se­rio, praw­dziwy skrzat. Mała dziew­czyna o ró­żo­wych wło­sach do ra­mion wpa­try­wała się we mnie z prze­ra­że­niem i za­cie­ka­wie­niem jed­no­cze­śnie. Par­sk­ną­łem śmie­chem, kiedy zro­zu­mia­łem, że ów „Ha­zar” sięga jej do piersi. Dźwięk mo­jego wła­snego śmie­chu wpra­wił mnie w osłu­pie­nie. Chrząk­ną­łem ner­wowo i od­wró­ci­łem wzrok.

– Co cię tak bawi? – za­py­tała ni­skim i za­chryp­nię­tym gło­sem, który ni­jak nie pa­so­wał mi do wy­glądu le­śnej wróżki.

– Ty, skrza­cie – od­par­łem, a przy tym spoj­rza­łem na nią po­now­nie.

Wcią­gnęła po­wie­trze za­sko­czona moją od­po­wie­dzią. Na jej po­licz­kach po­ja­wiły się ogni­ste ru­mieńce. W ży­ciu nie wi­dzia­łem cze­goś, prze­pra­szam – ko­goś, ta­kiego. Wpa­try­wa­łem się w nią jak za­uro­czony, za­sta­na­wia­jąc się, czy ist­nieje na­prawdę.

– Ha­zar mógł zro­bić ci krzywdę! – fuk­nęła obu­rzona.

– Po­ra­dził­bym so­bie – od­par­łem.

Mruk­nęła coś pod no­sem i chwy­ciła smycz le­żącą na ziemi. Nie po­wiem, mia­łem nie­zły ubaw, ob­ser­wu­jąc, jak pró­buje zmu­sić psa, by po­szedł za nią. A by­dlak ani drgnął i na­dal bacz­nie mnie ob­ser­wo­wał.

Pod­sze­dłem do niej i wy­cią­gną­łem jej smycz z dłoni.

– Hej! – krzyk­nęła, ale ola­łem to, cmok­ną­łem na psa i ru­szy­łem przed sie­bie.

Ha­zar, czy jak tam to by­dle się na­zy­wało, ru­szył od razu. Chyba mnie po­lu­bił, bo we­soło mer­dał ogo­nem.

– Nie­sa­mo­wite… – Usły­sza­łem obok sie­bie. Zer­k­ną­łem w bok i za­uwa­ży­łem bie­gną­cego skrzata. Znów par­sk­ną­łem śmie­chem, kiedy zro­zu­mia­łem, że krót­kie nóżki dziew­czyny le­d­wie po­zwa­lają jej za mną na­dą­żyć.

– Że taki skrzat chciał utrzy­mać to by­dle? Ta, do­prawdy nie­sa­mo­wite – mruk­ną­łem pod no­sem.

– Nie, ge­niu­szu – od­parła, za­śmiaw­szy się. Ups, nie chcia­łem być za­bawny. Mó­wi­łem se­rio.

– Więc co? – Roz­mowa z nią spra­wiała mi dziwną przy­jem­ność. Uczu­cie nie­mal już przeze mnie za­po­mniane.

– Ha­zar. Pró­bo­wa­łam go wy­pro­wa­dzić na wy­bieg. Ten pies sporo prze­szedł. Od mie­sięcy przy­zwy­cza­jamy go do smy­czy. W do­datku za­wsze agre­syw­nie re­ago­wał na męż­czyzn. A cie­bie od razu po­lu­bił.

– Swój swo­jego po­zna… – mruk­ną­łem pod no­sem.

– Co? – za­py­tała.

Za­pa­trzy­łem się w jej oczy. Jedno było piwne, a dru­gie w po­ło­wie nie­bie­skie. Co, do chu…, po­my­śla­łem i jed­no­cze­śnie po­tkną­łem się o ja­kiś wy­sta­jący ka­mień. Na szczę­ście nie po­le­cia­łem na pysk. Udało mi się utrzy­mać rów­no­wagę, ale i tak sta­łem się obiek­tem kpin dziew­czyny obok. Na­wet Ha­za­rowi spodo­bała się ta nowa za­bawa, bo szczek­nął ra­do­śnie.

– Ta, wiem. To się na­zywa he­te­ro­chro­mia. – Wska­zała na swoje oczy.

– Gdzie go za­pro­wa­dzić? – za­py­ta­łem i od­wró­ci­łem wzrok. Nie chcia­łem jej po­zna­wać.

Wy­rzuty su­mie­nia wy­peł­niły całe moje ciało, na­pie­rały na skórę, roz­ry­wały żyły. Ten mały skrzat spo­wo­do­wał, że dwa razy wy­buch­ną­łem śmie­chem. Nie za­słu­gi­wa­łem na to. Mu­sia­łem się wy­co­fy­wać. Tu i te­raz. Ko­niec z po­ga­dusz­kami. Zro­bię zdję­cia, a po­tem spa­dam.

– Tam­ten boks. – Po­ka­zała na ko­jec kilka me­trów da­lej.

Skie­ro­wa­łem się we wska­zane miej­sce i wpro­wa­dzi­łem psa do środka. Od­pią­łem mu smycz i kuc­ną­łem obok, rów­na­jąc się z nim wzro­kiem. Pa­trzył na mnie oczami ko­goś, kto w ży­ciu nie­jedno już wi­dział. Mia­łem wra­że­nie, że ro­zu­mie mnie le­piej niż reszta świata. Po­dra­pa­łem go za uchem, a on szturch­nął mój po­li­czek mo­krym no­sem.

– Po­lu­bił cię. – Usły­sza­łem za ple­cami.

– Mhm. – To była moja je­dyna od­po­wiedź.

Wsta­łem i ka­za­łem psu zo­stać. Po chwili za­my­ka­łem już furtkę. Ha­zar na­dal sie­dział w miej­scu i wpa­try­wał się we mnie z ocze­ki­wa­niem.

– Do­bry pies – po­wie­dzia­łem, na co szczek­nął i po­ma­chał ogo­nem, ude­rza­jąc nim o zie­mię z głu­chym ło­sko­tem.

Spoj­rza­łem na wróżkę, która wpa­try­wała się we mnie ze zmarsz­czo­nymi brwiami.

– Je­stem Nina – po­wie­działa, wy­cią­ga­jąc do mnie swoją ma­lutką dłoń.

Uści­sną­łem ją i po­czu­łem dziwne mro­wie­nie. Jej skóra była pra­wie prze­ra­ża­jąco blada, a dłoń w mo­jej ła­pie wy­glą­dała jak ręka lalki. Pu­ści­łem ją szybko i mruk­ną­łem:

– Fi­lip. Fi­lip Graff. Mój kum­pel kon­tak­to­wał się z wami w spra­wie zdjęć. Ja­nek Ma­cie­jew­ski – tłu­ma­czy­łem się. Krę­po­wało mnie to jej wszyst­ko­wie­dzące spoj­rze­nie. Jakby za­glą­dała mi do du­szy.

– Tak, wszystko wiem. Chodź, za­pro­wa­dzę cię do biura. Szef pew­nie za chwilę się tam po­jawi i usta­li­cie szcze­góły. W ja­kie dni mo­żesz do nas wpaść? – za­py­tała i ru­szyła w drogę po­wrotną. Za ple­cami usły­sza­łem jesz­cze po­że­gnalne szczek­nię­cie Ha­zara, ale się nie od­wró­ci­łem. Na­wet ja nie je­stem ta­kim skur­wie­lem, żeby ro­bić nie­win­nemu zwie­rzę­ciu na­dzieję.

– Jak to dni? – za­py­ta­łem. Chyba cze­goś nie zro­zu­mia­łem. Prze­cież cho­dziło o kilka zdjęć, prawda? Zro­bię je od ręki i spa­dam.

– No tak. Czeka cię tro­chę pracy – za­śmiała się.

– Cze­kaj. Co tak wła­ści­wie usta­li­li­ście z Jan­kiem?

– Nie wiesz? – rzu­ciła, spo­glą­da­jąc na mnie z ukosa, a jedna z jej ciem­nych brwi pod­je­chała do góry. Uśmiech­nęła się też drwiąco, jakby roz­ma­wiała z pię­cio­lat­kiem.

– Dla­czego od­po­wia­dasz py­ta­niem na py­ta­nia? – wark­ną­łem.

– Dla­czego je­steś taki wście­kły? – kon­ty­nu­owała tę dzie­ci­nadę.

