Wydawca: Harlequin Polska Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2011

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Detektyw i dziewczyna - Julie Miller

Tego grudniowego dnia Elizabeth marzyła tylko o tym, by jak najszybciej znaleźć się w ciepłym mieszkaniu i zasnąć na miękkiej kanapie…Tego samego dnia Kevin marzył tylko o tym, by wreszcie odpocząć po dopiero co zakończonej przeprowadzce…Plany ich obojga legły w gruzach…Kiedy Elizabeth zostaje brutalnie napadnięta tuż przed wejściem do domu, szuka pomocy u nowego sąsiada. Kevin odwozi ją do szpitala i obiecuje zająć się sprawą. Jest doświadczonym policjantem, dlatego bada starannie wszystkie ślady. Szybko ustala, że trop prowadzi do firmy farmaceutycznej, w której pracuje Elizabeth…

Opinie o ebooku Detektyw i dziewczyna - Julie Miller

Fragment ebooka Detektyw i dziewczyna - Julie Miller

Julie Miller

Detektyw i dziewczyna

Tłumaczyła Melania Gruszczyńska

Tytuł oryginału: Beauty and the Badge

Pierwsze wydanie: Harlequin Books, 2009

Redaktor serii: Grażyna Ordęga

Opracowanie redakcyjne: Joanna Rowińska

Korekta: Małgorzata Narewska, Joanna Rowińska

© 2009 by Julie Miller

© for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o. o., Warszawa 2011

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B. V.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Znak firmowy Wydawnictwa Harlequin i znak serii Harlequin Romans & Sensacja są zastrzeżone.

Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o. o. 00-975 Warszawa, ul. Starościńska 1B lokal 24-25

Skład i łamanie: COMPTEXT©, Warszawa

ISBN 978-83-238-8340-1

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

ROZDZIAŁ PIERWSZY

– Tak, mamo, postaram się przyjechać do domu na święta.

Oho, zbyt duża prędkość.

Niespodzianka.

Elizabeth Rogers przytrzymała komórkę między uchem a barkiem i obiema rękami mocno chwyciła kierownicę, żeby skręcić w zasypaną śniegiem uliczkę, która wiodła do jej domu. Średniej wielkości dżip wziął ostry zakręt i wpadł w poślizg na oblodzonej jezdni, lecz po chwili opony odzyskały przyczepność i auto skoczyło naprzód.

Całe szczęście, że nie doszło do wypadku. Beth odetchnęła z ulgą i zwolniła, powracając na swój pas ruchu. Patrząc przez panoramiczną szybę na zaśnieżone ulice, postanowiła sprawić sobie zestaw głośnomówiący, żeby móc się bezpiecznie poruszać po Kansas City w zimowej szacie.

W ciągu ostatnich czterech miesięcy co wieczór pokonywała tę samą drogę do domu. Odkąd skończyła piętnaście lat, jeździła autem po wiejskich szosach środkowego Missouri. Powinna była pamiętać, że w warunkach zimowych nie należy się śpieszyć.

Przyczyną jej nieuwagi był koszmarny dzień, jaki przeżyła w pracy. Przez całe to zamieszanie marzyła tylko, żeby wreszcie zdjąć buty i położyć się na swojej miękkiej sofie. Jej przełożony Charles Landon, zastępca szefa działu badań i rozwoju w GlennCo Pharmaceuticals, wysłał ją na lunch, po czym bez słowa wyjaśnienia znikł na resztę dnia, nie zostawiając nawet numeru telefonu, przez co musiała odbyć za niego jedno spotkanie, drugie zaś przełożyć na inny termin. Elizabeth nie miała nic przeciw większej samodzielności, chętnie awansowałaby ze stanowiska asystentki szefa, ale mając dwadzieścia pięć lat, wiedziała, że musi się jeszcze sporo nauczyć o świecie wielkiego biznesu, brakowało jej przydatnych kontaktów, rozeznania i doświadczenia.

Szef wrócił o 17.30, gdy ona właśnie zbierała się do wyjścia, i włączywszy swój ojcowski urok, ubłagał ją, by została i popracowała do późna. W związku z tym tkwiła w biurze do 21.00, wpisując najnowsze dane potrzebne do prezentacji, zmieniając terminarz Charlesa – a co za tym idzie, swój własny – i wykonując kilka telefonów za granicę w celu zweryfikowania rocznych raportów finansowych. Szef przeprosił ją za swe nagłe zniknięcie i zapewnił, że miał do załatwienia osobistą sprawę, czym ona nie musi się przejmować, jednak i tak wyczuła jego zdenerwowanie.

