Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
[PK]
Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej!
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Depozyt Biblioteczny
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 669
Rok wydania: 1987
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
JOZEF IGNACY
CYKL POWIEŚCI HISTORYCZNYCH I |ry| Ol O L//^v I ^ lir-| OBEJMUJĄCYCH i_y ZjlC I C A UI^IAI
Redaguje Komitet pod i przewodnictwem prof. dra Czesława Hernasa
KRASZEWSKI
Na króleirskim dirorze
Rozdział III
Rozdział IV
Rozdział V
Rozdział VIII
Iw %fe^<>rwp4h{T«e0O/ ł <5 3 7. :
Rozdział III
Rozdział IV
Rozdział V
Rozdział VIII
Rozdział VIII
Rozdział IX
Rozdział II
Rozdział IH
Rozdział IV
Rozdział V
Rozdział VI
Seremnsimo .\iclPotentissimoPri\'c ipt ac Domino
Rozdział VIII
Rozdział IX
Przypisy
Spis ilustracji i uzupełnienie objaśnień
Spis treści
Na króleirskim dirorze
Czasy Władysława IV
/ Ludoi^a Spółdzielnia Wydaumicza Warszawa 1987
Komitet Redakcyjny:
Prof. dr CZESŁAW HERNAS Prof. dr STANISŁAW BURKOT Dr MARIA GRABOWSKA Dr HELENA KAPEŁUS
Przedsłowiem poprzedził
ZBIGNIEW BIEŃKOWSKI
Przygotowała do druku posłowiem i przypisami opatrzyła
DANUTA BRZOZOWSKA
Ilustracje wybrała i objaśniła
JOLANTA WYLE2YNSKA
Opracowanie graficzne wg projektu Tadeusza Pietrzyka
PAWEŁ GRABARCZYK
f
ISBN 83-205-3919-6
Copyright by Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza Warszawa 1987
Przedsłowie
Literatura, sięgając do tematyki historycznej, poszukuje głównie konfliktów, napięć, losów tragicznych, kataklizmów nawet, by tą gotową już dramaturgią faktów dokonanych posłużyć się jako tworzywem narracji. Nic dziwnego zatem, że powieść historyczna czy szkic historyczny eksploatują okresy, epoki szczególnie nabrzmiałe konfliktowymi wydarzeniami. Tak więc wiek siedemnasty naszych dziejów z kozaczyzną i potopem szwedzkim dał Sienkiewiczowi materiał do genialnej obróbki. Z epoki napoleońskiej czerpał tworzywo Żeromski do Popiołów, Sulkowskiego, Gąsiorowski do swojej trylogii, Szymon Aszkenazy i polemizujący z nim współcześnie Marian Brandys.
Przeszłość to bardzo wdzięczny materiał dla sztuki. Minione można wskrzesić, dać mu drugie życie — lepsze, ciekawsze, bardziej konsekwentne, poprawione przez artystę. A przy tym przeszłość jest cudownie bezwolna i bezbronna. Można ją ciąć, krajać, naciągać do każdego widzimisię. Odpowiedzialność rozkłada się na tak wiele czynników, że jeszcze jeden, dodatkowy, czynnik artystyczny niewiele już zaważy. Jeśli solidni, zawodowi historycy-naginają fakty do swoich polemicznych .koncepcji, to czemuż by artysta nie miał prawa barwić, a nawet koloryzować postacie i epoki? Któż dzisiaj tak poważnie traktuje historię, by toczyć bitwy o jej prawdy i nieprawdy? Czy do pomyślenia jest dzisiaj bój, jaki przed pół wiekiem wiedziono o prawdę historyczną Ogniem i mieczem? Tyle faktów dziejącej się na naszych oczach historii przeinaczono, że co tu mówić o obiektywnym widzeniu zdarzeń sprzed dwustu czy trzystu lat? Historia nie poruszona wyobraźnią jest zbiorem zobojętniałych z upływem czasu faktów. Siła imaginacji nawet z popiołów coś wykrzesze. Przecież Sienkiewicz z polskiego bezhołowia potrafił stworzyć obraz krzepiący serca kilku pokoleń Polaków. Wyobraźnia nie zawsze musi służyć do podbijania narodowego bębenka. Żeromski np. nie chciał krzepić serc, ale budził umysły i żółcią poił Chrystusa narodów. Ci dwaj pisarze szermowali przeszłością jako argumentem, polemizując ze sobą w sporze o narodowe ideały. Ich racje z czasem zestarzały się i stały się naturalną koleją rzeczy także historią.
Historia nie jest dobrym dydaktykiem. Wiedział o tym Mickiewicz. Ten najmądrzejszy nauczyciel Polaków do jątrzenia i krzepienia posłużył się doświadczeniem swojego czasu teraźniejszego. I Pan Tadeusz, i Dziady nie historią żyją, ale historię tworzą. Czytelnik dzisiejszy także nie ma, jak sądzę, żadnych złudzeń i nie poddaje się historycznej dydaktyce. Żyjąc w okresie nie mniej dramatycznym niż potop szwedzki i nie mniej awanturniczym niż epoka napoleońska ma pełną świadomość nieużyteczności historycznych póuczeń. Z westchnieniem przygląda się ewokowanym przez historyczne wiżje literackie czy filmowe kataklizmom przeszłości, kiedy minione imperializmy nie dysponowały jeszcze wydoskonalonymi technikami torturowania i zabijania. Mimo wszystko można było jakoś przeżyć sacco di Roma, inkwizycje i sybiry. Oglądając seriale o schyłku cesarstwa rzymskiego czy angielskiej epoce elżbietańskiej zazdrościmy tamtym czasom ograniczonej skali rozwydrzenia i okrucieństwa. Nasz czas teraźniejszy gorzej się z nami obchodzi. Co prawda nasza rodzima historia nie dostarcza nam zbyt wielu emocji. Naszą osławioną tolerancją i niechęcią do królobójstwa nie możemy rywalizować nie tylko z historią Rosji, ale z żadną właściwie historią europejską. Tam, w tyglu oficjalnych zbrodni, królobójczych intryg, morderczych walk o władzę, wypalały się w żarze namiętności idee i pryncypia moralne. Na zimną krew angielskiej kultury politycznej ileż złożyło się wylanej krwi gorącej! Nasza tolerancja kwitła wiekowym bezhołowiem. Jeśli mamy się doszukiwać prawdy naszych dziejów, to przede wszystkim rodowodu naszej indolencji. Alem się zagalopował w niechęci do historii! Przecież było nie było piszę wstęp do powieści historycznej. Cóż znalazłem w Na królewskim dworze, że aż przedmowę do tej powieści piszę? Czego szukam u Kraszewskiego, który nie poucza, nie jątrzy i nie krzepi? Kraszewskiego czytamy wszyscy i znajdujemy w jego powieściach odtrutkę na podręcznikowe jady: cień prywatności studzący oficjalne zapały, codzienność odświętnej epoki. Kraszewski każe zegarowi dziejów odmierzać czas teraźniejszy przeszłości.
Historia oficjalna, szczególnie ta podręcznikowa, będąca bazą kultury historycznej społeczeństwa, ukazuje życie naszych oficjałów, naszych monarchów przewążnie od wielkiego dzwonu. Szczęścia i nieszczęścia królewskie mają skalę historiozoficzną. Karły i olbrzymy. Cechy monarsze ujawniają się na polach walki, w politycznych aliansach, a mariaże mają zawsze sens odpowiadający okolicznościowej racji stanu. Historia musi także przestrzegać konwenansów. A przecież chciałoby się po latach i wiekach dotknąć bodaj podszewki monarszej delii i zobaczyć któregoś króla (żyło się przecież kiedyś jak w bajce i miało się swego króla) w skali jeden do jednego. Jakim był synem, małżonkiem, kochankiem, przyjacielem, jakim biesiadnikiem także.
Nie byliśmy na ogół rozpieszczani, niewiele opowiedziano nam anegdot. Ale te, które nam opowiedziano, trzeba przyznać z wdzięcznością, przybliżyły nam, bardziej niż wojenne wyprawy i pacta conventa, i osobowości, i epoki. Gdyby Kazimierz Wielki pozostawił po sobie tylko „Polskę murowaną", Petelskim nie udałoby się nakręcić tego okropnego filmu. Została na szczęście po Kazimierzu pięknie wyeksponowana, przez Kraszewskiego właśnie, ciepła pamięć o romantycznym uczuciu i pięknej Esterce. Ostatni Piast na polskim tronie oprócz historiozoficznej marki dobrego gospodarza ma wciąż aktualny tytuł do pochwały i sympatii czujących rodaków. Warto, zdaje się mówić Kraszewski, od czasu do czasu zleźć z tronu i popieścić się z gminem. Szczęście i do legendy, i do rzetelnej anegdoty miał Zygmunt August, niedobry syn i nieszczęśliwy kochanek. Dzięki Felińskiemu,
fU.
Kraszewskiemu i Auderskiej możemy także nad fatum ostatniego Jagiellona zamartwiać się daremnie przy telewizorze. No i Sobieski! Ale ten wojak nie zamierzał zdać się na kapryśną legendę. Sam sobie wystawił-epistolarny
pomnik wielkiego monogamisty. Te trzy ludzkie oblicza monarsze to trochę mało jak na tysiąc lat historii. Piastowie i Jagiellonowie to w popularnym przekazie historii ludzie z żelaza, marmuru lub piaskowca, zawsze albo z mieczem albo z berłem w dłoni, zawsze na koniu, zawsze w zbroi albo w delii. Żaden z nich nie zachęca do intymności, nie zaprasza do stołu. Kraszewski, trzeba mu przyznać, ma pod tym względem czyste sumienie. Wiele zrobił, by począwszy od Starej baśni wizja naszej przeszłości miała podstawy naturalne, by obyczaj, codzienność kłóciły się z oficjalnym rytuałem monarszego panowania. Czasy saskie dały wszystkie szanse jego sympatyzującej z naszą ciekawości. Ale już Wazowie pozwolili mu pokazać plotkę ukoronowaną. Wazowie, jakby chcieli nadrobić wiekowe lekceważenie ciekawości potomnych, zapraszają od razu do sypialni. Kraszewski pozwala nam nasycić nareszcie oczy królewskim łóżkiem. Na królewskim dworze można by inaczej zatytułować „W królewskim łożu".
Nie wydaje się prawdopodobne, aby ci katoliocy i jezuiccy monarchowie mieli większe temperamenty niż Piastowie i Jagiellonowie. Mieli natomiast większego od tamtych pecha. Na dworze Wazów zjawił się bowiem voyeur. podglądacz. Był nim sekretarz drugiej żony Władysława IV, Marii Ludwiki Gonzaga — Piotr Desnoyers. Czy z poduszczenia monarchini, czy z własnej wyrafinowanej ochoty, skrupulatnie podglądał królewskie manewry, a co podejrzał — opisał. Pozostawił dziennik, unikalny dokument obyczajowy z życia najwyższych sfer. Kraszewski — chwała mu! — okazji nie zmarnował.
