Młokos - Fiodor Dostojewski - ebook
Opis

W duszy bohaterów Dostojewskiego zawsze toczy się walka pomiędzy dobrem a złem, ale zenit osiąga ona właśnie w duszy głównego bohatera tej powieści, dziewiętnastoletniego Arkadiusza Wiersiłowa. Znajduje się on w okolicznościach, które czynią problem wyboru możliwym i nieuniknionym. Możliwość zawiera się w jego młodości, nieukończeniu procesu kształtowania osobowości. Nieuniknioność zawiera się w stanie już zaczętego rozpadu jego osobowości, moralnego i psychicznego. Pisarz pokazuje, jak formuje się ona przez chciwość, żądzę zysku i rozpustę. W dodatku Młokos to młody chłopak, który kocha swego ojca, ale do końca nie potrafi odpowiedzieć na pytanie, czy jest on bohaterem, czy łajdakiem.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 1007

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


CZĘŚĆ PIERWSZA

ROZDZIAŁ PIERWSZY

I

Nie mogłem wytrzymać i siadłem zapisywać tę historię mych pierwszych kroków w szrankach życia, mimo że mógłbym obejść się bez tego…

Jedno wiem na pewno: nigdy już więcej nie siądę pisać autobiografii, choćbym dożył stu lat. Trzeba być zbyt podle zakochanym w sobie, żeby pisać bez wstydu o samym sobie. Tym tylko się usprawiedliwię, że nie piszę dlatego, co wszyscy, to jest dla pochwał czytelnika. Jeżeli nagle postanowiłem spisać słowo w słowo wszystko, co się ze mną zdarzyło od zeszłego roku, to skłoniła mnie do tego wewnętrzna potrzeba, do tego stopnia jestem uderzony tym wszystkim, co się stało. Spisuję tylko zdarzenia, unikając ze wszelkich sił spraw ubocznych, a przede wszystkim literackich ozdób. Literat pisze trzydzieści lat i na koniec sam nie wie, dlaczego pisał tak długo. Nie jestem literatem i być nim nie pragnę, a wyciąganie wnętrza mej duszy i piękne opiewanie uczuć dla rynku literackiego uważałbym za nieprzyzwoitość. Z przykrością jednak przeczuwam, że nie można obejść się zupełnie bez opisywania uczuć i bez rozmyślań (być może nawet pospolitych), tak demoralizująco działa na człowieka wszelkie literackie zajęcie, chociażby przedsięwzięte wyłącznie dla siebie.

Rozmyślania zaś mogą być nawet bardzo pospolite, ponieważ to, co samemu się ceni, może nie mieć żadnej wartości w oczach osoby postronnej.

Ale dość tego. Oto i przedmowa, więcej niczego w tym rodzaju nie będzie. Do rzeczy, chociaż nie ma nic trudniejszego niż rozpoczęcie jakiejś sprawy, być może nawet każdej sprawy.

II

Zaczynam, to jest chciałbym zacząć moje wspomnienia od dziewiętnastego września zeszłego roku, to znaczy akurat od tego dnia, kiedy po raz pierwszy spotkałem…

Ale objaśniać z góry, kiedy jeszcze nikt nic nie wie, kogo spotkałem, będzie pospolitością; nawet, jak myślę, już i ten ton jest pospolity: dawszy sobie słowo unikać ozdób literackich, od pierwszego wiersza wpadam w te upiększenia. Poza tym nie wystarcza zdaje się samo pragnienie, aby móc pisać z sensem. Zaznaczę też, że jak się zdaje, w żadnym z europejskich języków nie jest tak trudno pisać jak po rosyjsku. Przeczytałem teraz to, co przed chwilą napisałem, i widzę, że jestem o wiele mądrzejszy niż moje własne słowa. Jak to się dzieje, że rzeczy wypowiedziane przez rozumnego człowieka są głupsze niż to, co w nim zostaje? Niejednokrotnie zauważyłem to u siebie i w moich rozmowach z ludźmi w ciągu tego ostatniego fatalnego roku, i bardzo mnie to męczyło.

Choć więc zacznę od dziewiętnastego września, wstawię jednak ze dwa słowa o tym, kim jestem, gdzie byłem poprzednio, a wobec tego, co mniej więcej mogłem mieć w głowie w ów ranek dziewiętnastego września, aby wszystko było bardziej zrozumiałe dla czytelnika, a być może i dla mnie samego.

III

Ukończyłem gimnazjum i teraz mam już dwadzieścia jeden lat. Nazwisko moje Dołgorukij, a moim prawnym ojcem jest Makary Iwanow Dołgorukij, były sługa dworski panów Wiersiłowów. W ten sposób jestem prawym dzieckiem, mimo że faktycznie z nieprawego łoża i pochodzenie moje nie podlega najmniejszej wątpliwości.

Rzecz miała się w sposób następujący: dwadzieścia dwa lata temu dwudziestopięcioletni obywatel ziemski Wiersiłow (to jest właśnie mój ojciec) odwiedził swój majątek w tulskiej guberni. Przepuszczam, że w owym czasie był on jeszcze kimś bez określonej osobowości. Ciekawe, że człowiek ten, który zrobił na mnie takie wrażenie już w dzieciństwie, i mający tak kapitalny wpływ na cały mój ustrój duchowy, i który nawet, być może, zaraził sobą całą moją przyszłość, ten człowiek i teraz nawet pod bardzo wielu względami pozostaje dla mnie zupełną zagadką. Ale o tym potem. Tego tak opowiedzieć niepodobna. I tak cały mój zeszyt będzie wypełniony tym człowiekiem.

Właśnie w tym czasie, to jest około dwudziestego piątego roku życia, owdowiał. Był zaś żonaty z osobą z wyższej sfery, lecz niezbyt bogatą, z domu Fanariotow, i miał z nią syna i córkę. Wiadomości moje o tej małżonce, która go tak wcześnie opuściła, są dość niekompletne i gubią się w mej pamięci; wiele też okoliczności z osobistego życia Wiersiłowa wymknęło mi się, tak bardzo był zawsze dumny, pyszny, zamknięty i lekceważący w stosunku do mnie, mimo że chwilami z kolei uderzająca była jego pokora wobec mnie.

Zaznaczam jednak od razu, że w ciągu swego życia strawił trzy fortuny, i to nawet dość duże, w sumie bodaj przeszło czterysta tysięcy, a może i więcej. Teraz nie ma naturalnie ani grosza. Przyjechał wówczas na wieś „Bóg wie po co”, przynajmniej tak się sam później do mnie wyraził. Jego małe dzieci jak zwykle były nie z nim, lecz u krewnych, przez całe życie w ten sposób urządzał się ze swymi dziećmi z prawego i nieprawego łoża. Ludzi dworskich było w tym majątku bardzo dużo, między innymi był też ogrodnik Makary, syn Iwana, Dołgorukij. Dodam tu, aby się tego raz na zawsze pozbyć: mało kto mógł tyle się nazłościć na swe nazwisko, co ja w ciągu całego mego życia. To było naturalnie głupie, ale tak już było. Ilekroć wstępowałem gdziekolwiek do szkoły lub spotykałem się z osobami, którym ze względu na mój wiek byłem obowiązany składać wyjaśnienia, jednym słowem ktokolwiek bądź (każdy belfer, guwerner, inspektor, pop – zapytawszy o nazwisko i usłyszawszy, że jestem Dołgorukij, bez wyjątku uważali za potrzebne dodać:

„Książę Dołgorukij?”.

I za każdym razem byłem zmuszony wszystkim tym próżnym ludziom wyjaśniać:

„Nie, po prostu Dołgorukij”.

To „po prostu” zaczęło mnie na koniec doprowadzać do obłędu. Zaznaczam przy tym, jako osobliwość, że nie przypominam sobie ani jednego wyjątku: wszyscy zadawali to pytanie. Niektórych oczywiście nic to nie obchodziło; bo i nie wiem po jakiego diabła mogło to być komukolwiek potrzebne? Ale wszyscy pytali, wszyscy co do jednego. Usłyszawszy, że nazywam się „po prostu” Dołgorukij, pytający zazwyczaj mierzył mnie tępym, głupim, obojętnym spojrzeniem, świadczącym o tym, że on sam nie wie, dlaczego zapytał. Koledzy szkolni wypytywali w sposób bardziej obrażający niż inni. Jak sztubak zapytuje nowicjusza? Zmieszany i zawstydzony nowicjusz pierwszego dnia po wstąpieniu do szkoły (wszystko jedno jakiej) jest ofiarą wszystkich: rozkazują mu, drażnią go, obchodzą się z nim jak z lokajem. Zdrowy i tęgi malec zatrzymuje się nagle przed swą ofiarą, wpatruje się w nią uporczywie wzrokiem surowym i dumnym przez chwil kilka. Nowicjusz stoi przed nim, spogląda spod oka, jeżeli nie tchórz, i czeka, co będzie.

– Jak się nazywasz?

– Dołgorukij.

– Książę Dołgorukij?

– Nie, po prostu Dołgorukij.

– A, po prostu! Dureń!

I ma rację: nie ma nic głupszego, jak nazywać się Dołgorukim, nie będąc kniaziem. Dźwigam ten absurd bez mojej winy.

Później, kiedy zacząłem się już bardzo złościć, na pytanie:

– Jesteś księciem?

Zawsze odpowiadałem:

– Nie, jestem synem sługi dworskiego, byłego pańszczyźnianego chłopa.

Potem, gdy już rozzłościłem się do najwyższego stopnia, na pytanie: „Czy pan jest księciem?” stanowczo raz odpowiedziałem:

– Nie, po prostu Dołgorukij, syn z nieprawego łoża mego byłego dziedzica, pana Wiersiłowa.

Wymyśliłem to, już będąc w VI klasie gimnazjum i choć wkrótce przekonałem się niewątpliwie, że jestem głupi, jednakże nie od razu przestałem głupio postępować.

Pamiętam, że jeden z nauczycieli – zresztą był on jedynym – uznał, że jestem „pełen obywatelskiej idei zemsty”. Na ogół zaś przyjmowano ten wyskok z jakimś obraźliwym dla mnie zamyśleniem. W końcu jeden z kolegów, bardzo złośliwy chłopak, z którym rozmawiałem ledwie raz na rok, z powagą, ale patrząc nieco w bok, rzekł mi:

– Takie uczucia naturalnie przynoszą panu zaszczyt; bez wątpienia ma pan być z czego dumny, ale ja na pańskim miejscu nie szczyciłbym się jednak zanadto, że jestem dzieckiem naturalnym… a pan niby jaki patrycjusz!

