Na podbój Księżyca - Norman Mailer - ebook
Opis

Pierwsze lądowanie na Księżycu oczyma autora Nagich i martwych

Dla wielu lądowanie na Księżycu było decydującym wydarzeniem XX wieku. Nie dziwi więc, że to właśnie Norman Mailer – literacki prowokator, który zmienił krajobraz amerykańskiej literatury faktu – napisał kronikę misji Apollo 11. Na podbój Księżyca to literacki reportaż dający obraz pierwszej wyprawy człowieka na Księżyc. Mailer nie tylko przedstawia te wydarzenia, ale również snuje refleksje na temat psychiki człowieka, na temat maszyn oraz problemów współczesnej Ameryki.

Norman Mailer (1923 2007) to amerykański powieściopisarz, eseista, dziennikarz, scenarzysta i reżyser filmowy, dwukrotny laureat Nagrody Pulitzera.

Dar geniusza… dwudziestowieczny amerykański epos – Moby Dick kosmosu.

„New York Magazine”

Nieokiełznana i olśniewająca książka

„New York Times”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 635

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Norman Mailer Na podbój Księżyca Tytuł oryginału Of a Fire on the Moon ISBN Copyright © 1971 by Norman Mailer Published by arrangement with Random House, a division of Penguin Random House LLC.All rights reserved Copyright © for the Polish translation by Ewa i Lesław Adamscy, 2019 Redakcja Grażyna Kurkowska Projekt okładki i stron tytułowych Grzegorz Kalisiak Opracowanie graficzne i techniczne Barbara i Przemysław Kida Wydanie 1 w tej edycji Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 [email protected] Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.
Dla Susan, Dandy, Betsey i Kate, dla Michaela i Stephena Mailera

CZĘŚĆ PIERWSZA – Aquarius

ROZDZIAŁ 1 – Utrata ego

A teraz śpi

z tą starą ladacznicą śmiercią...

Czy chcesz pojąć za żonę

tę starą ladacznicę śmierć?

Ernest Hemingway

I

Norman, urodzony pod znakiem Wodnika, przebywał właśnie w Meksyku, gdy podano wiadomość o śmierci Hemingwaya. Przerzucił strony „New York Timesa”, czytając gładko wystylizowane opinie różnych znakomitości, które w większości wcale nie były wielbicielami Hemingwaya — nie takimi! — i doznał ataku urażonej próżności na myśl, że redakcja nie zwróciła się do niego z prośbą o wypowiedź. Prawdę mówiąc, nie był wcale pewien, czy mógłby się na nią zdobyć. Doznawał przykrych uczuć w tym miazmatycznym i niepoddającym się analizie rejonie pomiędzy wątrobą a duszą. Samobójstwo Hemingwaya rzuciło go w objęcia lęku. W ciągu ośmiu lat, jakie upłynęły od tamtych chwil, chyba ani jeden dzień nie minął mu bez myśli o śmierci.

Oczywiście w końcu zdecydował się na wypowiedź. Wściekłość spowodowana tym, że inni kierują światem znacznie gorzej, niż on sam by to zrobił, dodała mu odwagi do zabrania głosu. Świat mógłby w końcu wyciągnąć jakąś naukę z tego, co on, Norman, ma do powiedzenia — jego wiara w siebie wspierała się na takim właśnie, twardym jak diament fundamencie. Zresztą pewna dziennikarka brytyjska, która wraz z nim przemierzała Meksyk, uznała za właściwe uzyskać jego opinię na temat tego tragicznego zgonu.

Była to ostatecznie nie lada gratka: reakcja jednego z najbardziej znanych młodych powieściopisarzy amerykańskich na tragiczny koniec jednego z największych prozaików współczesnego świata. Rozmyślając więc o tym, że rozpryśnięty mózg Hemingwaya tkwi w atmosferze wszystkiego — cóż to za klątwa rzucona na jego naśladowców! — Norman wykrztusił z siebie coś, co było w istocie oświadczeniem politycznym. Nie żywił upodobania i nie miał pedagogicznego zacięcia do publicznych wystąpień. Poprzestańmy na tym, że perorował bez polotu: jakąż sekretną radość musiała wywołać ta śmierć w sercu każdego biurokraty; teraz pewnie poczuli się silniejsi. Miał oczywiście na myśli to, że Hemingway stanowił opokę, Hemingway potrafił dawać wiarę, że człowiek może jeszcze zakrzyczeć ciszę szpitalnego korytarza, oddychać ciepłem tchnienia dzikiego zwierzęcia, zaakceptować swoją codzienną dawkę lęku. A teraz największy ze współczesnych romantyków umarł. Lęk wyrwał się na wolność. Olbrzym nie spłacił swoich powinności i coś strasznego przyczaiło się w powietrzu. Technika zapełni lukę, w ciszę wedrą się trzaski zakłóceń, zaś człowiek być może nie zechce już dłużej korzyć się w lęku przed Bogiem.

II

Czy jesteśmy gotowi do filozoficznego startu? Zapewne nie pozostaje nam nic innego. Będziemy mimo wszystko próbowali zrozumieć astronautów. Jeśli pośrednictwo Aquariusa ułatwi nam zbliżenie się do tego celu, to dzięki temu, że jest on kimś w rodzaju detektywa i że w ciągu owych ośmiu lat uległ przeobrażeniom duchowym. Nauczył się obcować z pytaniami bez odpowiedzi. Oczywiście, jak zawsze, ma niewiele wspólnego z aktualnym duchem czasu — właśnie dlatego Norman nie jest pewien, czy wolno mu się nazwać Aquariusem. Urodzony 31 stycznia, ma prawo do tego imienia, lecz uważa za subtelną ironię losu fakt, że wchodzimy obecnie w Wiek Wodnika, podczas gdy on sam jeszcze nigdy nie był tak pozbawiony poczucia wieku. Prawdę mówiąc, nie czuje się nikim więcej niż poczciwym, nieco zepchniętym na bok duchem. To chyba najlepsza sytuacja dla detektywa.

Wybaczcie mu więc, jeśli znajduje pewną przyjemność w kojarzeniu dat. John F. Kennedy wygłosił swoją deklarację dotyczącą wyprawy na Księżyc niespełna sześć tygodni przed śmiercią Hemingwaya. Naród, zdecydował Kennedy, „powinien wytężyć siły, by jeszcze przed końcem tej dekady człowiek mógł stanąć na Księżycu i wrócić cało na Ziemię... Rozpościera się przed nami nowy ocean i uważam, że Stany Zjednoczone muszą nań wypłynąć”. Należy przypuszczać, że Księżyc tego nie słyszał, lecz jeśli to prawda, że jest on stacją nadawczą i odbiorczą wszelkiego ludzkiego szaleństwa, widocznie nie ignorował naszego narodu od tego czasu. Cztery morderstwa polityczne, wojna w Wietnamie, pożary w murzyńskich gettach, hippisi, narkotyki, liczne rozruchy studenckie, konwencja demokratów w Chicago, strajk w nowojorskich szkołach, rewolucja seksualna — tak jest, po ośmiu latach tej dramatycznej, niemal katastrofalnej, bez wątpienia nawiedzonej dekady jesteśmy gotowi do lotu na Księżyc.

Było to dziesięciolecie tak nieustabilizowane w porównaniu z całą historią Ameryki, że Aquarius, który rozpoczął je napaścią na swoją drugą żonę w roku 1960, miał je zakończyć jako kandydat z ramienia Partii Demokratycznej na stanowisko burmistrza Nowego Jorku. W najgorętszym maju i czerwcu, jakie pamiętał, wygłosił w ciągu sześćdziesięciu dni ze trzysta przemówień, wystąpił ogromnie wiele razy w radiu i telewizji, przemierzył setki ulic, uścisnął tysiące dłoni — niekiedy ściskał ich dwa lub trzy tysiące dziennie — pracował po czternaście, szesnaście godzin na dobę, obywał się czterema, pięcioma godzinami snu i niejednokrotnie budził się z jasną i intensywną pewnością zwycięstwa. Norman był leniwy, a polityka zmusiłaby go do szesnastu godzin pracy dziennie przez resztę życia. Miał tak wielki kompleks winy, że spodziewał się wyboru jako stosownej i należnej mu kary za grzechy. Mimo to pragnął wygranej. Już nigdy nie chwyciłby za pióro, gdyby został burmistrzem (zajęcie to niewątpliwie zniweczyłoby jego talent), lecz za to trzymałby rękę na sterze Historii, a przecież Norman nie był pozbawiony takich ambicji.

Dotarł do mety jako czwarty z pięciu kandydatów i politykę miał z głowy. Prawdę mówiąc, nie popisał się zbytnio w tym wyścigu. Najwyraźniej nie miał owej apokaliptycznej zdolności zjednywania sobie ogromnych rzesz wyborców. Po całej tej historii zostało mu uczucie obrzydzenia do siebie. Miał dość własnego głosu, własnej twarzy, własnej osoby, charakteru, idei, przemówień i poczucia ważności w ogóle. Nie czuł się nieszczęśliwy, raczej lekko przygnębiony, nieco wyczerpany, mądrzejszy, bardziej tolerancyjny, smętny, pozbawiony próżności, a nawet po trosze pokorny. Taki pozbawiony powłoki cielesnej duch. Coś się wypaliło w jego duszy w ciągu tych ośmiu tygodni walki wyborczej, a mimo to nie był w pełni świadom, co tak naprawdę roztrwonił. Lecz mógł to być właśnie znakomity stan do rozważań nad lotem „Apolla 11” na Księżyc — Norman był przecież całkowicie oderwany od kategorycznych wymagań własnego „ja” i mógł się oddać rozmyślaniom o astronautach, przestrzeni, programach kosmicznych, o Księżycu, w ogóle nie zważając na fakt, że ci bohaterowie, te byty i te siły nie są mu przyjazne. Był niczym duch jakiejś zniweczonej właśnie kwintesencji przeszłości, toteż w końcu pozwolił sobie ochrzcić się Aquariusem. Uznał to za znakomite imię dla kogoś, kto się zabiera do dociekań nad rakietami. Wodnik, duch wód, przemierzał ziemię i oddychał powietrzem. Trzy elementy stanowiły jego żywioł: ciało stałe, ciecz i gaz, i było w tym coś pokrewnego rakiecie. „Apollo 11” miał opuścić Ziemię, poruszać się dzięki spalaniu ciekłego paliwa i przemierzać próżnię, a czym w końcu jest próżnia, jeśli nie krańcowym stadium rozprężania się gazu? Takimi to nienaukowymi torami biegła myśl Normana spod znaku Aquariusa.

III

W samym środku kampanii wyborczej o fotel burmistrza pojawiła się w prasie wzmianka, której nagłówek głosił, że kandydatowi zaoferowano milion dolarów za książkę o astronautach. Rzecz była osobliwa, ponieważ kwoty podane w tekście sumowały się zaledwie do czterystu pięćdziesięciu tysięcy dolarów, w dodatku ta ostatnia liczba, acz nieco przesadzona, nie była zbyt odległa od prawdy. Szczerze mówiąc, Aquarius byłby szczęśliwy, gdyby mu została jakakolwiek gotówka, bo tkwił po uszy w długach zaciągniętych na produkcję trzech filmów (które sam finansował), choć liczył też na to, że po ich spłaceniu i uregulowaniu podatków będzie miał z czego żyć i rozmyślać przez rok. Nieźle. Musiał tylko stworzyć dzieło o wyprawie na Księżyc. Bagatela. Równie łatwo mógłby się udać nad Amazonkę, by badać kamienie księżycowe, jak napisać książkę o całkiem sobie obcych problemach kosmicznych, którą opinia publiczna szacowała na milion dolarów. W istocie już wszyscy go szacowali na milion dolarów, bo z chwilą pojawienia się w prasie owej notatki wpłaty na jego kampanię wyborczą ustały. Aquarius nie wiedział, kogo za to błogosławić: bogów, „Timesa” czy kogoś w biurze swojego agenta.

