Mity greckie Księga cudów i Opowieści z zaczarowanego lasu - Nathaniel Hawthorne - ebook
Opis

Mity greckie, będące dziełem amerykańskiego pisarza Nathaniela Hawthorne’a, zapisały się do światowego kanonu literatury dziecięcej jako znakomita adaptacja mitologii dla młodszych czytelników. Narracja prowadzona jest na dwóch poziomach. Przypowieści mityczne połączone są ze sobą i zamknięte we wspólną ramę opowieścią dotyczącą Eustachego Brighta, studenta Williams College, który postanowił zapoznać grupkę drogich mu dzieci z greckimi mitami i rozpalić w nich zainteresowanie pięknymi tekstami i płynącą z nich mądrością. W pierwotnym wydaniu amerykańskim mity zebrane były w dwóch książkach: Księdze cudów dla dziewcząt i chłopców (A Wonder-Book for Girls and Boys) z 1851 roku i Opowieściach z zaczaro- wanego lasu (Tanglewood Tales) z 1853 roku. W połączonym wydaniu polskim znalazł się komplet dwunastu mitów z obu książek: Chimera, Głowa Meduzy, Król Midas, Laska Merkurego, Minotaur, Nasiona granatu, Pigmeje, Szkatułka Pandory, Trzy złote jabłka, W pałacu Kirke, Zęby smoka i Złote runo. Lektura dla klasy III i V

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 518

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału:

A Wonder Book for Girls and BoysTanglewood Tales

Przekład z wydań angielskich:Adam Zabokrzycki

Ilustracje:Walter CraneVirginia Frances Sterrett

Projekt okładki i ilustracja na okładce:Artur Piątek

Przygotowanie wydania elektronicznego:Michał Nakoneczny, hachi.media

LEKTURA DLA KLASY III I V

© Copyright by Siedmioróg

ISBN 978-83-7791-915-6

Wydawnictwo Siedmioróg

ul. Krakowska 90, 50-427 Wrocław

Księgarnia wysyłkowa Wydawnictwa Siedmioróg

www.siedmiorog.pl

Wrocław 2018

KSIĘGA CUDÓW DLA DZIEWCZĄT I CHŁOPCÓW

Autor od dawna wyraża opinię, że wiele klasycznych mitów da się z powodzeniem przerobić na znakomite lektury dla dzieci. W tym skromnym tomiku zaprezentowanym tutaj szerszej publiczności opracował pół tuzina mitów dla takiego właśnie adresata. By zrealizować ten plan, koniecznym było przyjęcie bardzo swobodnego podejścia do prezentowanego materiału, ale też każdy, kto usiłuje w trakcie obróbki intelektualnej uczynić te legendy na tyle kowalne, by dały się uformować w opowieści dla najmłodszych, zauważy, że są one cudownie niezależne od wszelkich współczesnych mód i trendów. Pozostają zasadniczo takie same po przeróbkach, które zmieniłyby istotę niemal wszystkiego innego.

Nie czuje się on przeto winny świętokradztwa, przerabiając na nowo, zgodnie z tym, co dyktowała mu własna fantazja, formy uświęcone i pokryte patyną dwóch czy trzech tysięcy lat. Żadna epoka nie może zgłaszać praw autorskich do tych nieśmiertelnych baśni. Nie wydaje się, żeby kiedykolwiek zostały one stworzone; i z pewnością, tak długo jak człowiek będzie istniał, nigdy nie znikną, ale dzięki samej swej niezniszczalności, są pełnoprawnym przedmiotem dla każdego kolejnego wieku do przybierania ich w swoją własną dekorację zwyczajów i sentymentów i nasycenia go własną moralnością. Prawdą jest, że w obecnej wersji mogły stracić wiele ze swego klasycznego charakteru (lub, w każdym razie, autor nie dotrzymał należytej staranności, by go zachować) i przybrać gotycki bądź romantyczny kostium.

Przy wykonywaniu tego przyjemnego zadania – ponieważ było to istotnie zadanie odpowiednie na czas upałów, a przy tym jedno z najmilszych przedsięwzięć literackich, jakiego się kiedykolwiek podjął –  autor nie zawsze uważał za niezbędne, by dostosowywać to, co pisze, do możliwości poznawczych dzieci. Sam na ogół był skłonny akceptować podniosłość w materiale, nad którym pracował, o ile nie przeszkadzała mu śledzić danego wątku bez większych trudności. Dzieci posiadają niezmierzoną wrażliwość na to, co głębokie lub podniosłe i wymaga wyobraźni oraz uczuciowości, pod warunkiem że jest proste i jednoznaczne. Nie radzą sobie zaś z tym, co sztuczne i skomplikowane.

Lenox, 15 lipca 1851

TYTUŁEM WSTĘPU DO „GŁOWY MEDUZY”

Pewnego jesiennego poranka poniżej ganku wiejskiej rezydencji o nazwie Tanglewood zasiadła gromadka dzieciaków z wysokim młodzieńcem pośrodku. Zaplanowali wyprawę na orzechy i czekali niecierpliwie, aż zniknie mgła na stokach wzgórz i słońce ogrzeje babie lato nad polami i pastwiskami, i zajrzy do najdalszych zakątków różnobarwnego lasu. Perspektywa miłego jesiennego dnia rozweselała wygląd tego tak pięknego i wygodnego świata. Na razie jednak poranna mgła wzdłuż i wszerz wypełniała dolinę, powyżej której na łagodnym stoku wyniesienia terenu stał dworek.

Tuman białej mgły rozścielał się na odległość niespełna stu metrów od dworu. Zakrywał wszystko, co znajdowało się poza tym dystansem, jeśli nie liczyć kilku pożółkłych i brązowych czubków drzew, które tu i ówdzie wychylały się z mgły i oświetlane były przez promienie porannego słońca, tak zresztą jak i rozległy płaszcz mgły. Jakieś piętnaście mil dalej widniał wyższy obiekt, szczyt gór Taconic Dome. Jawił się jako niezbyt wyraźny kształt niebieskiej barwy, ledwie tak rzeczywisty jak morze oparów, które się przezeń przetaczały. Bliższe szczyty graniczące z doliną były na wpół zanurzone we mgle i nakrapiane drobnymi wiankami chmur aż do samych wierzchołków. Było tak wiele chmur i tak mało litej ziemi, iż powstawało wrażenie, że patrzący doznaje wizji.

Wzmiankowane dzieci, tak pełne życia, jak tylko może się w ich drobnych ciałkach pomieścić, nieprzerwanym strumieniem wylewały się z ganku Tanglewood, pokonując truchtem żwirową alejkę lub biegając po pokrytej rosą zieleni trawnika. Nie bardzo umiem powiedzieć, ilu faktycznie było tam tych małych ludzików, nie mniej niż dziewięciu czy dziesięciu, lecz na pewno nie więcej niż tuzin, wszystkich rodzajów, rozmiarów, roczników, zarówno chłopcy, jak i dziewczęta. Byli to bracia, siostry i kuzyni, razem z kilkorgiem ich małych znajomków zaproszonych przez pana i panią Pringle, by spędziły parę chwil o tak pięknej porze roku z ich własnymi dziećmi w Tanglewood. Obawiam się podać ich nazwiska lub nawet wymyślić im imiona, jakie kiedykolwiek nadano dzieciom, ponieważ, z tego, co wiem, różni autorzy potrafią napytać sobie niemałej biedy, nadając przypadkowo nazwiska prawdziwych osób swoim książkowym bohaterom. Z tego powodu zamierzam nazywać je: Primrose (Pierwiosnek), Periwinkle (Barwinek), Sweet Fern (Paprotka zwyczajna), Dandelion (Mniszek lekarski), Blue Eye (Dziecięce oczko), Clover (Koniczyna), Huckleberry (Czarna jagoda), Cowslip (Kaczeniec), Squash-Blossom (Kabaczek), Milkweed (Wilczomlecz ogrodowy), Plantain (Babka zwyczajna) i Buttercup (Jaskier)1; choć prawdę mówiąc, takie imiona mogłyby bardziej pasować grupce elfów niż gromadce ziemskich dzieci.

Nie należy w żadnym wypadku przypuszczać, że opiekuńczy ojcowie i matki, wujkowie, ciocie i dziadkowie pozwalali tym malcom oddalać się samopas do lasu i na pola, bez opieki jakiejś dorosłej i wystarczająco odpowiedzialnej osoby. O nie, co to, to nie! Pamiętacie chyba, że w pierwszym zdaniu mojej książki mówiłem o rosłym młodzieńcu stojącym pomiędzy dziećmi. Otóż nazywał się (i zdradzę wam jego prawdziwie nazwisko, ponieważ poczytuje on to za wielki honor, iż opowiedział historie, które mają zostać zamieszczone w tej książce), otóż nazywał się Eustachy Bright. Był studentem w Williams College i osiągnął w tamtym czasie, o ile się nie mylę, sędziwy wiek całych osiemnastu lat, więc nie bez racji czuł się jak dziadek wobec wzmiankowanych Periwinkle, Dandelion, Huckleberry, Squash-Blossom, Milkweed i całej reszty, którzy byli tylko w połowie lub jednej trzeciej tak sędziwi jak on. Problemy ze wzrokiem (takie jak wielu studentów uważa, że powinni mieć, by udowodnić swą pilność nad książką) wyłączyły go z zajęć na uczelni na około dwa tygodnie od rozpoczęcia nowego semestru. Ale co do mnie, to nieczęsto spotykałem parę oczu, która wyglądałaby na taką, co potrafi widzieć dalej lub lepiej, niż ta należąca do Eustachego Brighta.