Wes­tchną­łem i od­wró­ci­łem wzrok. No pięk­nie. W do­datku przyj­dzie mi uże­rać się z in­te­lek­tu­alną gim­na­zja­listką. Ile ona w ogóle mo­gła mieć lat? Dwa­dzie­ścia? Spoj­rza­łem na nią po­now­nie. Ró­żowe włosy, blada cera, ani grama ma­ki­jażu. Cho­ciaż bu­zię miała piękną, to trzeba było jej przy­znać. Drobna, chuda, mała, ni­jak nie przy­po­mi­nała mi doj­rza­łej ko­biety. Ale mo­gły mnie zmy­lić jej ciu­chy, to fakt. W końcu w po­dar­tych i luź­nych dżin­sach, wiel­kiej ko­szulce oraz zwią­za­nej na bio­drach fla­ne­lo­wej ko­szuli, która pew­nie pa­so­wa­łaby i mnie, wy­glą­dała jak dziecko.

– To ile zdjęć kon­kret­nie mam zro­bić? – za­py­ta­łem po­now­nie, bo w głębi serca mia­łem ochotę uciec stąd z krzy­kiem.

– Zgo­dzi­łeś się na to i na­prawdę nie wiesz, co masz ro­bić?

– Je­steś iry­tu­jąca – wes­tchną­łem.

– A dzię­kuję. Po­le­cam się na przy­szłość. – Za­śmiała się i po­ma­chała do ko­goś przed nami.

Spoj­rza­łem w tę samą stronę i za­uwa­ży­łem męż­czy­znę sto­ją­cego obok wej­ścia do bu­dynku ad­mi­ni­stra­cji. W rę­kach trzy­mał ku­bek. Pew­nie ten sam, który wi­dzia­łem przez okno. Na pierw­szy rzut oka przy­po­mi­nał mi Świę­tego Mi­ko­łaja. Wy­soki, z wiel­kim brzu­chem, krótką, siwą brodą oraz wło­sami w tym sa­mym ko­lo­rze na­prawdę wy­glą­dał cho­ler­nie uro­czo. Bra­ko­wało mu tylko re­ni­fera i wiel­kiego worka. Pięk­nie, skrzat i Mi­ko­łaj. Kurwa, gdyby nie był to śro­dek lata, po­my­ślał­bym, że prze­nio­słem się na Bie­gun Pół­nocny.

– Dzień do­bry – po­wie­dział do mnie, kiedy za­trzy­ma­li­śmy się przed nim. – Wi­dzę, że Ninka już się pa­nem za­jęła – do­dał i z uśmie­chem wska­zał na skrzata. Zi­gno­ro­wa­łem to tak jak i całą jej obec­ność.

– Bry – mruk­ną­łem pod no­sem. – Fi­lip Graff – do­da­łem, wy­cią­ga­jąc do niego rękę. Jak na Mi­ko­łaja miał cał­kiem silny uścisk. – Mia­łem zro­bić tu­taj ja­kieś zdję­cia – wy­ja­śni­łem.

– Ka­je­tan Zie­liń­ski – od­po­wie­dział. Ulżyło mi. Gdyby miał na imię Mi­ko­łaj, jak nic par­sk­nął­bym śmie­chem po raz trzeci. A to byłby już re­kord. – Tak, wszystko wiem. Ja­siek mó­wił, że pan wpad­nie.

– Pro­szę mó­wić mi „Fi­lip” – rzu­ci­łem. W moim fa­chu le­piej od razu po­zbyć się kon­we­nan­sów, które tylko utrud­niały kon­takt z klien­tem.

– Ja­sne. A mnie wo­łają tu­taj „Kaj­tek” – od­parł z uśmie­chem.

Kaj­tek. No pew­nie. Czemu nie. Gość był wyż­szy ode mnie. Jed­nak Kaj­tek. Ab­sur­dal­ność tej sy­tu­acji za­czy­nała mnie prze­ra­żać.

– To kiedy mo­gli­by­śmy za­czy­nać? W ja­kie dni je­steś wolny? – za­py­tał mnie, a ja po­now­nie od­no­to­wa­łem uży­cie liczby mno­giej przez ko­lejną już osobę.

– Dzi­siaj? – od­po­wie­dzia­łem py­ta­niem, roz­ba­wia­jąc tym sa­mym Ninę. Spoj­rza­łem na nią z ukosa i skrzy­wi­łem się lekko, kiedy zo­ba­czy­łem jej ro­ze­śmianą bu­zię. Kurwa, ten dzie­ciak był tak prze­ra­ża­jąco bez­tro­ski, że aż mnie to draż­niło.

– No… dzi­siaj to pew­nie nie zdą­żysz. Za chwilę wo­lon­ta­riu­sze koń­czą wy­pro­wa­dza­nie psów na spa­cer­niak. A tro­chę tych psia­ków tu mamy.

Cho­lera, za­czy­na­łem się de­ner­wo­wać. Nie, że­bym od po­czątku był ja­kiś wy­jąt­kowo spo­kojny, ale to już była lekka prze­sada. Chcia­łem do­wie­dzieć się w końcu, czego ode mnie po­trze­bo­wali. Bo nie wie­rzy­łem ja­koś w to, że uda mi się z tego wy­mik­so­wać. Ja­nek by mi tego nie wy­ba­czył, a ak­tu­al­nie był je­dyną osobą, na któ­rej jesz­cze mi za­le­żało.

– Czego kon­kret­nie ocze­ku­je­cie? – za­py­ta­łem w końcu, a skrzat znów się za­śmiał. Zgro­mi­łem ją wzro­kiem, przez co par­sk­nęła jesz­cze gło­śniej i od­wró­ciła wzrok.

– Co cię tak bawi? – za­py­ta­łem w końcu. Kaj­tek przy­glą­dał się nam ze zmarsz­czo­nymi brwiami. Chyba sam nie wi­dział w tej sy­tu­acji ni­czego śmiesz­nego.

– Ty, duży, zły wilku – od­parła i po­ka­zała mi ję­zyk.

Po­ka­zała. Mi. Ję­zyk.

– Nie wiem, o co tu cho­dzi i chyba nie chcę wie­dzieć – rzu­cił ci­cho szef tego przy­bytku, zwra­ca­jąc na sie­bie moją uwagę. – Więc może do brzegu… Mamy tu­taj sto pięć­dzie­siąt dzie­więć psów, dzie­więt­na­ście ko­tów i jedną kozę – wy­mie­nił. – Nie mam po­ję­cia, ile czasu zaj­mie ci sfo­to­gra­fo­wa­nie ich wszyst­kich. Wiem też, że ro­bisz to za darmo, więc nie mam prawa ni­czego ocze­ki­wać. Im szyb­ciej jed­nak, tym le­piej, sam ro­zu­miesz – mó­wił da­lej, ale ja wciąż sku­pia­łem się je­dy­nie na tej licz­bie. Że co, do cho­lery?!

– Czyli mam zro­bić zdję­cia im wszyst­kim? – prze­rwa­łem mu.

– Yyy… No tak… Tak mó­wił Ja­siek. Za­ła­twił nam ko­goś do stwo­rze­nia strony in­ter­ne­to­wej. Po­trze­bu­jemy tylko zdjęć, by ru­szyć z ak­cją ad­op­cyjną. My­śla­łem, że o tym wiesz… – Kaj­tek spoj­rzał na mnie zmie­szany, skrzat przy­gry­zał wargi, pró­bu­jąc opa­no­wać śmiech, a psy szcze­kały.

– Kurwa… – mruk­ną­łem pod no­sem i prze­tar­łem twarz.

Spoj­rza­łem w niebo. Boże, po­my­śla­łem, je­śli ist­nie­jesz, to mu­sisz mieć te­raz cho­lerny ubaw.

Nina

Obie­ca­łam so­bie, że nie po­zwolę, by temu psia­kowi stała się krzywda. Je­śli nie ja, nikt mu nie po­może. By­łam jego ostat­nią na­dzieją, więc od­su­wa­łam lęk na bok i po pro­stu każ­dego dnia sta­ra­łam się zdo­być jego za­ufa­nie.

Wie­dzia­łam, że je­śli mi się nie uda… Nie, o tym nie chcia­łam na­wet my­śleć.

Po­de­szłam do kojca i jak co dzień od paru ty­go­dni usia­dłam na ziemi. Po chwili z budy wy­chy­lił się czarny łeb. Naj­pierw usły­sza­łam wark­nię­cie, ale kiedy ode­zwa­łam się de­li­kat­nie, od razu uci­chło.

– Ha­zar, chodź tu, pie­sku – szep­ta­łam, aż w końcu pies wy­szedł z budy i prze­cią­gnął się tuż przed nią.

Przez parę se­kund po pro­stu na mnie pa­trzył, aż w końcu ru­szył przed sie­bie ze zwie­szo­nym łbem. To, że udało mi się go na­kło­nić do opusz­cze­nia schro­nie­nia, uzna­wa­łam za ogromny suk­ces.

Na samo wspo­mnie­nie ostat­niej próby Pa­tryka aż się wzdry­gam. Chry­ste, ten chło­pak na­oglą­dał się zbyt wielu wąt­pli­wej ja­ko­ści pro­gra­mów o po­skra­mia­czach psów i uznał, że uda mu się okieł­znać Ha­zara. Wszedł do kojca i, oczy­wi­ście, skoń­czyło się to po­gry­zie­niem.

