Wydawca: Harlequin Polska Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2011

Na celowniku ebook

Julie Miller

3.83333333333333 (18)

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Na celowniku - Julie Miller

Agentka specjalna Joanna Rhodes przylatuje do Kolorado, by pomóc miejscowej policji w kilku śledztwach. Ma rozwiązać zagadkę morderstwa agentki FBI, a także znaleźć pięćdziesiąt milionów dolarów, które mafijny boss ukrył na tym terenie. Joanna zna tu każdy kąt, to kraina jej dzieciństwa, gdzie wszystko przypomina jej o bolesnej przeszłości. W dodatku musi ściśle współpracować z mężczyzną, którego przed laty porzuciła bez słowa wyjaśnienia…

Opinie o ebooku Na celowniku - Julie Miller

Fragment ebooka Na celowniku - Julie Miller

Julie Miller

Na celowniku

TłumaczyłJacek Żuławnik

Tytuł oryginału: Pulling the Trigger

Pierwsze wydanie: Harlequin Books, 2009

Redaktor serii: Grażyna Ordęga

Opracowanie redakcyjne: Władysław Ordęga

Korekta: Małgorzata Narewska, Władysław Ordęga

©2009 by Harlequin Books

© for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o. o., Warszawa 2011

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B. V.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Znak firmowy Wydawnictwa Harlequini znak serii Harlequin Romans & Sensacja są zastrzeżone.

Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o. o. 00-975 Warszawa, ul. Starościńska 1B lokal 24-25

Skład i łamanie: COMPTEXT®, Warszawa

ISBN 978-83-238-8250-3

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

PROLOG

– Musisz zniknąć – rozległo się w słuchawce.

Sherman Watts najpierw opróżnił szklaneczkę whisky, nim odpowiedział komuś, o kim wiedział co nieco, ale znał tylko z głosu:

– A moja kasa?

– Zdążyłeś już wydać wszystko, co dostałeś w zeszłym miesiącu?

Nie twój interes, cieniasie, pomyślał Watts, co robię z moją forsą.

Zarobił o wiele więcej, niż był wart bezpieczny telefon komórkowy, z którego musiał korzystać, by nie namierzono ich rozmów.

– Obiecano mi pięćdziesiąt kawałków. Twoi ludzie są mi krewni jeszcze dziesięć.

– W poniedziałek wpłacę środki na twoje konto. Wiesz, że nie mogę zrobić tego wcześniej. Jeśli zbyt szybko przeleję kasę, zaraz ktoś zacznie węszyć wokół naszego układu.

Czyli ktoś jeszcze, pomyślał Watts. Od momentu, gdy policjanci z hrabstwa Kenner w stanie Kolorado oraz agenci FBI wzięli pod lupę Kenner City i rezerwat Ute, w którym mieszkał Sherman, i zabrali się do śledztwa w sprawie agentki, która zadarła z tymi, z którymi nie powinna była zadzierać, wokół zaczęło kręcić się mnóstwo ludzi, którzy zaglądali pod każdy kamień. Zabawne, że koleś z drugiego końca linii nie bał się płatnego zabójcy, któremu Sherman pomagał ukrywać się w rezerwacie i dla którego wykonywał zlecenia. Żeby było jeszcze śmieszniej, facet, który próbował wydawać Shermanowi rozkazy, umiał prowadzić interesy z dwiema zwalczającymi się przestępczymi rodzinami z Las Vegas i nie tracić przy tym zimnej krwi, ale trząsł tyłkiem na samą myśl, że Sherman w każdej chwili może spodziewać się wezwania do urzędu skarbowego i przesłuchania, podczas którego będzie musiał odpowiedzieć na pytanie, jak to się stało, że nie pije już tego ohydnego zajzajeru, który przez lata rujnował mu szare komórki, lecz nagle zaczął kupować porządną whisky.

Nalał sobie jeszcze szklaneczkę.

– Kiedy mi jest wygodnie w Mesa Ridge. – Napił się cudownie piekącego bursztynowego płynu. – Poza tym miałem być na pierwszej linii frontu, czyż nie? Nikt tak dobrze jak ja nie zna rezerwatu. Chodzę, gdzie chcę, gadam, z kim chcę, i nikt niczego nie podejrzewa. Jestem dla Boyda Perkinsa chłopcem na posyłki, a także zbieram informacje, żeby mógł szukać tych zaginionych pięćdziesięciu milionów dolców rodziny Del Gardo i zająć się swoimi sprawami. Do diabła, przecież nieźle mi idzie. Ponoć gliny myślą, że Perkins uciekł do Meksyku. – Gwałtownie odstawił szklankę, co w małej przy czepie narobiło niezłego hałasu. Czy coś się stało? Może ten gość nie bał się Perkinsa, jednak Sherman Watts miał na tyle oleju w głowie, by wiedzieć, że wstępowanie na wojenną ścieżkę z bezwzględnym mordercą to po prostu czysta głupota. Przekonał się, do czego zdolny jest Perkins, gdy z jego polecenia musiał pozbyć się ciała tamtej agentki. Schrzanienie czegoś i narażenie się na jego gniew nie wchodziło w rachubę. – Myślą, że wyjechał z kraju, nie?