Od tego czasu przestałem się chwalić, że jestem synem z nieprawego łoża.

Powtarzam: bardzo trudno jest pisać po rosyjsku; zapisałem trzy stronice o tym, jak irytowałem się całe życie z powodu mego nazwiska, a tymczasem czytelnik na pewno doszedł do wniosku, że ja się dlatego złoszczę, że nie jestem księciem, tylko po prostu Dołgorukim. Jeszcze raz wyjaśniać i tłumaczyć się byłoby dla mnie poniżeniem.

IV

Otóż pośród czeladzi dworskiej, której było mnóstwo, poza Makarym Iwanowem, była pewna dziewczyna, która miała już lat osiemnaście, kiedy pięćdziesięcioletni Makary Dołgorukij objawił nagle zamiar ożenienia się z nią. Jak wiadomo małżeństwa czeladzi w czasach pańszczyzny odbywały się za zezwoleniem panów, a czasami po prostu na ich rozkaz. W majątku mieszkała wówczas ciocia; właściwie nie była ona moją ciotką, lecz obywatelką ziemską, ale nie wiedzieć dlaczego przez całe moje życie wszyscy nazywali ją ciocią, nie tylko moją, lecz w ogóle, i tak samo w rodzinie Wiersiłowa, z którym bodajże faktycznie była spokrewniona. Była to Tatiana Pawłowna Prutkowa. W owym czasie miała jeszcze w tej samej guberni i w tym samym powiecie trzydzieści pięć dusz własnych poddanych. Nie tyle zarządzała ona, ile pilnowała po sąsiedzku majątku Wiersiłowa (z pięciuset poddanymi), a ta opieka, jak słyszałem, nie mniej była warta niż zarząd jakiegoś uczonego administratora. Zresztą nic mi do jej umiejętności: chcę tylko dodać, odrzuciwszy na bok wszelką myśl o pochlebstwie i przypodobaniu się, że ta Tatiana Pawłowna była istotą szlachetną i nawet oryginalną.

Otóż nie tylko nie stanęła ona na przeszkodzie małżeńskim zamiarom ponurego Makarego Dołgorukiego (mówili, że był wówczas ponury), lecz przeciwnie dla jakichś powodów wydatnie poparła je. Zofia Andrejewna (ta osiemnastoletnia dworka, to jest moja matka) była zupełną sierotą już od wielu lat; nieboszczyk zaś ojciec jej, niezmiernie szanujący Makarego Dołgorukiego i czymś wobec niego zobowiązany, również sługa dworski, sześć lat przedtem, umierając, na łożu śmierci, mówią nawet, że na kwadrans przed oddaniem ostatniego tchnienia, tak że od biedy można to było wziąć za bredzenie, gdyby on i tak, jako poddany nie był pozbawiony uprawnień, zawezwawszy Makarego Dołgorukiego, przy całej czeladzi i w obecności kapłana zlecał mu na głos i uporczywie, wskazując na córkę: „wychowaj ją i weź ją sobie za żonę”. Wszyscy to słyszeli. Co się tyczy Makarego Iwanowa, to nie wiem, w jakiej myśli on się potem ożenił, to jest czy z wielkim zadowoleniem, czy tylko spełniając obowiązek. Prawdopodobniejszym jest, że udawał obojętność. Był to człowiek, który wtedy już umiał „pokazać się”. Nie był wprawdzie ani rachmistrzem, ani piśmiennym (chociaż znał wszystkie sprawy kościelne, a w szczególności żywoty niektórych świętych, lecz raczej z nasłuchania się), nie był też czymś w rodzaju, że się tak wyrażę, dworskiego rezonera, lecz po prostu był uparty, a czasem nawet zuchwały; mówił z godnością, sądził arbitralnie i na koniec „żył przyzwoicie” – według jego własnego dziwnego określenia, oto jaki on był w tym czasie. Naturalnie pozyskał ogólny szacunek, ale mówią, że był dla wszystkich nieznośny. Inna rzecz, że kiedy opuścił służbę dworską, nikt inaczej go nie wspominał jak jakiegoś świętego i cierpiętnika. To wiem na pewno.

Co się tyczy charakterystyki mej matki, to do lat osiemnastu Tatiana Pawłowna, wbrew namowom rządcy, żeby oddać ją do Moskwy na praktykę, trzymała ją przy sobie i dała pewne wychowanie, to znaczy nauczyła ją szycia, kroju, panieńskich manier, a nawet cokolwiek czytania. Pisać znośnie nigdy moja matka nie umiała. W jej oczach małżeństwo z Makarym Iwanowem było już rzeczą dawno zdecydowaną i wszystko, co wtedy się z nią stało, uznała za doskonałe i najlepsze. Do ślubu poszła z największym spokojem, jaki tylko można mieć w takich wypadkach, tak, że sama nawet Tatiana Pawłowna nazwała ją wówczas rybą. To wszystko o ówczesnym usposobieniu mej matki słyszałem od samej właśnie Tatiany Pawłowny. Wiersiłow przyjechał na wieś akurat w pół roku po tym ślubie.

V

Chcę tylko powiedzieć, że nigdy nie mogłem dowiedzieć się, ani dostatecznie domyślić, od czego to się między nim a matką zaczęło. W zupełności gotów jestem wierzyć, jak on sam zapewniał mnie zeszłego roku, z rumieńcem na twarzy, mimo że opowiadał o tym wszystkim swobodnie i dowcipnie, iż nie było w ogóle żadnego romansu, a wszystko stało się „tak jakoś”. Wierzę w to i to słówko rosyjskie „tak” – jest zachwycające, jednak zawsze chciałem się dowiedzieć, jak to między nimi stać się mogło? Ja osobiście nienawidziłem i nienawidzę przez całe życie tych wszystkich świństw. Naturalnie nie jest to z mojej strony tylko bezwstydna ciekawość. Zaznaczam, że aż do zeszłego roku niemal zupełnie nie znałem mojej matki; dla wygody Wiersiłowa od małego dziecka byłem oddany do obcych ludzi, o czym opowiem później, a przeto nie mogę sobie w żaden sposób wyobrazić, jaką ona mogła być w owym czasie. Jeśli bynajmniej nie była tak piękna, to czym w niej mógł się zachwycić taki człowiek, jak ówczesny Wiersiłow? Pytanie to ważne jest dla mnie z tego względu, że w nim bardzo ciekawie zarysowuje się sylwetka tego człowieka. Dlatego się pytam, a nie z pobudek perwersyjnych. Ten ponury i skryty człowiek z miłą prostotą, którą diabeł wie skąd brał (jakby z kieszeni), kiedy widział, że to jest potrzebne, sam mówił mi, że wówczas był bardzo „głupim młodym szczeniakiem” i nie żeby sentymentalnym, lecz „tak jakoś”: tylko co był przeczytał Antona Goremykę i Polinkę Sachs1, dwa utwory literackie, mające wielki cywilizacyjny wpływ na ówczesne dorastające pokolenie. Dodał, iż być może z powodu Antona Goremyki w ogóle wtedy na wieś przyjechał – a mówił niezwykle poważnie. W jakiż sposób mógł rozpocząć ten „głupi szczeniak” z moją matką? W tej chwili zdałem sobie sprawę, że gdybym miał choć jednego czytelnika, to ten na pewno roześmiałby się ze mnie, jak z najśmieszniejszego młokosa, który, zachowawszy swoją głupią niewinność, chce rozprawiać i decydować o tym, czego nie rozumie. Istotnie, jeszcze nie rozumiem, chociaż przyznaję się do tego zupełnie bez dumy, bo wiem, jak głupie jest takie niedoświadczenie u dwudziestoletniego draba. Tylko powiem takiemu panu, że sam o tym nie ma pojęcia, i dowiodę mu tego. Faktycznie na kobietach nie znam się zupełnie i nie chcę się znać, bo całe życie będę na to pluł, dałem sobie słowo. Ale wiem jednakże na pewno, że jedna kobieta oczarowuje swoją urodą lub czymś tam innym od razu, drugą zaś trzeba pół roku odgadywać, zanim rozumie się, co w niej jest, i żeby poznać się na niej, nie wystarczy patrzeć i być po prostu gotowym na wszystko, trzeba mieć jeszcze jakiś szczególny dar. Co do tego jestem przekonany, mimo że nic nie wiem, a jeśliby było inaczej, to trzeba by było od razu sprowadzić wszystkie kobiety na poziom zwykłych zwierząt domowych i tylko w tej roli trzymać przy sobie; być może bardzo wielu pragnęłoby tego.

Ja wiem na pewno z wielu źródeł, że moja matka nie była pięknością, mimo że nie widziałem jej ówczesnego portretu, który gdzieś tam istnieje. Od pierwszego spojrzenia więc nie można się było w niej zakochać. Dla zwykłej „rozrywki” Wiersiłow mógł wybrać inną, a była tam taka przecież, i przy tym niezamężna, Anfisa Konstantynowna Sapożkowa, dziewczyna do posług. A dla człowieka, który przyjechał z Antonem Goremyką łamać na podstawie prawa pańskiego świętość małżeństwa2, chociażby siwego sługi dworskiego, byłoby wstyd przed samym sobą; bo powtarzam, o tym Antonie Goremyce nie dalej, jak parę miesięcy temu, więc dwadzieścia lat później, mówił bardzo poważnie. A przecież Goremyce tylko konia zabrali, a tu żonę! Stało się, jak stąd wynika, coś szczególnego, wskutek czego właśnie panna Sapożkowa przegrała (a według mnie – wygrała). Nacierałem nań zeszłego roku raz i drugi, kiedy można było z nim rozmawiać (bo nie zawsze można było) ze wszystkimi tymi pytaniami i zauważyłem, że mimo swej światowości i upływu dwudziestu lat on jakoś niezwykle się wykręcał. Ale ja napierałem. Ostatecznie z tym wyrazem światowego niesmaku, na który sobie niejednokrotnie w stosunku do mnie pozwalał, jak sobie przypominam, raz jakoś dziwnie wycedził: że matka moja była taką bezbronną istotą, którą nie to, że się kocha, bynajmniej, lecz nagle jakoś nie wiadomo dlaczego żal jej się zrobi za jej łagodność, czy kto tam wie za co. To nigdy nikomu nie wiadomo, lecz litość tę odczuwa się długo, żałuje się i przywiązuje. „Jednym słowem, mój kochany, czasami bywa tak, że nie możesz się odczepić”. Oto co mi powiedział; a jeśli rzeczywiście tak było, to zmuszony jestem uznać go za niezupełnie tak głupiego szczeniaka, jakim on sam siebie w tych czasach mianuje.

