Mroczne kłamstwa - Alessandra Torre - ebook + audiobook + książka

Mroczne kłamstwa ebook i audiobook

Alessandra Torre

4,5

Opis

Czy tam, gdzie wszystko jest kłamstwem, może istnieć miłość?

Lana kocha dwóch mężczyzn. Nie potrafi wybrać. Nie może żyć bez nich obu.

Brant to geniusz branży technologicznej. Zawsze opanowany, pewny siebie i zabójczo przystojny. Jest również zdeterminowany, aby Lana zgodziła się zostać jego żoną. Oświadczał się już cztery razy – i cztery razy został odrzucony. Jest jednak w stanie poświęcić naprawdę wiele, aby osiągnąć cel.

Lee stanowi jego zupełne przeciwieństwo. Wolny, dziki i niezależny. Żyje z dnia na dzień i nie martwi się o przyszłość. Ma świadomość, że nie zapewni Lanie takiego komfortu i dostatku, do których przywykła, ale to nie znaczy, że jest gotów się wycofać.

Choć Brant i Lee wiedzą, że kobieta kocha ich obu, tylko pozornie akceptują ten układ. Czy istnieje wyjście z tego labiryntu mrocznych sekretów, pozorów i mistyfikacji? Jeśli myślisz, że znasz tę historię, to bardzo się mylisz!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 381

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 7 min

Lektor: Alessandra Torre

Oceny
4,5 (107 ocen)
71
21
12
2
1
Sortuj według:
SylaRoyston

Nie oderwiesz się od lektury

Książka była poprostu rewelacyjna 😍jak dobrze przeczytać wkoncu coś z seri romansu ale z całkowicie inna historia … szczerze przyznam ze na początku nie byłam jakoś bardzo przekonana do tej książki ale z każdym kolejnym rozdziałem wiedziałam , że było warto ❤️❤️❤️
20
favolka

Nie oderwiesz się od lektury

No no..... pierwszy raz będąc na 100 stronie mialam ochotę przeczytać koniec. Znienawidzisz główna bohaterke by po stu kolejnych stronach ja..... pokochac. Porywająca książka
20
MadziolekB

Nie oderwiesz się od lektury

Łał tylko tyle, albo aż tyle. Ta książka rozsypała mnie na małe kawałki. Choć w połowie domyślałam się dlaczego tak się stało, tak jest to i tak do samego końca nie mogłam się oderwać od lektury. Polecam z wypiekami na polikach.
10
Izabela_1977

Nie oderwiesz się od lektury

początek czytało mi się ciężko, ciekawy pomysł
00
Ewakr1

Nie oderwiesz się od lektury

jedna z najlepszych książek jakie czytałam
00

Popularność




Książkę tę dedykuję:

Wendy Metz,

SueBee (Bring me an Alpha!),

Keelie Chatfield,

Karen Lawson,

Marion Archer.

Trwałyście przy tej książce, gdy była gotowa tylko w połowie i rozswawolona jak diabli. Dzięki za późnowieczorne rozmowy telefoniczne. Dzięki, że z uwagą pochylałyście głowy i skupiałyście się nad tym tekstem. Dzięki, że wskazywałyście na jego słabości i obsesyjnie rozwodziłyście się na temat walorów. Bez Was ta powieść nie byłaby taka sama.

Prolog

Tydzień później obserwowałam budynek, w którym mieszkała Molly – była to pomarańczowa kamienica w stylu śródziemnomorskim z jaskraworóżowymi kwiatami hibiskusa w oknach. Jeep Lee stał nieopodal – błotnista kropla amerykańskiej męskości w morzu zagranicznych samochodów. Minęły dwadzieścia dwie minuty, odkąd właściciel auta wszedł do budynku. Kroczył bezmyślnie z rękami w kieszeniach i nisko zwieszoną głową, jak gdyby pokonywał tę drogę już ze sto razy.

Postukałam pomalowanymi na beżowo paznokciami w dźwignię zmiany biegów, zamknęłam na chwilę oczy i poczułam, jak owiewa mnie powietrze z klimatyzatora. Za godzinę miałam masaż. Zależało mi, żeby sytuacja szybko się rozwiązała, bo w przeciwnym wypadku spóźnię się na randkę z dłońmi Roberty.

Ruch w mieszkaniu po prawej, na wyższym piętrze. W jej mieszkaniu. Drzwi otworzyły się na oścież i Lee szybkim krokiem przemierzył korytarz. Ona pędziła tuż za nim, ciągnąc go za koszulę i dziko gestykulując. Wyobrażałam sobie, co mówi: „Lee, nie odchodź!”, „Lee, to nie jest tak, jak myślisz!”. Zastanawiałam się, czy z jej ust padło słowo „miłość” – czy ich związek był już na tak zaawansowanym etapie.

Lee zniknął na klatce schodowej. Pochyliłam się do przodu, żałując, że nie mam niczego do picia, niczego, co mogłabym wysączyć z rozkoszą, patrząc, jak moja praca przynosi owoce. To musiało się udać; to musiało się wydarzyć. Molly nie mogła go mieć. Lee był tylko mój.

Jego głowa unosiła się i opadała nad dachami aut, a gdy podszedł do jeepa, zobaczyłam wyraźnie jego twarz. Napięte mięśnie, ściągnięte rysy, mina, której nigdy u niego nie widziałam, a którą znałam doskonale. Wyraz stanowczości. Zdecydowania. Zacisnęłam pięści z ekscytacji, obserwując zbliżającą się Molly. Czerwone plamy na policzkach, szeroko otwarte oczy i gwałtownie poruszające się usta. Jej wielkie piersi falowały w rytm oddechów, gdy wykrzykiwała jakieś słowa, łapiąc Lee za ramiona. Miałam ochotę choć odrobinę opuścić szybę, by usłyszeć ich wymianę zdań. By odrobinę dłużej rozkoszować się tym momentem.

Tak, tak. Odwróć się na pięcie i zostaw tego faceta w spokoju. On już nie będzie dotykał twojej ślicznej buźki. Nie będzie się z tobą kochał. On jest mój. Ja zajmę twoje miejsce.

Patrzyłam, jak Lee wsiada do auta. Trzasnął drzwiami z taką siłą, że Molly aż podskoczyła. Gdy odjechał, po okolicy poniósł się pisk opon – najlepszy dźwięk na świecie, który w rzeczywistości zabrzmiał jeszcze lepiej niż w moich fantazjach. Głos ostateczności. Molly została sama na parkingu, ze strugami czarnego tuszu do rzęs na policzkach. Wrzeszczała tak głośno, że jej krzyk przebijał się nawet przez przyciemniane szyby mojego auta.