Oczywiście nie sprawiło mu przykrości, że pospiesznie napisana przezeń książka jest zdaniem ogółu warta milion dolarów — licząc wszystko: wydanie w twardej oprawie i broszurowe, przedruk w czasopismach, prawa autorskie za granicą.

Wprawdzie Aquarius jako literat nie cieszył się nigdy poważaniem, na jakie we własnym mniemaniu zasługiwał, lecz zdobył najwyższe uznanie jako dziennikarz. Ludzie, których nigdy nie widział na oczy, przyznawali mu tytuł najlepszego amerykańskiego publicysty, co on sam uważał za ironię losu, bo przecież wiedział, że nie jest nawet dobrym dziennikarzem i zapewne nie mógłby utrzymać wysokiej pozycji w zawodzie, gdyby musiał codziennie oddawać coś do druku. Znał wielu reporterów i zdawał sobie sprawę, że ten rodzaj pracy wymaga szczególnych predyspozycji. Taki człowiek musi przede wszystkim odznaczać się nienasyconą ciekawością, która nie da mu spocząć, dopóki nie ujawni on tajemnicy kryjącej się w każdym, nawet najbardziej błahym wydarzeniu. Tymczasem Aquarius już dawno temu oparł swoją filozofię na niezachwianym przekonaniu, że nic nie jest ostatecznie poznawalne — to stosowna nagroda za lata dorastania i dojrzałości męskiej spędzone na próbach zgłębienia prawdziwej natury kobiety — więc nie interesowały go drobne sekreciki ukryte za nieważnymi wydarzeniami (za którymi nieodmiennie kryły się dalsze sekreciki). Starał się dochodzić sensu wydarzeń zmysłami, a że był równie krótkowzroczny jak próżny, wolał wywąchać sedno sprawy na odległość. Jego duch zrywał kontakt z szarymi komórkami mózgu nieraz na całe dnie, lecz gdy nadchodził właściwy czas — patrzcie i podziwiajcie! — wszystko stawało się dlań jasne. Posługiwanie się nosem ma swoje dobre strony; technice nie udało się jeszcze stworzyć nauki o węchu.

Wyobraźcie więc sobie zgryzotę i frasunek Aquariusa, kiedy dwa tygodnie po zakończeniu kampanii wyborczej dotarł do Ośrodka Kosmicznych Lotów Załogowych NASA w Houston i odkrył, że niczego nie może tam wywęszyć. To nie był rewir dla niego.

Aquarius wychował się w Nowym Jorku. Rozumiał miasta, w szczególności wielkie metropolie, i cieszył się, że pozna Houston. Pojmujecie więc, jaką przyjemność sprawiło mu odkrycie, że Ośrodek Kosmicznych Lotów Załogowych wcale nie znajduje się w Houston, a około czterdziestu kilometrów na południe, w środku tej bezimiennej, niemal pozbawionej drzew równiny, która ciągnie się nieprzerwanym, ubogim w roślinność pasem od Houston do Galveston. Dalej na wschód — jak Aquarius miał niebawem stwierdzić — leżą Seabrook i Kemah, na południe Texas City, a nad samą zatoką Galveston. Kraina zmysłowa, gorąca i płodna, domy na palach i stare rudery — oto wybrzeże Zatoki Meksykańskiej. Aquarius polubił tę ziemię, a gdyby tu zamieszkał, też pisałby jak Tennessee Williams. Dzięki tej podróży odkrył, że Tennessee po prostu rejestrował swój żywioł.

Ale to wszystko było wiele kilometrów dalej. Ośrodek Kosmicznych Lotów Załogowych rozłożył się na dużej połaci ziemi, suchej i płaskiej niczym parking dla samochodów. Minąwszy strażnika w bramie, nie jesteś w stanie odgadnąć, czy znajdujesz się w wielkich zakładach przemysłowych produkujących komputery lub przyrządy elektroniczne, czy też we wspaniałym, nowoczesnym więzieniu bez krat. Żadnego klucza do zagadki. Czy jest to potężne towarzystwo kredytowo-ubezpieczeniowe, które pewnego dnia postanowiło się schronić na tym pustkowiu za ogrodzeniem, czy też ten geometrycznie uporządkowany kompleks białych, nowoczesnych budynków, surowych, ascetycznych, pozbawionych jakichkolwiek ozdób, dwu- lub trzypiętrowych, z wyjątkiem ośmiopiętrowego gmachu administracji, to w rzeczywistości najnowsza i najlepsza klinika radiologiczna? A może jest to miasteczko studenckie, jedno z owych nieszczęsnych, dziewiczo nowych miasteczek studenckich o budynkach białych jak pasta do zębów, oknach w aluminiowych ramach, ścieżkach poprowadzonych pod kątem prostym, bądź przeciwnie — w starannie wykalkulowanych zygzakach dla uniknięcia kątów prostych — miasteczko, którego ogólny charakter sugerowałby studia administracyjno-ekonomiczne, słowem, miasteczko uniwersyteckie świeżo zbudowane w miejscu spalonego w ostatnich rozruchach studenckich?

Tak naprawdę był to Ośrodek Kosmicznych Lotów Załogowych, miejsce pracy astronautów, gdzie odbywali oni treningi w symulatorach misji i symulatorach łączenia pojazdów, miejsce, z którego kontrolerzy będą kierować lotem i udzielać astronautom wskazówek — ziemski mózg astronautów w czasie ich pobytu w kosmosie. Jako że ów zespół budynków wyglądał jak najgorsze z miasteczek uniwersyteckich przyszłości, pozbawiony zieleni, biały jak papka z magnezji, z budynkami bez okien i laboratoriami, które mogłyby być pomieszczeniami dla komputerów — i były nimi w istocie! — pomyłka wydawała się w rzeczy samej całkiem zrozumiała. A skoro Lyndonowi Johnsonowi, wówczas wiceprezydentowi USA, udało się ulokować Ośrodek Kosmicznych Lotów Załogowych, tę kurę znoszącą złote jajka, w Teksasie, na terenie, który przypadkiem znał i który znajdował się na południe od Houston, a należał do pewnego sympatycznego faceta o nazwisku Humble (Humble Oil and Refining), gotowego odstąpić go rządowi na rozsądnych warunkach — pojęcie „rozsądny” przy takiej okazji daje się rozsądnie potraktować i dowolnie rozciągnąć — transakcja kupna mogła nawet zawierać klauzulę, że w razie rozwiązania NASA i rezygnacji z programu badań kosmicznych projektowane zabudowania dadzą się bez trudu adaptować na filię Uniwersytetu Rice’a w Houston. A więc mogło to być jednak miasteczko uniwersyteckie! Niechby ktoś spróbował powiedzieć, że Lyndon Johnson nie jest superpatriotą lokalnym, zawsze gotowym coś zdziałać na rzecz Teksańskiego Stowarzyszenia Popierania Kultury Miejscowej!

Pomyślcie więc sami, czy i na ile to miejsce mogło zadowolić zmysł powonienia Aquariusa. Nie lepiej było i w sąsiedztwie ośrodka. Pobliskie osiedle, Nassau Bay, zamieszkałe przeważnie przez pracowników technicznych, inżynierów i urzędników, rozciągało się na drugim końcu szosy nr 1 należącej do NASA, wokół skrawka wody zwanego Clear Lake. Nassau Bay i podobne mu okoliczne osiedla były tak samo nowe: drogi wiodły przez nie w zakrętach do tego stopnia pozbawionych jakichkolwiek niespodzianek, że było oczywiste, iż wyszły spod krzywika kreślarza. Wprawdzie budynki o rozsądnej architekturze, przeważnie w spokojnych, ziemistych barwach, ciemnych brązach, terakocie, piaskowych beżach, stanowiły nowoczesne i bezpretensjonalne połączenie stylu szwajcarskich domków, stylu elżbietańskiego lub Tudorów z elementami hacjendy, lecz były pozbawione jakiejkolwiek woni czy odoru. Aquarius odkrył, że cenimy sobie powonienie, bo dzięki niemu możemy odczuć czas. Rozpoznajemy wiek czegoś po zapachu: woń młodości, wieku dojrzałego i rozpadu splata się w subtelną kompozycję, by zdradzić nam natychmiast — jeśli nie uciekniemy przed myślą o śmiertelności wszechrzeczy — ile czasu wchłonął dany byt.

Po ludziach pracujących dla NASA też nie można się było spodziewać pomocy. Wszystko świadczyło o tym, że należą do wielkiej kasty Amerykanów, być może większości narodu, którą w Nowym Jorku widuje się jedynie w telewizji. Jednym słowem, były to Waspy1, a w nowojorskim folklorze panuje przekonanie, że nie mają one zapachu. Z punktu widzenia tego miasta Waspy, będące już w połowie drogi na Księżyc, wykorzystują całą swoją biegłość do tego, by zdobywać coraz więcej pieniędzy na zakup dezodorantów, depilatorów, płynów do płukania ust, aerozoli do włosów, a dla pań — Arridu. Lecz ten sarkazm nie jest najwyższego lotu. Byłoby w ogóle w złym guście rozwodzić się nad czyjąś ucieczką od woni, gdyby nie fakt, że jeśli istotnie cenimy sobie lub boimy się zapachów, bo zawierają one w sobie pierwiastek przeszłości i prognozę przyszłości, łączą nas węzłem małżeńskim z czasem i doczesnością, w opinii Aquariusa Waspy nieprzypadkowo były najbardziej faustowskim, barbarzyńskim, okrutnym, nastawionym na postęp i niszczącym wszelkie tradycje plemieniem na ziemi. Wzięły rozbrat z wonią, by przezwyciężyć czas i przekonać się, czy dzięki temu nie uda się im umknąć śmierci! Ni mniej, ni więcej! Popadanie w taką przesadę trąci maniactwem, lecz pomyślcie sobie, gdzie byłby dziś dr Christiaan Barnard, gdyby tuż przed swoją pierwszą transplantacją serca stwierdził: „Nic z tego nie będzie, ten organ jest zbyt bezwonny, żeby jego nowy właściciel czuł się z nim dobrze!”.

Jeśli więc mamy powiązać wielki mózg NASA z jakimś konkretnym zmysłem, będzie nim oczywiście wzrok, gdyż to oko rejestruje obiektywne fakty (które w ośrodku noszą nazwę danych). Dlatego mężczyźni pracujący na końcu szosy nr 1 NASA, w Ośrodku Kosmicznych Lotów Załogowych, mieli jasne, krągłe oczy w kształcie jagody (o źrenicach nie większych niż małe, twarde, kwaskowate owocki). Wszyscy wydawali się jednakowo ubrani, w ciemne spodnie, białe koszule z krótkimi rękawami i krytym zapięciem oraz ponure, wąskie krawaty. Mieli plakietki identyfikacyjne przypięte do kieszonek koszul i nosili je z dumą. Niemal każdy miał proste, krótko ostrzyżone włosy. Wysocy czy niscy, byli przeważnie szczupli, a jedyne, co różnicowało w oczach Aquariusa tych inżynierów, techników i niższych urzędników, było to, że duża ich część nosiła okulary w ciemnych rogowych oprawach i ci byli przeważnie niżsi, bledsi, ich powierzchowność nie miała w sobie niczego wyzywającego, niczego rzucającego się w oczy, słowem, mieli wygląd typowych fizyków, inżynierów, statystyków, techników maszyn cyfrowych czy młodych naukowców. Mogli pochodzić z każdego zakątka Stanów — akcent, wygląd i sposób bycia nie zdradzały żadnych regionalizmów — jednak zdaniem Aquariusa większość pochodziła ze Środkowego Zachodu.