O to mi właśnie chodziło.

Zresztą również wtedy zaczął on zapewniać, że matka moja pokochała go wskutek poczucia niższości: jeszcze mógłby wymyśleć, że wskutek pańszczyźnianego prawa! Skłamał dla szyku! Skłamał wbrew sumieniu, wbrew honorowi, wbrew szlachetności!

Wszystko to nagadałem niejako ku chwale mej matki, a tymczasem już oświadczyłem, że o niej z owych czasów nie mam wiadomości. Nie dość na tym, znam przecież całe zacofanie tego środowiska i tych pożałowania godnych pojęć, w których od dzieciństwa zaskorupiała i w których przetrwała całe życie. Mimo to nieszczęście się stało.

Ale trzeba się poprawić: uleciawszy w obłoki, zapomniałem o fakcie, który należało wysunąć naprzód, a mianowicie że zaczęło się między nimi po prostu od nieszczęścia. (Mam nadzieję, że czytelnik nie będzie do tego stopnia udawał, że nie zrozumie od razu, o czym chcę mówić). Jednym słowem, zaczęło się między nimi „po obywatelsku”, bez względu na to, że pominięta była panna Sapożkowa. Tu znów wtrącę i zawczasu stwierdzę, że bynajmniej nie przeczę sam sobie. Bo o czym że, o Boże, o czym mógł wówczas rozmawiać taki człowiek jak Wiersiłow z taką osobą, jak moja matka nawet w wypadku nieprzezwyciężonej miłości? Słyszałem od ludzi zepsutych, że bardzo często mężczyzna, spotkawszy się z kobietą, zaczyna zupełnie milcząco, co naturalnie jest szczytem potworności i obrzydliwości; niemniej jednak, gdyby nawet Wiersiłow chciał, to, zdaje się, nie mógłby z moją matką zacząć inaczej. Czyliż można było zacząć z nią od objaśniania Polinki Sachs? I poza tym nie o literaturę rosyjską im chodziło; przeciwnie, według jego własnych słów (raz się jakoś tak rozpędził) chowali się po kątach, czekali jedno na drugie na schodach, odskakiwali jak piłki, z zarumienionymi policzkami, jeśli kto przechodził, a „tyran-dziedzic” drżał przed ostatnią pomywaczką mimo swego pańskiego prawa. Ale choć zaczęło się po dziedzicowsku, lecz ostatecznie wyszło niby tak, niby nie, i w rzeczywistości niczego nie można wytłumaczyć. Nawet przeciwnie, jeszcze więcej mroku. Już choćby rozmiary, do jakich rozwinęła się ich miłość, stanowią zagadkę, ponieważ pierwszym warunkiem takich jak Wiersiłow jest porzucić z chwilą osiągnięcia celu.

Jednakowoż to się nie wydarzyło. Zgrzeszyć z przystojną „dworską frygą” (a moja matka nie była frygą) dla rozpustnego „młodego szczeniaka” (a oni wszyscy co do jednego byli rozpustni: i postępowcy, i reakcjoniści) było nie tylko niemożliwe, ale i nie do uniknięcia, szczególnie biorąc pod uwagę romantyczną sytuację i nieróbstwo młodego wdowca. Ale pokochać na całe życie – to zbyt dużo. Nie ręczę, czy on ją kochał, ale że ciągał ze sobą przez całe życie – to fakt.

Wiele pytań postawiłem, lecz najważniejszego nie ośmieliłem się wprost zadać mojej matce, mimo że tak bardzo zbliżyłem się z nią w zeszłym roku, a ponadto, jako brutalny i niewdzięczny szczeniak, mniemający, że zawiniono wobec niego, bynajmniej się z nią nie patyczkowałem. Chodzi o następujące pytanie: w jaki sposób ona, będąca od pół roku mężatką, przy tym przygnieciona wszystkimi wyobrażeniami o świętości małżeństwa, przygnieciona, jak bezsilna mucha, ona, która szanowała swego Makarego Iwanowicza nie mniej niż jakiegoś boga, jak mogła w ciągu nie więcej niż dwóch tygodni dojść do takiego grzechu? Przecież moja matka nie była chyba rozpustnicą? Przeciwnie, powiem od razu z góry, że trudno sobie wyobrazić bardziej czystą duszę niż ona w ciągu całego życia. Objaśnić by to można tym, że uczyniła to w zapomnieniu, nie w tym znaczeniu jak obecnie adwokaci zapewniają co do zabójców i złodziei, lecz pod silnym wrażeniem, które przy pewnej prostocie ofiary opanowuje ją w sposób fatalny i tragiczny. Kto wie, może pokochała aż do grobu… fason jego ubrania, paryski przedziałek włosów, jego francuski akcent, właśnie francuski, z którego ani dźwięku nie rozumiała, ów romans, który on śpiewał przy fortepianie, pokochała coś nigdy niewidzianego i niesłyszanego (a on był bardzo ładny) i już wszystko razem pokochała aż do utraty sił, jego całego z jego fasonami i romansami. Słyszałem, że z dziewczynami dworskimi zdarzało się to czasem w epoce prawa pańszczyźnianego, i to właśnie z najuczciwszymi. Pojmuję to i podły jest ten, kto to tłumaczy tylko prawem pańszczyźnianym i poczuciem niższości! Tak więc mógł ten młody człowiek mieć w sobie tyle najprostszej i najbardziej ujmującej siły, aby zwabić na oczywistą zgubę tak czyste do tej pory stworzenie, a co najważniejsze stworzenie zupełnie różne od siebie, z innej ziemi i innego świata? Bo że na zgubę, to mam nadzieję moja matka rozumiała przez całe życie; tyle tylko, że kiedy szła, to nie myślała zupełnie o zgubie. Ale to tak zawsze z tymi „bezbronnymi”: wiedzą, że zguba, ale idą.

Zgrzeszywszy, natychmiast okazali skruchę. On dowcipnie opowiadał mi, że płakał na ramieniu Makarego Iwanowicza, którego umyślnie wezwał do gabinetu, a ona w tym czasie leżała nieprzytomna z rozpaczy w swojej czeladniej komórce…

1Anton Goremyka – opowieść Dymitra Grigorowicza (1822-1899), ogłoszona w roku 1847 w czasopiśmie „Sowriemiennik” (goremyka – nieszczęśnik). Polinka Sachs – opowieść Aleksandra Drużynina (1824-1864). Utwór ten był charakterystyczny dla dziesięciolecia 1840-1850 i przez długi czas bardzo popularny. Tematem opowieści jest wspaniałomyślne postępowanie męża, wybaczającego żonie, która pokochawszy innego mężczyznę, dopuściła się zdrady małżeńskiej.
2 Mowa tu o tak zwanym prawie pierwszej nocy (znanym w terminologii zwyczajów feudalnych, regulujących stosunki między panem a poddanym, jako ius primae noctis), zgodnie z którym w razie zawarcia związku małżeńskiego przez poddanego panu przysługiwało prawo korzystania z praw męża podczas nocy poślubnej.

VI

Ale dość na temat pytań i skandalicznych szczegółów.

Wiersiłow, wykupiwszy moją matkę od Makara Iwanowicza, szybko wyjechał i od tego czasu, jak to wyżej wymieniłem, ciągał ją ze sobą niemal wszędzie, wyjąwszy te wypadki, kiedy rozłączał się na długo; wtedy zostawiał ją najczęściej na opiece ciotki, to znaczy Tatiany Pawłowny, która zawsze nie wiadomo skąd nawijała się pod rękę w takich wypadkach.

Pomieszkiwali oni i w Moskwie, pomieszkiwali po rozmaitych wsiach i miastach, nawet za granicą i na koniec w Petersburgu. O tym wszystkim później, albo, nie warto wcale! Powiem tylko, że rok po rozstaniu się z Makarym Iwanowiczem ja przyszedłem na świat, rok później moja siostra, a potem jeszcze po dziesięciu czy jedenastu latach chorowity chłopczyk, mój młodszy brat, który wkrótce zmarł. Z męczącym porodem tego dziecka minęła uroda mojej matki, tak przynajmniej mi powiedziano: zaczęła ona starzeć się i słabować.

Ale stosunki z Makarym Iwanowiczem nigdy nie ulegały przerwie. Gdziekolwiek byli Wiersiłowowie, czy mieszkali na miejscu kilka lat, czy tylko przyjeżdżali, Makary Iwanowicz dawał o sobie znać „rodzinie”. Stworzyły się jakieś dziwne stosunki niepozbawione cech uroczystych i niemal poważne. W pańskim stanie do takich stosunków nieodzownie wszedłby element komiczny, lecz tu się to nie wydarzyło. Listy były przesyłane dwa razy do roku, nie częściej i nie rzadziej i były nadzwyczajnie jeden do drugiego podobne. Widziałem je; mało w nich czegoś osobistego, przeciwnie, o ile to możliwe wyłącznie tylko powiadomienia o najzwyklejszych uczuciach, jeżeli tak można powiedzieć o uczuciach: zawiadomienia przede wszystkim o zdrowiu, potem pytania o zdrowie, potem życzenia, uroczyste ukłony i błogosławieństwa – to wszystko.

