Na ziemi Izraela - Amos Oz - ebook + książka
NOWOŚĆ

Na ziemi Izraela ebook

Amos Oz

3,0

56 osób interesuje się tą książką

Opis

Nowe wydanie w przekładzie z języka hebrajskiego

Ze wstępem Pawła Smoleńskiego

Pustynne światło pada na kamienne domy. Pomiędzy nimi unosi się kurz i woń kiszonej kapusty. Słychać cienkie głosy dzieci śpiewających w jidysz. Ortodoksyjna Żydówka pakuje do wózka butelkę z oliwą i ryby owiniętą w gazetę. Wielu z tych, którzy kiedyś tu żyli, umarło. Tylko Hitler i Mesjasz są żywi, widać ich na murach i słychać między słowami niemal w każdej odpowiedzi na pytanie pisarza: „Czy i kiedy nastanie tu pokój?”.

Amos Oz z notatnikiem w ręku przemierza Jerozolimę i Zachodni Brzeg, by zadawać pytania o skomplikowaną tożsamość Izraela. Rozmawia z robotnikami, żołnierzami, nauczycielami, dziennikarzami, imigrantami i wizjonerami, a wśród nich odnajduje zarówno religijnych fundamentalistów, jak i piewców świeckości. Wsłuchuje się uważnie w głosy o bolesnej przeszłości i niepokojącej teraźniejszości, by stworzyć ponadczasową opowieść o niepewnym jutrze.

Pisząc o kraju pełnym światopoglądowych, etnicznych i ekonomicznych kontrastów, tworzy uniwersalną opowieść o winie i karze, odkupieniu i przebaczeniu, w końcu – o tak żywym dziś starciu wartości i interesów.

„Gniew i bunt. Na początku lat osiemdziesiątych Amos Oz pokazał Izraelczykom nieopisane oblicze ich kraju. Wielki pisarz w roli mistrza reportażu.” Włodek Goldkorn

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 261

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,0 (1 ocena)
0
0
1
0
0

Popularność




W serii ukazały się ostatnio:

Paweł Smoleński Syrop z piołunu. Wygnani w akcji „Wisła” (wyd. 2)

Bartek Sabela Wszystkie ziarna piasku (wyd. 2 zmienione)

Anna Bikont Cena. W poszukiwaniu żydowskich dzieci po wojnie

Magdalena Kicińska Pani Stefa (wyd. 2)

Anna Sawińska Przesłonięty uśmiech. O kobietach w Korei Południowej

Mariusz Surosz Ach, te Czeszki! (wyd. 2)

Tomáš Forró Apartament w hotelu Wojna. Reportaż z Donbasu (wyd. 2)

Sonia Faleiro Porządne dziewczyny. Zbrodnia i hańba w Indiach

Swietłana Aleksijewicz Wojna nie ma w sobie nic z kobiety (wyd. 5)

Ilona Wiśniewska Białe. Zimna wyspa Spitsbergen (wyd. 4)

Adam Robiński Pałace na wodzie. Tropem polskich bobrów

Marek Szymaniak Urobieni. Reportaże o pracy (wyd. 2)

Ilona Wiśniewska Migot. Z krańca Grenlandii

Ed Vulliamy Wojna umarła, niech żyje wojna. Bośniackie rozrachunki (wyd. 3)

Wojciech Górecki Abchazja (wyd. 3)

Katarzyna Surmiak-Domańska Mokradełko (wyd. 2)

Piotr Bernardyn Hongkong. Powiedz, że kochasz Chiny

Tomasz Grzywaczewski Granice marzeń. O państwach nieuznawanych (wyd. 2)

Aneta Prymaka-Oniszk Bieżeństwo 1915. Zapomniani uchodźcy (wyd. 3)

Wade Davis Wąż i tęcza. Voodoo, zombie i tajne stowarzyszenia na Haiti

Igor T. Miecik 14:57 do Czyty. Reportaże z Rosji (wyd. 2)

Jacek Hugo-Bader W rajskiej dolinie wśród zielska (wyd. 4)

Aleksander Gurgul Podhale. Wszystko na sprzedaż

Anna Malinowska Od Katowic idzie słońce

Norman Lewis Neapol ’44. Pamiętnik oficera wywiadu z okupowanych Włoch (wyd. 2)

Stig Dagerman Niemiecka jesień. Reportaż z podróży po Niemczech (wyd. 2)

Jakub Szymczak Ja łebków nie dawałem. Procesy przed Żydowskim Sądem Społecznym

Mariusz Szczygieł Gottland (wyd. 5)

Jacek Hugo-Bader Dzienniki kołymskie (wyd. 3)

Marjorie Wallace Milczące bliźniaczki

Norman Lewis Głosy starego morza. W poszukiwaniu utraconej Hiszpanii (wyd. 2)

Ed Vulliamy Ameksyka. Wojna wzdłuż granicy (wyd. 2)

Karolina Domagalska Nie przeproszę, że urodziłam. Historie rodzin z in vitro (wyd. 2)

Jerzy Haszczyński Rzeźnia numer jeden i inne reportaże z Niemiec

W serii ukażą się m.in.:

Iza Klementowska Samotność Portugalczyka (wyd. 3)

Aneta Pawłowska-KraćGłośnik w głowie. O leczeniu psychiatrycznym w Polsce (wyd. 2)

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Tytuł oryginału hebrajskiego Po we-szam be-Erec Israel bi-staw 1982