Cza­sami, ale tylko cza­sami, czer­pa­łam z tego sa­tys­fak­cję. Cza­sami my­śla­łam o tym, że Pa­try­kowi się po pro­stu na­le­żało.

Za­raz jed­nak besz­ta­łam się w my­ślach, bo prze­cież nie by­łam taką osobą.

– No, pie­sku – szep­nę­łam, kiedy Ha­zar usiadł z ci­chym po­mru­kiem tuż przede mną.

Wsu­nę­łam dłoń mię­dzy kra­tami i po­zwo­li­łam mu, żeby mnie po­wą­chał. Do­strze­głam de­li­katny ruch jego ogona, jakby się ucie­szył, choć jed­no­cze­śnie spra­wiał wra­że­nie, że wcale nie chce mi tego po­ka­zać.

W końcu wes­tchnę­łam i po­woli wsu­nę­łam przez kraty drugą dłoń z ob­rożą. Udało mi się ja­koś ją za­ło­żyć.

No do­bra, naj­trud­niej­sze mia­łam za sobą. Tak wów­czas my­śla­łam i nie wie­dzia­łam jesz­cze, jak bar­dzo by­łam na­iwna.

Wsta­łam i po­wo­lutku otwo­rzy­łam furtkę, prze­ci­ska­jąc się tak, by nie dać mu moż­li­wo­ści ucieczki. Gdy zna­la­złam się już w środku, moje serce za­częło wa­lić jak osza­lałe. Cho­lera, zro­zu­mia­łam, że ten pies się­gał mi łbem do piersi. Do­piero te­raz w pełni zda­łam so­bie sprawę z tego, że mógłby mi zro­bić krzywdę.

– Do­bry pie­sek. – Sta­ra­łam się, by mój głos po­zo­stał spo­kojny.

Ha­zar ob­ser­wo­wał mnie uważ­nie, ale le­ni­wie. Nic nie wska­zy­wało na to, by chciał mnie, nie wiem, na przy­kład zjeść.

Po­de­szłam bli­żej i schy­li­łam się odro­binę, by przy­piąć do ob­roży smycz.

– Do­bra… – mruk­nę­łam chyba bar­dziej sama do sie­bie niż do psa. Co było w su­mie lo­giczne, w końcu Ha­zar nie miał za­miaru mi od­po­wie­dzieć.

Cho­ciaż… jego pełna zde­gu­sto­wa­nia mina mó­wiła mi cał­kiem sporo.

Otwo­rzy­łam furtkę i po­woli wy­szłam na ze­wnątrz. A Ha­zar jak sie­dział, tak sie­dział.

– No, chodź, pie­sku.

Wes­tchnął. Cho­lera, on na­prawdę wes­tchnął w ja­kiś psi spo­sób, ale w końcu ru­szył za­dek i wstał.

Po­woli, bar­dzo po­woli, wy­szli­śmy na ze­wnątrz.

Ha­zar wy­da­wał się kom­plet­nie nie­za­in­te­re­so­wany spa­ce­rem, ale i tak od­tań­czy­łam w gło­wie ta­niec zwy­cię­stwa, bo po raz pierw­szy w ogóle udało mi się wy­pro­wa­dzić go z kojca bez przy­musu i żad­nej dramy.

I wtedy za­częły się kło­poty.

Na­gle ci­szę przedarł dźwięk od­pa­la­nego gdzieś w po­bliżu auta. Drgnę­łam wy­stra­szona, a Ha­za­rowi to wy­star­czyło, by spa­ni­ko­wać. Pi­snął prze­raź­li­wie i szarp­nął się mocno.

Nie mia­łam szans, by go utrzy­mać. Wa­żył wię­cej niż ja.

Po­le­cia­łam na ko­lana i by­łam je­dy­nie w sta­nie pa­trzeć, jak pies leci w pa­nice przed sie­bie.

– Ha­zar!

Chry­ste. Mu­sia­łam go zła­pać. Co, je­śli ko­muś…

Nie! Nie czas na gdy­ba­nie.

Ze­rwa­łam się na równe nogi i po­bie­głam za nim.

Ko­jec Ha­zara znaj­do­wał się na sa­mym po­czątku schro­ni­ska, bo tu­taj naj­wię­cej kla­tek stało pu­stych. Ten wielki pies nie za do­brze zno­sił to­wa­rzy­stwo… w za­sa­dzie ko­go­kol­wiek.

Wie­dzia­łam więc, że bie­gnąc przed sie­bie, do­trze do wej­ścia i bu­dynku ad­mi­ni­stra­cji. Mia­łam tylko na­dzieję, że Kajtka tam nie ma, bo je­żeli zo­ba­czy, do czego do­pro­wa­dzi­łam, chyba mnie udusi.

– Ha­zar! Stój! – krzyk­nę­łam po­now­nie, po­ko­nu­jąc ostatni wi­raż mię­dzy koj­cami, za któ­rym znik­nął mi pies.

I wtedy go zo­ba­czy­łam.

Tuż przy biu­rze stał wy­soki fa­cet, a Ha­zar le­ciał pro­sto na niego.

Serce za­trzy­mało mi się na uła­mek se­kundy, kiedy pies sko­czył i przy­gwoź­dził tego fa­ceta do ściany swo­imi wiel­kimi ła­pami.

Do­bie­głam do nich w ułamku se­kundy. Zła­pa­łam smycz i pró­bo­wa­łam od­cią­gnąć Ha­zara, ale to było na nic. Nie mia­łam z nim szans.

– Ha­zar! No pro­szę cię, złaź – spró­bo­wa­łam jesz­cze raz.

– Siad. – Usły­sza­łam na­gle po­twor­nie ni­ski, gar­dłowy i za­chryp­nięty głos. Brzmiał tak, jakby jego wła­ści­ciel nie od­zy­wał się do ni­kogo od mie­sięcy.

Jak za­cza­ro­wana ob­ser­wo­wa­łam psa, który się pod­po­rząd­ko­wał. Szybko jed­nak cała moja uwaga sku­piła się na męż­czyź­nie przy­glą­da­ją­cym się mi z za­cie­ka­wie­niem i… roz­draż­nie­niem? Nie by­łam pewna.

Wy­soki, po­stawny, sze­roki w bar­kach – to za­uwa­ży­łam naj­pierw. Po­tem sku­pi­łam spoj­rze­nie na jego twa­rzy po­kry­tej za­nie­dba­nym, tro­chę zbyt dłu­gim za­ro­stem, który jed­nak nie mógł za­sło­nić peł­nych ust. Kiedy zer­k­nę­łam w oczy tego fa­ceta, coś bo­le­śnie ści­snęło mnie w piersi.

Były piękne. Ciemne, obody-fir­st­zone gę­stymi, czar­nymi rzę­sami, ale… smutne. Przy­się­gła­bym, że ni­gdy nie wi­dzia­łam w czy­ichś oczach ta­kich po­kła­dów smutku.

A w na­stęp­nej chwili ten męż­czy­zna się za­śmiał, a ja wie­dzia­łam, że nie było w tym żad­nej we­so­ło­ści.

– Co cię tak bawi? – za­py­ta­łam.

– Ty, skrza­cie – od­parł, a ja wes­tchnę­łam ci­cho, za­sko­czona.

I pew­nie bym się na niego ob­ra­ziła. Pew­nie prych­nę­ła­bym pod no­sem i od­py­sko­wała coś, co pod­wa­ży­łoby fakt, że jed­nak by­łam już do­ro­sła. Pew­nie bym tak zro­biła, gdyby nie ten jego prze­raź­liwy smu­tek, któ­rym ema­no­wał.

Coś jed­nak po­wie­dzieć mu­sia­łam.

– Ha­zar mógł zro­bić ci krzywdę! – sap­nę­łam.

– Po­ra­dził­bym so­bie.

Przyj­rza­łam się mu do­kład­niej. W tam­tej chwili by­łam pewna co do jed­nego: nie ze wszyst­kim ten męż­czy­zna so­bie ra­dził. Coś spra­wiło, że te piękne oczy po­smut­niały, a ja bar­dzo chcia­łam wie­dzieć, co to było.

– Chcę ci zro­bić zdję­cie – szep­czę.

Opie­ramy się o ma­skę opla. Na par­kingu nie ma już ni­kogo wię­cej. Ja. Ona. Świa­tła la­tarni. Księ­życ w pełni nad nami. Nie je­stem ro­man­ty­kiem, nie po­winno to na mnie dzia­łać. A jed­nak. Stoję tu­taj i jak za­cza­ro­wany wpa­truję się w jej cu­downą twarz.

– To nie byłby pierw­szy raz. – Śmieje się.