Na tej właśnie zwykłości i bezosobowości polega, jak się zdaje, przyzwoitość tonu i wyższa znajomość zachowania się w tym środowisku. „Wielce miłej i szanownej małżonce naszej Zofii Andrejewnie przesyłam nasz najniższy pokłon”… „Kochanym dzieciom naszym przesyłam rodzicielskie błogosławieństwo nienaruszalne na wieki”… Dzieci wszystkie były wzmiankowane po imieniu w miarę ich gromadzenia się i ja między nimi. Zauważę tutaj, że Makary Iwanowicz był na tyle mądry, iż nigdy nie nazywał wysoko urodzonego, najszanowniejszego pana Andrzeja Pietrowicza „swoim „dobroczyńcą”, mimo że przesyłał nieuchronnie w każdym piśmie swój najniższy pokłon, prosząc go o łaskawość, a dla niego o błogosławieństwo Boże.

Odpowiedzi Makaremu Iwanowiczowi były z pośpiechem wysyłane przez moją matkę i zawsze w tym samym guście. Naturalnie Wiersiłow nie brał udziału w korespondencji. Makary Iwanowicz pisywał z różnych krańców Rosji, z miast i klasztorów, w których długo niejednokrotnie przemieszkiwał. Został tak zwanym pielgrzymem. Nigdy o nic nie prosił; natomiast raz na trzy lata niezmiennie zjawiał się na dłuższy pobyt i zatrzymywał się wprost u matki, która, zawsze się tak zdarzało, miała mieszkanie osobne od Wiersiłowa. O tym wypadnie mi później mówić, tu tylko wspomnę, że Makary Iwanowicz nie rozwalał się po kanapach w salonie, lecz skromnie lokował gdziekolwiek za przepierzeniem. Pozostawał niedługo: pięć dni, tydzień.

Zapomniałem powiedzieć, że strasznie lubił i szanował swoje nazwisko „Dołgorukij”. Ma się rozumieć – to zabawna głupota. Najgłupsze zaś to, że mu się podobało jego nazwisko właśnie dlatego, że istnieją książęta Dołgorukie. Dziwne stanowisko, zupełnie do góry nogami. Jeżeli mówiłem, że cała rodzina była zawsze zgromadzona, to, rozumie się, oprócz mnie. Ja byłem niejako wyrzucony i niemal od samego urodzenia umieszczony u obcych ludzi. Ale w tym nie było żadnego specjalnego zamiaru, lecz jakoś tak się dlaczegoś stało. Po moim urodzeniu matka była jeszcze młoda i ładna i widocznie jemu potrzebna, a krzykacz dzieciak był wszystkiemu przeszkodą, szczególnie w podróżach. Oto dlaczego tak się stało, że do dwudziestego roku życia nie widywałem niemal zupełnie mojej matki, wyjąwszy dwa czy trzy przelotne wypadki. Stało się to nie z powodu uczuć matki, ale przez pychę Wiersiłowa w stosunku do ludzi.

VII

Teraz zupełnie o czymś innym.

Miesiąc temu, to jest na miesiąc przed dziewiętnastym września, w Moskwie, postanowiłem wyrzec się ich wszystkich i uciec już ostatecznie do swojej idei. Umyślnie piszę te słowa: „odejść do swojej idei”, ponieważ to wyrażenie może określić prawie całkowicie moją główną myśl – to właśnie, po co żyję na świecie. Co to jest „moja idea”, o tym bardzo dużo powiem później. W osamotnieniu mego wieloletniego rozmarzonego życia w Moskwie skrystalizowała się ona we mnie już od szóstej klasy gimnazjum i od tego czasu ani na chwilę mnie nie opuszczała. Już i przed nią żyłem w snach, od wczesnego dzieciństwa żyłem w królestwie marzeń pewnego odcienia; ale od chwili pojawienia się tej głównej i coraz bardziej pochłaniającej mnie idei marzenia moje skrzepły i zarazem odlały się w pewną formę – z głupich stały się rozsądne. Gimnazjum nie przeszkadzało marzeniom, nie przeszkodziło też i idei. Dodam jednak, że skończyłem kurs gimnazjalny w ostatnim roku licho, podczas gdy do siódmej klasy byłem zawsze jednym z pierwszych; wynikło to z tejże idei, z konsekwencji, być może błędnej, którą z niej wyprowadziłem.

W ten sposób nie gimnazjum przeszkodziło idei, lecz idea – gimnazjum, tak jak i uniwersytetowi. Ukończywszy gimnazjum, natychmiast powziąłem zamiar nie tylko zerwać radykalnie ze wszystkim, lecz, jeśli trzeba, nawet z całym światem, mimo że miałem zaledwie dwudziesty rok. Napisałem do kogo należy i za pośrednictwem kogo należało do Petersburga, aby mnie ostatecznie zostawiono w spokoju, nie przysyłano więcej pieniędzy na utrzymanie i, o ile to możliwe, aby o mnie w ogóle zapomniano (jeśli, ma się rozumieć, cokolwiek o mnie pamiętano), i w końcu – że na uniwersytet „za nic” nie wstąpię.

Miałem przed sobą nieunikniony dylemat: albo wyrzec się uniwersytetu i dalszego kształcenia się, albo odsunąć natychmiastowe praktyczne zastosowanie idei jeszcze na lat cztery; bez wahania opowiedziałem się za ideą, gdyż byłem jej matematycznie pewny.

Wiersiłow, ojciec mój, którego widziałem wszystkiego raz w życiu, kiedy miałem lat dziesięć (i który w czasie tego jednego momentu zdążył mnie olśnić), Wiersiłow, w odpowiedzi na moje pismo, zresztą nie do niego posłane, wezwał mnie do Petersburga własnoręcznym listem, obiecując prywatną posadę. To wezwanie człowieka zimnego i dumnego, w stosunku do mnie wyniosłego i lekceważącego, który do tego czasu, sprowadziwszy mnie na świat i rzuciwszy między ludzi, nie tylko nie znał mnie zupełnie, ale nawet nigdy tego nie żałował (kto wie, może o samym moim istnieniu miał wyobrażenie mgliste, nieścisłe, ponieważ później się okazało, że nawet pieniądze za moje utrzymanie w Moskwie nie on płacił, lecz inni), wezwanie tego człowieka, powiadam, który tak nagle sobie mnie przypomniał i zaszczycił mnie własnoręcznym listem – to wezwanie, zachwyciwszy mnie, zdecydowało o moim losie.

Dziwnie mi się między innymi spodobało w jego liście (jedna stroniczka małego formatu), że ani słowem nie wspomniał o uniwersytecie, nie prosił o zmianę decyzji, nie robił wyrzutów, że nie chcę się uczyć – słowem nie robił żadnych komedii rodzicielskich w tym rodzaju, jak to zwykle bywa, a tymczasem to właśnie było złe z jego strony, w tym znaczeniu, że jeszcze bardziej zaznaczało jego lekceważenie. Zdecydowałem się jechać, ponieważ to bynajmniej nie przeszkadzało memu głównemu marzeniu. „Zobaczę co będzie”, rozumowałem. „W każdym razie związuję się z nimi tylko na czas być może najkrótszy. Lecz jak tylko zobaczę, że ten krok, chociaż i warunkowy, i drobny, jednakże oddali mnie od najważniejszego, to natychmiast z nimi zerwę, wszystko rzucę, ucieknę do mej skorupy”. Właśnie do skorupy! „Schowam się do niej, jak żółw”, porównanie to bardzo mi się podobało. „Nie będę sam – rozmyślałem w dalszym ciągu, biegając jak oparzony w ciągu tych ostatnich dni w Moskwie – nigdy już teraz nie będę sam, jak przez tyle strasznych lat do tego czasu; będzie ze mną moja idea, której nigdy nie zdradzę, nawet w tym wypadku, gdyby mi się oni tam wszyscy spodobali i dali mi szczęście i gdybym przeżył z nimi nawet dziesięć lat!” To oto wrażenie, zaznaczę z góry, ta dwoistość moich planów i celów, która określiła się jeszcze w Moskwie i która nie opuszczała mnie ani na jedno mgnienie w Petersburgu (chociaż nie wiem, czy był jeden taki dzień w Petersburgu, którego nie wyznaczałem sobie naprzód jako ostatecznego terminu, ażeby zerwać z nimi i odejść), ta dwoistość, mówię, była, zdaje się, jedną z głównych przyczyn moich licznych nieostrożności, popełnionych w ciągu roku; licznych podłości, wielu nędznych postępków i, naturalnie, głupstw.

Niespodzianie – mam ojca, którego nigdy przedtem nie było. Ta myśl upajała mnie przy pakowaniu się w Moskwie i w wagonie. Że ojciec, to nic jeszcze, czułości nie lubiłem, lecz ten człowiek znać mnie nie chciał i poniżył mnie, podczas gdy ja przez wszystkie te lata śniłem o nim tkliwie. Każde moje marzenie od wczesnego dzieciństwa było mu poświęcane. Zaczynało się od niego i w ostatecznym rezultacie sprowadzało się do niego. Nie wiem, czy go nienawidziłem, czy kochałem – ale on wypełniał sobą całą moją przyszłość, wszystkie moje plany życiowe – i to stało się samo przez się, to szło jednocześnie z wiekiem.

Na wyjazd mój z Moskwy wpłynęła jeszcze jedna potężna okoliczność, jedna pokusa, o której na myśl już wtedy, jeszcze na trzy miesiące przed wyjazdem (a więc kiedy jeszcze nawet wzmianki nie było o Petersburgu), serce mi rosło i biło! Ciągnęło mnie w ten nieznany ocean jeszcze i dlatego, że mogłem wprost wejść weń jako pan i władca nawet obcych losów, i to czyich! Ale kipiały we mnie szlachetne, niedespotyczne uczucia – uprzedzam zawczasu, aby nie było nieporozumień co do moich słów. Ponadto Wiersiłow mógł sobie myśleć (jeżeli tylko raczył o mnie myśleć), że oto jedzie chłopczyk, były uczniak, młokos i dziwi się całemu światu. A ja tymczasem znałem już jego tajniki i miałem przy sobie pierwszej wagi dokument, za który (teraz już wiem to na pewno) – oddałby kilka lat swego życia, gdybym mu wtedy odkrył tę tajemnicę. Zresztą zauważam, że napakowałem zagadek. Bez faktów uczuć nie można opisać. Przy tym o tym wszystkim dość będzie mowy na właściwym miejscu, po to przecież chwyciłem za pióro. A takie pisanie wygląda na bredzenie lub bujanie w obłokach.

