Na Święta przytul psa - Shane Lizzie - ebook + książka

Na Święta przytul psa ebook

Shane Lizzie

4,1

Opis

Zakochaj się w Święta!

Czarujący romans w klimacie bożonarodzeniowym – historia Ally i Bena, których połączyły poszukiwania nowych domów dla psiaków ze schroniska zagrożonego likwidacją.

Ally Gilmore przyjeżdża z Nowego Jorku do Pine Hollow. To urocze miasteczko ma wszystko, czego Ally potrzebuje w ten świąteczny czas, nawet łagodnie prószący śnieg. Niestety jakiś Grinch postanowił wstrzymać finansowanie schroniska dla psów, które prowadzą jej dziadkowie. Ally nie może pozostać obojętna…

Ben West opiekuje się swoją dziesięcioletnią siostrzenicą Astrid, której rodzice zginęli w wypadku samochodowym. Nadmiar obowiązków w radzie miasta i niekończące się problemy jego mieszkańców sprawiają, że nie ma czasu dla siebie. Mimo wszystko postanawia pomóc Ally.

Czy zdążą znaleźć domy dla wszystkich nietuzinkowych mieszkańców schroniska? Czy magia Świąt zmieni życie Ally i Bena na dłużej? Czy pomagając innym, można odnaleźć swoje szczęście?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 371

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,1 (144 oceny)
56
53
32
3
0

Popularność




ROZ­DZIAŁ 1

Pine Hol­low w sta­nie Ver­mont jawiło się miesz­kań­com niczym „Mary Pop­pins wśród mia­ste­czek” – pod każ­dym wzglę­dem prak­tycz­nie dosko­nałe. I wszy­scy byli tym zachwy­ceni, może poza człon­kami rady miej­skiej odpo­wie­dzial­nymi za to, by owa dosko­na­łość trwała. Po dwóch latach wsłu­chi­wa­nia się we wszel­kie moż­liwe suge­stie współ­o­by­wa­teli Ben West nabrał prze­ko­na­nia, że już wystar­cza­jąco odpo­ku­to­wał zbrod­nie popeł­nione w poprzed­nim życiu.

A w Boże Naro­dze­nie… W Boże Naro­dze­nie było naj­go­rzej.

Co roku mia­steczko ogar­niał świą­teczny szał, a tele­fon Bena nie­mal eks­plo­do­wał od nie­koń­czą­cych się życzeń nad­gor­li­wych miesz­kań­ców. Wię­cej lam­pek na drze­wach. Nowa gir­landa dla biblio­teki. Wię­cej podu­szek do kostiumu Świę­tego Miko­łaja, bo eta­towy odtwórca tej roli zaczął latem bie­gać mara­tony i zgu­bił pięć­dzie­siąt fun­tów.

Na wszystko to potrzebne były pie­nią­dze z lokal­nego budżetu, a każdy wyda­tek zatwier­dzała rada miej­ska. Ben zaś miał wąt­pliwy zaszczyt być człon­kiem owego sza­cow­nego ciała, do któ­rego czę­sto nale­żał decy­du­jący głos.

Mógł mówić o szczę­ściu, gdy udało mu się poko­nać trasę z domu do szkoły Astrid i nie zostać kil­ka­krot­nie zatrzy­ma­nym rado­snymi słowy: „O, Ben! Mia­łem nadzieję, że na cie­bie wpadnę!”. Jego komórka w zasa­dzie nie prze­sta­wała wibro­wać.

I wła­śnie jak na zawo­ła­nie z jego kie­szeni dobie­gło słynne „tu-du tu-du” tematu muzycz­nego ze Szczęk. Kolejny e-mail w skrzynce rady miej­skiej. Ben zigno­ro­wał powia­do­mie­nie i paroma kro­kami prze­mie­rzył kuch­nię w stronę eks­presu do kawy marki Keu­rig. Zała­twia­nie miej­skich spraw bez poran­nej dawki kofe­iny nie było dobrym pomy­słem. Lecz może tym razem nie cho­dziło o kolejną sprawę służ­bową? Może zda­rzył się bożo­na­ro­dze­niowy cud i ktoś zapro­po­no­wał roz­wią­za­nie, zamiast pod­rzu­cić kolejny pro­blem?

Zło­wro­gie tony ze Szczęk roz­brzmiały ponow­nie, gdy wło­żył kap­sułkę i wci­snął guzik, by zacze­kać, aż maszyna ock­nie się z jękiem i zacznie sączyć ambro­zję wprost do jego kubka. Nic się jed­nak nie wyda­rzyło. Ben pochy­lił się nad pane­lem eks­presu, pod­świe­tlo­nym jak zawsze. Maszyna wyglą­dała nor­mal­nie, ale gdy ponow­nie wci­snął kla­wisz, nie zare­ago­wała.

Stała tak sobie, jak gdyby w drwią­cym mil­cze­niu, a on uświa­do­mił sobie nagle, że to kolejny para­graf 22: potrze­buje kofe­iny, żeby roz­gryźć, co się stało maszy­nie, która miała go ura­czyć kofe­iną.

– Dzień dobry, wujku Benie!

Wymam­ro­tał w odpo­wie­dzi nie­zbyt zro­zu­miałe powi­ta­nie, kątem oka reje­stru­jąc, jak jego sio­strze­nica wpada do kuchni w weso­łych pod­sko­kach.

Astrid, naj­wy­raź­niej nie­świa­doma kawo­wego kry­zysu, otwo­rzyła kre­dens.

– Doradź mi: babeczki, brow­nie czy pier­niczki?

Ben odwró­cił głowę tylko na tyle, by móc doj­rzeć, jak sięga do szafki po chrupki. Astrid była jed­nym z tych prze­ra­ża­ją­cych stwo­rzeń zwa­nych ran­nymi ptasz­kami, ale zazwy­czaj nie jadała sło­dy­czy na śnia­da­nie.

– A może nic z tego? Za wcze­śnie na cukier.

– Mówię o kier­ma­szu ciast – wyja­śniła Astrid, sta­wia­jąc na bla­cie wyspy pudełko płat­ków kuku­ry­dzia­nych. – O bożo­na­ro­dze­nio­wym festy­nie. Każdy musi coś przy­nieść.

– Racja. Festyn. – Ben znowu pochy­lił się nad eks­pre­sem. Wtyczka w gniazdku. Woda w dzbanku. Może trzeba wyłą­czyć i włą­czyć, tak jak rese­tuje się router? To powinno pomóc, prawda? – To już nie­długo? – spy­tał w roz­tar­gnie­niu.

– W następną nie­dzielę. – Dziew­czynka wyjęła z lodówki mleko i borówki. – Dzi­siaj trzeba oddać zgło­sze­nia, a kru­che cia­steczka odpa­dły, bo w tym roku chce je upiec Mer­ritt Mil­ler. Jej cio­cia pro­wa­dzi pie­kar­nię, więc pew­nie będą naj­lep­sze na świe­cie i reszta wypad­nie przy nich żało­śnie. – Wsy­pała do miski płatki, wlała mleko, dorzu­ciła garść boró­wek i zasty­gła z łyżką w pół drogi. – Widzia­łeś kie­dyś te jej cia­steczka? No nie­sa­mo­wite. I dla­tego dla nas zostają babeczki, brow­nie, pier­niczki albo sama nie wiem co.

Ben otwo­rzył usta, ale nie zna­lazł w porę odpo­wie­dzi; jego pozba­wiony kofe­iny umysł był wyzuty z wszel­kiego natchnie­nia. Babeczki, brow­nie, pier­niczki…

– Eee…

Gdyby dwa lata wcze­śniej ktoś mu powie­dział, że pew­nego dnia kwe­stia wypie­ków na świą­teczny festyn będzie dlań niczym zagadka Sfinksa, pew­nie śmiałby się przez okrą­gły tydzień, ale… Wiele się zmie­niło w ciągu tych dwóch lat. Jego nie­zno­śnie dosko­nała i super­am­bitna sio­stra oraz jej nie­praw­do­po­dob­nie porządny mąż ode­szli, Astrid zaś została pod jego opieką. Od dłuż­szego czasu nale­żał do face­bo­oko­wej grupy rodzi­ców z jej klasy, którą w duchu nazy­wał kur­sem pasywno-agre­syw­nego gnę­bie­nia mamu­siek dla zaawan­so­wa­nych. Tyle że dyżurną mamuśką do gnę­bie­nia był on sam.

Babeczki, brow­nie, pier­niczki – cokol­wiek wybie­rze, będzie musiał przy­go­to­wać się do obrony swego sta­no­wi­ska za pomocą prze­ko­nu­ją­cych fak­tów z dzie­dziny die­te­tyki dzie­cię­cej; w prze­ciw­nym razie grupa roz­szar­pie go na strzępy. Czy wypiek będzie bez­glu­te­nowy? Czy nie zosta­nie przy­go­to­wany na bla­cie, który w ostat­nim dwu­dzie­sto­le­ciu miał bodaj prze­lotny kon­takt z choćby jed­nym orze­chem? Ile gra­mów cukru będzie zawie­rał? Ile węglo­wo­da­nów? A czy aby na pewno znajdą się w nim jajka od prze­szczę­śli­wych kurek z orga­nicz­nej hodowli, które na oczy nie widziały kla­tek i wiodą błogi żywot na wyż­szym pozio­mie niż on sam? No i czy przod­kom krowy, która dała mleko użyte do tego wypieku, aby na pewno ni­gdy nie poda­wano anty­bio­ty­ków?