Drugą kategorię stanowili mężczyźni wyżsi, bardziej atletyczni, o nieco pospolitszym wyglądzie, opaleni mimo pracy w zamkniętych, klimatyzowanych pomieszczeniach. Mieli chłodny, energiczny, powściągliwy sposób bycia ludzi, którzy opanowali swój porywczy i żywiołowy temperament, promieniowali przy tym poczuciem dyscypliny, ładu i prawdziwie męską, choć kontrolowaną stanowczością. Aquarius, który mimo swoich czterdziestu sześciu lat i fatalnej skłonności do tycia chętnie wierzył w swoją męskość — cóż cenniejszego może mieć artysta? — musiał przyznać z pewnym żalem, że są to naprawdę mocni ludzie. Przypominali mu oficerów i żołnierzy ze 112 teksańskiego pułku kawalerii, jednostki, w której on sam w czasie wojny służył za oceanem. Toteż uznał za pewnik, że ci wszyscy funkcjonariusze, atletyczni inżynierowie, specjaliści od kontroli lotu, instruktorzy różnych kursów treningowych dla astronautów oraz „złote rączki” pochodzą głównie ze stanów południowo-zachodnich. Ich morale było wspaniałe. Byli tak dumni z NASA, statku macierzystego, „Lema” i Stanów Zjednoczonych Ameryki, że głos im nieco chrypł z przejęcia, kiedy rozmowa schodziła na te tematy.

Obie kategorie pracowników NASA starały się być maksymalnie pomocne — ale w sposób, który nie pomagał w żaden sposób Aquariusowi. W agencji obowiązywał styl, który Aquarius zaczął stopniowo odgadywać. Na każde zadane pytanie otrzymywało się odpowiedź i — jak mu się zdawało — była ona zawsze prawdziwa. Być może w NASA, w odróżnieniu od innych instytucji państwowych, zrozumiano, dlaczego najlepszą polityką jest uczciwość; rzecz w tym, że żaden krętacz nie uwierzy w przedstawioną mu prawdę, a raczej zinterpretuje ją jako kłamstwo, które tylko on potrafi przekształcić w coś bliskiego prawdy. Źródłem siły agencji mogło się stać przypuszczenie, że jednak znajdą się uczciwi ludzie, którzy uznają jej prawdomówność. Wszyscy tam byli zatem nader uprzejmi, pomocni, chętnie służyli wszelkimi informacjami, z anielską cierpliwością powtarzali setki razy to samo i wydawali się w jakiś ledwo uchwytny sposób dumni, że każdy z nich może zostać zastąpiony przez kogoś innego, jakby tajemnicą ich dyscypliny, siły i morale była depersonalizacja, posunięta do tego stopnia, że stali się prawdziwymi chrześcijanami, grzecznymi, usłużnymi, wymienialnymi i wypełniającymi jakąś doniosłą misję.

Niestety, rozmowa mogła się toczyć jedynie według z góry ustalonego schematu. Byli gotowi odpowiedzieć na każde, nawet najbardziej wymyślne pytanie o szczegóły techniczne, a obfita, powielana literatura, niejednokrotnie na tyle wartościowa, że można by ją uznać za tajną, była dostępna dla wszystkich dziennikarzy. Rzecz w tym, że żadną miarą nie można ich było skłonić do filozoficznego meandrowania. Jak przystało na prawdziwych Amerykanów, zawsze mówili kodem. W tym przypadku kodem był żargon techniczny. „Cała filozofia monitorowania schodzenia na mocy polega na tym, że kiedy Pings (PGNCS) zdeceleruje...”; „Duża wartość Delta V jest po to, żeby skompensować składową wsteczną” — tego rodzaju notatki poczynił Aquarius w trakcie półgodzinnego wywiadu z Gene’em Kranzem, szefem działu kontroli lotu, odpowiedzialnym za sprowadzenie „Lema” na powierzchnię Księżyca. Kranz, trzydziestoparoletni, twardy, zielonooki, ostrzyżony na jeża mężczyzna, wyglądał i mówił niczym zawodowy gracz w piłkę nożną. I w istocie wypowiadane przez niego zdania łączyło z futbolem jakieś podobieństwo: pojawiały się z równą szybkością i miały ten sam ciężar gatunkowy. „W ciągu pierwszych pięciu minut schodzenia w dół — mówił Kranz — lądowanie będzie niemal luksusowe. Za to w ciągu trzech ostatnich »Lem« pójdzie jak burza”. Wywiad z Kranzem przeprowadzano na tle ponad dwudziestu pulpitów sterowniczych i ponad czterdziestu ekranów kontrolnych, nagich szarozielonych ścian i sufitu z trzydziestoma pięcioma rzędami lamp, w nasyconym szarością wnętrzu hali kontroli lotu. Kranz był za pan brat z nazwami: sekcja sterowania i nawigacji, sekcja nawigacji awaryjnej (Pings i AGS), cyfrowy autopilot (DAP), parametry lotu silnikowego, układ nawigacji inercyjnej (IMU), program sterowania sekwencją operacji, reakcyjny system sterowania (RCS). Mówił o Te-Eff-Em, o macierzy współrzędnych punktów odniesienia, SMC, PDI i SECST, żonglował pełnymi nazwami i skrótami na zmianę.

Kranz żył w świecie przyrządów i pojęć, na których poznanie w takim stopniu, by odgadnąć ich charakter, Aquarius potrzebowałby lat. Tak, prawdziwi Amerykanie zawsze mówili szyfrem. Zamykali się w szczelnych kokonach profesjonalnych klanów, gdzie kody odgrywały rolę więzów krwi. Potrafili więc być uprzejmi, pomocni i życzliwi, lecz odseparowywali się łagodnie, jeśli ich kody do siebie nie przystawały. Aquarius był zmuszony uznać, że o ile dla artysty maszyna odgrywa rolę pomocniczą, jest narzędziem, którego sens istnienia sprowadza się do możliwości korzystania z niego — jak maszyna do pisania, służąca do stworzenia arcydzieła — o tyle dla inżyniera funkcję służebną pełni przekaz, zaś maszyna jest dziełem sztuki.

Być może właśnie dlatego podczas rozmów z inżynierami z NASA Aquarius przypominał sobie uczucie, jakiego doznał, kiedy patrzył na ślepe ściany nowiutkich budynków wyrastających na pustynnym terenie ośrodka kosmicznego i wokół niego. Pozbawione okien budowle wydały mu się równie złowrogie jak jakiś wstrętny gatunek grzyba, który rozrasta się niepohamowanie w samym środku nicości. Te architektoniczne purchawki zdawały się mówić: „Patrzcie, służymy tu zespołowi maszyn elektronicznych i nie potrzebujemy okien, ponieważ tworzymy architektoniczną czaszkę dla całkiem nowego gatunku mózgu”.

Z powodu braku okien są również pozbawione uszu, więc Aquarius nie mógł im oznajmić: „Moimi oknami są moje oczy”.

„Przyjmij do wiadomości, chłoptasiu — odpowiadały ściany bez okien — że nie masz tu nic do roboty”.

Aquarius zatrzymał się w motelu, zadziwiająco luksusowym jak na tę teksańską równinę. Zajmował dwa pokoje, w jednym miał do własnego użytku basen o wymiarach dwa metry na półtora i o przeszło metrowej głębokości, zalany zielonym światłem. W drugim pokoju mieściło się okrągłe łoże królewskiego formatu, pokryte czerwonym aksamitem. Wcześniej udało mu się ustalić, że wyposażenie wnętrza to dzieło nowego właściciela, który luksusem chciał przywabić w ten nieciekawy krajobraz młode pary na miodowy miesiąc. Niestety, klientela w dalszym ciągu rekrutowała się spośród inżynierów z firm pracujących dla NASA, którzy odwiedzali ośrodek lotów. Aquarius usiłował sobie wyobrazić paru z niedawno poznanych inżynierów i tych o księżycowo bladych obliczach, jak leżą pogrążeni we śnie na okrągłym, królewskim łożu, krytym czerwonym aksamitem. I jakby dla podkreślenia tego splotu dwóch stuleci: czerwonego pluszu wieku dziewiętnastego i szarych tranzystorów wieku dwudziestego, w motelu mieścił się klub, w którym pracowały dwie striptizerki. Pewnego wieczoru jedna z nich, zszedłszy nagle z posterunku, ruszyła w stronę baru. Barman coś do niej wyszeptał, a ona wróciła na scenę, włączyła ponownie grającą szafę, zachichotała i rzuciła w tchnącą techniką atmosferę sali: „Psiakość, na śmierć zapomniałam zrzucić kieckę”.

Była to pulchna, flegmatyczna dziewczyna z prowincji. Aquarius widział już wcześniej jej występ. Wykonywała wtedy swoją pracę z zapałem, kołysząc piersiami i ruszając brzuchem na fali świadomej obietnicy, a żarłoczność kuszących bioder kazała ją uznać za prawdziwą tygrysicę, lecz owego wieczoru na środkowych miejscach siedziało sześciu jej kumpli z Houston, którzy robili wrażenie, jakby dopiero co zeszli ze swoich motocykli. Nie wyglądali na pracowników NASA.

W monotonii doznań zdarzały się wyjątki. Aquarius zastał zaproszony na przyjęcie wydane przez Pete’a Conrada, ściślej mówiąc, Charlesa Conrada juniora, przyszłego dowódcę wyprawy „Apolla 12” na Księżyc, i nie był to nieudany wieczór. Conrad okazał się nieco bezceremonialny, nie bacząc na konwenanse, potrafił dać szturchańca, a jego żona Jane była na swój spokojny sposób fantastycznie pociągająca. Mieli czterech synów, ładnych, udanych chłopców. Jeden z nich, dwunastoletni Tommy, zapisał się trwale w pamięci Aquariusa, bo zademonstrował przed fotografem karkołomny zjazd na rowerze z dachu garażu wprost do basenu kąpielowego. Norman bawił się u Conradów znakomicie — przypominało to trochę wieczór w Westchester, z tą różnicą, że tutaj był Teksas, więc Aquarius przebrał się w końcu w spodenki kąpielowe, by nie trzymać się kurczowo krawędzi basenu, kiedy goście zechcą go zepchnąć do wody. Przyjemnie podchmielony, pławił się w ciepłą teksańską noc w ciepłym teksańskim basenie, dokazując z dwiema teksańskimi damami — tak mogłyby wyglądać zmysłowe uciechy Wschodu. Następnego dnia przypomniał sobie, jak Conrad mówił do niego ponad rozstawionym w ogrodzie rusztem do pieczenia mięsa: „Przez sześć lat marzyłem o podróży na Księżyc” — i oto Księżyc, nieodstępny towarzysz, nagle realny i na dotknięcie ręki, znalazł się tuż przed nim.