Ma ra­cję. Kiedy po­zo­wała na tam­tych za­ję­ciach, z każdą chwilą by­łem bar­dziej za­zdro­sny. To głu­pie. Śmieszne. Idio­tyczne. Od tam­tej pory pro­szę ją o zdję­cia chyba co­dzien­nie.

– Chcę, że­byś za­po­zo­wała tylko dla mnie – mó­wię, pod­cho­dząc bli­żej.

Przy­gryza usta. Pra­wie wi­dzę my­śli, ja­kie krążą Jej po gło­wie. Waha się. Kusi Ją wi­zja tego, co może się wy­da­rzyć. Spo­ty­kamy się od pół roku. Nie wiem, czy mi­nęło już wy­star­cza­jąco czasu, by się za­de­kla­ro­wać. Nie chcę jej spło­szyć, ale jed­nego je­stem pe­wien – tylko Ona. Nie li­czy się nikt wię­cej.

Roz­gląda się po pu­stym par­kingu, jakby spo­dzie­wała się, że za chwilę ktoś wy­sko­czy z krza­ków i prze­rwie na­szą randkę.

– Nie tu­taj – uspo­ka­jam Ją.

Uśmie­cha się nieco bar­dziej pew­nie. W końcu kiwa głową i wy­ciąga do mnie dłoń. Ła­pię ją bez za­wa­ha­nia. W mo­jej gło­wie po­ja­wia się myśl: za­wsze cię zła­pię. Po­tem nik­nie w na­tłoku in­nych. Wsia­damy do auta.

Wiem, że tej nocy wszystko się zmieni.

Roz­dział 3

Moje potwory są prawdziwe

All I need is you.

Come ple­ase, I’m cal­lin’

And, oh, I scream for you.

Hurry, I’m fal­lin’.

Nic­kle­back, Sa­vin’ Me

Od dwu­stu sześć­dzie­się­ciu pię­ciu dni czu­łem, że spa­dam. Chcia­łem już do­tknąć ziemi. Zmie­rzyć się z nią, po­zwo­lić, by mnie zmiaż­dżyła. Kie­dyś by­łem już bli­sko. Za­wi­słem kilka cen­ty­me­trów nad nią, a przed upad­kiem uchro­nił mnie Ja­nek. Cza­sami mie­wamy ta­kie sny, w któ­rych na­gle spa­damy. Wy­obraź­cie so­bie czuć to samo na ja­wie. Czuć nie­unik­nioną ka­ta­strofę i nie wie­dzieć, kiedy na­stąpi. Tę­sk­ni­łem więc za upad­kiem. Mia­łem wra­że­nie, że był moim do­brym kom­pa­nem, przy­ja­cie­lem, na po­wrót któ­rego cze­ka­łem. Chcia­łem go po­czuć, a jed­no­cze­śnie nie mia­łem już od­wagi, by to przy­spie­szyć.

Umó­wi­łem się z Kajt­kiem, że przy­jadę ju­tro, by za­cząć se­sję. Nie mógł­bym z tego zre­zy­gno­wać, choć ni­czego bar­dziej nie pra­gną­łem. Je­śli za­wiódł­bym Janka, nie po­tra­fił­bym spoj­rzeć w lu­stro, a już i tak uni­ka­łem wi­doku sa­mego sie­bie. Mój przy­ja­ciel był je­dyną osobą na świe­cie, z któ­rej zda­niem się li­czy­łem.

– Synku! – Usły­sza­łem na­gle na­wo­ły­wa­nie mo­jej są­siadki, które przy­pie­czę­to­wała kil­koma ude­rze­niami drob­nej piąstki w szybę.

No tak, za­po­mnia­łem o Zosi. Z jej zda­niem rów­nież się li­czy­łem. Jej rów­nież na mnie za­le­żało. Czu­łem to, choć nie ro­zu­mia­łem. Miesz­kała w domu obok, a na­sze działki dzie­lił je­dy­nie sfa­ty­go­wany, drew­niany płot. Kie­dyś… Zresztą, nie­ważne.

Otwo­rzy­łem drzwi forda, czym zmu­si­łem ją, by się od­su­nęła. Spoj­rzała na mnie za­tro­ska­nymi oczami osoby, która do­świad­czyła w ży­ciu już wszyst­kiego.

– Dzień do­bry – po­wie­dzia­łem grzecz­nie. – Coś się stało?

– Synku… – Za­tro­ska­nie w jej oczach po­głę­biło się. – Sie­dzisz w au­cie od pół go­dziny.

Za­mkną­łem drzwi i za­sta­no­wi­łem się nad jej sło­wami. Czyżby? Nie by­łem w sta­nie od­po­wie­dzieć na to py­ta­nie. Nie wie­dzia­łem, czy mi­nęła chwila, czy rok. Jed­nak naj­gor­sze było to, że nie­wiele mnie to ob­cho­dziło.

– Za­my­śli­łem się – po­wie­dzia­łem ci­cho.

Zo­sia zła­pała się pod boki, a na jej twa­rzy po­ja­wiło się roz­draż­nie­nie. Do­brze wie­dzia­łem, co to ozna­cza. Bę­dzie pró­bo­wała prze­ko­ny­wać mnie, że czas od­pu­ścić, że czas iść da­lej. A to było nie­moż­liwe. Jak można ru­szyć, skoro przede mną nie było żad­nej drogi, je­dy­nie wielka ściana.

– Chodź – po­wie­działa ostro. – Zro­bi­łam obiad – do­dała, czym mnie za­sko­czyła.

Po­słusz­nie po­dą­ży­łem za nią, bo nie chcia­łem się kłó­cić. Zresztą, tak na­prawdę nie mia­łem ochoty wra­cać do domu. Kiedy prze­kra­cza­łem jego próg, moje płuca za­ci­skały się bo­le­śnie. Bra­ko­wało mi tchu. Serce za­czy­nało dud­nić w piersi. Trzy słowa, ja­kie po­wta­rza­łem so­bie w gło­wie, zmu­szały mnie wtedy, by zro­bić ko­lejny krok. I na­stępny.

Żyć. Ist­nieć. Od­dy­chać. Nic wię­cej.

Pani Zo­sia za­pro­wa­dziła mnie do ja­dalni, gdzie ka­zała mi usiąść przy stole. Po chwili po­sta­wiła przede mną pa­ru­jący ta­lerz z ziem­nia­kami, su­rówką i naj­więk­szym ko­tle­tem, jaki wi­dzia­łem w ży­ciu. Mój brzuch wy­ra­ził apro­batę, mru­cząc gło­śno.

– Synku – usły­sza­łem – po­wi­nie­neś le­piej o sie­bie dbać – zbesz­tała mnie.

– Ro­bię, co mogę.

Obiad zje­dli­śmy w ci­szy, po­pi­ja­jąc go kom­po­tem z wi­śni. Przez chwilę mia­łem wra­że­nie, że znów je­stem na­sto­lat­kiem. Wy­obra­ża­łem so­bie, że pod­no­szę głowę i wi­dzę przed sobą uśmiech­niętą twarz mamy oraz ojca, który po­chyla się do niej, by po­ca­ło­wać ją w po­li­czek. Po­trzą­sną­łem głową, by po­zbyć się ob­ra­zów prze­szło­ści z głowy. Moi ro­dzice zgi­nęli w wy­padku sa­mo­cho­do­wym, kiedy stu­dio­wa­łem gra­fikę kom­pu­te­rową i fo­to­gra­fię. O ich śmierci do­wie­dzia­łem się z ra­dia. Wra­ca­jąc do domu na week­end, usły­sza­łem, że pod na­szym mia­stem do­szło do wy­padku, w któ­rym na miej­scu zgi­nął czter­dzie­sto­sied­mio­letni męż­czy­zna i o dwa lata młod­sza ko­bieta. Pa­mię­tam, że zimny dreszcz prze­biegł przez moje plecy. Zje­cha­łem na po­bo­cze i wy­bra­łem nu­mer mamy. Nie ode­brała. A ja już wie­dzia­łem.

– Znów od­pły­ną­łeś. – Usły­sza­łem na­gle. Głos pani Zosi był w tej chwili tak nie­spo­dzie­wany, że aż drgną­łem na krze­śle i prze­wró­ci­łem szklankę, która na szczę­ście była już pu­sta.

– Prze­pra­szam – wy­du­ka­łem.

Pani Zo­sia przez chwilę mil­czała. Wpa­try­wała się we mnie zbyt in­ten­syw­nie jak na ko­goś, kto do­bi­jał już do osiem­dzie­siątki. Po­czu­łem się nie­swojo.