Naprawdę sta­rał się być odpo­wie­dzial­nym opie­ku­nem. Chciał, żeby Astrid była zdrowa i szczę­śliwa, a to ozna­czało, że musiał się przej­mo­wać wie­loma zaska­ku­ją­cymi spra­wami. Cza­sem jed­nak miał wra­że­nie, że ni­gdy nie wygra z zastę­pami życz­liw­ców wiecz­nie goto­wych powie­dzieć mu, co znowu zro­bił nie tak – bo zawsze robił coś nie tak.

Babeczki, brow­nie czy pier­niczki?

Potrze­bo­wał kawy, żeby pod­jąć decy­zję.

Odkąd pod­jął się opieki nad Astrid, każdy wybór był istotny, ale tym razem prze­czu­wał nie­uchronną porażkę. Dla­czego wła­ści­wie cią­gle urzą­dzano te kier­ma­sze ciast, skoro połowa rodzi­ców uwa­żała, że cukier i mąka to tru­ci­zna? Nie­kiedy miał ochotę wło­żyć koszulkę z napi­sem PIŁEM SYROP GLU­KO­ZOWO-FRUK­TO­ZOWY I ŻYJĘ, ale nie był pewien, czy wyszedłby cało z takiej demon­stra­cji. Rola rodzica zde­cy­do­wa­nie nie jest dla mię­cza­ków, pomy­ślał.

– Może po pro­stu brow­nie – prze­mó­wiła Astrid do jego ple­ców.

Wciąż ster­czał przed bez­u­ży­tecz­nym eks­pre­sem, lecz choć w gło­sie sio­strze­nicy nie wyczuł żalu, jej „po pro­stu” tro­chę go zabo­lało.

Katie ni­gdy niczego nie robiła „po pro­stu”. Była Super­mamą i Kró­lową Kier­ma­szy Ciast, ale także mistrzy­nią cię­tego dow­cipu, ni­gdy nie­bio­rącą samej sie­bie nazbyt serio. Była mamą, o jakiej marzy każdy dzie­ciak. Mamą, pod któ­rej skrzy­dłami Astrid powinna dora­stać, lecz nie­stety nie było jej to pisane. Jed­nakże wujek, który zde­cy­do­wa­nie nie był świa­to­wej sławy cukier­ni­kiem, nie zamie­rzał spra­wić jej zawodu.

– O nie, stać nas na coś cie­kaw­szego – odpo­wie­dział sta­now­czo, siląc się na entu­zjazm, jakby cały jego układ ner­wowy nie doma­gał się kawy. – Może pier­niczki?

Ni­gdy w życiu nie piekł pier­nicz­ków.

Boże, żeby tylko nie było to trudne.

– Naprawdę?

Nuta nie­do­wie­rza­nia w gło­sie Astrid zdwo­iła jego deter­mi­na­cję.

– Jasne. Cóż w tym skom­pli­ko­wa­nego?

Dziew­czynka skrzy­wiła się lekko.

– Chyba lepiej brow­nie.

– Suge­ru­jesz, że nie umiem upiec pier­nicz­ków? – Cał­kiem moż­liwe, że nie umiem, dodał w duchu.

– No jakby.

Ben par­sk­nął śmie­chem, roz­ba­wiony jej szcze­ro­ścią.

– A jed­nak upie­czemy pier­niczki.

Jego tele­fon znowu roz­brzmiał muzyką ze Szczęk. Ben oparł się poku­sie i nie się­gnął do kie­szeni, za to spoj­rzał na zegar w mikro­fa­lówce. Cho­lera.

– Będziesz zaraz gotowa? Jeste­śmy spóź­nieni.

Znowu.

Astrid była już ubrana, za to on – jeśli miał na czas odsta­wić ją do szkoły – musiał pil­nie poszu­kać dosta­tecz­nie czy­stej koszuli, w któ­rej mógł się poka­zać w pracy. Pralka straj­ko­wała od dwóch tygo­dni i pomału koń­czyły mu się opcje. Święto Dzięk­czy­nie­nia namie­szało w kalen­da­rzach fachow­ców i jedyny wolny ter­min zapro­po­no­wany przez ser­wi­santa koli­do­wał z wywia­dówką u Astrid. W ocze­ki­wa­niu na kolejny musieli prać w zle­wie.

Jesz­cze jedna z wielu spraw, z któ­rymi nie do końca sobie radził. A teraz wypa­dało dopi­sać do listy naprawę eks­presu.

Jakże pięk­nie byłoby mieć czas na wszystko. Coraz sła­biej pamię­tał, jakie to uczu­cie.

Dziew­czynka ześli­znęła się ze stołka, by zanieść miskę do zlewu.

– Brow­nie też jest pyszne…

– Miej choć tro­chę wiary w star­szych.

– Wiarę to ja mam, tylko pamię­tam, co było w zeszłym roku.

Ben zdą­żył otwo­rzyć usta, gotów zdu­sić w zarodku jej – cał­kiem uza­sad­nione – obawy, ale w ripo­ście prze­szko­dził mu kolejny sygnał tele­fonu. Wyjął komórkę z kie­szeni, na wyświe­tla­czu wid­niało słowo „Sze­fowa”. Oca­lony przez dzwo­nek, pomy­ślał.

– Cześć, Delia. Nie mogę długo gadać, muszę zawieźć Astrid do szkoły.

– Ode­bra­łeś maile? – Głos pani bur­mistrz jak zawsze ranił bębenki; w poprzed­nim życiu Delia Win­ter musiała być mega­fo­nem. Z podobną kon­se­kwen­cją funk­cjo­no­wała zawsze w tym samym try­bie: w try­bie wiel­kiego znie­cier­pli­wie­nia. Jej pyta­nie tłu­ma­czyło poranny kon­cert muzyki ze Szczęk. Zapewne wysy­łała wia­do­mo­ści co pięć sekund i jak zwy­kle nie mogła się docze­kać odpo­wie­dzi. Tak czy ina­czej, kochała Pine Hol­low i żaden z miesz­kań­ców nie uczy­nił dla swego mia­sta wię­cej dobrego niż ona. Tym razem Delia nie nadała mu nawet czasu na odpo­wiedź. – Bo zdaje mi się, że zna­la­złam spo­sób na dopię­cie budżetu.

– To świet­nie.

– Schro­ni­sko dla psów! – zagrzmiała sze­fowa.

Ben skrzy­wił się odru­chowo, ale na szczę­ście Astrid nic nie usły­szała zza kuchen­nej wyspy, przy któ­rej pako­wała dru­gie śnia­da­nie. Od mie­sięcy – a kon­kret­nie od swych dzie­sią­tych uro­dzin – regu­lar­nie przy­po­mi­nała mu o tym, jak bar­dzo chcia­łaby mieć psa, Ben zaś rów­nie regu­lar­nie odma­wiał. Doszło już do tego, że nawet naj­bar­dziej przy­pad­kowa wzmianka o psie sta­wała się zarze­wiem kolej­nej nie­ma­ją­cej końca dys­ku­sji.

– Chwi­leczkę, Delio – ode­zwał się, po czym bez­gło­śnie rzu­cił: „Pięć minut!” w stronę Astrid i wymknął się z kuchni, jakby ktoś go ści­gał. Zaklął pod nosem, gdy zaha­czył pal­cem u nogi o listwę na skraju dru­giego schodka. Jesz­cze jedna nie­za­ła­twiona sprawa w tym sta­rym, skrzy­pią­cym domu.

Delia jak zawsze odcze­kała równo sekundę, zanim przy­stą­piła do natar­cia.

– Schro­ni­sko od wie­ków jest doto­wane z budżetu uzna­nio­wego bur­mi­strza. Wystar­czy prze­nieść te środki na inny cel. Sama nie wiem, dla­czego wcze­śniej o tym nie pomy­śla­łam.

– Ale czy ono na tym nie ucierpi? – spy­tał Ben, zni­ża­jąc głos na tyle, by nie usły­szała go Astrid. Sam ni­gdy tam nie był, ale miał wra­że­nie, że schro­ni­sko mie­ści się na pose­sji na samym krańcu mia­sta i należy do miłego star­szego mał­żeń­stwa.

– Ogło­simy, że z koń­cem roku wstrzy­mu­jemy dota­cję, więc muszą zna­leźć dla swo­ich psów nowe domy. Rita i Hal mają swoje lata, ścią­gnęli tu wnuczkę do pomocy. Czuję, że z ulgą wró­ci­łaby do swo­jego życia w dużym mie­ście. A plotka głosi, że Hal i Rita chęt­nie prze­nie­śliby się na osie­dle eme­ry­tów, ale nie mogą, bo muszą się opie­ko­wać psami. Innymi słowy, wszy­scy będą zado­wo­leni.

Ben wło­żył pierw­szą koszulę, która pomyśl­nie prze­szła test węchowy. Nie mógł się oprzeć wra­że­niu, że w tym ide­al­nym roz­wią­za­niu Delii jest jakiś słaby punkt, ale nie umiał go ziden­ty­fi­ko­wać.