Aquarius obserwował Armstronga, Aldrina i Collinsa w ciągu długiego dnia, jaki spędził na kolejnych konferencjach prasowych z reporterami dzienników, czasopism i telewizji, i dowiedział się bardzo wiele. Z braku zapachów włoski w jego nozdrzach zaczynały drgać przy najdrobniejszych nawet poszlakach. Rozmyślał sporo o astronautach i zapewne potrafiłby spłodzić parę interesujących myśli na temat ich psychiki. Miał poczucie, jak gdyby zaczął się zagłębiać w całkiem nowy świat, tak tajemniczy dla jego duszy detektywa (zgodnie z jego rozumowaniem wszyscy obdarzeni fantazją pisarze są detektywami), że mógł tylko powtórzyć to, co powiedział, kiedy po raz pierwszy zaproponowano mu to zajęcie: że tak naprawdę to sam nie wie, czy program kosmiczny jest najszlachetniejszym wyrazem dwudziestego wieku, czy też płodem powszechnego obłędu. W końcu fakt, że o funkcjonowaniu tego programu decyduje logika, może być właśnie oznaką obłędu, bo gdy dochodzi do zaatakowania jakiegoś problemu, obłęd wydaje się bardziej logiczny niż zdrowy rozsądek.

Takie to wątpliwości nurtowały go w czasie rozmowy z drem Robertem R. Gilruthem, dyrektorem Ośrodka Kosmicznych Lotów Załogowych, lecz oczywiście nie spytał o nie wprost, a gdyby nawet to zrobił, i tak nie dostałby odpowiedzi, bo spekulacje myślowe nie wchodziły w zakres czyjegokolwiek programu w NASA. Gilruth miał pod sześćdziesiątkę i w żadnym razie nie należał do nowego pokolenia ludzi techniki. Jako student pracował dla Piccarda, starego baloniarza, i odkrył zjawisko prądu strumieniowego2, kiedy balon, który zbudował wraz z żoną, wzleciał w Minnesocie i opadł w Missisipi. Był to rodzaj historyjki nadający się do niedzielnego dodatku gazety, a Gilruth musiał już wielokrotnie o tym opowiadać, gdyż należało to do taktyki trzymania reportera na dystans. Aquarius szybko się zorientował, że dr Gilruth wypracował styl swoich oficjalnych wypowiedzi w epoce Eisenhowera i nawet wyglądał niczym złagodzona wersja Eisenhowera z lat pięćdziesiątych: w podobny sposób wyłysiał, miał głębokie, łagodne, życzliwe oczy, które nadawały mu niemal świątobliwy wygląd, i mówił cichym głosem. Rozmowa odbywała się w wielkim gabinecie Gilrutha, wysoko, w gmachu administracji, skąd roztaczał się widok na regularną układankę budynków i dróg ośrodka. Aquarius usiłował powiedzieć coś pocieszającego na temat owego widoku, lecz okazało się to zbyt trudne, próbował więc zaskarbić sobie zaufanie Gilrutha w inny sposób. Z zacnym doktorem trudno było nawiązać kontakt psychiczny — na najzwyklejsze nawet pytanie odpowiadał tak rozwlekle, z wahaniem, z tyloma przestankami, jak gdyby akt mówienia był dla niego bolesny, brakowało więc bodźca do dalszej konwersacji. Był niezwykle kulturalny i nie zależało mu na taniej popularności, jak gdyby — zgodnie z jego prywatnym zdaniem — dobra administracja i środki masowego przekazu były od siebie bardzo odległe. W tym sensie nie był on zapewne odpowiednim reprezentantem stylu NASA. Bardzo miły, lecz zdystansowany, przypominał raczej chińskiego mandaryna; jakimś trafem także Eisenhower był mandarynem.

Aquariusowi tylko raz się udało go dosięgnąć. Zapytał w pewnej chwili: „Czy pan się nigdy nie bał, doktorze Gilruth, że lądowanie na Księżycu mogłoby spowodować jakieś zaburzenia psychiczne tutaj, na Ziemi?”. Spostrzegłszy cień bólu w spojrzeniu Gilrutha, który usiłował na tego rodzaju pytanie sformułować odpowiedź w stylu NASA, Aquarius pospieszył dodać: „Chodzi mi o to, że wielu ludzi reaguje na pełnię Księżyca, no i są oczywiście przypływy”.

Nie pomylił się. Kiedy zamilkł, w pokoju zawisło tchnienie lęku. Zaledwie ślad, lecz nozdrza Aquariusa zadrgały. Gilruth odczuwał tę ciszę w podobny sposób, Aquarius mógłby przysiąc. Doktor z wdzięcznością podchwycił temat przypływów. O tak, mają wpływ na ukształtowanie wybrzeży i działalność ludzką nad morzem — trudno było o odpowiedź w bardziej eisenhowerowskim stylu — lecz potem, jakby problem wciąż go prześladował, Gilruth skończył tę długą dywagację i powiedział wreszcie: „tak”. Widział pewne dane dotyczące tej sprawy i wygląda na to, że liczba przyjęć do szpitali psychiatrycznych w czasie pełni Księżyca jest wyższa. I znów niepokój i milczenie pomiędzy dwoma mężczyznami, krańcowo różne od tej pełnej napięcia ciszy oczekiwania, kiedy w grę wchodzi seks. Nie, teraz to było coś zupełnie innego, raczej poszukiwanie wyjścia z zaklętego kręgu rosnącego coraz bardziej milczenia. Kogo będzie więcej kosztować jego przerwanie? Cisza stawała się namacalnym przejawem teraźniejszości, tym jej tchnieniem, które trzyma w swojej mocy rzeczy ostateczne. Gilruth wziął na siebie odpowiedzialność, mówiąc w końcu: „Sądzę, że Księżyc dla różnych ludzi znaczy coś innego. W opisie Franka Bormana z »Apolla 8« przedstawiał się jako raczej odstręczające miejsce. — Gilruth wyglądał ponuro, kiedy o tym wspominał. — Natomiast Stafford, Cernan i Young z »Apolla 10« przekazali nam inny obraz: Księżyc jest sympatyczny, że tak powiem, i wcale nieodpychający, może tam być całkiem przyjemnie”. Uśmiechnął się łagodnie, z nadzieją, a może i lekkim żalem, że miał swój udział w milczeniu. Skinęli ku sobie głowami.

ROZDZIAŁ 2 – Psychika astronautów

I

Spróbujmy przyjrzeć się bliżej astronautom. Aquarius zobaczył ich po raz pierwszy 5 czerwca, jedenaście dni przed startem, w nowoczesnym kinoteatrze z pomarańczowymi fotelami i ciemnym sufitem o fakturze przypominającej fale niemodnej fryzury, sufitem ze sztucznego tworzywa, który niewątpliwie został zaprojektowany przez jednego z najlepszych w kraju specjalistów od akustyki. Nauka o dźwiękach z pewnością znacznie wyprzedza naukę o zapachach, lecz, jak się zdaje, sale koncertowe zawdzięczają dobrą akustykę bardziej staremu drewnu, opiece monarchów i błogosławieństwu biskupów niż ostatnim osiągnięciom nauki czy techniki, toteż i w tym kinoteatrze na sześćset miejsc akustyka była oczywiście nie do wytrzymania. Megafony wydawały trzaski, skrzeczały i chrypiały (chyba łatwiej byłoby się skontaktować z ludźmi oddalonymi o pół miliona kilometrów), więc człowiek nie miał możliwości poznania rzeczywistych zalet akustycznych sali. Ściany i sufity wyłożone były sztucznym tworzywem. O ile można się było zorientować, barwa dźwięku, pierwotnie nieco grobowa, była następnie rozjaśniana elektronicznie i w rezultacie przykra dla tego nienazwanego, a przy tym czułego nerwu, który biegnie od bębenka usznego do odbytu. W miarę jak specjaliści od akustyki robią postępy, fabryki wytwarzają na ich potrzeby tworzywa coraz bardziej wyrafinowane akustycznie, a jednocześnie spłycające duchowo — jest to prawo stulecia. Człowiek wciąż musi się przystosowywać do wypowiedzi publicznych poprzez najsubtelniejszy kanał bólu.

Niemniej ten kinoteatr zasługiwał na miano perły Ośrodka Kosmicznych Lotów Załogowych. Sala stanowiła część centrum dla turystów, którzy mogli zwiedzać muzeum kosmiczne ze stosunkowo skromną kolekcją satelitów, członów załogowych, przezroczy, afiszy i rozmaitych rekwizytów, teraz zamknięte i oddane telewizji, by mogła tam zainstalować swoje monitory i kable. Natomiast galerię na tyłach teatru zmieniano właśnie na centrum prasowe projektu „Apollo”, centrum, które w ostatecznym kształcie miało być wyposażone w niezliczone szeregi biurek, telefonów, maszyn do pisania i jednego gigantycznego Buddę — ekspres do kawy (kawa dostarcza najlepszej namiastki satori3,na jaką stać prasę).

Na widowni, gdzieś w okolicy ósmego rzędu, znajdowała się platforma, na której ustawiono kamery telewizyjne. Widziane ze sceny, przypominały baterię artyleryjską na blankach twierdzy. Pierwszy rząd mieścił pięćdziesięciu fotoreporterów, to jest pięćdziesiąt torsów i par kończyn, a każda para była okręcona wokół własnego, okrągłego, wielkiego szklanego oka. Z lamp przymocowanych koło głów reporterów tryskały małe płomyki błyskawic. Astronauci tak naprawdę nie musieliby się udawać na Księżyc, bo obrazek rodzajowy z innej planety mieli już przed sobą. W środkowych rzędach, między fotoreporterami a barykadą z kamer telewizyjnych, rozsiadło się kilka setek dziennikarzy płci obojga, przybyłych do Houston na konferencję prasową. Stanowili dziwaczną mieszaninę wysokich kompetencji i niemal zupełnego kretynizmu; jedni, od lat przypisani do programu kosmicznego, byli niemal równie oblatani jak inżynierowie z NASA, inni zaś — dziecięca naiwność w wielkiej zabawie w lot na Księżyc — nie potrafili nawet ocenić, gdzie kończy się skatologia, a zaczyna fizyka; to tak, jakby młodych pracowników naukowych z Institute of Advanced Studies w Princeton wpakować do jednej grupy z młodymi, fajnymi chłopakami z wojskowego kursu dla wtórnych analfabetów. Z takiego to worka miały się wydobywać pytania do astronautów. Chwileczkę! Zaraz będą przykłady.

Astronauci wyszli na scenę w maskach przeciwgazowych, szarych, ryjonosych osłonach, które sterczały do przodu i nadawały ich profilom wygląd budzący skojarzenie z gotowym do szarży odyńcem. Byli tego w pełni świadomi — świadczył o tym ich wesoły nastrój, kiedy pojawili się w sali. Tymczasem już od paru dni kroił się żart: dziennikarze chcieli wystąpić na ich powitanie w białych, szpitalnych maskach. Aby w miarę możności uchronić astronautów przed ewentualną infekcją tuż przed lotem, zastosowano częściową kwarantannę: ograniczono ich kontakty do niezbędnych. Konferencja prasowa należała do tej kategorii, więc Armstronga, Aldrina i Collinsa umieszczono na scenie w wielkim plastikowym pudle o szerokości czterech metrów, a wysokości i głębokości trzech. Wentylatory zainstalowane wewnątrz tego trójściennego pokoju wydmuchiwały wydychane przez nich powietrze w kierunku widowni, natomiast zarazki rozsiewane przez dziennikarzy nie mogły się przedostać do klatki. W zasadzie nie było to pozbawione sensu. Co prawda przyczyna zwykłego zaziębienia jest wciąż nieznana, lecz ogólna wiedza o infekcjach pozwala domniemywać, że częściowa kwarantanna może być po części skuteczna. Jednak w tym przypadku zastosowane środki nie były najszczęśliwiej dobrane. Ludzie siedzący w plastikowej klatce wyglądali nieco absurdalnie, a kilku dziennikarzy, którzy urzeczywistnili planowany żart i włożyli maski z gazy, wywołało szeroki uśmiech astronautów, jakby ci chcieli się w ten sposób odciąć od tej piramidy ostrożności, której się w istocie podporządkowali.