Wydawał się rozkojarzony, nieobecny duchem. Kiedy nie odpowiedział na jej wołanie, że właśnie wychodzi, weszła do jego gabinetu i znalazła go pod biurkiem, gdzie szukał upuszczonego długopisu. Ofuknął ją, gdy zaproponowała mu pomoc, po czym przygładził siwe włosy i uprzejmie przeprosił, wyciągnąwszy przedtem długopis z kieszonki granatowego garnituru w prążki.

– Dziwne – mruknęła pod nosem Beth. – Naprawdę dziwaczny wieczór. – Wyłuskała komórkę spod zwojów wełnianego szala i przytknęła z powrotem do ucha. – Mamo, jesteś tam?

– Czemu nie poczekałaś z dzwonieniem, aż dojedziesz bezpiecznie do domu? – spytała Ellen Rogers, która znała swoją dwudziestopięcioletnią córkę jak zły szeląg. – Wiesz, jak pilnie ojciec śledzi prognozy pogody. W Kansas City przeszła taka sama zamieć, jak u nas przed dwoma tygodniami, a to jeszcze nie koniec intensywnych opadów śniegu. Nie powinnaś dzwonić podczas jazdy samochodem.

– Wcześniej nie miałam czasu – usprawiedliwiła się Beth. – Jesteś już pewnie w piżamie, prawda? Nie chciałam cię budzić telefonem w środku nocy, bo mogłabyś się przerazić, że coś mi się stało.

Dżip podskakiwał w koleinach śniegu, który spadł, stopniał i spadł znowu w ciągu ostatnich dwóch tygodni. Tym razem Beth skręciła ostrożniej. Była singielką z własnym domem, co miało wiele zalet – mogła urządzić wnętrza po swojemu, wychodzić i wracać, kiedy jej się żywnie podobało. Wiązały się z tym jednak pewne niedogodności, na przykład konieczność odśnieżania podjazdu i chodnika nawet o północy. Ze względu na porę i zmęczenie postanowiła tym razem posypać je solą, żeby ułatwić życie listonoszowi.

Nie chciała się skarżyć w obawie, że rodzice znów zakwestionują jej decyzję przeprowadzki do dużego miasta po tym, jak rozstała się ze swoim chłopakiem.

– Mój szef wymaga ode mnie pracy w nadgodzinach – powiedziała, usprawiedliwiając się. – Nie chciałam wysyłać mejla, by was zawiadomić, że będę mogła przyjechać dosłownie na kilka dni. Wiem, że Jesse przyjechał z college'u, a Frank z żoną i dziećmi przyjadą niebawem.

Matka potwierdziła, że obaj bracia zamierzają spędzić zimowy urlop na farmie.

– Nie musisz przepraszać, wiem, jak trudno ci wziąć urlop. Chyba firma będzie kilka dni zamknięta? W końcu kto sprzedaje leki w święta Bożego Narodzenia?

– Mamo – odparła ze śmiechem Beth – właśnie po to kończyłam college, żeby nie pracować w handlu, ale w zarządzaniu. Ludzie chorują 365 dni w roku, więc GlennCo produkuje leki bez przerwy, w różnych krajach. Firma zatrudnia wielu ludzi, to wymaga koordynacji. Od doktora Landona i ode mnie zależy, czy wszystko potoczy się gładko, a każdy pacjent szpitala czy klient apteki otrzyma lek, dzięki któremu wyzdrowieje…

– …nawet w święta – dokończyła za nią mama. – Wiesz, że ojciec i ja jesteśmy z ciebie dumni. Będzie nam miło, jeśli spędzisz z nami chociaż kilka dni. Może wiosną uda ci się przyjechać na tydzień, o ile firma udzieli ci urlopu.

– Niezły plan – odrzekła z uśmiechem Beth.

– Trzymaj się ciepło. Kochamy cię.

– Dzięki, mamo. Uściskaj ode mnie tatę.

– Dobrze, kochanie.