Ten student-erudyta był szczupły i raczej blady, tak zresztą jak i wszyscy studenci z Nowej Anglii, a mimo wszystko o zdrowym wyglądzie i aktywny, jakby miał skrzydła przy obuwiu. À propos, będąc pasjonatem brodzenia po strumykach i przemierzania łąk i pastwisk, wzuł na tę wyprawę buty z krowiej skóry. Miał na sobie lnianą bluzę, płócienną czapkę, zielone okulary, które założył prawdopodobnie w mniejszym stopniu do ochrony oczu, a bardziej ze względu na to, że przydawały jego obliczu dostojeństwa. Obojętnie, jak było naprawdę, mógł sobie darować wkładania ich na nos, bo oto Huckleberry, małe psotne dziewczę-elf, zakradło się od tyłu do Eustachego, gdy siedział na schodkach na ganku, zerwało je z jego nosa i założyło na swój, a jako że student zapomniał je odebrać, spadły z noska Huckleberry w trawę i leżały tam do następnej wiosny.

Poza tym trzeba wam wiedzieć, że Eustachy Bright cieszył się wśród dzieci ogromną sławą jako gawędziarz, który opowiadał im wspaniałe historie; i chociaż czasami udawał złość, kiedy dzieci domagały się więcej i więcej, to jednak szczerze wątpię, czy lubił coś równie mocno, jak opowiadanie tych historii. Mogliście zatem zobaczyć, jak mruga powiekami, kiedy Clover, Sweet Fern, Cowslip, Buttercup i większość z ich towarzyszy zabaw błagali go, by opowiedział jedną ze swoich historii, podczas gdy czekali na to, aż podniesie się mgła.

– Tak, panie kuzynie Eustachy – powiedziała Primrose, która była bystrą dziewuszką, liczącą dwanaście wiosen, ze śmiejącymi się oczyma i zadartym noskiem – ranek jest zdecydowanie najlepszą porą na twoje opowieści, którymi tak wystawiasz na próbę naszą cierpliwość. W mniejszym stopniu grozi nam niebezpieczeństwo zranienia twych uczuć, gdy ktoś uśnie w najciekawszym momencie – jak to przytrafiło się małej Cowslip i mnie wczoraj wieczorem.

– Okropna Primrose! – krzyknęła Cowslip, sześcioletnia dziewczynka. – Ja wcale nie usnęłam, ja tylko zamknęłam oczy, żeby wyobrazić sobie to, co opowiada kuzyn Eustachy. Jego opowieści świetnie słucha się wieczorem, ponieważ możemy śnić je podczas snu, i także dobre są rano, ponieważ możemy śnić je na jawie. Więc mam nadzieję, że lada chwila opowie nam nową.

– Dzięki, moja mała Cowslip – odrzekł Eustachy – na pewno opowiem najlepszą historię, jaką tylko jestem w stanie wymyślić, choćby tylko za to, jak dzielnie broniłaś mnie przed tą okropną Primrose. Ale dzieciaczki, opowiedziałem wam już tak wiele baśni, że wątpię, czy jest chociaż jedna, której nie słyszałyście przynajmniej dwa razy. Obawiam się, że naprawdę pozasypiacie, jeżeli powtórzę którąś z nich jeszcze raz.

– Nie, nie, nie! – zawołały chórem Blue Eye, Periwinkle, Plantain i pół tuzina pozostałych. – Te historie podobają się nam jeszcze bardziej, jeżeli słyszeliśmy je już dwa lub trzy razy wcześniej.

I to prawda, że w przypadku dzieci opowieść zdaje się nierzadko wzbudzać ich głębsze zainteresowanie nie tylko po dwóch czy trzech powtórzeniach, ale poprzez niezliczoną ich ilość. Ale Eustachy Bright świadom bogactwa środków, jakimi dysponował, gardził uciekaniem się do zasobów już zgromadzonych, z czego z radością skorzystałby starszy gawędziarz.

– Byłaby to duża przykrość – mówił – gdyby człowiek z moją wiedzą (nie mówiąc już o zamiłowaniu w tym kierunku) nie byłby w stanie znaleźć nowej opowieści każdego dnia, rok po roku, dla dzieci takich jak wy. Opowiem wam jedną z historii dla przedszkolaków, jaka została wymyślona ku radości naszej prapraprababci Ziemi, kiedy paradowała jeszcze w dziewczęcym fartuszku. Jest z setka takich i nie mogę wyjść ze zdumienia, że już dawno temu nie zostały wydane jako książeczki obrazkowe dla małych dziewczynek i chłopców. Ale zamiast tego siwobrodzi mędrcy ślęczeli nad tekstami z greki w zatęchłych tomiskach i głowili się, próbując dojść kiedy, jak i po co zostały one wydane.

– Dobra, dobra, dobra, kuzynie Eustachy! – zawołały wszystkie dzieci chórem. – Nie mów już tyle o swoich opowiadaniach, tylko zaczynaj.

– Wobec tego siadajcie grzecznie, cała dwunastka – rozkazał Eustachy Bright – i macie być cicho, jak tyle samo myszek pod miotłą. Najdrobniejsza przerwa, czy to spowodowana przez okropną Primrose, małą Dandelion, czy kogokolwiek innego, i przegryzę opowiadanie w zębach, połykając niepowiedzianą część. Ale w pierwszym rzędzie, czy któreś z was wie, kim była Gorgona?

– Ja wiem – zgłosiła się Primrose.

– No to trzymaj język za zębami – odrzekł Eustachy, który wolałby, żeby dziewczynka nic nie wiedziała na ten temat. – Buzie w ciup i opowiem wam piękną i poruszającą historię o głowie tejże Gorgony.

I tak też uczynił, jak możecie się przekonać, czytając następną stronę. Zdobywając swą erudycję studenta drugiego roku z wielkim taktem i zawdzięczając ogromnie wiele profesorowi Anthonowi, ignorował wszystkie klasyczne autorytety, ilekroć wybujała zuchwałość jego wyobraźni kazała mu tak postępować.

GŁOWA MEDUZY

Perseusz był synem Danae, która była córką króla. A kiedy Perseusz był bardzo małym chłopcem, jacyś niegodziwi ludzie wsadzili go wraz jego mamą do skrzyni, zamknęli ją i wrzucili do morza. Wiatry zagnały skrzynię na pełne morze, a spienione bałwany rzucały ją w górę i w dół, podczas gdy Danae z całych sił tuliła dziecko do piersi, truchlejąc na myśl, że jakaś wielka fala rozbije na nich swą spienioną grzywę. Skrzynia płynęła jednak dalej – ani nie zatonęła, ani nawet nie przewróciły jej szalejące bałwany, do chwili gdy podczas zapadającej nocy dotarła tak blisko wyspy, że zaplątała się w rybackie sieci i została wyciągnięta wysoko na piaszczysty brzeg. Wyspa nosiła nawę Serifos i rządził nią król Polidektes, który – jak się okazało – był bratem rybaka, właściciela sieci.

Rybak, co mówię z niekłamaną przyjemnością, był człowiekiem nad wyraz humanitarnym i prawym. Okazał wiele serca Danae i jej małemu synkowi, aż ten wyrósł na przystojnego młodzieńca, krzepkiego, żwawego i doskonale władającego bronią. Na długo jednak zanim to się stało, król Polidektes widział dwójkę obcych przybyszów – matkę i synka, którzy przypłynęli na jego wyspę w dryfującej skrzyni. Jako że nie był dobry i życzliwy jak jego brat rybak, ale nieziemsko nikczemny, postanowił wysłać Perseusza na bardzo niebezpieczną misję, zakładając, że młodzieniec nie ujdzie z niej z życiem. Nie miał zamiaru oszczędzić też samej Danae. I tak podły król spędził wiele czasu na rozmyślaniach, jaka jest najbardziej niebezpieczna misja, której mógłby się podjąć ten młody człowiek. W końcu, gdy wpadł już na to, jakie przedsięwzięcie najpewniej skończy się tak tragicznie, jak tylko sobie życzył, posłał po Perseusza.

Młodzieniec przybył do pałacu i zastał króla siedzącego na tronie.

– Perseuszu – zaczął król Polidektes, uśmiechając się chytrze do chłopca – wyrosłeś na wspaniałego młodzieńca. Ty i twoja zacna matka doznaliście tutaj wielu łask ode mnie, a także od mojego czcigodnego brata rybaka i przypuszczam, że nie pożałowałbyś mi nieco wzajemności.

– Ależ, Wasza Wysokość – odparł Perseusz. – Jestem gotów ryzykować własnym życiem, by okazać mą wdzięczność.