VIII

Na koniec, aby ostatecznie przejść do oznaczonej daty, powiem pokrótce i, że się tak wyrażę, mimochodem, że zastałem ich wszystkich, to znaczy Wiersiłowa, matkę i siostrę moją (tę ostatnią zobaczyłem po raz pierwszy w życiu), w ciężkich warunkach, niemal w nędzy, lub w przeddzień nędzy.

Wiedziałem o tym jeszcze w Moskwie, jednakże nie wyobrażałem sobie tego, co zobaczyłem.

Od dzieciństwa przywykłem wyobrażać sobie tego człowieka, tego „przyszłego mego ojca”, niemal w jakimś blasku i nie mogłem wyobrazić go sobie inaczej niż wszędzie na pierwszym miejscu. Nigdy Wiersiłow nie żył z moją matką w jednym mieszkaniu, a zawsze wynajmował dla niej osobne: naturalnie robił to z najpodlejszych względów „przyzwoitości”. Ale tu mieszkali wszyscy razem w jednej drewnianej oficynie, w dzielnicy Siemionowskiego Pułku. Wszystkie rzeczy były zastawione, tak że nawet oddałem matce, w sekrecie przed Wiersiłowem moje ukryte sześćdziesiąt rubli. Właśnie ukryte, ponieważ były zaoszczędzone z kieszonkowych pieniędzy, których mi dawano pięć rubli na miesiąc w ciągu dwóch lat. Oszczędzanie zaś zaczęło się od pierwszego dnia „mojej idei”, a przeto Wiersiłow nie powinien był wiedzieć ani słowa o tych pieniądzach. Drżałem o to.

Ta pomoc okazała się kroplą w morzu. Matka pracowała, siostra też brała szycie, Wiersiłow próżnował, kaprysił i żył w dalszym ciągu z mnóstwem dawnych, dość drogich przyzwyczajeń. Zrzędził strasznie, w szczególności przy obiedzie, i cały jego sposób zachowania się był zupełnie despotyczny. Ale matka, siostra i cała rodzina nieboszczyka Andronikowa (pewnego zmarłego trzy miesiące przedtem wyższego urzędnika, który jednocześnie kierował interesami Wiersiłowa), składająca się z niezliczonej liczby kobiet, korzyła się przed nim jak przed jakimś bóstwem.

Nie mogłem tego pojąć; przyznaję, że dziewięć lat przedtem wydał mi się on o wiele bardziej wytworny. Powiedziałem już, że pozostał w moich marzeniach w jakiejś aureoli, a przeto nie mogłem sobie wyobrazić, jak można się było tak zestarzeć i zniszczeć zaledwie w dziewięć lat, zrobiło mi się naraz smutno, żal i wstyd. Widok Wiersiłowa był jednym z najprzykrzejszych wrażeń po przyjeździe. Zresztą nie był to jeszcze wcale starzec, miał wszystkiego czterdzieści pięć lat. Przyglądając się bliżej, znalazłem w jego urodzie coś bardziej uderzającego niż to, co pozostało w moim wspomnieniu. Mniej ówczesnego blasku, mniej z wnętrzności, nawet wykwintu, lecz życie jak gdyby wycisnęło na tej twarzy coś o wiele bardziej ciekawego niż dawniej.

Prócz tego ubóstwo było zaledwie dziesiątą lub dwunastą częścią jego niepowodzeń, a ja aż nadto dobrze wiedziałem o tym. Poza ubóstwem było coś o wiele poważniejszego – nie mówiąc już o fakcie, że ciągle jeszcze była nadzieja wygrania procesu o spadek, który toczył się już rok między Wiersiłowem a książętami Sokolskimi, a z którego Wiersiłow mógł otrzymać w najbliższym czasie siedemdziesiąt albo i więcej tysięcy. Mówiłem już wcześniej, że Wiersiłow stracił w swoim życiu trzy spadki, a oto znów ratował go kolejny. Sprawa miała zdecydować się w sądzie w najbliższym terminie. W tym czasie właśnie przyjechałem. Prawda, na rachunek nadziei nikt pieniędzy nie dawał, pożyczyć nie było gdzie, więc do czasu cierpieli.

Ale Wiersiłow nie chodził do nikogo, choć często wychodził z domu na cały dzień. Już przeszło rok wcześniej został wypędzony z towarzystwa. Ta historia, bez względu na wszelkie moje podejrzenia, w najgłówniejszych punktach pozostawała dla mnie niewyjaśniona, mimo że cały miesiąc mieszkałem w Petersburgu. Czy Wiersiłow był winien, czy nie był – oto co było dla mnie ważne, oto po co przyjechałem!

Odwrócili się od niego wszyscy, w tym wszyscy wpływowi, poważni ludzie, z którymi przez całe życie szczególnie dobrze umiał utrzymywać łączność, na skutek plotek o pewnym nadzwyczaj nędznym, a co najgorsze w oczach „świata” – skandalicznym postępku, jakoby popełnionym przez niego przeszło rok wcześniej, w Niemczech, a także o obeldze, jaką zniósł wtedy ze strony jednego z książąt Sokolskich, na którą nie odpowiedział wyzwaniem.

Nawet jego dzieci (z prawego łoża), syn i córka, odwróciły się od niego i żyły osobno. Co prawda i syn, i córka byli przyjmowani w najwyższych kołach dzięki Fanariotowom i staremu księciu Sokolskiemu, dawnemu przyjacielowi Wiersiłowa. Zresztą przyglądając mu się przez cały ten miesiąc, widziałem dumnego człowieka, którego to nie społeczeństwo wykluczyło ze swego koła, ale który raczej sam przepędzał od siebie społeczeństwo – do tego stopnia wyglądał on niezależnie. Ale czy miał on prawo patrzeć w ten sposób – oto co mnie nurtowało! Bezwzględnie musiałem poznać całą prawdę w najbliższym czasie, bo przyjechałem sądzić tego człowieka. Siły swe ukrywałem jeszcze przed nim, ale musiałem albo go uznać, albo ostatecznie odepchnąć od siebie. A to właśnie byłoby dla mnie bardzo trudne i dlatego się męczyłem. Wyznam na koniec – człowiek ten był mi drogi!

A tymczasem mieszkałem z nim w jednym mieszkaniu, pracowałem i ledwo powstrzymywałem się od niegrzeczności. Nawet się nie powstrzymywałem. Przemieszkawszy miesiąc, upewniłem się, że po ostateczne wyjaśnienie w żaden sposób nie będę mógł zwrócić się do niego. Dumny ten człowiek był dla mnie po prostu zagadką, drażniącą mnie do głębi. Był nawet w stosunku do mnie miły i żartował, ale ja o wiele bardziej wolałbym kłótnię niż takie żarty. Wszystkie moje rozmowy z nim miały zawsze jakąś dwuznaczność, z jego strony to były jakieś dziwne kpiny. Już od początku, gdy przyjechałem z Moskwy, powitał mnie jakoś niepoważnie. W żaden sposób nie mogłem zrozumieć, dlaczego tak postąpił.

Prócz tego miał jakiś dziwaczny, niemożliwy do przełamania sposób bycia, z którym nie umiałem dać sobie rady. Mówiąc po prostu, obchodził się ze mną jak z żółtodziobem, czego nie mogłem znieść, jakkolwiek wiedziałem, że tak będzie.

W rezultacie ja sam przestałem mówić serio i czekałem; nawet niemal zupełnie zaprzestałem mówić. Czekałem na pewną osobę, z której przyjazdem do Petersburga miałem ostatecznie poznać prawdę; to była moja ostatnia nadzieja. W każdym razie przygotowałem się do ostatecznego zerwania i poczyniłem już odpowiednie przygotowania. Żal mi było matki, ale „albo on, albo ja” – oto co chciałem powiedzieć jej i siostrze mojej. Nawet dzień miałem na to już wyznaczony, a tymczasem pracowałem.

ROZDZIAŁ DRUGI

I

Owego dziewiętnastego powinienem był otrzymać moją pierwszą pensję za pierwszy miesiąc mej petersburskiej pracy na mojej „prywatnej” posadzie. O posadę tę nawet nie zapytali mnie, a po prostu oddali mnie na nią, bodajże pierwszego dnia po przyjeździe. Było to bardzo niedelikatne i właściwie powinienem był protestować. Była to posada w domu księcia Sokolskiego. Ale protestować już wtedy – znaczyłoby zerwać z nimi od razu, co, chociaż mnie wcale nie przestraszało, ale szkodziło mym osobistym celom i dlatego przyjąłem to miejsce, milcząc do czasu i milczeniem broniąc mego honoru. Wyjaśnię od razu, że ów książę Sokolski, bogacz i tajny radca, nie miał nic wspólnego z tymi moskiewskimi książętami Sokolskimi (nędznymi hołyszami od kilku już pokoleń), z którymi Wiersiłow wiódł swój proces. Nosili tylko to samo nazwisko. Jednakże stary książę bardzo się nimi interesował i specjalnie lubił jednego z tych książąt, rzec można, przywódcę ich rodu – pewnego młodego oficera. Wiersiłow jeszcze niedawno miał wielki wpływ na sprawy owego starca i był jego przyjacielem, dziwnym przyjacielem, bo ten biedny książę, jak już wspomniałem, strasznie się go obawiał nie tylko w tym czasie gdy objąłem u niego posadę, ale, zdaje się, zawsze, przez cały czas ich przyjaźni.

Zresztą dawno się już oni nie widzieli, gdyż niehonorowy postępek, o który obwiniano Wiersiłowa, dotyczył właśnie rodziny księcia. Ale nawinęła się Tatiana Pawłowna i za jej pośrednictwem umieszczono mnie u staruszka, który potrzebował człowieka do swego biura. Wtedy się okazało, że chciał też ogromnie dogodzić Wiersiłowowi, zrobić, że tak powiem, pierwszy krok ku niemu, a Wiersiłow na to pozwolił.

Stary książę zrobił to pod nieobecność swej córki, wdowy – generałowej, która na pewno nie byłaby mu pozwoliła na ten krok. O tym potem, ale zauważę, że to dziwne ustosunkowanie się do Wiersiłowa zrobiło na mnie wrażenie sympatyczne. Wyobraziłem sobie, że jeśli głowa obrażonej rodziny ciągle jeszcze nie przestaje szanować Wiersiłowa, to plotki o jego nikczemności są, być może, nieprawdziwe, lub przynajmniej dwuznaczne i przesadzone. Po części też ta okoliczność skłoniła mnie do nieprotestowania przy braniu posady; przyjmując ją, miałem mianowicie nadzieję sprawdzić to.

Owa Tatiana Pawłowna dziwną grała rolę wówczas, gdy ją zastałem w Petersburgu. Niemal już o niej zapomniałem, a w każdym razie nigdy nie przypuszczałem, że ma takie znaczenie. Poprzednio zjawiła się trzy czy cztery razy, gdy mieszkałem w Moskwie, a zjawiała się Bóg wie skąd, z czyjego polecenia, zawsze wtedy, gdy trzeba mnie było gdzieś umieścić – przy wstąpieniu do pensjonatu Toucharda, czy dwa i pół roku później – przy przeniesieniu mnie do gimnazjum i ulokowaniu na stancji u niezapomnianego Mikołaja Siemionowicza. Przyjechawszy, spędzała ze mną cały dzień, przeglądała moją bieliznę, ubranie, jeździła ze mną na Kuznieckij, kupowała mi niezbędne rzeczy, urządzała, jednym słowem, całą moją wyprawę, od kufra aż do ostatniego scyzoryka. Cały czas przy tym fukała na mnie, strofowała mnie, karciła, egzaminowała, stawiała mi jako przykład innych jakichś fantastycznych synów swych znajomych i kuzynów, którzy jakoby wszyscy byli lepsi ode mnie i, doprawdy, nawet szczypała mnie i poszturchiwała stanowczo, ba, niejednokrotnie i boleśnie. Urządziwszy mnie i ulokowawszy na danym miejscu, znikała bez śladu na lat kilka.

Otóż ona to zaraz po moim przyjeździe znów się zjawiła, by mnie zagospodarować. Była to chudziutka, maleńka figurka z ptasim ostrym noskiem i ptasimi bystrymi oczkami. Służyła Wiersiłowowi jak niewolnica i korzyła się przed nim jak przed papieżem, ale z przekonania. Lecz wkrótce ze zdumieniem zauważyłem, że na ogół wszyscy i wszędzie ją poważali, a głównie wszyscy i wszędzie znali. Stary książę Sokolski odnosił się do niej z nadzwyczajnym szacunkiem, jego rodzina również, harde dzieci Wiersiłowa także; u Fanariotowych – to samo, a przecież zarabiała szyciem i praniem jakichś tam koronek, brała robotę z magazynu. Pokłóciłem się z nią od pierwszego słowa, ponieważ uważała natychmiast za stosowne, jak poprzednio sześć lat temu, fukać na mnie, od tego czasu kłóciliśmy się codziennie, lecz to nie przeszkadzało nam niekiedy rozmawiać i przyznam się, że pod koniec miesiąca zaczęła mi się ona podobać; myślę, że z powodu niezależności charakteru. Ale nie powiedziałem jej tego.

Od razu pojąłem, że umieścili mnie u tego chorego starca po to tylko, bym go rozweselał i że na tym polega cała praca. Oczywiście to mnie poniżało i natychmiast powziąłem złe zamiary; ale wkrótce ten stary cudak wywarł na mnie tak nieoczekiwane wrażenie, coś jakby w rodzaju litości i w końcu miesiąca jakoś dziwnie się do niego przywiązałem, w każdym razie porzuciłem zamiary niedorzecznego postępowania. Zresztą miał on ponad sześćdziesiąt lat. To była cała historia. Półtora roku temu zdarzył mu się nagle wypadek; gdzieś tam pojechał i w drodze zbzikował, zrobił skandal, o którym mówiono w całym Petersburgu. Jak wypada w takich razach, wywieziono go momentalnie za granicę; ale po pięciu miesiącach nagle znów się zjawił najzupełniej zdrów, jakkolwiek porzucił służbę. Wiersiłow zapewniał poważnie i z widoczną żarliwością, że pomieszania zmysłów wcale nie było, lecz tylko jakiś atak nerwowy. Tę żarliwość Wiersiłowa natychmiast zauważyłem. Zresztą zaznaczę, że i ja podzielałem po części jego mniemanie. Starzec stał się odtąd tylko nieraz zbyt lekkomyślnym, jak na swój wiek, co poprzednio, mówiono, zupełnie się nie zdarzało. Podobno dawniej dawał on gdzieś tam jakieś porady i pewnego razu specjalnie się odznaczył przy wykonaniu danego mu zlecenia. Obcując z nim cały miesiąc, nigdy bym nie przypisał mu specjalnych kwalifikacji na radcę. Zauważono (chociaż ja tego nie zauważyłem), że po ataku rozwinęła się w nim jakaś szczególna skłonność do ożenku i podobno już nieraz przystępował do realizacji tego zamiaru w ciągu ostatniego półtora roku. Wiedziano o tym jakoby w świecie i jak należy interesowano się tym. Ale ponieważ ta skłonność zbytnio nie zgadzała się z interesem niektórych osób otaczających księcia, więc pilnowano go ze wszystkich stron. Rodzinę miał małą, był wdowcem już od lat dwunastu i miał tylko jedyną córkę, ową wdowę po generale, której teraz z dnia na dzień oczekiwano w Moskwie, a której temperamentu on się niewątpliwie obawiał. Ale posiadał też bez liku dalszych krewnych, przeważnie po nieboszczce żonie, którzy wszyscy byli niemal w nędzy; prócz tego masę różnych wychowanków i wychowanic, którzy wszyscy oczekiwali cząstki w jego testamencie, toteż wszyscy pomagali generałowej w nadzorowaniu tego męża. Ponadto miał on od wczesnej młodości pewne dziwactwo, sam nie wiem, czy śmieszne: lubił wydawać za mąż biedne panny. Zajmował się już tym dwadzieścia pięć lat z rzędu – były to albo dalekie krewniaczki, albo pasierbice jakichś tam ciotecznych braci swej żony, albo chrześniaczki; wydał nawet córkę swego szwajcara. Brał je naprzód do siebie, jako małe dziewczynki, wychowywał z guwernantkami i Francuzkami, potem kształcił w najlepszych zakładach naukowych, a na koniec wydawał z posagiem. Wszystko to cisnęło się koło niego bezustannie. Wychowanki oczywiście w małżeństwie narodziły jeszcze dziewczynek; wszystkie urodzone dziewczynki także pchano na wychowankę; wszędzie on musiał trzymać do chrztu, wszystko to przychodziło mu winszować imienin, a wszystko to było dlań nadzwyczaj przyjemne.

Od wejścia do jego domu natychmiast zauważyłem, że w duszy mego pryncypała gnieździło się pewne przykre przekonanie – tego nie można było nie zauważyć – że wszyscy w towarzystwie jego zaczęli nań patrzeć jakoś dziwnie, że wszyscy zaczęli się odnosić doń jakby nie tak jak poprzednio, jak do zdrowego; to wrażenie nie opuszczało go nawet podczas najweselszych światowych zebrań. Zrobił się pełen przywidzeń, zaczął u wszystkich coś tam w oczach spostrzegać. Widocznie myśl, że go jeszcze mają za wariata, męczyła go; nawet mnie przyglądał się nieraz z niedowierzaniem. I jeżeliby się dowiedział, że ktokolwiek rozpowszechnia o nim lub utwierdza taką pogłoskę, to zdaje się ten człowiek bez złości zostałby jego wiecznym nieprzyjacielem. Proszę zwrócić uwagę na tę okoliczność. Dodam, że to właśnie wpłynęło na mnie od pierwszego dnia, żeby nie być dla niego niegrzecznym; byłem nawet zadowolony, jeżeli udawało mi się go czasem rozweselić lub rozerwać, nie sądzę jednak, aby to wyznanie mogło rzucić cień na moją godność osobistą.

Większa część jego pieniędzy była w obrocie. Już po chorobie wstąpił jako udziałowiec do pewnego dużego towarzystwa akcyjnego, zresztą bardzo solidnego. Chociaż interesy prowadzili inni, ale on także bardzo się interesował, uczęszczał na zebrania akcjonariuszy, został wybrany do grona członków założycieli, zasiadał w radach, miewał długie przemówienia, zbijał cudze twierdzenia, hałasował, a wszystko z widoczną satysfakcją.

Bardzo mu się podobało przemawianie: przynajmniej wszyscy mogli przekonać się o jego rozumie. I w ogóle ogromnie polubił nawet w najbardziej intymnym prywatnym swoim życiu wstawiać do rozmowy specjalnie głębokie zdania i bon mot, co jest dla mnie zrozumiałe.

W domu na parterze było urządzone coś w rodzaju domowej kancelarii, gdzie jeden urzędnik załatwiał sprawy, prowadził rachunki i księgi, a jednocześnie zarządzał domem. Ten urzędnik byłby w zupełności wystarczył, ale na żądanie samego księcia dodano jeszcze mnie, jakoby do pomocy owemu urzędnikowi; lecz od razu zostałem przeniesiony do gabinetu i często nawet dla pozoru nie miałem przed sobą roboty: ani papieru, ani książek.

Piszę to teraz jak człowiek, który już dawno otrzeźwiał i w dużym stopniu stał się kimś nieomal postronnym; lecz jak mam odmalować smutek (który mi się teraz tak żywo przypomniał), jaki wówczas zapadł w moje serce, a co ważniejsze mój ówczesny niepokój, który dochodził do stanu takiego wzburzenia i rozgorączkowania, że moja niecierpliwość i zagadki, które sam sobie stawiałem, nie dawały mi spać po nocach.

II

Paskudna to rzecz prosić o pieniądze, nawet o pensję, jeżeli w głębi sumienia czujesz, żeś na nią niezupełnie zasłużył. Tymczasem, w przeddzień, matka szepcząc z siostrą, w sekrecie przed Wiersiłowem („żeby nie zasmucić Andrzeja Pietrowicza”) zamierzała zanieść do lombardu obraz, który dla czegoś tam był jej bardzo drogi, obraz z kiotu3.