Kiedy już zajęli miejsca, ich zachowanie uległo zmianie. Siedzieli za orzechowym biurkiem, na bladoniebieskim podium ozdobionym dwoma malowanymi emblematami: NASA i „Apollo 11”. Za ich plecami, z tyłu plastikowej budki, znajdował się amerykański sztandar. Reporterzy zaczęli sobie nawet pokpiwać, gdy ktoś go wniósł na scenę przed wejściem astronautów. Aquarius nie potrafił sobie przypomnieć żadnej konferencji prasowej, na której naśmiewano by się ze sztandaru narodowego, lecz nie miało to większego znaczenia, wyglądało raczej na erupcję ironicznej wesołości na myśl, że całe przedstawienie jest już i tak wystarczająco amerykańskie. W rzeczywistości stali przedstawiciele prasy w Houston i astronauci odnosili się do siebie nawzajem w poufały, a zarazem uszczypliwy sposób, jaki jest wyrazem szacunku dla fachowości i  jaki się spotyka na przykład między drużyną sportową a trenerem.

Wejście na scenę wypadło w sumie dobrze. Astronauci szli lekkim, niespiesznym krokiem, poruszali się ze swobodą sportowców. Wystawieni na krytyczne spojrzenia innych mężczyzn, nie mieli powodu do niepokoju, a mimo to nie zadzierali nosa. Jak wszyscy zawodowi sportowcy mieli dość skromności, by wiedzieć, że można być dobrym i mimo to przegrać. Wyglądało na to, że bawią ich maski, w które ich przystrojono. Machali przyjaźnie rękami ku rozpoznanym przez siebie w tłumie, znajomym reporterom, szczerzyli zęby w uśmiechu. Jeden z dziennikarzy krzyknął do Collinsa: „Hej, świetnie wyglądasz!”. Wszystko to było w typowo amerykańskim stylu, polegającym na tym, że ludzie, którzy osiągnęli sukces w swoim zawodzie, starają się przyjmować honory ze spokojem.

Gdy wreszcie usiedli, nastrój się nieco zmienił. Do głosu doszła świadomość, że muszą odpowiadać na pytania dotyczące wyprawy, którą jeszcze dziesięć lat wcześniej uznano by za nienadającą się do poważnej dyskusji. A teraz dorośli ludzie, którzy wyglądali na całkiem normalnych, mieli opowiadać o swojej wycieczce na Księżyc. Wszyscy czuli się trochę nieswojo. Stosunek każdego z obecnych do innych i do samego wydarzenia zawierał w sobie element fikcji. W tej układnej nierealności wypytywania było coś takiego, jakby ktoś umarł i został ponownie przywrócony do życia. Co by było, gdyby się okazało, że to całkiem zwyczajny facet? „Widzicie — mógłby powiedzieć — złożyłem wizytę śmierci i wróciłem z następującymi wnioskami...”. Co by było, gdyby miał monotonny głos? To stulecie jest jak młodzieniec, który miał schadzkę z najpiękniejszą kurtyzaną Kataju, a kiedy go później spytano o wrażenia, poskrobał się po głowie i odrzekł: „Nie wiem. Seks jest chyba przereklamowany”. Podobnie było tutaj: trzej bohaterowie mieli opowiadać o szczegółach zbliżającej się podróży, która bez wątpienia mogła się ubiegać o tytuł największej przygody ludzkości, a mimo to odnosiło się wrażenie, jakby trójka niższych urzędników omawiała projekt nowego systemu organizacyjnego firmy.

Być może właśnie dlatego spokojna wesołość zademonstrowana w chwili wejścia na salę opuściła astronautów, kiedy zasiedli za stołem w plastikowej budce. Robili wrażenie, jakby sami nie wiedzieli, czy są zawodnikami, pilotami oblatywaczami, inżynierami, przedstawicielami agencji, kapłanami jakiegoś nowego obrządku, czy też potulnymi amerykańskimi chłopcami, którzy nagle się znaleźli na świeczniku — mój Boże, jak do tego doszło? Po całych miesiącach pracy na symulatorach, pracy w kręgu wtajemniczonych, wśród ludzi operujących tym samym kodem językowym, stanęli oto przed intelektualną próżnią tej widowni, zmuszeni zajrzeć do wnętrza duszy kilkuset (ludzkich) środków masowego przekazu, zakłopotanych i martwiących się, czy ich dziennikarskie umiejętności wystarczą, by uchwycić coś więcej niż tylko nagi opis tego, co się będzie działo. Konferencja raz po raz schodziła na boczne tory. Dziury w magnetyzmie nastroju, coś zbliżonego do nudy. Wszyscy byli nieco sfrustrowani — dziennikarze nie wiedzieli, jak upchnąć swoje ple-ple jako pytania, zaś astronauci nie potrafili wytłumaczyć złożoności swojej techniki; co gorsza, być może wcale nie chcieli niczego tłumaczyć, lecz byli do tego zobowiązani programem, nawet jeśli to naruszało ich sferę doznań osobistych.

I tak się toczyła konferencja. Armstrong, który jako dowódca wyprawy był naturalnie w centrum zainteresowania, początkowo czuł się najbardziej nieswojo. Robił długie przerwy, szukał właściwych słów. Kiedy te wreszcie się zjawiały, ich banalność przynosiła rozczarowanie. Nie były to gładkie, okrągłe zdania.

„Jesteśmy tutaj — pauza — by opowiedzieć o tej próbie — dłuższa pauza, jak gdyby następna myśl była niewypowiedzialna, lecz przy pewnym wysiłku dawała się jednak złowić — dzięki sukcesom czterech poprzednich lotów załogowych »Apollo« — pauza, jakby dla pochwycenia czegoś zapomnianego — i wielu lotów bezzałogowych — niepewny uśmiech. Astronauta był bardziej skrępowany niż młody Robert Taylor, młody Don Ameche, młody Randolph Scott. — Każdy z tych lotów... przyczynił się w dużej mierze — przepraszający uśmiech — do tego lotu”. Armstrong był nietęgim mówcą, niemal się jąkał, a mimo to przykuwał uwagę. Niewątpliwie świadomość, że jest astronautą, przydawała mu wielkości, lecz nawet gdyby był tylko niższym urzędnikiem przyjmującym nagrodę, jego osobowość zwracałaby uwagę, bo robił wrażenie żyjącego w innym wymiarze. Wydawał się po prostu odmienny od reszty ludzi. Byłoby jeszcze bardziej niezwykłe, gdyby był zwykłym sprzedawcą, wygłaszającym skromne, głupie slogany reklamowe, bo wtedy trzeba by się dziwić, jakim cudem dostał to zajęcie, jak mu się udawało cokolwiek sprzedać, a nawet jak to się stało, że w ogóle wstał rano z łóżka. Coś szczególnie niewinnego, a może subtelnie groźnego kryło się w jego uprzejmym, lecz chłodnym sposobie bycia. Gdyby to był młody chłopiec zbierający zamówienia po domach, jakaś babcia mogłaby ostrzec wnuczkę, by nigdy go nie wpuszczała do domu, zaś inna zauważyłaby: „Ten młodzieniec zajdzie daleko”. W sposób najoczywistszy potrącał jakąś odległą strunę we wszechświecie, strunę, na której nikomu innemu nie przyszło do głowy zagrać.

Potem parę słów powiedzieli Collins i Aldrin, a ich osobowości były łatwiejsze do uchwycenia. Aldrin — same ścięgna i mięśnie — prezentował się solidnie, niezawodny jak traktor, lecz przywodzący na myśl druzgocącą siłę czołgu, flegmatyczny, niemal ociężały. Mimo to coś, co w nim tkwiło, pozwalało się domyślać drzemiącej w głębi nieokiełznanej fantazji — na przykład po osiemnastu drinkach, z oczami nabiegłymi krwią, zdolny byłby spróbować zapasów z gorylem lub zaproponować ci skok z trzeciego piętra, by się przekonać, kto lepiej fiknie koziołka przy odbiciu się od ziemi. Aquarius pomyślał, że kryje się w nim coś w rodzaju pierwiastka promieniotwórczego, zamkniętego w pięćdziesięciu psychicznych i instytucjonalnych, ołowianych osłonach, lecz na pewno obecnego. Być może klucz do zagadki tkwił w jego ubiorze, bardzo wygalowanym jak na astronautę: połyskujący, jedwabny, zielony garnitur, biała koszula, zielony, lśniący krawat. Strój kłócił się z flegmatycznym sposobem wypowiadania się. Aldrin mówił powoli, głębokim, lekko nosowym głosem, jego twarz była silna i surowa. Reżyser filmowy tkwiący w Aquariusie z miejsca zakwalifikowałby go do roli majora w dywizji pancernej. Miał grube rysy i jasne, niemal złote włosy. Jego oczy były nieco skośne, jak u samuraja, a opuszczone w dół kąciki ust nadawały mu wygląd człowieka poważnego, który czułby się jak w domu na polu bitewnym i który by mówił: „To poważna sprawa, chłopaki, tutaj wszędzie jest pełno krwi”. Jednocześnie Aldrin wyglądał jak facet, który mógłby być dyrektorem szkoły podstawowej.

Wyczuwało się w nim szczerość i namaszczenie członka drużyny sportowej. Choć w West Point trenował skok o tyczce, równie dobrze można by go było wziąć za miotacza kulą, gracza w hokeja lub baseball. W piłce nożnej zapewne sprawdziłby się jako obrońca. Do tej ostatniej funkcji był w rzeczywistości za niski (astronauta nie może przekraczać metra osiemdziesięciu wzrostu ani określonej wagi), lecz należał do tego gatunku ludzi, którzy wyglądają na wyższych, niż są w rzeczywistości, bo miał znakomite warunki zewnętrzne — każdy ruch świadczył o tym, że cały jego system mięśniowy wspiera nieugięta siła ducha. Od karku do stawów wielkiego palca u nogi, od mięśni piersiowych do ścięgien pod kolanami, od mięśni trójgłowych do brzusznych był uosobieniem wspaniałej sprawności fizycznej, aktem łaski, bo męka wytężonych płuc nie jest daleka od udręki duszy. Dość powiedzieć, że Aldrin był tak silny, iż jego fizyczna obecność wydawała się większa niż ciało.