– Dobrze więc – kontynuował król, a perfidny uśmiech nadal gościł na jego obliczu – no to wobec tego mam do zaproponowania małą przygodę, a ty, będąc dzielnym i przedsiębiorczym młodzieńcem, potraktujesz to jako nader szczęśliwe zrządzenie losu, że oto dana ci jest tak wspaniała okazja, by się wyróżnić. Trzeba ci wiedzieć, mój drogi Perseuszu, że planuję poślubić piękną księżną Hippodamię i istnieje taki zwyczaj, by w podobnych sytuacjach sprawić pannie młodej prezent możliwie najbardziej elegancki i oryginalny. Muszę uczciwie przyznać, że zachodziłem w głowę, gdzie zdobyć coś, co sprosta wyrafinowanemu gustowi księżniczki. Ale dziś rano, pochlebiam sobie, wymyśliłem dokładnie taką rzecz, o jaką mi chodzi.

– I czy ja mógłbym być pomocny Waszej Wysokości w jej zdobyciu? – wykrzyknął Perseusz z zapałem.

– Mógłbyś, jeżeli jesteś tak dzielny, za jakiego cię uważam – odparł król Polidektes najgrzeczniej, jak to możliwe. – Prezent ślubny, jaki sobie umyśliłem dla pięknej Hippodamii, to głowa Gorgony-Meduzy zdobiona lokami z węży i liczę na ciebie, drogi Perseuszu, że mi ją dostarczysz. Więc tak, jak zależy mi na załatwieniu wszystkich spraw z księżniczką, tak im szybciej wyruszysz na poszukiwanie Gorgony, tym lepiej.

– Wyruszę jutro rano – odrzekł Perseusz.

– Doskonale. Uczyń tak, mój dzielny młodzieńcze – odrzekł król. – I pamiętaj, żeby odcinając jej głowę, zrobić to jednym zdecydowanym ruchem, aby nie ucierpiał jej wygląd. Musisz przywieźć ją do domu w jak najlepszym stanie, tak aby usatysfakcjonować wyrafinowany gust pięknej księżniczki Hippodamii.

Perseusz opuścił pałac, ale ledwie oddalił się poza zasięg słuchu, gdy Polidektes wybuchnął śmiechem; tak rozbawiła niegodziwca gorliwość, z jaką porywczy młodzieniec wpadł w zastawione przez niego sidła. Wieść szybko rozniosła się poza granice królestwa, że Perseusz podjął się odciąć zdobioną lokami z węży głowę Meduzy. Wszyscy byli rozradowani, ponieważ większość mieszkańców wyspy była równie nikczemna jak sam król i nie chciałaby niczego bardziej, niż być świadkiem, jak jakieś wielkie nieszczęście spada na Danae i jej syna. Jedynym porządnym człowiekiem na wyspie Serifos zdawał się ów rybak. Zatem gdy Perseusz wracał od króla, ludzie pokazywali go palcami, robili wredne miny, mrugali do siebie i kpili z niego na tyle głośno, na ile starczało im odwagi.

– Ho, ho! – wołali. – Węże Meduzy będą miały na kim wypróbować zęby!

W tamtym czasie żyły trzy Gorgony i były to najdziwniejsze i najbardziej przerażające potwory, jakie kiedykolwiek zamieszkiwały ten świat do tamtej pory, w tamtym czasie, i bardzo prawdopodobne, że od tamtej pory do końca świata. Sam nie bardzo wiem, jak nazywać te kreatury czy straszydła. Te trzy siostry zdawały się wykazywać jakieś odległe podobieństwo do kobiet, ale w rzeczywistości były straszliwymi i nikczemnymi przedstawicielkami rodziny smoków. Trudno naprawdę sobie wyobrazić, jak ohydnymi były stworami. Przecież zamiast loków, jeżeli możecie mi uwierzyć, każda z nich miała po sto olbrzymich wężów wyrastających im z głowy, wszystkie żywe, wijące się i prężące, obracające wokół własnej osi, skręcające w ósemki, a z ich paszczy co rusz wystrzeliwał rozwidlony język z jadowymi żądłami na końcu! Zęby Gorgon były to niesamowicie długie kły, ręce wykonane z brązu, a ciała całkowicie pokryte łuską, jeżeli nie z żelaza, to z czegoś równie twardego i trudnego do przebicia. Miały także skrzydła i zapewniam, że do tego zdumiewająco piękne, ponieważ każde w nich pióro było ze szczerego, jasno połyskującego, wypolerowanego złota, i wyglądały olśniewająco, gdy Gorgony leciały gdzieś w słońcu.

Ale kiedy zdarzyło się ludziom dostrzec gdzieś ich migotliwą jasność wysoko na niebie, rzadko zatrzymywali się, by popatrzyć, raczej uciekali, szukając schronienia tak szybko, jak to możliwe. Pomyślicie zapewne, że obawiali się ukąszeń węży, które służyły Gorgonom za włosy, lub tego, że ich paskudne kły poodgryzają im głowy albo że ich pazury z brązu rozszarpią ich ciała na sztuki. No cóż, z pewnością były to niebezpieczeństwa, co się zowie, ale w żadnym razie nie najpoważniejsze ani nie najtrudniejsze do uniknięcia. Ponieważ najgorsza rzecz odnośnie tych paskudnych Gorgon była taka, że jak tylko jakiś biedny śmiertelnik skierował wzrok na jedną z ich twarzy, to w tej samej chwili jego tętniące życiem ciało i krew zmieniały się w zimny, martwy kamień!

A zatem, jak nietrudno zauważyć, była to niezwykle niebezpieczna eskapada, jaką podstępny król Polidektes umyślił dla tego niewinnego młodego człowieka. Sam Perseusz, kiedy przemyślał całą sprawę, doszedł do wniosku, że ma znikome szanse wyjść cało z tej wyprawy i bardziej prawdopodobne jest, że zamieni się w kamienny posąg, niż że przywiezie królowi głowę Meduzy, zdobioną lokami z węży. Bowiem, zostawiwszy na boku inne trudności, była jedna, z którą pewnie nie poradziłby sobie ktoś starszy od Perseusza. Nie tylko przyjdzie mu walczyć i zabić tę złotoskrzydłą, pokrytą żelaznymi łuskami bestię z długimi i ostrymi kłami, pazurami z brązu, na głowie której wiły się śmiertelnie niebezpieczne węże, ale będzie musiał to robić z zamkniętymi oczyma lub przynajmniej nawet bez choćby przelotnego spojrzenia w kierunku nieprzyjaciela, z którym walczy. Inaczej, podnosząc ramię do ciosu, zastygłby w kamienny posąg i stałby tak z tym podniesionym ramieniem przez wieki, aż wreszcie upływ czasu, wiatr i aura rozkruszyłyby go w nicość. Byłoby niezmiernie przykrą rzeczą, gdyby taki właśnie los spotkał tego młodzieńca, któremu marzyły się bohaterskie czyny i który pragnął cieszyć się ogromnym szczęściem na tym pięknym słonecznym świecie.

Myśli te tak go strapiły, że Perseusz nie chcąc niepokoić matki, postanowił trzymać przed nią w tajemnicy, jakiego zadania się podjął. Wziął zatem tarczę, przypasał miecz i przeprawił się z wyspy na stały ląd, gdzie znalazłszy odludne miejsce, spoczął, z trudem powstrzymując łzy.

Gdy tak siedział pogrążony w rozpaczy, usłyszał tuż obok jakiś głos.

– Perseuszu – zawołał głos – dlaczego jesteś taki smutny?

Podniósł głowę, którą trzymał w dłoniach i – uważajcie! – choć myślał, że wokoło nie ma żywej duszy, ujrzał przed sobą nieznajomego. Był to żwawo poruszający się, inteligentny i wyglądający na nader przenikliwego młodzieniec w opończy na ramionach, w osobliwej czapce na głowie, który w ręku dzierżył dziwnie powyginaną laskę, a u jego boku wisiał krótki, mocno zakrzywiony miecz. Cała jego postać sprawiała wrażenie nadzwyczajnej lekkości i wigoru, tak jak dzieje się z osobą przywykłą do ćwiczeń gimnastycznych, potrafiącą znakomicie skakać i biegać. A ponad wszystko nieznajomy sprawiał wrażenie człowieka pogodnego, dobrze zorientowanego i skorego do pomocy, choć przy tym wszystkim skłonnego do psot, przeto Perseusz całkiem nieoczekiwanie poczuł się raźniej, gdy patrzył na nieznajomego. Poza tym, będąc z natury odważnym młodzieńcem, był mocno zawstydzony, że ktoś nakrył go ze łzami w oczach, jak małego, zastraszonego uczniaka, kiedy w końcu może nie być powodów do rozpaczy. Perseusz otarł więc łzy i odpowiedział nieznajomemu bardzo lakonicznie, przybierając przy tym najbardziej dziarską minę, na jaką było go stać.

– Nie jestem aż tak bardzo smutny – powiedział. – Jedynie pogrążony w myślach na temat zadania, jakiego się podjąłem.