Projekt okładki Agnieszka Pasierska

Projekt typograficzny, redakcja techniczna i skład Robert Oleś

Fotografia na okładce © by Independent Picture Service / Universal Images

Group / Getty Images

Copyright © 1983, Amos Oz

All rights reserved

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2022

Copyright © for the Polish translation by Magdalena Sommer, 2022

Copyright © for the Prorok by Paweł Smoleński, 2022

Opieka redakcyjna Przemysław Pełka

Redakcja Ewa Charitonow

Korekta Anna Hegman / d2d.pl, Katarzyna Juszyńska / d2d.pl

Konwersja i produkcja e-booka: d2d.pl

ISBN 978-83-8191-612-7

Prorok

Dam głowę, że jeśli pójdziecie na spacer ulicą Rabina Meira w jerozolimskiej dzielnicy Geula, natkniecie się na żeliwne pokrywy studzienek kanalizacyjnych z napisem „City of Westminster”, pamiątkę po czasach, gdy Palestyna podlegała władzy Brytyjczyków. Nie wiem, czy wciąż działa tam sklepik wymieniony przez Amosa Oza w pierwszych zdaniach tej książki, lecz jestem pewien, że ujrzycie mężczyzn w chałatach, białych pończochach i czarnych kipach, kobiety z zakrytymi włosami, w obszernych beretach i długich spódnicach, dzieciaki ubrane jak na dziewiętnastowiecznych rycinach portretujących codzienność wschodnioeuropejskich sztetli. To wnuki i prawnuki tych, których oglądał Oz. Lisie czapy i kuchenne zapachy będą dokładnie takie same, właściwe aszkenazyjskiej kuchni, która zupełnie nie sprawdza się w tych temperaturach. Plakaty na ścianach będą się różnić tylko datą druku. Do tego taki sam ruch, kurz, wyładowane torby z zakupami na szabat. Targ Machane Jehuda jest stąd raptem o rzut beretem.

Zresztą najpewniej zobaczycie jeszcze bardziej, dzisiejsza Jerozolima jest bowiem – powiadają świeccy Izraelczycy – o wiele bardziej chałaciarska niż dekady temu. Inne są tylko samochody, no i mnogość telefonów komórkowych, lecz prowadzone przez nie rozmowy zahaczają zapewne o sprawy dyskutowane czterdzieści lat temu, gdy Amos Oz rozpoczął podróż po Ziemi Izraela. Po wielekroć książka Na ziemi Izraela służyła mi za przewodnik, bo zapisano w niej również niezmienne, codzienne trwanie.

Tyle że przecież Izrael ’82 to zupełnie inny Izrael niż ten z trzeciej dekady XXI wieku. Nikt wówczas nie miał pojęcia, co ofiaruje przyszłość. Ofiarowała, na przykład, dwie wojny libańskie, którym sprzeciwiał się Amos Oz; pierwsza z nich stała się niezwyczajną traumą dla generacji urodzonej u schyłku lat pięćdziesiątych (wojna sześciodniowa była triumfem i stała się przyczynkiem poczucia izraelskiej mocy, wojna Jom Kipur zaś – szokiem dla wszystkich Izraelczyków). I dwie intifady, powstania palestyńskie. Wcześniejsza z nich okazała się drogą do rozmów pokojowych, druga – festiwalem samobójczych zamachów i kresem nadziei. Osiedla na Zachodnim Brzegu stanowiły w 1982 roku niewielkie eksklawy, a nie kilkudziesięciotysięczne miasta, takie jak Beitar Ilit, Modiin Ilit czy Ariel (z własnym uniwersytetem). Nie podpisano jeszcze porozumień w Oslo i nikt nie przewidywał, że Icchak Rabin, generał, premier i architekt pokoju z Palestyńczykami, zostanie zamordowany przez izraelskiego fanatyka. Ówczesne rządy narodowej prawicy wydawały się jedynie urlopową przerwą od rozpoczętego w dzień narodzin państwa – w 1948 roku – władztwa lewicowych syjonistów. Dzisiaj to normalka trwająca już kilkanaście lat. W Tel Awiwie nie stały drapacze chmur, Izrael zaś nie miał najsilniejszego high-tech na świecie (jeżeli przesadzam, to nie celowo; prawdę mówiąc – nie przesadzam wcale) i nie był nazywany krajem start-upów.

Wszystkie te zmiany nie sprawiły jednak, że Na ziemi Izraela to reportaże z myszką, relacja z odległej, minionej epoki.

*

Wielkość pisarza poznaje się również po tym, że tworzy on opowieści ponadczasowe. W przypadku Amosa Oza splatają się one z jego biografią. Był zatem Amos jerozolimczykiem z urodzenia (1939 rok). Jego ojciec, Arie Klausner, bibliotekarz i prawicowy syjonista, i matka, Fania Mussman, kobieta wrażliwa i depresyjna, która popełniła samobójstwo – pochodzili odpowiednio z Wilna i z Równego, więc fakt, że ich syn nie mówił po polsku, to wyłącznie niedorzeczny przypadek. Mówił za to i pisał po hebrajsku tak niezwykle, iż wielu Izraelczyków uważało, że robi to zdecydowanie zbyt dobrze, pięknem języka wynosi się ponad ogół, a na dodatek tworzy nowe słowa współczesnej hebrajszczyzny wchodzące do potocznego języka ulicy. Tylko geniusz mógł wymyślić frazę „znosorożczyć się” (od tytułu dramatu Eugène’a Ionesco Nosorożec), oznaczającą, że ktoś, najczęściej polityk, bałwani się koncertowo.

Amos dorastał w kibucu Chulda. Był tam, między innymi, traktorzystą. W wojnie sześciodniowej walczył na Synaju jako czołgista, a w Jom Kipur na Wzgórzach Golan. Był jednym z pierwszych, bo chwilę po triumfie w 1967 roku, piszących o potrzebie rozsądnego pokoju z Palestyńczykami, za który Izrael powinien zapłacić okupowanym Zachodnim Brzegiem. Współzakładał organizację Pokój Teraz. Stał się ikoną Izraela, głosem sumienia żydowskiego państwa, choć prawica przypinała mu etykietkę zdrajcy (wielokrotnie mówił mi, że nosi ją jak najważniejszy order, skoro dla oszczerców zdrada równa się sprawiedliwemu pokojowi). Ale też radykalni nacjonalistyczni osadnicy żydowscy z Zachodniego Brzegu chylili przed nim czoła, gdyż jako kibucnik, a zatem człowiek o zdecydowanie odmiennych poglądach, mimo wszystko był izraelskim pionierem.