Zwycięstwo należy do mnie.

Uśmiechnęłam się szeroko, w myślach przybijając sobie piątkę, a potem wrzuciłam bieg. Wjechałam na ulicę i skierowałam się na południe. Pomyślałam, że może po masażu pojadę do Branta do biura. Zostawię mu kanapkę. Zaplanuję kolację, aby uczcić swoje zwycięstwo z drugim mężczyzną mojego życia.

Dalej, skrytykuj mnie. Ale nie masz pojęcia, co przyniosła mi miłość.

Kocham dwóch facetów. Pieprzę się z dwoma facetami.

Jeśli myślisz, że słyszałeś już tę historię, to grubo się mylisz.

Częsc 1

To historia miłosna, ale z gatunku tych niełatwych w odbiorze

Rozdział 1

Moje życie zawsze toczyło się według ustalonego porządku. Myślę, że moi rodzice zaplanowali je jeszcze przed moim poczęciem. Zamęczali mnie ciągłymi upomnieniami oraz nakazami, bym brała z nich przykład. Przyszłam na świat jako dziecko dostatku. Wymagania, jakie przede mną stawiano, były wysokie i niskie zarazem. Musiałam osiągać średnią 4,0, choć zakładano, że nigdy nie pójdę do pracy. Oczekiwano, że będę studiować na jednym z uniwersytetów Ivy League, ale tylko dlatego, że właśnie tam miałam poznać swojego przyszłego męża. Nie mogłam przytyć, bo nadwaga byłaby powodem do wstydu, ani też nadmiernie eksponować figury, bo to z kolei uznano by za brak klasy.

Plan był prosty: zrobić porządny dyplom i wypracować w sobie cechy żony idealnej. Szybko wyjść za mąż. Wspierać męża, jednocześnie oddając się swoim zainteresowaniom, wśród których powinny się znaleźć działalność charytatywna i sztuka prowadzenia domu.

Te założenia nigdy mi się nie podobały. Reagowałam na nie najróżniejszymi formami biernej agresji. Bardzo wcześnie nauczyłam się ukrywać perfidię za słodkim uśmiechem i niewinną minką. W oczach moich rodziców zachowywałam się wzorowo. Kwitłam. Zmieniałam się w kobietę na miarę ich wspaniałego DNA. A tak naprawdę przez cały ten czas żyłam w zastoju. Czaiłam się w krzakach, obserwując, jak moje kaczuszki ustawiają się w idealnym rzędzie, i czekałam na swoją wielką chwilę: dzień dwudziestych piątych urodzin.

* * *

OSIEM LAT WCZEŚNIEJ

Dwadzieścia pięć świeczek. To niedorzeczne, ale przygotowano dla mnie tort urodzinowy. Ta tradycja powinna była zaniknąć, gdy miałam naście lat. Ale proszę: ciasto powoli zbliżało się do mnie, zamknięte w objęciach patykowatych rąk mojej matki, kobiety stanowiącej idealne ucieleśnienie mojej przyszłości – przy założeniu, że w nadchodzących latach miało mnie czekać wstrzykiwanie botoksu oraz wypełniaczy zmarszczek, zaciskanie ust w wąską linię i nadmierne depilowanie brwi. Nie protestowałam, gdy matka zaczęła śpiewać mi piosenkę. Ojciec przycichł po kilku pierwszych słowach – jego uwaga przeniosła się na dzwoniący telefon. Uśmiechnęłam się do zdjęcia i zdmuchnęłam świeczki, świadomie pomijając trzy z nich. Matce zadrżała powieka, ale uśmiech ani na sekundę nie zszedł jej z twarzy.

Pokroiła tort i podała mi najmniejszy kawałek – taki ze środka, nietknięty dekadencką obfitością dekoracji – a nad stołem uniósł się zapach Chanel numer pięć. Potem jedliśmy, siedząc we trójkę przy stole dla dwunastu osób, a jedynym akompaniamentem imprezy był odgłos sztućców uderzających o porcelanę.

Ojciec podniósł się pierwszy.

– Wszystkiego najlepszego, kochanie – powiedział, pocałowawszy mnie w czoło.

Gdy zostałam sama z matką, zaczęło się przesłuchanie.

– Spotykasz się z kimś? – Odłożyła widelec i odsunęła swój ledwie tknięty kawałek ciasta, wymownie patrząc na mój talerzyk.

– Nie. – Uśmiechnęłam się, jak mnie nauczono. Uśmiech był wskazany w każdej sytuacji. Ukrywał uczucia.

– Dlaczego? Jesteś dwudziestopięciolatką. Zostało ci już tylko kilka dobrych lat.

– Jestem szczęśliwa, mamo. Wkrótce kogoś znajdę.

– Myślę, że powinnaś ponownie zastanowić się nad Jeffem Rochesterem. Byłaś z nim prawie dwa lata. – Cztery miesiące. Cztery miesiące, które rozciągnęliśmy w taki sposób, że powstał z nich dwuletni związek. Udawaliśmy parę, żeby ugłaskać moich rodziców i utrzymać gejowskie życie Jeffa w tajemnicy.

– Słyszałam, że Jeff się z kimś spotyka. Poza tym nie było między nami chemii. – Włożyłam do ust kolejny kawałek ciasta, delektując się bólem w oczach matki.

– Chemia jest nieważna. Ten chłopak pochodzi z dobrej rodziny. Zapewniłby ci byt.

Byt miał mi zapewnić mój fundusz powierniczy. Nie potrzebowałam relacji bez chemii, kary więzienia, przez którą popadnę w uzależnienie od leków, skrywając swoje szaleństwo za uśmiechem. Ale nie chciałam wspominać o funduszu. Zwłaszcza że za godzinę zamierzałam zakończyć imprezę i udać się prosto do banku.

– Janice Wilkins doniosła mi, że widziała cię w pracy w centrum miasta. Proszę, powiedz, że to nieprawda.

Uśmiechnęłam się.

– Mam dyplom w dziedzinie metod ilościowych. Pomysł zrobienia z niego użytku bynajmniej nie jest nierozsądny. Pracuję jako konsultant firmy medycznej. Nadzoruję badania Agencji Żywności i Leków.

– Proszę, zrezygnuj z tego. Praca powoduje stres, który sprawi, że przedwcześnie się zestarzejesz. A zostało ci tylko…

– Kilka dobrych lat – dokończyłam, starając się nadać głosowi lekki ton. Przełknęłam kolejny kęs ciasta, po czym zebrałam każdą ociupinkę polewy z talerzyka i ponownie włożyłam widelczyk do ust. Dokładnie wylizałam ząbki. Zabijałam kolejną cząstkę duszy mojej matki.