– Rozumiem – odrzekł nieznajomy. – No to zróbmy tak: opowiesz mi o tym, a ja być może na coś ci się przydam. Pomogłem już w życiu wielu młodzieńcom zakończyć pomyślnie misje, które zdawały się zawczasu nie do wykonania. Być może słyszałeś kiedy o mnie. Mam więcej niż jedno imię, ale Żywe Srebro2 pasuje mi równie dobrze, jak pozostałe. Powiedz mi, w czym problem, przedyskutujemy sprawę dogłębnie i zobaczymy, co da się zrobić.

Słowa i sposób bycia nieznajomego wprawiły Perseusza w zupełnie inny nastrój. Postanowił opowiedzieć dopiero co poznanemu o wszystkich swoich problemach, ponieważ uznał, że przecież i tak jego obecna sytuacja jest na tyle zła, że nic jej już nie pogorszy, a bardzo możliwe, iż jego nowy przyjaciel będzie mógł mu poradzić coś, co przyniesie w końcu dobre skutki. Zatem przedstawił nieznajomemu zwięźle, ale precyzyjnie swoją sytuację, jak to król Polidektes zapragnął głowy Meduzy, zdobionej lokami z węży, na prezent ślubny dla pięknej księżniczki Hippodamii i jak on – Perseusz, podjął się dostarczenia mu jej, ale boi się, że zostanie zamieniony w kamienny posąg.

– No to byłaby wielka strata – odparł Żywe Srebro z figlarnym uśmiechem. – Choć prawdą jest, że nadałbyś się na wspaniały marmurowy posąg i minęłoby wiele wieków, zanim by on zmurszał i obrócił się w perzynę. W sumie jednak każdy wolałby być młodym człowiekiem przez lata niż pomnikiem przez wieki.

– Zdecydowanie! – wykrzyknął Perseusz, a łzy ponownie stanęły mu w oczach. – A poza tym, co zrobiłaby moja matka, gdyby jej ukochany syn został zamieniony w kamień?!

– Jasne! Jasne! Miejmy nadzieję, że ta przygoda nie zakończy się aż tak bardzo pechowo – odparł Żywe Srebro pokrzepiającym tonem. – Jeżeli ktoś zdoła ci w tej sprawie pomóc, to nie mogłeś lepiej trafić. Jestem dokładnie tą osobą, która jest w stanie podać ci rękę. Moja siostra i ja zrobimy wszystko co w naszej mocy, by przeprowadzić cię bezpiecznie przez wszystkie niebezpieczeństwa, niech będzie, że tak okropne, jak teraz wyglądają.

– Twoja siostra? – powtórzył Perseusz.

– Tak, moja siostra – odrzekł nieznajomy. – Jest bardzo mądra, zapewniam cię; a co do mnie, to na ogół zachowuję trzeźwość umysłu i mam oczy dookoła głowy. Jeżeli ty sam okażesz się zarówno dzielny, jak i roztropny i postąpisz zgodnie z naszymi radami, to nie ma obawy, że prędko zamienisz się w kamień. Ale w pierwszym rzędzie musisz wypolerować tarczę, tak aż będziesz widzieć w niej swe odbicie równie wyraźnie jak w lustrze.

Wydało się to Perseuszowi dość dziwnym początkiem jego przygody, bowiem uważał, że o wiele ważniejsze, aby tarcza była na tyle silna, by chronić go przed brązowymi szponami Gorgony, niż by była na tyle wyszlifowana, aby mógł zobaczyć w niej odbicie własnej twarzy. Jednakże zakładając, że Żywe Srebro wie, co mówi, natychmiast zabrał się do roboty i polerował tarczę z takim zapałem i przejęciem, iż wkrótce świeciła jak księżyc w porze żniw. Żywe Srebro przyjrzał się jej z uśmiechem i kiwnął głową na znak aprobaty. Następnie zdjął swój krótki, zakrzywiony miecz i przypasał go Perseuszowi zamiast tego, który wcześniej wisiał u jego boku.

– Żaden inny miecz poza moim nie spełni zadania – zauważył. – Ostrze ma tak hartowane, że przetnie żelazo i mosiądz z taką łatwością, jak najcieńszą witkę. A teraz wyruszymy. Następny krok to odnaleźć Trzy Siwe Niewiasty, które powiedzą nam, gdzie przebywają teraz Nimfy.

– Trzy Siwe Niewiasty! – zakrzyknął Perseusz, któremu jawiło się to jedynie jako kolejna przeszkoda na drodze do celu. – Na Zeusa, kim mogą być te Trzy Siwe Niewiasty? Nigdy w życiu o nich nie słyszałem.

– To są bardzo dziwne starsze panie – odparł Żywe Srebro, zanosząc się od śmiechu. – Mają na spółkę tylko jedno oko i jeden ząb. Co więcej, musisz odnaleźć je w świetle gwiazd lub o wieczornym zmierzchu, bo nigdy nie ukazują się ani za dnia, ani przy świetle księżyca.

– Ale – rzekł Perseusz – dlaczego miałbym marnować czas z tymi Trzema Siwymi Niewiastami? Nie lepiej by było od razu udać się na poszukiwanie tych straszliwych Gorgon?

– Nie, nie – odrzekł jego przyjaciel. – Są jeszcze inne rzeczy do zrobienia, zanim spróbujesz znaleźć Gorgony. Nie ma innego wyjścia, jak tylko odszukać te starsze damy, a kiedy je już spotkamy, będziesz miał pewność, że Gorgony są już niedaleko. Ruszajmy. Nie ma czasu do stracenia.

W tym momencie Perseusz nabrał już takiego przekonania co do mądrości swego towarzysza, że dał sobie spokój z dalszymi zastrzeżeniami i praktycznie był gotów, by rozpocząć przygodę natychmiast. A skoro tak, to ruszyli w drogę i maszerowali żwawym krokiem, tak żwawym, iż Perseusz miał kłopoty z nadążaniem za swym szybkonogim przyjacielem. Prawdę mówiąc, wiedział, że Żywe Srebro miał na sobie buty ze skrzydłami, co oczywiście pomagało mu wydatnie rozwijać taką prędkość. A później również, gdy Perseusz spojrzał na niego kątem oka, zdało mu się, iż widzi skrzydła po bokach jego głowy, chociaż gdy popatrzył na wprost, to już tych skrzydeł nie było, a jedynie dziwna czapka. Ale w każdym razie powyginana laska była w sposób oczywisty bardzo pomocna i pozwalała mu poruszać się tak szybko, że Perseusz, choć był to nadzwyczaj energiczny młodzieniec, zaczynał tracić oddech.

– Tutaj! – zawołał Żywe Srebro. – Nareszcie.

Dobrze wiedział, choć taki był z niego sowizdrzał, jakie problemy ma Perseusz, żeby dotrzymać mu kroku:

– Weź moją laskę, bo potrzebujesz jej o wiele bardziej ode mnie. Nie ma lepszych piechurów od ciebie na wyspie Serifos?

– Mógłbym chodzić bardzo dobrze – odrzekł Perseusz, patrząc pożądliwie na obuwie swojego towarzysza – gdybym tylko miał takie buty jak ty.

– Musimy spróbować zdobyć ci taką samą parę – odpowiedział Żywe Srebro.

Ale laska stanowiła tak znaczącą pomoc w drodze, że Perseusz nie czuł już dłużej najmniejszego zmęczenia. W rzeczywistości Perseusz miał wrażenie, że laska w jego ręku żyje i użycza mu część swego życia. On i Żywe Srebro parli teraz swobodnie do przodu, rozmawiając bardzo przyjaźnie, a Żywe Srebro opowiedział tak wiele optymistycznych historii o swoich dawnych przygodach i o tym, jak niezawodnie działał jego umysł w rozmaitych sytuacjach, że Perseusz zaczął postrzegać go jako wspaniałego towarzysza podróży. Kogoś, kto zna życie i świat; i uznał, iż nie ma drugiej osoby z taką wiedzą, która byłaby równie uprzejma i tak mu pomocna, jak ten młody człowiek. Tym gorliwiej go słuchał w nadziei na zdobicie tą drogą bezcennej wiedzy o życiu.

W końcu przypomniał sobie, że Żywe Srebro wspominał coś o siostrze, która miała udzielić im pomocy w wyprawie, rozpoczętej teraz na dobre.

– Gdzie ona jest? – zapytał. – Czyż nie spotkamy jej wkrótce?

– Wszystko we właściwym czasie – odparł jego towarzysz. – Musisz wiedzieć, że moja siostra ma zupełnie inny charakter niż ja. Jest bardzo poważna, rozsądna, rzadko się uśmiecha, nigdy się nie śmieje i z zasady nic nie mówi, chyba że faktycznie ma coś ważnego do powiedzenia. Ani też nie słucha nikogo, chyba że faktycznie ten ktoś ma istotnie coś bardzo mądrego do powiedzenia.

– Ojej! – wykrzyknął Perseusz. – To nie odważę się pisnąć ani słówka.

– Mogę cię zapewnić, że jest bardzo wykształconą osobą – kontynuował Żywe Srebro – i ma wszystkie nauki i sztuki w małym palcu. Krótko mówiąc, jest tak bezmiernie mądra, że wielu ludzi określa ją jako uosobienie mądrości. Ale prawdę mówiąc, jak na mój gust, za mało w niej życia; i nie sądzę, by była dla ciebie tak przyjemnym towarzyszem podróży jak ja. Bez wątpienia ma inne dobre strony, które okażą się przydatne podczas twego spotkania z Gorgonami.