Niektórzy, analizując pisarstwo Oza, nazywali go prorokiem. Nie przywiązywał się do tego określenia, raczej dodawał, że prorocy w Ziemi Świętej są potrzebni jako nieodzowny element rytuału kamieniowania. Za to z całą pewnością był jedynym izraelskim pisarzem, który kopnął w tyłek izraelskiego premiera. Stało się to wprawdzie w dzieciństwie; Arie Klausner przyjaźnił się z ojcem premiera Binjamina Netanjahu, więc podczas pewnego spotkania obu rodzin mały Amosek wymierzył kopniaka małemu Bibiemu, gdy ten, szczypiąc po łydkach i wiążąc pod stołem sznurówki u butów starszych chłopców, przeszkadzał im w zabawie.

Sam Amos Oz pisze w jednym ze wstępów do kolejnych edycji książki, że przesadził z tytułem. Jako że Ziemia Izraela różnie się różnym kojarzy. Może nią być – znajdzie się garść myślących w ten sposób szaleńców – kawał bliskowschodniej pustyni od Rzeki (czyli Nilu) do Rzeki (Eufratu). Albo Izrael w granicach sprzed wojny sześciodniowej, albo z dodatkiem okupowanego Zachodniego Brzegu. Tymczasem Oz ograniczył swoją podróż do Jerozolimy, żydowskiej i arabskiej, przejechał przez wzgórza otaczające Święte Miasto od południa, wschodu i północy. Nic więcej. Oznacza to, że nie rozmawiał z druzami z Golanu, z Beduinami z Negewu i nie dokładał – jak otwarcie przyznaje – nadmiernej staranności w portretowaniu Arabów, współobywateli Izraela.

Oznacza to, że jego książka jest zaledwie wycinkiem rzeczywistości. Autor lojalnie o tym informuje: „Nie uważam ich [reportaży – przyp. P. S.] za »reprezentatywny obraz« czy »typowy przekrój« Izraela tych czasów. Nie wierzę w reprezentatywne obrazy ani typowe przekroje. Każde miejsce jest światem samym w sobie, podobnie jak całym światem jest każdy człowiek. Ja dotarłem do niewielu miejsc i nielicznych osób i mogłem zobaczyć i usłyszeć tylko niewielką część całości”.

Ale też, wbrew przestrogom Oza, można spojrzeć na jego reportaże jak na kroplę morskiej wody, w której, przy odrobinie wyobraźni, namysłu i refleksji, widać cały ocean.

Podczas kilku spotkań, które odbyliśmy, zawodowych i prywatnych, Oz zawsze wydawał mi się nazbyt skromny. Może powodował to dobrotliwy uśmiech i wzrost z tych średnio-niskich zestawione z książkami, które śmiało można określić mianem dzieł wielkich. A może niezwykła cierpliwość w wysłuchiwaniu rozmówcy? Gdy rozmawialiśmy o podróży z 1982 roku – po niewielkiej części Ziemi Izraela – zastrzegał, że rzecz odbyła się przed laty, więc upływ czasu i skromna liczba przejechanych kilometrów każą mu się mitygować w ocenach.

A jednak uchwycił w książce rzecz najważniejszą: stan emocji, kondycję mentalną, sposób widzenia świata, rozumienia przeszłości, aż po czasy biblijne, teraźniejszości i przyszłości, które dostrzegał u swoich rozmówców. Właśnie to sprawia, że Na ziemi Izraela to nie tylko zapis tego, co było, ale też wyprawa w kolejne dekady. Jest przestrogą, ostrzeżeniem przed tym, co teraz i co – być może – w przyszłości. Wyszło znakomicie. Reportaże Amosa, choć są już w wieku dojrzałym, wcale nie pachną naftaliną.

W 2019 roku, akurat w święto Jom Kipur nakazujące Żydom rachunek sumienia, skruchę i prośbę o wybaczenie skierowaną do tych, których się skrzywdziło, gazeta „Jedijot Acharonot” wypuściła pokaźny dodatek z tekstami najlepszych izraelskich dziennikarzy i pisarzy, który ruszyli w Ziemię Izraela „tropem Oza”. Assaf Gavron, fan piłki nożnej i znakomity specjalista od żydowskich osiedli na Zachodnim Brzegu, pojechał do Ofry, miasteczka pod Jerozolimą, gdzie Amos był w trakcie zbierania materiałów do książki dwukrotnie, więc powstały dwa reportaże, oba zatytułowane Debata o życiu i śmierci.

Trudno o bardziej poważny tytuł i bardziej serio rozmowy. Jest w nich spór liberała z zaściankiem, człowieka spoglądającego w przyszłość z kustoszami mitów i przeszłości. Amos rozmawia z liderami ruchu osadniczego i ani myśli szczędzić im krytyki. Oni odpowiadają, że nic nie rozumie.

Kiedy zatem Gavron, już po śmierci Oza, zjechał do Ofry, usłyszał od najtwardszych z twardych, którzy kilkadziesiąt lat wcześniej gadali z Amosem do świtu, że w historii osiedla nigdy nie było ważniejszych dni. Furda przymusowa, nakazana przez Sąd Najwyższy Izraela, dwukrotna ewakuacja nielegalnych baraków ze wzgórza nad Ofrą, bijatyki z policją i z wojskiem! Był u nich Amos Oz, pionier, żołnierz i wielki pisarz, więc czapki z głów. Że Oz w poglądach błądził – notował Gavron opinie osadników – żadna w tym świeżość, bo nie miał racji, ich zdaniem, już przed dekadami. Ale przyjechał: dzielny, uczciwy człowiek, fantastyczny pisarz i fałszywy prorok.