– Tak bardzo się staraliśmy, żebyś miała dobre życie.

– I mam. Świetnie sobie poradziliście. Jestem bardzo szczęśliwa.

– A Ned Wimble? Słyszałam, że rozstał się z Avon.

Odłożyłam widelczyk, zacisnęłam dłonie pod stołem i rozciągnęłam wargi w uśmiechu.

Wyjechałam od rodziców kilka godzin później. W bagażniku miałam torbę, do której spakowałam wszystkie prezenty. Kaszmirowy kardigan. Kolczyki z szafirami od ojca. Książkę J.D. Robb od Becky, naszej służącej, która – jak sądzę – wiedziała o mnie więcej niż mama i tata razem wzięci. To ona sprzątała moje wymiociny z łazienki, gdy nastoletnia wersja mnie nie była w stanie przetrwać nocy. Wyrzucała do kosza moje kondomy, pudełka po tabletkach antykoncepcyjnych i butelki po wódce. Tuliła mnie w ramionach, kiedy jako piętnastolatka po raz pierwszy w życiu roniłam łzy z powodu złamanego serca – wszystko za sprawą Mitcha Brokeretcha, który zupełnie nie był wart mojego dziewictwa, a tym bardziej moich łez.

Ale moim największym prezentem nie był żaden z fantów w bagażniku auta, lecz sam dzień moich urodzin. Dokumenty dotyczące funduszu wypełniono, jeszcze zanim skończyłam roczek. Na wspólnym rachunku bankowym, któremu przyglądałam się z daleka przez ponad dekadę, czekało na mnie dwanaście milionów dolarów. Dzień moich dwudziestych piątych urodzin i podpis na stosownych dokumentach miały przynieść mi wolność od rodziców, od ich oczekiwań i wymagań, które przez dwie dekady mamiły mnie obietnicą zgromadzonej na koncie fortuny. Pojechałam do adwokata i już pół godziny później byłam wolną kobietą. Gdy wyszłam z kancelarii Jackson & Scottsdale, pozwoliłam sobie na mały, acz szczery uśmiech. Wielka radość wykwitła na mojej twarzy dopiero wówczas, gdy przekroczyłam próg banku i przelałam środki na oprocentowane konto założone na moje imię i nazwisko.

A potem przyszła wolność. Czułam się cholernie dobrze. Otworzyłam dach swojego kabrioletu i zaczęłam krzyczeć na wietrze. Uczciłam tę okazję, spędzając wieczór z jednym z dozorców z mojego apartamentowca – dwudziestojednoletnim dzieciakiem, który doszedł po pięciu pchnięciach, ale przyniósł ze sobą dobre zioło i śmiał się z moich dowcipów.

To był smutny początek mojego nowego życia.

Rozdział 2

TRZY LATA WCZEŚNIEJ

Dwie pierwsze dekady życia minęły mi na układaniu planów i wyczekiwaniu chwili, kiedy będę mogła opuścić swój mały światek. Porzucić kardigany oraz dobre maniery i wskoczyć w rwący nurt życia. Tańczyć w blasku księżyca. Palić cygara. Jeździć motocyklem i zakochiwać się w mężczyznach z powodów innych niż pozycja społeczna. Snułam romantyczne wizje, w których pracowałam jako kelnerka, podróżowałam autostopem po Ameryce, całowałam się z nieznajomym i dawałam się porwać fali nieznanych mi możliwości. Nienawidziłam każdej nitki, z której utkana była moja rzeczywistość, i czułam ogromne pragnienie ucieczki. Chciałam zostawić za sobą uroczyste kolacje, zakorzenioną głęboko pogardę wobec innych i pełne osądu spojrzenia spod uniesionych brwi. Chciałam historii zaczynającej się słowami: „żyli długo i szczęśliwie”. Rzeczywistości, w której moi bliscy opowiadają o minionym dniu, siedząc przy okrągłym stole. Chciałam posmakować życia w świecie, gdzie matki przytulają córki, gdy te nabiją sobie siniaka, i pocieszają je po nieudanych pierwszych randkach. Moje marzenia miały wszelkie szanse na realizację, moje fantazje były dopracowane w najdrobniejszych szczegółach, a moja przyszłość wydawała się tak klarowna jak moja przeszłość. W dniu dwudziestych piątych urodzin miałam poczuć się wolna. Pełna nadziei i otwarta na setki nowych możliwości. Moje dwudzieste piąte urodziny miały być pierwszym dniem reszty mojego życia.

A jednak pięć lat później wciąż tkwiłam w tym samym miejscu. Przeżyłam kilka dzikich nocy. Zaliczyłam paru nieznajomych z nagniotkami na dłoniach. Weszłam do 7-Eleven i kupiłam hot doga. Byłam w Tijuanie dostatecznie długo, aby zrozumieć, że już nigdy nie wrócę. A potem… niczym migrujący ptak przyfrunęłam do swojego starego świata. Osiadałam w nim na nowo, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Minęło pięć lat, a ja wciąż żyłam w otoczeniu tych samych ludzi co kiedyś. Przyjaciół niebędących przyjaciółmi. Chodziłam na imprezy, na których wszyscy szczerzyli zęby, ale nikt się dobrze nie bawił. Żyłam w świecie, gdzie należało ciągle ścigać się z innymi, a królowa balu była suką, która nie wzbudzała niczyjej sympatii, ale przyciągała do siebie tłum niczym padlina robactwo. Musiałam uciec od tego życia, znaleźć coś innego, utorować sobie własną ścieżkę. Ale trudno uciec z jedynego świata, jaki się zna.

Zza moich pleców wyłonił się szofer z czapką w rękach. Stanął w progu i uchwycił moje spojrzenie w lustrze.

– Będę na panią czekał przed budynkiem, pani Fairmont. Proszę zejść, gdy będzie pani gotowa.

– Dziękuję. Zaraz będę.