Znana i ceniona wiarygodność pisarska Kraszewskiego nie zawiodła i tym razem. Wykorzystując materiał faktograficzny spisany przez Piotra Desnoyers'a Kraszewski z czystym sumieniem poszedł tropem Francuza i napisał książkę o życiu seksualnym Wazów. A jeśli nawet popuścił nieco wodze wrodzonej frywolności, to przecież niczego nie wymyślił i nie dopisał od siebie. Czerpał rozebraną z pruderyjnych łaszków prawdę o zdarzeniach i obyczajach tamtego czasu z relacji Francuza. A „materiał dowodowy" był tak bogaty, że na marginesie poważnych i z powagą śledzonych przez pisarza (historycznego przecież) wydarzeń, Kraszewski napisał książkę rewelacyjną. Ten margines jest tak sam przez się interesujący, że polityczna problematyka epoki, a także wątki przygodowo-sentymentalne powieści schodzą na plan dalszy czytelniczej uwagi. Król Władysław IV i pojawiający się epizodycznie brat królewski, późniejszy monarcha Jan Kazimierz, wysuwają się nagle na plan pierwszy, stają się postaciami centralnymi jako użytkownicy seksu w najbardziej dosłownym i prymitywnym sensie. Parafrazując łacińskie porzekadło trzeba o obpwiązkoWości Wazów mieć dobre mniemanie: nulla dies sine puella.
Sama chutliwość monarsza nie jest niczym zdrożnym ani niczym zdumiewającym. Angielski Henryk VIII, rosyjska Katarzyna II, żeby przemilczeć papieską dynastię Borgiów, weszli do historii w sposób bardzo niekonwencjonalny i bezceremonialny. W niczym to nie umniejszyło ani nawet nie podważyło respektu potomności dla nich. Temperament monarchy
angielskiego czy imperatorowej Wszechrosji powiększa jeszcze historyczną skalę ich osobowości. Ich chuć monarsza budzi i grozę, i szacunek.
Chutliwość Wazów nie posiada nawet w przybliżeniu takiego wymiaru. Budzi politowanie i drwinę. Kraszewski pozwala sobie na kpinę z głów koronowanych, i to z tych, które zwykliśmy wyobrażać sobie w cierniowych koronach narodowej troski. Władysław IV, a szczególnie Jan Kazimierz, to przecież wielcy nieszczęśnicy naszych dziejów, obdarzeni dobrą wolą, szlachetnymi intencjami i nie zawinionym pechem. Kraszewski nie bagatelizuje tych uczczonych przez tradycję stron ich osobowości. Na królewskim dworze Władysława IV wszechobecna jest intryga polityczna. Królewskie plany, królewska świadomość przesycone są troską o los państwa Planowana wojna z Turcją ukazana jest w dwóch perspektywach: międzynarodowych sojuszy i polityki wewnętrznej, jako instrument do ukrócenia samowoli królewiąt. To wszystko istnieje w powieści Kraszewskiego. Gra taktyczna na sejmach, przygotowywanie zamachu na szlachecką anarchię, zaciąg najemnego żołnierza są ukazane w powieści i w bezpośredniej akcji, i pośrednio, w debatach króla z, hetmanem Kazanowskim i kanclerzem Ossolińskim. Ale przecież pierwszą postacią na królewskim dworze ni^ jest — wbrew nomenklaturze — ani Ossoliński, ani Kazanowski. Pierwszą najbliższą królowi i najbardziej wpływową postacią na dworze jest dworzanin Pac, rajfur dbający o seksualne rozrywki szefa.
Niemłody już, schorowany, cierpiący na podagrę Władysław IV każe się nosić w krześle na sejmowe posiedzenia i kościelne nabożeństwa, stanem zdrowia jak bronią taktyczną posługuje się w skomplikowanych rozgrywkach politycznych. Ma jednak dość sił na codzienne manewry miłosne. Pac nie ma łatwego zadania. Pozostały po zmarłej Austriaczce Cecylii Renacie dwór kobiecy wyczerpuje z upływem bezlitosnego czasu rezerwy. Oficjalna przyjaciółka królewska, a zarazem opiekunka królewicza, oddala co ładniejsze buzie. Pracowitość Paca mało pomału staje się pracą syzyfową. Dwoi się i troi w poszukiwaniu atrakcyjnych, podwik; gdy nie staje dworek, przebiera mieszczaneczki w atłasy i jedwabie, by zaspokoić erotyczną estetykę szefa.
Nowe małżeństwo komplikuje życie królowi. Już oczekiwanie na przybycie Marii Ludwiki Gonzaga szarpie mu nerwy. Ta przybywająca, z Francji małżonka interesuje go jedynie ze względu na obiecany posag. Z tym posagiem wiąże plany zaciągu żołnierza. Ze wszystkich innych powodów jest dlań persona non grata. Związany poprzednim małżeństwem i własnymi ambicjami antytureckimi z polityką Habsburgów, bierze za żonę księżniczkę spowinowaconą z dworem Francji, który ma diametralnie odmienną koncepcję europejskich aliansów. A po drugie Maria Ludwika nie jest dostatecznie atrakcyjna i nie najpierwszej młodości. Komiczne są królewskie uniki od dzielenia łoża z nowo poślubioną małżonką. Król gotów jest od czasu do czasu, choć nie nazbyt często, dzielić z nią stół, lecz przecież nie łoże. Na przestrzeni kilkusetstronicowej powieści małżonkowie
w łóżku nie spotykają się ani razu. Życie seksualne monarchy organizuje, jak za czasów wdowieństwa, wciąż ten sam Pac.
Uwrażliwiam czytelnika powieści Na królewskim dworze rozmyślnie na ten 'margines, gdyż stanowi on nieczęstą w naszym romansopisarstwie historycznym okazję obcowania z żywym człowiekiem na tronie. I my mamy więc monarchę jeśli nie z całkiem prawdziwego, to bardzo prawdopodobnego zdarzenia. Król politykuje, wojuje, poluje, i zbytkuje także. Czasami litość bierze na to zbytkowanie. Dość ono byle jakie, ilość ani rusz nie chce przejść w jakość. Życie seksualne W&zów, w odróżnieniu od życia seksualnego dzikich, mimo że intensywne, jest bardzo powierzchowne, i co tu dużo mówić, ubogie. Władysław IV jeszcze był przynajmniej podrywaczem skutecznym. Dla Jana Kazimierza, tej przyszłej ofiary szwedzkiego potopu, króla w cierniowej koronie Desnoyers i Kraszewski nie mają litości. W Na królewskim dworze jest tylko królewskim bratem. Wrócił właśnie z Rzymu, zrezygnował z kardynalskiego v kapelusza i zabija chroniczną nudę umizgami do panien z orszaku królowej.
Jest niezręczny i nie ma krzty powodzenia. Cóż za okropna prognoza przyszłego królowania! Desnoyers spisywał swoje relacje z podglądania na bieżąco. Pisząc dziennik nie mógł wiedzieć, że Jan Kazimierz zostanie mężem jego szefowej.
Tak czy owak otrzymaliśmy parahistoryczne portrety naszych wielkich ukoronowanych. Respekt respektem, ale należy nam się przecież trochę relaksu po tych wszystkich Cecorach. Nasz śmiech okazjonalny wcale nie świadczy o tym, że święcie wierzymy Francuzowi. A Kraszewskiemu chwała za szczyptę królewskiego seksu. Miód historycznej chwalby będzie lepiej smakował po łyżce dziegciu.
Zbigniew Bieńkowski
Przedmowa autora
DO CZYTELNIKA
Nie piszemy zwykle przedmów, znajdując je co najmniej zbytecznymi. Książka lub się sama tłumaczy i usprawiedliwia, albo mimo obrony pozostanie, czym jest — chybioną. Nie idzie też nam o żadne zalecenie jej formy i treści, ale o wyjaśnienie źródeł.
Nadzwyczajnym szczęściem dostał się nam nie wydany i nie znany ułamek dziennika sekretarza królowej Marii Ludwiki, pana Desnoyers J, tego samego, którego późniejsze listy wydane zostały. Z niego wzięliśmy najdrobniejsze szczegóły przybycia, pobytu i pożycia królowej, nie potrzebując nic a nic fantazją wypełniać, bo materiału mieliśmy aż nadto. Jakkolwiek się to więc komu zdawać może, co tu piszemy, wszystko jest prawdziwym. Często tylko zbyt jaskrawy szczegół wypadło złagodzić.
Oprócz tego dziennika do opisu Warszawy za Władysława IV2 użyliśmy nieoszacowanego Jarzębskiegos. Nie tych obłamków, które wydrukował Niemcewicz 4 w swoich Pamiętnikach, ale całego owego, nadzwyczaj rzadkiego Gościńca.
Jeden, jedyny dostępny i wiadomy egzemplarz znajduje się w Bibliotece Kórnickiej5, która go nam łaskawą była użyczyć, za co składamy jej dzięki. Notatka na nim dowodzi, że Niemcewicz dostał go w podarunku od księdza Alojzego Osińskiego6, a sam potem ofiarował hrabiemu Działyńskiemu.
Egzemplarz dotąd jedyny znany (o drugim Estreicher7 mówi w Szczor-sach) jest niestety niecały. W środku brak mu czterech stronic, a w końcu, Bóg wie ile. Ostatnia kartka jest pisana, co by dowodziło, że jeszcze jakiś egzemplarz istniał, z którego ją dopełniono.
Jarzębski wierszem pisze od siedmiu boleści, jest nieuk i nie klei mu się nic, ale niemniej skarb w nim nieoszacowany do ówczesnych dziejów obyczaju i miasta.
Skorzystaliśmy z niego tylko tyle, ile nam warunki opowiadania dozwalały. Tak Jarzębskiego, gdyby cały się znalazł, jak dziennik (po francusku) pana Desnoyers należałoby wydać w całości. Ale tyle mamy do czynienia!!
Józef Ignacy Kraszewski
Magdeburg
dn. 3 kwietnia 1885
TOM PIERWSZY
Z e wszystkich gościńców wiodących do nowej stolicy, Warszawy, najwięcej z pewnością ożywionym był ten, który od Litwy i Brześcia prowadził. Handel i ludzie tędy najczęściej płynęli do starego mazowieckiego grodu, niedawno uczynionego rezydencją królewską.