Rozmowa Gavrona z osadnikami z Ofry, która odbyła się w 2019 roku, brzmiała kropka w kropkę jak rozmowy Oza w roku 1982. Te same argumenty, uprzedzenia, przesądy. Dla mnie to znak, że o Izraelu nikt nie napisał bardziej współczesnej książki.

Pewnego dnia w portowym mieście Aszdodzie Amos Oz spotkał starego Żyda z Rumunii. Wywiązała się rozmowa, która byłaby niemożliwa, gdyby nie to, że takie rozmowy zdarzały się w Izraelu. Zrelacjonował ją w tej książce.

Stary Żyd opowiadał: „Mówię panu, tak to jest w Ziemi Izraela. Żyd ma żydowskie serce. Między obcymi staje się taki jak oni. Powiedzieć panu jedną rzecz, w którą wierzę? Proszę posłuchać: wszyscy są dobrzy. Begin jest dobry. Peres jest dobry. Rabin jest dobry. Nasz szanowny prezydent na pewno jest dobry, tak samo Dawid Lewi. Josi Sarid był wcześniej pilotem wojskowym. Wszyscy są bohaterami. Ze wszystkich grup. Każdy chce dobra. Wszyscy oddali swoje życie naszemu państwu. Musimy ich szanować! Ta kłótnia, która jest teraz, to nic takiego, zdarza się w najlepszych rodzinach. Pokłócą się? To się pogodzą. Ja mówię wszystkim: widziałem na własne oczy, co jest u gojów, a co jest u nas. Państwo Izraela to bardzo piękna rzecz! Nawet wielu gojów bije nam brawo! Wie pan, jakie mam marzenie? Powiem panu. Pan może jest jeszcze młody, ale i tak powiem. Mam marzenie, żeby jeszcze zanim przyjdzie mój czas, pozwolono mi raz jeden powiedzieć coś przez dwie minuty w telewizji, w piątek wieczorem, kiedy wszyscy słuchają. Powiem wtedy młodym ludziom: codziennie wieczorem i rano wszyscy powinni dziękować Bogu za wszystko, co mamy w kraju. Za wojsko, za ministrów w Knesecie, za El Al, nawet za podatki, drogi, kibuce, fabryki. Za wszystko! A co, zapomnieli już, jak było na początku? Niczego nie było! Same piaski i wrogowie! Teraz, dzięki Bogu, mamy państwo. Wszyscy mają co jeść, w co się ubrać, mamy edukację, chociaż jeszcze nie dość. Jest nawet wiele luksusów! Co mieliśmy na wygnaniu? A fejg! Wielka chwała dla narodu żydowskiego za to, czego dokonano w Izraelu tak prędko! Przy tych wszystkich kłopotach! Niech tylko przyjadą Żydzi, którzy mieszkają w Ameryce, we Francji, w Rosji, nawet u Chomeiniego, niech wszyscy przyjadą szybko, niech cały Naród Izraela zamieszka w domu! O tym chcę powiedzieć w telewizji. Jako człowiek z ulicy. W Rumunii pracowałem w drewnie. W Aszdodzie też. Teraz jestem emeryt. Pewnego razu niedaleko Afuli widziałem błogosławionej pamięci Goldę Meir. To było przed jej śmiercią. Spotkał mnie bardzo wielki zaszczyt, że mogłem rozmawiać z panią Goldą Meir. Powiedziałem jej tak: pani premier, w Rumunii było dużo krytyki i w ogóle nie było wolno nic mówić. Był strach. W Izraelu mamy swobodę mówienia wszystkiego i nie ma strachu, ale co? Tu nie mam czego krytykować. Nic. Same pochwały… Mogę tylko dziękować Bogu”.

Amos Oz należał do wielkich, niezmiennie uczciwych krytyków Izraela. Robił to, po prostu, z miłości. Miał świadomość, na której zbywa wielu patriotom na pokaz – że jeśli w ukochanym kraju dzieje się nie najlepiej, jeżeli ojczyzna ma pryszcz na nosie, nie oznacza to wcale, że trzeba zamknąć oczy i nie widzieć pryszcza na twarzy ojczyzny. Trzeba za to zastosować kurację, żeby pryszcz znikł. To również zadanie pisarstwa najwyższych lotów, które w Na ziemi Izraela Amos Oz wypełnił wybornie.

Paweł Smoleński

Przedmowa do wydania z 1983 roku

Podróż, która zapoczątkowała te reportaże, odbyła się w październiku i listopadzie 1982 roku. Żadnej z przytoczonych w nich rozmów nie nagrywałem dyktafonem. Żadnej także nie mogłem przytoczyć w całości – ze względu na ich długość. Zazwyczaj notowałem je na bieżąco, natomiast w dwóch czy trzech sytuacjach zapisałem od razu po zakończeniu. Wszyscy moi rozmówcy to żywi, istniejący ludzie, zarówno ci wspomniani z imienia, jak i ci, których imion nie wymieniam.

Nie uważam ich za „reprezentatywny obraz” czy „typowy przekrój” Izraela tych czasów. Nie wierzę w reprezentatywne obrazy ani typowe przekroje. Każde miejsce jest światem samym w sobie, podobnie jak całym światem jest każdy człowiek. Ja dotarłem do niewielu miejsc i nielicznych osób i mogłem zobaczyć i usłyszeć tylko niewielką część całości.