Szofer kiwnął głową i odwrócił się na pięcie, a ja wróciłam spojrzeniem do swojego odbicia. Orzechowe oczy podkreślone czekoladowym brązem i miętą. Makijaż, który ukrywa wady, ale nie jest ani odrobinę mocniejszy niż to konieczne. Szlachetny, nie tandetny. Mama odpowiednio mnie wyszkoliła. Popatrzyłam sobie w oczy, próbując dostrzec w nich prawdziwego człowieka. W lustrze odbijała się kobieta, na którą mnie wychowano. Subtelna, acz wyrafinowana sukienka od projektanta. Starannie dopracowany wygląd. Patrząc na tę skorupę, zastanawiałam się, dlaczego nie mogę się przez nią przebić. Tego wieczora wybierałam się na galę charytatywną organizowaną przez bliską mojemu sercu organizację. Było to wydarzenie, którego nie można przegapić. Pomyślałam, że może nazajutrz zacznę nowy rozdział. Po raz kolejny spróbuję opuścić rodzinne gniazdo oraz rozpocząć inne życie, szczęśliwe i bez kłamstw. Posmarowałam usta bezbarwnym błyszczykiem, starając się nie patrzeć sobie w oczy.

* * *

– Brant Sharp.

– Layana Fairmont.

– Ma pani piękne włosy.

– Nie jestem prostytutką.

Kąciki jego ust się nie uniosły, ale spojrzenie nabrało cieplejszego wyrazu.

– Mogę przymknąć na to oko.

Ot i pięć kwestii, które wypowiedzieliśmy po dwóch godzinach od rozpoczęcia gali. Cóż za brak romantyzmu. Winą za swoją śmiałą odpowiedź obarczałam alkohol. Wypiłam dwa kieliszki wina i Merlot trochę złagodził mój wstręt do siebie samej.

Uścisnęłam mocno dłoń Sharpa, jednocześnie taksując go wzrokiem. Wiedziałam, kim jest, zanim otworzył swoje boskie usta i się przedstawił. Można powiedzieć, że śledziłam jego poczynania, odkąd związałam się z organizacją Bezdomna Młodzież Ameryki.

Brant Sharp. Geniusz. Miliarder. Filantrop.

Wyglądał jeszcze lepiej, niż to sobie wyobrażałam. Zdjęcie, na którym widziałam go w gazecie, było małe i niewyraźne. Zdecydowanie nie oddawało jego urody ani uroku. W rzeczywistości facet prezentował się tak, że mógłby spokojnie znaleźć się na okładce „GQ”. Ale najbardziej zaskoczył mnie jego trudny do zignorowania sposób bycia. Sharp patrzył na mnie tak, jakby widział we mnie problem i próbował znaleźć jego rozwiązanie w mojej duszy. Wydawał się też zachwycony moimi włosami – często odrywał wzrok od mojej twarzy, by przyjrzeć się ich niesfornym puklom.

„Mogę przymknąć na to oko”. Zachichotałam, co mu się chyba spodobało, bo jego usta też lekko zadrgały. Nie był to uśmiech, ale niewiele do niego brakowało. Dla mnie, osoby, która uśmiech uważała za przykrywkę dla prawdziwych emocji, okazało się to odświeżającą odmianą.

– Miło mi pana poznać. Bardzo podoba mi się pana praca na rzecz BMA.

Moja przynależność do organizacji Bezdomna Młodzież Ameryki była jedyną pozostałością po bolesnym matczynym chowie. Pchana w stronę tej instytucji od najwcześniejszych lat w końcu dałam się chwycić za serce i nie potrafiłam już z niej zrezygnować.

Z twarzy Sharpa zniknął wszelki ślad uśmiechu.

– Nie nazwałbym tego pracą. Pracownicy mojego biura wypisują czek. To wszystko.

– Datki wiele znaczą.

„Datki” to było bardzo oględne określenie. Parę miesięcy wcześniej sama ofiarowałam organizacji pół miliona dolarów, co wynosiło sześć procent wszystkich darowizn w minionym roku. Czek Sharpa stanowił dziewięćdziesiąt dwa procent darowizn.

Zdarzało się, że siedząc przy kawie i zleżałych pączkach, wymieniałyśmy się plotkami na temat naszego prezesa. O prostytutkach powiedziała mi Beth Horton, obcesowa matka siedmiorga dzieci, która rozchmurzała się tylko wtedy, gdy miała do przekazania jakąś ekscytującą nowinę.

– Są ich całe setki – oznajmiła na ostatnim posiedzeniu zarządu, wkładając do ust calusieńkiego pączka. Przyglądałam jej się uważnie, równie zainteresowana perspektywą zbliżającego się zadławienia co omawianiem życia erotycznego Sharpa. – Brat mojego kierowcy, który jest odźwiernym w jego apartamentowcu w centrum, mówi, że dziewczyny zjawiają się o różnych porach. Są piękne, ale to ewidentnie prostytutki.

Pokiwałam głową, po części wierząc w słowa Beth. Ta plotka wyjaśniałaby, dlaczego Sharpa nie sfotografowano dotychczas z żadną kobietą. Facet nie chodził na randki, co doprowadzało kobiety z San Francisco do szaleństwa i niekiedy prowokowało plotki na temat jego homoseksualizmu. Ale nikt nigdy nie posuwał się w nich za daleko. Zbyt wiele kobiet – jego pracownic i innych pań, które miały z nim do czynienia – zadawało im kłam. Podobała mi się koncepcja z prostytutkami. Podobała mi się myśl, że facet zamienia się w demona seksu, zabawiając się z damą lekkich obyczajów w zaciszu swojego domu.

„Datki wiele znaczą”. Sharp nic nie odpowiedział i moje słowa zawisły na chwilę między nami. Upiłam łyk szampana.

– Jestem zaskoczona, że pana tu widzę.

– Dlaczego?

Jego laserowy wzrok wytrącał mnie z równowagi. Kiedy Sharp na kogoś patrzył, jego spojrzenie niemal cały czas pozostawało nieruchome. Jego rozmówca nie miał wątpliwości, że facet wsłucha się w jego słowa i odpowiednio je przeanalizuje. Starałam się rozluźnić, choć presja znalezienia błyskotliwej odpowiedzi była wysoka, a świadomość, że mam przed sobą uosobienie geniuszu, bardzo mi ciążyła. Nigdy nie byłam osobą, która uważa inteligencję za coś seksownego. Cztery lata spędzone w mekce sztywniackich kujonów, jaką był Uniwersytet Stanforda, potrafiły wyleczyć każdą kobietę z błędnego przekonania o atrakcyjności męskiego IQ. Ale ten facet… Może działała na mnie nie tyle sama jego inteligencja, ile cały ten koktajl z inteligencji, pewności siebie i intrygującej tajemnicy, który zamknięto w niezwykle atrakcyjnym wizualnie kieliszku.