Spełniło się to za Zygmunta III, ale za Augusta już dawało się nieledwie przeczuwać. Warszawa dogodniejszą była dla Litwy leżąc w pośrodku ziem Rzeczypospolitej. Poczęto tu sejmy odprawiać naprzód, królów obierać, a na ostatek, po spaleniu zamku na Wawelu, i król z rodziną wywędrował nad Wisłę, choć na tutejszym zamku nie miał zbyt królewskiego pomieszczenia. I tak owi Mazu-rowie, z których wymowy i ubóstwa chętnie się naśmiewano, dostąpili tego zaszczytu, że na ich ziemi tron postawiono. Zmieniły się też czasy i krakowscy panowie możni wpływu tego i znaczenia nie mieli, co dawniej: wołano też od ich nacisku i roszczeń stanąć trochę dalej.
Śmiertelny to był cios zadany Krakowowi, a dla Warszawy hasło nadzwyczaj szybkiego wzrostu. Jak dawniej ku Wawelowi zbiegały się wszystkie większe drogi, płynęło życie, ruch się w nim ogniskował, tak teraz skierowało się do Warszawy. Most Zygmunta Augusta stawał się przepowiednią tej przyszłej wielkości.
Na gościńcu od Brześcia, przez lasy i mało zaludnione okolice się ciągnącym, rzadko teraz bywało pusto, a na przestrzeniach, którym brakło wiosek i osad dla spoczynku podróżnych, zaczęły się wznosić gospody, których naówczas niewiele było jeszcze w innych stronach. Po wsiach ich mniej potrzebowali podróżni, bo się obyczajem starym wpraszali do wieśniaków, dworu i probostw, ale na przestrzeni mil kilku, ogołoconej z osad, gospoda w wielu roku porach stawała się dobrodziejstwem, jakkolwiek nędzną była.
Nie sami naówczas Żydzi rzucili się na te szynki i zajazdy na pustkowiach, rozmaitego rodzaju ludzie brali je różnymi prawy od właścicieli ziemi, którzy często małymi się opłatami ograniczali. Niejeden z tych panów siedzących pod wiechą w lesie miał i duży gruntu kawał, który uprawiał, dobytek i konie. Jedni na gospodach dorabiali się bardzo prędko, drudzy dosyć nędzny a pełen niepokoju żywot wiedli.
Rozdział I
W miejscu, o którym mówić mamy, na skraju ziemi należącej do pana Leśniowolskiego, właśnie się był umieścił Żyd Boruch na nowej gospodzie, której żartobliwy pan nadał imię Zapiecka. A stało się to tylko na złość i przekorę karczemce pana Gostomskiego nie opodal erygowanej \ która nie wiedzieć dlaczego i przez kogo nazwana była Purchawką.
Granice ichmościów panów Leśniowolskich i Gostomskich tu się zbiegały; gościniec przedzielał na znacznej przestrzeni lasy i zarośla pierwszych od drugich. Naprzód się narodziła tu Purchawka, za której przykładem idąc, przyszedł na świat Zapiecek.
Ten ostatni, o którym pan jego, śmiejąc się powiadał, że mu to imię dał, bo w nim było podróżnym gdyby u Boga za piecem, jak na owe czasy był wcale wspaniałą gospodą. Wiadomo, jakie tabuny koni szły naówczas przy każdym znaczniejszym dworze, jak stajnia dla pomieszcźenia ich była ważną rzeczą, i tu więc szopa w słupy, choć w części płotem tylko opasana, mogła sto kilkadziesiąt pomieścić. Ludziom stosunkowo mniej wygód było potrzeba niż ówczesnym woźnikom2, dżanetom3, rumakom i niepoliczonym cugom. Człowiek, co konia nie miał, a w podróży własnych nóg lub pożyczanego wozu używał, tym samym plebejuszem się stawał, tak jak senator i pan, jeżeli kolebką jechał, mniej do niej nad sześć woźników nie mógł zaprząc dla godności swojej. Mierzono naówćzas człowieka liczbą koni, jakie miał i mógł prowadzić z sobą. Na jednym koniu jeździli tylko bojarowie z listy4, uboga szlachta, słudzy i czeladź panów.
Zapiecek ze swymi ogromnymi stajniami naturalnie dla odpoczynku panów był przeznaczony, do Purchawki podjeżdżały wozy i ci, co na koniu jednym, bez towarzystwa, podróżowali. Purchawka też w szopce nad kilkanaście koni, i to z biedą, ulokować nie mogła, ale mimo tego jej pozoru skromnego miał się na niej siedzący Skroba, prosty chłop (jak mówiono), daleko lepiej od Borucha, i Zapiecek mu zazdrościł.
Skroba bowiem miał do czynienia z ludem pokorniejszym, który jako tako, ale płacił za to, co brał, i nie woził z sobą zapasów, więc suchy chleb i lada jaki napój brał, a i dla konia wiązki siana potrzebował. Tymczasem na Zapiecku, gdy zajechało pięćdziesiąt koni i tyluż ludzi, mieli na wozach najczęściej to, czego im było potrzeba, a potem płacili co łaska, lub niekiedy, nabiwszy i złajawszy, nie dali nic.
Od strony Brześcia stała Purchawka pierwsza, nieco dalej Zapiecek, ale z obu gospód na gościniec wzrok daleko sięgał.
Pięknego dnia jesieni w progu Zapiecka stał sam Boruch, a że pora była ciepła, nie miał na sobie, tylko czarny kaftan bez rękawów, spod którego krótkie pludry i pończochy widać było. Na czarnych włosach jarmułka siedziała na bakier i nadawała jego butnej fizjognomii wcale pański wyraz. Długą czarną brodę gładził i ziewaił przeraźliwie, a gdy się wyziewał, poczynał ręce wyciągać i zażywać rodzaju gimnastyki, dowodzącej jak okrutnie się nudził. Gospoda od dwu dni stała pusta. Żeby do niej żywy duch zajrzał!
A u Skroby ciągle ktoś gościł. Boruch na ten rodzaj gości, jacy zajeżdżali do Purchawki, mało rachował, ale natenczas już by i im był rad.
Gdy więc nad wieczór na gościńcu od Litwy pokazał się w dali jeździec na koniu, choć odległość nie dozwalała jeszcze ocenić go, a z konia i z rządziku 5 wnieść, co zacz był i co w mieszku miał, pan Boruch zawczasu znaki mu dawać począł aby zaciągnął do niego.
Skroby w progu nie było.
Jeźdźcowi, dopiero gdy się na pół strzelenia z łuku przysunął, można było się lepiej przypatrzeć. Ale była to jedna z tych zagadkowych postaci, o których zawyrokować trudno. Koń pod nim był niezgorszy, zmęczony widocznie długą drogą, siodło porządne, ale stare, rządzik rzemienny niczego, lecz też dobrze zużyty, spłukany i od pyłu zniszczony. Za sobą miał troki niewielkie, a za całe uzbrojenie szablę, sahajdak6 na plecach w pokrowcu i strzelbę ptasznicę. Domyślać się tylko godziło, że pod połami lub okryciem siodła gdzieś się może i pistolety znajdowały. Twarz była ogorzała, długa, z wąsem szpakowatym, zawiesistym, obciągnięta skórą ruchomą i pofałdowaną. Na pierwsze wejrzenie nic na niej oprócz o-bycia się z życietn nie można było wyczytać. Mówiła ona, że bywał na wozie i pod wozem i że się teraz nie lękał niczego ani też dobijał wielkich rzeczy.
Między nim a koniem była już taka zgoda myśli, że go wcale prowadzić nie potrzebował i mógł mu cugle na karku położyć. Koń też brudnokasztanowaty zdawał się drogą, okolicą i tym, co go otaczało, więcej niż pan zajęty, oglądał się ciekawie. Jeździec zadumany, przygarbiony nieco, z obojętnością znużonego wielce myślami gdzieś wędrował. Nie widział też znaków, dawanych mu przez Borucha, a brudnokasztanowaty skierował się ku Purchawce, zwolnił kroku i zrównawszy się z drzwiami jej, stanął.
Posłuszny mu pan zsiadł z niego powoli, poklepał po szyi i zajrzał naprzód do szopy. Tu nie było nikogo, mógł więc sobie dla kasztana obrać najlepszy żłób. Wtem drzwi izby skrzypnęły i o-krągły, niskiego wzrostu, łysy, pyzaty a blady Skroba powitał podróżnego.
— Niech będzie pochwalony!
Spojrzeli na siebie. Chociaż podróżny sukni nie miał zbyt pokaźnych, ale z całego ubioru i pozoru widać było statecznego człeka.
Weszli razem do stajni. Skroba począł od zaręczenia, iż wszystko w szopie można było bezpiecznie zostawić, dodając razem, że wódka, piwo, chleb, ser, a choćby i gotowana polewka, krupnik, u niego się znajdzie.
Gość słuchał milczący. Sam naprzód podłożył rękę pod siodło, aby się przekonać, czy koń nie był nadto zgrzany, aby go od tego ciężaru uwolnić można; zajął się nim, wiązkę siana zarzucił i dopiero kasztana oporządziwszy, sam z gospodarzem wszedł do izby.
Tu się i małżonka Skroby, w fartuchu, z warzechą w ręku przy garnkach znalazła, i chłopak bosy, jego syn, i blade dziewczę w koszuli jednej, uczące się około kądzieli. Kury chodziły po izbie, czując się w domu. Pod jedną z ław leżał pies wilczej barwy, podniósł głowę nieco i przekonawszy się kto przybył, spał dalej, bo w nocy nie miał na to czasu, musiał domu pilnować.
Rozmowa, jeśli ją tak nazwać można, w urywanych wyrazach poczęła się i ciągle długimi przestankami dzieliła. Skroba pilno się przypatrywał podróżnemu, który ze swej strony najmniejszej nie okazywał ciekawości.
Boruch tymczasem, zawiedziony w nadziejach, stał, po cichu przeklinając wszystkich „gwiazdochwalców", gdy na tym samym gościńcu jakby na pociechę jego zjawił się jeździec drugi, ale zamajaczył mu tak daleko, iż nawet wcześniej dawane znaki na nic by się nie pdały* a zbliżał się tak powoli, jakby na żółwiu jechał.
I ten był sam jeden tylko, a nie wyglądał lepiej od pierwszego. Sterczał mu tak samo sahajdak, samopał i z tyłu nawiązane sakwy. Koń stąpał ciężko z głową spuszczoną.