Chulda, 1.03.1983

Przedmowa do wydania z 1993 roku

Minęło jedenaście lat od podróży, po której powstała ta książka. Nie miałem wówczas zamiaru kreślić mapy Izraela pod względem ideologii czy poglądów, obecnie zaś widzę coraz jaśniej, że żaden zapis rozmów i wrażeń nie może reprezentować ducha czasu ani atmosfery w kraju. Była to zresztą raczej wyprawa w poszukiwaniu ekstremów, nie środka.

Żadna z zamieszczonych tu rozmów nie odbyła się w Tel Awiwie i jego okolicach, na Negewie czy w Galilei. Do rejonu nadmorskiego, w którym mieszka trzech z czterech Izraelczyków, dotarłem dopiero w ostatnim reportażu. Do arabskich obywateli Izraela nie dotarłem niemal wcale. Okazuje się, że opisana podróż to prawie wyłącznie wyprawa do Jerozolimy i gór otaczających ją od południa, wschodu i zachodu oraz do ludzi o bardzo zdecydowanych poglądach, wyrażających się za pomocą wykrzykników, a także do miejsc, gdzie mężczyźni nie dają kobietom zbyt wielu okazji do zabrania głosu.

Co zmieniło się od tamtej pory? Nie potrafię odpowiedzieć jakimkolwiek uogólnieniem. Nie potrafię także powiedzieć, co zmieniło się u moich rozmówców w ciągu tych jedenastu lat, bo jedynie z nielicznymi utrzymałem kontakt.

Ludzie wypowiadający się wykrzyknikami wciąż wypełniają nasz kraj, a zwłaszcza jego górskie rejony, swoimi donośnymi głosami, niekiedy także niebezpiecznymi czynami. Pewne pytania, które pozostawały otwarte wtedy, pozostają otwarte nadal. Może nawet trochę bardziej otwarte.

Autor tych słów wciąż ma poglądy, które wyraził w Debacie o życiu i śmierci, w osadzie Ofra, i nadal żywi te same nadzieje – zapisane na dwóch ostatnich stronach tej książki. Nadzieje, które teraz wydają się, być może, odrobinę bliższe.

Arad, czerwiec 1993

Na ziemi Izraela

Dzięki Bogu – codzienne

Na osiedlu Geula, na ulicy Rabina Meira, na stalowej pokrywie studzienki kanalizacyjnej widać wygrawerowany napis po angielsku: „City of Westminster”. To pamiątka z czasów Mandatu Brytyjskiego. Wciąż działa sklepik spożywczy, obecny tutaj także jakieś czterdzieści lat temu. Siedzi w nim inny sklepikarz, który studiuje Misznę.

Jerozolima po świętach: na podwórkach domów na osiedlach Geula, Achwa, Kerem Awraham i Mekor Baruch wciąż spotyka się resztki szałasów na Sukot. Gałęzie zdążyły zwiędnąć i poszarzeć. Powietrze lekko się ochłodziło. Między balkonami rozciągają się w poprzek uliczek sznury z praniem, pościelą i fragmentami garderoby; poranne kwiaty zakwitające niezmiennie na osiedlu mojego dzieciństwa. Ulica Malkej Israel, nosząca dawniej nazwę Geula, jest pełna pobożnych Żydów w czarnych kapotach, bród, okularów, rozmów w jidysz, zgiełku i wielkiego pośpiechu, ciężkich zapachów aszkenazyjskich potraw. Młoda, bardzo ładna ortodoksyjna kobieta popycha wózek dla bliźniąt wyładowany plastikowymi koszykami na zakupy: chleb, warzywa, konserwy, ryby owinięte w gazetę, rozmaite paczki w foliowych torebkach, butelki z oliwą, winem i napojami. Włosy ma zakryte chustą, na palcach połyskują liczne pierścionki. Przystaje, by zamienić kilka słów z sąsiadką na jednym z podwórek.

– Er iz a miszigener. He come back from Brussel mit di gance miszpacha. Biedna Ester.

Połączenie akcentu z Brooklynu z rysami twarzy z Łodzi lub Krakowa.

Kobieta za płotem odpowiada po angielsku.

– It is a shame.

Nowi ludzie, ale uliczki i podwórka prawie niezmienione. Za mojego dzieciństwa, nie licząc pobożnych Żydów, mieszkali tu wschodnioeuropejscy inteligenci i wykształceni uchodźcy z Niemiec i Austrii. Byli wśród nich rzemieślnicy, uczeni, działacze związków zawodowych, aktywiści partii Mizrachi i zaprzysięgli rewizjoniści, urzędnicy brytyjskich władz i pracownicy Agencji Żydowskiej, młodzi mężczyźni należący do Hagany i Ecel, wychowankowie Betaru, Zjednoczonego Ruchu i Bnej Akiwa, uznani naukowcy, wynędzniali dziwacy, płonący prorockim żarem obłąkani, naprawiacze świata piszący i dedykujący sobie nawzajem pełne oburzenia broszury traktujące o okrucieństwach syjonizmu, pochodzeniu Arabów w Ziemi Izraela od starożytnych Hebrajczyków lub zaletach diety bezmięsnej. Niemal każdy był swego rodzaju Mesjaszem gotowym z przyjemnością ukrzyżować oponenta i pozwolić ukrzyżować się za swoje poglądy.

Wszyscy ci ludzie już nie żyją. Albo może zmienili zapatrywania lub przeprowadzili się w bardziej umiarkowane okolice. Pozostawili tętniące życiem żydowskie miasteczko. Dawno umarły rośliny w skrzynkach uprawiane z pionierskim zapałem. Ogródki i gołębniki stoją zaniedbane. Na podwórkach wznoszą się szopy z blachy lub dykty, leżą sterty gratów. Studenci jesziw, chasydzi, drobni handlarze przenieśli się tutaj z osiedli Mea Szearim i Sanhedrija albo przyjechali z Toronto, Nowego Jorku i Belgii. Rodziny są duże. Większość dzieci, także te najmłodsze, nosi okulary. Na ulicach słychać jidysz. Niegdyś był tu syjonizm, lecz został wyparty. Gdyby nie kamienie, drzewa oliwne i sosny, gdyby nie jerozolimskie światło, można by odnieść wrażenie, że znajdujemy się w żydowskiej mieścinie w Europie Wschodniej – przed wszystkim, co się wydarzyło. Wprawdzie to Europa z lekkim powiewem kultury amerykańskiej; daje się także wyczuć odległe echa sąsiedniego Izraela. Przy zakładzie fotograficznym oferującym usługi „dla społeczności ortodoksyjnej” wisi tablica ogłoszeń.