– Gdzieś musimy zna­leźć pie­nią­dze na naprawę dachu świe­tlicy, a takie cię­cie będzie naj­mniej dotkliwe dla całej spo­łecz­no­ści – dud­nił w apa­ra­cie głos sze­fo­wej. – Prze­cież nie obe­tniemy fun­du­szy szko­łom albo straży pożar­nej. A gdy ostat­nio pró­bo­wa­li­śmy zaosz­czę­dzić na ilu­mi­na­cji miej­skiej cho­inki, omal nie doszło do zamie­szek. Wybór jest oczy­wi­sty.

– Taa… – Ben już wie­dział, że tego dnia jego skar­petki nie będą jed­na­kowe, ale czy ktoś ogląda bliź­niemu skar­petki?

– Zatem mam twój głos? Bo jeśli tak, to jesz­cze dziś po połu­dniu możemy przy­kle­pać budżet, zawia­do­mić schro­ni­sko i w spo­koju zacząć ferie świą­teczne.

Nie bar­dzo wie­dział, co robi, gdy zgło­sił się na ochot­nika, by dokoń­czyć kaden­cję szwa­gra w radzie miej­skiej. Myślał tylko o tym, że obo­wiązki Paula i Katie są teraz jego obo­wiąz­kami; że pod­trzy­ma­nie cią­gło­ści we wszyst­kim, w czym się da, będzie dobre dla Astrid. Z błędu wypro­wa­dziły go ostat­nie dwa lata poświę­cone na dys­ku­sje o budże­tach i zago­spo­da­ro­wa­niu prze­strzen­nym. Dawno już nie sły­szał rów­nie kuszą­cych słów jak „ferie świą­teczne”.

Kochał Pine Hol­low, a szansa na to, że choć jeden z miej­skich pro­ble­mów znaj­dzie nad­spo­dzie­wa­nie łatwe roz­wią­za­nie, wydała mu się darem nie­bios.

– Jasne. – Wsu­nął stopy w buty i się­gnął po torbę z lap­to­pem. – To brzmi sen­sow­nie – dodał, pusz­cza­jąc się bie­giem ku scho­dom. Tym razem omi­nął luźną listwę. – Muszę lecieć, Delia.

– Zoba­czymy się póź­niej. I dzięki, Ben!

Astrid cze­kała u pod­nóża scho­dów, w dłu­giej, pucho­wej kurtce i z ple­ca­kiem na ramio­nach. Spo­glą­da­jąc na nią, poczuł po raz kolejny, jak bez­na­dziej­nym jest zastępcą jej rodzi­ców.

– Gotowa? – spy­tał, choć nie miał co do tego wąt­pli­wo­ści.

Zdjął z haczyka kurtkę i zer­k­nął na zabyt­kowy zegar w przed­po­koju. Przy odro­bi­nie szczę­ścia mogli jesz­cze zdą­żyć, a wtedy zaj­rzałby do Cup na fili­żankę kawy przed pracą. Otwo­rzył drzwi, by wypu­ścić dziew­czynkę. Miał wra­że­nie, że uchy­lił się przed kulą – a może nawet przed salwą plu­tonu egze­ku­cyj­nego – ale tylko do chwili, w któ­rej dołą­czył do sio­strze­nicy za pro­giem domu. Wtedy bowiem, nie­win­nie prze­chy­la­jąc główkę, spy­tała:

– O co cho­dzi z tym schro­ni­skiem dla psów?

Sześć prze­cznic dzie­lą­cych dom Katie i Paula od szkoły prze­ci­nało samo serce Pine Hol­low, a Astrid, nie­mal zawsze gdy je mijali, miała w zwy­czaju wygła­szać tę samą tyradę: prze­cież nie ma żad­nego powodu, by szó­sto­kla­si­ści mieli prawo samo­dziel­nie masze­ro­wać na lek­cje, pod­czas gdy pią­to­kla­si­ści – nie­mal ich rówie­śnicy – musieli być dowo­żeni na miej­sce jak jacyś smar­ka­cze! Nie­wy­klu­czone, że miała przed sobą karierę poli­tyczną, a także sporo racji – tak przy­naj­mniej wyni­kało z pod­ca­stów dla rodzi­ców, któ­rych Ben ostat­nio słu­chał, poświę­co­nych zachę­ca­niu dzieci do nie­za­leż­no­ści i auto­no­mii – ale poli­tyka szkoły pozo­stała nie­zmie­niona.

Tego ranka został jed­nak poczę­sto­wany inną z kolek­cji ulu­bio­nych śpie­wek sio­strze­nicy: „O nie­zli­czo­nych dowo­dach świad­czą­cych o tym, że Astrid K. Wil­liams jest wystar­cza­jąco odpo­wie­dzialna, by dostać psa”. Na szczę­ście mała naj­wy­raź­niej nie usły­szała o pla­nach obcię­cia fun­du­szy dla schro­ni­ska; gdyby było ina­czej, w jej wystą­pie­niu na pewno poja­wiłby się nowy wątek.

Kofe­inowy ból głowy ode­zwał się mniej wię­cej w poło­wie drogi mię­dzy Blu­ebell Inn a pie­kar­nią Magdy. Gdy prze­jeż­dżali przez ostat­nie przej­ście dla pie­szych przed szkołą, Ben modlił się już tylko o cier­pli­wość i liczył kroki do Cup. Potrze­bo­wał espresso, i to jesz­cze przed pracą.

– A gdy­bym udo­wod­niła, że jestem wystar­cza­jąco odpo­wie­dzialna, żeby zaj­mo­wać się psem? – per­trak­to­wała Astrid, nie­zra­żona nie­zli­czo­nymi pró­bami zakoń­cze­nia roz­mowy podej­mo­wa­nymi przez Bena.

Miał ochotę odpo­wie­dzieć, że inte­re­sują go wyłącz­nie psy prze­szko­lone w przy­no­sze­niu kawy, ale oba­wiał się, że mała potrak­tuje to jako zachętę.

– Astrid, naprawdę doce­niam twoją wytrwa­łość, ale już o tym roz­ma­wia­li­śmy: nie mamy nawet podwórka.

Gdy po wypadku prze­pro­wa­dził się do wyma­ga­ją­cego remontu domu Katie i Paula, miał szczery zamiar wyko­nać ich ambitny dwu­letni plan: dokoń­czyć reno­wa­cję i sprze­dać nie­ru­cho­mość, by poszu­kać cze­goś prze­stron­niej­szego, z więk­szą działką. Nie prze­wi­dział tylko, że opu­ści go narze­czona i zosta­nie sam z masą roboty. I może jesz­cze tego, że zastą­pie­nie Paula w radzie miej­skiej oraz prze­ję­cie obo­wiąz­ków Katie w Radzie Rodzi­ców pochłoną cały jego czas, co do sekundy. Za każ­dym razem, gdy Astrid pro­siła o psa, przy­po­mi­nał sobie o tym, że już dawno mieli zamiesz­kać w dużym domu z ogro­dem.

– Będę go wypro­wa­dzać – powie­działa. – I kar­mić. A ty nie będziesz musiał nic robić. Pro­szę. Mógłby być malutki. Nawet byś go nie zauwa­żył.

– Chyba że zacząłby szcze­kać. I jesz­cze wtedy, gdy pła­cił­bym rachunki u wete­ry­na­rza.

– Nauczy­ła­bym go nie szcze­kać. I sama zapłacę za wszyst­kie zastrzyki i inne takie. Oszczę­dza­łam kie­szon­kowe.

Rze­czy­wi­ście oszczę­dzała, odkąd tylko zaczął dawać jej pie­nią­dze, więc dosko­nale wie­dział, jak nie­wiele tego było, ale podzi­wiał jej deter­mi­na­cję.

– Nie będziemy mieli psa – powtó­rzył milio­nowy raz w ciągu ostat­nich czte­rech mie­sięcy.

Astrid, która nie wie­działa, co to kapi­tu­la­cja, uśmiech­nęła się aniel­sko.

– Opieka nad pie­skiem mogłaby mnie wiele nauczyć…

– A jesz­cze wię­cej się nauczysz, przy­cho­dząc punk­tu­al­nie do klasy. – Ben oto­czył sio­strze­nicę ramie­niem, uści­snął ser­decz­nie i popchnął leciutko w stronę szkoły. – Idź już. Sio. Baw się dobrze. I ucz.

Dziew­czynka prze­wró­ciła oczami i w tej samej chwili dostrze­gła swoją naj­lep­szą kole­żankę, Kim­ber. Ple­cak pod­ska­ki­wał ryt­micz­nie na jej ramio­nach, gdy bie­gła ku niej.

– Wol­niej, Astrid – powie­działa Eli­nor, szkolna biblio­te­karka, która tego dnia nad­zo­ro­wała przy­by­wa­nie dzieci. Ni­gdy nie pod­no­siła głosu, a one i tak jej słu­chały.

– Prze­pra­szam, cio­ciu E.! – Astrid posłusz­nie zwol­niła i podą­żyła ku Kim­ber ener­gicz­nym mar­szem.

Eli­nor Rodri­guez była naj­lep­szą przy­ja­ciółką Katie i nie­mal człon­kiem jej rodziny.

– Ben! – Unio­sła rękę, by zwró­cić jego uwagę, zanim odda­lił się w stronę Cup. – Nie ucie­kaj. Musimy chwilę poroz­ma­wiać.