– Nie mają pojęcia, że nadal tu jest.

– Więc w czym problem? Po kiego mam wyjeżdżać? I dlaczego to on mi o tym nie powiedział?

– Wyświadczam ci przysługę, idioto. Daję ci fory.

– Aha, fory… – Poznał po protekcjonalnym tonie, że wcale nie chodziło o przysługę. Tego gościa interesowało tylko to, jak uchronić własny tyłek.

– FBI przypuszcza, że jesteś zamieszany w morderstwo Julie Grainger.

– Ożeż… – No to miał przerąbane. Zerwał się na równe nogi i ruszył na tył przyczepy, żeby poszukać torby i zacząć się pakować.

– Uważają, że coś wiesz. Sprowadzili z Waszyngtonu wybitnego profilera, ma cię przesłuchać.

– Co?

– Jeden z agentów nie żyje. Być może mają za mało dowodów, żeby postawić ci zarzuty, ale zamierzają zbadać każdy możliwy trop. A ty jesteś tropem.

W cholerę z tym. Wyciągnął pistolet z górnej szuflady komody i wcisnął go za pasek z tyłu spodni. Do torby wrzucił dwa pudełka z nabojami.

– Kogo jeszcze będą przesłuchiwać?

– Nikogo. Posłuchaj, oni nie wiedzą, że Perkins nadal tu jest, ale wiedzą, że nie przepuścisz żadnej knajpie, burdelowi i kasynu, i na pewno chcą sprawdzić, czy nie widziałeś osoby, która odpowiadałaby jego rysopisowi.

Sherman postawił torbę na łóżku. Ostatnich sześć miesięcy, podczas których pracował dla rodziny Nicky'ego Wayne'a z Las Vegas, było dla niego finansowym rajem. Nie zamierzał z tego rezygnować, jeśli federalni chcieli tylko pokazać mu parę zdjęć i zadać kilka pytań.

– Przecież będę trzymał gębę na kłódkę. Nic na mnie nie mają. A może boisz się, że powiem im o telefonach, a oni domyślą się, że mają w swoich szeregach zdrajcę?

Długa cisza dowodziła, że trafił w sedno.

– Nic o mnie nie wiesz, nawet nie znasz mojego nazwiska. Czy naprawdę będziesz milczał, kiedy wóda przestanie działać? Nie piśniesz słówka o Perkinsie? O morderstwie Grainger? Naprawdę chcesz wziąć na siebie wszystkie nasze zbrodnie? To jest śledztwo federalnych, Watts, a nie jakiegoś szeryfka z zapyziałej mieściny, który da ci golnąć z piersiówki, poklepie po plecach i puści wolno. Słyszałem, że ta kobitka jest twarda. Złamie cię.

– Kobitka? – Do diabła, to przez kobietę zaczął pić. Ukochana z liceum, Naomi, poślubiła jego naj lepszego kumpla, Ralpha Kuchu. Osiemnaście lat później pijana Naomi zasiadła za kierownicę, uśmiercając i siebie, i męża. Sherman stracił w ten sposób zarówno kobietę, którą wciąż kochał, jak i pieniądze, które Ralph był mu dłużny. Kobiety nadawały się tylko do jednego, a wiercenie pytaniami dziury w brzuchu z pewnością tym nie było. Jeśli lalunia z FBI pokaże mu cycki i tak bardzo otumani, że powie, co wie na temat morderstwa Julie Grainger i miejsca, gdzie ukrył się Perkins, wtedy będzie trupem. – Dobra, mogę się ukryć na kilka dni. – Przeniósł torbę na stół i wypełnił zapasem whisky. Dorzucił czyste skarpetki, sprzęt wędkarski i śpiwór. – Przekaż Perkinsowi i panu Wayne'owi, że już mnie tu nie ma. – Rozłączył się.

Otworzył drzwi przyczepy i spojrzał w niebo. Zbierały się chmury, zwiastując deszcz. To dobrze. Co prawda spanie będzie mordęgą, bo w górach nawet w czerwcową noc bywa zimno, ale za to deszcz zmyje ślady. Sięgnął po czarny kapelusz z płaskim rondem i przykrył nim postrzępione włosy, wciąż tak samo czarne jak w dniu, w którym Sherman przyszedł na świat prawie sześćdziesiąt lat temu. Zaprawiony w sztuce przetrwania, wytrzyma nawet kilka tygodni pośród czerwonych skał i klifów łańcucha Mesa Verde.