Gdy matka się rozłączyła, Beth odłożyła komórkę na siedzenie pasażera i skręciła w swoją uliczkę. Ponieważ zbliżała się północ, domy w cichej podmiejskiej dzielnicy były już zamknięte na głucho. Przy krawężniku parkowały przysypane śniegiem samochody, w oknach było ciemno.

Jedynym wyjątkiem był dom jej nowego sąsiada, który wprowadził się wczoraj. Przez szpary po bokach podartego koca, który zasłaniał przeszklone drzwi od strony frontowego ganku, przeświecał blask lampy. Sąsiad kończył zapewne rozpakowywanie kartonów z rzeczami. Chociaż wczoraj rano Beth widziała kilku silnych, przystojnych mężczyzn rozładowujących półciężarówkę z niewielką ilością mebli, nie miała jeszcze okazji się przedstawić. W istocie nie miała nawet pojęcia, który przystojniak został jej sąsiadem.

Uśmiechnęła się pod nosem, przejeżdżając obok niebiesko-białego bungalowu. Przypuszczała, że nowy sąsiad jest samotnym mężczyzną, kawalerem lub rozwodnikiem, o czym świadczyło skromne umeblowanie i podarty koc w roli zasłony.

Wjechała na swój podjazd i uśmiechnęła się szerzej. Ktoś go za nią odśnieżył.

– Dzięki, Hank – wyszeptała.

Zerknęła w tylne lusterko na stary dom po przeciwnej stronie uliczki. Jej najnowszy przyjaciel, Hank Whitaker, był przemiłym starym wdowcem, który znajdował przyjemność w pomaganiu jej na różne sposoby. W sobotę rano przechwalał się przed nią, że zamierza zakupić odśnieżarkę z napędem elektrycznym w miejsce starego modelu benzynowego. Beth nie wątpiła, że Hank przez cały wieczór pracowicie odśnieżał chodniki na całej uliczce, żeby przetestować swój nowy nabytek. Będzie musiała upiec dla niego ciasteczka i osobiście mu podziękować.

Drzwi do garażu otwierały się automatycznie. Beth powoli wjechała do środka. Zamierzała pochować zakupy do lodówki i szafek, wziąć gorącą kąpiel i chwilę poczytać przed położeniem się na spoczynek.

Zgasiła silnik i zamknęła drzwi do garażu, po czym przewiesiła przez ramię torebkę i skórzaną aktówkę na dokumenty. Otworzyła bagażnik dżipa i aż jęknęła na widok puszek z zupą, pomarańczy i kubków jogurtu, które wysypały się z płóciennych toreb, pewnie wtedy, gdy samochód wpadł w poślizg. Pozbierała produkty i owinęła sobie uszy toreb wokół lewego nadgarstka. Ruszyła ku schodom wiodącym do kuchni, gdy wtem na siedzeniu pasażera dostrzegła komórkę.

Potrzebna mi jeszcze jedna ręka, pomyślała, potrząsając głową.

Działając w tym tempie, będzie musiała zrezygnować z kąpieli. Jednak komórka wymagała naładowania…

Z trudem otworzyła drzwiczki i sięgnęła po telefon. Gdy je zamykała, przycięła skórzany pasek aktówki. Usiłowała go wydostać, walcząc jednocześnie z ciężkimi torbami zakupów, przez które niemal straciła równowagę. Mamrocząc pod nosem przekleństwa, które z pewnością nie spodobałyby się jej matce, wetknęła komórkę w usta, poprawiła torebkę i aktówkę na ramieniu, chwyciła torby z zakupami i ruchem biodra zamknęła samochód. Objuczona, przecisnęła się pod ścianą garażu do kuchennych drzwi.

Na szczęście nigdy ich nie zamykała. Samo naciśnięcie klamki było wystarczającym wyzwaniem. Szukanie klucza po kieszeniach… a cóż to znowu za hałas?

Drzwi otworzyły się gwałtownie, uderzając Beth w ramię i spychając ją ze schodów.

– Co jest, do…?

Ciemna zamaskowana postać runęła prosto na nią, błyskając białymi zębami. Wielkie łapska chwyciły ją za ramię i uniosły, odpychając na bok niczym podczas meczu futbolu amerykańskiego.

Zakupy rozsypały się dokoła. Przed oczami przeleciała jej maska chłodnicy. Zduszony krzyk protestu urwał się nagle, gdy upadła na betonową podłogę. Ciemna postać chwiała się nad nią niczym cień. Jakiś przedmiot uderzył ją mocno w bok głowy. Ostry ból przeszył jej czaszkę, a potem zapanowała nieprzenikniona ciemność.

Gdy Elizabeth znów otworzyła oczy, nie wiedziała, czy upłynęło kilka sekund, czy też wiele minut. Zamrugała niepewnie i natychmiast uświadomiła sobie trzy sprawy.

W garażu była sama.

Guziki płaszcza, żakietu i bluzki zostały rozpięte.

A głowa bolała ją jak wszyscy diabli.

Na szczęście nie na tyle, by pozbawić ją zdolności myślenia. Zadzwoń na 911, wrzeszczał jej mózg.

– Zadzwoń na 911 – nakazała sobie drżącymi wargami.

Drgnęła silnie na dźwięk zatrzaskiwanych drzwi; ostry ból przeszył jej biodro i ramię. W środku? Na zewnątrz? Zamaskowany mężczyzna mógł wrócić do jej domu. Być może nie był jedynym intruzem.

Musi natychmiast zadzwonić.

Przetoczyła się na plecy i od razu zakręciło jej się w głowie. Zacisnęła powieki i czekała, aż minie atak mdłości, a równocześnie gmerała w kieszeniach w poszukiwaniu komórki. Kieszenie zostały opróżnione. Dostała gęsiej skórki na myśl, że nieznajomy jej dotykał. Przezwyciężając niemiłe wrażenie, obmacała dłońmi całe ciało i posadzkę wokół siebie. Oprócz rany na głowie nie odniosła chyba innych obrażeń. Znalazła rękawiczkę i pudełko miętusów, lecz telefonu nie było.

Zacisnęła zęby i ignorując ukłucia bólu, podciąg nęła się do pozycji siedzącej. Dostrzegła rozrzucone przedmioty, które wypadły jej z torebki, i zmusiła się do dalszych poszukiwań komórki. O nie… Przecież trzymała ją w zębach, kiedy tajemniczy napastnik zaatakował. Zmrużyła oczy, usiłując dostrzec, czy aparat nie leży czasem pod samochodem lub za rowerem czy też szuflą do odśnieżania, które przewróciła, upadając. Jednak w garażu było zbyt ciemno na poszukiwania.

Lodowate zimno betonowej posadzki przesączyło się przez wełniany materiał jej szarych spodni, otrzeźwiając ją na tyle, by sobie uświadomiła, że pełznie w kierunku otwartych drzwi do kuchni. Drzwi wychodzące na dziedziniec od tyłu były również otwarte.

A jeśli straciła przytomność jedynie na kilka sekund? W garażu mogła panować śmiertelna cisza, lecz kto wie, co czai się wewnątrz domu? Jeszcze jeden włamywacz? A może coś gorszego?

– Zabieraj się stąd – wymamrotała do siebie, opierając się na zderzaku i z wysiłkiem stając na nogi.

Naprzód.

Potykając się o rozsypane zakupy i drobiazgi z torebki, Beth chwiejnie podeszła do ściany i wstukała kod otwierający bramę do garażu. Zgrzyt unoszącej się bramy boleśnie zranił jej uszy i przyśpieszył niepewny krok. Jeśli napastnik – lub napastnicy – nadal tu byli, dosłyszą, że im ucieka.

Szybciej!

Gdy tylko wydostała się na zewnątrz, powiew wilgotnego zimowego powietrza omiótł jej policzki i tułów, przywracając zdolność klarownego rozumowania. Musiała się znaleźć w bezpiecznym miejscu.

Natychmiast!

Obróciła się ku jedynemu oświetlonemu oknu na ulicy, które wołało do niej niczym latarnia morska. Zebrawszy pod szyją rozpiętą bluzkę i żakiet, weszła w śnieg po kolana i ruszyła na przełaj do domu sąsiada. Raz się potknęła. Jednak lodowata wilgoć, która ściekała jej w dekolt aż do pasa, odpędziła resztki mdłości, zostawiając miejsce dla obezwładniającego strachu.

Nie była bezpieczna.

Musiała natychmiast znaleźć schronienie.

Ostatnie metry przebiegła chwiejnym truchtem i wspięła się na trzeszczące deski ganku.

– Halo? – Zastukała głośno w drewniane drzwi. – Ha…

Odpowiedziało jej basowe szczekanie, a potem łoskot, jakby koń walił kopytami po drugiej stronie drzwi.

Beth przycisnęła dłoń do rozszalałego serca.

– O Boże.

Warkot i groźne szczekanie zamkniętego w domu psa kazały jej się nieco odsunąć. Drzwi się zatrzęsły, jakby bestia rzuciła się na nie całym ciałem. Beth cofała się, póki nie dotknęła ramieniem jednej z drew nianych kolumn. Wydobywające się z jej ust obłoczki pary utrudniały jej widzenie.

Co robić? Dokąd pójść?

Zerknęła na otwarty garaż i szybko rozważyła możliwe opcje. Co napawa ją większym strachem? Napastnik, który wtargnął do jej domu, być może nie sam, i czeka, by jeszcze bardziej ją skrzywdzić? Czy może bestia z piekła rodem, warcząca i rzucająca się po drugiej stronie drzwi? Jakim cudem nie zauważyła psa, i to stróżującego, prawdziwego olbrzyma, który wprowadził się do tego domu?

Przytulona do kolumny Elizabeth spojrzała za siebie. Mogłaby obudzić Hanka, lecz bez aparatu słuchowego starzec usłyszy dzwonek po godzinie, co z pewnością zaalarmuje napastnika, a wówczas… Wzdrygnęła się na samą myśl.

– Beth, do cholery, weź się w garść – nakazała sobie, niezgrabnie zapinając guziki bluzki zdrętwiałymi od chłodu palcami.

Trzask drzwiczek auta przykuł jej uwagę. Serce zatrzepotało jej w piersi, gdy usłyszała warkot silnika. Przywarła do kolumny, usiłując przebić wzrokiem ciemności. Nocne powietrze rozdarł pisk opon ślizgających się na oblodzonej nawierzchni. Była pewna jedynie tego, że to samochód, czarny i niemożliwy do zidentyfikowania jak zamaskowany mężczyzna, który ją napadł. Pojazd skręcił gwałtownie i znikł za rogiem.

Nie było w tym nic podejrzanego. Albo wprost przeciwnie… Powinna teraz wrócić do domu…

– Czego pani tu chce?

Na dźwięk basowego głosu za plecami odwróciła się gwałtownie na pięcie.

A potem przeraźliwie wrzasnęła.

Beth zakryła usta dłonią, zakłopotana, że dała się tak łatwo przestraszyć. Była też zawstydzona faktem, że zamiast grzecznie się przywitać, przeprosić za najście i zwrócić się o pomoc, wrzasnęła jak opętana.

Kiedy otworzył drzwi?

Gdzie podziało się jego ubranie?

I czemu, do diabła, był uzbrojony?

Najwyraźniej nie zdołała odzyskać opanowania, z jej ust bowiem wyrwało się jękliwe:

– Niech pan nie strzela…

Mruknął coś niecierpliwie, co wywołało straszliwy warkot szalejącego za drzwiami psa. Choć mężczyzna opuścił trzymany w lewej ręce rewolwer, nie dodało jej to otuchy. Jej nowy sąsiad był niepokojąco milczący, wyraźnie zirytowany, a posturę miał taką, że wyróżniłby się wszędzie. Przyszły jej na myśl potwory z filmów science fiction.

– Czy miała pani wypadek? Słyszałem pisk opon.

Szczekanie psa skutecznie tłumiło słowa, ale słyszała basowy dźwięk jego głosu, który budził w niej dreszcz przerażenia. A może było jej zimno na skutek wilgoci.

Z trudem oderwała spojrzenie od jego nagiego torsu i niedopiętych dżinsów, po czym skinęła w kierunku ściany warczących mięśni miotających się po drugiej stronie drzwi. Widziała jedynie wielki czarny nochal, szeroki pysk i szpiczaste zębiska. Mimo woli cofnęła się o krok.

– Nie wypuści pan psa, co?

Odskoczyła, gdy mężczyzna walnął pięścią we framugę.

– Daisy, na miejsce.

Daisy? Kto, na Boga, nazwał bestię tym słodkim imieniem? Pies zaskomlił z rozczarowaniem, po czym odwrócił się i podreptał w głąb ciemnego domu, machając podwiniętym ogonem.

Puls Elizabeth nadal tętnił w jej uszach.

– Przykro mi, że… pana obudziłam. – To dlatego miał bose stopy i nagi tors.