Miał też na sobie szarą opończę i tym się tylko różnił od poprzednika, iż w ręku trzymał nahajkę, którą bezmyślnie wywijał, oglądając się dokoła. Zdawał się wyższego wzrostu i silniejszy, a w stosunku do konia był nawet za ciężki dla szkapy, która choć silnie zbudowana, choć gruba, niewielkiej była miary. Kształty jej też nie odznaczały się pięknością, a łeb duży i szyja nieforemna dosyć śmiesznie wyglądały. Rząd na koniu był grubej roboty jakiejś a zużyty. Twarz samą wąsy, broda i włos na policzkach porastający tak okrywały, że ledwie z nich nos duży, garbaty i dwoje czarnych oczu ogromnych wyglądało. Na głowie siedziała czapka staroświeckiego kształtu z czubem wyłysiałym.
Nieobiecująca to była postać, a jednak Boruch ją ku sobie przyzywał, gdy tymczasem koń instynktem zawrócił się do Purchawki, a jeździec mu się nie sprzeciwił. Stanąwszy pode drzwiami, huknął dziwnym głosem:
— Uhu!
I sam z siebie się roześmiał, jakby się spostrzegł, że mimowolny ten wykrzyknik był nie w miejscu.
Skroba stał już w progu i gotów był do szopy prowadzić, ale zobaczywszy zarosłego gościa i spotkawszy wejrzenie drapieżnych jego oczów, na chwileczkę się zawahał.
Podróżny już zsiadł, a koń jego, nie czekając, sam poszedł żłobu sobie szukać, tak się cały strząsając, że zdawało się, iż terlicę 7 i sakwy zrzuci z siebie. Miał bowiem nie siodło na grzbiecie, ale tylko starą terlicę, jako tako wymoszczoną. Wszystko razem zdradzało ubóstwo i miało jakąś cechę pochodzenia od wschodu. Można było poznać w nim wędrowca kędyś od kresów.
Wprędce po zabezpieczeniu konia drugi ten wędrowiec wszedł do izby. Zmierzyli się oczyma z pierwszym, kiwnęli głowami, zamruczeli: „Czółen*" — i później przybyły zajął miejsce dosyć daleko, jakby sobie życzył sam pozostać.
Wychylił kubek wódki, a nie żądając więcej, z torebki dobył chleba, kawał słoniny, trochę soli i sparłszy się na stole, począł spokojnie pożywać.
Siadł tak na ustroniu, iż ani gospodarz, ani pierwszy gość nie
śmieli się przybliżać ani go zaczepiać. Nie przeszkadzało to wszystkim, nie wyjmując ani dziewczyny przy kądzieli, ani bosego chłopaka, ani nawet tłustej, osmolonej Skrobowej, przypatrywać mu się bardzo pilno.
Dla wszystkich on miał w sobie coś dzikiego, obcego, pobudzającego ciekawość. Opończa była krojem innym, buty różnym kształtem od tych, jakie pospolicie noszono, pas, odzież wyglądająca spod okrycia nie przypominały co dzień tu widywanych.
Nie śmiano jednak zbyt go prześladować wejrzeniami, bo gdy się kto spotkał z jego oczyma, wzrokiem odpychał i łajać się zdawał. Sam jednak równie ciekawie badał siedzącego dalej za stołem gościa pierwszego, jak ów jemu się przypatrywał.
Milczenie panowało długo.
Podano krupniku jednemu, i drugi go zażądał, ale głosem takim grobowym, zachrypłym, jakby z jakiejś głębiny wychodził z wysiłkiem wielkim, a nim mu misę postawiono, raz jeszcze napił się wódki.
Krupnik swój skończywszy, pierwszy podróżny do konia poszedł, bo czas było i napoić kasztana, i obrok mu zasypać. Przy tej zręczności z dala obejrzał dobrze szkapę i troki towarzysza, kiwając głową. Koń był w istocie tak szpetny, iż o jeźdźcu wielkiego wyobrażenia nie dawał, ale szlachcic okiem znawcy dopatrzył się razem, że bestia była żelazna i rozumna.
Ruszył ramionami, z przyjemnością zbliżając się do kasztana, który przy tamtym arystokratycznie się wydawał.
Do izby powróciwszy, zastał brodatego towarzysza już po krupniku, nad trzecią czarką wódki zadumanego głęboko. Spojrzeli sobie w oczy raz i drugi. Widocznym było, że chcieli rozpocząć rozmowę, szło o to tylko, kto pierwszy się odezwie. Ponieważ brodacz obrosły obcą miał fizjognomię, zdało się drugiemu, który bardziej się tu czuł w domu, iż powinien był pierwszy zagadać.
— Z dalekaście to, miłościwy panie bracie? — zagadnął.
Ten głową potrząsnął, rękę ku północy podniósłszy:
— Ho, ho! A co myślicie? Z bliska? — Z kresów jadę, od Dzikich Pól8.
Pytający głową też poruszył.
— Kawał drogi — rzekł. — Jam tam nie bywał nigdy, choć na Podolu dawniej się kręciło. Cóżeście tam porabiali?
— Co? — mruknął spytany. —= Człek głupi szczęścia szuka, gdy go nie ma, włócząc się, a to darmo. Tak i ja. Służyłem u Koniec-polskich... at, różnie bywało.
— Wracacie do swoich? — spytał pierwszy.
— Gdzie? — rozśmiał się brodaty. — Ja tu nikogo nie mam! Wracam, bo mi się zatęskniło... Za czym? Albo ja wiem?
Oczy mu błysnęły dziko i wychylił czarkę prędko.
— A wy z których stron? — spytał towarzysza.
— Ja Mazur jestem — odparł pierwszy gość — ale my Ma-zurowie po całej Rzeczypospolitej się rozłazimy, bo u nas chleba omal9, a gęb dużo. Jestem teraz przy dworze Radziwiłła, jadę też z jego polecenia do Warszawy. Wy też do niej?
— Trzeba ją zobaczyć — rozśmiał się brodacz.
— A siłaście lat nie widzieli? — rzucił drugi pytanie.
* Tamten ręce podniósł do góry.
— Z okładem dwadzieścia lat — zawołał — z okładem!
— Oho, oho! To jej chyba nie poznacie.
Tu, namyśliwszy się nieco, gość pierwszy uznał stosownym po imieniu i nazwisku się dać poznać.
— Szczepan Wijurski, podkoniuszy księcia pana.
Brodacz, którego to obowiązywało też do objawienia imienia, zawahał się nieco i mruknął:
— Lasota Płaza.
I rzekłszy to urwał nagle.
— Tytułu dodał szydersko — nie mam żadnego teraz.
— Płazów ja i w Krakowskiem zdybywałem — rzekł Wijurski.
— Było ich dosyć — wtrącił Lasota — a w stanie duchownym nawet i do prelatur 10 się podnieśli; ale jam braci nie miał, a o rodzinie cale nie wiem ańi się myślę dowiadywać.
Milczeli trochę, przypatrując się sobie, i Płaza z kolei do konia poszedł, a gdy się za nim drzwi zamknęły, Skroba uczynił uwagę, że zbója miał minę.
Obu podróżnym chciało się ciągnąć dalej na nocleg, choć się już miało ku wieczorowi. Płaza pod okno podchodził i rozglądał się mrucząc. Wijurski zapowiadał księżyc i rachował na noc jasną. Gospodarz był tego zdania, iż lepiej się było ichmościom zawczasu spać położyć, koniom dać wypocząć, a nazajutrz rano, po przekąsce, ruszyć dalej. Wahali się jeszcze, spoglądając po sobie, gdy Skroba.
który był na próg wyszedł, powrócił do izby z oznajmieniem, że wielki dwór jakiś nadciąga. Podróżni zamiast się przygotowywać do wyjazdu poszli wyjrzeć na gościniec, co to było.
Na ganku Zapiecka stał już Boruch, ale w czarnym długim chałacie i pasem podpasany, sposobiąc się zapraszać przejeżdżających, choć nie było prawdopodobnym, aby się tu takie wielkie państwo mogło zatrzymać.
Płaza, powracający od kresów, gdzie więcej żołnierza i włóczęgów niż pańskich dworów mógł widywać, stał zdziwiony, rękę trzymając nad oczyma, przyglądając się z ciekawością niezmierną z wolna zbliżającemu się orszakowi.
Tu, w środku kraju, nie był on żadną osobliwością i Wijurski, nawykły do podobnych widoków, patrzał dosyć obojętnie, jakby tylko chciał poznać po barwie, kto to mógł być. Łatwo się było domyśleć jednego z najwyższych dygnitarzy otaczających króla, bo dwór otaczający kolebki nadzwyczaj był liczny i strojny.
Jechało naprzód kilkunastu hajduków jednako ubranych i doskonale uzbrojonych, na koniach dzielnych; za nimi strojniejszy jeszcze koniuszy czy marszałek dworu, którego wierzchowiec bardzo piękny, w sutym rzędzie srebrem pozłocistym nabijanym, stąpał jak z partesów ", a on sam, dumnie pokręcając wąsa, oglądał się wkoło; dalej szły dwie kolebki, bardzo wykwintnie zbudowane, pozłacanymi balasami, firankami, gałkami u wierzchu przyozdobione, na których stopniach jechały stojąc pacholęta do usług. Oprócz tego tuż przy powozach straż z boku postępowała. Firanki, w części po-zasuwane, osób w środku siedzących widzieć nie dozwalały.
Za kolebkami jechali znowu konni, z których kilku wiozło na rękach sokoły zakapturzone, przy innych szły psy, niektóre na sznurach wiedzione, inne wolno. Między nimi widać było charty ogromne, legawe, ogary i brytany. Dalej jeszcze kryte skórami wozy postępowały z kuchniami, namiotami, kobiercami i wszystkim, czego państwo w podróży mogło potrzebować. Były to śpiżarnie i piwnice, skarbiec i skrzynie z sukniami przewoźne. Na niektórych z tych wozów czeladź siedziała lub leżała uśpiona. Za tymi w kot-czach12 pośledniejszych widać było fraucymer, a w jednej budce pozłocistą klatkę z papugą, którą dziewczyna na kolanach trzymała. Na koniec prościejsze wozy z pośledniejszą czeladzią i podlejszym sprzętem postępowały, a tylną straż długo wyciągniętego sznura składało znowu kilkunastu jeźdźców zbrojnych jak gdyby w czasie wojny. Wszystko to wszakże nie dla bezpieczeństwa, ale dla okazałości nagromadzone było i oznaczało wysoką godność podróżnego.
Płaza z natężoną uwagą ciągle się przeciągającym przypatrywał. Cały tabór pomimo niskich ukłonów Borucha, który z jarmuł-ką w ręku wyszedł aż na środek gościńca, przeciągnął nie zatrzymując się, z czeladzi tylko niektórzy skoczyli z wozów do studni, aby się świeżą wodą ochłodzić.
Wijurski, rzuciwszy okiem tylko na pański ten dwór, powrócił do izby nazad, a za nim Płaza też wszedł, ale nierychło, bo doczekał, aż ostatni pachołek i ostatni wóz zniknął mu z oczów.