Kusiło go, żeby udać, że nie sły­szy, ale się opa­no­wał. Eli­nor była jedną z mądrzej­szych osób, jakie dane mu było poznać, ale jej lase­rowa prze­ni­kli­wość zawsze budziła w nim lekką trwogę i ni­gdy nie wie­dział, czego się spo­dzie­wać po jej zaska­ku­ją­cych zmia­nach tematu. Nadą­że­nie za nią bez kofe­iny w orga­ni­zmie wyda­wało mu się nie­moż­liwe.

Idąc ku niemu, popra­wiła oku­lary na nosie.

– Co nowego? – spy­tał.

– Będziesz potrzebny w cza­sie festynu bożo­na­ro­dze­nio­wego. – Mówiła do Bena, ale nie spusz­czała oczu z dzie­cia­ków spie­szą­cych do szkoły. – Wyrzuć tę śnieżkę, Jere­miah!

– Sądzi­łem, że skoro dzieci są już sta­tecz­nymi pią­to­kla­si­stami, same będą pil­no­wać stra­ga­nów. – Miał wra­że­nie, że tra­fił do jakiejś bez­ko­fe­ino­wej dys­to­pii, w któ­rej nic nie ma sensu. Nie­wy­klu­czone, że pod­czas ostat­niego zebra­nia Rady Rodzi­ców zaj­mo­wał się głów­nie prze­glą­da­niem poczty w tele­fo­nie, ale dosko­nale pamię­tał, że mówiono o powie­rze­niu dzie­ciom odpo­wie­dzial­no­ści.

– Będą, ale doro­śli muszą dopil­no­wać pew­nych spraw, choćby wyda­wa­nia reszty oraz tego, żeby nie wszyst­kie cia­sta zostały cicha­czem pożarte przez sprze­daw­ców.

Ben omal nie jęk­nął w głos. Powi­nien to prze­wi­dzieć. Obo­wiązki dzieci zawsze były obo­wiąz­kami rodzi­ców. Jesz­cze jeden pro­blem na gło­wie.

– Wystar­czy, jeśli zapi­szesz się na jeden trzy­go­dzinny dyżur, żeby Astrid mogła wziąć udział w festy­nie…

– Trzy­go­dzinny?

Nie wspo­mi­na­jąc o cza­sie, który stracą na pie­cze­nie pier­ni­ków i pako­wa­nie ich w małe, śliczne pude­łeczka. O zaku­pach, o woże­niu Astrid w tę i z powro­tem… Nikt ni­gdy nie wspo­mi­nał o tych spra­wach, gdy pro­po­no­wał: „Zor­ga­ni­zujmy dobro­czynny festyn bożo­na­ro­dze­niowy. Będzie dobra zabawa”.

– Jeśli naprawdę nie chcesz, mogę cię zastą­pić – zaofe­ro­wała się Eli­nor, ale Ben odru­chowo pokrę­cił głową.

– Nie, zajmę się tym. – Nie chciał ni­gdy usły­szeć, że uchyla się od obo­wiąz­ków. – Gdzie mam się wpi­sać?

Eli­nor wydo­była tablet z prze­stron­nej kie­szeni płasz­cza.

– W dowol­nym pustym polu.

Ben przej­rzał pospiesz­nie wolne godziny, szu­ka­jąc takiej, w którą mógłby się wstrze­lić w gru­dniową nie­dzielę. Jak co roku mia­sto ogar­niał świą­teczny szał, a to ozna­czało dlań milion spraw do zała­twie­nia. Co gor­sza czuł, że musi ogar­nąć je wszyst­kie co do jed­nej – dla Astrid.

Już w week­end Święta Dzięk­czy­nie­nia zajął się bożo­na­ro­dze­nio­wymi ozdo­bami przed domem – bo Katie zawsze robiła to wcze­śniej niż inni, a on nie chciał zawieść Astrid – ale zakupy wciąż miał przed sobą. I pako­wa­nie pre­zen­tów. I wypy­cha­nie Miko­ła­jo­wej skar­pety. A teraz jesz­cze pie­cze­nie pier­nicz­ków oraz naprawę cho­ler­nej pralki i eks­presu. A prze­cież trzeba też posprzą­tać w pokoju gościn­nym, bo za trzy tygo­dnie mają przy­je­chać rodzice. Nie chciał także usły­szeć od nich, że nie dokoń­czył roz­grze­ba­nej roboty wokół domu.

Potrze­bo­wał klona.

– Tak z cie­ka­wo­ści: pró­bu­jesz wystra­szyć dzie­ciaki?

– Co? – Uniósł głowę znad tabletu i ponie­wcza­sie uświa­do­mił sobie, że Eli­nor wła­śnie naśla­duje jego posępną minę. – Uro­czo.

– Jako twoja przy­ja­ciółka chyba powin­nam cię ostrzec. Ludzie zaczy­nają gadać. – Zmarsz­czyła nos, aż zsu­nęły się jej oku­lary. – Moż­liwe, że sły­sza­łam nawet imię Ebe­ne­zer.

– Żaden ze mnie Scro­oge – wark­nął nieco ostrzej, niż zamie­rzał. – Po pro­stu żyję w stre­sie. Mam kupę spraw do zała­twie­nia. – I nie piłem dziś kawy, dorzu­cił w myślach.

– Stres szko­dzi mózgowi – sko­men­to­wała bez­tro­sko Eli­nor. – Nie­dawno czy­ta­łam arty­kuł o tym, że zmu­sza umysł do przej­ścia w tryb reak­cji, odci­na­jąc te jego czę­ści, które odpo­wia­dają za kre­atyw­ność i roz­wią­zy­wa­nie pro­ble­mów. Czy wiesz, że wysta­wie­nie mózgu przez dłuż­szy czas na dzia­ła­nie hor­mo­nów stresu może zmo­dy­fi­ko­wać jego bio­che­mię i wywo­łać u czło­wieka depre­sję? Fascy­nu­jące, nie­praw­daż?

Coś pięk­nego. Świe­tlana przy­szłość przede mną.

– Ow­szem, fascy­nu­jące. I jakże pomocne. Dzię­kuję.

Eli­nor wzru­szyła ramio­nami.

– Tak tylko mówię. Znajdź sobie spo­sób na odstre­so­wa­nie.

– Już lecę. Zaraz po Bożym Naro­dze­niu. – Wstu­kał swoje nazwi­sko w losowo wybrane wolne pole i zwró­cił tablet Eli­nor. Będzie jak zawsze, pomy­ślał. Coś się wykom­bi­nuje, żeby się udało.

Dzwo­nek już dawno wybrzmiał i wszyst­kie dzieci znik­nęły za drzwiami szkoły.

– Kaye Berry zawsze twier­dziła, że nie­złe z cie­bie cia­cho, a teraz jest roz­wódką, więc…

– Nie – wpadł jej w słowo Ben, zanim nabrała roz­pędu. – Nie będę się uma­wiał z żadną z mam z klasy Astrid. Muszę naj­pierw zro­bić to, co mam do zro­bie­nia, zanim zajmę się czymś… albo kimś innym.

I naprawdę nie czuł się na siłach, żeby wziąć na sie­bie kolejny obo­wią­zek. Żad­nych psów. Żad­nych ran­dek. Żad­nych przed­świą­tecz­nych wariactw wyma­ga­ją­cych wysiłku. Naj­waż­niej­sza była Astrid. Musiał zna­leźć spo­sób na to, żeby zapew­nić jej takie życie, jakie powinna mieć – z dużym ogro­dem i psem w pla­nach – i nie mógł teraz sku­piać się na niczym innym. Był to winien Katie i Pau­lowi. Musiał jesz­cze tylko poszu­kać odpo­wie­dzi na jedno pyta­nie: jak tego doko­nać?

ROZ­DZIAŁ 2

No, dalej, Bażant. Spójrz na mnie. Śmiało, maleńki.

Ally Gil­more, foto­grafka z branży modo­wej, kucała wła­śnie przed naj­ob­fi­ciej się śli­nią­cym bul­do­giem świata, z apa­ra­tem w jed­nej ręce i pisz­czącą gumową zabawką w dru­giej.

Ni­gdy nie miała opo­rów przed przy­ję­ciem choćby naj­mniej wygod­nej pozy­cji, byle tylko uzy­skać pożą­dane uję­cie, ale zazwy­czaj miała do czy­nie­nia z model­kami o kan­cia­stych cia­łach i ustach zło­żo­nych w ciup, a żadna z nich nie miała ani pofał­do­wa­nej skóry, ani bia­łej sier­ści.

Z dru­giej strony zało­że­nia były takie same: sprze­dać pro­dukt. Niech obiekt na zdję­ciu wydaje się jak naj­bar­dziej ponętny. Nawet jeśli jest nie­moż­li­wie zaśli­nio­nym czwo­ro­no­giem z naj­dłuż­szym sta­żem w schro­ni­sku dla zwie­rząt „Kosmaci Przy­ja­ciele”. Bie­da­czy­sko tra­fił tam trzy lata wcze­śniej jako bez­pań­ski pies i do tej pory nie zna­lazł nowego domu, choć dziad­ko­wie Ally robili wszystko, by obja­wić światu jego nie­ba­nalną urodę.