Ale rewolwer…

Wielki facet. Groźna broń. Samotna kobieta. Fatalna kombinacja.

Cofnęła się jeszcze dalej, modląc się, by jej uśmiech nie wyglądał na wymuszony.

– Nie miałam zamiaru przeszkadzać. Panu ani D-Daisy… Zobaczyłam światło i pomyślałam, że pan jeszcze nie śpi.

– Przestań.

– Nie, poważnie – bąknęła, pokazując kciukiem za siebie. – Pójdę do Hanka, on mnie zna i…

Wyszedł z cienia. Dłoń wielka jak imadło oplotła jej przegub.

– Powiedziałem przestań.

– To ty przestań. – Instynktownie zaczęła się wyrywać. – Puść mnie, słyszysz!

– Zaraz spadniesz ze schodów – warknął, bez wysiłku przyciągając ją do siebie.

Potknęła się i oparła dłońmi o jego umięśniony tułów, po czym stuknęła nosem w pachnącą piżmem kępkę sztywnych włosów. Zdumiona wilgotnym ciepłem jego skóry szybko cofnęła palce. Puścił jej przegub dopiero wtedy, gdy odzyskała równowagę.

– Wystarczyło powiedzieć – bąknęła, czując się nieskończenie głupio. Co za koszmarny dzień, który miał się skończyć uprawianiem zapasów z obcym facetem. Bała się i była śmiertelnie zmęczona. Trzęsła się z zimna. Pulsowało jej w skroniach; do cholery, chciała tylko skorzystać z telefonu! – Przykro mi, że w taki sposób się poznajemy, ale czy nie mógłbyś po prostu zapalić światła i zamknąć swojego psa na trzy spusty? Albo uprzedzić, zanim złapiesz kogoś za rękę i wystraszysz na śmierć? Ja tylko chciałam skorzystać z telefonu, żeby zadzwonić na policję!

Kolejne mruknięcie chyba skierował do siebie, a nie do niej. Wetknął rewolwer za pasek spodni i zapalił lampę na ganku. Beth zamknęła oczy, lecz mimo to blask światła poraził jej źrenice.

– Zadowolona?

Kilka sekund zajęło jej przyzwyczajenie wzroku do jasności. W tym czasie sąsiad otworzył skórzany portfel, który zwisał mu z szyi na cienkim łańcuszku, i pomachał jej przed oczami błyszczącą odznaką z błękitnej emalii, która zdawała się zupełnie nie na miejscu pośród złotawej szczeciny porastającej jego szeroką pierś. Pod lewym barkiem miał okrągłą bliznę, cienka linia włosów ginęła za paskiem niedopiętych dżinsów.

– Ty jesteś z policji? – wykrztusiła. A więc nie był złoczyńcą? Terminatorem z sąsiedztwa?

– Detektyw Kevin Grove, policja Kansas City. – Przyjrzał jej się uważnie, nachylając się, by spojrzeć jej prosto w oczy. – Mieszkasz w sąsiednim domu.

– Nazywam się Beth… Elizabeth Rogers.

– No to formalności mamy już za sobą. A teraz powiedz mi, do diabła, co tu się dzieje?

Pierwsze wrażenie, gdy stanął przed nią w mroku, wcale nie było mylne. Garbek na jego skrzywionym nosie wskazywał miejsce starego urazu. Kevin miał kwadratową szczękę i wydatne kości policzkowe, pokryte jasnym zarostem. Krótko przystrzyżone ciemnozłote włosy sterczały zawadiacko na czubku głowy. Gdyby zamiast ciepłych bursztynowych oczu miał zimne, szkliste tęczówki, można by pomyśleć, że jest cyborgiem z przyszłości, stworzonym, by polować i niszczyć.

Ledwie zdążyła się przyjrzeć jego onieśmielającej postaci, gdy zmarszczył brwi i gniewnie zacisnął wargi.

– Po co ci gliniarz? – spytał. Miał prawie dwa metry, przewyższał ją o głowę, chociaż stał przed nią boso.

Zafascynowana, nie mogła oderwać wzroku od jego muskularnego torsu. Poczuła lekkie zakłopotanie, że ją na tym przyłapał. Niezgrabnie pokazała ręką za siebie.

– Tam był jakiś facet…

– W twoim domu? – spytał, podążając wzrokiem za jej wyciągniętym ramieniem.