Oby tylko miał co pić.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Agentka specjalna Joanna Rhodes wsiadła do awionetki w Durango i w strugach deszczu przyleciała do Kenner City w stanie Kolorado.

Dwójka współpasażerów przemknęła po płycie lotniska, szukając schronienia w terminalu, natomiast Joanna zamarła na moment, lustrując surowy, złożony z czerwonych skał i jałowej pustyni krajobraz Four Corners. Tajemniczy i majestatyczny, budził podziw i skłaniał do mistycznej zadumy.

Mimo to nie potrafiła dostrzec jego piękna. Czuła na twarzy mżący deszcz, a klaustrofobiczne odczucie, że świat zamyka się wokół niej, w drastyczny sposób kłóciło się z poszarpaną, ginącą za horyzontem otwartą przestrzenią. Wrażenie było tak silne, że zabrakło jej tchu.

– Oddychaj, kochana, oddychaj… – Wyprostowała plecy i wypięła pierś do przodu, nakazując płucom wciągnąć powietrze. Wcale nie chodziło o wysokość, na której znajdowało się lotnisko, ani o wiosenny chłód czy o deszcz, który wzbijał zalegający na ziemi znajomy, wszechobecny pył pachnący ozonem. Nie dlatego nie potrafiła ruszyć się z miejsca. To agresywne wspomnienia sprawiły, że powrót do domu przypominał spacer długim korytarzem w więzieniu o zaostrzonym rygorze, zakończonym pozbawioną okien celą, na której drzwiach widniało jej nazwisko. – Skup się na pracy – upomniała siebie.

Tego typu dziwaczne wyobrażenia w żaden sposób nie pasowały do jej wizerunku praktycznej, skutecznej osoby, nad którym tak ciężko pracowała.

Przyleciała tutaj po to, by dokonać przełomu w śledztwie, które lokalna komórka FBI oraz jednostka kryminalna policji hrabstwa Kenner prowadziły już od ponad pięciu miesięcy. Jej zadaniem było rozwiązać zagadkę morderstwa agentki federalnej, odkryć powiązania z walczącymi o wpływy przestępczymi rodzinami Wayne'ów i Del Gardo z Las Vegas, a także wpaść na trop zgubionych pięćdziesięciu milionów dolarów, które nieżyjący już mafijny boss, Vincent Del Gardo, ukrył podobno na terenie Four Corners.

Aby uzyskać odpowiedzi na wszystkie dręczące szefów pytania, musiała spojrzeć w oczy koszmarowi z przeszłości.

Biuro FBI w Durango wybrało ją do tego zadania ze względu na pochodzenie etniczne oraz osobiste związki z Four Corners. Szefowie w Waszyngtonie zapewniali, że Joanna staje przed szansą na awans, szansą, z której głupotą byłoby nie skorzystać. Praca to praca.

Zamrugała, by osuszyć z kropelek deszczu rzęsy, sprawdziła, czy glock kaliber 9 mm i odznaka FBI znajdują się na swoim miejscu, po czym zapięła prążkowaną marynarkę i potrząsnęła ciężkim od deszczówki kucykiem.

– Bułka z masłem – mruknęła, łapiąc torbę i ruszając raźnym krokiem w kierunku terminalu.

– Agentka Rhodes? – Zza szklanych drzwi na spotkanie Joanny wybiegł mężczyzna ubrany w smoking, stetsona i wysokie kowbojki.

Odruchowo stanęła, przesuwając dłoń w kierunku kabury.

– Nie mogłem cię znaleźć, więc pomyślałem, że pewnie się rozminęliśmy. Przepraszam za spóźnienie, musiałem odebrać żonę i syna, a potem odprowadzić pannę młodą do ołtarza. – Zatrzymał się, uszczypnął palcami rondo kapelusza, wyciągnął rękę. – Nazywam się Patrick Martinez.

– Joanna Rhodes. – Natychmiast skojarzyła nazwisko i rysopis, który otrzymała od szefa FBI w Durango, Jerry'ego Ortiza: wysoki i szczupły, ciemne włosy, błękitne, irlandzkie oczy. Uścisnęła jego dłoń. – Nie spóźniłeś się, szeryfie, ale mogłam przecież wynająć samochód i sama przyjechać do biura.

– Źle by to świadczyło o naszej gościnności, prawda? – odparł z uśmiechem szeryf hrabstwa Kenner.

By jakoś zareagować na przyjazną uwagę, ułożyła usta w wyćwiczony grymas, lecz zanim Patrick zdążył sięgnąć po jej torbę, na powrót przywdziała maskę twardej sztuki. Dawno już nauczyła się dbać sama o siebie.

– Nie trzeba.

– W porządku. – Skinął głową i ruszyli przed siebie. – Zabiorę cię z tego deszczu i wtajemniczę w szczegóły.