Ow­szem, miał wysta­jącą żuchwę, jego oczy były róż­nej wiel­ko­ści i śli­nił się rzę­si­ście, gdy był pobu­dzony… albo głodny… albo gdy spał… albo w dowol­nym momen­cie, ale prze­cież zasłu­gi­wał na miłość tak samo jak wszy­scy jego kosmaci przy­ja­ciele. Ally zaś się uparła, że na stronę inter­ne­tową trafi dosko­nały por­tret Bażanta, a to sprawi, że ktoś wresz­cie go poko­cha.

Jeśli Bażant w końcu prze­sta­nie lizać obiek­tyw.

– Daj już spo­kój, skar­bie. Współ­pra­cuj tro­chę. Potem mi podzię­ku­jesz.

Jej ber­nar­dyn, Colby – naj­bar­dziej leniwy zwie­rzak na całej pla­ne­cie, gotów prze­spać okrą­głą dobę, gdyby nie to, że prze­ga­piłby pory posił­ków – nagle uniósł łeb i spoj­rzał w stronę kla­tek. Uła­mek sekundy póź­niej chór psich gło­sów poniósł się echem pod łuko­wa­tym skle­pie­niem budynku.

– Bunia? – zawo­łała Ally, prze­krzy­ku­jąc szcze­ka­nie.

Było zde­cy­do­wa­nie za wcze­śnie na klien­tów poszu­ku­ją­cych zwie­rzaka. Zwłasz­cza że było ich tak nie­wielu, odkąd trzy tygo­dnie temu Ally przy­była do Pine Hol­low. Dziad­ko­wie mówili jej, że to taka pora roku, że wszy­scy myślą tylko o Świę­cie Dzięk­czy­nie­nia i Bożym Naro­dze­niu, ale ona podej­rze­wała, że prze­sta­rzała strona inter­ne­towa też nie jest bez zna­cze­nia. I dla­tego wła­śnie teraz, pierw­szego grud­nia, wstała ciem­nym ran­kiem spe­cjal­nie po to, by zmie­rzyć się z tym pro­ble­mem.

– Co tam, dziew­czyno? – odkrzyk­nęła bab­cia.

Szcze­ka­nie nie mil­kło.

– Tu jestem! – powie­działa Ally, w ostat­niej chwili cofa­jąc apa­rat przed mokrym jęzo­rem Bażanta.

– Co robisz? – spy­tała bab­cia, wyła­nia­jąc się zza ściany. Nio­sła pudło zde­cy­do­wa­nie zbyt cięż­kie dla star­szej pani, która nie­spełna dwa mie­siące wcze­śniej zerwała wię­za­dła w sta­wie bar­ko­wym.

– Zdję­cia na stronę inter­ne­tową. – Ally wybie­gła z klatki Bażanta i odło­żyła apa­rat, by ode­brać od babci wielki kar­ton psich przy­sma­ków Milk-Bone. – Co ty wyra­biasz? I gdzie twój tem­blak?

– Och, już nie jest mi potrzebny. Prze­cież miał być tylko na pierw­sze parę tygo­dni. – Przy­kuc­nęła, żeby podra­pać za uszami Colby’ego, nim przy­wita się z Bażan­tem.

Rita Gil­more miała zale­d­wie pięć stóp wzro­stu, co czy­niło ją o dwa cale niż­szą od Ally, ale któż zwra­całby na to uwagę? Burzę siwych, nie­sfor­nie krę­co­nych wło­sów ukryła tego dnia pod jaskra­wo­czer­woną czapką z włóczki, lecz mimo to ema­no­wała z niej swo­ista dzi­kość – Bunia była jak zwie­rzę uro­dzone na swo­bo­dzie, które ni­gdy nie dało się poskro­mić. I może była to cecha godna pochwały, ale nie wtedy, gdy mani­fe­sto­wała się oślim upo­rem gro­żą­cym per­ma­nent­nym uszko­dze­niem stawu bar­ko­wego.

– Leka­rze mówili, że kon­tu­zja może się odno­wić…

Bab­cia zbyła obawy Ally lek­ce­wa­żą­cym mach­nię­ciem ręki.

– Leka­rze muszą tak gadać, żebym nie mogła ich pozwać, jeśli znowu coś mi się sta­nie i uznam, że to ich wina. Ale nic mi nie jest, więc daj spo­kój.

Ally musiała się­gać coraz głę­biej w pokłady cier­pli­wo­ści. Odkąd przy­je­chała do Pine Hol­low, sły­szała ten refren nie­ustan­nie. Nic mi nie jest. Daj spo­kój. Nie poma­gaj. Nie rób i nie mów niczego, co suge­ro­wa­łoby, że jestem zbyt stara, by żyć samo­dziel­nie.

A prze­cież była. Zwich­nęła staw i zerwała wię­za­dła, nie wyko­nu­jąc żad­nych cięż­kich prac – po pro­stu wypro­wa­dzała psa. Ow­szem, był to Maxi­mus, nie­zbyt czy­stej krwi wil­czarz irlandzki wiel­ko­ści kuca, nie do końca świa­domy wła­snej siły, ale jed­nak… Bunia nie mogła już uda­wać, że dwoje ludzi po osiem­dzie­siątce może bez niczy­jej pomocy unieść brze­mię pro­wa­dze­nia schro­ni­ska dla psów. Ally miała powody, by oba­wiać się o dziad­ków.

Jed­nym z nich było to, że przez parę tygo­dni nawet się nie przy­znali, że Bunia miała wypa­dek. Nie chcieli jej nie­po­koić. Nie chcieli wyry­wać jej siłą z życia, które wio­dła w Nowym Jorku, tylko po to, żeby im pomo­gła. Dzia­dek pra­co­wał ponad siły, byle tylko nie dopu­ścić, by bab­cia przed­wcze­śnie zrzu­ciła tem­blak, co zresztą chciała zro­bić, gdy tylko wró­ciła od chi­rurga. Kiedy Ally przy­była do Pine Hol­low z week­en­dową wizytą i ujrzała, co się dzieje, zro­biła to, co uznała za konieczne: rzu­ciła wszystko i została na dłu­żej.

Tak się zło­żyło, że umowa najmu nowo­jor­skiego miesz­ka­nia wła­śnie dobie­gała końca, a od dawna pla­no­wana sesja foto­gra­ficzna w tere­nie została odwo­łana – Ally zaczy­nała już czuć nie­po­kój. Nie po raz pierw­szy się zasta­na­wiała, czy naprawdę chce zostać w Nowym Jorku. Kon­tu­zja Buni była jak grom z jasnego nieba, jak dro­go­wskaz obja­wiony jej przez opatrz­ność: jest potrzebna w Pine Hol­low. Oto miała oka­zję spę­dzić Święta z jedyną rodziną, która jej pozo­stała, raz jesz­cze wchło­nąć wprost nie­re­alny bożo­na­ro­dze­niowy kli­mat małego mia­steczka i prze­my­śleć, czego rze­czy­wi­ście pra­gnie – a przy oka­zji pomóc w pro­wa­dze­niu schro­ni­ska.

Tyle że jej dziad­ko­wie mieli moralne opory przed przy­ję­ciem takiego wspar­cia.

Bunia zmarsz­czyła brwi, widząc apa­rat leżący na ławce przy klatce Bażanta.

– Nie musisz tego robić, moja droga.

– Ale chcę. – Ally posta­wiła kar­ton przy wej­ściu do maga­zynu i odwró­ciła się do babci. – Wiem, że nie chce­cie nowej strony inter­ne­to­wej, bo tę, którą macie, ktoś wam poda­ro­wał, ale to było dzie­sięć lat temu. I zaufaj mi: bar­dzo wielu ludzi szuka dziś zwie­rza­ków wła­śnie w sieci. Chcą oglą­dać zdję­cia i czy­tać uro­cze opisy.

– Ludzie nie zako­chują się w foto­gra­fiach. Mam rację, Bażant? Pew­nie, że mam.

– Moja praca polega w grun­cie rze­czy na spra­wia­niu, by zachwy­cali się tym, co zoba­czą na zdję­ciach – odpa­ro­wała Ally, się­ga­jąc po apa­rat. – Lecz nawet jeśli masz rację, jeśli ludzie nie adop­tują zwie­rząt, bazu­jąc na tym, co widzieli w Inter­ne­cie, to dobre fotki mogą ich przy­naj­mniej przy­cią­gnąć do drzwi naszego schro­ni­ska. A może i krót­kie, zabawne fil­miki? Możemy zało­żyć konta na Twit­te­rze i Insta­gra­mie. Niech ludzie zoba­czą, jakie psy tu mamy. Może wła­śnie w tej chwili na Pet­fin­de­rze ktoś szuka bul­doga albo wil­cza­rza? Trzeba poka­zać, co mamy, a do tego jest nie­zbędna o dzie­sięć lat śwież­sza strona inter­ne­towa.

– Wszyst­kie te sie­ciowe bania­luki są zbyt zawiłe dla two­jego dziadka i dla mnie. Wiem, że chcesz pomóc, ale do tej pory nasze metody spraw­dzały się zna­ko­mi­cie. W swoim cza­sie każdy z tych futrza­ków znaj­dzie sobie nowy dom.

– A co by nam szko­dziło, gdyby dzięki nowo­cze­śniej­szej stro­nie inter­ne­to­wej zna­la­zły go szyb­ciej?

– Nie pora­dzimy sobie z obsługą. A ty powin­naś przede wszyst­kim cie­szyć się świą­tecz­nym urlo­pem. – Bunia zdrową ręką chwy­ciła Ally pod ramię, by poho­lo­wać ją w stronę wyj­ścia. Colby wes­tchnął ciężko, pod­niósł się bez entu­zja­zmu i podrep­tał za nimi. – Czy nie wspo­mi­na­łaś, że chęt­nie poła­zi­ła­byś po mie­ście i zro­biła parę zdjęć rynku, zanim ludzie zadep­czą świeży śnieg?

– Wspo­mi­na­łam – przy­znała Ally – ale i na to znajdę czas. Naprawdę chęt­nie wam pomogę, nie tylko ze stroną inter­ne­tową. Chcę się przy­dać.

– I przy­da­jesz się, kocha­nie. – Bunia pokle­pała ją czule po ramie­niu. – Zresztą wła­śnie dla­tego tu przy­szłam: chcia­łam cię pro­sić, żebyś dziś po połu­dniu popil­no­wała inte­resu.

Ally czuła, że bab­cia na pocze­ka­niu wymy­śliła to życze­nie, by ją udo­bru­chać, ale nie zamie­rzała robić z tego afery. Skoro poja­wiła się szansa na to, by w spo­koju przy­go­to­wać tro­chę zdjęć do nowej strony inter­ne­to­wej, nale­żało ją wyko­rzy­stać.

– Oczy­wi­ście. Wybie­ra­cie się dokądś?

– Twój dzia­dek chce wziąć udział w tur­nieju poke­ro­wym na osie­dlu. Ale długo nie zaba­wimy, tam nic ni­gdy nie trwa do późna.

Osie­dle eme­ry­tów Sum­mer­land, poło­żone na skraju mia­steczka, na pierw­szy rzut oka bar­dziej przy­po­mi­nało eks­klu­zywny coun­try club niż insty­tu­cję opie­kuń­czą dla senio­rów. Prócz pola gol­fo­wego i base­nów znaj­do­wały się tam jed­nak także domy ofe­ru­jące stałą lub okre­sową opiekę pie­lę­gniar­ską dla pen­sjo­na­riu­szy, któ­rzy jej potrze­bo­wali – lub mieli potrze­bo­wać za kilka lat.

Bunia zawsze gło­śno dekla­ro­wała, że prę­dzej pad­nie tru­pem, niż prze­kro­czy próg jakie­goś domu opieki. Jeżeli miała kie­dyś opu­ścić swoje cztery kąty, to tylko nogami do przodu. W ostat­nich latach jed­nak tak wielu poke­ro­wych kum­pli dziadka prze­nio­sło się do Sum­mer­land, że spę­dzał tam nie­mal tyle samo czasu co w domu. Było tam naprawdę pięk­nie, ale Ally cie­szyła się w duchu, że dziad­ko­wie nie wyka­zują chęci zamiesz­ka­nia na osie­dlu. Swo­body miała dość na co dzień, a tylko u nich czuła się jak w domu.

Zdjęła kurtkę z kołka przy drzwiach fron­to­wych i opa­tu­liła się nią szczel­nie. Przy­trzy­mała drzwi dla Buni i Colby’ego, a potem razem ruszyli w stronę domu, z chrzę­stem zna­cząc ślady w śniegu okry­wa­ją­cym żwi­rowy pod­jazd.

Prze­stronny biały dom tonął w bożo­na­ro­dze­nio­wych ozdo­bach – rzędy miga­ją­cych lam­pek oka­lały ganek, gir­landy zdo­biły tralki balu­strady, a nad drzwiami wisiał piękny wie­niec – ale Bunia uwa­żała, że nale­ża­łoby jesz­cze przy­stroić sto­dołę. Jak zawsze rzu­ciła się w wir świą­tecz­nych przy­go­to­wań zaraz po Świę­cie Dzięk­czy­nie­nia, a Ally i dzia­dek mogli co naj­wy­żej pró­bo­wać dotrzy­mać jej kroku i pil­no­wać, by nie nad­we­rę­żała kon­tu­zjo­wa­nego ramie­nia. Rita Gil­more po pro­stu uwiel­biała tę porę roku, a tym razem wyka­zała się jesz­cze więk­szym fana­ty­zmem niż zazwy­czaj. A może tak się tylko wyda­wało, bo po raz pierw­szy od dawna Ally mogła na wła­sne oczy oglą­dać ją w akcji?

I na to jed­nak nie zamie­rzała się skar­żyć. Zastrzyk świą­tecz­nej atmos­fery miał na nią zba­wienny wpływ. Zbyt wiele lat minęło, odkąd po raz ostatni czuła ten nie­po­wta­rzalny kli­mat cie­pła i spo­koju. Uwiel­biała Boże Naro­dze­nie w Nowym Jorku, powódź świa­teł i gorączkę zaku­pów, ale ile­kroć wra­cała na Święta do Pine Hol­low, do dziad­ków, czuła to samo pozy­tywne sku­pie­nie, które poko­chała już w dzie­ciń­stwie. To miej­sce zawsze było dla niej magiczne; ni­gdy nie wyzbyła się tego prze­ko­na­nia.

– No idź, porób sobie te zdję­cia – zachę­ciła ją Bunia. – Wyjdź z domu, zabaw się tro­chę w mie­ście. Nie mamy z dziad­kiem mono­polu na twoją obec­ność.

Ally deli­kat­nie uści­snęła ramię babci.

– Lubię, kiedy macie na mnie mono­pol.

Gdy przy­je­chała do Ver­montu, chciała jedy­nie nacie­szyć się bli­sko­ścią rodziny i popra­co­wać tro­chę przy psach. W ostat­nich latach pra­co­wała jako wolny strze­lec i czę­sto podró­żo­wała, bo tego wyma­gał od niej zawód, który wybrała. To ozna­czało, że miała sporo czasu dla sie­bie, i w końcu dopa­dło ją poczu­cie osa­mot­nie­nia. Bra­ko­wało jej kogoś, z kim mogłaby dzie­lić codzien­ność.

Bunia miała jed­nak rację: jeśli Ally chciała w pełni doświad­czyć świą­tecz­nej atmos­fery w Pine Hol­low, nie mogła od rana do nocy krę­cić się po schro­ni­sku. Czuła, że wypad do mia­sta dobrze jej zrobi.

Kwa­drans póź­niej szła już dłu­gim pod­jaz­dem, w sza­liku owi­nię­tym wokół szyi i z apa­ra­tem foto­gra­ficz­nym w dłoni.

Pine Hol­low sta­no­wiło kanwę wszyst­kich jej wyobra­żeń o mia­steczku ide­al­nym. Każdy kwar­tał domów zda­wał się ucie­le­śniać wizję z kolej­nej bożo­na­ro­dze­nio­wej pocz­tówki. Po jed­nej stro­nie miała kryte mostki nad rzeką i krętą drogę do ośrodka nar­ciar­skiego. Z dru­giej – uro­kliwy rynek z altaną w naroż­niku. Wszystko to przy­pró­szył świeży śnieg, nie pierw­szy i nie ostatni tej spo­koj­nej zimy.

Trzy­ma­jąc apa­rat obu­rącz, ruszyła spa­ce­ro­wym kro­kiem w stronę rynku, fil­tru­jąc rze­czy­wi­stość szkłem obiek­tywu. Zabyt­kowy ratusz. Uro­czy mały zajazd. Nie­liczni prze­chod­nie zajęci codzien­nymi spra­wami mijali ją od czasu do czasu, nie zakłó­ca­jąc nie­sa­mo­wi­tego spo­koju tego gru­dnio­wego poranka. Powie­trze, czy­ste i rześ­kie, przy­jem­nie chło­dziło płuca.

W pamięci Ally koła­tały się słowa świą­tecz­nych pio­se­nek. Mimo­wol­nie zaczęła nucić dawne melo­die, nie­spiesz­nie masze­ru­jąc ku sercu mia­steczka. Im bli­żej była rynku, tym wyraź­niej sły­szała roz­ka­zu­jące głosy, aż wresz­cie, gdy wychy­nęła zza węgła ostat­niego budynku, zoba­czyła, co się dzieje na placu.

Kilka osób poma­gało przy roz­ła­dunku ogrom­nej cho­inki, na któ­rej już za tydzień miała się poja­wić świą­teczna ilu­mi­na­cja. Ally zbli­żyła się nieco, szu­ka­jąc lep­szego kadru – i wła­śnie wtedy jak na zawo­ła­nie zza rogu wyje­chały sanie zaprzę­żone w konie. Czy mogła marzyć o bar­dziej świą­tecz­nej sce­nie?

Uśmiech­nęła się od ucha do ucha i cof­nęła nieco, by uwiecz­nić też i sanie. Nie miała przy sobie obiek­tywu sze­ro­ko­kąt­nego, ale gdyby odsu­nęła się jesz­cze na kilka kro­ków…

Wesołe dzwonki roz­brzmiały tuż nad jej głową. Sku­piona bez reszty na wizje­rze apa­ratu cof­nęła się odru­chowo jesz­cze bar­dziej…

I zde­rzyła z czymś twar­dym.

– A żeby cię… – Ceglany mur za jej ple­cami nie dokoń­czył prze­kleń­stwa, a zawsty­dzona Ally obró­ciła się na pię­cie, opusz­cza­jąc apa­rat.

– Prze­pra­szam! Nie chcia­łam… – Słowa uwię­zły jej w krtani, gdy spoj­rzała wyżej.

I wyżej.