– Kiedy się tu­taj wpro­wa­dzi­li­ście, do­piero co po­cho­wa­łam Sta­sia – za­częła mó­wić, a ja przy­mkną­łem oczy. Nie chcia­łem tego słu­chać. – Wie­dzie­li­ście o tym. Pa­mię­tasz, za­py­ta­łeś o tamto zdję­cie. – Wska­zała na fo­to­gra­fie sto­jące na ko­minku. Były świet­nej ja­ko­ści, cho­ciaż po­wstały pół wieku wcze­śniej. By­łem nimi za­chwy­cony. – To nie jest tak, że je­śli je­steś stary, to ła­twiej jest po­go­dzić się ze śmier­cią. Za­sko­czyła mnie, choć w tym wieku ra­czej po­win­nam się jej spo­dzie­wać. – Spoj­rza­łem na nią. Jej wzrok był nie­obecny, a na ustach drgał lekki uśmiech osoby po­go­dzo­nej ze świa­tem. – Do dziś tę­sk­nię – kon­ty­nu­owała. – Każ­dego dnia tak samo. Ten ból ni­gdy nie mija.

– Po co pani mi to mówi? – za­py­ta­łem może zbyt ostro i wsta­łem od stołu. Chcia­łem uciec.

– Synku, mó­wię ci to po to, byś otwo­rzył oczy. Nie prze­sta­niesz tę­sk­nić. Po­gódź się z tym.

Otwie­ra­łem i za­my­ka­łem usta, by móc coś po­wie­dzieć. Nie umia­łem. Do­pa­dło mnie na­gle ogromne zmę­cze­nie. Prze­tar­łem twarz, ale to nie po­mo­gło. Pod pal­cami, które mi­nęły moje po­wieki, po­czu­łem wil­goć.

– Dzię­kuję za obiad. – Tyle udało mi się wy­du­sić, za­nim wy­sze­dłem.

– Prze­suń się w lewo – roz­ka­zuję, zer­ka­jąc przez wi­zjer apa­ratu. Wi­dzę, że stoi za bli­sko drzewa, które daje spory cień. Ostat­nie pro­mie­nie słońca mi­gają mię­dzy ga­łę­ziami, co po­winno dać świetny bo­keh, je­śli zmie­nimy po­zy­cję.

– Rzą­dzisz się – mówi, ale za­dziorny uśmiech po­ja­wia się na Jej twa­rzy. Robi to, o co pro­si­łem.

– A ty to lu­bisz – od­po­wia­dam, na­dal ob­ser­wu­jąc Ją przez obiek­tyw apa­ratu.

– Cóż… – Wie­dzia­łem! Pod­no­szę głowę i uśmie­cham się pod no­sem. Wi­dzi to, bo znów przy­gryza wargę. Cho­lera, wiem, jak działa na nią mój uśmiech, a mimo to cią­gle za­chwy­cam się Jej re­ak­cjami.

– Skar­bie… – Kiedy tak mnie na­zywa, mam pew­ność, że bę­dzie chciała się po­dro­czyć.

– Hm?

– Po pra­wej mia­łeś lep­sze świa­tło. – A nie mó­wi­łem?!

– Nie­prawda. – Może ma tro­chę ra­cji, ale prze­cież Jej tego nie po­wiem.

– Nie znasz się – od­po­wiada i wraca pod drzewo. Cho­lera, na­prawdę miała ra­cję. Pod­cho­dzi bli­żej, a ob­ra­zek za Jej ple­cami pięk­nie się roz­mywa. Wy­gląda te­raz jak zjawa.

– Je­steś nie­moż­liwa… – A ja i tak Cię ko­cham.

Ro­bię pierw­szą se­rię zdjęć.

Roz­dział 4

Pewnego dnia

And there’s no goin’ back,

If I get trap­ped, I’ll ne­ver heal.

Yeah, my mon­sters are real.

Shi­ne­down, Mon­sters

Dwie­ście sześć­dzie­siąt sześć. Ta liczba po­ja­wiła się w moim umy­śle, kiedy tylko otwo­rzy­łem oczy. Me­lo­dia bu­dzika prze­ry­wała ci­szę, a ja nie mia­łem siły pod­nieść dłoni i wy­łą­czyć tego ustroj­stwa. Le­ża­łem w łóżku i li­czy­łem od­de­chy. Po prze­bu­dze­niu nie było ich wcale. Mu­sia­łem przy­po­mnieć so­bie, jak na­brać po­wie­trza w płuca, jak zmu­sić je do pracy, by sta­wić czoła światu ko­lejny raz. Mia­łem wra­że­nie, że z każ­dym dniem było to trud­niej­sze.

Na­gle te­le­fon za­milkł, by w na­stęp­nej se­kun­dzie roz­brzmieć dźwię­kiem przy­cho­dzą­cego po­łą­cze­nia. Wal­cząc z sa­mym sobą, wy­cią­gną­łem dłoń i chwy­ci­łem apa­rat. Wy­świe­tlacz po­ka­zy­wał mi nie­znany nu­mer.

– Ta? – rzu­ci­łem, ode­braw­szy.

– Hejka! – Usły­sza­łem dźwięczny, zbyt ra­do­sny głos. – Cze­kam już na cie­bie, a tro­chę się spie­szę, więc… Je­dziesz już?

Co, do kurwy, po­my­śla­łem. Pod­nio­słem się i usia­dłem, plą­cząc w po­ścieli. Mil­cza­łem, bo nie by­łem w sta­nie ze­brać my­śli na tyle, by zgad­nąć, kto do mnie dzwoni i po co.

– Halo? – Ko­bieta rzu­ciła do słu­chawki, a jej ton wska­zy­wał na zmar­twie­nie po­łą­czone z roz­draż­nie­niem.

– To chyba po­myłka… – wy­mam­ro­ta­łem w końcu i już chcia­łem się roz­łą­czyć, gdy usły­sza­łem wark­nię­cie:

– Ani mi się waż! – Zdę­bia­łem. – Wiem, że chcesz się z tego wy­co­fać. Nie in­te­re­suje mnie dla­czego, ale na to nie po­zwolę. Te psiaki za­słu­gują na dom, a Ja­nek obie­cał, że po­mo­żesz!

Wszystko stało się ja­sne. Wła­ści­cielką głosu była ta dziew­czyna. Cho­lera, jak jej było na imię? Pau­lina? An­to­nina? Nie, ja­koś ina­czej… Pró­bo­wa­łem zmu­sić mój stę­piony umysł do mi­ni­mal­nego wy­siłku, jed­nak chyba nie mia­łem łącz­no­ści z bazą.

– Wy­bacz. Nie roz­po­zna­łem nu­meru – rzu­ci­łem w końcu, po­sta­na­wia­jąc, że pro­ble­mem imie­nia zajmę się póź­niej. – Już się zbie­ram – do­da­łem i na­ci­sną­łem czer­woną słu­chawkę.

Obie­ca­łem Ja­siowi, że zro­bię te zdję­cia. Prze­tar­łem twarz i po do­brych kilku mi­nu­tach ru­szy­łem się z łóżka. Wsze­dłem pod prysz­nic i po­zwo­li­łem, by zimna woda spłu­kała ze mnie sta­gna­cję, w ja­kiej trwa­łem od… od dawna. Wie­dzia­łem, że to na nic, ale cho­ciaż mo­głem li­czyć na to, że się obu­dzę.

Resztę czyn­no­ści wy­ko­ny­wa­łem na au­to­ma­cie. Co prawda, nie wy­ma­gały głęb­szej re­flek­sji, ale do­brze ro­zu­mia­łem, że za­zwy­czaj lu­dzie my­ślą o czym­kol­wiek, kiedy roz­po­czy­nają nowy dzień. Ja nie by­łem w sta­nie zmu­sić się do ni­czego. Żeby je­chać do schro­ni­ska, mu­sia­łem się ubrać, więc to zro­bi­łem. Wy­sze­dłem z sy­pialni i zbie­głem po scho­dach, sta­ra­jąc się nie roz­glą­dać na boki. Za­wsze spę­dza­łem w domu mi­ni­malną ilość czasu. Tyle, by zro­bić, co trzeba, i jed­no­cze­śnie nie zwa­rio­wać. Od­pu­ści­łem so­bie śnia­da­nie, i tak nie czu­łem głodu.

Z fo­tela przy wej­ściu zgar­ną­łem torbę ze sprzę­tem. Otwo­rzy­łem ją, po czym spraw­dzi­łem, czy wszystko jest. Wo­zi­łem ją ze sobą wszę­dzie, więc wąt­pi­łem, by cze­go­kol­wiek bra­ko­wało. Jed­nak z dru­giej strony nie pa­mię­ta­łem, kiedy ostat­nio ro­bi­łem zdję­cia, więc mógł­bym się zdzi­wić. Na­gle za­sty­głem z obiek­ty­wem w dłoni. Do­tarło do mnie, że od ty­go­dni nie mia­łem żad­nego zle­ce­nia. Nie by­łem na­wet pe­wien, czy opła­ci­łem wszyst­kie ra­chunki, czy wy­sła­łem ostat­nią se­sję. Kurwa. Prze­tar­łem twarz, ma­jąc wra­że­nie, że ten gest stał się moim zna­kiem roz­po­znaw­czym. Ro­bi­łem to, jak­bym li­czył, że dłońmi ze­trę ze swo­jej du­szy mgłę, która spo­wiła mnie, kiedy…

Za­mkną­łem oczy. Sku­pi­łem się na od­de­chu. Je­den, drugi, trzeci… Wra­ca­łem. Po chwili by­łem na­wet w sta­nie wyjść z domu, wsiąść do forda i po­je­chać przed sie­bie. By­łem tak roz­ko­ja­rzony, że przez chwilę za­sta­na­wia­łem się, do­kąd w ogóle mia­łem się udać.