Pomimo tak jawnej demonstracji niezależności, Patrick szybkim krokiem dotarł do drzwi i otworzył je przed Joanną. Kiedy przez nie przechodziła, spojrzał na popołudniowe, zasnute chmurami niebo i powiedział:

– Przez cały weekend spodziewamy się przelotnych burz. Ta mżawka to dopiero początek.

Pamiętała z dzieciństwa, jak bezkompromisowa panuje tu aura: latem suchy skwar, a nocami bywa chłodno, natomiast zimy są mroźne, zwłaszcza wysoko w górach. Podczas okresów przejściowych panują ulewne deszcze i błyskawiczne powodzie albo zamiecie śnieżne, w zależności od temperatury powietrza. Akurat była faza wiosennych roztopów, kiedy to gigantyczna górska pokrywa śnieżna topi się i wypełnia rzeki i potoki, które wraz z nadejściem jesieni staną się suche jak pieprz. Ale przecież nie przyjechała tu, by snuć wspomnienia i dyskutować o pogodzie.

Gdy znaleźli się na zewnątrz, szeryf wskazał zaparkowanego przy krawężniku, noszącego oficjalne oznaczenia chevroleta. Otworzył tylne drzwi.

– Możesz tu rzucić torbę.

– Tak, dzięki. – Uznała kwaśno, że jego kowbojskie maniery są co prawda urocze, ale kompletnie zbędne.

– Jednostka kryminalna i biuro szeryfa znajdują się w tym samym budynku. Działamy w hrabstwie Kenner według sprawnie zorganizowanego systemu. Wiadomo, jakie są ograniczenia budżetowe, więc umieszczenie wszystkich organów ochrony porządku publicznego w jednym miejscu miało sens. Sala odpraw, szatnie, biura szefostwa, pokój przesłuchań, pokój okazań i areszt tymczasowy znajdują się na parterze i pierwszym piętrze. Większość pomieszczeń laboratorium kryminalistycznego zajmuje drugie piętro, a na trzecim urządziliśmy magazyn. – Wyjechał na szosę prowadzącą do miasta. – Będziemy za dziesięć minut.

Joanna obserwowała, jak krajobraz zmieniał się z surowego pustkowia w upstrzoną metalowymi budynkami z prefabrykatów strefę przemysłową. Minęli położoną u stóp wzniesienia schludną dzielnicę mieszkalną, która składała się z kwadratowych, przypominających puebla domów, bungalowów i dużych rezydencji na modłę wiktoriańską. Szeryf skręcił w stronę zbudowanych z cegły i kamienia budynków, które wyznaczały granicę śródmieścia. Kenner City było uroczym, tętniącym życiem, przemysłowym miasteczkiem, które usadowiło się w niecce między wysokimi wzniesieniami. Dumnie prężyło pasiaste markizy i sosnowe balkony, powiewając patriotycznie flagami sponad witryn sklepowych.

Ani jednego osiedla przyczep kempingowych w zasięgu wzroku. Zero szemranych sklepów monopolowych przy głównej ulicy. Żadnej obszarpanej nastolatki, która co noc biega i szuka swoich rodziców po obskurnych barach i ciemnych uliczkach, mając nadzieję, że tym razem nie upili się na smutno i nie będą protestować, kiedy córka zacznie ciągnąć ich do domu, lub że nie schlali się w trupa i nie są agresywni, albo że skończyła im się kasa na podłą whisky.

Wszystko urocze i pedantycznie zadbane – tak daleko, a zarazem tak blisko, zaledwie kilka kilometrów od rezerwatu Ute, w którym Joanna dorastała.

Wiedziała, że powinna zagaić rozmowę, umilić czas podczas jazdy, ale zbudowała swoją karierę na umiejętności obserwacji i oceny i nauczyła się, że lepiej słuchać, niż gadać cokolwiek ponad to, co absolutnie konieczne. Zresztą zawsze niezobowiązująca pogawędka sprawiała jej problemy.

Szeryf najwyraźniej nie miał z tym kłopotu.

– Hotel, w którym będziesz mieszkać, znajduje się przecznicę od mojego biura, w którym będziesz przesłuchiwać świadka. Gdy wypadnie ci gdzieś pojechać, zawiezie cię tam jeden z moich zastępców. Albo może lepiej wypożyczymy dla ciebie auto. Zobaczy się. – Zwolnił, bo przejeżdżali przez ścisłe centrum miasteczka. Pozdrowił przechodniów idących chodnikiem. Kiedy minęli ostatnie sklepy i punkty usługowe usytuowane przy głównej ulicy, wskazał palcem dobrze oświetloną restaurację z mnóstwem okien, która nazywała się Morning Ray Café. – To lokal mojej mamy. Możesz tu zjeść o każdej porze dnia dobre, domowe jedzenie – oznajmił z dumą.