Aldrin mówił jak wolnoobrotowa wiertarka. Cieszył się opinią najlepszego fizyka i inżyniera wśród astronautów — był autorem cennej pracy o technice spotkań na orbicie, wykonanej w Massachusetts Institute of Technology. Swoich wypowiedzi nie ubarwiał żarcikami, nie szukał taniej popularności. Jeśli nie znacie żargonu technicznego, nie czytajcie następnych zdań, bo wypowiedzi Aldrina nie można przełożyć, chyba że spróbujecie brnąć za nim przez wertepy techniki. Oto w jaki sposób zaprezentował się prasie: „W czasie tej wyprawy po przejściu do »Lema« będziemy realizować szereg nowych zadań. Podejmiemy je od miejsca, do którego doszła załoga »Apolla 10«, to jest od manewru zejścia z orbity. Po oddzieleniu się od członu załogowego zaczniemy zmniejszać wysokość; po raz pierwszy z dala od niego włączymy silnik lądowania, i to na dłuższy czas. Nowością w tej fazie lotu będzie sterowanie silnika przez komputer, który będzie naprowadzał na cele wpisane w jego »pamięć«. Podczas lądowania będziemy wykorzystywać urządzenie radarowe, które także przekazuje informacje komputerowi. Informacje te, dotyczące aktualnej wysokości i prędkości, pozwolą na obniżanie się w kierunku powierzchni Księżyca według ściśle założonych parametrów. Nowością będzie oczywiście bieżąca kontrola procesu lądowania, sprawdzenie niezwykle skomplikowanego układu człowiek–maszyna. Samo lądowanie stanowić będzie ostateczny sprawdzian służących do tego urządzeń i systemów pojazdu. Załoga i pojazd po raz pierwszy znajdą się w warunkach jednej szóstej g (przyspieszenia ziemskiego). I jako pierwsi będziemy również doświadczać niezwykłych warunków termicznych. Czymś nowym będzie dwuosobowy program »EVA« (prowadzenie prac na zewnątrz pojazdu). Mamy nadzieję, że będziemy mogli spać w »Lemie« na powierzchni Księżyca, co również będzie nowością tej wyprawy”.

Później mówił o obserwacjach gwiazd i o starcie z Księżyca, o chwili, kiedy po pomyślnym wylądowaniu i zbadaniu jego powierzchni znajdą się ponownie w „Lemie”, gotowi do powrotu. Czy silnik zapali, czy też Księżyc rzuci na nich klątwę? Aldrin nazwał ten etap „nowym punktem programu”, następnie opowiedział o spotkaniu ze statkiem macierzystym, który ich zawiezie z powrotem na Ziemię, a potem o „nieprzewidzianym rozwoju sytuacji” i o „zwiększonej gamie możliwych trajektorii” — w taki właśnie sposób określił ewentualną niemożność połączenia się ze statkiem, wędrówkę w przestrzeni, i krótkotrwałą wieczność oczekiwania na śmierć z głodu i pragnienia! Ledwie można się domyślić tego wszystkiego z jego sformułowań! Astronauci mówili o ewentualnej katastrofie jak o nieprzewidzianym wypadku, tak jak hitlerowcy i komuniści nazywali masowe mordy „likwidacją”. Trzonem języka astronautów, i każdego języka biurokratycznego, jest żargon, który daje się łatwo przetłumaczyć na kod komputerowy, na Fortran, Cobol czy Algol. Jego centrum stanowią przeciwlękowe sformułowania, jakby słowa, niczym pigułki, mogły tłumić emocje. Niemniej Aldrin, masywny niczym młody byk, głęboki jak jego znajomość mechaniki nieba, swoją postawą uroczystej niewzruszoności przekazywał jakąś niewyrażalną rzecz o zakątkach ludzkiej duszy i ostrej jak brzytwa granicy między dumą bohatera a pychą. Pycha zagrażała mu naprawdę, można by żywić obawę, że tak samo realnie, jak prawdziwe niebezpieczeństwo. Aldrin wyróżniał się tą ponurą, niezgrabną godnością człowieka, który w jakiejś pełnej udręki godzinie stanął twarzą w twarz z głębiami własnej natury, bardziej skomplikowanej, niż dotąd sądził.

Collins, przeciwnie, poruszał się ze swobodą, był rezolutny. Collins to człowiek, którego niemal każdy chętnie zaprosiłby na przyjęcie, ponieważ był żywym przykładem elegancji i pełnych wdzięku manier. Armstrong pochodził z Wapakoneta w stanie Ohio i zdradzał lekką, lecz niewykorzenialną podejrzliwość w stosunku do każdego, kto się urodził w mieście większym niż jego rodzinna miejscowość. Z kolei Aldrin chronił się przed rozmową nieprzeniknioną dla laika otoczką fachowości, jakby skłonność do zamykania się w sobie wyniósł z lat chłopięcych spędzonych na przemieściu. Collins urodził się w Rzymie, w apartamencie w pobliżu Ogrodów Borghese. Jego ojciec, generał James L. Collins, był attaché wojskowym (możecie sobie wyobrazić, że urodziny syna uczcił drinkiem w barze u Hasslera). Jako że był to rok 1930, Dick Diver z powieści Czuła jest noc mógł właśnie brać w jakiejś piwnicy cięgi od faszystowskiej policji. Trudno się więc dziwić, że Collinsowi nie brakowało ogłady. W jego sposobie bycia mieściło się coś z irlandzkiej elegancji: człowiek winien raczej paść trupem, niż traktować sam siebie poważnie. Collins grał jakby na delikatnym flecie niosącym swoim brzmieniem wesołość i smutek (teraz, kiedy szaleństwo już przeminęło) owych amerykańskich wygnańców, dla których kultura zaczęła się w Roku Pierwszym książki Słońce też wschodzi. I choć zapuścił wąsik, co podkreśliło jego lekkie, lecz niewątpliwe podobieństwo do młodego Hemingwaya, miał własny styl bycia, który przypominał raczej Fitzgeralda. Przecież to właśnie Fitzgerald pierwszy zasugerował, że i ty mógłbyś się stać najmilszym człowiekiem pod słońcem. Collins promieniował więc ową życzliwością, która każe wierzyć, że byłoby dla niego świętokradztwem urazić kogoś w stosunkach towarzyskich. Równie trudno byłoby sobie wyobrazić Collinsa marnującego okazję do lekkiego żartu, jak Aldrina traktującego jakąś sprawę zbyt lekko. Tymczasem Collins nie miał wielu okazji do wykazania się dowcipem. Mógł co najwyżej rozjaśniać nastrój konferencji pogodnym, sympatycznym uśmiechem, podczas gdy pytania zadawano pozostałym. Jako jedynemu z całej trójki nie było dane postawić stopy na Księżycu. Jego wypowiedzi znajdą się niewątpliwie w ostatnim akapicie artykułu, a facet od łamania szpalt zapewne i tak je obetnie. Wobec tego w ciągu całej konferencji nikt nie zadał sobie trudu, by go zapytać o cokolwiek.

Pod koniec ktoś się zwrócił ogólnie do astronautów: „Dwa pytania. Po pierwsze, jakie środki ostrożności przedsięwzięto w waszych domach, by ustrzec was od złapania infekcji od rodziny? A po drugie, czy są to ostatnie dni, jakie spędzicie w domu z rodzinami?”.

Rzecznik prasowy Brian Duff rzucił szybko: „Weź to, Mike”.

Chyba niełatwo było czekać tak długo na tak niewiele, lecz Collins odpowiedział z uśmiechem: „Moja żona i dzieci podpisały oświadczenie, że nie mają żadnych zarazków. I... tak, będzie to ostatni weekend, jaki spędzimy w domu z rodzinami”. Nie było w tym nic specjalnie dowcipnego, ale też cała konferencja nie była zbyt zabawna, więc prasa się rozchmurzyła. By nie urazić dziennikarza, który zadał pytanie, Collins dodał szybko: „A mówiąc poważnie, nie zastosowano żadnych specjalnych środków ostrożności”.

Mówił swobodnie, ze swadą. Było oczywiste, że z tych trzech tylko z nim jednym miałoby się ochotę pójść na drinka. Ponieważ możliwość przeprowadzenia wywiadu przy barze jest dla reportera równie istotna, jak wyważenie młotka dla cieśli, korpus dziennikarski ogarnęła pewna konsternacja: dlaczego NASA nie miała na tyle zmysłu reklamy, by postawić Collinsa na czele wyprawy? Co by to była za frajda obsługiwać lądowanie na Księżycu, mając za rozmówcę człowieka, który sypie gładkimi, okrągłymi zdaniami, zamiast kontentować się Armstrongiem, rozstającym się ze słowami równie skwapliwie jak pies z trzymaną w zębach kością. Collins byłby znakomity. Oprócz manier wskazujących bardziej na obycie z kieliszkiem martini niż whisky, miał dobrą budowę ciała i łysiejące czoło, oszczędne ruchy boksera z drużyny akademickiej lub gracza w baseball (w rzeczywistości był kapitanem drużyny zapaśniczej w St. Albans i najlepszym wśród astronautów zawodnikiem w piłce ręcznej). Wyglądał niczym marzenie fotoreportera, a mówił gotowym tekstem wywiadu. Z kolei Armstrong miał smutny wygląd samotnego biegacza na przełaj i odznaczał się przy tym tajemniczością człowieka, którego myśli nie można odczytać — cóż za dar niebios dla prasy! Wyobrażając sobie Armstronga jako sportowca, widziało się go na finiszu. Tak przebiegłemu i skrytemu rywalowi trudno byłoby dotrzymać kroku na bieżni.

Głównymi bohaterami tej historii byli tamci dwaj, którzy mieli wylądować na Księżycu — nie mogło być inaczej. Lecz parę zdań i uśmiechów Collinsa uczyniło zeń ulubieńca prasy, toteż pod koniec konferencji padły pod jego adresem pytania. Wreszcie pojawiło się to jedyne istotne: „Pułkowniku Collins, ludziom, którzy nie są astronautami, pańska rola w tym locie wydaje się niezmiernie frustrująca. Nie dociera pan do samego celu. Jak się pan z tym czuje?”.

Fakt bycia astronautą zawiera w sobie ewidentną sprzeczność: skoro jest się astronautą, pracuje się dla zespołu, lecz nie można zostać astronautą, nie będąc na tyle wyjątkowym, by czasem nie podejrzewać, że jest się najlepszym. Nie odniesiesz zwycięstwa w meczu, jeśli nie zdecydowałeś się wygrać.

Collins odparł szybko: „Nie czuję się w najmniejszym stopniu sfrustrowany. Odbywam dziewięćdziesiąt dziewięć i dziewięć dziesiątych procent drogi, i to mnie w pełni zadowala”. Dla kogoś, kto się wychowywał w Rzymie, Puerto Rico, Baltimore, Waszyngtonie, w Teksasie i Oklahomie, kogoś pochodzącego z jednego z najbardziej kulturalnych środowisk wojskowych, nakazem jest opanowanie. Jedyny prawdziwy wyróżnik arystokracji w amerykańskim społeczeństwie to umiejętność panowania nad sobą mimo trawiących człowieka emocji: niepokoju, zawiści, ambicji, zazdrości i namiętności. Collinsowi nie drgnął ani jeden mięsień twarzy. „W miejscu, gdzie mnie postawiono, jestem w pełni szczęśliwy” — zakończył. Jego głos brzmiał naturalnie i nie było w nim cienia fałszu, a jednak nikt mu nie uwierzył. Ze sceny tchnęło atmosferą namiętności podporządkowanej dyscyplinie. Przez moment Collins diabelnie przypominał aktora, który gra równego faceta.

Tutaj włączył się Armstrong: „Chciałbym dodać w związku z tym, że pilot statku macierzystego... — pauza — oczywiście sam jeden... — nowa pauza — wykonuje kolosalną robotę”. Kiedy Armstrong robił przerwę i formułował w myśli dalszy ciąg zdania, wydawał czasem dźwięk przypominający trzaski zakłóceń atmosferycznych, które się nakładają na głos pilota rozmawiającego z wieżą kontrolną. Odnosiło się wrażenie, że to nie on wydaje te dźwięki, lecz nasłuchał się w życiu już tylu podobnych trzasków, zniósł ich tyle, iż całe jego ciało i wszystkie komórki nimi przesiąkły. „Collins musi wykonać robotę Buzza i moją... — trzaski — razem ze swoją własną... W dodatku ma służyć jako przekaźnik między nami a Ziemią... — pauza, trzaski. — To jest zadanie dla co najmniej trzech ludzi — wymamrotał parę słów. — Michael naprawdę będzie miał co robić, krążąc w kółko”. I nagle Armstrong zabłysnął uśmiechem. Padło żartobliwe zdanie. Był to miły, trochę prowincjonalny rodzaj humoru, nie bez zapachu placka z jabłkami: „A jeśli nie będzie miał już nic innego do roboty, zawsze może wyjrzeć przez okno i podziwiać widoki”.