Schro­ni­sko. No wła­śnie.

Miesz­ka­łem na przed­mie­ściach, a mój cel znaj­do­wał się po dru­giej stro­nie tego uro­czego, gór­skiego ku­rortu, który stał się moim pie­kłem i nie­bem jed­no­cze­śnie. Mu­sia­łem prze­bić się przez za­kor­ko­wane ulice. Wła­śnie roz­po­czy­nały się wa­ka­cje, które ścią­gały tu­taj rze­sze tu­ry­stów głod­nych przy­gód. A ja ich wszyst­kich szcze­rze nie­na­wi­dzi­łem, choć do nie­dawna sta­no­wili moje główne źró­dło utrzy­ma­nia.

Kiedy już za­trzy­ma­łem się na ma­łym par­kingu przed schro­ni­skiem, mi­jała go­dzina od te­le­fonu wku­rzo­nego skrzata. To chyba dość długo, po­my­śla­łem, kiedy zo­ba­czy­łem roz­wście­czoną dziew­czynę, która stała w otwar­tej furtce z za­ło­żo­nymi na pier­siach rę­koma. By pod­kre­ślić emo­cje, za­wzię­cie tu­pała nogą odzianą w zno­szo­nego trampka. Ró­żo­wego. Tak jak jej włosy, które dzi­siaj zwią­zała na czubku głowy.

Wpa­try­wa­łem się w nią do­brą chwilę. Nina. Wła­śnie. Tak miała na imię. Dzi­siaj znów miała na so­bie fla­ne­lową ko­szulę. Znów była prze­wią­zana w bio­drach tak, że pra­wie w ca­ło­ści za­sła­niała krót­kie spodenki, opi­na­jące wy­jąt­kowo blade nogi. Zgrabne nogi. Trzeba było to przy­znać. Otrzą­sną­łem się z tego wra­że­nia, czu­jąc ir­ra­cjo­nalne wy­rzuty su­mie­nia. Wes­tchną­łem głę­boko i wy­gra­mo­li­łem się z auta.

– Cześć – mruk­ną­łem do skrzata, który od razu pod­szedł bli­żej.

– Spóź­ni­łeś się.

– Mhm.

Wy­ją­łem torbę i mi­ną­łem Ninę, by po chwili po­dejść już do drzwi biura. Te jed­nak oka­zały się być za­mknięte. Od­wró­ci­łem się i zer­k­ną­łem na dziew­czynę, która przy­truch­tała tu za mną.

– Kajtka nie ma – po­wie­działa. – Po­je­chał na in­ter­wen­cję.

Po­ki­wa­łem głową. Mil­czała, mie­rząc mnie spoj­rze­niem. Przez chwilę uda­wało mi się utrzy­my­wać kon­takt wzro­kowy, jed­nak szybko znu­dziła mi się ta gra. Prze­tar­łem twarz i po­wie­dzia­łem ostro:

– To mo­żemy za­czy­nać czy nie? Nie mam ca­łego dnia.

– Uro­czy – skwi­to­wała moje wark­nię­cie, a na jej twa­rzy po­ja­wił się uśmiech. Kurwa, uśmiech. Nie wie­dzia­łem, czy jest sza­lona, czy po pro­stu głu­pia, ale po­sta­no­wi­łem tego nie ko­men­to­wać.

– Za­czy­namy od Ha­zara? – rzu­ci­łem, bo chcia­łem mieć to już za sobą. O dziwo, imię psa za­pa­mię­ta­łem bez pro­blemu. Wie­dzia­łem też, że jego ko­jec jest pierw­szy. Tro­chę li­czy­łem na to, że dzi­siaj po­now­nie zo­ba­czę zro­zu­mie­nie w jego oczach. Tym­cza­sem uj­rza­łem tro­skę w spoj­rze­niu Niny. – Co jest? – do­da­łem, a na plecy wstą­pił mi zimny pot.

– Ha­zar ugryzł pra­cow­nika schro­ni­ska, kiedy ten przy­niósł mu je­dze­nie – wy­tłu­ma­czyła. – Nic strasz­nego się nie stało, ale to duży pies, więc mo­gło być na­prawdę źle…

Od­wró­ciła wzrok. Wy­raź­nie nie chciała mi cze­goś po­wie­dzieć. I są­dząc po jej mi­nie, jej rów­nież to się nie po­do­bało.

– Mogę go zo­ba­czyć? – za­py­ta­łem, choć je­śli ktoś za­py­tałby mnie dla­czego, nie umiał­bym od­po­wie­dzieć.

– Ja­sne. – Wy­raź­nie się zmie­szała. – Jest w swoim kojcu. Słu­chaj, nie­któ­rzy su­ge­rują uśpie­nie… Kaj­tek póki co nie chce o tym sły­szeć, ale je­śli sy­tu­acja się po­wtó­rzy… – Nie do­koń­czyła.

Skie­ro­wała się w stronę, z któ­rej do­cie­rało do nas uja­da­nie psów. Ru­szy­łem za nią, po­pra­wia­jąc pa­sek torby na ra­mie­niu. Sta­ra­łem się nie my­śleć o lo­sie, na jaki chciano ska­zać Ha­zara. By­łem pe­wien, że gdy­bym po­świę­cił temu cho­ciaż se­kundę, mo­głoby to skoń­czyć się źle. W końcu ile zła może znieść du­sza czło­wieka? Przy­naj­mniej moja zbli­żała się już do kresu swo­jej wy­trzy­ma­ło­ści. A ka­ra­nie psa za to, w ja­kim świe­cie żyje, wy­da­wało mi się skraj­nie nie­spra­wie­dliwe.

Nina za­trzy­mała się przy kojcu, do któ­rego parę dni temu za­pro­wa­dzi­łem Ha­zara. Za­uwa­ży­łem masę sier­ści wy­sta­jącą z otworu w bu­dzie. Obok niej stała mi­ska z nie­tkniętą karmą. Spoj­rza­łem na dziew­czynę, uno­sząc brew.

– Nie chce jeść. Ugryzł Pa­tryka, kiedy pró­bo­wał na­kło­nić go do je­dze­nia. Pra­wie nie wy­cho­dzi z tej budy.

Wes­tchną­łem głę­boko, po­ło­ży­łem torbę na ziemi i od­cią­gną­łem sko­bel w furtce, by po chwili za­mknąć ją już za sobą.

– Fi­lip! – krzyk­nęła Nina. – To nie­bez­pieczne!

– Ci­cho bądź – rzu­ci­łem i sku­pi­łem się na za­mie­sza­niu w bu­dzie.

Ha­zar wark­nął zło­wiesz­czo i wy­szedł na ze­wnątrz. Spoj­rzał na mnie spode łba, po czym po­ka­zał zęby. Kurwa. Za­dzia­ła­łem in­stynk­tow­nie. Przy­kuc­ną­łem i spu­ści­łem wzrok na czubki wła­snych bu­tów.

– Już do­brze, stary – wy­mru­cza­łem ci­cho.

Po chwili usły­sza­łem ude­rza­nie wiel­kich łap o skle­pie­nie ziemi. Pies pod­szedł do mnie i trą­cił moją twarz mo­krym no­sem. Pod­nio­słem spoj­rze­nie, któ­rym zrów­na­łem się z brą­zo­wymi śle­piami pa­trzą­cymi na mnie te­raz z nie­mym wy­rzu­tem. Unio­słem dłoń i po­dra­pa­łem go za uchem, sły­sząc za swo­imi ple­cami nie­do­wie­rza­jącą Ninę:

– Nie­moż­liwe… – wy­szep­tała.

Wsta­łem i pod­sze­dłem bli­żej budy. Ukuc­ną­łem przy mi­sce i wska­za­łem na nią. Ha­zar przy­drep­tał do mnie i usiadł. Uśmiech­ną­łem pod no­sem, kiedy zo­ba­czy­łem, jak zerka na mnie co chwilę. Ewi­dent­nie pró­bo­wał uda­wać, że pełna mi­ska to nie jego sprawka.

– Masz jeść – po­wie­dzia­łem, a kiedy na mnie spoj­rzał, do­da­łem: – Se­rio, stary. I za­cho­wuj się. Nie gry­ziemy lu­dzi, ok? Lu­dzie chcą ci po­móc.