Dla jej matki domowe jedzenie oznaczało wyjęcie z lodówki porcji gotowego dania i wrzucenie go do mikrofalówki, oczywiście o ile w ogóle pamiętała, że należy córce przygotować coś do jedzenia. Zanim Joanna skończyła trzecią klasę, życie i wola przetrwania nauczyły ją całkiem nieźle gotować. Brak trzech porządnych posiłków każdego dnia okazał się najmniejszym z jej problemów.

Szeryf szturchnął ją delikatnie w łokieć, wyrywając z zamyślenia, i skinął głową w stronę wznoszącego się na rogu imponującego budynku z fasadą z szarych cegieł i białego kamienia.

– To twój hotel. Kiedyś było tu biuro spółki górniczej, ale niedawno całkowicie przebudowano wnętrze. Chcesz się najpierw zameldować?

Zdając sobie sprawę, że jej myśli niepokojąco podryfowały ku wspomnieniom, wyprostowała się w fotelu.

– Pojedźmy do biura. Chciałabym trochę się rozejrzeć, przywyknąć, nim spotkam się z podejrzanym.

Gdy prawie dotarli do granicy miasta, Joanna wreszcie ujrzała monumentalny, trzypiętrowy budynek, a na nim tabliczki z napisami:,,Szeryf Kenner City'' oraz,,Jednostka kryminalna policji hrabstwa Kenner''.

– Oczywiście przeczytałam akta, które dostałam od agenta Ortiza, chciałabym jednak poznać twoje zdanie, ponieważ współpracowałeś z FBI w sprawie morderstwa Julie Grainger. Co możesz mi powiedzieć o Sher… o podejrzanym Shermanie Wattsie? – Udało jej się tylko raz się zająknąć. Skup się na pracy, napomniała się w duchu. Watts to kolejny podejrzany w twojej karierze, nikt więcej.

– Zwykły menel. Często notowany za drobne wykroczenia, głównie pijaństwo, zakłócanie porządku publicznego i kilka napaści.

– Napaści? – powtórzyła nieswoim głosem.

Na szczęście Martinez nie zwrócił na to uwagi. Skręcił na parking przed budynkiem, po czym dodał:

– Kiedy Watts sobie popije, robi się niebezpieczny.

A jednak nie wszystko się zmieniło w hrabstwie Kenner, pomyślała.

– Czy przebywa w areszcie? – spytała.

– Podejrzewamy, że wykonuje drobne zlecenia dla rodziny Wayne'ów z Las Vegas, między innymi pomaga ukrywać się Boydowi Perkinsowi, ich płatnemu zabójcy. Ale cóż, podejrzenia, a to, co potrafimy udowodnić, to dwie różne rzeczy. Dlatego Watts nadal znajduje się na wolności. Śledzimy każdy jego krok. Możliwe, że nie ma nic wspólnego z morderstwem, tylko przekazuje informacje. Ktoś musi to robić.

Słyszała o przeciekach, które utrudniały śledztwo, przez co Perkins – człowiek, o którym krążyła plotka, że zabił mafijnego bossa, Vincenta Del Gardo, a także główny podejrzany o zabójstwo agentki Grainger – miał tę przewagę, że wiedział, gdzie się ukryć i gdzie zaatakować.

– Według was co powinna przynieść konfrontacja z Wattsem? Mam potwierdzić źródło przecieku? Dowiedzieć się, czy Perkins nadal przebywa w okolicy, i zlokalizować jego kryjówkę? A może powinnam skoncentrować się na Wattsie i powiązać jego sprawę z Perkinsem i morderstwem agentki Grainger tak, żebyście mogli go aresztować?

– Wydobądź z niego wszystko, co się da. Nie przypuszczam, żeby dokonał zabójstwa z premedytacją, jeśli jednak poczuł się zagrożony, mógł kogoś skrzywdzić.

Nie musiała czytać raportu jednostki kryminalnej policji hrabstwa Kenner, by wiedzieć, że Wattsa przyciągały pieniądze. Pijany czy trzeźwy – o ile w ogóle znał ten drugi stan – pięćdziesięcioośmioletni Indianin był tak samo niebezpieczny i nieprzewidywalny jak borsuk. Zagoniony w kozi róg mógł równie dobrze skoczyć i zaatakować albo czmychnąć do dziury. Jeśli uważał, że coś mu się należy, po prostu kładł na tym łapę, o ile wiedział, że ujdzie mu to na sucho. I do diabła z każdym, kto usiłował mu przeszkodzić.

– Jesteś mi coś winna, suko.