Pracowałem za pięćdziesiąt rubli miesięcznie, ale zupełnie nie wiedziałem, w jaki sposób będę je otrzymywał; umieszczając mnie tu, nic mi nie powiedziano. Trzy dni wcześniej spotkawszy się na dole z urzędnikiem, zapytałem się: do kogo tu zwracać się o pensję? Ten popatrzył na mnie z uśmiechem człowieka zadziwionego (nie lubił mnie):

– Pan otrzymuje pensję?

Myślałem, że po mojej odpowiedzi doda: „Za cóż to?”.

Ale on odpowiedział tylko sucho, że „nic nie wie” i zagłębił się w swą poliniowaną księgę, w którą z jakichś papierków wpisywał jakieś cyfry.

Jednak nie było mu niewiadome, że ja cośkolwiek robiłem. Dwa tygodnie przedtem przesiedziałem całe cztery dni nad robotą, którą on sam mi dał: niby przepisać z brulionu; ale okazało się, że trzeba było zupełnie przerobić. Była to cała zawierucha „myśli” księcia, które zamierzał przedstawić na radę akcjonariuszy. Trzeba to było wszystko ułożyć w całość i poprawić styl. Przesiedzieliśmy z księciem potem cały dzień nad tym wystąpieniem: bardzo gorąco sprzeczał się ze mną, jednakże w końcu był zadowolony, nie wiem tylko, czy podał wniosek, czy nie? O dwóch, trzech listach, również dotyczących interesów, które napisałem na jego prośbę, nawet nie wspominam.

Prosić o pensję było mi jeszcze dlatego nieprzyjemnie, że już postanowiłem zrzec się posady, przeczuwając, że będę zmuszony odjechać stąd, z powodu nieuniknionych okoliczności. Obudziwszy się tego ranka i ubierając się u siebie na górze w pokoiku, poczułem, że mi serce zabiło i chociaż plułem na to, lecz wchodząc do domu księcia, znów uczułem wzburzenie: tego ranka miała przybyć tu owa osoba, kobieta, od której przybycia oczekiwałem wyjaśnienia wszystkiego, co mnie męczyło! Była to właśnie córka księcia, generałowa Achmakowowa, młoda wdowa, o której już mówiłem i która była w srogiej kłótni z Wiersiłowem.

Na koniec napisałem to nazwisko! Nigdy jej naturalnie nie widziałem i wyobrazić sobie nie mogłem, jak i czy będę z nią rozmawiał; ale wyobrażało mi się może, nie bez podstaw, że z jej przyjazdem rozwieje się mrok otaczający w mych oczach Wiersiłowa. Nie mogłem być spokojny: byłem zły, że od pierwszego kroku jestem tak małoduszny i niezręczny i byłem strasznie ciekawy, a co ważniejsze, czułem obrzydzenie – od razu trzy uczucia. Pamiętam cały ten dzień do najdrobniejszego szczegółu.

O prawdopodobnym przyjeździe córki mój książę nic jeszcze nie wiedział i przypuszczał, że jej powrót z Moskwy nastąpi dopiero w ciągu tygodnia.

Ja zaś dowiedziałem się tego w dniu poprzednim, zupełnie przypadkowo: wygadała się przy mnie i matce mej Tatiana Pawłowna, która otrzymała od generałowej list. Chociaż szeptały i mówiły ogródkami, ale się domyśliłem. Ma się rozumieć, nie podsłuchiwałem: po prostu nie mogłem nie słyszeć, kiedy spostrzegłem, że nagła wiadomość o przyjeździe tej kobiety tak wzruszyła moją matkę. Wiersiłowa nie było w domu.

Księciu nie chciałem tego mówić, ponieważ nie mogłem nie zauważyć przez cały ten okres, jak bardzo obawiał się jej przyjazdu. Nawet trzy dni przedtem wygadał się, jakkolwiek trwożliwie i niewyraźnie, że lęka się jej przyjazdu z mojego powodu, to jest, że będzie miał przykrość, iż mnie zatrudnił. Jednak muszę dodać, że w stosunkach rodzinnych on mimo wszystko zachowywał niezależność i zwierzchnictwo szczególnie w rozporządzaniu pieniędzmi. Z początku zdecydowałem o nim, że to kompletna baba, ale potem musiałem zmienić zdanie. W tym sensie, że jeśli nawet baba, to jednak pozostawał w nim czasami pewien upór, jeżeli nie prawdziwe męstwo.

Bywały chwile, kiedy z charakterem jego – wyraźnie tchórzliwym i poddającym się – nic prawie nie można było zrobić.

Miałem o tym później szczegółowe wyjaśnienia od Wiersiłowa. Wspominam teraz z ciekawością, że myśmy z nim prawie nigdy nie rozmawiali o generałowej, to jest jakbyśmy unikali rozmowy. Unikałem tego szczególnie ja, a on z kolei unikał rozmowy o Wiersiłowie i ja po prostu domyśliłem się, że on mi nie odpowie, jeśli mu zadam jakiekolwiek z drażliwych, a tak mnie interesujących pytań.

Gdyby chciano wiedzieć, o czym myśmy przez cały ten miesiąc rozmawiali, to odpowiem, że właściwie o wszystkim na świecie, lecz zawsze o jakichś dziwnych rzeczach. Bardzo mi się podobała nadzwyczajna prostota, z którą on odnosił się do mnie. Niekiedy z ogromnym zdziwieniem wpatrywałem się w tego człowieka i zadawałem sobie pytanie: „Gdzież to on dawniej przebywał? Toż jego by dać do naszego gimnazjum, nawet do czwartej klasy – a byłby z niego przemiły kolega”. Nieraz też podziwiałem jego twarz: była pozornie nadzwyczaj poważna (i prawie ładna), sucha; gęste siwe kręcące się włosy, otwarte oczy; cały przy tym był chudy i dużego wzrostu; ale twarz jego miała jakąś nieprzyjemną, niemal nieprzyzwoitą właściwość zmieniać raptem wyraz z nadzwyczaj poważnego na zbyt już swawolny, tak że ktoś, kto go pierwszy raz widział, nigdy by się tego nie spodziewał. Mówiłem o tym Wiersiłowowi, który mnie z ciekawością wysłuchał; zdaje się, że nie spodziewał się, że byłem zdolny do takich spostrzeżeń, zauważył mimochodem, że pojawiło się to u księcia już po chorobie i bodaj czy nawet nie w ostatnim czasie.

Przeważnie rozmawialiśmy na dwa tematy bardzo od siebie oderwane – o Bogu i o Jego istnieniu, to jest czy istnieje, czy nie – i o kobietach. Książę był bardzo religijny i uczuciowy. W jego gabinecie wisiał spory ołtarzyk z lampą. Ale nagle coś go nawiedzało i oto zaczynał wątpić w istnienie Boga i prawił zadziwiające rzeczy, wyraźnie prowokując mnie do odpowiedzi. Ta kwestia była mi dość obojętna ogólnie biorąc, jednakże dyskutowaliśmy obaj zaciekle i zawsze szczerze. Na ogół wszystkie te rozmowy dziś jeszcze wspominam z przyjemnością.

Ale najbardziej lubił gawędzić o kobietach, a ponieważ ja z powodu mej niechęci do rozprawy na ten temat nie mogłem być dobrym rozmówcą, niejednokrotnie było mu przykro. Akurat zagadał o czymś w tym rodzaju, zaledwie przyszedłem owego ranka. Zastałem go w usposobieniu swawolnym, a wczoraj zastawiłem z jakiegoś powodu w niezwykłym smutku. Tymczasem musiałem nieodzownie zakończyć sprawę pensji, dziś jeszcze, przed przyjazdem pewnych osób. Przypuszczałem, że nam dziś na pewno przeszkodzą (nie darmo tak mi serce biło), a wtedy ja może nie zdecyduję się powiedzieć o pieniądzach. Ale ponieważ nic się o pieniądzach nie napomykało, zirytowałem się naprawdę bardzo na moją głupotę i jak sobie teraz przypominam, ze złości na jakieś już zbyt wesołe jego zapytanie wyłożyłem mu hurtem, w nadzwyczajnym uniesieniu, moje zapatrywania na kobiety. W rezultacie rozochocił się jeszcze bardziej, i to na mój rachunek.

3 Szafka na obrazy święte.

III

…Nie lubię kobiet za ich ordynarność, za to, że są niezręczne, niesamodzielne i za to, że noszą nieprzyzwoite ubrania! – chaotycznie zreasumowałem moją długą tyradę.

– Litości, gołąbku! – wykrzyknął strasznie rozweselony, co jeszcze bardziej mnie rozsierdziło.

Jestem ustępliwy tylko w drobiazgach, ale w ważnej rzeczy nie ustąpię nigdy. W drobiazgach za to, w różnych światowych formach, można ze mną Bóg wie co zrobić i zawsze przeklinam ten rys mojego charakteru. Przez jakąś obrzydliwą dobroduszność byłem gotów nieraz potakiwać nawet byle pyszałkowi światowemu, olśniony jedynie jego gładkością, albo wdawałem się w dysputę z głupcem, co jest już wprost niewybaczalne. Wszystko to przez niepohamowanie i przez to, że wychowałem się samotnie, ale zawsze wracam do tych samych błędów.

Oto dlaczego brano mnie niemal za szesnastolatka.

Lecz zamiast nauczyć się panowania nad sobą i dziś jeszcze wolę zaszyć się jeszcze bardziej w kąt, choćby w najbardziej mizantropijnym sensie: „Przypuśćmy, że jestem niezręczny – no to żegnajcie”. Mówię poważnie i stosuje się to do całego życia. Zresztą w ogóle nie z powodu księcia piszę to, a nawet nie z powodu tamtej rozmowy.

– Ja bynajmniej nie dla rozweselania pana to mówię – prawie krzyknąłem na niego – ja po prostu wypowiadam swoje przekonanie.

– Jakżeż to: kobiety są ordynarne i nieprzystojnie ubrane? To coś nowego!

– Ordynarne. Niech pan idzie do teatru, na spacer. Każdy z mężczyzn wie, gdzie prawa strona, spotkamy się i miniemy: ja w prawo i on w prawo. Kobieta, to jest dama, bo o damach mówię, pcha się prosto na pana, nawet pana nie spostrzegając, tak jakby pan był już koniecznie obowiązany odskoczyć i ustąpić jej z drogi. Jestem gotów ustąpić, jako stworzeniu słabszemu, ale skąd tu prawo, dlaczego ona jest taka pewna, że jestem do tego obowiązany, oto co jest obrażające. Plułem na to zawsze, spotykając je.