Następne pytanie rzucił jakiś nowicjusz w tej dziedzinie: „Czy na podstawie poprzednich doświadczeń możecie powiedzieć, że te dwie i pół godziny czy coś koło tego, kiedy jesteście na szczycie rakiety przed odpaleniem, to okres maksymalnego napięcia, coś jak siedzenie w poczekalni u dentysty?”.

Armstrong przez chwilę nie mógł zrozumieć pytania. „To jest jedna z faz, do których mamy pełne zaufanie — odparł wreszcie z tą swoją charakterystyczną mieszaniną skromności i technicznej pychy, zarazem przepraszająco i z niemą wyższością. — Nie jest to nic nowego, robiono to już poprzednio — trzaski, gdy się zastanawiał, co by tu jeszcze dodać — i to wielokrotnie z powodzeniem. Jesteśmy całkiem pewni, że ta panna poleci” — powiedział uroczyście, łagodnie, lekko, ostrożnie, smutno, słodko.

Wydawał się w tej sali kimś, zarówno duchem, jak i ciałem. Trudno powiedzieć, czy był duchem termicznych prądów wznoszących, czy tym duchem neutralności, który wznosi się na szczyty w biurokratycznych sytuacjach, a może jednym i drugim. Oczywiście jednym i drugim, bo dlaczego Armstrong miałby mieć duszę mniej skłóconą niż rozwichrzony świat paru miliardów ludzi? Istotnie, sprzeczności splatały się subtelnie wokół niego, przywołując daleki obraz gniazda uplecionego z liści: tych w barwach minionej jesieni i tych w zieleni wczesnej wiosny. Armstrong sprawiał wrażenie najbliższego świętości ze wszystkich astronautów, a jednocześnie w wyrazie jego twarzy było coś tak twardego, prowincjonalnego i znużonego jak w spojrzeniu kasjera nad garścią bilonu. Kiedy się zatrzymywał, by zebrać myśli, pojawiało się na jego czole sześć równoległych zmarszczek zmęczenia, włosy miał całkiem proste, ową pozbawioną fantazji, bezbarwną, małomiasteczkową prostotą. Jego źrenice były bardzo małe, nie większe niż śrut na zające; łatwo uwierzyć, że brał udział w siedemdziesięciu ośmiu lotach bojowych z lotniskowca Essex nad Koreę. Miał bardzo cienkie wargi i szerokie usta, niemal jak Joe E. Brown, jednak bez komicznego wyrazu, a raczej — lepiej albo może gorzej — wyrazem jego ust rządził duch chwili. Podobnie jak prezydent Nixon lub Wernher von Braun (z którym się jeszcze spotkamy), uśmiechał się na komendę. Przywoływał wówczas bardzo przydatny wyraz twarzy — uśmiech chłopaka z małej mieściny zabawiającego gości. Mógł być aniołem, mógł być prowincjonalnym diabłem. Kto wie? Nie można było zgłębić tego uśmiechu, gdyż kryła się w nim cała kolekcja amerykańskich cnót: gotowość służenia pomocą, prostoduszność, fachowość, skromność, szelmowski humor i nieoczekiwany ślad niemej kpiny z otchłani własnej ignorancji: ot, jestem po prostu prowincjonalnym głupkiem. Aquarius pomyślał wtedy, że Armstrong nie budzi zaufania. Pod osłoną tego uśmiechu stawał się nieobecny, lecz kiedy zabierał głos, brał w cugle wszystkie porywy. Mówił nieznośnie powoli, z potrójną ostrożnością odpowiedzialnego polityka, który rozpaczliwie usiłuje nie popełnić błędów rzeczowych, nie narazić się niepotrzebnie wrogom i nie naruszyć stref prywatności przyjaciół. Dodajcie jeszcze zakłócenia, i oto będziecie mieli obraz niezbyt udanego mówcy. Kiedy Armstrong przemawiał, był napięty niczym mięsień dotknięty skurczem.

Prawem przekory, stało się to u niego cechą sprawiającą największe wrażenie, jakby to, co było w nim najlepsze, zostało usunięte pod powierzchnię, tak cenne, że musiało być chronione wewnętrzną klauzurą, tysiącem środków ostrożności, jakby żywił tak ogromny szacunek dla słów, że były one niczym dotykalne omeny i znaki wróżebne, zefiry i bestie materializujące się w jaźni, jakby jakaś tajemna, nieuchwytna, pierwotna moc powstrzymywała go od wypowiedzenia choćby jednego słowa wyrażającego lęk — z obawy przed zmaterializowaniem się tego lęku. Tak to kiedyś człowiek obawiał się wypowiedzieć imię Pana, a nawet napisać je w postaci sugerującej samo jego brzmienie, bo mogłoby to wystarczyć do przywołania jakiegoś ducha boskiego gniewu, gniewu z powodu zakłócenia spokoju niebios. Armstrong nie był oczywiście człowiekiem skłonnym do demonstrowania własnego „ja” podczas publicznego spotkania; tam gdzie Aldrin objawiał spokojną pewność siebie człowieka, który wie, że każdy problem da się rozwiązać, jeśli zostanie poprawnie sformułowany i odpowiednio zaatakowany (co oznacza, że do ataku trzeba być w dobrej kondycji!), i gdzie Collins okazywał pełną wdzięku, stalową energię kogoś, kto jest gotów spokojnie umrzeć dla zachowania swojego stylu, Armstrong mógł raczej sprawiać wrażenie kryjącego się w gąszczu skromnego zwierzęcia — wyobrażenia myśliwskie kojarzące się z ideą lasu, od pumy do jelenia i nędznej hieny, jakoś przemykały na krawędzi tego uporządkowanego obszaru, który wykarczował w swojej psyche, by mógł pokazać światu jakąś osobowość. Lecz jego umysł zdawał się szukać sposobu trzymania się z daleka od wszelkich miejsc podobnych do tej sali, gdzie był jak w potrzasku, zamknięty z tymi wszystkimi pożeraczami psyche, połykaczami dusz, zmuszony do udzielania odpowiedzi na pytania zadawane setki razy.

Z drugiej strony był zawodowcem i nauczył się już walczyć z przeciwnikiem za pomocą właściwego języka. Istotnie, chronił go jego dobór słów!

„Panie Armstrong, kiedy znajdziecie się już na Księżycu, jakie czynności będą miały pierwszeństwo i co będzie głównym przedmiotem zainteresowania?”.

„No więc — rzekł Armstrong — natychmiast po wylądowaniu interesować się będziemy przede wszystkim stanem samego pojazdu księżycowego — ...nnnnnhr, rozległy się trzaski zakłóceń. — Przez dwie pierwsze godziny po wylądowaniu będziemy bardzo zajęci sprawdzaniem stanu pojazdu księżycowego i sprawności wszystkich jego układów — nnnhr. — Cała masa rozmów o sprawach technicznych... pomiędzy statkiem i Ziemią, tymczasem ludzi będzie palić ciekawość, jak tam właściwie jest?... Sami chętnie opowiedzielibyśmy — nnnnhr — lecz nie będziemy mogli się z tym spieszyć wobec tych ważniejszych spraw, od których... zależy cała reszta wyprawy księżycowej”.

Aldrin, formalista, powiedział chwilę wcześniej: „Sądzę, że najbardziej krytycznym elementem programu EVA będzie nasza zdolność przewidywania i interpretowania faktów, które okażą się nie takie, jak się spodziewaliśmy, ponieważ mogą spowodować trudności, jeśli nie zinterpretujemy ich właściwie”. To było credo racjonalisty. Zjawiska tylko wtedy mogą stanowić zagrożenie, jeśli się nie poddają opisowi językowemu. A ściślej, opisowi za pomocą skrótów. EVA to Extravehicular Activity, czyli działalność na zewnątrz pojazdu księżycowego „Lem”. Oznacza zatem spacer po Księżycu, lecz brzmienie głosek E, V, A mogło ściągnąć mniej kłopotów niż otwarte stwierdzenie, że człowiek poważy się stąpać po tym prastarym i obcym globie, gdzie nie oddycha żadna żyjąca istota, a pod powierzchnią nie spoczywają zmarli.

Oczywiście wszyscy astronauci posługiwali się tym językiem. Po stylu wypowiedzi nie można było odgadnąć, kto złożył te słowa, bo całość była bezosobowa i schematyczna. Każdy z nich mógł dokończyć zdanie zaczęte przez kogoś innego.

„Kolejność priorytetów w planie lotu została skrupulatnie ustalona... Nie ma potrzeby odchodzić daleko od pojazdu, by wypełniać zadania, jakie musimy realizować na powierzchni; zużyłoby to tylko czas, który mamy zaprogramowany na wykonanie czynności w ramach poszczególnych zadań misji”. Spróbujcie sprzedać gazetę z takim materiałem! Cytat mógłby pochodzić od któregokolwiek z tuzina astronautów. Akurat w tym przypadku nie był to Aldrin, lecz Armstrong.

Tylko sporadycznie ów żargon ujawniał niemożność zakamuflowania wszystkich sytuacji, zwłaszcza gdy w grę wchodziły sprawy osobiste. Ze strony jednego z wtórnych analfabetów padło pytanie: „Proszę nam krótko opowiedzieć, jak wasze rodziny zareagowały na to, że podejmujecie tę historyczną misję”.

„A więc — zastanawiał się Aldrin — w moim przypadku rodzina miała pięć lat, by się przygotować na taką ewentualność, i ponad sześć miesięcy, żeby bezpośrednio stawić jej czoła. Z pewnością moi bliscy patrzą na to jak na wielką próbę sił dla mnie. Z drugiej strony patrzą też na to jak na swego rodzaju inwazję na ich prywatne życie i oderwanie mnie na długi czas od rodziny”. Mówił głosem ponurym, zapewne nie myśląc w tym momencie o własnej rodzinie ani o sobie samym, lecz raczej o tym, czy jego zdolność przewidywania i interpretacji faktów została we właściwy sposób zastosowana do tej naładowanej napięciem psychicznym przestrzeni wektorów przesunięć zmodyfikowanego pola sytuacji domowych (co się tłumaczy jako: atrakcyjna żona i dzieciaki — grające drugie skrzypce wobec bossa-astronauty numer dwa — mogą się kiedyś wkurzyć). Aldrin był człowiekiem o tak wspaniałych możliwościach i żelaznej dyscyplinie, że martwy ciężar zmasowanego żargonu stanowił dla niego niepośledni dar losu. Najwyraźniej lubił nim operować, bo dzięki temu trzymał środki wybuchowe pod kontrolą.

Jeśli Aldrin nie zdołał starannie wypracowaną wypowiedzią rozbroić bomby zawartej w pytaniu, pochmurniał jak ambitna, pedantyczna pani domu, której nie udaje się utrzymać błyszczącej posadzki.

Oczywiście nie mogli uniknąć pytań wręcz krwiożerczych. James Gunn, BBC: „Wspominaliście, że wasz lot, jak każdy inny, zawiera wiele elementów ryzyka. Jakie wobec tego będą wasze plany — tu gest brytyjskiej kurtuazji — w skrajnie nieprawdopodobnym przypadku, gdyby człon księżycowy nie wystartował z powierzchni Księżyca?”.