— Wielkie jakieś państwo! — rzekł do ^Wijurskiego.
— Pewnie — odpowiedział pan Szczepan — przecież to pan marszałek nadworny, choć nie książę żaden ani z dawnych magnatów, ale dziś on, z łaski króla, nikomu nie ustąpi, a w Warszawie jego pałac z królewskim na równi.
Płaza słuchał ciekawie, pochylony. v
— Marszałek nadworny, hę? — spytał. — Jak się zowie?
— Nie wiecie? — wtrącił Wijurski.
— Jakże chcecie? My tam na kresach o wszystkim zapominamy. Spytajcie nas o hetmana Kozaków, albo o carzyków perekop-skich 13...
Dziwnie się począł uśmiechać i urwał nagle.
— Wiecie co — zawołał Wijurski — nam by najrozumniej było w ślad za taborem Kazanowskiego 14 podążyć.
— A, Kazanowski się więc zowie! — mruknął Płaza. — Alboż tu w lasach niebezpieczno?
— Zbójów nie ma, ale na kupę jakich włóczęgów napiłych natknąć się zdarzy, co szukają przyczepia — odpowiedział Wijurski, zabierając się do drogi.
Po krótkim namyśle Płaza też ruszył się.
— Pozwolicie mi jechać z sobą? — zapytał.
— Czemu nie? Raźniej nam będzie we dwu — rzekł Wijurski.
Panu Szczepanowi na Wijurach Wijurskiemu, podkoniuszemu
księcia Radziwiłła, wcale nawet na rękę było żądanie Płazy. Trzeba było znać go, aby to sobie wytłumaczyć. Jak niepozorny wcale i do mnóstwa szlachty swego rodzaju podobnym był Wijurski, tak z tysiąca wybranym, wedle słów piosenki ludowej, nazwać go było można. Był to wcale osobliwy człowiek, skromny, cichy, niepokaźny, lecz szpakami karmiony — ciekawy i choć jako podkoniuszy przy stajniach się liczył, więcej pono kwalifikował się do kancelarii niż do koni.
W Koronie i Litwie znał on ludzi od najwyższych dygnitarzy do najpośledniejszych podstarościch, nieobce mu były przygody, historie, stosunki skandaliczne, zabiegi dworskie i wszystko, co ówczesny świat zajmowało. Książę wiedział o tym i gdy mu języka potrzeba było dostać albo plotkę jaką sprawdzić, posługiwał się Wijurskim, zawsze pod pozorem, że mu coś koni i stajen tyczącego się polecał.
Pan Szczepan za młodu z jednym z Radziwiłłów za granicę jeździł jako dworskie pacholę, a otwartą mając głowę, korzystał z tego i języków kilka nauczył się ze słuchania. Zaglądał też chętnie do książek. Dlaczego mu te zdolności i nabyte wiadomostki nie wyrobiły lepszego i innego stanowiska na dworze, tego sobie wytłumaczyć trudno. Ale naprzód Wijurski się nie starał o krescytywę 15, przede wszystkim chciwy będąc nauki i wiadomości, po wtóre pochlebiać i płaszczyć się nie umiał. Nie nadymał się, nie szukał zwad, ale okupywać lepszego bytu poddaniem się kaprysom pańskim nie umiał. Co do bytu własnego małym się zaspokajał. Na dworze księcia, ba i dalej, znano go jako bardzo bystrego człeka, radzono się go czasami, ale nie zawsze Wijurski dawał się wyzyskać. Gdy mu fantazja przyszła, milczał. Nazwaliśmy go ciekawym, gdyż ciekawość może stanowiła jeden z głównych rysów jego charakteru. Starał się ludzi poznawać i dowiedzieć o wszystkim; z równym zajęciem siadywał nad książkami i chodził za nowymi ludźmi, których nie rozumiał.
Na pierwsze wejrzenie Płaza mocno zaciekawił pana podkoniu-szego; nie rozumiał go, coś w nim czuł podejrzanego, fałszem podszytego. Niespokojne wejrzenia, niejasne tłumaczenie się, sama postawa, strój, ruchy, mowa czyniły go zagadkowym. Sam jeden z kresów aż do Warszawy, dla tęsknoty, gdy tu rodziny ani znajomych nie miał?
— Coś w tym innego tkwi — mówił sobie Wijurski. — No, da się to widzieć.
Szczególniej mowa Płazy, akcent jej, mięszane ruskie wykrzykniki, zakrój jakiś w wyrażeniach dziwnymi mu się wydawały. Języka polskiego jakby się na nowo uczyć i przypominać sobie potrzebował Płaza, tak czasem mu było ciężko wyraz właściwy znaleźć.
Bystre oko pana Szczepana dostrzegło też, że ubogi na pozór i jakby umyślnie odziany niepokaźnie Płaza miał przy sobie na swój stan za kosztowne rzeczy. Pod opończą na kontuszu pas, u-myślnie osłonięty, błyszczał bardzo bogatym i świeżym szyciem. Z kieszeni dobył przypadkowo chustę kosztowną, którą zaraz wetknął śpiesznie nazad. Sama powierzchowność sakiew przy koniu Lasoty kazała się w nich domyślać pakunku, o którego zachowanie właścicielowi chodziło wielce.
Wszystko to wreście może by mniej uderzało, gdyby nie sam człowiek niespokojny jakiś, oglądający się, badający oczyma, trzymający się na baczności.
— Ten człek — mówił sobie podkoniuszy — dalipan niedarmo
sunie do Warszawy, a że nie z własnej woli i ochoty, dałbym szyję.
Nic więc nie mogło być dogodniejszym dla ciekawego Wijur-skiego nad wspólną podróż z tym człowiekiem, bo w drodze najłatwiej się zapoznać, spoufalić i dobyć coś z towarzysza. Nie uszło to oka pana Szczepana, że Płaza gorzałkę pił ochotnie i dużo, na to więc także rachował, że ona mu gębę otworzy, choć dotąd kubki u Skroby wypróżnione najmniejszego nie wywarły skutku... Ale i to wiedział Wijurski, że wódki pod czas kilka kropel upoi, a gdy człowiek -znużony, w ruchu, wcale mu ona do głowy nie idzie.
Rozpłaciwszy się z gospodarzem, podróżni nasi wyciągnęli w las, jadąc tuż obok siebie, co naprzód spowodowało zapoznanie się ich koni. Brzydka owa niezgrabna bestia Płazy wyciągnęła łeb ku brudnokasztanowatemu, powąchała go, wydała jakiś głos do kwiczenia podobny i nagle zwróciwszy się tyłem do kasztana, wierzgnęła z całych sił. Szczęściem, iż Wijurski w czas uskoczył i owe kopyta w powietrze tylko podniósłszy się, opadły na ziemię. Płaza batogiem dał naukę i epizod ten skończył się bez szwanku.
— Złą jakąś bestię macie — rozśmiał się Wijurski — ani się do niej przybliżyć, i niepiękna też jest, ale musi mieć swe przymio-
— Ba! — zawołał. — Bez jedzenia może dwa dni iść, a strzecha przegniła, gdy nic innego nie ma, także jej smakuje. Bez wody cały dzień trwa, co trudniej koniowi, bo dla niego woda obrok czasem zastępuje. Na ostatek zielona pasza byle jaka, nażre się, aż go osiodłać trudno, i nic mu. Drugiego by zdęło i pęknąć by musiał. Skóra taka, że się nigdy nie zatrze, a spocony czy nie, można go poić, karmić i oskomy nie zna. Spojrzeć na niego, trzech groszy niewart, a ja bym za garść dukatów go nie oddał.
— No i to dobrze — dodał śmiejąc się — że złodziej się na niego nie połakomi..
Wijurski, słuchając pochwał tych, rozpatrywał się w koniu, zżymnął ramionami i rzekł:
— To kozacki koń!
Płaza spojrzał bystro i pod włosami mu wystąpiła czerwoność.
— I ja tak sądzę — rzekł — choć ja go kupiłem od szlachcica... tatarski albo kozacki być musi.
— Przy naszym teraźniejszym zbytku — dodał Wijurski — gdyż zwłaszcza za teraźniejszego pana, który wszystko z cudzoziemska lubi widzieć, dżanety, bachmaty, najprzedniejszej krwie konie u nas po stajniach, z takim jak wasz pokazać się trudno, ale ba! Koń jak żona, piękna czy nie, gdy poczciwa i wierna, to grunt.
— Zważaliście konia pana Kazanowskiego? — mówił dalej pan Szczepan. — Ten, co to go prowadził pod deką, na którym widać było pokrytą tarczę i sahajdak? Rumak to samego pana, od parady.
— Piękny i dzielny — odparł Płaza — ale co nam po takich. Do wojny się on nie zda, bo pieszczony, do podróży niewytrzymały. Od zimna go trzeba nakrywać, bo sierść na nim jak aksamit lub atłas, nie zagrzeje, w gorąco cały w potach, ocieraj go. Trochę zażyjesz, ochwyci się, trochę zmęczysz, nie je. Pański koń.
Ruszył ramionami.
— Ale na oko choć malować — dodał Wijurski.
— Zbytki tu u was widzę we wszystkim — dodał Płaza. — Prawda, żem z dawna w tym kraju nie bywał, a na kresach życie inne, obozowe, żołnierskie; ale mi się zda, że przed dwudziestu laty inaczej wyglądało.
— Być może — odparł Wijurski — nam to nie bije tak w oczy, bo się odmieniało powoli, a wyście nagle ujrzeli, snadniej różnicę widzicie. Za każdego panowania u nas odmiennie dwór pański, a za tym i inne dwory się układają. Za Stefana Węgra 16 było wszystko z węgierska a rycersko, przepychu nie znał, ale ład zaprowadzał; żołnierz był pierwszy... Za nieboszczyka Zygmunta 17, który wcale na wojownika się nie sposobił i więcej z różańcem niż z szablą chp-dził, dwór się ubierał, mówił i szwargotał z niemiecka. Okazałości przybyło, nie wiem, czy siły... Za teraźniejszego pana z cudzoziemska też dwór i panowie się noszą. Wielu nawet się poprzebierało, że ich za Polaków poznać trudno. Capella Włochy, malarze flamscy 18, pod czas i Francuza spotkasz, a Niemcy też nierzadcy i wszystko się świecić musi a kapać od złota. Nabożeństwa teraz, zwłaszcza po śmierci królowej, mniej, ano zabawy huczne i stoły suto zastawne, a piwnice pełne... Wesoło u nas bardzo.
Płaza słuchał z uwagą wielką.
m. — Dobrze by to było — zamruczał jakby mimo woli — gdyby na granicy od Tatarów kożuchami i pieniędzmi pokoju nie trzeba okupywać.