I po tym wszystkim one krzyczą, że są poniżone i żądają równouprawnienia; jakaż tu może być równość, jeśli ona depcze mnie albo mi napycha w usta piasku!

– Piasku!

– Tak. Dlatego, że ubrane są nieprzystojnie; tego tylko rozpustnik może nie zauważyć. W sądach drzwi zamykają, gdy jest mowa o nieprzyzwoitościach: dlaczegóż pozwalają na nie na ulicy, gdzie jest jeszcze więcej ludzi? Podkładają sobie z tyłu jakieś fru-fru, żeby pokazać, że są pięknie zbudowane; jawnie! Nie mogę przecież tego nie zauważyć; i młodzieniaszek, i dziecko, i podrastający malec zauważy; to nikczemne. Niech się tym zachwycają starzy rozpustnicy, niech lecą, wywaliwszy język, ale jest czysta młodzież, którą należy chronić.

Nie pozostaje nic innego, jak tylko pluć na to. Idzie bulwarem, a z tyłu spuści tren na półtora arszyna i kurz podnosi; jakże tu iść za nią: albo biegnij i przeganiaj, albo uciekaj na bok, jeśli nie, to i w nos, i w gębę napcha ci pięć funtów piasku. A w dodatku – to jedwab, ona go przez trzy wiorsty strzępi po kamieniach tylko dla mody, a mąż otrzymuje pięćset rubli rocznie: oto, gdzie tkwią łapówki! Plułem na to zawsze na głos, plułem i kląłem.

Choć opisuję tę rozmowę nieco z irytacją i z ówczesną moją zapalczywością, lecz i dziś myślę tak samo.

– I skutkowało? – zaciekawił się książę.

– Plunę i odejdę. Naturalnie poczuje, a nie pokaże tego po sobie. Sunie majestatycznie, nie odwracając głowy. Przemówiłem się na serio raz tylko jeden – z jakimiś dwiema, obie z ogonami, na bulwarze – rozumie się nie brzydkimi słowami, tylko zauważyłem na głos, że ogon jest obrażający.

– Tak się wyraziłeś?

– Naturalnie. Po pierwsze ona lekceważy porządek publiczny, a po drugie kurzy – a bulwar jest dla wszystkich; idę ja, idzie drugi, trzeci, Teodor, Jan, wszyscy na równi. To właśnie wypowiedziałem. W ogóle nie lubię kobiecego chodu, jeśli patrzeć z tyłu; to także powiedziałem nawiasem.

– Przyjacielu, ależ ty możesz wpaść w poważną awanturę: one mogły pociągnąć cię do sądu.

– Nie, nie mogły. Nie było na co się skarżyć: idzie obok człowiek i sam z sobą rozmawia. Każdy ma prawo rzucić w przestrzeń swoje zdanie. Mówiłem abstrakcyjnie, nie zwracałem się do nich. Same mnie zaczepiły, zaczęły mi wymyślać, daleko gorzej wymyślały niż ja: a to smarkacz, a to na chleb i wodę trzeba skazać, a to nihilista, a to stójkowemu oddadzą, a to, że ja dlatego się przyczepiłem, że one same jedne, słabe kobiety, a gdyby z nimi był mężczyzna, tobym zaraz ogon podkulił. Oświadczyłem im z zimną krwią, żeby się przestały mnie czepiać, to przejdę na drugą stronę. A żeby im dowieść, że nie boję się ich mężczyzn i gotów jestem przyjąć wezwanie, będę szedł o dwadzieścia kroków za nimi, aż do samego ich domu, po czym stanę przed domem i będę oczekiwał ich mężczyzn. Tak też zrobiłem.

– Czyżby?

– Oczywiście, to była głupota, ale byłem podrażniony. One przewlekły mnie po upale przeszło trzy wiorsty, aż do instytutów4; weszły do drewnianego jednopiętrowego domu – muszę przyznać, zupełnie przyzwoitego – przez okno widać było wewnątrz dużo kwiatów, dwa kanarki, trzy szpice i ryciny w ramkach. Przestałem na środku ulicy przed domem z pół godziny. One wyjrzały ukradkiem trzy razy, a potem zapuściły wszystkie story. Na koniec wyszedł zza furtki jakiś podtatusiały urzędnik, sądząc z wyglądu, spał i umyślnie go rozbudzono; nie był w szlafroku, ale w czymś bardzo domowym; stanął przy furtce, założył ręce w tył i zaczął patrzeć na mnie, a ja – na niego. Potem odwrócił oczy, potem znów popatrzył i nagle zaczął się do mnie uśmiechać. Ja odwróciłem się i odszedłem.

– Przyjacielu, toż to coś schillerowskiego! Zawsze się dziwiłem; jesteś rumiany, zdrowie tryska z twej twarzy – i taki, można powiedzieć, wstręt do kobiet! Jak to może być, żeby kobieta nie robiła wiadomego wrażenia, kiedy się jest w twoim wieku! Mnie, mon cher5, już jako jedenastoletniemu chłopcu robił guwerner uwagi, że się zbyt wpatrywałem w posągi w ogrodzie Letnim.

– Pan by strasznie chciał, żebym ja poszedł do jakiejś tutejszej Józefiny i przyszedł panu to opowiedzieć. Nic z tego; miałem lat trzynaście, kiedy widziałem całą kobiecą nagość; od tego właśnie czasu poczułem obrzydzenie!

– Serio? Ależ, cher enfant6, od pięknej świeżej kobiety pachnie jabłkiem, jakże tu się brzydzić!

– Miałem kiedyś w pensjonacie u Toucharda, jeszcze przed gimnazjum, pewnego kolegę, Lamberta. Bił mnie zawsze, bo był przeszło o trzy lata ode mnie starszy, a ja mu służyłem i buty zdejmowałem. Kiedy przystąpił do komunii, przyjechał do niego ksiądz Rigaud powinszować mu przyjęcia po raz pierwszy tego sakramentu; ze łzami rzucili się sobie w objęcia, a ksiądz Rigaud zaczął go, gestykulując mocno, przyciskać do piersi. Ja także płakałem i bardzo zazdrościłem. Kiedy mu umarł ojciec, opuścił nas i dwa lata go nie widziałem, a potem spotkałem go na ulicy. Powiedział, że do mnie przyjdzie.

Byłem już w gimnazjum i mieszkałem u Mikołaja Siemionowicza. Przyszedł rankiem, pokazał mi pięćset rubli i kazał jechać z sobą. Chociaż dwa lata temu bił mnie, jednak zawsze mnie potrzebował, nie tylko do zdejmowania butów: zwierzał mi się. Powiedział, że pieniądze wyciągnął matce ze szkatułki, podrobiwszy klucz, ponieważ wszystkie pieniądze po ojcu są jego według prawa, że jej nie wolno mu ich nie dawać i że wczoraj przyszedł do niego ksiądz Rigaud, przemawiać mu do sumienia – wszedł, stanął nad nim i zaczął szlochać, wyrażać oburzenie i podnosić ręce do nieba, „a ja wyjąłem nóż i powiedziałem, że go zarżnę” (wymawiał: zahznę). Pojechaliśmy na Kuzmiecki. W drodze zwierzył mi się, że matka jego ma stosunek z księdzem Rigaud, że on to zauważył, że pluje na wszystko i że wszystko, co oni mówią o komunii – to głupstwo. Wiele jeszcze mówił, a ja się bałem. Na Kuznieckim kupił dubeltówkę, gotowe naboje, szpicrutę, a potem jeszcze funt cukierków. Pojechaliśmy za miasto strzelać, a po drodze spotkaliśmy ptasznika z klatkami. Lambert kupił od niego kanarka. W krzakach wypuścił kanarka, ponieważ i tak daleko od klatki nie może odlecieć i zaczął strzelać doń, ale nie trafił. Pierwszy raz w życiu strzelał, a broń już dawno pragnął kupić, jeszcze u Toucharda, dawno marzyliśmy o strzelbie. On po prostu zachłystywał się swobodą. Włosy miał bardzo czarne, twarz białą i rumianą, jak malowanka, nos długi i z garbem, jak u Francuzów, zęby białe, oczy czarne. Przywiązał kanarka nitką do sęczka i z zawziętością z odległości jednego cala z dwóch luf oddał do niego dwa strzały, aż kanarek rozleciał się w puch. Potem zawróciliśmy, zajechali do hotelu, wzięli numer, zaczęliśmy jeść i pić szampana, przyszła dama… Pamiętam, byłem bardzo uderzony tym, jak wspaniale była ubrana, w zielonej jedwabnej sukni. Wtedy właśnie zobaczyłem to wszystko… o czym panu mówiłem… kiedyśmy znów zaczęli pić, on ją drażnił i wymyślał; siedziała bez ubrania; zabrał jej suknię i kiedy zaczęła się kłócić i domagać jej z powrotem, aby mogła się ubrać, z całej siły zaczął ją chłostać szpicrutą po nagich ramionach. Wstałem i chwyciłem go za włosy tak zręcznie, że od razu przewróciłem go na podłogę. Schwycił widelec i dźgnął mnie w nogę. Wtedy na krzyk wbiegli ludzie, ale ja zdążyłem uciec. Od tej pory mam wstręt do nagości; a proszę wierzyć, ładna była.

W miarę jak mówiłem, twarz księcia zmieniła się ze swawolnej na bardzo smutną.

– Mon pauvre enfant!7 Zawsze byłem przekonany, że w twym dzieciństwie miałeś wiele nieszczęśliwych dni.

– Niech się pan uspokoi…

– Aleś ty był sam jeden, sam mi to opowiadałeś i choćby ten Lambert: tyś to tak nakreślił… ten kanarek, ta komunia ze łzami i obejmowaniem się, a niespełna rok potem on o swojej matce z księdzem… O, mon cher, ten problem dziecka w naszych czasach jest wprost okropny. Naprzód te złote główki z kędziorami we wczesnym dzieciństwie pierzchają przed tobą i patrzą na ciebie jasnymi oczkami, ze świetlanym uśmiechem – istne aniołki boże albo prześliczne ptaszki; a potem, potem zdarza się, że bodajby one wcale nie wyrastały!