– Tak.

– To on odjechał tym samochodem? – Obszedł ją i przyklęknął, żeby przyjrzeć się plamom farby na najwyższym stopniu schodów.

– Nie jestem pewna. – Elizabeth wytężyła wzrok, lecz ciemność była nieprzenikniona. On zdawał się nie mieć z tym trudności. Czuła lekką ulgę na myśl, że policyjna odznaka usprawiedliwia obecność broni, a jego groźna postura i obcesowość służą siłom dobra, nie zła. – Mężczyzna był zamaskowany.

– Pamiętasz cokolwiek? Wzrost, budowę ciała?

– Wszystko stało się tak nagle. Popchnął mnie i przewrócił. Nie wiem, o co się uderzyłam, może po prostu o podłogę. Nie mogłam znaleźć komórki i bałam się wejść do domu…

– Bardzo mądrze. – Pocierał z namysłem kciuk i palec wskazujący, a jego pochwała zabrzmiała zdawkowo. – Opowiedz mi więcej.

Zamiast przypominać sobie szczegóły napaści, wpatrywała się w jego szerokie plecy i fragment czarnego elastycznego materiału, widoczny nad paskiem dżinsów. Wyrwała go z łóżka, więc w po śpiechu naciągnął spodnie na czarne bokserki? Ona trzęsła się z zimna pod kilkoma warstwami ciepłej odzieży, on zaś nie przejmował się zimnem, chociaż stał przed nią półnagi i bosy. Miał na sobie tylko dżinsy i bokserki. A może wyciągnęła go spod prysznica?

Słysząc walenie do drzwi i ujadanie psa, zakręcił pewnie kran, chwycił broń, odznakę i spodnie i przybiegł jak najprędzej. Wyobraziła go sobie kompletnie nagiego… Był naprawdę potężnym mężczyzną. Stał tuż przed nią, na wyciągnięcie ręki. Gdyby mogła tylko… choć jedno muśnięcie…

Zabrakło jej tchu i pociemniało w oczach, więc zacisnęła dłonie w pięści i wsunęła głęboko w kieszenie płaszcza. Co za idiotyczne wizje. Naprawdę nie pora na atak kobiecej ciekawości. Był zbyt masywnie zbudowany, aby uznać go za atrakcyjnego. A jednak… Z trudem zmusiła się do oderwania wzroku od elastycznego paska jego bokserek. Napastnik w twoim domu, pamiętasz? Zostałaś zaatakowana, prawda? Skup się, kobieto!

Pamiętała jego brutalne ręce. Bezczelne łapska, które rozpięły jej ubranie i dotykały jej, gdy była nieprzytomna. Dotyk detektywa Grove'a był znacznie przyjemniejszy.

– Miał na sobie czarną marynarską kurtkę, wełnianą… I skórzane rękawice. On… on…

– Cholera. – Podszedł do niej bliżej.

Beth zadrżała, usiłując się od niego odsunąć. Odtrąciła jego dłonie.

– O co chodzi?

– O ciebie.

– O mnie?

Pokazał na jej twarz, a wówczas zrozumiała, co przykuło jego uwagę. Purpurowe plamy na rękawie jej płaszcza. I na stopniu schodów. Krew. Ślady krwi na śniegu, prowadzące do jej garażu.

To ona krwawiła.

– O mój Boże.

Dotknęła lewej skroni, czując pod opuszkami palców lepką wilgoć. Jej kolana zamieniły się nagle w galaretę. Wypłowiałe deski ganku ruszyły jej na spotkanie.

Nie zdążyła upaść. Stalowe kończyny chwyciły ją pod pachy i kolana. Na policzku poczuła ciepłą woń piżma, przypraw i mężczyzny.

Mężczyzny?

Doznała przypływu paniki. Trzymał ją w ramionach. Poruszali się. Beth starała się go odepchnąć, ale nie miała dość siły.

– Co robisz? Postaw mnie, ty brutalu.

– Nie ma mowy, nie zemdlejesz na moim ganku, jasne? – Wpatrzył się w nią bursztynowymi oczami. – Przepraszam, że cię nie uprzedziłem.

Tajemniczy detektyw o sarkastycznym poczuciu humoru i przerażającym wyglądzie poniósł ją w ramionach do wnętrza domu, lecz ona już tego nie czuła, bo znowu straciła przytomność.