I chwilę jechali milczący.
Rozdział II
N azajutrz pod wieczór, w ślad jadąc za taborem marszałka Kaza-nowskiego, który z łowów powracał, zbliżyli się dwaj podróżni ku Warszawie. |
W ciągu podróży nie ustawała prawie rozmowa, ale dziwna rzecz, Wijurski; który się spodziewał coś dobyć z towarzysza, obra-chowawszy sumienie, czuł, iż ten Płaza więcej z niego wyciągnął daleko, niż sam wygadał. Tyle o nim teraz wiedział Wijurski, co wyjeżdżając od Skroby, ale postrzeżeń uczynił wiele i był pewien, że ów Płaza nie dla oddychania mazowieckim powietrzem do Warszawy sunie. Sama jego ciekawość pewnych stosunków wyżej sięgających poza sferę, w której się obracał, podejrzaną była panu Szczepanowi. Zaspokajał on ją, bo tajemnic ni£ było w tym, co mówił, ale nabywał przekonanie, że ten powracający od kresów szlachcic miał coś więcej za nadrą niż wacek 19 pełny.
Nie popisywał się on z tym też, że grosza miał podostatkiem, lecz mimo woli się z tym wydawał. W pierwszym miasteczku, gdzie miodu i wina dostać było można, zaprosił Wijurskiego i sprawił mu bankiet prawdziwy. Szczukę kazał zgotować po żydowsku, pieczeń upiec, a napoju postawił jak nie na dwu, ale i na dziesięciu. Prawda, że sam pił, pił i nie mógł ani ugasić pragnienia, ani mu szło do głowy i w mózgu mąciło. Potniał tylko, czerwieniał, oczy mu coraz ogniściej się paliły, głos trochę podnosił, lecz ni słówkiem się nie zdradził, ni go to zmęczyło.
Gdy mu się Wijurski od trunku wymawiał, dziwując, że on tak wiele go znosi, rzekł Płaza:
— Trzeba na kresy jechać, aby się pić nauczyć i to na gorzałce, bo tam krom kwasu i jej mało co znaleźć. Życie się prowadzi takie, że czasem w gębę nie ma co wziąć i kropli wody nawet nie dostać. Dorwie się potem człek do strawy i napoju, musi za głód i pragnienie sobie odpłacić... i ot tak...
Ręką zamachnął.
— A waszmość — zapytał Wijurskiego nagle — kędy myślicie zajechać w mieście?
— Ja? — odparł podkoniuszy — jasna rzecz, do dworu książęcego. Teraz w Warszawie mało który z panów nie ma albo dworu choć z drzewa, lub i murowanego pałacu. Przy każdym stajnie, kuchnie i dla czeladzi a dworu pomieszczenie.
— No, aleć przecież i gospody się znajdą dla tych, co jak ja nie mają ani pana, do którego by zajechali, ani własnej budy.
Wijurski się trochę namyślał z odpowiedzią.
— Juścić — odparł po przestanku — dach i gospodę i wygodę znajdziecie łatwo, szczególniej przy Długiej ulicy, gdzie austeryj20 i gospód różnych siła jest, ale musicie się wprzódy z mieszkiem ob-rachować, aby starczył, bo gospodarze drą niemiłosiernie i za to, co dają, i czego nie dostarczają.
— Gdybyście posłem byli cudzoziemskim — dodał, śmiejąc się, pan Szczepan — to jak w dym moglibyście do tego gmachu, który Giełdą nazywają.
Płaza się zmięszał widocznie, oczy spuścił.
— A piękny ze mnie poseł! — zamruczał, mocno poruszając ramionami i koniowi dawszy niepotrzebnie nahajem po bokach.
— No, kiedy się do Giełdy za darmo wprosić nie możecie, to do wyboru macie oprócz tego gospód różnych dostatkiem, od najpo-śledniejszych do najparadniejszej, która jest Giżowska. W tej czego dusza zapragnie dostaniecie, nie tylko piwa garwolskiego i wareckiego, nie tylko siana i owsa, miodu i wina, ale i łaźnia osobna, i fontanna pańska, i ogródeczek zasadzony ziółkami.
— Ach — przerwał Płaza — chyba-żartujecie sobie ze mnie, bom ja chudy pachoł, a tam dla panów gospoda z wymysłami.
— Sąć i pośledniejsze, i tańsze — dodał Wijurski. — Po Gi-żowskiej idzie Kalina, ale ten drze. Długoszowska gospoda mierna, u Gąsiorka się mieszczą ci, co tanią mieć chcą a wygodnie. Karmi dobrze, tylko tam w izbie spólnej spać będziecie musieli, bo osobnych nie ma, a które też i u innych trudno. Co najmniej we dwu, we trzech, albo i czterech zebrać się trzeba, aby sobie alkierzyk dostać. Ja też tam niedaleko będę, bo mój książę podkomorzy ma tam właśnie dwór, którego jedne wrota na Długą ulicę wychodzą. Zobaczycie go łacno, bo choć to z drzewa, ale po pańsku wystawione, obszerne, a izba stołowa choć na stu ludzi. Nie darmo o Radzi-wille powiadają: Rad — żywił. U nich gościnność we krwi i rodzie.
— Jakże go zowiecie tego, co mi go zalecacie? — spytał Płaza.
— Kalina się zowie. Łatwo go znaleźć, bo i wiecha wywieszona, i znak jest, i około gospody zawsze ludzi, szczególniej przekupniów natrętnych, stoi dużo.
— Ale to tam lada jaka gawiedź musi zajeżdżać, a... — rzekł Płaza i urwał zadumany.
— Cóż chcecie, panowie do gospód nie zwykli — odparł Wijur-ski — oni albo własne dwory i dworki mają, lub do przyjaciół jadą. Wstydziłby się z nich każdy do gospody, jakby już ni brata, ni swata nie miał. Ale u Kaliny szlachta mazowiecka, ba i z dalszych stron, dworscy tych panów, co tu dworów nie mają... no... i wszelki człek obcy. Gwar, co prawda, dzień i noc, za to się człek nie znudzi i przysłuchać jest czemu.
— Ja bym najlepiej wolał — wtrącił Płaza — mieszczanina sobie znaleźć, co by mi izbę, nie izbę, komórkę bodaj wynajął i dla konia w stajni żłób. Kto wie, jak ja tu długo postoję. We wspólnej izbie spać, gdzie i nocą spokoju nie ma, i kłótnie częste... i mieszka człek nie pewien...
Spojrzał ku Wijurskiemu.
— Mieszczan ci to ja znam wielu — rzekł podkoniuszy — ale oni nieradzi na gospodę kogo przyjmują, zwłaszcza nieznajomego. Warszawscy mieszczanie też teraz urośli; nie licząc już takich jak Giże, jak Baryczkowie, co jeszcze za dawnych czasów prym tu wiedli, jak Strubiczowie, jak Drewnowie, nie policzyć bogatych i możnych, ano do tych przystęp trudny. Zobacz w ulicy panienkę albo jejmość którą Gzerskę, Dzanottowę, Kedrowskę, Wolskę, Ko-ciszewskę, gdy do kościoła lub na przechadzkę wyjdą, nie poznasz, źe mieszczanka, tak klejnotami, atłasami, forbotami21, fontaziami22 się to stroi, z góry patrzy na biednego człeka, a na paniczów zerka.
— Ba, po tych mi nic — szepnął Płaza — jam chudy pachoł, a choć chleba od nikogo, dzięki Bogu, nie potrzebuję, za starym już, abym szalał.
— Więc wam inaczej radzić nie umiem — odezwał się Wijur-ski — tylko do Kaliny, a że mnie w tę samą stronę droga, zaprowadzę was do niego i zalecić mogę. Rozpatrzycie się później albo poznajomicie, a może się mieszczańska znajdzie gospoda.
Podkoniuszy rzucił okiem na ponuro zamyślonego towarzysza i dodał:
— Macie-li sprawy jakie w mieście, wedle tego się i gospodą trzeba mieścić, gdzie dogodniej a niedaleko, bo się Warszawa teraz rozrosła z Nowym Miastem i przedmieściami. Panowie coraz to mieszczańskie place, ogrody i role wykupują, a ci dalej ustępują od środka. Panom bliżej zamku i swoich być najlepiej przystało. Nigdy się tak nie budowano, jak teraz. Cegielnie się na Skarzyszewie 2S, na Pradze, na Nowym Mieście i w Ujazdowie 24 mnożą, bo panowie się-do murów rwą, a co najmniej z pruska na pół cegłą budynki stawią, drudzy i marmur sobie sprowadzają, szczególniej na odrzwia i posadzki. Cieśle też do czynienia mają.
Jeśli więc sprawy jakie do panów macie — dokończył Wijur-ski — w Długiej ulicy wam będzie najdogodniej.
— Ja? ja? — podchwycił nagle Płaza z przymuszonym uśmiechem. — Ale ja żadnych tu spraw nie mam! Nikt mnie nie słał, nikogo nie znam. Z dawnych czasów nazwisk się w pamięci coś zostało, ale lat dwadzieścia wielki to przeciąg; z tych, co żyli^ niegdyr mało na świecie jest.
— Zawsze nie może być, byście kogo znajomego nie naleźli — rzekł Wijurski.
Płaza obejrzał się niespokojnie dokoła, ramionami poruszył, wargi mu zadrgały, jakby coś mówić chciał, i mruknął:
— Jam nigdy nie mieszkał w Warszawie.
— Długo tu myślicie pozostać? — zapytał podkoniuszy.
— Sam nie wiem — ociągając się rzekł powoli Płaza. — Jak trudno mi powiedzieć, po com się tu przywlókł, tak i przeczuć niełatwo, co tu będę robił i czy wysiedzę.
Nastąpiło milczenie, a zmarszczone czoło Płazy świadczyło, że się zadumał głęboko i smutno. Nagle konia batogiem uderzył i przybliżył się z nim do Wijurskiego, patrząc mu ostro w oczy.
— Zdajecie mi się dobrym i szczerym człowiekiem — odezwał* się — powiem wam więc, czego bym przed lada kim się nie zwierzył. Powiecie się prawdziwej przyczyny, dlaczegom ja naprzód kraj porzucił, a teraz do niego powracam.
Wijurski mu począł za zaufanie dziękować, ale pomyślał sobie: „Ho ho! Chcesz mnie, ptaszku, w pole wywieść, abym cię nie posądzał i nie domyślał się, albo nie odgadł tego, co tobie nie po myśli".
Tknęło go, iż r>agła Ochota zwierzenia się nie czym innym była.