Tymczasem mocno już pociemniało. Dotarli do nieskażonego cywilizacją miejsca, porośniętego gęstymi krzewami i tak cichego i samotnego, że pewnie nigdy nikt nawet tędy nie przejeżdżał, nie mówiąc o zamieszkaniu tu. Wszystko wyglądało dziko i odludnie w szarym zmierzchu, który z każdą chwilą stawał się coraz bardziej nieprzenikniony. Perseusz rozejrzał się wokoło i spytał, czy daleko jeszcze mają tak wędrować.

– Ciii! Cicho! – wyszeptał jego towarzysz. – Nie wolno hałasować! To miejsce i pora, gdzie spotkamy Trzy Siwe Niewiasty. Uważaj, żeby cię nie zobaczyły, zanim ty je zobaczysz, bo chociaż mają tylko jedno oko na trzy, jest ono tak bystre jak pół tuzina normalnych oczu.

– Ale co mam zrobić – spytał Perseusz – gdy je spotkamy?

Żywe Srebro wyjaśnił Perseuszowi, jak Trzy Siwe Niewiasty radzą sobie, mając to jedno jedyne oko. Wydaje się, że mają zwyczaj przekazywać je jedna drugiej, jakby to były okulary albo – co bardziej pasowałoby do ich sytuacji – jak monokl. Kiedy jedna z trzech kobiet trzyma oko przez umówiony czas, wówczas wyjmuje je z oczodołu i przekazuje tej siostrze, której kolej akurat przypada, i teraz ona może oglądać świat, aż do kolejnej zmiany. W ten sposób, co oczywiste, tylko jedna z Trzech Siwych Niewiast widzi otaczający świat, podczas gdy pozostałe pogrążone są w zupełnych ciemnościach, a co więcej w chwili przekazywania oka żadna z tych nieszczęsnych pań nie widzi dosłownie nic. Słyszałem w życiu o wielu rozmaitych dziwach, byłem także świadkiem niejednego; ale żaden z nich nie może, tak mniemam, nawet równać się z sytuacją tych Trzech Siwych Niewiast patrzących na świat przez jedno tylko wspólne oko.

Tak samo myślał Perseusz i był tak zdziwiony, iż nawet przeszło mu przez myśl, że jego towarzysz robi sobie z niego żarty i że – być może – nie ma takich starych kobiet na świecie.

– Wkrótce będziesz miał okazję się przekonać, czy mówię prawdę, czy nie – rzekł Żywe Srebro. – Uwaga! Cisza! Cicho! Sza! Oto teraz nadchodzą!

Perseusz natężał oczy, usiłując przeniknąć wieczorny mrok i rzeczywiście w niewielkiej odległości dojrzał Trzy Siwe Niewiasty. Światło było tak mdłe, że nie bardzo mógł rozróżnić ich postaci, odkrył jedynie, że mają długie siwe włosy i, gdy podeszły bliżej, ujrzał, iż dwie z nich miały po jednym pustym oczodole pośrodku czoła. Ale w tym samym miejscu u trzeciej siostry widniało bardzo duże, ogniste i przeszywające oko, które iskrzyło się niczym wielki diament w pierścieniu i wyglądało na tak przenikliwe, że Perseusz nie mógł oprzeć się myśli, iż posiada ono dar widzenia podczas najciemniejszej nocy równie doskonale jak w samo południe. Wzrok trzech osób został stopiony i zebrany w jedno.

W ten sposób te trzy damy radziły sobie na ogół tak sprawnie, jakby wszystkie mogły widzieć równocześnie. Ta, która akurat miała oko na czole, prowadziła za ręce pozostałe dwie, rzucając przez cały czas wokół siebie spojrzenia tak czujne, że Perseusz zaczął się obawiać, żeby to oko nie przeniknęło przez kępę krzaków, za którą skryli się on i Żywe Srebro. Wielkie nieba! Doprawdy aż włos jeży się na głowie, gdy znajdziesz się w zasięgu tak bystrego oka!

Ale zanim dotarły do kępy krzewów, jedna z Trzech Siwych Niewiast przemówiła:

– Hej, siostro! Siostro Strachu na Wróble! – zawołała. – Miałaś już oko wystarczająco długo. Teraz moja kolej!

– Pozwól mi zatrzymać je jeszcze chwileczkę, Siostro Nocna Maro – odpowiedziała Strach na Wróble. – Wydaje mi się, że coś dostrzegłam tam za tym gęstym krzakiem.

– No i co z tego? – rzuciła opryskliwie Nocna Mara. – Czyż ja nie mogę zajrzeć do tego krzaka równie dobrze jak ty? Oko jest tak samo moje, jak i twoje i potrafię go używać równie dobrze jak ty, a może nawet odrobinę lepiej. Dawaj mi je natychmiast. Nalegam!

Ale w tym momencie trzecia siostra, imieniem Kostucha, włączyła się do sporu, twierdząc, że teraz jej kolej na noszenie oka i że Strach na Wróble i Nocna Mara chcą zatrzymać oko wyłącznie dla siebie. By zakończyć sprzeczkę, Strach na Wróble wyjęła oko ze swego czoła i trzymając je na wyciągniętej dłoni, rzekła:

– Niech jedna z was je sobie zabierze – zawołała – i dajcie spokój tej niemądrej kłótni. Ja ze swej strony chętnie zadowolę się przez chwilę gęstym mrokiem. Ale zabierajcie je szybko, bo jak nie, to będę musiała je z powrotem wsadzić na miejsce!

Nocna Mara i Kostucha od razu też wyciągnęły ręce i skwapliwie macały nimi na wszystkie strony, usiłując zabrać oko z ręki siostry. Ale skoro obie były ślepe, nie za bardzo umiały znaleźć rękę Stracha na Wróble, a ona z kolei, będąc teraz równie pogrążona w ciemnościach jak Kostucha i Nocna Mara, nie mogła natychmiast trafić na rękę którejś z sióstr, by umieścić w niej oko. Tak więc (jak to łatwo spostrzeżecie nawet na wpół przymkniętym okiem, moi mądrzy mali słuchacze) te czcigodne starowinki znalazły się w nie lada kłopocie. Bo chociaż oko lśniło i błyszczało jak gwiazda w dłoni Stracha na Wróble, Trzy Siwe Niewiasty nie mogły dojrzeć najmniejszego nawet przebłysku światła i pogrążone były w całkowitej ciemności i to dlatego właśnie, że tak gorliwie pragnęły widzieć.

Żywe Srebro był tak rozbawiony widokiem Kostuchy i Nocnej Mary szukających po omacku oka i wymyślających Strachowi i sobie nawzajem, że ledwie powstrzymywał się, by nie wybuchnąć głośnym śmiechem.

– Teraz kolej na ciebie! – szepnął Perseuszowi. – Szybko, szybko, zanim któraś z nich zdąży włożyć sobie oko do głowy! Rzuć się na nie i wyrwij Strachowi oko z ręki!

W mgnieniu oka (ale nie tego), podczas gdy Trzy Siwe Niewiasty nadal kłóciły się między sobą, Perseusz dał susa zza kępy krzaków i zawładnął cenną zdobyczą. Cudowne oko, gdy tak trzymał je w dłoni, świeciło lśniącym blaskiem i zdawało się, że patrzy mu prosto w twarz z chytrą miną i z takim wyrazem, jakby gotowe zamrugać, gdyby tylko miało do tego celu parę powiek. Tymczasem Siwe Niewiasty, nieświadome tego, co zaszło, ponieważ każda sądziła, że któraś z jej sióstr jest w posiadaniu oka, znowu zaczęły kłócić się w najlepsze.

Wreszcie Perseusz nie chcąc narażać tych czcigodnych matron na jeszcze większy mętlik, niż to było konieczne, zdecydował się wytłumaczyć im, co się stało.

– Moje miłe panie – zaczął – proszę was, nie gniewajcie się już na siebie nawzajem. Jeżeli ktoś tu zawinił, to przede wszystkim ja, ponieważ to ja mam honor trzymać wasze znakomite oko w mojej dłoni.

– Ty? Ty masz nasze oko? A kim ty właściwie jesteś? – krzyknęły naraz wszystkie Trzy Siwe Niewiasty, bo rzecz jasna okropnie się przeraziły na dźwięk obcego głosu i na wiadomość, że ich oko znalazło się w rękach kogoś, kogo nie znały. – Ach, cóż zrobimy, siostry? Co zrobimy? Wszystkie jesteśmy pogrążone w ciemnościach! Oddaj nam nasze oko! Oddaj nam nasze jedyne, drogocenne oko! Masz dwoje własnych! Daj nam nasze oko!

– Powiedz im – szepnął Żywe Srebro do Perseusza – że dostaną swoje oko z powrotem, jak tylko powiedzą ci, gdzie można znaleźć Nimfy, które mają latające trzewiki, magiczną sakiewkę i czapkę niewidkę.

– Moje drogie, zacne i wielce szanowne panie – powiedział Perseusz, zwracając się do Siwych Niewiast – nie ma powodu do tak wielkiego niepokoju. W żadnym razie nie jestem złym człowiekiem. Dostaniecie z powrotem swoje oko, jak tylko powiecie mi, gdzie znaleźć Nimfy.