ROZDZIAŁ DRUGI

– Wezwij jak najszybciej patrol, żeby zabezpieczyć miejsce przestępstwa. – Za szybami srebrnego SUV-a detektywa Kevina Grove'a migały rozmyte światła latarni. – Poczekaj chwilę.

Pióropusz rozmiękłego śniegu i odłamków lodu opryskał mu szybę, gdy skręcił gwałtownie, żeby ominąć posuwający się powoli pług śnieżny. Zaklął cicho i przerwawszy rozmowę, włączył wycieraczki i długie światła. Ulice były opustoszałe, więc dość szybko znalazł się na bulwarze, wiodącym do Centrum Medycyny Trumana, i wrócił do przerwanej rozmowy.

Zwięźle zrelacjonował sytuację, podał swój nowy adres i wydał dyspozytorowi odpowiednie rozkazy.

– To dom w stylu ranczerskim, sąsiadujący z moim. Jestem w drodze do szpitala z ofiarą, ale nie wyłączę komórki, gdyby patrol miał do mnie jakieś pytania. Chcę mieć wydruk wszystkich innych przypadków włamań lub wandalizmu w okolicy z ostatnich kilku miesięcy. Gdy tylko odwiozę pannę Rogers, przyjadę przeszukać dom. Chciałbym dokładnie ocenić sytuację.

– Mówiłam, że mogę sama pojechać do szpitala – wymamrotał niewyraźnie damski głos z siedzenia pasażera. Jasne, akurat, pomyślał z przekąsem. – Gdybyś pozwolił mi skorzystać z telefonu, tak jak prosiłam, i zadzwonić na 911, mógłbyś teraz spokojnie spać. Nie chciałam sprawiać kłopotu.

– Byłaś śmiertelnie blada i krwawiłaś na moim ganku. Nie zamierzałem czekać.

Kevin nauczył się ignorować kobiety w opałach. Przekleństwo posiadania brzydkiej, buldogowatej twarzy i nader miękkiego serca kosztowało go wiele bólu, lecz wreszcie pojął lekcję: ludzie często okazują sympatię z wyrachowania, a nie dlatego, że cię lubią. Nie mieszaj się, mawiał sobie, skup się na swoich sprawach. Przynajmniej nie będzie ci potem przykro. Sparzył się wielokrotnie. Matka go odrzuciła, a jednak zjawiała się raz po raz w jego życiu, domagając się pieniędzy, pomocy i możliwości wypłakania na jego szerokim ramieniu, gdy znowu coś poszło nie tak. Raz nawet sparzył się wyjątkowo boleśnie, gdy wredna uwodzicielska suka zabrała mu wszystko, co chciał jej ofiarować, a potem go porzuciła.

Teraz miał już tyle rozumu, żeby zachować większą ostrożność.

Co jednak zrobić, gdy półprzytomna piękność zostawia ślady krwi na śniegu? Na tarasie za jej domem widnieją odciski stóp zbyt duże, żeby to ona mogła je zostawić. No i pogięte zawiasy, wyrwane z drzwi balkonowych, którymi intruz najwyraźniej wszedł do domu.

Prawdziwy gliniarz nie mógł zlekceważyć takich szczegółów. Nawet pobieżne obejrzenie śladów, gdy udał się po jej torebkę i dokumenty, potwierdziło, że dokonano włamania, w którym ona przeszkodziła. Odmawiał bycia rycerzem w lśniącej zbroi. Już nigdy więcej. Ale gliniarzem?

Będzie nim, póki żyje.

– Niech technicy pojadą tam i poszukają śladów. Może uda się zidentyfikować włamywacza – polecił Kevin i zakończył rozmowę.

Zerknął na drzemiącą na siedzeniu obok kobietę. Ponownie przymknęła szaroniebieskie oczy, długie ciemne rzęsy ocieniały blade, lekko piegowate policzki.

– Hej, dziewczyno. Obudź się. – Ignorując jego polecenie, wtuliła się głębiej w skórzane siedzenie. Podkręcił ogrzewanie, modląc się, żeby to późna pora była przyczyną jej zmęczenia, a nie szok lub też coś jeszcze gorszego. – Hej!

Jęknęła w odpowiedzi, wydając miękki, gardłowy dźwięk, który ukąsił jego sumienie.