— Powiem to wam naprzód, że czy ja do tego nazwiska, które noszę teraz, prawo pełne mam lub nie, to Bogu wiedzieć i mnie, ale
0 to nie chodzi. Dosyć, że z antenatów szlachcic jestem, jak lepszym być nie można. Listów na to królewskich nie mam, ale takie to już szlachectwo, co się pargaminami, nie świadectwem całej ziemi wywodzi, licha ono warte... Rodzice wieś mieli w Krakowskiem... ale pod wielkim miastem dla mieszczan pokusa ziemian udawać, a ziemianom zachciewa się miejskich rozkoszy. I tak ojciec mój z kosterami, skomorochami25 i błazny miejskimi po całych tygodniach się weseląc, wioskę zaszargał, że gdy zmarł, opędzić się nie było można wierzycielom. Matka, mężna niewiasta, przecie i mnie wychowała,
1 ojcowiznę ocaliła. Panie świeć nad jej duszą.
Jam naprzód w Wieliczce do szkoły przy kościele chodził, a potem mnie matka do Krakowa oddała do bursy. Jakem się uczył, najlepszy dowód, że dziś oprócz łaciny trocha nie umiem zgoła nic, a rosłem jak na drożdżach i we mnie ojcowska pono krew kipiała. W mieście na każdym kroku do grzechu okazja, gdzie spojrzysz przykład tego, że grzeszyć wolno, ano i bezkarnie.
Ledwiem dwadzieścia lat miał, gdy mnie Bietka, córka kupca, tak za serce wzięła, żem jej poprzysiągł się żenić, choć szlachcianką nie była, a w dodatku kupiec Szwabem śmierdział; ale dziewczę było tak piękne, że oczy porywało, a ludzie za nią gromadami chodzili, aby tylko zobaczyć. Jak się nie miała popsuć?
Matka na moje małżeństwo z mieszczką na żaden sposób pozwolić nie chciała, choć kochała mnie bardzo.
— Z chłopką bym prędzej pozwoliła — rzekła — bo te pracują i pana Boga znają, a ta twoja Niemka i wiary inakszej, chodzi pono do zboru 28 i płocha jest, a nieszczęścia naprowadzi.
Uwziąłem się ją prosić, padałem do nóg, alem przełamać nie mógł. W końcu mi rzekła: „Żeń się, ale bez mojego błogosławieństwa"^
Niemcy mnie namówili, żebym ślub wziął przed ich ministrem 27, a za matkę ręczyli, że ona później się na wszystko zgodzi. Jam chętnie na to przystał, ale gdy po tygodniu wesela w mieście z żoną przybyłem na wieś, drzwi zastałem zamknięte. Matka powiedzieć mi kazała, iż znać mnie nie chce. Powróciliśmy do miasta, gdziem w kamienicy teścia tymczasem osiadł z Bietką. Nie upłynęło pół roku, gdy matka strapiona zachorowała ciężko i zmarła. Płakałem po niej, ale mi na rękę było na wieś z żoną jechać, bo w mieście z gładkim liczkiem jejmości wielka była bieda. Chmurami koło niej się gachy kręciły, którym ja, zazdrośnym będąc, opędzać się musiałem. Nie liczę tego, ile guzów nabiłem i motylów 1 nabrałem dla niej.
Płaza westchnął.
— Narodziła się nam wreście córeczka, a żona, zmuszona teraz jej pilnować i o swe zdrowie dbać, trochę się ustatkowała. Mnie się szczęście zdawało uśmiechać, choć na wiosce małej tak jak myśmy byli żyć nawykli, trudno było wydołać. Skarżyła się, jejmość, jam czynił, co mógł.
Rychło po urodzeniu dziecka zatęskniła za swymi i zabrawszy je, w odwiedziny do Krakowa ruszyła. Miała powrócić nie mieszka-kając. Jam na wsi gospodarował. Tymczasem minęło tygodni dwa i trzeci się napoczął, a jejmości nie było z powrotem. Nakazywała tylko — rychło wrócę — abym się nie kłopotał. Mnie bez niej tęskno było tak, że jednego wieczora, wprost z pola, pojechałem do miasta i gdyby nie dobre znajomości, już bym się nie dostał do niego, bo bramy były pozamykane, ale mnie fiertelnięy28 furtą puścili.
Wprost, jakby mnie co tknęło, pobiegłem do domu rodziców żony, a tu konia do płota przywiązawszy, gdym przez szpary okiennicy światło w izbie żony zobaczył, podkradłem się... Zazdrość jakaś mnie pchała, coś mówiło, że nieszczęście mnie czeka. Okno to było mi dawno znane, że przez nie z boku na izbę mimo okiennicy zajrzeć było można. Bietka leżała na łóżku, a na skraju jego siedział Włoch, kupczyk Czeryn, który i dawniej bardzo koło niej zabiegał... Śmiali się i całowali... W oczach mi się zrobiło ciemno, tylko żem nie padł trupem, ale złość i gniew siłę mi dał. Z ogródka drogę do izby znałem dobrze i gdym do niej wpadł nagle, Czeryn ratować się nie miał czasu ucieczką... Położyłem go trupem w miejscu, tak że wznak padł na łóżko żony mojej i całe je obroczył. Kobieta się z krzykiem wyrwała, bo się obawiała takiego samego losu, i dziecię z kolebki chwyciwszy, uciekła.
Mieszczanie u siebie w domu byli; pochwycono mnie zaraz i sprawa o mężobójstwo się wywiązała szpetna, gdzie ten zdrajca czystym się miał okazać, żona niewinną, a ja po pfostu rozbójnikiem. Sprzysięgli się, abym gardło dał! Nikt do mnie dostąpić nie mógł, kajdany mi włożyli... Jużem myślał, że życiem przypłacę, gdy zmieniono mi więzienie i postrzegłem, że z okna na lada sznurku spuścić bym się mógł i uciec. Straż piła i niezbyt ostro doglądała, mnie strach śmierci zuchwałym czynił i o mało karku * nie skręciwszy, potłuczony, za murem się znalazłem miejskim, a nazajutrz w lesie opodal, gdzie mnie już dognać i wyśledzić było trudno.
Głodu i wszelkiej biedy zażywszy, z pomocą jedynego druha, jakiegom w życiu miał, potrafiłem się odziać, uzbroić i szkapę kupić. Wioskę i co w niej było wierzyciele wnet pochwycili. O żonie tylem wiedział, iż z Krakowa i ze świata znikła, a i później o niej ani tu, ni gdziekolwiek bądź dowiedzieć się, dojść nie było podobna. Mówili jednak ci, co wiedzieć coś mogli, iż ona zmarła, a dziecko żyło i poszło na obce ręce. Druh, który zmarł temu lat kilka, o tym mi nakazywał, iż w Warszawie na jakiś ślad jej natrafił.
Jam przez cały ten czas puściwszy się na kresy, zapomnieć chcąc o wszystkim, tam pozostał... Otóż mi się zatęskniło... A nuż dziecko moje odszukać potrafię?...
Wijurski słuchał opowiadania tego, dosyć nieporządnego, poplątanego, a jak mu się zdawało, nieżbyt do prawdy podobnego, z uwagą. Przygoda mogła być niekłamaną, ale w niej dużo ciemnego zostawało. Począł tedy pytać.
, — A na czymże nadzieję opieracie, że córkę znaleźć możecie? Pewnie i nazwisko zmieniła, a dziś, po dwudziestu leciech, kto wier co się z nią dzieje? Prawda to, że i po cienkiej nitce do kłębuszka dojść można, ale ja tu bo nitki nie widzę.
Płaza westchnął.
— Mało i ja mam nadziei, ale wiem tu o ludziach, którzy o rodzicach żony i o niej powinni by coś wiedzieć. Prawda, iż czasu dosyć przeszło, ale próbować potrzeba... Nie byłbym tak na świecie jak palec, gdybym dziecko przynajmniej odszukał, które może przeklinać mnie nauczyli.
Gdy to mówił, Wijurski zważał, że choć chwilami gniew z niego buchał, ale miłości dla dziecka i troski o nie nie okazywał bynajmniej, z czego wnosił, iż choćby historia prawdziwa była, nie ona tu Płazę prowadzić musiała. Nie 'miał zresztą powodów podej-rzywać go o nic, prosta tylko ciekawość skłaniała go do tego, aby z towarzyszem podróży nie zrywał.
Razem tedy, nad wieczór już pominąwszy Skarzyszew z jego ratuszem i śpichrzami i targowe place na Pradze, przeprawili się przez Wisłę i wjechali do miasta. Płaza, który tu od bardzo dawna i krótko bywał, w samej istocie-się nie umiał ani pokierować, ani mógł rozpoznać, tak się wszystko dziwnie właśnie pod te czasy odmieniło.
Wyglądało miasto wcale inaczej niż dzisiejsze, gdyż każdy niemal dom i dwór ogród miał, plac obszerny, oparkaniony, przy niektórych stare, przy innych nowo pozasadzane stały drzewa. Gdzieniegdzie wznosiły się murowane, pod dachówką i blachą kamienice i pałace z oficynami, stajniami i kuchniami, ale większość dworów była drewniana, z pruskiego muru lub otynkowana tylko, co właśnie we zwyczaj wchodziło.
Zamek, od przodu starymi szopy i budowlami odwiecznymi zasłonięty, nieokazale się stawił, ale i tu już nowe mury widniały. Kościołów było dosyć starych i nowych, a z tych niektóre z wie-iżanit. Ulice za to cale się niepocześnie ukazywały, zapuszczone, nie wszystkie prosto powytykane, pełne śmiecia i błota. Mało gdzie bruk znaleźć było można. Przy tym wszystkim w pobliżu zamku, na Nowym Mieście, około pałacu na Ujazdowie, przy cekauzie29 i giełdzie na Długiej ulicy życia i ruchu było dosyć.
Po drodze Wijurski, który tu wszystko na palcach znał, każdego domku właściciela mógł wymienić, objaśniał Płazie, do kogo mury i pałace należały, z dala mu ukazując Kazanowskich, Ossolińskiego i inne przedniejsze gmachy.
— Niesłychane tu u nas się wzięły przepychy — rzekł — o których dawniej i na królewskich zamkach słychu nie było. Marmury na posadzkach, na ścianach, tramy na stropach pozłociste. Pan marszałek nadworny, gdy się znuży, a zechce mu się z dołu na górę wnijść, siada sobie na krzesło i kunszt80 ma taki czy wagę, że go podnoszą. Z piwnicy wino wprost do jadalni do srebrnych beczek puszczają. Kunszty we wszystkim takie, o jakich dawne wieki nie słyszały. Cóż powiedzieć o obiciach, na ścianach, z których niejedno zdałoby się na suknię od parady, o posągach lanych i z kamienia urabianych, które stoją jak żywe, o drzewach pod szkłem, które owoce rodzą u nas niebywałe.
