Moby Dick - Herman Melville - ebook
Opis

Powieść uznawana za jedno z arcydzieł literatury światowej i klasykę literatury amerykańskiej

„Wszelkie omówienie czy też wprowadzenie do tej powieści musi przypominać próbę zapakowania wieloryba do puszki po sardynkach. Moby Dick to […] epika najwyższych lotów, podejmująca wiele wątków mitologicznych i biblijnych. To utwór metafizyczny, prometejski, nihilistyczny, komiczny, tragiczny, mistyczno-erotyczny, nietzscheański […]”

fragmenty eseju Mikołaja Wiśniewskiego

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 1019

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


ETYMOLOGIA(Dostarczona przez pewnego nieżyjącego już nauczyciela gimnazjalnego, który chorował na suchoty)

Tego wybladłego nauczyciela – o wytrwałym odzieniu, sercu, ciele i umyśle – jeszcze mam przed oczami. Swoje stare leksykony i gramatyki wiecznie odkurzał dziwaczną chustką, przyozdobioną jakby na urągowisko wesołymi flagami wszystkich znanych narodów świata. Uwielbiał odkurzanie swych starych podręczników; czynność ta w jakiś łagodny sposób przypominała mu o jego śmiertelności.

„WHALE – szwedzki i duński  h v a l.  Zwierzę to otrzymało swą nazwę od krągłości czy toczenia się, ponieważ w języku duńskim  h v a l t  oznacza sklepiony, łukowaty”.

Słownik Webstera

„WHALE – pochodzi bezpośrednio od holenderskiego i niemieckiego  w a l l e n;  A.S.  W a l w-i a n,  toczyć się, pławić”.

Słownik Richardsona

– hebrajski

– grecki

CETUS – łaciński

WHOEL – anglo-saksoński

HVALT – duński

WAL – holenderski

HWAL – szwedzki

WHALE – islandzki

WHALE – angielski

BALEINE – francuski

BALLENA – hiszpański

PEKEE-NUEE-NUEE – język fidżi

PEHEE-NUEE-NUEE – język erromangoański

WYJĄTKI(Dostarczone przez pewnego pod-pod-bibliotekarza)

Jak to się okaże, ten prosty a pilny szperacz i mól książkowy, ów pod-pod-bibliotekarz, biedaczysko, musiał najwidoczniej przeszukać wszelkie biblioteki i uliczne stragany z książkami na tym świecie, wychwytując każdą aluzję do wielorybów, jaką mu się udało znaleźć w którejkolwiek z ksiąg, duchownych czy świeckich. Dlatego też nie w każdym wypadku należy uważać zamieszczone bez ładu i składu w niniejszych wyjątkach wzmianki o wielorybach – jakkolwiek autentyczne by były – za prawdziwą ewangelię w sprawach wielorybnictwa. Bynajmniej. W ogólności, co się tyczy przytoczonych tu autorów starożytnych, jak również poetów, to wyjątki z ich prac są wartościowe czy zajmujące tylko o tyle, że pozwalają rzucić okiem z lotu ptaka na to, co tu i ówdzie mówiły, myślały, wyobrażały sobie i śpiewały o Lewiatanie rozliczne narody i pokolenia, włącznie z naszym własnym.

Żegnaj więc, biedaku pod-pod-bibliotekarzu, którego jestem komentatorem. Należysz do owego beznadziejnego, wycieńczonego plemienia ludzi, których nigdy nie rozgrzeje żadne wino tego świata, dla których nawet białe sherry byłoby zbyt mocne i różowe, z którymi jednakże miło jest czasem zasiąść, czując się także biedaczyną, wspólnie ronić łzy i ze zroszonym okiem a pustą szklenicą powiedzieć wprost ze smutkiem, który nie jest całkowicie pozbawiony powabu: – Dajcie temu pokój, pod-pod-bibliotekarze! Im więcej bowiem trudu sobie zadajecie, by przypodobać się światu, tym większa was zawsze spotyka niewdzięczność! Obym mógł opróżnić dla was Hampton Court i Tuileries! Ale przełknijcie łzy i sercem śpieszcie wzwyż, na szczyt masztu, bo oto przyjaciele wasi, którzy wcześniej odeszli, opróżniając już na wasze przybycie siedmiopiętrowe niebiosa, aż uchodzić muszą tak długo rozpieszczani Gabriel, Michał i Rafael. Tutaj trącacie się z sobą tylko okruchami serc – tam czynić to będziecie niekruszącymi się pucharami!

„I oto Bóg uczynił olbrzymie wieloryby”.

Genesis

„Lewiatan szlak za sobą ciągnie połyskliwy.

Rzekłbyś, iż głębina szronem jest pokryta”.

Hiob

„I przysposobił Pan rybę wielką, żeby połknęła Jonasza”.

Jonasz

„Tam mkną korabie; oto ów Lewiatan, którego uczyniłeś, by igrał w morzu”.

Psalmy

„Dnia onego Pan swym wielkim, potężnym a srogim mieczem pokarze Lewiatana, kąśliwego węża, zaiste tego Lewiatana, węża zdradliwego, i pobije smoka, któren w morzu przemieszkuje”.

Izajasz

„A jakakolwiek rzecz znajdzie się w obrębie chaosu paszczy onego potwora, czy będzie to zwierz, łódź, czyli też kamień, nie mieszkając, zniknie w plugawej gardzieli i przepadnie w bezdennej czeluści jego brzuszyska”.

Plutarch, Moralia

„Ocean Indyjski hoduje w sobie wiele najpotężniejszych ryb, jakie istnieją: między innymi zaś wieloryby i płetwale, zwane balaene, takową mają długość jak cztery akry czy morgi gruntu”.

Pliniusz

„Ledwie dwa dni płynęliśmy po morzu, kiedy około wschodu słońca ukazała się sroga ilość wielorybów tudzież innych morskich monstrów. Między wielorybami jeden był niezwykle potwornych rozmiarów. Tenże się do nas z rozwartą zbliżył paszczęką, na wsze strony bałwany wzbijając i toń przed sobą roztrącając, aż się zapieniła”.

Lukianos, Historia prawdziwa

„Odwiedził on tę krainę również i w celu złowienia wielorybów, których kości zębowe wielce są cenne; z nich sztuk kilka przywiózł królowi. Najprzedniejsze wieloryby łowione są w jego własnym kraju; z nich poniektóre sięgają czterdziestu i ośmiu, a inne pięćdziesięciu łokci długości. Oświadczył, iż był jednym z sześciu ludzi, którzy w ciągu dwóch dni upolowali ich sześć dziesiątków”.

Ustna narracja Othera spisana wedle słów jegoprzez króla Alfreda, A.D. 890

„A podczas gdy wszelakie inne przedmioty, czy to zwierzęta, czyli też łodzie, które znajdą się w okropnej czeluści paszczęki owego potwora (wieloryba), przepadają bezzwłocznie i zostają połknięte, kiełb morski chroni się do niej z bezpieczeństwem wielkim i tamże zasypia”.

Montaigne, Apologia Raimonda Sebond

„Zmykajmy, zmykajmy! Niech mnie diabli porwą, jeśli to nie Lewiatan opisany przez szlachetnego proroka Mojżesza w żywocie cierpliwego Hioba”.

Rabelais

„Wątroba tego wieloryba równała się ładunkowi dwóch wozów”.

Stowe, Annały

„Ów Lewiatan olbrzymi, którego mocą kipią morza podobne kotłowi wrzącemu”.

Przekład psalmów przez lorda Bacona

„Co zaś się tyczy onej potwornej masy wieloryba, czyli orki, nic nam pewnego nie wiadomo. Tuczą się one niezmiernie, tak że z jednego wieloryba niewiarygodną ilość oleju wydostać można”.

Bacon, Historia żywota i śmierci

„Olbrot to rzecz najprzedniejsza w świecie na wewnętrzne obrażenia”.

Król Henryk

„Ogromnie wielorybowi podobny”.

Hamlet

„By go chwycić, ni zręczność, ni wymyślna sztuka

Nic tu zdziałać nie mogła, powrócił więc z dala

I tego, kto nikczemnie go zranił, znów szuka,

Ból piersi mu przeszywa, jak ogniem przepala,

Tak mknie ranny wieloryb ku brzegom przez fale”1.

Spenser, Królowa wieszczek

„Niezmierny jako wieloryby, które ruchem swych cielsk ogromnych tak potrafią wśród ciszy spokojnej ocean rozkołysać, że aż wrzeć pocznie”.

Sir William D’Avenant,Przedmowa do Gondiberta

„Słusznie mogą ludzie wątpić, czym jest olbrot, skoro uczony Hosmannus w swym dziele, przez trzy dziesiątki lat pisanym, powiada po prostu:  N e s c i o   q u i d   s i t”.

Sir T. Browne, O olbrocie i olbrotowcu.Vide jegoV. E.(Vulgar Errors)

„Jak Spensera żelazny mąż cepem wzniesionym

Zdruzgotać nas potrafi potężnym ogonem.

[…]

W bokach swych nosi wbite oszczepy błyszczące,

Na grzbiecie włócznie wzrosły jak drzewa na łące”2.

Waller, Bitwa o Summer Islands

„Sztuką utworzon jest ów wielki Lewiatan zwany Wspólnotą albo Państwem (po łacinie: Civitas), który nie jest niczym innym, jak tylko sztucznym człowiekiem”.

Początek LewiatanaHobbesa

„Głupi Manzul połknął to, nie gryząc, jak gdyby było szprotką w paszczęce wieloryba”.

Wędrówka pielgrzyma

„Wielki, groźny Lewiatan, owa morska bestia,

Którą to Bóg obdarzył ze wszystkich dzieł swoich

Największym kształtem pośród stworzeń morskiej głębi”3.

Raj utracony

„Tam Lewiatan, największe z żyjących

Stworzeń, na falach leży rozciągnięty,

Niby przylądek, a gdy płynie, zda się

Ruchomym lądem, skrzelami pochłania

I paszczą zionie całe morze wody”4.

Ibid.

„Owe potężne wieloryby, co pływają w morzu wody, wewnątrz nich zaś pływa całe morze oleju”.

Fuller, Państwo świeckie i duchowne

„Tak właśnie tuż za cyplem jakowymś wytrwale

Żądne zdobyczy leżą wielkie Lewiatany,

Czekają nieruchome, obmyte przez fale,

Aż w ich paszcze zabłądzą rybki pośród piany”5.

Dryden, Annus Mirabilis

„Podczas gdy wieloryb unosi się na wodzie u rufy okrętu, odcinają mu łeb i holują za łodzią tak blisko do brzegu, jak się tylko da; wszelako zawadzi on o dno już na dwunastu czy trzynastu stopach głębokości”.

Thomas Edge, Dziesięć wypraw do Szpicbergu.U Purchassa

„Po drodze ujrzeli siła wielorybów igrających w oceanie i w swawoli rozpylających wodę przez nozdrza i otwory nosowe, które natura umieściła im na barkach”.

Sir T. Herbert, Podróże do Azji i Afryki,Harris Collection

„Ujrzeli tu tak olbrzymie zastępy wielorybów, że zmuszeni byli płynąć z ogromną ostrożnością, z obawy, by okręt nie zderzył się z nimi”.

Schouten, Szósta podróż naokoło świata

„Pożeglowaliśmy z Elby, z wiatrem północno-wschodnim, na pokładzie okrętu, który zwał się «Jonasz w Wielorybie». […]

Poniektórzy powiadają, że wieloryb nie jest zdolen otworzyć swej paszczy, to wszelako jest bajką. […]

Częstokroć na maszty się wdrapują, by się przekonać, czy nie dojrzą wieloryba, jako że pierwszy, który go dostrzeże, dukata za trud swój otrzymuje. […]

Opowiadano mi o pewnym wielorybie upolowanym opodal Wysp Szetlandzkich, który miał w żywocie ponad beczkę śledzi. […]

Jeden z naszych harpunników powiadał mi, że raz upolował na Szpicbergu wieloryba, któren był cały biały”.

Podróż do Grenlandii, A.D. 1671, Harris Collection

„Kilka wielorybów podpłynęło do tego wybrzeża (Fife), anno 1652; jeden z nich miał osiemdziesiąt stóp długości, a należał do gatunku fiszbinowców. Tenże (jako mi doniesiono), krom wielkiej ilości oleju, dostarczył 500 miar fiszbinu. Szczęki jego ustawione są jako brama w ogrodzie w Pitferren”.

Sibbald, Fife i Kinross

„Ja zaś ułożyłem się, że popróbuję, czy potrafię pokonać i ubić onego kaszalota, jako że nigdym jeszcze nie słyszał, by którykolwiek z owego gatunku zginął z ręki człowieczej, takową się zaciekłością i szybkością odznaczają”.

Richard Strafford, List z Bermudów, A.D. 1668

„Wieloryby na morzu Głosu Boga słuchają”.

Nowy Modlitewnik Angielski

„Widzieliśmy również obfitość ogromnych wielorybów, gdyż, rzec mogę, po stokroć jest ich więcej w owych południowych morzach, niźli ich mamy na północ od siebie”.

Kapitan Cowley, Podróż naokoło globu, A.D. 1729

„[…] zaś oddechowi wieloryba częstokroć towarzyszy woń tak nieznośna, że pomieszania zmysłów doznać można”.

Ulloa, Ameryka Południowa

„Stu najmężniejszym Sylfom w zbrojach i przyłbicy

Ważną straż powierzamy, straż mówię spódnicy;

Niejeden nas poucza przypadek zbyt srogi,

Że choć je wielorybie otaczają rogi,

Choć je bronią falbany najmocniej przyszyte,

Przecież niestety! szturmem bywają dobyte”6.

A. Pope, Pukiel włosów ucięty

„Jeśli zwierzęta lądowe porównamy pod względem wielkości z owymi, które siedlisko swoje w głębinach obrały, wydadzą nam się one przy tym porównaniu zgoła pogardy godne. Wieloryb jest bez wątpienia największym zwierzem w Stworzeniu”.

Goldsmith, Historia naturalna

„Gdybyście mieli pisać bajkę dla małych rybek, kazalibyście im przemawiać jako dużym wielorybom”.

Goldsmith do Johnsona

„Po południu ujrzeliśmy coś, co wzięliśmy za skałę; okazało się wszelako, iż był to nieżywy wieloryb, którego ubili jakowiś Azjaci i właśnie holowali go do brzegu. Znać było, że usiłowali ukryć się za owym wielorybem, aby uniknąć naszego wzroku”.

Cook, Podróże

„Rzadko ośmielają się napadać na większe wieloryby. Odczuwają przed niektórymi z nich lęk tak srogi, że kiedy na morze wypłyną, obawiają się nawet wspominać ich imienia, a w łodziach wiozą gnój, wapień, drzewo jałowca tudzież inne przedmioty podobnej natury, aby wieloryby przestraszyć i w ten sposób zapobiec, by się zbytnio nie zbliżyły”.

Listy Uno van Troiza na temat podróży Banksai Solandera do Islandii w roku 1772

„Wieloryb kaszalot napotykany przez nantucketańczyków jest zwierzem wielce obrotnym i zaciekłym, a łowy wielkiej od rybaków zręczności i śmiałości wymagają”.

Memoriał o wielorybach wystosowany przez Thomasa Jeffersona do ministerstwa francuskiego w roku 1778

„Powiedzcie więc, proszę, co jest na świecie temu równe?”

Wzmianka Edmunda Burke’a w Parlamencieo nantucketańskich połowach wielorybów

„Hiszpania – ów olbrzymi wieloryb wyrzucony na brzegi Europy”.

Gdzieś u Edmunda Burke’a

„Dziesiąte źródło ordynaryjnych dochodów królewskich, oparte podobno na tym, iż król czuwa nad morzami i strzeże ich od piratów i rozbójników, to prawo do RYBY KRÓLEWSKIEJ, którą jest wieloryb i jesiotr. Owe zaś, czy na brzeg wyrzucone, czyli też pochwycone w pobliżu wybrzeży, własność królewską stanowią”.

Blackstone

„Wkrótce wezmą już udział w śmiertelnych zabawach,

Rodmond wznosi żelazo, mierzy ostrym grotem,

Bada przestrzeń i czuwa nad najmniejszym zwrotem”7.

Falconer, Rozbicie okrętu

„Lśniły kopuły, dachy, wieże,

Chyże rakiety się wzbijały,

By iskry swe zawiesić szerzej;

Łuk nieba ogniem świecił cały.

Tak leciał ogień aż pod chmurę,

Jak czasem w środku oceanu

Wieloryb wodę wzbija w górę.

Kipiała radość niewstrzymana”.

Cowper, Odwiedziny Królowej w Londynie

„Za jednym uderzeniem serca wyrzuca on zeń z niepomierną szybkością do piętnastu galonów krwi”.

Sprawozdanie Johna Huntera o sekcjiwieloryba (małych rozmiarów)

„Aorta wieloryba ma przekrój większy od głównej rury wodociągowej na Moście Londyńskim, a woda hucząca w czasie przelotu tą rurą ma mniejszy impet i szybkość od krwi chlustającej z serca wieloryba”.

Paley, Teologia naturalna

„Wieloryb to zwierzę ssące, pozbawione tylnych kończyn”.

Baron Cuvier

„Na 40. stopniu na południe ujrzeliśmy kaszaloty, lecz nie upolowaliśmy żadnego przed pierwszym maja, kiedy to całe morze było nimi pokryte”.

Wyprawa Colnetta mająca na celurozszerzenie połowów kaszalotów

„W płynnym, wolnym żywiole pod mymi stopami

Płynęły, nurkowały najróżniejsze ryby,

To w pogoni, to w bojach, to w igraszkach znowu.

Kształtów ich i kolorów język nie wypowie,

A marynarz nie widział i nigdy nie ujrzy:

Lewiatany straszliwe i małe stworzonka,

Których armie rozliczne każda fala niesie,

Zbite w ławice wielkie jak chmury szerokie

I wyspom pływającym na wodzie podobne.

Poprzez owe pustynne, bezdrożne przestrzenie

Instynkt wiedzie je tylko, chociaż z każdej strony

Grożą im strasznych wrogów żarłoczne napaście:

Wielorybów, rekinów i potworów dziwnych,

Z czołem zbrojnym lub szczęką, która mieczem błyska,

Piłą straszy, kłem grozi, rogiem śmierć rozdziela”8.

Montgomery, Świat przed Potopem

„Hej, opiewajcie hymnami

Króla ludu z płetwami.

W Atlantyku do tej pory

Nie pływał większy wieloryb;

Czyż rybę tłustszą ktoś może

Napotkać w polarnym morzu”.

Charles Lamb, Triumf wieloryba

„W roku 1690 kilka osób zebrało się na wysokim wzgórzu, obserwując wieloryby wyrzucające fontanny wody oraz igrające ze sobą. Natenczas ktoś zauważył: «Tam właśnie – i wskazał na morze – leży zielone pastwisko, na które kiedyś wnuki naszych dzieci udawać się będą za chlebem»”.

Obed Macy, Historia Nantucket

„Zbudowałem dla Zuzanny i dla siebie chatkę, a wejście do niej uczyniłem w kształcie gotyckiego łuku, ustawiwszy szczękę wieloryba”.

Hawthorne, Bajki po dwakroć opowiedziane

„Przybyła, by zamówić pomnik dla swego pierwszego umiłowanego, którego wieloryb zabił na Oceanie Spokojnym nie mniej niż czterdzieści lat temu”.

Ibid.

„Nie, panie, to wieloryb – odparł Tom. – Widziałem, jak trysnął parą wodną; wyrzucił z siebie dwie tak piękne tęcze, jakie sobie tylko wymarzyć można. Prawdziwa z niego kadź tłuszczu!”

Cooper, Pilot

„Przyniesiono dzienniki i w «Gazecie Berlińskiej» wyczytaliśmy, że tam wprowadzono już na scenę wieloryby”.

Eckermann, Rozmowy z Goethem

„Na Boga! Panie Chace, co się to stało?

– Odpowiedziałem: – Rozbił nas wieloryb”.

Relacja o katastrofie statku wielorybniczego „Essex”z Nantucket, który został zaatakowany i ostatecznie zniszczonyprzez wielkiego kaszalota na Oceanie Spokojnym.Spisał Owen Chace z Nantucket, pierwszy oficerrzeczonego statku. New York, 1821

„Nocą marynarz w olinowaniu czuwał,

Wiatr rozhulany grał;

Księżyc to błyszczał, to mgłą się zasnuwał,

Wieloryb fosfor za sobą roziskrzył,

Gdy ciemnym morzem rwał”9.

Elizabeth Oakes Smith

„Długość lin wyciągniętych z różnych łodzi, biorących udział w upolowaniu tego jednego wieloryba, wyniosła ogółem 10 440 jardów, czyli około sześciu mil angielskich. […]

Czasami wieloryb trzepnie w powietrzu swym potężnym ogonem, a odgłos, podobny do strzelenia z bicza, rozlega się na odległość trzech do czterech mil”.

Scoresby

„Oszalały z męki, którą cierpi od ponawianych ataków, rozwścieczony kaszalot przewala się z boku na bok; podrywa swój olbrzymi łeb i kłapie szeroko rozwartymi szczękami na wszystko, co jest w pobliżu. Rzuca się łbem naprzód na łodzie; te – pędzone przed nim z ogromną szybkością – czasami całkowitemu ulegają zniszczeniu.

Jest rzeczą wielce zdumiewającą, że rozpatrzenie zwyczajów zwierzęcia tak interesującego, a z handlowego punktu widzenia tak ważnego (jak kaszalot) mogło być do tego stopnia zaniedbane czy też wzbudziło tak niewielkie zaciekawienie wśród licznych obserwatorów, między którymi wielu było kompetentnych, a którzy w ostatnich latach musieli mieć najliczniejsze i najdogodniejsze okazje przyjrzenia się jego obyczajom’’.

Tomasz Beale,Historia kaszalota, 1839

„Kaszalot (olbrotowiec) nie tylko jest lepiej uzbrojony od wieloryba właściwego (wal grenlandzki albo właściwy) dzięki temu, że ma potężną broń na obu końcach swego ciała, ale także częściej wykazuje skłonność do zaczepnego użycia owej broni, i to w sposób zarazem tak przebiegły, śmiały i złośliwy, iż musi się go uznać za najniebezpieczniejszego do zaatakowania ze wszystkich znanych odmian wielorybiego plemienia”.

Fryderyk Debell Bennett, Wyprawa wielorybniczanaokoło świata, 1840

„13 października. Ze szczytu masztu zakrzyknięto:

– Tam, tam dmucha!

– Gdzie? – zapytał kapitan.

– Trzy rumby po zawietrznej, panie kapitanie.

– Skręcić ster! Spokojnie!

– Tak jest.

– Hej tam, na górze! Widzisz teraz tego wieloryba?

– Tak jest! Cała chmara kaszalotów! O, tam dmucha! Tam wyskoczył!

– Krzycz! Krzycz za każdym razem!

– Tak jest! Dmucha! Znowu – znowu – znowu dmucha, dmuuuuucha!

– Jak daleko?

– Dwie i pół mili!

– Do pioruna! Tak blisko! Wszyscy na pokład!”

J. Ross Browne, Szkice z wyprawywielorybniczej, 1846

„Statek wielorybniczy «Glob», na którego pokładzie rozegrały się te straszliwe wydarzenia, które mamy opowiedzieć, należał do wyspy Nantucket”.

Relacja pozostałych przy życiu Laya i Husseyao buncie na „Globie”, A.D. 1828

„Ścigany niegdyś przez wieloryba, którego był zranił, przez czas jakiś odpierał napaść lancą, jednakże rozwścieczona bestia rzuciła się wreszcie na łódź, a on sam uratował się wraz z towarzyszami jedynie dzięki temu, że wskoczyli do wody, ujrzawszy, że atak jest już nieuchronny”.

Tyerman i Bennett, Dziennik misjonarza

„Samo Nantucket – powiedział pan Webster – stanowi wielce osobliwą i godną uwagi cząstkę dochodu narodowego. Ma ono ludność składającą się z ośmiu do dziewięciu tysięcy osób, które żyją tam w morzu, co roku znacznie pomnażając bogactwo narodowe dzięki rzemiosłu wymagającemu największej śmiałości i siły wytrwania”.

Sprawozdanie z mowy Daniela Websterana temat petycji w sprawie wybudowaniafalochronu w Nantucket, wygłoszonej w senacieStanów Zjednoczonych, 1828

„Wieloryb runął wprost na niego i prawdopodobnie zabił go na miejscu”.

Wieloryb i jego łowcy, czyli przygody wielorybnikaoraz życiorys wieloryba, zebrane w czasie rejsupowrotnego „Komodora Preble”przez wielebnego Henry’ego T. Cheevera

„Jeśli uczynisz najmniejszy choćby hałas – odparł Samuel – wyprawię cię do piekła”.

Żywot Samuela Comstocka (buntownika) przez jegobrata, Williama Comstocka. Inna wersja relacjio statku wielorybniczym „Glob”

„Wyprawy Holendrów i Francuzów na Ocean Północny, zmierzające do odkrycia, o ile to możliwe, drogi przezeń do Indii, minęły się wprawdzie ze swym głównym celem, jednakże ujawniły siedliska wielorybów”.

McCulloch, Słownik handlowy

„Rzeczy te mają swoją odwrotną stronę; piłka odbija się tylko po to, by znowu skoczyć naprzód: albowiem teraz, przez wykrycie owych siedlisk wielorybich, wielorybnicy, zdaje się, natrafili pośrednio na nowy trop owego tajemniczego szlaku z północy na zachód”.

Z czegoś niepublikowanego

„Nie sposób napotkać na oceanie statek wielorybniczy i nie uznać, iż z bliska przedstawia on uderzający widok. Statek taki, płynący pod skróconymi żaglami, z wystawionymi na masztach czatami, które pilnie śledzą szeroką przestrzeń wokół siebie, wygląda zgoła inaczej niż statki odbywające regularną podróż”.

Prądy i wielorybnictwo, U.S. Ex. Ex.(The United States Exploring Expedition)

„Wędrowcy, którzy znaleźli się w okolicach Londynu oraz w innych miejscach, przypominają sobie zapewne, iż widzieli duże, zakrzywione kości wbite w ziemię, celem utworzenia łuków lub bram, albo też wejść do altan. Mówiono im, iż są to kości wielorybów”.

Opowiadania z podróży wielorybniczejna Ocean Arktyczny

„Dopiero gdy łodzie powróciły z pogoni za owymi wielorybami, biali spostrzegli, że okręt ich opanowany został krwawo przez krajowców, którzy zaciągnęli się do załogi”.

Sprawozdanie dziennikarskie o opanowaniui odbiciu statku wielorybniczego „Hobomack”

„Na ogół jest dobrze wiadomo, że spośród załóg statków wielorybniczych (amerykańskich) niewiele tylko ludzi powraca na pokładzie tego samego żaglowca, na którym odpłynęli”.

Podróż na statku wielorybniczym

„Nagle potężna masa wynurzyła się z wody i wystrzeliła pionowo w powietrze. Był to wieloryb”.

Miriam Coffin, czyli Łowca wielorybów

„Wielorybowi wbija się harpun, bez wątpienia. Ale zastanówcie się tylko, w jaki sposób moglibyście powodować krzepkim, nieokiełznanym źrebcem, mając, jako jedyny po temu środek, linkę uwiązaną do nasady jego ogona”.

Rozdział o wielorybnictwie w Ribs and Trucks

„Pewnego razu ujrzałem dwa z owych potworów (wielorybów), prawdopodobnie samca i samicę, płynące z wolna, jeden za drugim, bliżej niż o rzut kamieniem od brzegu (Terra del Fuego), nad którym buk rozpostarł swe konary”.

Darwin, Podróż naturalisty

„Wszyscy na rufę! – wykrzyknął oficer, kiedy obróciwszy się, ujrzał tuż koło dziobu łodzi rozwarte szczęki potężnego kaszalota, zagrażające szalupie natychmiastowym zniszczeniem. – Wszyscy na rufę, jeśli wam życie miłe!”

Wharton, Łowca wielorybów

„Wesoło, moi chłopcy, pewnie, celnie, śmiało

Rzucajcie harpun ostry w wieloryba ciało!”10

Pieśń nantucketańska

„Wieloryb złowrogi w sztorm i wiatr srogi

W morskiej ojczyźnie będzie panem,

Gdzie siła przed prawem ma rządy krwawe –

Król nad bezkresnym oceanem”10.

Pieśń o wielorybie

Rozdział IMIRAŻE

Imię moje: Izmael. Przed kilku laty – mniejsza o ścisłość jak dawno temu – mając niewiele czy też nie mając wcale pieniędzy w sakiewce, a nie widząc nic szczególnego, co by mnie interesowało na lądzie, pomyślałem sobie, że pożegluję nieco po morzach i obejrzę wodną część świata. Taki mam właśnie sposób odpędzania splinu i regulowania krwiobiegu. Gdy tylko stwierdzę, że usta wykrzywiają mi się ponuro, gdy tylko do duszy mej zawita wilgotny, dżdżysty listopad, gdy złapię się na tym, że mimowolnie przystaję przed składami trumien albo podążam za każdym napotkanym pogrzebem, a w szczególności, gdy moja hipochondria tak mnie opanuje, iż potrzeba mi silnych zasad moralnych, by się powstrzymać od rozmyślnego wyjścia na ulicę i metodycznego strącania ludziom z głów kapeluszy – wtedy uznaję, że już wielki czas udać się na morze jak najrychlej. To jest moja namiastka pistoletu i kuli. Katon z filozoficzną oracją rzuca się na ostrze swego miecza; ja spokojnie siadam na okręt. Nie ma w tym nic zdumiewającego. Gdyby tylko zdawano sobie z tego sprawę, okazałoby się, że niemal wszyscy ludzie, każdy na swój sposób, w takiej czy innej chwili, żywią wobec oceanu niemal te same co ja uczucia.

Oto macie wyspiarski gród manhattańczyków, opasany przystaniami jak indyjskie wyspy rafami koralowymi. Otaczają go zewsząd spienione nurty handlu. Z prawej i lewej strony ulice wiodą was ku wodzie. Najdalszym skrajem miasta jest plac Battery, kędy wspaniałe molo obmywają fale i chłodzą bryzy, które jeszcze kilka godzin temu nie widziały lądu. Spójrzcie na tłumy wpatrzone tam w wodę.

Powędrujcie wokół miasta w zadumane niedzielne popołudnie. Przejdźcie od Corlears Hook do Coenties Slip, a stamtąd przez Whitehall ku północy. Cóż ujrzycie? Rozstawieni wokoło całego miasta jak milczące szyldwachy, tkwią tysiącami i tysiącami śmiertelnicy zatopieni w oceanicznych marzeniach. Jedni wsparli się o pale, drudzy zasiedli na skrajach pomostów, ci wyglądają przez burty statków przybyłych z Chin, inni wdrapali się wysoko na olinowanie, jak gdyby usiłując zyskać jeszcze lepszy widok na morze. Ale przecie to wszystko ludzie lądu, w powszedni dzień uwięzieni wśród desek i tynku – przywiązani do kontuarów, przygwożdżeni do ław, przytwierdzeni do biurek. Jakże więc to się dzieje? Czyżby zniknęły łany zielone? Co oni tu robią?

Lecz patrzcie! Oto napływają nowe tłumy, zmierzając wprost ku wodzie, najwyraźniej gotując się do nurkowania. Dziwne! Nie zadowoli ich nic prócz najdalszego skraju lądu. Nie wystarczy im wałęsanie się w cienistym zaciszu magazynów. Nie. Muszą przedostać się tak blisko wody, jak to tylko możliwe bez wpadnięcia do niej. I tam oto stoją – milami całymi, długimi milami. Wszystko to ludzie lądu; przybywają z uliczek i zaułków, ulic i alej – z północy, wschodu, południa i zachodu. A przecie tu jednoczą się wszyscy. Powiedzcie mi, czyżby przyciągała ich tutaj magnetyczna siła iglic kompasów wszystkich tych okrętów?

Albo znowu: jesteście, powiedzmy, na wsi, w jakiejś wyżynnej krainie jezior. Pójdźcie którąkolwiek ścieżką, jaka wam się spodoba, a stawiam dziesięć przeciw jednemu, że zaprowadzi was ona w dolinę i pozostawi nad utworzonym przez strumień jeziorkiem. Są w tym jakieś czary. Pozwólcie najbardziej roztargnionemu z ludzi pogrążyć się w głębokiej zadumie – postawcie go na nogi, wprawcie jego stopy w ruch, a niechybnie zaprowadzi was do wody, jeśli w tej okolicy wodę znaleźć można. Gdybyście kiedykolwiek cierpieli z pragnienia na wielkiej amerykańskiej pustyni, popróbujcie tego eksperymentu, o ile tak się zdarzy, że karawana wasza wyposażona będzie w wyznawcę metafizyki. Tak, wszystkim to wiadomo, że medytacja i woda poślubione są sobie na zawsze.

A oto artysta. Pragnie on namalować wam najbardziej rozmarzony, najbardziej cienisty, najspokojniejszy i najczarowniejszy pejzaż romantyczny w całej dolinie Saco. Cóż będzie głównym elementem tego dzieła? Tu stoją drzewa, każde o pniu wydrążonym, jak gdyby wewnątrz siedział pustelnik z krucyfiksem; tam drzemie łąka, ówdzie śpi bydło, a z tamtej chaty wznosi się sennie dym. W głąb odległych borów wije się kręta ścieżyna, zmierzając w stronę spiętrzonych ostróg szczytów skalnych o zboczach skąpanych w modrości. Lecz choć widzimy obraz tak urzekający, choć drzewo otrząsa na głowę pasterza swe westchnienia jak liście, wszystko to byłoby daremne, gdyby jego oczy nie były utkwione w czarodziejskim strumieniu, który ma przed sobą. Odwiedźcie w czerwcu prerie, gdzie dziesiątkami mil brodzi się po kolana wśród lilii – jakiegoż jedynego uroku tu brak? Wody – nie ma tu ani kropli wody! Gdyby Niagara była jedynie kataraktą piasku, czyż przebywalibyście tysiąc mil, by ją zobaczyć? Czemuż to ów ubogi poeta z Tennessee, otrzymawszy nagle dwie garście srebra, deliberował, czy kupić sobie płaszcz, tak srodze mu potrzebny, czy też obrócić te pieniądze na pieszą wędrówkę do Rockaway Beach? Dlaczego niemal każdy krzepki, zdrowy chłopak o krzepkiej i zdrowej duszy wcześniej czy później dostaje bzika, żeby wyruszyć na morze? Z jakiejże to przyczyny wy sami, w czasie waszej pierwszej morskiej podróży, odczuliście tak tajemnicze drżenie, gdy oznajmiono wam po raz pierwszy, że wy i okręt wasz straciliście już ląd z oczu? Czemuż to starożytni Persowie uważali morze za świętość? Czemu Grecy przydali mu osobne bóstwo, i to brata samego Jowisza? To wszystko z pewnością nie jest pozbawione znaczenia. A głębsze jeszcze znaczenie ma historia Narcyza, który nie mogąc pochwycić dręczącego, zwiewnego obrazu, dostrzeżonego w źródle, skoczył w nie i utonął. Ale my sami widzimy tenże obraz we wszystkich rzekach i oceanach. Jest to obraz nieuchwytnego zwidu życia – i to jest klucz do wszystkiego.

Kiedy jednakże powiadam, że mam zwyczaj wyruszać na morze, gdy tylko oczy ćmić mi się zaczną, a płuca ciążyć – nie należy stąd wnioskować, że kiedykolwiek udaję się na taką wyprawę jako pasażer. Albowiem na to, aby być pasażerem, potrzeba koniecznie sakiewki, a sakiewka jest tylko łachmanem, jeżeli nic się w niej nie ma. Prócz tego pasażerowie cierpią na morską chorobę, stają się swarliwi, nie śpią po nocach – na ogół nie spędzają czasu zbyt przyjemnie. Nie – nie pływam nigdy jako pasażer ani też, mimo że jestem po trosze człowiekiem morza, nie wyruszam nigdy na nie jako komodor czy jako kapitan, czy jako kucharz. Pozostawiam chwałę i znakomitość takich stanowisk tym, którzy to lubią. Jeżeli o mnie idzie, mam odrazę do wszelkich zaszczytnych i szacownych trudów, znojów i udręczeń jakiegokolwiek rodzaju. Wszystko, na co się zdobyć mogę, to dbałość o samego siebie, bez doglądania okrętów, barek, brygów, szkunerów i czego tam jeszcze. Co zaś się tyczy wyruszenia w charakterze kucharza – acz przyznaję, iż znaczna jest w tym chwała, jako że kucharz to na pokładzie statku ktoś w rodzaju oficera – jednak nigdy nie odczuwałem upodobania do przypiekania drobiu; choć gdy jest on już upieczony, należycie omaszczony, roztropnie osolony i posypany pieprzem, nie znajdzie się nikt, kto by wyrażał się o nim z większym ode mnie respektem, a nawet rewerencją. Toć właśnie dzięki bałwochwalczemu uwielbieniu, jakie żywili starożytni Egipcjanie dla pieczonego ibisa i smażonego hipopotama, oglądacie mumie tych stworzeń w owych olbrzymich piekarniach – piramidach.

Nie, kiedy wyruszam na morze, to tylko jako prosty majtek, którego miejsce jest na dziobie okrętu, pod pokładem forkasztelu albo też wysoko w górze, na szczycie stengi masztowej. Co prawda, posyłają mnie to tu, to tam, każą skakać z rei na reję jak konikowi polnemu po majowej łące i zrazu rzeczy tego rodzaju są dosyć nieprzyjemne. Obraża to poczucie naszej godności, zwłaszcza jeśli się pochodzi z rodu z dawna osiadłego w kraju, jak van Rensselaerowie, Randolphowie czy też Hardicanute’owie. A już szczególnie jeżeli przed zabraniem się do morskiego rzemiosła sprawowało się rządy w charakterze wiejskiego nauczyciela, przed którym drżały najroślejsze chłopaki. Zapewniam was, że przeskok z nauczyciela na majtka jest gwałtowny i wymaga silnej mieszanki Seneki i stoików, by móc znosić wszystko z uśmiechem. Ale nawet to uczucie przytępia się z czasem.

Cóż stąd, że jakiś stary kutwa, szyper, rozkaże mi wziąć miotłę i zamieść pokłady? Cóż znaczy podobna zniewaga, jeśli się ją, powiedzmy, odważy na szali Nowego Testamentu? Czyż sądzicie, że archanioł Gabriel będzie miał o mnie gorsze mniemanie dlatego, że pośpiesznie i z uszanowaniem usłucham owego starego kutwy w tym właśnie przypadku? A któż nie jest niewolnikiem? Powiedzcie tylko. Zatem więc, jakkolwiekby się starzy szyprowie mną wysługiwali, jakkolwiekby mnie szturchali i potrącali, znajduję satysfakcję w świadomości, że jest to zupełnie w porządku, że każdy w ten czy ów sposób służył w bardzo podobnych warunkach – to znaczy albo z punktu widzenia fizycznego, albo metafizycznego; tak więc owym powszechnym szturchańcem obdzielani są wszyscy, przeto każdy winien klepnąć drugiego po plecach i być zadowolonym.

Zawsze, powtarzam, wyruszam na morze jako marynarz, uparto się bowiem, żeby mi płacić za mój trud, podczas gdy – o ile słyszałem – pasażerom nigdy nie płaci się ani szeląga. Wprost przeciwnie, właśnie pasażerowie muszą płacić. Istnieje zaś olbrzymia różnica między płaceniem a otrzymywaniem zapłaty. Akt płacenia jest może najdotkliwszym dopustem, jaki na nas ściągnęło owych dwoje złodziei z rajskiego ogrodu. Ale być opłacanym – cóż się może temu równać? Wytworna gorliwość, z jaką człowiek przyjmuje pieniądze, jest doprawdy zdumiewająca, zważywszy, iż tak żarliwie wierzymy, że pieniądze są źródłem wszelkiego doczesnego zła i że bogacz żadną miarą nie może dostać się do nieba. Ach, jakże ochoczo skazujemy się sami na potępienie!

I wreszcie wyruszam na morze zawsze jako majtek z uwagi na zbawienny dla zdrowia ruch i czyste powietrze na pokładzie forkasztelu. A ponieważ na tym świecie wiatry wiejące od przodu znacznie przeważają nad wiatrami od rufy (to znaczy, o ile się nigdy nie pogwałci zasady pitagorejskiej), w większości wypadków płuca komodora stojącego na mostku kapitańskim otrzymują powietrze z drugiej ręki – od majtków na forkasztelu. Jemu się zdaje, że pierwszy nim oddycha; tak jednakże nie jest. W bardzo podobny sposób pospólstwo kieruje swymi przywódcami w wielu innych sprawach, i to wtedy właśnie, gdy ci przywódcy bynajmniej tego nie podejrzewają. Ale jaka była po temu przyczyna, że wielokrotnie już pokosztowawszy morza jako marynarz na statku handlowym, teraz właśnie nabiłem sobie głowę, żeby wyruszyć na wyprawę wielorybniczą – na to lepiej, niż ktokolwiek inny, odpowiedzieć może ów niewidzialny policjant Losu, który sprawuje nade mną stały nadzór, potajemnie mnie śledzi i wpływa na mnie w jakiś sposób niepojęty. I bez wątpienia moje wyruszenie na tę wyprawę stanowiło część owego wielkiego programu Opatrzności, który został nakreślony już dawno temu. Przyszło to jako coś w rodzaju krótkiego interludium i solo między bardziej doniosłymi występami. Przypuszczam, że ta część programu musiała wyglądać mniej więcej tak:

WIELKA WALKA WYBORCZA

O FOTEL PREZYDENTA STANÓW ZJEDNOCZONYCH

WYPRAWA WIELORYBNICZA NIEJAKIEGO IZMAELA

KRWAWA BITWA W AFGANISTANIE

Choć nie potrafię powiedzieć, dlaczego właściwie tak się stało, że owi reżyserowie, Losy, przeznaczyli mi tę lichą rólkę w wyprawie wielorybniczej, podczas gdy inni otrzymują wspaniałe role w wykwintnych komediach lub też wesołe role w farsach – choć nie potrafię powiedzieć, dlaczego właściwie tak się stało, przecie teraz, kiedy wspominam wszystkie okoliczności, sądzę, że przejrzałem po trosze sprężyny i pobudki, które, przebiegle mi podsunięte pod różnymi postaciami, nie tylko skłoniły mnie do odegrania tej roli, ale jeszcze wypieściły we mnie złudzenie, że wynikło to z mojej własnej nieprzymuszonej woli i bystrego rozeznania.

Główną z tych pobudek była przemożna myśl o samym olbrzymim wielorybie. Tak złowieszczy i tajemniczy potwór pobudził całą moją ciekawość. Następnie owe dzikie i dalekie morza, w których przetaczał on swe cielsko wyspie podobne; nieopisane, nienazwane niebezpieczeństwa, jakimi zagrażał, one to właśnie wraz ze wszystkimi towarzyszącymi im cudami tysiąca patagońskich widoków i odgłosów przyczyniły się do tego, żem uległ swojemu pragnieniu. Może dla innych ludzi rzeczy tego rodzaju nie stanowiłyby zachęty, ale jeśli o mnie idzie, to trapiony jestem wiecznotrwałą tęsknotą za tym, co dalekie. Lubię żeglować po zakazanych morzach i lądować u dzikich wybrzeży. Nie lekceważąc sobie tego, co dobre, umiem szybko dostrzec wszelką okropność, a jednak współżyć z nią – jeśli mi tylko na to pozwolą – jako że dobrze jest być na przyjaznej stopie ze wszystkimi mieszkańcami miejsca, w którym się przebywa.

Z tych to powodów cieszyłem się na wyprawę wielorybniczą; olbrzymie śluzy świata cudów rozwarły się przede mną, a pośród fantastycznych wyobrażeń, które skłoniły mnie do powzięcia tego zamiaru, dwa, właśnie dwa zapadły mi w głąb duszy: nieskończone zastępy wielorybów, a w samym ich środku jedno ogromne, zakapturzone widmo, podobne do śnieżnej góry wznoszącej się w powietrzu.

Rozdział IISAKWA PODRÓŻNA

Wsadziłem jedną czy dwie koszule do mej starej sakwy podróżnej, wetknąłem ją sobie pod pachę i ruszyłem w drogę na przylądek Horn i Pacyfik. Opuściwszy poczciwy, stary Manhattan, przybyłem jak się należy do Nowego Bedfordu. Działo się to w sobotnią grudniową noc. Wielkiego doznałem zawodu; kiedy się dowiedziałem, że mały statek pocztowy odpłynął już do Nantucket i że nie nadarzy się żadna sposobność dotarcia do owego miejsca przed następnym poniedziałkiem.

Ponieważ większość młodych kandydatów do trudów i utrapień wielorybniczego żywota zatrzymuje się w tymże Nowym Bedfordzie, aby stąd wyruszyć w podróż morską, należy nadmienić, że ja przynajmniej nie miałem zamiaru tak postąpić. Postanowiłem bowiem nie wypływać na żadnym statku, który by nie pochodził z Nantucket; coś świetnego i szumnego we wszystkim, co się wiązało z ową sławną, starą wyspą, pociągało mnie w zdumiewający sposób. Poza tym, mimo że Nowy Bedford w ostatnich czasach stopniowo zyskiwał wyłączność w rzemiośle wielorybniczym i mimo że w tej dziedzinie biedne, stare Nantucket pozostało już teraz mocno w tyle, było ono jednak niegdyś wielkim zaczątkiem Nowego Bedfordu – Tyrem tej Kartaginy – miejscem, w którym wyciągnięto na brzeg pierwszego ubitego amerykańskiego wieloryba. Skądże, jeśli nie z Nantucket, robili na swych czółnach pierwsze wypady w pogoni za Lewiatanem owi czerwonoskórzy, tubylczy wielorybnicy? A skąd, jeśli nie również z Nantucket, wyruszyła ta pierwsza mała, awanturnicza łódź, częściowo załadowana sprowadzonymi tu z lądu kamieniami, przeznaczonymi – jak powiadają – do miotania w wieloryby, ażeby sprawdzić, czy są już dość blisko, by łowcy mogli zaryzykować cios harpunem z bukszprytu?

Ponieważ miałem przed sobą noc, dzień i jeszcze jedną noc w Nowym Bedfordzie, przed odpłynięciem do mego portu przeznaczenia, wynikło kłopotliwe zagadnienie, gdzie mam jeść i spać w tym czasie. Noc nie budziła ufności, była zaiste wielce ciemna i ponura, przejmująco zimna i posępna. W mieście nie znałem nikogo. Niespokojnymi pazurami wysondowałem własną kieszeń i dobyłem z niej ledwie kilka sztuk srebra. „A więc dokądkolwiek się udasz, Izmaelu – powiedziałem do siebie, stojąc tak pośrodku posępnej ulicy z sakwą na barkach i porównując mrok w północnej stronie z ciemnościami od południa – gdziekolwiek w swej mądrości postanowisz spędzić noc, mój drogi Izmaelu, nie omieszkaj zapytać o cenę i nie bądź zbytnio wybredny”.

Niepewnym krokiem przemierzyłem ulice i minąłem tawernę Pod Skrzyżowanymi Harpunami – wyglądała ona jednak na zbyt kosztowną i gwarną. Nieco dalej, z jasno gorejących okien oberży Pod Rybą Mieczem padały tak palące promienie światła, iż wydawało się, że stopiły one lód i śnieg ubity przed domem, gdyż wszędzie poza tym omrożona gołoledź leżała grubo na dziesięć cali, tworząc twardy jak asfalt chodnik – raczej dla mnie przykry, kiedy stopą natrafiłem na twarde, krzemieniste wyboje, z powodu bowiem ciężkiej, bezlitosnej służby podeszwy moich butów znajdowały się w niezwykle opłakanym stanie. „Za drogo tu i zbyt gwarno” – pomyślałem sobie znowu, przystając na chwilę, by przypatrzeć się jaskrawemu blaskowi padającemu na ulicę i posłuchać brzęku szklanek wewnątrz domostwa. „Idźże dalej, słyszysz, Izmaelu? – powiedziałem sobie wreszcie. – Odejdź sprzed wrót; twoje łatane buty tarasują tu drogę”. Poszedłem więc dalej. Teraz już, instynktem wiedziony, ruszyłem ulicami, które prowadziły mnie w stronę wody, jako że tam niezawodnie znajdować się musiały najtańsze, jeśli nie najweselsze gospody.

Cóż za ponure ulice! Masywy czerni, nie domy, po obu stronach, a tu i ówdzie świeczka, jakby migocząca w grobowcu. O tej nocnej godzinie, w ostatnim dniu tygodnia, ta dzielnica miasta okazała się niemal opustoszała. Wkrótce jednak doszedłem do miejsca, gdzie przydymione światło dobywało się z niskiego, rozłożystego budynku, którego podwoje stały gościnnie otworem. Dom miał wygląd zaniedbany, jak gdyby był przeznaczony do publicznego użytku, wszedłem więc i pierwszą rzeczą, jaką zrobiłem, było potknięcie się o popielnik w przedsionku. „Ha – pomyślałem, gdy wzbite w górę lotne cząsteczki omal mnie nie udusiły – czyżby te popioły pochodziły z owego zniszczonego grodu, Gomory? A skoro już widziałem Skrzyżowane Harpuny i Rybę Miecz, tu musi być chyba oberża Pod Pułapką”. Pozbierałem się jakoś i słysząc w środku donośny głos, ruszyłem dalej i otworzyłem drugie, wewnętrzne drzwi.

Wydało mi się, że to wielki Czarny Parlament obraduje w piekle. Sto czarnych oblicz obróciło się w rzędach ław, by popatrzeć; za nimi jakiś czarny Anioł Sądu przerzucał karty księgi leżącej na pulpicie. Był to murzyński kościół, a tekst odczytywany przez kaznodzieję mówił o czerni otchłani piekielnej, o płaczu, zawodzeniu i zgrzytaniu zębów, jakie się tam rozlega. „Ha, Izmaelu – mruknąłem do siebie, wycofując się z powrotem – nędzne są rozrywki pod znakiem Pułapki!”

Ruszywszy dalej, dotarłem wreszcie do wątłego światełka w pobliżu doków i usłyszałem rozlegające się w górze żałośliwe skrzypienie. Podniósłszy głowę, zobaczyłem kołyszący się nad drzwiami szyld z białym malowidłem, niewyraźnie przedstawiającym wysoki prosty słup rozpylonych bryzgów wodnych, pod nim zaś takie słowa:

OBERŻA POD WIELORYBNIKIEM

Piotr Trumna

„Trumna? Wielorybnik? – To brzmi raczej złowróżbnie w tym akurat zestawieniu – pomyślałem sobie. – Mówią wszakże, iż nazwisko to jest w Nantucket pospolite i przypuszczalnie ten tutejszy Piotr musi być emigrantem stamtąd”. A ponieważ światło było przyćmione, miejsce wydawało się na razie dość spokojne, sam rozlatujący się drewniany domek wyglądał, jakby go tu przewieziono z ruin jakiejś spalonej dzielnicy, a kołyszący się szyld skrzypiał tak jakoś po nędzarsku – pomyślałem więc, że tu właśnie muszą być tanie kwatery i najlepsza kawa z grochu.

Dziwne to było miejsce – ten stary dom o trójkątnych ścianach szczytowych, z jednej strony jakby sparaliżowany i żałośnie na bok pochylony. Stał na ostrym, wietrznym rogu ulicy, gdzie ów burzliwy wiatr, Euroklidon, hulał znacznie gorzej, niż to kiedykolwiek czynił wokół skołatanej łodzi nieszczęsnego Pawła. Euroklidon może być jednak wielce miłym zefirkiem dla kogoś, kto siedzi w domu ze stopami wspartymi o brzeg kominka, spokojnie grzejąc je przed snem. W posiadaniu moim znajduje się jedyny istniejący egzemplarz dzieł pewnego starego pisarza, który powiada: „Przy osądzaniu onego burzliwego wichru, Euroklidonem zwanego, przedziwna powstaje różnica w zależności od tego, czy wyglądasz nań zza okna szklanego, na którym cały szron umieścił się od strony zewnętrznej, czyli też obserwujesz go przez owo nierozsuwane okno omrożone ze stron obu, którego sama śmierć jedynym jest szklarzem”.

„To całkiem prawdziwe – pomyślałem sobie, gdy mi się ów ustęp na myśl nawinął – nieźle rozumujesz, stary hieroglifie!” Tak, oczy są oknami, a to ciało moje jest domem. Jaka szkoda jednak, że nie pozatykano szpar i szczelin, że nie opatrzono ich tu i ówdzie watą. Ale już teraz za późno na jakiekolwiek ulepszenia. Wszechświat jest już ukończony, sklepienie położone, a wióry z budowy zabrano przed milionem lat. Nieszczęsny Łazarz, szczękający zębami na poduszce z kamiennego stopnia i otrząsający z siebie dreszczami swe łachmany, mógłby zatkać uszy szmatą, a w gębę wsadzić kolbę kukurydzy i jeszcze by to nie powstrzymało tego burzliwego Euroklidonu. – Euroklidon! – powiada stary bogacz spowity w czerwone, jedwabne szaty (miał później jeszcze czerwieńsze) – ba, ba! Co za piękna, mroźna noc, jakże iskrzy się Orion, jakie zorze północne! Niech sobie tam gadają o swych orientalnych letnich krainach wieczystej cieplarni; mnie udzielcie przywileju stworzenia sobie własnego lata za pomocą własnego węgla.

Ale cóż myśli Łazarz? Zaliż może on rozgrzać swe zsiniałe dłonie, wyciągając je ku wspaniałym zorzom północnym? Czyż nie wolałby znaleźć się na Sumatrze miast tutaj? Czy nie o wiele bardziej by mu dogadzało wyciągnąć się na całą długość wzdłuż linii równika, a nawet – zaiste, o bogowie! – zejść do samej otchłani piekielnej, byleby tylko uchronić się od mrozu?

Że jednak Łazarz leży tutaj na kamiennych stopniach przed wrotami domu bogacza, to wydaje się osobliwsze, niż gdyby góra lodowa została przycumowana do jednej z wysp Moluków. Jednak sam bogacz też mieszka, jak car, w lodowym pałacu zbudowanym ze zmrożonych westchnień, będąc zaś prezesem towarzystwa wstrzemięźliwości, spija jedynie ciepławe łzy sierot.

Ale dość już na razie tego biadolenia; wyruszamy na wieloryby i wiele go jeszcze będzie. Zeskrobmy lód z naszych oszronionych stóp i zobaczmy, co to może być za miejsce, owa oberża Pod Wielorybnikiem.

Rozdział IIIOBERŻA POD WIELORYBNIKIEM

Wchodząc pod trójkątny dach oberży Pod Wielorybnikiem, trafiało się do szerokiej, niskiej, odrapanej sieni o staroświeckiej boazerii przypominającej burtę jakiegoś starego, bezużytecznego już okrętu. Po jednej stronie wisiało ogromne olejne malowidło, tak gruntownie zadymione i całkowicie zamazane, że w nierównym, krzyżującym się świetle, w jakim je oglądano, można było jakoś dojść do zrozumienia, o co w nim chodzi, tylko i jedynie przez pilne studia, serię systematycznych odwiedzin tudzież staranne rozpytywanie sąsiadów. Widniały tam tak niezliczone masy mroków i cieni, iż początkowo było się już skłonnym przypuszczać, że jakiś ambitny młody artysta z okresu, kiedy w Nowej Anglii istniały jeszcze czarownice, usiłował tu odtworzyć zaklęty chaos. I przecie drogą głębokiej, a poważnej kontemplacji, częstotliwych przemyśleń, w szczególności zaś dzięki otworzeniu małego okienka umieszczonego w końcu sieni, dochodziło się nareszcie do wniosku, że podobna myśl, jakkolwiek dziwaczna, nie jest może tak zupełnie pozbawiona podstawy.

Ale rzeczą, która patrzącego najbardziej intrygowała i wprawiała w pomieszanie, była długa, gibka, złowieszcza, czarna masa czegoś, co unosiło się pośrodku obrazu ponad trzema błękitnymi, zamazanymi, pionowymi liniami skąpanymi w jakiejś nieokreślonej pianie. Bagniste, zwilgłe, doprawdy okropne to było malowidło; zupełnie wystarczające, by doprowadzić do szału człowieka nerwowego. A jednak była w tym obrazie pewna nieokreślona, niedopowiedziana, niepojęta wzniosłość, która przykuwała doń całkowicie, aż wreszcie człowiek mimowolnie poprzysięgał sobie, iż dowie się, co oznacza to cudaczne dzieło. Raz po raz przeszywała patrzącego jakaś znakomita, jednakże, niestety, zwodnicza myśl. – To Morze Czarne w czasie nocnej nawałnicy. – To przeciwne naturze starcie czterech pierwotnych żywiołów. – To jakiś zatracony ugór. – Hiperborejska scena zimowa. – Spękanie lodów na zamarzniętym strumieniu Czasu. – Ale na koniec wszystkie te fantastyczne pomysły ustępowały przed owym czymś złowieszczym w środku obrazu. Gdyby tylko to zrozumieć – reszta byłaby już jasna. Ale chwileczkę; czyż nie ma w tym nikłego podobieństwa do jakiejś gigantycznej ryby? Może nawet do samego wielkiego Lewiatana?

W istocie takim zdawał się zamiar artysty; oto moja własna, ostateczna teoria, po części oparta na zestawionych opiniach licznych wiekowych osób, z którymi przeprowadziłem na ów temat rozmowy. Obraz przedstawiał okręt z przylądka Horn w straszliwym huraganie, na wpół zatopiony, zalany wodą, z widocznymi już tylko trzema odartymi z żagli masztami – oraz rozwścieczonego wieloryba zamierzającego przeskoczyć wprost nad owym okrętem, wyobrażonego właśnie w gigantycznym akcie nadziewania się na wierzchołki trzech masztów.

Przeciwległa ściana owej sieni obwieszona była iście pogańskim zbiorem potwornych maczug i włóczni. Niektóre były gęsto wysadzane błyszczącymi zębami podobnymi do kościanych pił; inne zaopatrzono w pęki ludzkich włosów; jedna miała kształt sierpa, z ogromną rękojeścią zakręconą podobnie do linii kreślonej w świeżo koszonej trawie przez długorękiego kosiarza. Człowiek drżał, patrząc na to, i zastanawiał się, jakiż to potworny kanibal i dzikus mógł kiedykolwiek dokonywać żniwa śmierci tak straszliwym siecznym narzędziem. Wśród owej broni widniały także zardzewiałe stare lance wielorybnicze i harpuny, całe połamane i pokrzywione. Niektóre miały swoją historię. Tą lancą, niegdyś śmigłą, obecnie srodze pogiętą, Natan Swain ubił przed pięćdziesięciu laty piętnaście wielorybów między wschodem a zachodem słońca. A tamten harpun – tak dziwnie teraz podobny do korkociągu – ciśnięto na morzach jawajskich w wieloryba, który uciekł z nim razem, a w wiele lat później został ubity koło przylądka Blanco. Tamten grot wszedł w pobliżu ogona i jak niespokojna igła przebywająca w ciele człowieka przewędrował całe czterdzieści stóp, aż wreszcie odnaleziono go tkwiącego w garbie wieloryba.

Minąwszy ową mroczną sień oraz niskie, sklepione przejście – przebite przez coś, co za dawnych czasów musiało być wielkim centralnym kominem z kominkami dokoła – wchodzi się do izby ogólnej. Miejsce to jest jeszcze bardziej mroczne, belki pułapu zaś tak niskie i masywne, deski pod nogami tak stare i poorane bruzdami, iż niemal wyobrażacie sobie, że znajdujecie się w kokpicie jakiegoś starego statku, zwłaszcza w taką wyjącą wichrem noc, kiedy to owa zakotwiczona sędziwa arka wściekle się kołysze. Po jednej stronie stoi długi, niski stół, podobny do półki, cały zastawiony popękanymi szklanymi gablotami pełnymi zakurzonych osobliwości zgromadzonych tu z najodleglejszych zakątków tego szerokiego świata. W dalszym kącie izby widnieje ponury przybytek – szynkwas – ordynarnie usiłujący wyobrażać łeb wielorybi. Stoi tam bowiem ogromna, łukowato wygięta kość szczękowa wieloryba, tak szeroko rozwarta, że dyliżans mógłby niemal pod nią przejechać. Wewnątrz widnieją odrapane półki zastawione starymi karafkami, butlami i flaszkami, a między tymi szczękami grożącymi błyskawicznym unicestwieniem krząta się drugi potępiony Jonasz (którego to imieniem w istocie go nazywają), mały, przywiędły staruszek, drogo sprzedając marynarzom, za ich własne pieniądze, delirium i śmierć.

Ohydne są puchary, do których nalewa on swą truciznę. Choć z zewnątrz rzetelnie cylindryczne – wewnątrz te szelmowskie, zielone, grube jak soczewki szklanice zwężają się podstępnie ku dołowi aż po oszukańcze dno. Równoleżniki ordynarnie wyrzezane na szkle biegną w krąg ścianek tych zbójeckich kielichów. Nalejcie sobie do tego znaku, a płacicie zaledwie pensa; do tamtego – o pensa więcej; i tak dalej aż do pełnej szklanki – miarki z przylądka Horn, którą możecie łyknąć za szylinga.

Wszedłszy do izby, zastałem tam kilku młodych marynarzy zebranych wokół stołu i zajętych oglądaniem przy wątłym świetle rozmaitych okazów skrimszanderskiej roboty11. Odnalazłem oberżystę, lecz gdy mu oświadczyłem, że pragnę roztasować się w jakimś pokoju, otrzymałem odpowiedź, iż zakład jego jest przepełniony – ani jednego wolnego łóżka.

– Ale, zaraz! – dorzucił, uderzając się w czoło. – Nie macie chyba nic przeciwko temu, żeby podzielić łoże z harpunnikiem, co? Tak mi się widzi, że wyruszacie na wieloryby, lepiej więc przyzwyczajajcie się do tego.

Odpowiedziałem mu, że nigdy nie lubiłem sypiać we dwie osoby; że gdybym kiedykolwiek to uczynił, uzależniłbym to od tego, kim jest ów harpunnik, i że jeśli on (oberżysta) doprawdy nie ma innego dla mnie miejsca, harpunnik zaś nie budzi zasadniczych zastrzeżeń, to cóż robić – wolę raczej połowę kołdry jakiegoś przyzwoitego człowieka niż dalszą wędrówkę po obcym mieście w tak okropną noc.

– Takem sobie i myślał. Dobra, siadajcie. Kolację? Chcielibyście kolację? Zaraz będzie gotowa.

Przysiadłem na starej drewnianej ławie, całej pokrytej nacięciami jak ława na Battery. Z brzega siedział okrakiem jakiś zadumany marynarz i pochyliwszy się, przyozdabiał pilnie kozikiem koniec ławy trzymany między kolanami. Próbował swej zręczności w wycinaniu okrętu pod pełnymi żaglami, ale pomyślałem sobie, że osiągnięcia jego nie są nazbyt wielkie.

Wreszcie czterech czy pięciu z nas zawezwano na posiłek do sąsiedniej izby. Zimno było jak w Islandii – ogień się w ogóle nie palił, gdyż gospodarz oświadczył, że nie może sobie na to pozwolić. Nic, oprócz dwóch ponurych łojówek, z których każda ociekała zastygłym tłuszczem. Nie było innego wyjścia; musieliśmy zapiąć pod szyję krótkie kurty marynarskie i na wpół zmarzniętymi palcami podnieść do ust kubki z wrzącą herbatą. Jadło było jednak nadzwyczaj treściwe – nie tylko mięso z ziemniakami, ale i knedle – wielkie nieba, knedle na kolację! Jakiś młodzieniaszek w zielonym płaszczu podróżnym zabrał się do tych knedli w niezwykle okrutny sposób.

– Chłopie – ozwał się oberżysta – będą cię pewnikiem trapiły w nocy koszmary.

– Gospodarzu – szepnąłem – to chyba nie ten harpunnik, co?

– O nie – odparł z miną zabawnie diaboliczną. – Tamten harpunnik to chłop o ciemnej cerze. Nigdy nie jada knedli, o nie, nie weźmie do gęby nic oprócz befsztyka, a i to lubi, jak prawie surowy.

– O do diabła! – powiedziałem. – A gdzie ten harpunnik? Czy jest tutaj?

– Niedługo tu będzie – brzmiała odpowiedź.

Mimo woli zaczęły mi się nasuwać pewne podejrzenia co do owego harpunnika o „ciemnej cerze”. Na wszelki wypadek postanowiłem sobie, że jeśli się okaże, iż mamy spać razem, musi się rozebrać i wejść do łóżka przede mną.

Po wieczerzy całe towarzystwo powróciło do izby gospodniej, ja zaś, nie wiedząc, co z sobą począć, postanowiłem spędzić resztę wieczoru w charakterze widza.

Niebawem na zewnątrz dała się słyszeć gwałtowna wrzawa. Gospodarz zerwał się z miejsca i krzyknął:

– To załoga „Ork”! Dziś rano doniesiono mi, że zbliża się do lądu; trzy lata na morzu – statek wraca dobrze naładowany! Hura, chłopaki! Będziemy teraz mieli najświeższe wiadomości z Fidżi!

Tupot butów marynarskich rozległ się w sieni, drzwi rozwarto jednym szarpnięciem i do izby wtoczyła się dość dzika czereda marynarzy. Owinięci w kosmate płaszcze wachtowe, z głowami okutanymi w wełniane szale, wszyscy w podartej i pocerowanej odzieży, z brodami sztywnymi od sopli lodu, wyglądali jak niedźwiedzie, które wyrwały się z Labradoru. Dopiero co zeszli na ląd ze swego statku i to był pierwszy dom, do jakiego wstąpili. Nic więc dziwnego, że pożeglowali prościutko do paszczy wieloryba – do szynkwasu – a mały, pomarszczony, stary Jonasz tamże urzędujący niebawem napełnił im wszystkim kielichy. Jeden z przybyłych uskarżał się na paskudne przeziębienie, na co Jonasz zmieszał dlań czarny jak smoła kordiał z dżinu i syropu, klnąc się, iż jest to najprzedniejszy lek na wszelkie przeziębienia i katary, choćby nie wiedzieć jak zadawnione, bez względu na to, czy złapało się je u wybrzeży Labradoru, czy też na nawietrznej stronie wyspy lodowej.

Trunek szybko uderzył im do głowy, jak to się zazwyczaj dzieje nawet z najbardziej notorycznymi moczygębami, gdy świeżo zstąpią na ląd po morskiej podróży; wszczęli więc niepohamowany zgiełk.

Zauważyłem jednakże, iż jeden z nowo przybyłych trzymał się nieco na uboczu i choć znać było, że pragnął nie psuć radości towarzyszom swym trzeźwym obliczem, jednak, ogólnie biorąc, powstrzymywał się od czynienia takiego rwetesu jak inni. Człowiek ów zaciekawił mnie od razu, a jako że bogowie mórz tak zrządzili, iż miał on wkrótce zostać mym towarzyszem na statku (choć jedynie wspólnikiem łoża, jeśli idzie o niniejsze opowiadanie), popróbuję więc dać tu krótki jego opis. Miał pełne sześć stóp wzrostu, szlachetny wykrój ramion i tors jak keson. Rzadko kiedy dane mi było widzieć u kogoś podobną krzepę. Oblicze miał smagłe, ciemnobrązowe, co przez kontrast sprawiało, iż zęby olśniewały białością, a w głębokich cieniach oczu kryły się jakieś wspomnienia, które snadź nie dostarczały mu zbytniej radości. Głos jego zdradzał od razu południowca, a z pięknej postawy wnosiłem, iż musi to być jeden z owych rosłych górali ze szczytów alleghańskich w Wirginii. Kiedy rozhulanie jego towarzyszy doszło już do zenitu, człowiek ów wymknął się niepostrzeżenie i nie zobaczyłem go więcej aż do czasu, gdy został mym kamratem na morzu. Jednakże po kilku minutach współtowarzysze marynarze zauważyli jego nieobecność, a ponieważ, jak się zdawało, był z jakichś przyczyn ich wielkim faworytem, podnieśli ryk: „Bulkington! Bulkington! Gdzie jest Bulkington?” – i wypadli z gospody w pogoni za nim.

Było już około dziewiątej, a ponieważ izba wydawała się niemal nadnaturalnie cicha po owej orgii, zacząłem już sobie winszować pewnego małego planu, który mi się nasunął tuż przed nadejściem marynarzy.

Nikt nie lubi sypiać we dwie osoby. Prawdę mówiąc, wolelibyście nie dzielić łoża nawet z własnym bratem. Nie wiem, dlaczego tak jest, ale ludzie lubią być samotni, kiedy śpią. A kiedy już przychodzi spać z kimś zupełnie nieznajomym, w obcym zajeździe, zaś nieznajomy ów jest harpunnikiem – w takim wypadku zastrzeżenia wasze nieskończenie się pomnażają. Nie było także żadnego na tym świecie powodu, dla którego właśnie ja, nie kto inny, będąc marynarzem, miałbym sypiać we dwóch w jednym łóżku; bowiem na morzu marynarze nie częściej śpią po dwóch, niż to na lądzie czynią nieżonaci królowie. Oczywiście sypiają oni wszyscy razem w jednym pomieszczeniu, ale każdy ma własny hamak, przykrywa się własnym kocem i śpi we własnej skórze.

Im bardziej się zastanawiałem nad owym harpunnikiem, tym więcej nabierałem abominacji do pomysłu spania z nim razem. Nietrudno było przypuścić, że skoro był harpunnikiem, jego bielizna, płócienna czy też wełniana, nie będzie należała do najczystszych, a już z pewnością nie do najwykwintniejszych. Aż się cały otrząsnąłem. Poza tym robiło się późno i mój zacny harpunnik powinien był wrócić już do domu i zmierzać do łoża. Przypuśćmy teraz, iż zwali się na mnie o północy – skądże będę wiedział, z jakiej ohydnej nory przybywa?

– Gospodarzu! Rozmyśliłem się, jeśli chodzi o tego harpunnika. Nie będę z nim spał. Spróbuję położyć się na tej ławie.

– Jak wam się podoba. Szkoda, że nie mam dla was nawet obrusa zamiast materaca, bo te deski szorstkie są jak zaraza! – Tu pomacał sęki i karby. – Ale zaczekaj no, kamracie, mam tu pod szynkwasem stolarski hebel – zaczekaj, powiadam, a ja już ci zrobię przytulne leże.

To mówiąc, wyciągnął hebel i otarłszy najprzód ławę z pyłu starą jedwabną chustką, zabrał się żwawo do heblowania mego łoża, uśmiechając się przez cały czas jak małpa. Wióry leciały na prawo i lewo, aż wreszcie ostrze hebla zderzyło się z jakimś niepożytym sękiem. Gospodarz omal nie wywichnął sobie napięstka, powiedziałem mu więc, żeby na litość boską dał spokój – łoże jest dostatecznie miękkie jak na mój gust, a nie wyobrażam sobie, żeby nie wiem jakie heblowanie mogło przemienić sosnową deskę w puchową pierzynę. Zebrał więc wióry i znowu się uśmiechając, wrzucił je do wielkiego pieca, który stał w środku izby, po czym powrócił do swoich zajęć, zostawiając mnie pogrążonego w zadumie.

Zmierzyłem teraz ławę i przekonałem się, że jest o stopę za krótka; temu wszakże można było zaradzić za pomocą krzesła. Była jednak i o stopę za wąska, a druga ława znajdująca się w izbie była o jakieś cztery cale wyższa od tej zheblowanej – nie sposób więc było sprząc je razem. Ustawiłem zatem pierwszą ławę wzdłuż ściany, w jednym wolnym miejscu, pozostawiając nieco przestrzeni między nią a murem, by ulokować tam swoje plecy. Wkrótce jednak przekonałem się, że spod framugi okna dmie w moją stronę tak zimny wiew, iż cały plan w ogóle nie zda się na nic, zwłaszcza że drugi przeciąg dolatujący od rozklekotanych drzwi spotykał się z tamtym od okna i oba pospołu tworzyły serię małych trąb powietrznych w bezpośrednim sąsiedztwie miejsca, w którym zamierzałem spędzić noc.

„Niech diabli porwą tego harpunnika – pomyślałem sobie. – Ale zaraz! Czy nie mógłbym go wyprzedzić, zaryglować drzwi od wewnątrz, wskoczyć do jego łóżka i nie dać się zbudzić najgwałtowniejszym nawet kołataniem?” Ten pomysł wydawał się nie najgorszy, jednak po namyśle odrzuciłem go. Któż bowiem może wiedzieć, czy następnego ranka, ledwie wymknę się z pokoju, nie natrafię u wejścia na harpunnika, gotowego zdzielić mnie w łeb?

Rozejrzawszy się więc znowu i nie dostrzegając żadnych możliwości znośnego spędzenia nocy gdzie indziej niż w cudzym łóżku, zacząłem myśleć, że może, bądź co bądź, żywię nieuzasadnione uprzedzenia do owego nieznanego harpunnika. „Poczekam trochę – pomyślałem sobie – chyba niedługo tu wpadnie. Nie ma co gadać; wtedy przyjrzę mu się dobrze i może mimo wszystko będziemy mogli stać się jak najlepszymi towarzyszami łoża”.

Jednakże, choć inni lokatorzy powracali ciągle, bądź pojedynczo, bądź dwójkami czy trójkami, i udawali się na spoczynek, mojego harpunnika nie było ani śladu.

– Gospodarzu! – powiedziałem. – Co to za jeden? Czy zawsze tak się wałęsa po nocy? – Była już niemal dwunasta.

Oberżysta znowu się zaniósł swym cienkim chichotem i wydawał się wielce rozbawiony czymś, czego pojąć nie mogłem.

– Nie – odparł – zazwyczaj ranny z niego ptaszek. Kto rano wstaje… Tak, to taki ptaszek, co złapie robaka… Ale dziś wyszedł pohandlować, widzicie, i nie mam pojęcia, co go, u licha, tak długo zatrzymało, chyba że nie mógł sprzedać tej swojej głowy.

– Nie mógł sprzedać swojej głowy?! Co mi tu za bzdury powiadacie? – chwyciła mnie szewska pasja. – Czyż chcecie przez to powiedzieć, że ów harpunnik w ten przeklęty sobotni wieczór, a raczej w niedzielny poranek, kupczy swoją głową po mieście?

– Właśnie – odparł oberżysta. – A mówiłem mu, że nie będzie mógł jej tu sprzedać, bo rynek jest zawalony.

– Czym? – wrzasnąłem.

– Głowami, oczywiście. Mało to głów na świecie?

– Coś wam powiem, gospodarzu – rzekłem bardzo spokojnie. – Skończcie lepiej z takim gadaniem. Nie jestem żółtodziobem.

– Może i nie – wziął do ręki kij i odłupał zeń nożem trzaskę na wykałaczkę do zębów – ale coś mi się widzi, że pięknie by was urządził ten harpunnik, gdyby usłyszał, jak spotwarzacie jego głowę.

– Już ja mu ją rozwalę! – krzyknąłem, znowu doprowadzony do pasji nieobliczalnym bredzeniem oberżysty.

– Już jest rozwalona – odparł.

– Rozwalona? – spytałem. – Co to ma znaczyć?

– A pewnie. I coś mi się widzi, że z tego właśnie powodu nie może jej sprzedać.

– Gospodarzu – powiedziałem, podchodząc do niego, a byłem zimny jak wulkan Hekla w czasie śnieżnej zawiei. – Gospodarzu, przestańcie strugać ten kij. Musimy się ze sobą porozumieć, i to bez zwłoki. Przychodzę do waszego domu i chcę dostać łóżko; powiadacie mi na to, że możecie dać mi jedynie połowę, gdyż druga należy do pewnego harpunnika. Co się zaś tyczy owego harpunnika, którego jeszcze nie widziałem, to z uporem opowiadacie mi o nim niezwykle bałamutne i irytujące historie, usiłując wzbudzić we mnie nieufność do człowieka, którego mi przeznaczacie na towarzysza łoża – a przecie związek taki należy do najintymniejszych i w najwyższym stopniu poufałych. Teraz więc żądam od was, byście się wypowiedzieli i objaśnili mnie, kto zacz jest ten harpunnik oraz czy będę pod każdym względem bezpieczny, spędzając z nim noc. A przede wszystkim będziecie tak dobrzy i odwołacie tę historię o sprzedawaniu własnej głowy, gdyż jeśliby to była prawda, musiałbym ją uznać za najlepszy dowód, iż człowiek ten jest kompletnym szaleńcem, a ja nie mam zamiaru spać z wariatem. Wy natomiast, wy, panie gospodarzu, usiłując świadomie nakłonić mnie do tego, możecie zostać pociągnięci do odpowiedzialności karnej.

– No cóż – ozwał się oberżysta, nabierając głęboko tchu – to wcale długie kazanie, jak na chłopa, który się piekli od czasu do czasu. Ale uspokójcie się, uspokójcie; ten harpunnik, com wam o nim gadał, dopiero co przyjechał z mórz południowych, gdzie nakupił do licha zabalsamowanych nowozelandzkich głów (wielkie to osobliwości, trzeba wam wiedzieć) i posprzedawał je wszystkie prócz jednej, a tę jedną próbuje spuścić właśnie dziś wieczorem, bo jutro niedziela i jakoś by nie pasowało handlować po ulicach ludzkimi łbami, kiedy naród idzie do kościoła. Chciał już to zrobić zeszłej niedzieli, alem go powstrzymał, akuratnie gdy wychodził z czterema głowami nanizanymi na sznurek jak nie przymierzając z wiankiem cebuli.

Relacja ta wyjaśniła niezrozumiałą skądinąd tajemnicę tudzież wykazała, że oberżysta nie miał, bądź co bądź, zamiaru wystrychnąć mnie na dudka – ale z drugiej strony, cóż miałem sobie myśleć o harpunniku, który wałęsa się całą noc sobotnią aż do samej świętej niedzieli, oddając się tak ludożerczym zajęciom, jak sprzedawanie głów nieżyjących bałwochwalców?

– Możecie mi wierzyć, gospodarzu, że ów harpunnik to człek niebezpieczny.

– Płaci regularnie – brzmiała odpowiedź. – No, ale już się robi diablo późno; lepiej zmieńcie kurs. Łóżko jest porządne; spałem w nim z Sally tej nocy, kiedyśmy się pobrali. Dość tam miejsca, żeby dwóch mogło sobie pobrykać, bo to okrutnie duże łóżko. Przecie do pewnego czasu Sally kładła tam w nogach naszego Sama i małego Johnny’ego. Ale którejś nocy coś mi się przyśniło, zacząłem się wiercić i jakoś tak się stało, że Sam wypadł na podłogę i omal sobie ręki nie złamał. Po tym już Sally orzekła, że tak to nie da rady. Chodźcie no, migiem zrobię wam światło. – To mówiąc, zapalił świeczkę i wyciągnął ją ku mnie, proponując, że mi wskaże drogę. Ja jednak stałem niezdecydowany; wtem gospodarz, spojrzawszy na zegar, wykrzyknął: – Daję słowo, już niedziela! Nie zobaczycie tej nocy onego harpunnika. Gdzieś się musiał zakotwiczyć. Chodźcie więc, chodźcie, proszę. No cóż, pójdziecie nareszcie?

Przez chwilę rozważałem całą sprawę, po czym weszliśmy po schodach na górę i tam wprowadzono mnie do niewielkiego pokoju, gdzie zimno było jak w psiarni; umeblowanie składało się w istocie z niepospolitej wielkości łoża, niemal wystarczająco obszernego, by czterech harpunników mogło w nim spać rzędem.

– No – ozwał się oberżysta, stawiając świecę na starej rozklekotanej skrzyni żeglarskiej, pełniącej dwojakie obowiązki: umywalni i stołu – no, rozgośćcie się teraz i dobrej nocy. – Oderwałem wzrok od łóżka, lecz oberżysta już zniknął.

Odwinąłem kołdrę i pochyliłem się nad łóżkiem. Choć nie należało do najwykwintniejszych, przecie przy oględzinach okazało się dość znośne. Rozejrzałem się teraz po pokoju; nie mogłem dostrzec żadnych innych sprzętów przynależnych do owego pomieszczenia prócz łóżka, stołu, topornej półki, czterech ścian oraz stojącego przed kominkiem, oklejonego papierem parawanu, na którym wymalowany był człowiek godzący oszczepem w wieloryba. Z rzeczy nienależących do umeblowania był tam hamak związany i ciśnięty w kąt na podłogę, a także duża marynarska sakwa zawierająca garderobę harpunnika i zastępująca mu zapewne lądowy kufer. Na półce nad kominkiem leżała też paczka dziwacznych, kościanych haczyków na ryby, a u wezgłowia łóżka wsparty był długi harpun.

Ale co to leży na skrzyni? Podniosłem ów przedmiot, przybliżyłem do światła, obmacywałem i wąchałem, starając się na wszelkie możliwe sposoby dojść do jakiegoś zadowalającego wniosku w tej materii. Porównać to mogę tylko do dużej słomianki ozdobionej na brzegach małymi, brzęczącymi frędzelkami, nieco przypominającymi bure kolce jeża, którymi są obszyte indiańskie mokasyny. W środku tejże maty widniał otwór czy przecięcie, takie, jakie się widuje w południowoamerykańskich poncho. Ale czyż było to możliwe, żeby jakikolwiek trzeźwy harpunnik wsadzał na siebie słomiankę i paradował po ulicach jakiegokolwiek chrześcijańskiego miasta w tego rodzaju stroju? Włożyłem ją na próbę i aż się ugiąłem, gdyż była ciężka jak waliza, niepospolicie kosmata i gruba oraz – wydało mi się – nieco wilgotna, jak gdyby ów tajemniczy harpunnik nosił ją w dżdżysty dzień. Podszedłem w tym stroju do kawałka lusterka opartego o ścianę i dalibóg ujrzałem widok, jakiego nie oglądałem nigdy w swoim życiu. Zerwałem z siebie matę z takim pośpiechem, że omal nie wykręciłem sobie karku.

Przysiadłem na brzegu łóżka i począłem rozmyślać o tym harpunniku-handlarzu głowami i o jego słomiance. Rozmyślałem czas niejaki na brzegu łóżka, po czym wstałem, zdjąłem mą kurtkę marynarską, a następnie przystanąłem na środku pokoju, rozmyślając nadal. Z kolei zdjąłem kubrak i pomedytowałem jeszcze nieco w koszuli.

Ponieważ jednak zacząłem teraz odczuwać dotkliwe zimno, jako że byłem na wpół rozebrany, ponieważ przypomniałem sobie, że oberżysta powiedział, iż harpunnik w ogóle nie wróci do domu tej nocy, i ponieważ było już tak bardzo późno, nie robiąc dłużej ceregieli, wyskoczyłem ze swoich pantalonów i butów i zdmuchnąwszy świecę, padłem na łóżko, polecając się opiece niebios.

Trudno orzec, czy materac był wypchany kaczanami kukurydzy, czy też tłuczoną porcelaną, ale po wielekroć przewracałem się z boku na bok i długo nie mogłem zasnąć. Na koniec zapadłem w lekką drzemkę i prawie już odżeglowałem w krainę snu, kiedy usłyszałem ciężkie stąpanie na korytarzu i dojrzałem błysk światła przenikający do pokoju przez szparę pode drzwiami.