Nie wiem, czy mnie zro­zu­miał. Pew­nie nie. Ale pa­trzył na mnie in­ten­syw­nie, jakby chciał mi coś po­wie­dzieć. Po­chy­li­łem się nad nim i po­dra­pa­łem go za uchem. Prze­chy­lił głowę, mru­żąc oczy. Wów­czas nie wy­trzy­ma­łem, za­śmia­łem się w głos. I choć szybko zmu­si­łem się do opa­no­wa­nia, to chwi­lowe uczu­cie ra­do­ści było dla mnie jed­no­cze­śnie prze­ra­ża­jące i wspa­niałe. Wy­raź­niej­sze jed­nak były wy­rzuty su­mie­nia, które od razu po­czu­łem.

Od­chrząk­ną­łem ner­wowo i wsta­łem. Ha­zar rów­nież. Spoj­rzał na mnie nie­spo­koj­nie i pi­snął ni­czym szcze­niak, któ­rym już od dawna nie był.

– Zo­stań – rzu­ci­łem gło­śno.

Usiadł po­now­nie i od­pro­wa­dził mnie wzro­kiem do furtki. Kiedy za­mkną­łem ją za sobą i za­su­ną­łem sko­bel, za­uwa­ży­łem, że rzu­cił się na je­dze­nie w mi­sce.

– Ni­gdy nie wi­dzia­łam cze­goś po­dob­nego. – Usły­sza­łem Ninę. Przy­znam się, że na chwilę za­po­mnia­łem, że tu­taj była. – Masz do­świad­cze­nie z le­on­ber­ge­rami?

– Z czym? – za­py­ta­łem.

– Czyli nie masz… Ha­zar to le­on­ber­ger. Rzadka rasa. Szcze­niaki kosz­tują na­wet kilka ty­sięcy. Tra­fił tu­taj, kiedy jego wła­ści­ciel zgi­nął na­gle w wy­padku – wy­tłu­ma­czyła.

Coś dziw­nego ści­snęło moje serce. Zła­pa­łem się za klatkę pier­siową, pró­bu­jąc roz­ma­so­wać ból, który tam się po­ja­wił. Wie­dzia­łem jed­nak, że on ni­gdy nie znik­nie. Na­wet się nie stępi, po pro­stu bę­dzie czę­ścią mnie. Z tym jed­nym, tylko z tym, zdą­ży­łem się po­go­dzić.

– Źle znosi sa­mot­ność – kon­ty­nu­owała Nina wpa­trzona w Ha­zara. Na mnie nie zwra­cała uwagi. I do­brze. Ba­łem się, co mo­głaby zo­ba­czyć w mo­ich oczach. – Le­on­ber­gery są zwane ła­god­nymi lwami. I słusz­nie. Wy­glą­dają jak be­stie, a po­trze­bują je­dy­nie to­wa­rzy­stwa, cie­pła i opieki.

Na­gle spoj­rzała na mnie i zmarsz­czyła brwi, jakby so­bie o czymś przy­po­mniała. Od­chrząk­ną­łem ner­wowo i spoj­rza­łem w bok.

– Mo­żem za­czy­nać? – za­py­ta­łem. Czu­łem, że każda chwila tu­taj spy­cha mnie co­raz bli­żej prze­pa­ści. Nie wie­dzia­łem dla­czego, ale by­łem pe­wien, że wła­śnie tak jest.

Nina po­ki­wała głową. Po­pro­wa­dziła mnie da­lej przez schro­ni­sko aż do wy­biegu, na któ­rym za­uwa­ży­łem kilka osób wy­pro­wa­dza­ją­cych małe psy. Od nich mia­łem za­cząć. Uwi­ja­łem się w pracy, by jak naj­szyb­ciej ją skoń­czyć, jed­nak po krót­kiej chwili zro­zu­mia­łem, że to za­ję­cie spra­wia mi ra­dość. Uspa­ka­ja­łem się z apa­ra­tem w ręku. Moja udrę­czona du­sza od­naj­dy­wała w fo­to­gra­fo­wa­niu choć mi­ni­malne uko­je­nie. Być może dla­tego, że wów­czas sku­pia­łem się je­dy­nie na eks­po­zy­cji, wła­ści­wym ka­drze, od­po­wied­nich pa­ra­me­trach, dzięki któ­rym mógł­bym uchwy­cić piękno zwie­rza­ków. Nie mia­łem na­wet chwili na my­śle­nie.

– Może zro­bimy so­bie prze­rwę? – Usły­sza­łem po pew­nym cza­sie głos Niny. – Kaj­tek już wró­cił. Przy­wiózł no­wego pod­opiecz­nego oraz pizzę. – Za­śmiała się.

Po­ki­wa­łem głową, kiedy mój żo­łą­dek za­bur­czał w od­po­wie­dzi za mnie. W tej chwili by­li­śmy sami, bo ostat­nia grupa na dziś zdą­żyła opu­ścić plac.

– Ile psów już zro­bi­li­śmy? – za­py­ta­łem, gdy Nina pro­wa­dziła mnie znów do biura Kajtka.

– Ja­kieś trzy­dzie­ści – od­parła, zer­ka­jąc na mnie przez ra­mię.

Po­tkną­łem się o wy­sta­jący ko­rzeń przez to jej spoj­rze­nie. Jak mo­głem, sta­ra­łem się uni­kać jej oczu, które prze­wier­cały moją du­szę na wskroś i nie­po­ko­iły za każ­dym ra­zem, gdy się z nimi spo­ty­ka­łem. Do tego drobny uśmiech, który wciąż miała na twa­rzy, i po­godne na­sta­wie­nie po­wo­do­wały, że czu­łem się jesz­cze go­rzej z sa­mym sobą. Do­brze wie­dzia­łem, że marne ze mnie to­wa­rzy­stwo. Jed­nak nie mo­głem i nie chcia­łem nic z tym zro­bić.

Za­trzy­ma­li­śmy się pod biu­rem, któ­rego drzwi tym ra­zem były otwarte na oścież. Ze środka do­bie­gał nas pod­nie­siony głos Kajtka, który naj­wy­raź­niej kłó­cił się z kimś przez te­le­fon. Nina we­szła tam jakby ni­gdy nic, a mnie nie po­zo­stało nic in­nego, jak ru­szyć za nią. Ka­je­tan kiw­nął na nas i wska­zał pizzę, która cze­kała na jego biurku. By­łem głodny, wście­kle głodny, więc nie cze­ka­łem na wię­cej za­pro­szeń. Nina po­dała mi pierw­szy ka­wa­łek na pa­pie­ro­wym ta­le­rzu, a ja wcią­gną­łem go w se­kundę, przy­słu­chu­jąc się roz­mo­wie dy­rek­tora schro­ni­ska.

– Stary, do­piero wró­ci­łem z in­ter­wen­cji – mó­wił. – Nie wi­dzia­łeś tego psa, jest w tra­gicz­nym sta­nie.

Spoj­rza­łem na Ninę, która tylko za­ci­snęła zęby i odło­żyła nie­tknięty ka­wa­łek pizzy na biurko. Wstała i za­częła prze­cha­dzać się po biu­rze. Jej twarz wy­ra­żała tak wiele emo­cji, że nie by­łem w sta­nie po­jąć, jak mogą zmie­ścić się w tak ma­łym ciele.

– Nie od­dam psa tej gni­dzie, choćby to była ostat­nia rzecz, jaką zro­bię w ży­ciu! – Kaj­tek wark­nął do słu­chawki, roz­łą­czył się i rzu­cił te­le­fon na biurko.

– Ten par­szywy su­kin­syn my­śli, że je­śli jest szy­chą, to może bez­kar­nie mal­tre­to­wać zwie­rzęta – po­wie­dział do Niny. – Przy­wieź­li­śmy dzi­siaj psa. Po­bity, wy­chu­dzony, za­lęk­niony. Ale to pies jed­nego z rad­nych, któ­remu wy­daje się, że może wszystko. – Spoj­rzał na mnie.

Usły­sza­łem, jak Nina ci­cho za­klęła za mo­imi ple­cami. Nie wie­dzia­łem, co po­wie­dzieć. Nie chcia­łem się mie­szać w nie moje sprawy. Po­ki­wa­łem jed­nak głową na po­twier­dze­nie, że ro­zu­miem ich złość. Z ca­łej na­szej trójki chyba tylko ja mia­łem świa­do­mość, że świat jest po­je­ba­nym miej­scem, w któ­rym coś ta­kiego jak spra­wie­dli­wość po pro­stu nie ist­nieje. Z pew­no­ścią jed­nak ist­nieje w nim wła­dza, i to ona ma naj­wię­cej do po­wie­dze­nia.

– Coś wy­my­ślimy. – Ci­szę prze­rwała Nina.