„Zapraszamy na wieczór pieśni Mordechaja Ben Dawida Werdygera z udziałem zespołu jesziwy Ha-Tfucot, który odbędzie się w centrum konferencyjnym Binianej ha-Uma. Bilety do nabycia w księgarni Book-Stop. Specjalne zniżki dla grup. Dochód zostanie przeznaczony na edukację religijną w Jerozolimie”. Na ogłoszeniu ktoś nasmarował smolistą czarną farbą: „Bezbożnicy”, i dla zaakcentowania swojego stanowiska dorysował grubą swastykę. Wyjaśnienie można znaleźć w innym ogłoszeniu wiszącym opodal: rabin Izrael Jakow Krawski apeluje gorąco, żeby „nie przyzwalać na tego rodzaju przejawy zepsucia, gdyż rozpowszechniony od niedawna zwyczaj urządzania koncertów może prowadzić pod przykrywką świętości i pobożności do złamania zasad Tory i – nie daj Boże – naruszenia reguł skromności, nawet jeśli organizatorzy zapewniają, że koncerty odbywają się z poszanowaniem wszelkich wymogów, należy bowiem pamiętać, iż śpiew jest zakazany po tym, jak Świątynia została zburzona za nasze liczne grzechy, a szczególnie śpiew w zgromadzeniu przy akompaniamencie instrumentów, z wyjątkiem radosnych okazji, na które zezwala nasza religia, nie podczas błazeńskich zabaw będących niby śmiertelny narkotyk dla duszy pobożnych. Strzeżcie się”.

W hebrajszczyźnie sprzed czasów Ben Jehudy ścierają się tutaj starodawne antagonizmy, skomplikowane kontrowersje w kwestiach religijnych splecione – od niepamiętnych czasów – z pełną emocji rywalizacją o autorytet, godność i pierwszeństwo: mitnagedzi przeciwko chasydom, jeden dwór chasydzki przeciwko drugiemu, sekta przeciwko sekcie, grzmiące słowa oburzenia czy pełna antagonizmów złośliwość pod płaszczykiem uczoności, biegłości w Piśmie i bojaźni Bożej. Nic się nie zmieniło. Mendele, Berdyczewski, Bialik, Brenner i inni pragnęli rozsadzić ten świat – wokół siebie i we własnych duszach. W pełnych goryczy i niechęci wybuchach opisywali go jako stęchłe bagno, śmietnisko martwych słów, zgasłego ducha i tym podobne, jednocześnie potępiając i uwieczniając. My nie mamy prawa odczuwać wstrętu, bo później ten sposób życia został skazany na śmierć, zduszony i spalony przez Hitlera. Nie możemy także pozwolić sobie na skryte zdziwienie intensywnymi siłami życiowymi tej żydowskiej społeczności, które rosną i pęcznieją, zagrażając naszej duchowej egzystencji, podgryzają korzenie naszego świata i w istocie zamierzają go w końcu opanować.

W oknie na parterze stary człowiek kiwa się nad otwartą księgą. Jesienne jerozolimskie światło nie przenika do wnętrza i pokój jest pogrążony w mroku. Studiujący unosi głowę i patrzy na ciebie, lecz nie widzi cię lub nie chce widzieć. Starsza kobieta nalewa mu do szklanki herbatę z osmalonego imbryka i znika w mroku. Nie możesz ich nienawidzić, lecz nie możesz ich nie nienawidzić.

Wiersz Bialika Mój powrót rozpoczyna się następująco:

Znów przede mną: zwiędły starzec

Twarz pożółkła jak pergamin…

Cień bladawy nad lichtarzem

Smutno ślęczy nad księgami…

A dalej:

I jak ongiś tam, gdzieś w mroku

Nici drżą pajęczych tkanin –

Larwy much nadęte wloką

Pod sufitem – nad oknami…

Ejże bracia! Stare graty!

Dzieje stare – głupio, głucho!

Otom wrócił z krain świata –

Gnijmy razem w tym zaduchu![1]

(Wszystko, naturalnie, w wymowie aszkenazyjskiej).

Odchodzę stamtąd, czując lekką klaustrofobię. Tutaj, w północno-zachodniej Jerozolimie, niemal nic się nie zmieniło. Wszystko, co było wcześniej: haskala, asymilacja, powrót do Syjonu, rzeź europejskich Żydów i założenie państwa, jak gdyby zniknęło bez śladu, porośnięte bujną, tropikalną żydowską roślinnością, która wyrosła tu i przykryła to miejsce niby bezkresna puszcza. Tylko uważne spojrzenie pozwala dostrzec drobne ślady teraźniejszości. Niziutki Arab zamiata chodnik. Na szyldach reklamowych przy kiosku widnieją marki Schweppes i Kinley. Krępy żołnierz w brudnym wojskowym kombinezonie przenosi skrzynki z ciężarówki do wnętrza sklepiku z warzywami. Poza tymi rzeczami, i poza kamieniem i światłem, nie ma nic nowego.

Na ulicy Tachkemoni przepisuję do notesu słowa ze starych szyldów wiszących na zardzewiałych kratach balkonów i przy wejściach na podwórza.