Wzruszyłam ramionami i upiłam kolejny łyk odwagi w płynie. Żałowałam, że nie wzięłam czegoś mocniejszego niż szampan. Widząc, że Sharp się do mnie przysunął, poczułam nienaturalny odruch, aby pochylić się w jego stronę i pociągnąć nosem. Zbadać grunt, łapiąc za klapy jego smokingu. Czy utrzymałby kontakt wzrokowy? Czy postąpiłby parę kroków do tyłu, czy może zaciągnął mnie w jakieś ustronne miejsce i wypieprzył tak mocno, że straciłabym głowę? W obecności tego człowieka moja zuchwała pewność siebie zaczynała się chwiać.

Przełknęłam, starając się wrócić myślami do rozmowy.

– Bo nigdy nie przyjeżdża pan na kampus. Ani na posiedzenia zarządu. Założyłam, że wiosenną zbiórkę funduszy też pan sobie daruje.

– Na liście gości znajduje się Thomas Yand – odparł Sharp – z którym mam nadzieję porozmawiać. Nie odbiera ode mnie telefonów.

– Ach… – Przysunęłam się do niego. – A więc to ma być zasadzka – powiedziałam, zniżając głos.

– Taki był plan. Przydałby mi się współspiskowiec. – Sharp figlarnie uniósł brwi, a w moim ciele drgnęła każda kobieca struna.

Tak, na pewno nie był gejem. Rozumiałam już, dlaczego jego pracownice tak go broniły. Przez te dwie minuty, które spędziłam w jego obecności, dziewięć razy poczułam przypływ podniecenia.

Zaimprowizowałam jakąś minę.

– Co ma pan na myśli?

* * *

Sharp wcale nie potrzebował współspiskowca. Był jednym z najbogatszych ludzi na świecie. Był Billem Gatesem branży technologicznej. Ale oboje świetnie odgrywaliśmy swojego role. Flirtowaliśmy nad tackami z serem i szeptaliśmy do siebie nad szampanem. Gdy w końcu udało nam się przyszpilić Yanda – ja zaszłam go z jednej, a Sharp z drugiej strony – uczciliśmy to konspiracyjnymi uśmiechami. Poczekałam, aż rozmowa mężczyzn się rozwinie, a potem poszłam w swoją stronę. Przeniosłam się na drugi koniec sali, gdzie zagadnęła mnie Anne Waters, tleniona blondynka z miseczką DD. Zlizując resztki kotlecika krabowego z dłoni, pogrążyła się w długiej opowieści o swoich wiosennych zakupach. Grzecznie kiwałam głową, błądząc gdzieś myślami, a moje postanowienie rozpoczęcia innego życia wzmacniało się za każdym razem, gdy Anne nieelegancko przeciągała językiem po palcach. Ukradkiem rzuciłam okiem w stronę Branta. Wydawał się bardzo skupiony, przytakując Yandowi skinieniem głowy.

Gdzieś we mnie pojawił się ogień pragnienia, silny pociąg, który zaskoczył mnie samą. Spodziewałam się, że obdarzę Sharpa szacunkiem. Nie mogłabym wszak nie szanować człowieka o IQ dwukrotnie przewyższającym moje i darczyńcę, który swoimi datkami utrzymywał przy życiu serce połowy organizacji charytatywnych w tym mieście. Ale jeśli kiedykolwiek wyobrażałam sobie spotkanie z tym odludkiem, to zakładałam, że zapałam do niego niechęcią.

Powód numer jeden: Sharp miał ogromną fortunę. Opływał w luksusy od czasów nastoletnich i przez całe dorosłe życie był karmiony pochlebstwami oraz obsługiwany, a to sprawdzona recepta na zrobienie z człowieka dupka.

Powód numer dwa: facet miał ponadprzeciętne IQ i spodziewałam się, że jego ego będzie dorównywało poziomowi inteligencji, czyniąc z niego nadętego, aroganckiego nudziarza. Takiego, co to oczekuje podporządkowania oraz czci i wyrzuca z siebie mało interesujące fakty, jednocześnie wpatrując się w mój biust.

Nie spodziewałam się natomiast, że Sharp będzie taki, jaki był. Spokojnie pewny siebie. Bezpretensjonalny. Zachwycający. Wyraźnie zainteresowany i nieskory do gierek.

Na chwilę oderwał wzrok od Yanda i utkwił go we mnie. Gdy nasze oczy się spotkały, cały świat się zatrzymał. Potem Sharp odwrócił spojrzenie, od niechcenia uścisnął rękę swojemu rozmówcy i przeprosił go, uśmiechając się grzecznie. Nogi poniosły go w moją stronę. Nasze oczy spotkały się ponownie i choć bardzo chciałam odwrócić wzrok, nie potrafiłam. Byłam w stanie jedynie patrzeć, jak płynnym krokiem idzie w moim kierunku. Podczas gdy ja ze wszystkich sił starałam się nie zemdleć, on rozpromienił się w uśmiechu.

Rzuciłam okiem na Ann.

– Przepraszam – mruknęłam, korzystając z okazji, aby się ulotnić.

Brant odsunął mi krzesło, pozdrawiając towarzystwo przy moim stole grzecznym skinieniem głowy. Ludzie wokół mnie śledzili każdy jego ruch niczym sępy przygotowujące się do kolejnego posiłku. Sharp utorował nam drogę do tylnych drzwi.

– Dziękuję za pomoc w sprawie z Yandem – powiedział delikatnie, lekko pochylając głowę w moją stronę.

– Dzięki, że uratowałeś mnie przed tymi harpiami – szepnęłam do niego, uśmiechając się grzecznie, bo oto mijaliśmy Norę Bishop, kobietę, która – byłam tego prawie pewna – spędziła niemal całe lata dziewięćdziesiąte, leżąc pod moim ojcem z szeroko rozłożonymi nogami.

Do drzwi mieliśmy dwanaście kroków i tyle wystarczyło, abym zdała sobie sprawę, jak bardzo pragnę tego faceta. Przypomniałam sobie o historiach z prostytutkami i wtedy ciepło jego dłoni przeniosło się z moich pleców na łokieć. Był delikatny, ale stanowczy. Dominował z kurtuazją. Zdając sobie z tego sprawę, zapragnęłam go jeszcze bardziej. Jeszcze mocniej poczułam, że go potrzebuję.

Potem znaleźliśmy się na balkonie, a ciepły wieczorny wiatr przyniósł zapach oceanu i lata. Ręka Sharpa odkleiła się od mojego łokcia i zyskałam chwilę, by jasno pomyśleć. Oparłam łokcie na szorstkiej balustradzie; dotyk betonu przyniósł mi ukojenie wśród blichtru absurdalnego bogactwa. Wszystko to było na pokaz. Przez cały rok zbieraliśmy pieniądze dla dzieci, które potrafiły zalać się łzami na myśl o nowych tenisówkach, a potem przepuszczaliśmy sto tysięcy dolarów na zorganizowanie imprezy. Odwróciłam się i prześliznęłam wzrokiem po wysokich na trzy piętra oknach, które ukazywały to przedstawienie w całej jego złudnej chwale. A potem rzuciłam okiem na Branta, przystojnego eleganta w czarnym smokingu. Cóż za zestawienie: migawka wprost ze współczesnego świata i człowiek, który – jak mi się wydawało – był ponad nim.