Posłanie, na którym wylądowała twarzą do dołuprzygnieciona jego cielskiem, skutecznie tłumiło jejkrzyki. Joannie wraz z każdym z trudem łapanymoddechem do ust i nosa dostawały się kłaczki z wełnianego koca. Walnął ją tak, że pokój zawirował. Ból był intensywny, upokorzenie równie okropne. Boże, jak zabolało. Ból przesączał się do samej duszy.

Joanna wróciła do teraźniejszości. Cóż, wiele się zmieniło. Obecnie miała tę przewagę nad Shermanem Wattsem, że wiedziała, jak działa jego umysł. O to przecież chodziło w profilowaniu: o poznanie prawdy na temat podejrzanego. Odkrycie jego tajemnic działało na jej korzyść również dlatego, że mogła przesłuchiwać szybciej i skuteczniej.

Odpięła pas bezpieczeństwa, a następnie odetchnęła głęboko, mobilizowała się. Musiała zostawić przeszłość i zrobić wszystko, by pomóc Martinezowi uporać się z teraźniejszością.

– Czy istnieją niezbite dowody pozwalające powiązać Wattsa z morderstwem Julie Grainger? Jakiś motyw?

Szeryf, nieświadom jej chwilowego oderwania od rzeczywistości lub po prostu na tyle uprzejmy, by ów moment zignorować, odparł:

– Wiemy, że agentka Grainger podążała tropem pięćdziesięciu milionów dolarów, które Vincent Del Gardo ukrył na naszym terenie. Jeżeli znalazła pieniądze lub odkryła coś, co mogło ją do nich doprowadzić, wtedy owszem, pięćdziesiąt milionów stanowiłoby przyczynę jej śmierci. W miejscu, w którym zostało porzucone ciało Julie, znaleziono skórzany naszyjnik, który naszym zdaniem mógł należeć do Wattsa. Oznacza to, że przed śmiercią agentki lub już po niej Watts znalazł się na miejscu zbrodni.

– Sądzicie, że Watts przejął te miliony?

– Nie. Najwyraźniej ktoś nadal szuka pieniędzy. W przeciwnym razie ataki by ustały. – Martinez cicho zaklął, po czym spojrzał na nią błękitnymi, zimnymi oczami. – Watts to cwaniak. Zrobi wszystko, byle uratować skórę. Bywało, że wszczynał bójkę w barze po to tylko, by spędzić noc w ciepłym areszcie. A teraz mieszka w przyczepie w rezerwacie i żłopie whisky z górnej półki. Twierdzi, że dostał pieniądze ze spadku. Jak dotąd nie zdołaliśmy udowodnić, że kłamie.

– Nie wierzysz mu?

– Nicky Wayne i jego rodzina wyprali dość brudnej forsy, by Wattsowi nie zabrakło środków do życia, uzyskanych, jak twierdzi, legalnie. Jeżeli faktycznie go finansują, jest nieuchwytny.

Nie można pozwolić, by Wattsowi upiekł się współudział w kradzieży, morderstwie i Bóg wie czym jeszcze. Nigdy więcej, zaklinała się w duchu Joanna.

– Skłonię go do mówienia. Wyciągnę z niego wszystko.

– Na to liczę. – Wyraźnie jej ufał, słychać to było w jego głosie. – Wysłałem ludzi do rezerwatu. Mają sprowadzić go na przesłuchanie.

Wysiedli z auta. Podziękowała za parasol, zabrała torbę z tylnego siedzenia i ruszyła za szeryfem do budynku.

Patrick skinął głową pracownikowi ochrony, który siedział za biurkiem i czytał gazetę, i zaprowadził Joannę do recepcji.

– Jest tu kto? – Zdjął kapelusz i uderzył nim o udo, po czym strzepnął krople deszczu, które zdobiły ramiona czarnego smokingu. – Elizabeth?

Joanna zmarszczyła brwi, ogarniając wzrokiem korytarz, biura, windę i drzwi prowadzące do pozostałych części budynku.

– Mówiono mi, że macie pełną obsadę, więc gdzie się wszyscy podziali?

– Jak już wspominałem, mieliśmy dziś małą uroczystość. Doktor Calista MacBride, szefowa zakładu medycyny sądowej, i Tom Ryan wzięli ślub. Tom pracuje z nami jako oficer śledczy z ramienia FBI od dnia, w którym znaleziono ciało Julie Grainger. O ile wiem, Julie i Tom razem kończyli akademię, natomiast z Callie łączyła go przyjaźń, a praca nad tą sprawą zbliżyła ich do siebie. – Odwrócił się w stronę wejścia dla personelu. – Elizabeth, jesteś?

Joanna zwróciła uwagę na tabliczkę z nazwiskiem umieszczoną na ladzie stojącej pośrodku poczekalni. Poczuła na plecach strużkę potu, jednak zdusiła niechciane wspomnienia. Tom i Callie to wcale nie jedyne osoby, które dzięki tej sprawie ponownie się odnalazły.

– Elizabeth Reddawn jest u was recepcjonistką?

– Tak. Znasz ją?

– Dawna przyjaciółka. – Co za niefortunne sformułowanie, pomyślała. Nim jej rodzice, Ralph i Naomi, zginęli, zrazili do niej porządnych ludzi. Joanna została sierotą w wieku osiemnastu lat. Niedługo potem wyjechała do college'u, zostawiając dotychczasowe życie. Nigdy nie oglądała się za siebie… aż do teraz. Wiedziała, że czekają na nią o wiele gorsze wspomnienia, którym będzie musiała stawić czoło. Ale poradzi sobie. Ortiz i szefowie z Waszyngtonu liczyli na nią. – Dorastałam w rezerwacie w Mesa Ridge. Elizabeth pracowała w biurze szeryfa rezerwatu, Elmera Wattsa.

– Wuja Shermana… Potem połączono biuro szeryfa hrabstwa z biurem szeryfa rezerwatu w jedną instytucję, więc przejąłem jego obowiązki.

– A Elizabeth przeszła tutaj, jak widzę. – Była jedyną osobą w biurze szeryfa rezerwatu, która potrafiła jej wysłuchać, gdy potrzebowała pomocy. Niestety jako sekretarka niewiele mogła zdziałać.

– Więc czeka cię spotkanie po latach – Martinez pokazał na drzwi z napisem,,Szeryf''. – Pozwól, że zadzwonię w parę miejsc i dowiem się, gdzie są moi ludzie. – Gdy spojrzał na Joannę, ujrzał zasadniczą, odgrodzoną profesjonalnym murem panią agent. Tak właśnie opisał ją Ortiz. – Proszę, nie oceniaj pochopnie mojego zespołu. Przyda się im wolne popołudnie. To skomplikowana sprawa i wielu z nas ciężko ją przeżywa. Podczas śnieżycy w marcu straciliśmy najważniejszy dowód, mieliśmy świadka z amnezją i szefa mafii, który zginął, zanim zdążył przekazać jakiekolwiek informacje, zaatakowano też nasze rodziny. Laboratorium zdobyło sporo materiału dowodowego i mamy podejrzanych, ale musimy dopasować elementy układanki, by wszystko zaczęło trzymać się kupy. Potrzebujemy winnego, i to szybko. – Mówił emocjonalnie, w głosie pobrzmiewał też protekcjonalny ton.

Rozumiała to doskonale. W głębi ducha czuł się urażony, nawet upokorzony, więc reagował skrytą agresją. Musiała jakoś mu przekazać, że go szanuje.

– Świetnie to rozumiem, szeryfie – powiedziała przyjaźnie. – Zrobiliście wszystko, co było możliwe. Natomiast mnie przysłano tu po to, bym wykonała swoją pracę.

– Czuję, że nie mamy w tobie wroga, ale spójrz na to z naszej strony. Agencja przysłała niewtajemniczoną w śledztwo szychę, która ma nam pomóc przeskoczyć niewidzialny mur. Na pewno się nie dziwisz, że odebraliśmy to jako policzek. Musisz jednak wiedzieć, że rozumiem decyzję biura. Przysłali Indiankę, by przesłuchała Wattsa, licząc na to, że się otworzy przed kimś ze swojego ludu.

Swojego ludu? Przeszedł ją dreszcz. Przywykła do roli outsidera. Jako córka Ralpha i Naomi Kuchu była odizolowana od normalnych rodzin, w których rodzice pracowali, płacili rachunki i chronili swoje dzieci. W dniu pogrzebu rodziców przywdziała maskę samotnika i uczyniła z niej swój oręż. Wyszkolono ją tak, by roztaczała wokół siebie aurę uprzejmości i profesjonalizmu, odkryła jednak, że jeśli przybiera pozę obojętności i kontroluje sytuację, wtedy trudniej odgadnąć jej motywy. Kiedy gość siedzący po drugiej stronie stołu w pokoju przesłuchań nie był w stanie wniknąć w jej myśli, wtedy czuła, że ma nad nim przewagę. Nie, nie czuła. Wiedziała.

– Szeryfie, nie przyleciałam po to, żeby po was sprzątać czy mieszać wam szyki. Biuro pragnie złapać zabójcę agentki, to wszystko. – Poradzi sobie z odizolowaniem od grupy, ale jeśli zespół Martineza czuje do niej aż tak wielką pogardę, by utrudniać wykonanie zadania, wtedy i oni, i ona są skazani na porażkę. – Być może powinnam jasno określić, jakiego rodzaju współpracy od was oczekuję. Jest mi potrzebny pokój. I Sherman Watts. Jeżeli coś wie, wyciągnę to z niego. Potem możecie zająć się aresztowaniami i pójść dowolnym tropem, który pojawi się w toku przesłuchań. Jestem tylko narzędziem, które biuro przysyła wam do pomocy. Skorzystajcie ze mnie.