Płaza się rozśmiał.
— Piękneć to rzeczy są i pańskie — odezwał się — ale ci -co ich zażywają, czy nie zniewieścieją od nich? Będą się-li oni bić,
gdy Tatarzyn napadnie?
— Młodzież? Tej na animuszu nie zbywa! — zawołał Wijurski. — A co do starych, ci już mówią, że swój dług za Batorego spłacili.
Ruszył ramionami.
— To prawda, że miękkości w obyczajach wiele przybyło — ciągnął dalej podkoniuszy — sądzę jednak, iż póty jej, dopóki pokoju. Gdyby na wojnę zatrąbiono, ruszyłoby wszystko, nawet i sam król, choć okrutnie się roztył i ociężał, ale rycerski duch w nim żyje.
— Na kresach — z pewnym wahaniem, cicho i ostrożnie prze-bąknął Płaza — chodziły i chodzą wieści, jakoby król na Turka miał się siłą wielką sposobić.
Wijurski spojrzał nań.
— Kresowe to zwyczajne plotki — rzekł — bo tam, czego się pragnie, o tym się roi, ano u nas szlachty na pobór i na ruszenie na wojnę przeciwko pohańcom nakłonić nie potrafi najmędrszy! Król zaś sam ani wojny wydawać, ani jej prowadzić nie ma u nas prawa, i choćby popróbował, nie wiem, czy mu się to uda.
Milczał trochę Płaza.
— A królże to sposobów nie ma — rzekł — szlachtę przymusić, żeby szła za wolą jego? Od czegóż królem jest?
— Jak to znać, że waszmość od kresów przyciągasz. Próbował ci tego Stefan nieboszczyk, próbował Zygmunt, ale nie udało się im obu, a nasz pan bodaj nie ma żelaznej ręki pierwszego ani ojca swego mądrości i poparcia, jakie on miał w Rakuszaninie.
Płaza się zadumał, nie rzekł już nic, a oto ku Długiej ulicy przecznicą Miodową się zbliżali. Tu, chociaż wieczór był, ludno się roiło i gwarno, po domach przez okna światło biło, a około nich z latareńkami ludzie się zwijali i jak iskierki migały ich łojowe świeczki w szklanych i papierowych osłonkach. Gospoda Kaliny, do której grzeczny Wijurski doprowadził towarzysza, szeroko się rozsiadała, a ogromne jej dotychczas otwarte wrota jak czarna Naszczeka... Pełno było stojących tu ludzi, przekupniów i gawiedzi ciekawej. Wozów kilka stało u wjazdu. Cały rząd okien błyszczał ogniami rozpalonymi po izbach.
Kalina, otyły i gruby człek, krzykiem i pięścią u wrót robił porządek, starając się jak najwięcej gości pomieścić, choć ich już zdawało się w gospodzie pełno.
Znał go trochę Wijurski.
— Hej, mości Kalino! — zawołał. — Ja tu wam gościam przyprowadził i poleciłem waszą gospodę jako lepszą od Giżowskiej; nie uczyńcie mi sromu, a niech niegłodny i spokojny będzie.
Kalina się obejrzał na Płazę, ale mu snadź nie bardzo wpadł w oko.
— Widzicie sami — rzekł do Wijurskiego, podchodząc a rękami ukazując — tłok wszędzie, zjazd wielki. Senatorowie na radę, szlachta z prośbami do króla. Nie tylko u mnie napchano, ale wszystkie austerie pełne. Wiązki słomy pod głowę dostać trudno.
— Ale zmiłujcież się! — przerwał Wijurski.
— Bądźcie spokojni, u mnie zawsze kącik jest jakiś w zapasie... ale dla niewybrednych.
To mówiąc despotycznie pochwycił za cugle konia Płazy i pociągnął go za sobą. Szlachcic tymczasem, zsiadłszy, ostrożny naprzód się zabrał do odpinania trok, bo nie był pewnym, żeby' mu ich tu kto nie oderżnął. Konia potem z terlicą pachołkowi już oddał bezpiecznie, worki sam na ramię zarzuciwszy, gdy Kalina drzwi otworzył i wszedł z nim do izby.
Tu wrzało jak na targowicy. Na kominie gorzał ogień ogromny i izbę oświecał całą. Zastawiona była stołami i ławami, tak że pomiędzy nimi drogi tylko wąskie pozostawały. Wszystkie niemal miejsca na tych ławach były zajęte, a na stołach blaszane, szklan-ne, drewniane naczynia, gliniane miski gęsto były ustawione na szarych, poplamionych obrusach. Towarzystwo liczne z bardzo rozmaitych składało się żywiołów. Nie było wprawdzie ludzi, których by do chłopstwa zaliczyć można z wejrzenia, ale ręczyć za szlachectwo tego tłumu nikt by się pewno nie ośmielił. I suknie, i twarze różne narodowości i plemiona zdawały się cechować; [przez] litewską śpiewną mowę mazowiecki, wielkopolski, rusiński akcent się przebijał. Nie zbywało na Węgrach i na Wołochach31 ani na Niemcach, ale ci się z mową nie popisywali. Dostatnie i wyszarza-ne odzieże ocierały się o siebie.
Woń kwaśnego piwa górowała tu nad innymi wyziewami: o-dzieży, kożuchów, dziegciem smarowanych butów, przyskwarzonej tłustości i woni człowieka na ostatek, który nie jest jej pozbawionym. Lecz Płaza przyzwyczajonym być musiał do tego wszystkiego, bo się ani skrzywił. Niósł na ramieniu sakwy i idąc za gospodarzem oglądał się tylko, gdzie by bezpiecznie mógł swój ciężar złożyć. Prowadzący go Kalina tarł głowę, bo i on oczyma miejsca szukał, a znaleźć go nie mógł. Ludzi, węzełków, worków, sakw różnych pełno było.
Przeszli tak pierwszą tę izbę i wstąpili na próg alkierza, który spokojniejszy się wydawał, ale i tu pełno było. Ogień przygasły w kominie nie dawał dobrze rozpoznać siedzących. Płaza się już zatrzymać chciał, gdy Kalina mu dał znak i w kącie pod ścianą na ławie miejsce ukazał. Wprawdzie pod ławą ktoś już złożył swe rupiecie, lecz kawał twardej deski w samym rogu i dwie ściany, o które się zeprzeć było można, nie starczyłyż dla takiego podróżnego?
Gospodarz odezwał się cicho:
— Tymczasem... Znajdziemy może i lepszego coś...
Płaza rzucił swe sakwy.
— No, a jadło? — zapytał. — A wódka?
— Cierpliwości, wszystko się znajdzie — rzekł Kalina. — Gorzałki zaraz przyszlę, a na krupnik i kluski trzeba poczekać, aż dla wszystkich będą gotowe.
— A gdzież ja tu będę jadł? — mruknął Płaza oglądając się. — Na kolanach jam nie zwykł.
Kalina rękę podniósł do góry i zawróciwszy się odszedł bez odpowiedzi. Mrucząc a może przeklinając Wijurskiego, siadł pan Lasota przy swych węzełkach, ale tak mu mało miejsca zostało, że daleko wygodniej pono na terlicy i na szkapie niż tutaj.
Westchnął i ziewnął razem.
Upłynęła tak chwila, oczy mu się mimowolnie kleiły, w izbie mrok pokrywał wszystko, gdy z pierwszej gwarnej tej giełdy o-gromnego wzrostu mężczyzna wszedł krokiem powolnym do alkierza, począł oczyma rzucać po kątach, zoczył Płazę, zbliżył się i podniósłszy rękę szeroką jak łopata, uderzył go nią po ramieniu.
Ten poufały gość, zbudowany jak pachołki miejskie, których dobierają siłaczów, z wąsami zachodzącymi mu na uszy, w stroju z kozacka, w czapce baraniej, długich juchtowych butach i pasie szerokim czerwonym, srogą miał i niemiłą twarz; ani dziw, że Płaza się żachnął. Drab się pochylił śmiejąc ku niemu i do ucha coś szepnął. Płaza dał mu tylko znak milczenia. Przybyły się obejrzał wkoło z uwagą i począł półgłosem:
— Tylkoś wszedł na próg, tom cię poznał.
— A ja tu nikogo nie znam i znać nie chcę — odparł popędli-wie Płaza. — Powinieneś to rozumieć...
Nastąpiło milczenie, kozakowaty drab skrzywił się.
— Niechaj tak — rzekł — a ja wam tyle no powiem, że się beze mnie nie obejdziecie.
— Może być — mruknął Płaza.
Drab stał uparcie. •
— Kto wam tu wskazał? — spytał.
— W drodzem spotkał jakiegoś szlachcica.
Poszeptali coś między sobą i pachoł wolnym krokiem się oddalił. Rozmowa ich niczyjego nie zwróciła oka. Sam Kalina przyszedł niosąc flaszkę gorzałki, którą zalecał, bo miała być z pieprzem i jedyna po fatygach i niewczasach podróży. Płaza też wychylił jej naraz dwa kubki, a dobry kawał chleba z solą służył za zakąskę.
•Do spożycia krupniku znalazł się kątek przy stole, ale następowała godzina spoczynku i Płaza na próżno się rozpatrywał po iz-zbie, gdzie i jak się umieścić potrafi. Ci, którym pilniej było, ani na gwar, ani na ciasnotę nie zważając, mieścili się na podłodze, ^ami sobie kule słomy przynosząc.
Płaza mógł się przypatrzeć, jak szlacheckim obyczajem każdy z gości, zabierając się do spoczynku, po pacierzu szablę starannie u boku swego mieścił, tak aby na wszelki przypadek mieć ją pod ręką.
Przysłowie stare uczyło:
Bez karabeli,
Ani z pościeli.
Ogień powoli na kominach wygasał, trzeba było pomyśleć o sobie. Płaza miał już pójść po słomę, której mu dostarczyć nie myślano, gdy drab, co go tu wprzódy powitał, zjawił się we drzwiach ze dwoma kulami na plecach i jeden z nich rzucił mu pod nogi, a sam, słowa nie mówiąc, do pierwszej izby zawrócił. Tu jeszcze głośno rozprawiano, śpiewano i choć na mieście wytrąbiono gaszenie ognia i spoczynek, w gospodzie bardzo powoli przychodziło u-spokojenie. Niektórych sen nad stołem zmorzył i chrapali nad nim schyleni. Płaza, się nie rozdziewając, pasa tylko trochę popuścił, trzos, który miał pod nim, zapiął na inną dziurkę, głowę obwinął opończą i kamiennym snem zasnął.
1
sińców (przyp. Autora)