– Warto było? – Ruchem głowy wskazałam na ludzi w środku, a potem zerknęłam na niego. Patrzył na horyzont, profil miał mocny i wyrazisty. Migotliwe płomienie pochodni ogrodowych malowały na jego twarzy pełne dramatyzmu refleksy. – Warto było zetknąć się z tymi wszystkimi sępami, żeby dostać szansę rozmowy z Yandem?

– Było warto od momentu, kiedy cię zobaczyłem. – Niewinne słowa. Piorunujące wrażenie.

Uśmiechnęłam się i wychyliłam przez balustradę, wystawiając twarz na wiatr.

– Nie znasz mnie, Brant.

Ja sama siebie nie znam.

– Nie, nie znam cię – powiedział łagodnie, jak gdyby to było zupełnie nieistotne.

Odwróciłam się, żeby na niego popatrzeć, i zobaczyłam spokój na jego twarzy. Był opanowany, niewzruszony. Jak gdyby moje zainteresowanie nim nie miało żadnego znaczenia. Może był aż tak bardzo pewny siebie, a może zupełnie nie obchodziło go, czy jeszcze kiedyś się zobaczymy. Wolałam tę pierwszą możliwość; druga byłaby problemem. Nie przywykłam do odmowy, do przegrywania. Myśl, że mogłabym zostać odrzucona, nie mieściła mi się w głowie. Nie znałam samej siebie i nie miałam pojęcia, czego chcę, ale wiedziałam, że jestem godna pożądania. Rezonu na pewno mi nie brakowało. Przełknęłam głośno, czując nieznany mi dotąd smak zwątpienia w siebie.

– Wyjdźmy stąd.

Na te słowa Sharp odwrócił głowę. Trzymając ręce w kieszeniach, podszedł do mnie na tyle blisko, że poczułam zapach jego drogiej wody kolońskiej, zapach, który przywiódł mi na myśl jachty i cygara.

– Dokąd?

Popatrzyłam przed siebie, a potem zamknęłam oczy w podmuchach morskiej bryzy i wypuściłam powietrze z płuc.

– Po prostu stąd wyjdźmy.

Rozdział 3

Przeszliśmy cały balkon i daliśmy susa przez barierkę, zeskakując na schody, które zamknięto na czas imprezy. Ten drobny akt buntu wydał mi się idealny w swojej absurdalności. Zdjęłam szpilki i pognaliśmy na dół w tempie Kopciuszka pędzącego do karocy przed północą. Sharp mocno trzymał mnie za rękę, a kiedy zbiegliśmy z ostatniego stopnia, nasze palce splotły się ze sobą. Starałam się unosić sukienkę nad posadzkę, ale jej kosztowny dół był już zniszczony. Nie ulegało wątpliwości, że Versace będzie musiał spotkać się z pracownikiem mojej pralni chemicznej. Wypuszczając materiał z rąk, powiodłam wzrokiem po parkingu zalanym morzem czarnych aut, które stanowiły dowód, że przedstawiciele wyższych klas nie pozwalają sobie na ekstrawagancję. Srebrny rolls-royce ruszył w moją stronę, a odziana w białą rękawiczkę dłoń boya hotelowego otworzyła przede mną drzwiczki.

– Pani Fairmont – powiedział sztywno młody mężczyzna, wyciągając rękę, aby pomóc mi wsiąść.

Poniekąd oczekiwałam, że rozkochany w prostytutkach Brant będzie dotykał mnie w samochodzie, że ukradkiem położy mi rękę na udzie, że w taki czy inny sposób przylgnie ustami do mojego ciała. Ale nic takiego się nie działo. Facet siedział przy mnie zupełnie spokojnie i wyglądał przez okno, wybijając palcami rytm na podłokietniku.

– Do mnie, Mark.

Kierowca mojej rodziny, mężczyzna, który był obecny w moim życiu od ponad dekady, pokiwał głową, nie spoglądając w lusterko wsteczne. Rzadko zdarzało mi się korzystać z jego pomocy. Robiłam to tylko w sytuacjach takich jak ta – kiedy oczekiwano, że sobie wypiję. Mark był wobec mnie lojalny, choć to moja matka podpisywała się na jego czeku. Nie wiem, ile swoich sekretów powierzyli mu moi rodzice, ale moich znał całe mnóstwo. Odwróciłam od niego wzrok i skupiłam się na tajemnicy, która siedziała obok mnie.

Znałam wielu geniuszy. Stanford był nimi wypełniony po brzegi, więc miałam doświadczenie w kontaktach ze wszystkimi ich typami i rodzajami. I większość z nich niczym nie zaskakiwała. Zdarzali się tacy, których genetyka obdarowała intelektem, ale poskąpiła umiejętności społecznych. A także tacy, którzy mimo kompleksów chodzili cali napuszeni i sztucznie pewni siebie, wymiotując okruchami wiedzy, kiedy tylko była okazja. Ostatnia grupa budziła we mnie największy niepokój. Mówię o milczących odludkach, którzy przyglądali się innym przez cały dzień, wyłapując wszystkie szczegóły ich osobowości, aby potem poddać je skrupulatnej analizie. Właśnie taki typ faceta siedział teraz obok mnie w aucie.

Sharp przestał wpatrywać się w okno i przeniósł wzrok na mnie. Przyglądał mi się intensywnie, otwierając każdy zakamarek mojej poranionej psychiki.

– Przestań – powiedziałam, zanim zdążyłam nad sobą zapanować.

Jego usta lekko zadrżały.

– Dlaczego?

– Nie myśl tyle. Twojej głowie na pewno przyda się odpoczynek. – Uśmiechnęłam się.

– Martwisz się tym, co mogłoby się w niej zrodzić?

– Nie.

Tak.

– Dlaczego ze mną wyszłaś? – W jego oczach malowała się czysta ciekawość. Jak gdyby kobieta musiała się tłumaczyć, dlaczego uciekła z miliarderem.

– Uznałam, że zasługujesz na jedną noc, za którą nie będziesz musiał płacić.

Jego oczy się roześmiały.

– Lubię płacić.