Od­wró­ci­łem się i spoj­rza­łem na nią ką­tem oka. Słońce, które za­glą­dało przez okno, spo­wiło ją dziw­nym bla­skiem, przez który jesz­cze bar­dziej przy­po­mi­nała mi skrzata. Albo wróżkę. Tak, zde­cy­do­wa­nie to dru­gie okre­śle­nie bar­dziej do niej pa­so­wało. Przez głowę prze­le­ciała mi myśl, czy wielce nie­sto­sow­nym by­łoby, gdy­bym zro­bił jej te­raz zdję­cie. Zbesz­ta­łem się jed­nak od razu za ta­kie po­my­sły. Sa­mot­ność, jaką wy­bra­łem, po­wo­do­wała, że tra­ci­łem zdrowy roz­są­dek.

Kaj­tek usiadł ciężko na swoim fo­telu, który za­trzesz­czał zło­wrogo. Sam za­sta­na­wia­łem się je­dy­nie, ja­kim cu­dem w ogóle się na nim zmie­ścił. Po­ki­wał głową, a na jego twa­rzy po­ja­wił się lekki uśmiech, w któ­rym jed­nak nie było zbyt wiele na­dziei.

– Jak wam idzie? – Skie­ro­wał py­ta­nie w prze­strzeń, więc mil­cza­łem. Li­czy­łem na to, że Nina rzuci się pierw­sza do od­po­wie­dzi, jed­nak ta rów­nież się nie ode­zwała. Wes­tchną­łem gło­śno i po­wie­dzia­łem:

– Po­woli do przodu.

Skrzat za moim ple­cami par­sk­nął ci­cho, a Kaj­tek spoj­rzał na mnie ze zdzi­wie­niem. No tak, nie wszyst­kim lu­dziom mó­wie­nie spra­wiało wręcz fi­zyczny ból. Wzru­szy­łem ra­mio­nami i wzią­łem so­bie ko­lejny ka­wa­łek pizzy.

– Zro­bi­li­śmy ma­lu­chy – po­wie­działa Nina. – Dzi­siaj jesz­cze ru­szymy ze śred­nia­kami, ale tych jest wię­cej, więc pew­nie bę­dziemy po­trze­bo­wali jesz­cze kilku dni, żeby skoń­czyć.

Kaj­tek po­ki­wał głową i wdał się w roz­mowę ze skrza­tem. Roz­pra­wiali nad lo­sem po­szcze­gól­nych psów, mó­wili o ostat­nich ad­op­cjach. Nie wtrą­ca­łem się i też nie­zbyt do­kład­nie słu­cha­łem ich roz­mowy. Mo­gli mnie na­wet uznać za gbura, jed­nak nie in­te­re­so­wało mnie to ja­koś szcze­gól­nie. Mia­łem swoje za­da­nie, chcia­łem więc je wy­ko­nać i znów wró­cić do mo­jej po­nu­rej, sza­rej eg­zy­sten­cji. Dla­tego po ko­lej­nym ka­wałku pizzy wsta­łem, wzią­łem torbę i ru­szy­łem do wyj­ścia, rzu­ca­jąc:

– Idziemy.

Do­piero w drzwiach zro­zu­mia­łem, że prze­rwa­łem im w po­ło­wie zda­nia. No cóż. Nina spoj­rzała na mnie z unie­sioną brwią. Do­piero te­raz za­uwa­ży­łem, że miała w tym miej­scu kol­czyk. Ostat­nio ja­koś nie na­le­ża­łem do spo­strze­gaw­czych osób.

– Skoro tak ład­nie pro­sisz… – po­wie­działa ci­cho i ru­szyła za mną.

Po­że­gnał nas jesz­cze re­chot Kajtka. My­śla­łem, że uniknę roz­mowy, jed­nak naj­wy­raź­niej wszech­świat chciał się na mnie ze­mścić za wszyst­kie moje podłe czyny. Gdy bo­wiem do­tar­li­śmy na wy­bieg, oka­zało się, że psów nie ma. Od strony koj­ców zmie­rzał ku nam młody chło­pak.

– Mu­si­cie chwilę po­cze­kać. Jesz­cze trwa kar­mie­nie – zwró­cił się do Niny. Pod­szedł zbyt bli­sko niej, przy­naj­mniej jak na mój gust. Zresztą, dziew­czyna chyba od­nio­sła to samo wra­że­nie, bo cof­nęła się o krok.

– Pa­tryk, Fi­lip, Fi­lip, Pa­tryk – przed­sta­wiła nas so­bie dość spię­tym gło­sem.

Zer­k­ną­łem na nią ze zdzi­wie­niem. Jej bez­tro­ska mina i uśmiech od ucha do ucha gdzieś znik­nęły. Hm, czyli to był TEN Pa­tryk od Ha­zara. Przyj­rza­łem się chło­pa­kowi do­kład­niej. Z bli­ska już nie wy­glą­dał na chłopca, bar­dziej na męż­czy­znę. Był dość po­stawny albo ta­kiego zgry­wał. Miał dłu­gie włosy zwią­zane w kitkę, a opa­loną skórę po­kry­wały ta­tu­aże. Jed­nym sło­wem spra­wiał wra­że­nie osie­dlo­wego cwa­niaczka, który my­śli, że ma u swych stóp cały świat. Wku­rzał mnie samą swoją obec­no­ścią. I nie dzi­wi­łem się psu, że go ugryzł.

– Siema – po­wie­dział, mie­rząc mnie wzro­kiem od góry do dołu. Był tylko nie­wiele niż­szy.

– Mhm… – mruk­ną­łem i po­pra­wi­łem pa­sek torby. – To może wrócę ju­tro? – za­py­ta­łem Ninę, ale błysk stra­chu w jej oczach od razu po­wie­dział mi, że to nie był zbyt do­bry po­mysł.

– W su­mie to może tro­chę po­trwać – od­parł mi Pa­tryk. – Nina, po­mo­żesz mi przy ko­tach?

– Nie – po­wie­dzia­łem za­miast niej. – W dro­dze do auta chcę zro­bić zdję­cia obiektu, że­by­ście mieli wię­cej ma­te­riału. – Wcale nie mia­łem ta­kiego za­miaru, ale coś pod­po­wia­dało mi, że po­wi­nie­nem ura­to­wać damę w opa­łach.

Nina spoj­rzała na mnie z wdzięcz­no­ścią, co wy­ła­pa­łem je­dy­nie ką­tem oka, bo mój wzrok był sku­piony na nie­bie­skich oczach Pa­tryka. Mie­rzy­li­śmy się w nie­mym po­je­dynku, który prze­rwała dziew­czyna.

– To chodźmy – rzu­ciła i zła­pała mnie za ra­mię.

Wzdry­gną­łem się, kiedy po­czu­łem cie­pło jej dłoni. Chyba za­uwa­żyła moją re­ak­cję, bo szybko cof­nęła ręce i wci­snęła je do kie­szeni spode­nek. Spoj­rzała na mnie zmie­szana, ale mil­czała, póki nie zna­leź­li­śmy się poza za­się­giem uszu Pa­tryka.

– Dzię­kuję – po­wie­działa wresz­cie, gdy za­trzy­ma­li­śmy się przed koj­cami.

– Mhm… – mruk­ną­łem po­now­nie i wy­ją­łem apa­rat.

Za­czą­łem ro­bić zdję­cia koj­ców i psów, które ra­do­śnie mer­dały do nas ogo­nami zza krat. W su­mie nie pla­no­wa­łem do­dat­ko­wej se­sji, jed­nak w tam­tej chwili nic mą­drzej­szego nie wpa­dło mi do głowy, a nie chcia­łem zo­sta­wiać Niny z Pa­try­kiem.

– Bo­isz się go? – za­py­ta­łem, sku­pia­jąc się na wi­zje­rze. Nie chcia­łem pa­trzeć w jej oczy. Gdy­bym po­now­nie zo­ba­czył w nich strach, nie wiem, jak­bym po­stą­pił.

– Nie… – od­parła ci­cho, ale jej głos nie za­brzmiał pew­nie.

– Nie? – po­wtó­rzy­łem.

– To zna­czy… Po pro­stu go uni­kam – rzu­ciła.

Wów­czas na nią spoj­rza­łem. Stała kilka kro­ków da­lej z za­ło­żo­nymi na pier­siach ra­mio­nami i pa­trzyła pro­sto w moje oczy. Znów po­ra­ziła mnie prze­ni­kli­wość jej dwu­ko­lo­ro­wego spoj­rze­nia. Wwier­cała się w moją du­szę, od­sła­niała ją ka­wa­łek po ka­wałku, a przy­naj­mniej ta­kie mia­łem wra­że­nie. Od­chrząk­ną­łem ner­wowo i znów sku­pi­łem się na apa­ra­cie, ru­sza­jąc da­lej.