Martinez skinął głową, przyjmując ofertę do wiadomości. Na razie. Widziała, że nie pozbył się podejrzeń co do prawdziwych przyczyn jej obecności w Kenner City.

– Ortiz twierdzi, że szykuje ci się awans w Waszyngtonie.

– O ile sprawa zakończy się powodzeniem. – Uznała, że nie ma sensu kłamać.

– Czyli to dla ciebie test, co?

– Hm… – Bardziej, niż mogło się wydawać komukolwiek w Waszyngtonie, pomyślała.

Gdzieś nagle zniknęła kowbojska gościnność, gdy szeryf ostrzegł ją groźnie:

– Nie pozwolę, żeby ambicja i widoki na karierę zaszkodziły śledztwu albo naraziły mój zespół na niebezpieczeństwo. Czy to jasne?

Joanna wyprostowała się dumnie na pięciocentymetrowych obcasach.

– Jak słońce. Nie zawiodę.

– Dobrze. – Uśmiechnął się lekko. – Zadzwonię i zwołam moich ludzi.

– Nie trzeba, Patrick. – Przysadzista kobieta z grubym, czarnym kokiem weszła kaczym krokiem do recepcji. Zdjęła przezroczysty płaszcz przeciwdeszczowy narzucony na szkarłatną bluzkę i jaskrawą, wzorzystą spódnicę, po czym powiesiła go na wieszaku stojącym za ladą recepcji. – Wszyscy już wracają. Tom i Callie biorą wolne tylko na weekend, więc myślę, że nie mogą się już doczekać nocy poślubnej. – Sześćdziesięciokilkuletnia drobna kobietka o czarnych jak noc, ale radośnie błyszczących oczach, spojrzała na Joannę i klasnęła w dłonie. – A niech mnie! Joanna?

– Miło cię znów widzieć, Elizabeth.

– Miło cię…? – Cmoknęła z dezaprobatą. – A cóż to za powitanie! – Rozłożyła ramiona i przytuliła Joannę do obfitego biustu. – Mój Boże, dziecko, aleś ty wyrosła!

Entuzjastyczne powitanie wymagało jakiejś reakcji. Nieprzywykła do takich czułostkowości, Joanna w końcu poklepała Elizabeth po plecach i powiedziała:

– Minęło piętnaście lat.

– Naprawdę? – Joanna co prawda wyswobodziła się z jej objęć, ale Elizabeth nadal ściskała jej rękę, dając do zrozumienia, że czeka je bardziej osobista rozmowa. Spojrzała na szeryfa. – A tak przy okazji, Bree pytała, czy masz ochotę pójść dzisiaj z nią i Charliem do kina.

– Rany, przecież to premiera nowego filmu akcji! Jasne, że zabiorę mojego syna. – Już nie surowy szeryf, tylko pogodny facet mrugnął do nich. – Bree to moja żona. Trzyma mnie i Charliego w ryzach. Elizabeth, zajmiesz się przez chwilę naszym gościem?

– Oczywiście. – Z matczyną troską ujęła dłonie Joanny, po czym obejrzała ją od stóp do głów. – Joanno Kuchu, córko Bizona, stałaś się równie piękna i silna jak twój imiennik. – Pociągnęła ją w stronę kanapy.

Delikatnie się wyswobodziła z jej uścisku.

– Teraz nazywam się Rhodes – oznajmiła.

Elizabeth usiadła i poklepała poduszkę kanapy obok siebie.

– Wyszłaś za mąż?

– Nie. – Przysiadła na brzeżku kanapy, splatając dłonie na kolanach. – Na ostatnim roku na Yale dostałam stypendium w Rhodes College. Spodobała mi się nazwa, a także prestiż college'u, więc zmieniłam nazwisko.

Elizabeth milczała, jednak po minie widać było, o czym myśli. Musiała istnieć głębsza przyczyna, dla której Joanna odcięła się od przeszłości. Oczy wiścienie wspomniała o tym ni słowem, tylko nerwowo skubała wełnianą spódnicę.

Joanna nie zamierzała jej pomóc. W głuchej ciszy zastanawiała się, jak długo szeryf Martinez może rozmawiać z żoną. I jak długo ona wytrzyma z tym przylepionym uśmiechem, udając, że to spotkanie po latach nie jest dla niej dziwacznym przeżyciem.

Niezrażona jej sztywną pozą, Elizabeth wyciągnęła rękę do Joanny, po czym delikatnie objęła jej dłoń.

– Pracują tu dobrzy ludzie. Polubisz ich.

Ten ciepły gest w przedziwny sposób poraził Joannę. Nie wiedziała już, czy podczas pobytu w Kenner City w stu procentach zdoła się skupić na pracy.

– Przyleciałam tylko