– Dlaczego? – Teraz to mnie zżerała ciekawość. Interesowało mnie w tym mężczyźnie absolutnie wszystko Był fascynujący, a jego najciekawszą cechą wydawał mi się brak zainteresowania moją opinią na temat jego działań.

– Bo wtedy jest mniej zamieszania. Mogę dyktować warunki. Nie ma emocji.

– Emocje wzmagają namiętność.

– I ból.

– Ktoś cię skrzywdził?

– Jeszcze nie – powiedział z dziwną emfazą. Teraz popatrzył na mnie tak, jak gdyby trzymał w rękach swoje serce i chciał mi je ofiarować, całkowicie przekonany, że to doprowadzi go do zguby.

W tym momencie pragnienie nagle minęło. Nie chciałam czuć ciężaru, presji oczekiwań. Chciałam tylko przywrócić blask oczom tego mężczyzny.

Samochód zwolnił i zobaczyłam, że mamy przed sobą bramę, która zaczęła się powoli otwierać. Wyciągnęłam rękę i odpięłam Sharpowi pas. Śledził moje ruchy z lekko uniesionymi brwiami.

– Jesteśmy na miejscu.

* * *

Mark wysadził nas przed frontowymi drzwiami. Przekręciłam gałkę i złapałam Branta za rękę, wciągając go do ciemnego domu. Jego ciche kroki podążały za mną, aż znaleźliśmy się na tyłach rezydencji. Wtem rozległ się dyskretny dźwięk szkła sunącego po gumie i ściana w moim pokoju zaczęła się przesuwać. Naszym oczom ukazał się ocean. Stosowałam ten zabieg już wcześniej. Morskie powietrze wnosiło nieco świeżości do dusznego pokoju, zaś widok robił spektakularne wrażenie. Tym razem jednak poczułam się nim zażenowana. Miałam wszakże przy sobie mężczyznę, który kupował pewnie całe wyspy. Odwróciłam się od niego, ukrywając nagłą różowość pliczków, i uniosłam sobie włosy nad kark.

– Rozepnij mi zamek.

Nastąpiła chwila ciszy. Przechyliłam głowę, czekając na ruch przy suwaku mojej sukienki. I w końcu się doczekałam: suwak zaczął powoli opadać, prowadzony ręką Sharpa, za którą podążała druga dłoń. Jego palce przesuwały się po łuku moich pleców, rozpinając sukienkę do samego końca, a gdy wreszcie się zatrzymały, Brant zaczął inaczej oddychać. Kilka chaotycznych wdechów wywołało uśmiech na mojej twarzy. A więc jednak jest człowiekiem. Potem jego dłonie powędrowały ku górze, znacząc gorącą ścieżkę na moich plecach, i zsunęły mi sukienkę z ramion. W samej bieliźnie, odwróciłam się do niego i spojrzałam na jego ubrania z szelmowskim uśmiechem.

– Zdejmij je.

– Ty to zrób. – Było to i wyzwanie, i rozkaz.

Pokręciłam głową.

– Musisz skończyć z nawykiem mówienia kobietom, co mają robić.

Brant zrobił gniewną minę i pociągnął za muszkę pod szyją, a potem zaczął rozpinać guziki koszuli.

– Kiedy ostatnio ktoś mówił ci, co masz robić?

Wzruszyłam ramionami.

– Nie sięgam pamięcią aż tak daleko.

Choć miałam ogromną ochotę patrzeć, jak się rozbiera, odwróciłam się i wyszłam z sukienki, słysząc, jak jego but spada na podłogę z głuchym plaśnięciem. Podeszłam do łóżka i już miałam podnieść kołdrę, kiedy poczułam na sobie ciepło jego dłoni. Drgnęłam, zaskoczona, a wtedy on przyciągnął mnie do swojej twardej klatki piersiowej. Skóra przy skórze, twarde płaszczyzny przy miękkich krągłościach. Nic nie oddzielało jego ciała od mojej…

– Bez bielizny? – wymruczałam. Jego osrebrzona księżycem twarz znajdowała się ledwie kilka centymetrów od mojej.

– Wydawała mi się stratą czasu. – Nie pocałował mnie, choć zadarłam brodę, zachęcając go do bliższego kontaktu. Wśliznął mi za to dłoń pod majtki i chwycił za pośladek.

– To czym w takim razie jest moja bielizna?

– Przyjemnym urozmaiceniem. – Przesunął rękę wyżej i złapał mnie mocno w pasie. Zanim przewrócił nas na łóżko, dostrzegłam błysk uśmiechu na jego twarzy.

Ciała splecione ze sobą w pościeli, splątane nogi. Podciągnęłam się wyżej, ku jego twarzy, i nasze wargi się spotkały. Jego usta były niezdecydowane, ale dłonie stanowcze. Przez chwilę zastanawiałam się, czy całuje prostytutki, zanim się z nimi prześpi. Ale potem pocałunek się pogłębił, a więź między nami umocniła i wyrzuciłam te myśli z głowy.

W pewnej chwili Sharp się odsunął i zaczął z pewnego dystansu gładzić krągłości mojego ciała. Przerwę tę wypełniły delikatne oddechy i rozważania, które doprowadziły do podjęcia decyzji. Zrozumiałam to, kiedy zobaczyłam pytanie w jego oczach.

Nie odpowiedziałam słowami. Przeturlałam się po materacu i spuściłam nogi na dywan, po czym podeszłam do komody, otworzyłam szufladę i włożyłam do niej rękę. Szperałam w swoich stringach i figach, dopóki nie natrafiłam palcami na folijkę, a potem wróciłam z prezerwatywą do łóżka, z uznaniem patrząc na ciało Branta. Leżał na plecach, niczym nieosłonięty. Jego oczy uśmiechnęły się do mnie, a usta wygięły na tyle, że w policzku pojawił się mały zarys dołeczka. Facet nie zrobił absolutnie nic, aby zakryć imponujących rozmiarów organ spoczywający na jego udzie.

Nie spodziewałam się po nim takiej pewności siebie. Myślałam, że maniak komputerowy będzie mniej śmiały, jeśli chodzi o eksponowanie ciała, i bardziej arogancki w kwestii demonstrowania intelektu. A tymczasem Sharp nie przedstawił ani jednego faktu naukowego i nawet raz nie wspomniał o swojej firmie czy pieniądzach. Traktował tę sytuację dokładnie tak samo jak ja: dwoje dorosłych ludzi chce miło spędzić czas.

Wziął prezerwatywę i położył ją na stoliku przy łóżku, a potem z powrotem wyciągnął rękę w moją stronę.

– Jeszcze nie. Chodź tutaj.