Armstrong się uśmiechnął. Jego niechęć do odpowiadania publicznie na pytania okazała się usprawiedliwiona. Dziennikarze gotowi są nawet żądać od człowieka wypowiedzi na temat uczuć doznawanych w obliczu śmierci.

„Hm — odparł astronauta. — Nieprzyjemnie o tym myśleć”. Jeśli, co było całkiem prawdopodobne, zdarzyło mu się być bliżej śmierci niż komukolwiek na tej sali, i to wcale nie raz, nie znaczy to, że kielich takich doświadczeń mógł tu być obracany w palcach przez setkę ludzi. „Do tej pory woleliśmy o tym nie myśleć. Nie sądzimy, by była to prawdopodobna sytuacja. Jest po prostu możliwa”.

Armstrong nie odpowiedział jednak na pytanie. Skoro spędzali po dwanaście i więcej godzin przy symulatorach, skoro całymi miesiącami poświęcali siedemdziesiąt lub osiemdziesiąt godzin na tydzień katorżniczej robocie wbijania sobie do głowy piętrzących się kolumn liczb i rzędów wskaźników, musieli być przyzwyczajeni do ciężkiej pracy. Zatem ów młyn konferencji prasowej, potem radiowej i dla dziennikarzy z czasopism, wreszcie dla telewizji, ów czternastogodzinny dzień pracy, w dodatku pracy najpodlejszego rodzaju dla nich: eksponatów wystawowych, oddanych na pastwę zgrai najgorszych pacykarzy słów, jacy kiedykolwiek zebrali się w południowo-wschodnim Teksasie, to wszystko należy do ich obowiązków i muszą je wypełnić najlepiej, jak potrafią. Bycie astronautą to nie zawód, to misja. Skoro przesłanki polityczne i posunięcia rządu, od których zależała przyszłość NASA, nie mają w naszych czasach ducha religijnego, astronauci pomijali znaczenie swojego powołania, lecz bycie astronautą jest misją i dlatego musi on wykonywać każdy aspekt swojej pracy najlepiej, jak umie. Na konferencji prasowej ma odpowiadać na pytania. A zatem odnosząc się do pytania, co zrobią, jeśli człon księżycowy nie wystartuje z powierzchni Księżyca, Armstrong rzekł w końcu: „Gdyby się to zdarzyło w czasie tej wyprawy, pozostaniemy bez pomocy”.

Kiedy konferencja dobiegła końca, w aplauzie wyrażonym po amerykańsku stukaniem w krzesła nie czuło się szczególnego entuzjazmu. Atmosfera była taka jak na każdej innej nudnej konferencji prasowej, podczas której jakaś firma przedstawia nowy, acz niezbyt rewelacyjny produkt. Uraza prasy była subtelna, lecz głęboka. Wydarzenie tej miary i nic widowiskowego. U Amerykanów obojętność zaczyna przechodzić w nałóg. Dramatem dwudziestego wieku jest niewspółmierność między ogromem wydarzeń i znikomością ich oddźwięku.

„Co, jeśli nie będziecie mogli wystartować z Księżyca?”.

„Nieprzyjemnie o tym myśleć”.

II

O tej właśnie odpowiedzi myślał Aquarius po skończonej konferencji, gdyż było to zdanie najbliższe myśli, że ktoś może zginąć w otchłani owej przygody. Tak, tak, astronauci musieli o tym myśleć. Człowiek, który przez sześć miesięcy przygotowuje się do wyprawy na Księżyc, nie może pominąć ewentualności swojej śmierci. A jednak, jeśli myśl o niepowodzeniu startu członu księżycowego z Księżyca była dla Armstronga czymś nieprzyjemnym, czy wynikała po prostu stąd, że niepowodzenie oznaczało śmierć, czy też, bezdennie nieprzyjemna, wywodziła się z ukrytego, głęboko irracjonalnego lęku, że jego ciało musiałoby już na zawsze pozostać na księżycowym gruncie? Ludzie, którzy niemal zginęli od ran, opowiadają, że zbliżanie się śmierci daje uczucie wyzwalania się z własnego ciała. O tym samym dawno, dawno temu pisał Hemingway, w Paryżu, w Hiszpanii, a może w Rzymie, w apartamentach koło Ogrodów Borghese, w pobliżu miejsca, gdzie się urodził Collins. Czy pojawi się w przyszłości naukowa teoria śmierci, czy też śmierć (jak zapach, dźwięk i czas, jak teoria snów) oprze się wszelkiej nauce, nawigacji, nomenklaturze bądź kartografii i pozostanie w sferze takich pytań bez odpowiedzi, jak to, czy przyczyną raka nie są, być może, złe sny? Czy istotnie dusze zmarłych pragną zmartwychwstania? Czy myśl o wyzionięciu ducha na Księżycu nie była bolesnym koszmarem, bo dusza zamknięta w próżni martwego ciała musiałaby pozostać na Księżycu i nie mogłaby wyruszyć w podróż ku swojej gwieździe? Można doznać zawrotu głowy, lecz Aquarius żył z takimi myślami od lat. Być może nie ma w życiu człowieka niczego ważniejszego niż godzina, oblicze i władza śmierci, tak, na pewno, jeśli śmierć jest startem do innego życia. Aquarius był przekonany, że myśli astronautów musiały iść takimi torami, a przynajmniej że w jakichś izolowanych i niedostępnych obwodach ich mózgów pulsowały mgliste wyobrażenia podobnych idei; gdzieś tam, znacznie poniżej progu komunikacji, tkwiło podejrzenie, że pełny sukces ryzykownej gry w wyprawę na Księżyc i z powrotem może stanowić siłę napędową jakiejś pośmiertnej drogi do gwiazd. Po latach Aquarius nauczył się wreszcie kontrolować raptowne przyspieszenia swojego umysłu. Być może właśnie dlatego — w ciągu tych kilku pierwszych dni zbierania materiałów o astronautach w Houston — niemal polubił banalność ich wypowiedzi i uspokajające brzmienie żargonu technicznego.

Lecz właśnie rozpoczynała się konferencja prasowa przeznaczona wyłącznie dla dziennikarzy z czasopism — tego dnia mieli oni pracować przynajmniej w połowie tak ciężko jak astronauci — i Aquarius w drodze do Księżycowego Laboratorium Odbiorczego, gdzie (z powodów, o których niżej) odbywała się konferencja, zastanawiał się, czy przebłyski i kontury tych kosmicznych, choć ledwie rysujących się hipotez dotyczących Ziemi, Księżyca, życia, śmierci, snów i psychiki astronautów wykażą choćby cień współzależności. Zadumał się nad faktem, że człowiekowi na niewiele się przydała teoria snów Freuda — czyżby koncepcja zaspokajania pragnień niezbyt się nadawała do „przewidywania i interpretowania faktów, które okazują się nie takie, jak się spodziewaliśmy”? Czyżby stare freudowskie spojrzenie na sny miało się tak do prawdziwych wymiarów snu jak ognie sztuczne w czasie święta 4 Lipca do „Saturna V”?

III

Astronautów chroniono przed infekcją, więc tym razem będziemy ich oglądać za szklaną ścianą „rozmównicy” Księżycowego Laboratorium Odbiorczego. Budynek zaprojektowano z myślą o kwarantannie astronautów po ich powrocie z Księżyca; było to połączenie sali szpitalnej, sypialni, kuchni i laboratorium skał księżycowych. Ponieważ przez dwadzieścia jeden dni po powrocie nie będą mogli przebywać w tym samym pomieszczeniu ze swoimi rodzinami, technikami z NASA czy pracownikami, którym będą przekazywać informacje, zbudowano dla nich pokój w rodzaju więziennej sali wizyt, przedzielony w połowie, od podłogi do sufitu, hermetyczną szklaną ścianą. Rozmowa przez tę ścianę odbywała się za pomocą mikrofonów.

Przez resztę dnia astronauci, po długiej konferencji prasowej, mieli tu przyjmować przedstawicieli innych środków masowego przekazu: telewizji, radia, czasopism. Dziennikarze mogli siedzieć o metr od obiektów zainteresowania, a jednak — jak gdyby istniały jakieś niewykryte jeszcze metafizyczne własności szkła — jednocześnie musieli odczuwać, że dzieli ich duża odległość. Pełne światło zwrócone na astronautów i względny półmrok po stronie reporterów podkreślały oddzielenie sceny od widowni; prawdopodobnie efekt był spowodowany przede wszystkim tym, że przez szkło, niewątpliwie nietłukące się, nie można było ich dotknąć, a to powodowało zaburzenie poczucia przestrzeni. Astronauci byli dość blisko, aby pozować do portretu, lecz oddzieleni szkłem wydawali się odlegli jak historia.

Mimo to zapanowała atmosfera intymności, w czym pomogła oprawa sceniczna. Tym razem jednak dziennikarze mieli większe wymagania. Jeden z nich natychmiast podjął problem, który dręczył Aquariusa, lecz podejście pytającego było bardziej praktyczne. Jak astronauci wykorzystaliby czas, gdyby stwierdzili, że nie mogą wystartować z Księżyca? Modliliby się, żegnali się z bliskimi czy też przekazywali informacje o Księżycu? Takie możliwości widział ów publicysta.

Aldrin miał uszczęśliwioną minę gracza stojącego w samym środku linii obrony, przez którą usiłuje się przedostać przeciwnik. „Ja prawdopodobnie wykorzystałbym ten czas na to, by naprawić silnik startowy”.

Wywołało to wybuch śmiechu, posypały się następne pytania. Tym razem w tej niewielkiej grupie jakichś dwudziestu dziennikarzy istniały lepsze warunki do rozmowy; nie było tu gorączkowej walki, by dorwać się do głosu i pospiesznie rzucić brutalne, naprowadzające bądź tendencyjne pytanie. Nie było tu potrzeby zadawania byle jakich pytań tylko po to, żeby na konferencji dała się zauważyć obecność reportera i jego gazety (takie akcentowanie obecności daje z biegiem lat mniejszym pismom i ich reporterom pewniejszą pozycję wobec rzeczników prasowych). Tutaj publicyści nie musieli się spieszyć, idąc za tokiem odpowiedzi, mogli zadawać kolejne pytania. Zapanował konspiracyjny nastrój polowania.

Ponieważ mieli więcej czasu na napisanie artykułu, mogli się spodziewać surowszych kryteriów oceny. Musieli więc wykrzesać życie ze swoich bohaterów, nie bacząc na to, czy astronauci chcą się wystawić na pokaz.

„Czy zabierze pan jakieś osobiste pamiątki?” — spytano Armstronga.

„Gdybym mógł wybierać, wolałbym wziąć więcej paliwa” — odpowiedział, łagodząc uśmiechem zawód, jaki mógł sprawić pytającemu.

Dziennikarze żądali osobistych wyznań, ujawnienia emocji, przyznania się do strachu, zaś astronauci usiłowali udzielać odpowiedzi układnych i równie dobrze izolujących jak szklana płyta, która ich rozdzielała.

Zapytany o swoją intuicję Armstrong wyraził się negatywnie i skonkludował: „Każdy problem należy właściwie zinterpretować, a następnie zaatakować”. Pozytywizm logiczny na każdym kroku, to była jego filozofia. Żadnych przewidywań bez stosownie wyważonego i adekwatnego zinwentaryzowania stanu wiedzy.

„Z pewnością musiał się pan niekiedy odwoływać do swojej intuicji” — upierał się pytający.