– Nimfy! Na Zeusa! Siostry, o jakich Nimfach on mówi? – zaskrzeczała Strach na Wróble. – Ludzie powiadają, że jest mnóstwo Nimf, są takie, co polują po lasach, inne mieszkają w pniach drzew, a są też i takie, co mają wygodny dom w źródłach rzek. Nie mamy o nich zielonego pojęcia. Jesteśmy trzema nieszczęsnymi istotami, które wędrują po świecie o zmierzchu i nigdy nie miały na spółkę więcej niż jedno oko, które nam ukradłeś. Och, oddaj nam nasze oko, szlachetny nieznajomy. Kimkolwiek jesteś, oddaj je nam!

Przez cały ten czas Trzy Siwe Niewiasty wyciągały po omacku swe ręce, usiłując za wszelką cenę pochwycić Perseusza. On zaś pilnie baczył, by trzymać się z dala od ich dłoni.

– Moje szanowne damy – rzekł, bowiem matka nauczyła go, by zawsze zwracał się do innych z najwyższym szacunkiem – trzymam wasze oko mocno w dłoni i nie wypuszczę go, dopóki nie raczycie mi powiedzieć, gdzie znajdę te Nimfy. To znaczy Nimfy, które mają w posiadaniu latające trzewiki, magiczną sakiewkę i… jakże się toto nazywa… i czapkę niewidkę.

– Bogowie, miejcie nas w opiece! Siostry, o czym ten młody człowiek mówi? – wykrzyknęły jedna przez drugą Strach na Wróble, Nocna Mara i Kostucha, udając ogromne zdziwienie. – Para latających trzewików, powiada! I czapka niewidka! W jaki sposób czapka mogłaby uczynić go niewidzialnym, jeżeli nie byłaby tak duża, aby mógł się pod nią skryć? No i magiczna sakiewka! Co to miałoby być za cudo, pytam się? Nie, nie, szlachetny nieznajomy, nie potrafimy ci nic powiedzieć o tych czarodziejskich przedmiotach. Sam jeden masz parę oczu, a my mamy jedno oko na trzy. Łacniej tobie znaleźć takie cuda niż trzem starym ślepym kobietom jak my.

Słuchając tej ich mowy, Perseusz zaczął sądzić, że Siwe Niewiasty rzeczywiście nie wiedzą nic w tej sprawie, a ponieważ żal mu się zrobiło, że naraził je na tyle przykrości, był już w zasadzie gotów zwrócić im oko i przeprosić za to, że tak niegrzecznie im je wyrwał. Ale w tej samej chwili Żywe Srebro złapał go za rękę:

– Nie daj się wystrychnąć na dudka! – zawołał. – Te Trzy Siwe Niewiasty to jedyne osoby na świecie, które mogą nam powiedzieć, gdzie znaleźć Nimfy, i dopóki nie zdobędziesz tej informacji, nigdy nie zdołasz ściąć głowy Meduzy, zdobionej lokami z węży. Nie wypuszczaj oka z ręki i wszystko pójdzie dobrze.

Jak się niebawem okazało, Żywe Srebro miał rację. Niewiele jest rzeczy na świecie, które ludzie cenią bardziej niż własny wzrok, a dla Trzech Siwych Niewiast to jedno jedyne oko służyło za pół tuzina, czyli za tyle oczu, ile powinny mieć. I tyleż samo dla nich było warte. Stwierdziwszy, że nie ma innego sposobu na odzyskanie oka, powiedziały w końcu Perseuszowi to, co chciał wiedzieć. Jak tylko to zrobiły, młodzieniec bezzwłocznie i z największym szacunkiem włożył oko do pustego oczodołu na czole jednej z nich, podziękował im za przysługę, po czym grzecznie je pożegnał. Zanim jeszcze oddalił się poza zasięg słuchu, wśród niewiast wybuchła nowa kłótnia, bo tak się złożyło, że młodzieniec oddał oko akurat Strachowi na Wróble, której kolejka minęła w momencie, gdy zaczęła się cała ich przeprawa z Perseuszem.

Istnieją poważne obawy, że owe Trzy Siwe Niewiasty miały silnie zakorzeniony zwyczaj zakłócania panującej między nimi harmonii tego rodzaju sprzeczkami; tym większa to szkoda, że nie mogły praktycznie dawać sobie bez siebie rady i były na zawsze skazane na swoje towarzystwo. Tak w ogóle, to radziłbym wszystkim ludziom, którym zdarzy się dzielić jedno oko z innymi, czy to braciom, czy siostrom, starym, czy młodym, żeby mieli dla siebie jak najwięcej wyrozumiałości i nie upierali się przy tym, by jednocześnie z niego korzystać.

Tymczasem Żywe Srebro i Perseusz nie marnowali czasu, by dotrzeć do miejsca, gdzie powinny być Nimfy. Trzy Siwe Niewiasty udzieliły im tak drobiazgowych wskazówek, że odnalezienie Nimf nie zajęło zbyt wiele czasu. Okazały się one zupełnie innymi osobami niż Nocna Mara, Kostucha i Strach na Wróble, bo zamiast być stare, były młode i piękne, a zamiast jednego oka na spółkę, każda Nimfa miała na własność parę niezwykle promiennych oczu, którymi obdarzały Perseusza nader łaskawym spojrzeniem. Zdawało się, że dobrze znają się z Żywym Srebrem, a kiedy ten opowiedział im o zadaniu, jakiego podjął się Perseusz, bez zbędnych trudności przekazały mu cenne rekwizyty, jakie przechowywały w depozycie. Najpierw przyniosły coś, co wyglądało jak mała torebka w przedziwne hafty, uszyta ze skóry jelenia i przykazały mu, żeby strzegł jej jak źrenicy oka. Była to magiczna sakiewka. Następnie wydobyły z ukrycia parę trzewików czy też pantofelków, a może sandałów, z których każdy miał przy obcasie dwa małe, acz przemyślne skrzydełka.

– Włóż je natychmiast, Perseuszu – nakazał Żywe Srebro. – Przez resztę drogi będziesz czuć się tak lekki i zwinny, jak tylko zapragniesz.

Zatem Perseusz niezwłocznie zabrał się za wzuwanie jednego z trzewików, drugi zaś położył na ziemi obok. Nieoczekiwanie jednak ten drugi trzewik rozpostarł skrzydełka, podfrunął w powietrze i byłby prawdopodobnie odleciał w nieznane, gdyby Żywe Srebro nie podskoczył energicznie i szczęśliwie nie pochwycił uciekiniera w powietrzu.

– Na przyszłość bardziej uważaj – powiedział, oddając Perseuszowi niesforny bucik. – Wystraszyłby ptaki tam w górze, gdyby zobaczyły latający pomiędzy nimi trzewik.

Kiedy wreszcie Perseusz włożył oba magiczne buciki, poczuł się nagle zbyt sprężysty, żeby w ogóle kroczyć po ziemi. Zrobił dwa, może trzy kroki – i uważajcie tylko! – od razu uleciał w powietrze, wysoko ponad głowy Nimf i swego towarzysza, przy czym nie bardzo był w stanie opaść z powrotem na ziemię. Tak to już jest, że skrzydlate obuwie i inne tym podobne urządzenia do latania rzadko kiedy są łatwe w użyciu, nim człowiek się z nimi nieco nie oswoi.

Czapkę – która w istocie była hełmem z pióropuszem dumnie powiewającym na wietrze – uczynne Nimfy trzymały już w pogotowiu. I wtedy zdarzyła się jedna z najniezwyklejszych chyba rzeczy, o jakich wam w ogóle mówiłem. Bo oto na chwilę jeszcze przed jej włożeniem stał przed nimi Perseusz, piękny młodzieniec o złotych lokach i zaróżowionych policzkach z przytroczonym do boku zakrzywionym mieczem i błyszczącą tarczą na ramieniu, cały jakby ulepiony z odwagi, męstwa i cudownego światła. Lecz kiedy tylko hełm zsunął się na jego jasne czoło, nie było już ani śladu Perseusza! Nie było już nic prócz pustki i powietrza! Zniknął nawet ów hełm, który okrył go swą niewidzialną mocą!

– Gdzieś się podział Perseuszu? – spytał Żywe Srebro.

– Jak to gdzie? – odparł zapytany bardzo spokojnie. – Oczywiście, że tu! – Głos jego jednak zdawał się płynąć z przejrzystej atmosfery. – Jestem tam, gdzie byłem przed chwilą. Czyżbyś mnie nie widział?

– Tak się składa, że nie – odpowiedział jego przyjaciel. – Jesteś ukryty pod hełmem. Ale skoro ja cię nie widzę, tak samo nie zobaczą cię Gorgony. A teraz już chodź za mną, sprawdzimy, jak radzisz sobie ze skrzydlatym obuwiem.