I wyżej, ponad sze­ro­kimi ramio­nami i ciemną zmierz­wioną brodą. Tam, gdzie jaśniały prze­ni­kliwe oczy, błę­kitne jak zimowe niebo. Tym, co pode­szło jej do gar­dła, blo­ku­jąc wszel­kie słowa, musiało być jej serce. Odru­chowo zaci­snęła moc­niej palce na obu­do­wie apa­ratu, gdy uświa­do­miła sobie, że Rosły, Ciem­no­włosy i Zmierz­wiony spo­gląda na nią z góry dość gniew­nym wzro­kiem.

I ocieka.

W dłoni ści­skał zgnie­ciony jed­no­ra­zowy kubek po kawie, która w więk­szo­ści wła­śnie wsią­kała w jego koszulę pod roz­piętą kurtką.

– Oj! – jęk­nęła Ally. – Pań­ska koszula…

ROZ­DZIAŁ 3

Zdecy­do­wa­nie nie był to naj­ła­twiej­szy dzień w życiu Bena.

Kolejka w Cup nie miała końca, więc pod­jął szybką decy­zję o zaspo­ko­je­niu kofe­ino­wego głodu w pie­karni Magdy. W skro­niach czuł już dotkliwe pul­so­wa­nie, a jego cier­pli­wość się wyczer­py­wała – zapewne wła­śnie dla­tego Gayle Danvers, sze­fowa miej­skiego Komi­tetu do spraw Szopki Świą­tecz­nej, wybrała wła­śnie tę chwilę, by wystą­pić przed nim z pięt­na­sto­mi­nu­tową tyradą: teatr, w któ­rym miało się odbyć przed­sta­wie­nie, roz­pacz­li­wie potrze­bo­wał nowej kur­tyny, więc może uda­łoby się zna­leźć na nią pie­nią­dze w miej­skim budże­cie?

Odmó­wił. Jego praca bar­dzo czę­sto pole­gała wła­śnie na tym: na odma­wia­niu. Ktoś musiał być reali­stą. Ktoś musiał liczyć się z kosz­tami.

Nie na taką odpo­wiedź liczyła jed­nak Gayle. Ben nie mógł się oprzeć wra­że­niu, że według miesz­kań­ców mia­sta wystar­czy nękać go wystar­cza­jąco długo, by osią­gnąć dowolny cel, a że nie­kiedy opie­rał się sku­tecz­nie ich życze­niom, coraz wię­cej ludzi miało o nim jak naj­gor­sze zda­nie. Jego życie było jed­nym wiel­kim spra­wia­niem bliź­nim zawodu.

Gayle nie miała jed­nak prawa oskar­żać go o próbę zruj­no­wa­nia wszyst­kim Bożego Naro­dze­nia, zwłasz­cza w chwili gdy marzył o jed­nym, skrom­nym kubku kawy, bez któ­rej jego głowa w każ­dej chwili mogła eks­plo­do­wać.

Kiedy więc Magda wresz­cie go obsłu­żyła, prak­tycz­nie wybiegł na ulicę ze swym łupem.

Ow­szem, może poru­szał się odro­binę zbyt szybko, ale prze­cież musiał uciec, zanim ktoś inny przy­ssie się do niego, żeby zażą­dać pie­nię­dzy z miej­skiej kasy. To nie jego wina, że tej tury­stce zachciało się cho­dzić tyłem! Wpa­dła wprost na niego, zanim zro­bił unik, żeby oca­lić swoją kawę.

Nie zdo­łał wziąć nawet łyka, a już gorąca zawar­tość tek­tu­ro­wego kubka spły­wała mu po piersi. Zdą­żył tylko odcią­gnąć baweł­nianą tka­ninę od skóry, uni­ka­jąc popa­rzeń dru­giego stop­nia, za to teraz chłodne zimowe powie­trze w szyb­kim tem­pie zmie­niało jego ostat­nią pół­czy­stą koszulę w lepką, zde­cy­do­wa­nie nie­przy­jemną w dotyku szmatę.

A wszystko przez tę cho­lerną turystkę zajętą gapie­niem się Bóg wie na co.

Była nie­wy­soka, ale kok z czar­nych, krę­co­nych wło­sów doda­wał jej co naj­mniej dwa cale wzro­stu. Mimo mikrej postury sta­ra­no­wała go z impe­tem dorod­nego fut­bo­li­sty. I jak typowa turystka ści­skała w ręku wielki apa­rat foto­gra­ficzny. Jakby Pine Hol­low było Kra­iną Bożego Naro­dze­nia w jakimś luna­parku, pomy­ślał Ben. Przy­je­chała sobie tu dla roz­rywki.

– Bar­dzo prze­pra­szam – ode­zwała się znowu nie­zna­joma. Miała jedną z tych uro­czych, krą­głych buź, które zdają się wołać: „Halo, tu miła dziew­czyna!”, choć aku­rat w tej chwili nieco prze­sad­nie wykrzy­wioną gry­ma­sem żalu i współ­czu­cia. – Nie patrzy­łam za sie­bie i…

– Zauwa­ży­łem – wark­nął w odpo­wie­dzi Ben, wciąż trzy­ma­jąc dwoma pal­cami prze­mo­czoną koszulę.

– Chcia­łam sfo­to­gra­fo­wać cho­inkę, a zza rogu aku­rat wyje­chały sanie – tłu­ma­czyła nie­zra­żona, wska­zu­jąc kciu­kiem na plac. – Tak mi przy­kro. Zapłacę za czysz­cze­nie.

Ben sta­ran­nie uni­kał ubrań, które wyma­gały czysz­cze­nia che­micz­nego, ale jej słowa przy­po­mniały mu, że jego pralka ogło­siła strajk. Prawo Mur­phy’ego, pomy­ślał ze zło­ścią.

– Ależ nie, wszystko gra.

Wcale nie grało.

– To może przy­naj­mniej odku­pię panu kawę…

– Nie mam czasu na kolejną kawę – wpadł jej w słowo. Ostre słowa przy­cho­dziły mu tym łatwiej, że w jego skro­niach wciąż w naj­lep­sze pul­so­wał kofe­inowy ból. – Już jestem spóź­niony do pracy, a teraz jesz­cze muszę jechać do domu, żeby się prze­brać. A wszystko dla­tego, że jakiejś tury­stce się wydaje, że moje mia­sto to świą­teczna deko­ra­cja usta­wiona dla jej widzi­mi­się. Wie pani, że tu miesz­kają ludzie? Nie jeste­śmy tłem dla foto­gra­fii.

Spoj­rzała na niego sze­roko otwar­tymi oczami.

– Prze­cież nie mówi­łam, że…

– Może następ­nym razem będzie pani bar­dziej uważna, zamiast tkwić w bło­gim prze­ko­na­niu, że cały świat kręci się wokół pani i jej apa­ratu.

Współ­czu­jąca mina „miłej dziew­czyny” roz­pły­nęła się w mgnie­niu oka, a w ciem­no­brą­zo­wych oczach bły­snęły ogniki.

– Pró­buję pana prze­pro­sić za ten wypa­dek. Prze­cież nie wpa­dłam na pana celowo.

– Co za ulga. Gdyby celowo oble­wała pani prze­chod­niów kawą, mie­li­by­śmy znacz­nie poważ­niej­szy pro­blem. – Dosko­nale wie­dział, że zacho­wuje się jak palant, ale jakoś nie mógł powstrzy­mać potoku słów napę­dza­nych fru­stra­cją nara­sta­jącą od samego rana, w ryt­mie wybi­ja­nym gdzieś w jego mózgu przez małego kawo­wego dobo­sza.

– Prze­pra­szam – powtó­rzyła dziew­czyna z naci­skiem, pro­stu­jąc się odru­chowo. – Ma pan jakiś pro­blem?

Drzwi pie­karni znowu się otwo­rzyły przy wtó­rze weso­łych dzwon­ków.

Pro­ble­mem Bena była zepsuta pralka. I nie­czynny eks­pres. Remon­towe plany, które się nie ziściły. Nie­koń­czące się wyzwa­nia zwią­zane ze sta­no­wi­skiem Paula w radzie miej­skiej i obo­wiąz­kami Katie w Radzie Rodzi­ców. Poczu­cie winy, które go gry­zło, bo nie umiał nawet posta­rać się o ogród i psa, o któ­rym marzyła Astrid. Uczu­cie, że roz­cza­ro­wuje wszyst­kich i zostaje w tyle, coraz dalej.

To był jego pro­blem.

A teraz jesz­cze wyła­do­wy­wał fru­stra­cję na obcej kobie­cie, przy­pad­kiem spo­tka­nej na miej­skim rynku. Brawo, West, pomy­ślał. Wzo­rzec jak się patrzy. Jego stary kum­pel, Wyrzut Sumie­nia, ock­nął się z drzemki.

– Niech pani po pro­stu uważa – wymam­ro­tał ponuro. – To nie Kra­ina Świąt.

Omi­nął Ally i w tej samej chwili pochwy­cił spoj­rze­nie Gayle Danvers, która stała przed drzwiami pie­karni, obser­wu­jąc go w mil­cze­niu.

Tylko tego bra­ko­wało.

Teraz całe mia­steczko dowie się o jego zacho­wa­niu. Ben kon­tra turystka. Ide­alny począ­tek świą­tecz­nego sezonu.