„Ohel Sara, jesziwa dla najlepszych, ufundowana ku pamięci żony Eliahu Stara”, „Wielki Bejt Midrasz założony przez potomków cadyka z Żydaczowa” oraz „Fundusz Dobroczynny Atarat Cwi”. Ostatni szyld wywołuje uśmiech: „Jesziwa Początki Mądrości – w stołówce”.

Także tutaj, w Mekor Baruch, powtarza się ta sama przestroga, co w Mea Szearim i Achwie, namalowana czerwoną farbą na murach: „Nie tykajcie Mesjasza” (co zapewne należy rozumieć: nie przywódźcie do zepsucia czystych dusz dzieci Izraela). Obok czarna swastyka. Do tego hasło: „Peres na szubienicę, Begin do władzy”, ale wymazane. Powyżej ktoś dopisał gniewnie: „Śmierć hitlerowskim syjonistom”. Poza tym: „Komfort – Nazi”, „Hańba Teddy’emu Hitlerowi Kollekowi”. Na koniec stosunkowo umiarkowane: „Burg odstępca, niech jego imię przepadnie”. I znowu: „Nie ma innego królestwa ponad Królestwo Niebieskie”.

Hitler i Mesjasz rządzą tu na murach i w ludzkich duszach. Wszystko przemija, wszystko porasta bujną dżunglą i w końcu zniknie bez śladu, jak gdyby nigdy nie istniało, nie licząc tych dwóch postaci, których szept rozlega się na dnie cierpienia i wściekłości. Hitler i Mesjasz.

To przez Hitlera nie wolno walczyć z takim obrazem życia żydowskiego. Silni siłą oczekiwania na Mesjasza wspinają się i oplatają cię, grożą, że zajmą z powrotem to, co im wyrwałeś.

Muszę zapalić. Wchodzę do malutkiego sklepiku, gdzie natychmiast otacza mnie zapach wędzonej ryby i świeżego chleba. Gładko ogolony sklepikarz w jarmułce, sefardyjczyk, ma minę łagodną i nieco melancholijną. Nie zauważa mnie. Słucha tyrady wygłaszanej przez wysokiego przystojnego chasyda, około trzydziestoletniego, z gęstą jasną brodą i szerokimi barami. Wydaje się, że rozmowa dotyczy zdrowia.

Mówi chasyd:

– Na koniec, w wieczór święta poszedł na Górę Oliwną. Miał dość wszystkich tych doktoren z ich zastrzykami i prądem. Pokłonił się na grobie cadyka i wrócił jak nowy. Bez wrzodów, bez ciśnienia, bez bólu pleców.

Sklepikarz rozważa przez chwilę jego słowa i ostatecznie odważa się zapytać z ostrożną grzecznością:

– Od samej modlitwy? Czy może wasz rebe dał mu też jakieś błogosławieństwo albo amulet?

– Naturalnie, miał pewność w sercu – odpowiada chasyd z arogancką wyższością. – Poszedł z pewnością. To wszystko. Wrócił całkowicie uzdrowiony. Wszystko zależy od pewności w Panu.

– Są tacy ludzie – zastanawia się sklepikarz z nieco bezmyślną miną. – Nie obawiają się niczego, ani chorób, ani nieszczęść, ani przyszłego świata, tylko obmowy. Tylko tego, co mogliby opowiedzieć o nich sąsiedzi.

W tej chwili mnie zauważa.

– Co dla pana?

Kupuję papierosy i wychodzę. Hebrajskie słowo bitachon, dla chasyda oznaczające pewność, ufność wobec Boga, to coś absolutnie przeciwnego znaczeniowo nam, czyli pewności w sensie bezpieczeństwa czy ochrony. To nie bezpieczeństwo militarne, nie siła zbrojna, nie lekarze ze swoimi lekarstwami. To rychłe zbawienie. Sprawiedliwy żyć będzie dzięki swojej wierności. (Na dwa przeciwstawne znaczenia tego słowa zwróciła mi uwagę Szulamit Harewen).

Przed dwudziestu laty mój nauczyciel Dow Seden przy jakiejś okazji wyraził opinię, że cały ten syjonizm to przemijający epizod, chwilowy wybuch świeckości, historyczno-polityczne zamieszanie i że Żydzi religijni pokonają go, zasymilują w sobie. Obecni odebrali to wówczas jako typowy dla niego absurdalny żart. Przypominam sobie te słowa owego ranka na osiedlach Geula, Achwa i Mekor Baruch. Wciąż nie przyjmuję jego punktu widzenia, lecz nie mogę już traktować go jak dowcipu, czegoś z przymrużeniem oka. W dzielnicach mojego dzieciństwa wynik bitwy został przesądzony. Syjonizm został stąd wyparty. Jak gdyby nigdy nie istniał. Albo został sprowadzony do roli służącej nie-Żydówki, siksy wykonującej u pobożnych Żydów pogardzane prace, takie jak wywożenie śmieci czy utrzymywanie kanalizacji (robią to Mahmud i Josef ze wschodniej części miasta), albo instytucji dostarczającej przyzwoitego utrzymania (z kieszeni amerykańskiego podatnika). Oto rola syjonizmu na tych osiedlach.

Wchodzę do budynku mojej dawnej szkoły, Tachkemoni, która dziś nazywa się inaczej. Za moich czasów była to szkoła męska, narodowo-tradycyjna w duchu Mizrachi i Narodowej Partii Religijnej. Serwowano nam w niej menu edukacyjne stanowiące mieszankę pożywnego jidyszkajt z lekką przyprawą rewizjonizmu. Poznawaliśmy bohaterskie dokonania Jozuego i siłacza Samsona („Najlepszych spośród Egipcjan zabij”[2] – pouczał nauczyciel słowami Talmudu), nauki proroków („Jakże się stała wszetecznicą stolica wierna!”[3] – czyli jak to się stało, że królewska córa Syjonu zniżyła się do poziomu ubogiej przekupki), mądrości z traktatu Pirkej Awot („Za dużo nie rozmawiaj z żoną”, „Niechaj cześć twego przyjaciela będzie ci droga jak własna”[4]). Do tego drobnomieszczańskiego judaizmu dodawano dwie‒trzy łyżki wiedzy nieżydowskiej: angielskie wierszyki dla dzieci, pozytywne kształcące powiastki tłumaczone z rosyjskiego, Serce Amicisa. „Opisz własnymi słowami tęsknotę poety za starą bożnicą”, męstwo Machabeuszy, Bar Kochby i Trumpeldora, płyty z muzyką Chopina na starym gramofonie na korbkę, zajęcia sportowe przygotowujące do „obrony i budowy kraju”.

Nie ma już Tachkemoni. Zamiast niej w tym samym budynku działa placówka pod nazwą Ha-Masora, szkoła religijna imienia Josefa i Fay Tenenbaumów z Toronto, należąca do tutejszej gałęzi społeczności Telz-Stone.

Pochodzące jeszcze z czasów tureckich budynki są bardzo stare, mają duże i głęboko osadzone okna, grube kamienne mury. Na dachu pracują arabscy robotnicy Teddy’ego Kolleka, których syjonistyczne władze miasta przysłały, by naprawili dachówki przed zimą. Z tyłu przetrwało kilka rachitycznych sosen, które posadziliśmy na dziedzińcu na święto Tu bi-Szwat w roku 5707.

Rozmawiam z jednym z nauczycieli, który mówi mi, że edukacja w Ha-Masora nie jest „ani syjonistyczna, ani antysyjonistyczna, lecz judaistyczna”, choć jednocześnie placówkę uznaje Ministerstwo Edukacji i wspiera ją finansowo. Każdego ranka przywożone są tutaj z całego miasta dzieci ze społeczności Telz-Stone („Nawet z osiedla Bejt we-Gan”), żółtymi autobusami opłacanymi przez miasto i rząd. Także koszty utrzymania budynku i ciepłego posiłku podawanego w południe są częściowo pokrywane przez „władze”. Lekcje kończą się o czwartej po południu, choć starsi uczniowie – od dwunastego do czternastego roku życia – uczą się aż do szóstej. Uzdolnieni absolwenci mogą kontynuować naukę w jesziwie Telz-Stone na przedmieściu Jerozolimy. Mniej zdolni „idą do pracy, ale jeśli to tylko możliwe, zapisujemy ich do jesziwy, żeby nie trafili do wojska”.

– Czego się tutaj uczą?

– Poznają Chumasz. Misznę. Od czwartej klasy także Gemarę.

Językiem wykładowym jest hebrajski.

– Nie jesteśmy chasydami. U nich uczą wszystkiego w jidysz. Nawet Chumaszu.

– A przedmioty świeckie?

– Naturalnie. Rachunki. Geografia Ziemi Izraela. I kaligrafia.

– Przedmioty przyrodnicze?

– Tego nie mamy. Już mędrcy Talmudu mówili, że co za dużo, to niezdrowo.

– Czy dzieci uczą się prac technicznych?

Mój rozmówca wskazuje na arabskich robotników na dachu, przysłanych przez urząd miasta, i odpowiada pytaniem:

– Do czego ich stworzono? Wiesz, dlaczego Ismaela nazwano takim imieniem? Nie? To ci powiem: bo miał słuchać tego, co kazał mu Izaak. Dlaczego Izaaka tak nazwano? Żeby śmiał się na ten widok: cudze ręce wykonują pracę pobożnych.

Uczą historii, dziejów Izraela?

Owszem, przed każdym świętem z reguły objaśniają, skąd się wzięło: wyjście z Egiptu, nadanie Tory, Purim, Lag ba-Omer. W ten sposób dzieci poznają dzieje narodu i wiedzą, że zbawienie może nastąpić w każdej chwili.

Historia powszechna?

Niech Bóg broni! Niech goje uczą się o swoich sprawach (słowo goim, goje, wymawia – naturalnie – z akcentem na pierwszą sylabę). „Oto lud, który mieszka osobno, ale nie wlicza się do narodów”. Nie wlicza się ani z nimi nie miesza. Po co mamy zajmować się ich brudem? Mamy uczyć nasze dzieci o morderstwach, kradzieżach, rozbojach?

Świętujecie Dzień Niepodległości?

Mój rozmówca uśmiecha się nerwowo i wyjaśnia łagodnie, jak gdyby przemawiał do ciężko chorego.

– Co tu świętować? Czy może przyszedł Mesjasz? Nastąpił koniec świata? To państwo, które sobie zrobiliście (ścisza głos niemal do szeptu). Tak między nami: przecież także wam zdążyło już obrzydnąć. Ten, kto stąd nie ucieka, wstydzi się, a kto nie ucieka i się nie wstydzi, okrada je bezwstydnie. Co tu świętować? Jakie to wielkie osiągnięcie? Że staliśmy się tacy jak inne narody? Przecież także teraz nie jesteście jak inne narody, dawno staliście się od nich dużo gorsi! Najbardziej zepsuci! Sami goje z was drwią! (Mój rozmówca zapala się coraz bardziej w moralnym oburzeniu). Przecież pod żadnym względem nie macie zdolności bycia jak inne narody! Nie jesteście lepsi od nich, a nawet, z pewnością, staliście się gorsi! Małpa, która usiłuje naśladować człowieka, to już znamy. Ale żeby człowiek usiłował upodobnić się do małpy?! Co tu świętować?! Cała ta sprawa z państwem (tym razem wymawia to słowo z akcentem aszkenazyjskim, zupełnie lekceważąco), więc cała ta sprawa z państwem to jest gojim naches, przyjemność dla gojów, bez naches