Na te słowa czapka Żywego Srebra rozpostarła swoje skrzydła i przez moment zdawać się mogło, że nosząca ją do tej pory głowa odfrunie z ramion, do których była przytwierdzona, ale po chwili cały Żywe Srebro wzbił się bez wysiłku w górę, a w ślad za nim podążył Perseusz. Zanim wznieśli się na wysokość ponad stu metrów, młody człowiek poczuł, jak wspaniale jest móc zostawić tak daleko za sobą nudną ziemię i bujać w powietrzu jak ptak.

Zapanowała głęboka noc. Perseusz uniósł głowę do góry i zobaczył okrągłą, jasną, srebrnawą tarczę księżyca i pomyślał, że nie pragnąłby niczego w świecie bardziej niż poszybować w jego kierunku i spędzić na nim resztę życia. Po jakimś czasie spojrzał w dół ponownie i zobaczył ziemię, jej morza i jeziora, i srebrne wstęgi rzek, ośnieżone szczyty gór, wraz z rozległymi polami i ciemnymi plamami lasów oraz miasta z białego marmuru. Spowita w sennej księżycowej poświacie ziemia wydała mu się tak piękna jak owal księżyca lub najpiękniejsze z gwiazd. Wśród ogromu innych rzeczy jego wzrok przykuła wyspa Serifos, gdzie czekała niego jego ukochana matka. Niekiedy on i Żywe Srebro zbliżali się do jakiejś chmury, która z oddali jawiła się niczym utkana ze srebrnego runa, choć gdy przyszło im się w nią zanurzyć, ogarniał ich chłód i wilgoć szarej mgły. Jednakże lecieli z taką prędkością, że chwilę później wynurzyli się z chmury, by na powrót znaleźć się w blasku księżyca. W pewnym momencie wysoko szybujący orzeł wpadł wprost na niewidzialnego Perseusza. Najpiękniejszego widoku dostarczały meteoryty, które rozbłyskały niczym ognisko rozniecone na środku nieba i przyćmiewały blask księżyca na setki mil wokoło.

Lecąc tak obok towarzysza podróży, Perseuszowi zdawało się, że słyszy koło siebie szelest jakiejś szaty; dźwięk ten dochodził z przeciwnej strony niż ta, po której znajdował się Żywe Srebro, a przecież poza nim nie widział nikogo.

– Czyja to szata – spytał Perseusz – wciąż szeleści u mego boku na wietrze?

– Ach, to suknia mojej siostry – odrzekł Żywe Srebro. – Ona leci razem z nami, tak zresztą, jak ci mówiłem. Niewiele zdziałalibyśmy bez jej pomocy. Nawet nie masz pojęcia, jaka mądra jest moja siostra. A jakie ma oczy! Przecież ona widzi ciebie w tej chwili tak wyraźnie, jak gdybyś wcale nie był niewidzialny. I powiem ci nawet, że to ona pierwsza zauważy Gorgony.

Tymczasem lecąc tak w przestworzach, dotarli do wielkiego oceanu, by wkrótce się nad nim znaleźć. Hen, hen pod nimi na pełnym morzu przewalały się fale z łoskotem, by rozlać się białą linią na długie brzegi lub spienione rozbić o skaliste ściany z hukiem tak straszliwym, że słychać go było pod ziemią, choć gdy docierał do uszu Perseusza, wydawał się delikatnym gaworzeniem na wpół uśpionego dziecka. Wtedy właśnie, tuż obok niego, odezwał się w powietrzu jakiś głos. Bardzo melodyjny, brzmiał jak głos kobiecy, lecz próżno by go nazwać słodkim, był wprawdzie łagodny, lecz przy tym poważny.

– Perseuszu – rzekł ów głos – tam są Gorgony.

– Gdzie? – wykrzyknął Perseusz. – Nigdzie ich nie widzę.

– Na brzegu tej wyspy, tuż pod tobą – odrzekł głos. – Kamyk rzucony twą ręką upadłby w sam ich środek.

– Mówiłem ci, że ona pierwsza zauważy Gorgony – rzekł Żywe Srebro do Perseusza. – I oto je masz!

W prostej linii pod sobą, jakieś dwa lub trzy tysiące stóp niżej, Perseusz ujrzał niewielką wysepkę, o której skaliste brzegi rozbijało się spienioną falą wzburzone morze – wszędzie, z wyjątkiem jednego miejsca, gdzie rozciągał się pas śnieżnobiałego piasku. Obniżył lot i przyglądając się uważnie jaśniejącej u stóp przepastnych, czarnych skał smudze, ujrzał straszliwe Gorgony! Leżały pogrążone w głębokim śnie, uśpione łoskotem morskich fal, bo trzeba było huku, który ogłuszyłby każdego innego, by ukołysać do snu te potworne istoty. Blask księżyca połyskiwał na ich stalowych łuskach i złotych skrzydłach, które spoczywały nieruchomo na piasku. Ich szpony z brązu, na widok których po plecach przebiegał dreszcz, były wysunięte i zaciskały się na obmywanych falami skalnych występach, podczas gdy śpiącym Gorgonom śniło się, że rozrywają na sztuki jakiegoś nieszczęsnego śmiertelnika. Służące im za włosy węże również zdawały się spać, choć od czasu do czasu któryś z nich skręcał się i podnosząc łeb, wysuwał swój rozwidlony język, by wydać z siebie senny syk i po chwili opaść między pobratymców.

Gorgony bardziej przypominały okropne, gigantyczne insekty – monstrualne, złotoskrzydłe chrząszcze lub ważki, czy coś w tym rodzaju, piękne a zarazem szpetne, tyle że tysiąc, a może milion razy większe. I przy tym wszystkim było w nich także coś ludzkiego. Na szczęście dla Perseusza – ze względu na pozy przyjęte we śnie – ich twarze były całkowicie przed nim zakryte; bo przecież gdyby przypadkiem spojrzał na którąś choćby na chwilę, to zaraz spadłby na ziemię jako nieczuły posąg z kamienia.

– Teraz! – wyszeptał Żywe Srebro, szybując u boku Perseusza. – Nadeszła dla ciebie godzina próby. Spiesz się, bo jeśli któraś z nich się teraz przebudzi, będzie za późno!

– To którą mam zaatakować? – spytał Perseusz, dobywając miecza i zniżając się nieznacznie. – Wszystkie trzy są tak do siebie podobne. Wszystkie trzy mają wężowe loki. Która z nich to Meduza?

Trzeba wam wiedzieć, że Meduza była jedynym z tych potworów, której głowę dało się odciąć. Co do dwóch pozostałych, nawet gdybyśmy dali Perseuszowi najostrzejszy miecz kiedykolwiek wykuty i mógłby ciąć nim godzinami, to nie uczyniłby im najmniejszej krzywdy.

– Bądź ostrożny – odezwał się ten sam spokojny głos, który już wcześniej słyszał. – Jedna z Gorgon porusza się we śnie i za chwile się obróci. To Meduza. Nie wolno ci na nią patrzeć. Jej widok zamieniłby cię w kamień! Patrz na odbicie jej twarzy i całej postaci w jasnym lustrze twojej tarczy.

Perseusz nareszcie pojął, dlaczego Żywe Srebro tak usilnie nalegał, żeby przeszlifować tarczę. Na jej powierzchni mógł całkiem bezpiecznie oglądać odbicie twarzy Gorgony. Teraz istotnie widniało tam owo straszliwe oblicze, odbite w lśniącym metalu, oblane światłem księżyca, obnażające całą swą potworność. Węże, którym ich jadowita natura nie pozwalała zapaść w głęboki sen, wiły się nieprzerwanie wokół jej czoła. Była to najstraszliwsza i najbardziej okrutna twarz, jaką ktokolwiek kiedykolwiek widział, czy choćby usiłował sobie wyobrazić, a jednak miała w sobie jakieś dziwne, groźne, brutalne piękno. Oczy Gorgony były wciąż zamknięte, gdyż ona sama nadal bya pogrążona w głębokim śnie; jednako w jej rysach czaił się wyraz niepokoju, jak gdyby monstrum trapione było złym snem. Jej białe kły zgrzytały, zaś szpony z brązu ryły piasek.

Węże również zdawały się śnić ten sam sen, bowiem były teraz jeszcze bardziej niespokojne. Zwijały się w niesforne kołtuny, wyprężały wojowniczo i nie otwierając ślepi, unosiły setki syczących łbów.

– Teraz, teraz! – szepnął Żywe Srebro, który chyba zaczynał tracić cierpliwość. – Śmiało! Dalej na potwora!

– Zachowaj jednak spokój – dodał poważny, melodyjny głos u boku młodzieńca. – Lecąc w dół, patrz w swoją tarczę i bacz, by nie chybić za pierwszym ciosem.

Perseusz zniżył ostrożnie lot, nie spuszczając oka z odbicia twarzy Meduzy w swej tarczy. Im bardziej się do niej zbliżał, tym straszniejsze jawiło się wężowe oblicze i metalowe cielsko potwora. Wreszcie zawisł nad nim na odległość ramienia i podniósł swój miecz, lecz w tej samej chwili wszystkie węże na głowie Gorgony groźnie się wyprężyły, wysuwając łby do przodu, a ona sama otworzyła oczy. Obudziła się jednak za późno. Ostry miecz zrobił swoje, cios spadł z szybkością błyskawicy i odcięta głowa okrutnej Meduzy potoczyła z dala od ciała!

– Piękna robota! – pochwalił Żywe Srebro. – Teraz szybko! Głowa do magicznej sakwy!

Ku ogromnemu zdziwieniu Perseusza mała haftowana sakiewka, która zwisała mu z szyi i która do tej pory nie była większa od portmonetki, natychmiast powiększyła się na tyle, by pomieścić głowę Meduzy. Szybkim jak błyskawica ruchem pochwycił odciętą głowę i nie zwracając uwagi na wijące się węże, wepchnął ją do sakwy.

– Twoje zadanie zostało wykonane – powiedział spokojny głos. – Teraz już leć, bo pozostałe Gorgony zrobią wszystko, by pomścić Meduzę.

No i rzeczywiście trzeba było uciekać, bo Perseusz nie mógł przecież wykonać zadania bezgłośnie: szczęk jego miecza, syk węży, głuchy odgłos głowy Meduzy toczącej się po mokrych piachu obudziły pozostałe dwa potwory. Siedziały tak, przez chwil kilka przecierając pazurami z brązu zaspane oczy, a wszystkie węże na ich głowach stanęły ze zdziwienia na ogonach w jadowitej furii wobec czegoś, co było im całkiem nieznane. Ale gdy tylko Gorgony ujrzały pokryte łuskami ciało Meduzy leżące bez głowy w piachu, jej złote skrzydła zmierzwione i na wpół rozpięte, to zaiste żałość brała, gdy słyszało się ich jęki i wznoszony ku niebu skrzekliwy lament. A co do węży! Jak jeden wydawały z siebie stukrotny syk, a węże Meduzy odpowiadały im z magicznej sakiewki.

Jak tylko Gorgony obudziły się na dobre, natychmiast wzbiły się wysoko w powietrze, a wymachiwaniu pazurami z brązu towarzyszyło zgrzytanie ich paskudnych kłów. Biły tak wściekle monstrualnymi skrzydłami, że ze skrzydeł wypadło im wiele złotych piór, zaścielając piaszczystą plażę na dole. I tam, być może, pióra te zalegają po dziś dzień. I wzbiły się Gorgony w powietrze, tak jak mówiłem, rzucając wokół zabójcze spojrzenia w nadziei, że uda im się zamienić kogoś w kamień. Gdyby Perseusz popatrzył im w twarz lub wpadł w ich szpony, jego biedna matka już nigdy więcej nie ucałowałaby swego syna! Lecz on pilnie baczył, by wzrok kierować w przeciwną stronę; a skoro na głowie miał czapkę niewidkę, Gorgony nie miały pojęcia, w jakim kierunku mają go ścigać. Nie od parady też stopy jego obute były w skrzydlate trzewiki, szybko więc wzbił się w górę na milę albo i więcej. Na tej właśnie wysokości, kiedy to krzyki tych obmierzłych stworów były już ledwie słyszalne, Perseusz obrał kurs na wyspę Serifos, by dostarczyć królowi Polidektesowi głowę Meduzy.

Nie wystarczy czasu, by opowiedzieć wam o innych wspaniałych przygodach, jakie stały się udziałem Perseusza w drodze do domu, takich jak zabicie ohydnego potwora morskiego w momencie, gdy ten miał właśnie pożreć przepiękną dziewczynę3; ani jak zamienił olbrzyma4 w kamienną górę, pokazując mu po prostu głowę Gorgony. Jeżeli traktujecie tę ostatnią historię z niedowierzaniem, to wybierzcie się któregoś razu do Afryki, a zobaczycie tę właśnie górę, która nadal nosi nazwę od imienia tego starożytnego olbrzyma.

W końcu nasz dzielny Perseusz dotarł do wyspy, gdzie spodziewał się zobaczyć swą najdroższą matkę. Ale podczas jego nieobecności podły król traktował Danae tak okrutnie, że zmuszona była ratować się ucieczką i schroniła się w świątyni, gdzie kilku szlachetnych księży okazało jej nadzwyczajną dobroć. Wydaje się, że ci zacni księża i ten sam rybak, który okazał już tyle serca Danae i małemu Perseuszowi, gdy znalazł ich pływających po morzu w skrzyni, to jedyni mieszkańcy wyspy starający się postępować po ludzku. Wszyscy inni obywatele, a także sam król Polidektes zachowywali się wyjątkowo nikczemnie i nie zasługiwali na nic lepszego niż to, co miało się teraz zdarzyć.

Nie zastawszy matki w domu, Perseusz udał się prosto do pałacu i został natychmiast zaprowadzony przed oblicze króla. Polidektes absolutnie nie ucieszył się na jego widok, ponieważ w głębi swej jaszczurczej duszy był niemal pewien, iż Gorgony, gdzieś tam na ustroniu, rozedrą na strzępy i pożrą młodzieńca. Jednakże widząc go zdrowym i całym, zrobił dobrą minę do złej gry i spytał, jak mu się powiodło.

– Czy dotrzymałeś przyrzeczenia? – powiedział. – Czy przynosisz mi głowę Meduzy zdobioną wężowymi lokami? Jeżeli nie, młodzieńcze, drogo cię to będzie kosztowało. Muszę bowiem mieć ślubny podarek dla pięknej księżniczki Hippodamii, a nie ma drugiej rzeczy, która by ją jednako ucieszyła.

– Tak oczywiście, Wasza Wysokość – odpowiedział z tak niewzruszoną miną, jakby nie było nic niezwykłego w tym, czego dokonał. – Przynoszę ci głowę Gorgony z wężowymi lokami, zgodnie z umową.

– To być nie może! Daj! Niech zobaczę – odrzekł zdumiony król. – To musi być widok niezwykły, jeśli prawdą jest to wszystko, co mówią o niej świadkowie!

– Wasza Królewska Mość się nie myli – odparł Perseusz. – Jest to istotnie rzecz, od której z pewnością stężeją miny wszystkim, którzy na nią popatrzą. I jeżeli Wasza Wysokość uzna za stosowne, to sugerowałbym ogłosić teraz święto i wezwać wszystkich poddanych, by mogli podziwiać tego niebywałego stwora. Niewielu z nich, jak sądzę, widziało wcześniej głowę Gorgony i chyba niewielu zobaczy ją ponownie!

Król wiedział aż za dobrze, że jego poddani to zgraja nierobów – i jak na leniów przystało – z chęcią oglądają różne osobliwości, więc posłuchał rady młodzieńca i rozesłał we wszystkich kierunkach heroldów i gońców, każąc im dąć w trąby na rogach ulic, na targowiskach i na rozstajach dróg, wzywając wszystkich, by gremialnie przybyli na dwór. Wedle rozkazu zewsząd ściągnęła ogromna masa gamoni i włóczykijów, a wszyscy oni z najczystszej złośliwości byliby niezmiernie radzi, gdyby spotkanie Perseusza z Gorgonami zakończyło się dlań tragicznie. Jeżeli w ogóle byli na wyspie jacyś dobrzy ludzie (a żywię szczerą nadzieję, że byli, choć ta opowieść nic o nich nie wspomina), to zostali spokojnie w domu, zajmując się swoimi sprawami i pilnując dzieci. W każdym razie większość mieszkańców wyspy popędziła, nie szczędząc butów, do pałacu, tłocząc się i rozpychając łokciami, by dostać się w pobliże balkonu, na którym ukazał się Perseusz z haftowaną sakwą w ręku.

Na platformie, oferującej doskonały widok na balkon, zasiadał wszechwładny król Polidektes w otoczeniu swych przebiegłych doradców, a wokół nich stali półkolem jego usłużni dworacy. Monarcha, doradcy, dworzanie i poddani – wszyscy spoglądali w napięciu na Perseusza.

– Pokaż nam głowę! Pokaż nam głowę! – skandowali ludzie, a w ich głosach wyczuwało się taką zapiekłość, jakby mieli rozszarpać Perseusza na sztuki, jeżeli natychmiast nie pokaże im tego, co przed chwilą przyrzekł. – Pokaż nam głowę Gorgony-Meduzy o wężowych lokach!

Przez krótką chwilę uczucie żalu i litości owładnęło młodzieńcem.

– O, królu Polidektesie – zakrzyknął – i ty, ludu Serifos! Serce mi krwawi, gdy mam wam pokazać głowę Gorgony.

– Ach, co za łotr i tchórz – wyli zgromadzeni, bardziej jeszcze wściekli niż przedtem. – Kpi sobie z nas! Nie ma głowy Gorgony! Pokaż nam jej głowę, jeżeli ją masz, bo inaczej weźmiemy twój własny łeb i zagramy nim w piłkę!

Podstępni doradcy podszepnęli królowi do ucha jakąś haniebną radę, dworacy mruknęli zgodnie, iż Perseusz okazuje brak szacunku ich panu i władcy, a potężny król Polidektes skinął ręką i rozkazał mu srogim, głębokim, władczym głosem pokazać głowę Meduzy, jeżeli mu życie miłe.

– Pokaż mi głowę Gorgony albo utnę ci twoją!

Perseusz jedynie westchnął.

– W tej chwili – powtórzył Polidektes – albo zginiesz!

– Patrz zatem! – wykrzyknął Perseusz głosem potężnym jak fanfary na trąbie.