Czuł, że płoną mu policzki, gdy kła­niał się sztywno swej publicz­no­ści.

– Pani Danvers – bąk­nął, rusza­jąc w stronę domu Katie i Paula, by poszu­kać suchego ubra­nia. Wia­do­mość dnia, pomy­ślał: jestem prze­gryw, kropka.

– Nie przej­muj się nim.

Ally ode­rwała wzrok od odcho­dzą­cego Rosłego, Ciem­no­wło­sego i Wred­nego, by spoj­rzeć na star­szą kobietę pod pie­kar­nią.

– To nasz miej­scowy Scro­oge – wyja­śniła Gayle. – W każ­dym mia­steczku musi się tra­fić ktoś taki, czyż nie?

Ally uśmiech­nęła się nie­pew­nie.

– Pew­nie tak.

Czuła, że sama nie jest bez winy. Rze­czy­wi­ście nie uwa­żała, sku­piona bez reszty na tym, co widziała przez obiek­tyw – tylko dla­tego wpa­dła na tego męż­czy­znę. On zaś był osłem, skoro nie chciał przy­jąć prze­pro­sin i potrak­to­wał ją tak, jakby zro­biła to celowo. Jed­nakże fak­tycz­nie, choć przy­pad­kowo, oblała go kawą.

– Naprawdę nie martw się – dorzu­ciła kobieta, pod­cho­dząc bli­żej, by pokle­pać ją po ramie­niu. – Jesteś wnuczką Rity i Hala, prawda? I foto­grafką? – Ruchem głowy wska­zała apa­rat w rękach Ally.

– No… tak. To ja.

Gayle się roz­pro­mie­niła.

– Pew­nie mnie nie pamię­tasz, ale zna­łam cię, gdy byłaś taka mała – wyja­śniła, kła­dąc dłoń na wyso­ko­ści pasa. – Przy­jeż­dża­łaś tu z rodzi­cami. Gayle Danvers. Miesz­kam przy tej samej ulicy co twoi dziad­ko­wie.

– Ach… tak, oczy­wi­ście. Pani Danvers. Miło panią znowu spo­tkać.

– Chcia­łam ci tylko powie­dzieć, że robisz coś naprawdę pięk­nego, odkła­da­jąc na póź­niej wła­sne życie, żeby pomóc dziad­kom. Ilu ludzi byłoby stać na takie poświę­ce­nie?

– Jakie tam poświę­ce­nie…

– Ow­szem, poświę­ce­nie – powtó­rzyła Gayle tak sta­now­czo, że Ally skrzy­wiła się w duchu. – I nie daj sobie wmó­wić, że jest ina­czej. Dobra z cie­bie dziew­czyna, Ally Gil­more – dodała, raz jesz­cze kle­piąc ją poufale po ramie­niu. – I niech Ebe­ne­zer West jak naj­szyb­ciej uleci z two­jej pamięci.

Skrę­po­wana i mil­cząca Ally z krzy­wym uśmie­chem na ustach odpro­wa­dziła wzro­kiem panią Danvers. Nie, zde­cy­do­wa­nie nie przy­je­chała do Pine Hol­low dla­tego, że jest święta. Przy­je­chała, ponie­waż tego potrze­bo­wała.

Cho­inka stała już dum­nie na rynku, góru­jąc nad altaną. Ally pamię­tała, że ma przy sobie apa­rat, ale czar foto­gra­fo­wa­nia mia­steczka pod­czas poran­nego spa­ceru jakby prysł. Pstryk­nęła tylko jesz­cze jedno zdję­cie placu i sań – głów­nie po to, żeby zro­bić na złość wred­nemu miło­śni­kowi kawy – a potem wci­snęła apa­rat pod kurtkę i ruszyła w drogę powrotną.

Zerwał się zimny wiatr i odru­chowo pochy­liła głowę. Masze­ru­jąc, darem­nie pró­bo­wała wyrzu­cić z pamięci incy­dent z miej­scową wer­sją Ebe­ne­zera Scro­oge’a. Tak świet­nie się czuła, zanim na niego wpa­dła! To fakt, może i miała przed oczami wyima­gi­no­waną wer­sję tego mia­steczka – ową nie­ostrą wizję szczę­śli­wo­ści rodem z fil­mów w świą­tecz­nym kli­ma­cie – ale czy to aż taka zbrod­nia? Ow­szem, mogła bar­dziej uwa­żać, ale czy to uspra­wie­dli­wiało tak nie­uprzejmą reak­cję?

W owym ułamku sekundy, zanim obja­wił swą oso­bo­wość, nie­zna­jomy wydał jej się nawet atrak­cyjny. Sześć stóp wzro­stu, ciemne włosy, impo­nu­jąco sze­ro­kie bary, do tego błę­kitne oczy… Z tą zmierz­wioną brodą przy­po­mi­nał raczej sek­sow­nego drwala niż siwo­wło­sego skąpca z opo­wia­da­nia Dic­kensa, ale skoro naturą bliż­szy był Scro­oge’owi, nie zasłu­gi­wał nawet na cal prze­strzeni w jej umy­śle.

Natu­ral­nie wciąż o nim myślała po połu­dniu, gdy dziad­ko­wie wybrali się na pokera do Sum­mer­land, a ona zamknęła się w gabi­ne­cie, by popra­co­wać nad nową stroną inter­ne­tową. Pró­bo­wała się sku­pić, ale nie mogła zapo­mnieć nie­for­tun­nego spo­tka­nia w rynku.

Colby leżał na jed­nym z obszar­pa­nych psich posłań poroz­kła­da­nych w kątach biura i pochra­py­wał z cicha. Więk­szość jego pobra­tym­ców w schro­ni­sku także drze­mała, więc szcze­ka­nie nie zakłó­cało kon­certu Trans-Sibe­rian Orche­stra sączą­cego się z gło­śnika sta­rego radia. Ally stra­ciła poczu­cie czasu, zajęta łado­wa­niem nowych zdjęć i uak­tu­al­nia­niem opi­sów. Minęły może minuty, a może godziny, nim Colby uniósł łeb i szczek­nął cicho, spo­glą­da­jąc ku otwar­tym drzwiom.

Ally prze­krzy­wiła głowę, by wyj­rzeć z pokoju, i w tej samej chwili skrzyp­nęły fron­towe drzwi schro­ni­ska.

– Halo? – zawo­łał nie­pewny głos.

Odpo­wie­dział mu chór psów zbu­dzo­nych nie­spo­dzie­waną wizytą.

Klient.

Ally oży­wiła się w jed­nej chwili.

– Już idę! – odkrzyk­nęła, wycho­dząc zza biurka. Nawet Colby pod­niósł się nie­chęt­nie i poczła­pał za nią. – Nie­by­wałe, Colb. Żywa dusza.

Otwarła drzwi biura na oścież, uśmie­cha­jąc się przy­jaź­nie – i dziel­nie utrzy­mała ów uśmiech, gdy zoba­czyła, kto stoi u wej­ścia do schro­ni­ska.

Dwie dziew­czynki roz­glą­dały się z waha­niem, zaci­ska­jąc dło­nie na szel­kach swych ple­ca­ków. Ally zbyt rzadko miała do czy­nie­nia z dziećmi, by od razu odgad­nąć ich wiek, ale obsta­wiała, że nie od wczo­raj cho­dzą do pod­sta­wówki. Były wystar­cza­jąco duże, by same cho­dzić po mie­ście, a jed­no­cze­śnie na tyle młode, że nie doszedł w nich jesz­cze do głosu trudny cha­rak­ter nasto­la­tek.

Nie­stety były też zde­cy­do­wa­nie zbyt młode na to, by bez zgody rodzi­ców adop­to­wać psa.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Tytuł ory­gi­nału: Twe­lve Dogs of Chri­st­mas

Copy­ri­ght © 2020 by Liz­zie Shane

This edi­tion publi­shed by arran­ge­ment with Grand Cen­tral Publi­shing, New York, New York, USA

All rights rese­rved

Copy­ri­ght © for the Polish e-book edi­tion by REBIS Publi­shing House Ltd., Poznań 2020

Infor­ma­cja o zabez­pie­cze­niach

W celu ochrony autor­skich praw mająt­ko­wych przed praw­nie nie­do­zwo­lo­nym utrwa­la­niem, zwie­lo­krot­nia­niem i roz­po­wszech­nia­niem każdy egzem­plarz książki został cyfrowo zabez­pie­czony. Usu­wa­nie lub zmiana zabez­pie­czeń sta­nowi naru­sze­nie prawa.

Redak­tor: Agnieszka Horzow­ska

Pro­jekt i opra­co­wa­nie gra­ficzne okładki: Paweł Pan­cza­kie­wicz/PAN­CZA­KIE­WICZ ART.DESIGN®

Foto­gra­fia na okładce

© Mara Ohls­son/Getty Ima­ges Poland

Wyda­nie I e-book (opra­co­wane na pod­sta­wie wyda­nia książ­ko­wego: Na Święta przy­tul psa, wyd. I, Poznań 2020)

ISBN 978-83-8188-804-2

Dom Wydaw­ni­czy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmi­grodzka 41/49, 60-171 Poznań

tel. 61 867 81 40, 61 867 47 08

e-mail: [email protected]

www.rebis.com.pl

Kon­wer­sję do wer­sji elek­tro­nicz­nej wyko­nano w sys­te­mie Zecer