Pociągnął mnie na łóżko i przywierając do mnie, złożył pocałunek na moich ustach. Jego ręce najpierw gładziły mnie po ramionach, a potem łagodnie przesunęły się po moim karku i barkach, lekko uciskając skórę. Zamknęłam oczy, wypuszczając z ust westchnienie, i rozluźniona zapadłam się w poduszkę, a on zsunął dłonie jeszcze niżej i delikatnie powiódł nimi po krągłościach moich piersi.

– Jesteś piękna – powiedział ochrypłym szeptem i mocniej przywarł do mojego ciała. – Przepraszam, jeśli zachowuję się… Nie przywykłem do romantyzmu, Layano.

Otworzyłam oczy, przerywając delikatne badanie jego anatomii, które miało się zakończyć sięgnięciem po jego fiuta.

– Nie zależy mi na romantyzmie.

– Myślałem, że każdej kobiecie na nim zależy. – Przewrócił mnie na bok, złapał za pośladki i przyciągnął do siebie. Między naszymi twarzami falowało gorące powietrze.

Patrzyłam mu w oczy tak długo, że w końcu opuścił głowę, by natrzeć na moje usta. To. To interesowało każdą kobietę. Usta, które były głodne i jednocześnie delikatne.

To. Zdecydowany ruch, którym przesunął mnie na skraj łóżka. Dominujące oczy i silne dłonie, które przycisnęły moje ręce do materaca.

To. Moje palce w jego włosach, moje paznokcie zatopione w skórze na jego barkach. Dzikie spazmy, gdy jego język znalazł się między moimi nogami.

To. Nasze ciała w pościeli, jego ręce na moich nadgarstkach. Chwila pierwotnego zjednoczenia, kiedy rozłożył mi nogi, wszedł we mnie mocnym pchnięciem i poruszał się stanowczo, uciszając moje krzyki pocałunkami.

To. Jego ciało wbite w moje, jego ręce przygarniające mnie jeszcze bliżej. Jego kutas w mojej cipce, gdy jęczał moje imię, dochodząc. Jego rozwibrowany oddech przy moich ustach, kiedy mnie przewracał, żeby wykonać ostatnie pchnięcie.

To. To właśnie mnie interesowało. Tego pragnęła nowa wersja mnie. Romantyzm mógł poczekać.

Rozdział 4

– Że niby co zrobiłeś? – Piskliwy głos rozbrzmiał echem w wielkim biurze, odbijając się od antycznych biurek i oprawionych w ramy odznaczeń.

– Jestem dorosły, Jillian. Mam prawo zabawiać się, z kim tylko mi się podoba.

– Ona nie jest lafiryndą z baraku. To szanowana członkini naszego stowarzyszenia. Szanowana i niezwykle inteligentna, choć jej swobodne życie bynajmniej na to nie wskazuje.

– Te słowa świadczą przecież na jej korzyść. Mówisz tak, jak gdybyś wolała, żebym spotkał się z jakąś niewykształconą prostaczką. Gdy wczoraj wracałem od niej do domu, byłem jak naelektryzowany. Później jeszcze pracowałem i rozwiązałem nasze problemy dotyczące odzyskiwania danych. Ta kobieta rozpaliła we mnie żywy ogień.

Jillian wstała, perły na jej szyi lekko zabrzęczały. Można było odnieść wrażenie, że gromy, które ciskała z oczu, odbijają się na powierzchni naszyjnika, parząc jej skórę na dekolcie.

– Ona szuka męża. Nowego nazwiska. Chce dotrzeć na metę wyścigu, do której zmierzają wszystkie debiutantki.

– Ciekawe, że tyle wiesz o jej zamiarach.

– Znasz mnie, Brant. Chodzi mi tylko o twoje dobro. Zaufaj mi, warto to przerwać. Nie potrzebujesz związku i lepiej, żebyś trzymał się od tej kobiety z daleka. Gdy następnym razem będziesz chciał sobie poużywać, daj mi znać. Zadzwonię po obsługę.

Sharp odchylił się do tyłu, opierając stopę na nodze stołu.

– Na pewno zdajesz sobie sprawę, jakie to niedorzeczne, że zamawiasz mi dziwki. Większość kobiet aspirujących do roli matki czy opiekunki promieniałaby ze szczęścia, widząc, że wybieram szanowaną damę.

– Twoja matka podzielałaby moje zdanie. Uwierz mi.

Sharp zmarszczył brwi i wyrzucił coś do kosza na śmieci, a potem znów spojrzał Jillian w oczy.

– Wiesz, czasem zupełnie cię nie rozumiem.

Uśmiechnęła się do niego, ale przez jej twarz przemknął cień smutku.

– Uwierz mi, Brant, to samo mogłabym powiedzieć o tobie.

Rozdział 5

Dalsza część dostępna w wersji pełnej

Spis treści:

Okładka
Karta tytułowa
Prolog
Częsc 1
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
Rozdział 18
Rozdział 19
Rozdział 20
Rozdział 21
Częsc 2
Rozdział 22
Rozdział 23
Rozdział 24
Rozdział 25
Rozdział 26
Rozdział 27
Rozdział 28
Rozdział 29
Rozdział 30
Rozdział 31
Rozdział 32
Rozdział 33
Rozdział 34
Rozdział 35
Rozdział 36
Rozdział 37
Rozdział 38
Rozdział 39
Rozdział 40
Rozdział 41
Rozdział 42
Rozdział 43
Rozdział 44
Rozdział 45
Rozdział 46
Rozdział 47
Rozdział 48
Rozdział 49
Rozdział 50
Rozdział 51
Rozdział 52
Częsc 3
Rozdział 53
Rozdział 54
Rozdział 55
Rozdział 56

Tytuł oryginału:

Black Lies

Redaktorki prowadzące: Ewelina Kapelewska, Ewa Pustelnik

Wydawczyni: Joanna Pawłowska

Redakcja: Anna Płaskoń-Sokołowska

Korekta: Justyna Techmańska

Projekt okładki: Marta Lisowska

Zdjęcie na okładce: © lightfieldstudios / 123rf.com

Copyright © 2014 by Alessandra Torre

Copyright © 2021 for the Polish edition by Niegrzeczne Książki an imprint

of Wydawnictwo Kobiece Łukasz Kierus

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie elektroniczne

Białystok 2021

ISBN 978-83-66967-81-6

Bądź na bieżąco i śledź nasze wydawnictwo na Facebooku:

www.facebook.com/kobiece

Wydawnictwo Kobiece

E-mail: [email protected]

Pełna oferta wydawnictwa jest dostępna na stronie

www.wydawnictwokobiece.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek