Miłość leczy rany - Katarzyna Bonda - ebook + audiobook

453 osoby właśnie czytają

Opis

Nowa seria kryminalna Katarzyny Bondy!

Kryminał napisany z rozmachem, jakiego jeszcze nie widziano. Wielowątkowa powieść o walce i nadziei, zbrodni i miłości, przepełniona tajemnicą. Dwa plany czasowe i liczne wątki spaja opowieść o uczuciu Polki do uciekiniera z Kazachstanu.

Igor jest znanym na Dolnym Śląsku uzdrowicielem. Skutecznie pomaga ludziom, dlatego tłumnie ciągną do niego, gdy są w potrzebie. Pojawił się w Górach Sowich kilka lat wcześniej i poznał dziewczynę, która została jego narzeczoną. Nikt jednak nie wie, co robił przedtem. Ma sekret, którego nie chce wyjawić nawet ukochanej kobiecie.

W kazachskim Uralsku przed laty doszło do krwawej zbrodni. Zginęli szefowie lokalnego gangu ˗ synowie kasty władców. Sąd wydał na sprawcę mordu zaoczny wyrok śmierci. Starszyzna rodowa żąda dodatkowo „zemsty krwi”. Przestępcy na całym świecie szuka Interpol oraz grupa zawodowych zabójców.

Czy to możliwe, że uzdrowiciel cieszący się powszechnym szacunkiem i zabójca z Kazachstanu to jedna i ta sama osoba? Czy Polce uda się uratować ukochanego od śmierci? Dziewczyna rusza w niebezpieczną drogę i bezlitośnie odsłania mroczną tajemnicę życia Igora.

Miłość leczy rany” to książka, do której napisania wiele osób nie chciało dopuścić.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 849

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


TRYLOGIA KRYMINALNA

WIARA • NADZIEJA • MIŁOŚĆ

Miłość leczy rany

(Tom 1 • Wiara)

wkrótce

Miłość czyni dobrym

(Tom 2 • Nadzieja)

Miłość pokonuje śmierć

(Tom 3 • Miłość)

Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redaktor prowadzący: Ewa Orzeszek-Szmytko

Redakcja:Jan Jaroszuk

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta:Irma Iwaszko, Lilianna Mieszczańska

© by Katarzyna Bonda

All rights reserved

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2019

Fotografie na okładce:

© Nik Keevil/Arcangel Images

© Stephen Mulcahey/Arcangel Images

© Cara-Foto/Shutterstock

Powieść oparta na faktach.

Fabuła, personalia oraz niektóre miejsca akcji są zmyślone

ISBN 978-83-287-1256-0

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2019

Remiemu,

który przywrócił mi wiarę w miłość

Baksy to dawne słowo tureckie oznaczające „patrzeć”, „wypatrywać”, które z kolei odzwierciedla działania szamana. Baksy „wypatruje” sam bądź z pomocą duchów – pomocników górnego, dolnego lub średniego świata, chcąc zobaczyć, co czeka ludzi w przyszłości, albo też odnaleźć skradzioną duszę chorego.

Edyge Tursynow, Wozniknowienije baksy, akynow, seri i żyrau

Tak samo cię kocham, kiedy cię czuję przy sobie w ciemnościach, jak wtedy, gdy jesteś moja.

Ernest Hemingway, Komu bije dzwon przeł. Bronisław Zieliński

Krysza – nieformalna ochrona ze strony osób zajmujących jakieś ważne funkcje albo osób mających dostęp do nich, udzielana ludziom popełniającym przestępstwa w ich imieniu i dla nich. Chodzi również o sytuację, kiedy przestępcy oddają część swoich zysków osobom sprawującym nad nimi „kryszę”. Krysza to po rosyjsku „dach”. Ona daje ochronę.

Z akt sądowych sprawy karnej

KAŻDA RZECZ POSIADA SWÓJ RYTM. ZAKŁÓCAĆ RYTMU NIE WOLNO

26 sierpnia 1994 roku, Uralsk, Kazachstan

– Śnieżni ludzie pojawiają się tam, gdzie trwa wojna – wyszeptał Sierioża i spojrzał wymownie na kolegę. – Babcia Dżama mówiła, że nadchodzi czas wojowników. Władcy polegną.

Malik, choć krępej budowy i porównywalnego wzrostu, był od Sierioży młodszy o dwa lata. Zmrużył czarne oczy w szparki i otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale żadne słowo nie padło. Tylko dolna warga jedenastolatka drżała, a ręka zacisnęła się na zardzewiałym urzynie, który znaleźli na początku tego lata nad brzegiem rzeki Ural. Broń była niesprawna. Nie miała nawet spustu. Drewniana kolba pękła wzdłuż i była doskonałym schowkiem na papierosy podkradane ojcom. Karabin wyglądał jednak groźnie i wszystkie dzieciaki z osiedla im go zazdrościły.

Sierioża napawał się swoim triumfem nad przyjacielem. Zadarł głowę. Na bezchmurnym niebie, wysoko nad nimi, krążyło czarne ptaszysko. Szybowało chwilę, aż wreszcie przysiadło na dachu jednego z garaży i znieruchomiało. Wtedy chłopiec zobaczył, że nie jest to zwykły kruk, bo dziób ma żółty, a łapy wściekle czerwone. Oczy czarne jak ziarna pieprzu, wpatrywały się teraz w Rosjanina, oznajmiając, że ptak chce być trzecim uczestnikiem spotkania. Sierioża chwycił garść kamyków i rzucił nimi w ptasiego intruza. Chybił tylko nieznacznie. Żółtodzioby kruk się poderwał, ale po chwili znów przycupnął na dachu, tyle że nieco dalej. Zdawało się, że jeszcze baczniej nasłuchuje. W końcu chłopiec znudził się obserwowaniem ptaka. Wstał, wyjął z kieszeni kubotan, chwilę obracał go w dłoni, a potem rozpoczął walkę z cieniem. Markował ciosy. Uchylał się od wyimaginowanych uderzeń przeciwnika. Wzorowo pracował nogami, jakby na ziemi widział znak krzyża i wzdłuż jego ramion wykonywał swój taniec. Malik nie dołączył do tej rytualnej zabawy. Czekał w napięciu na to, co będzie dalej. Sierioża się zatrzymał, otarł pot z czoła. Usiadł z ciężkim westchnieniem na wyszczerbionym chodniku i skrzyżował nogi. Malik się nie poruszył. Patrzył, jak kolega zdejmuje mokrą od potu koszulkę i wachluje się nią, choć nie przynosiło to większej ulgi.

Lato tego roku dawało się we znaki. Upały ciągnęły się nieprzerwanie od miesiąca. Powietrze było lepkie od wilgoci. Każdego dnia zbierało się na burzę. Można było usłyszeć, że zimą podrożeją warzywa, dlatego kobiety prześcigały się w robieniu przetworów. Starsi mdleli. Kto tylko mógł, wyjechał na daczę. Jedynie komary miały się dobrze. Nie pomagały ani ziołowe smarowidła, ani chemiczne specyfiki z zagranicy. Kiedy nocą wyszło się na balkon, słychać było ich brzęczenie, jakby ktoś uruchomił milion miniaturowych wiertarek. Po chwili wszystkie te wiertła zagłębiały się w skórze lekkomyślnej ofiary. Ludzie okrywali się specjalnymi płachtami z cienkiej bawełny, by chronić się przed ugryzieniami. W telewizji w kółko mówiono, że owady roznoszą śmiertelne choroby. Ale mieszkańcy miasta nic sobie z tego nie robili. Wiedzieli, że ma to służyć odwróceniu uwagi od przemocy na ulicach. Wszak oficjalnie podawano, że zwalczanie przestępczości w tym rejonie jest w stu procentach skuteczne. Żaden zbój się nie prześlizgnie – chwalili się milicjanci. Na osiedlu Żdanowa nie widywano dzielnicowego. Gdyby się nagle pojawił, znaczyłoby to, że ktoś podpadł lokalnym szychom. A wyrok za to mógł być taki sam jak za kradzież worka mąki lub morderstwo. Dlatego nie było mowy, by się na cokolwiek poskarżyć władzom. W razie otwartego konfliktu pozostawała ostatnia instancja tutejszej sprawiedliwości. Skuteczna i milkliwa. A jeśli wymagało tego przewinienie – okrutna. I tylko w okolicznościach szczególnych zawracano głowę starszemu rodu Bayuły. Nikt nie wiedział, jakie starzec ma nazwisko w dokumentach, gdzie mieszka ani nawet jak wygląda. Niektórzy przypuszczali, że to pseudonim jednego z włodarzy miasta, który wcale nie jest leciwy. Ale to nie była prawda. Tolik nie dążył do gromadzenia bogactw ani też nie chełpił się posiadaną władzą. Dlatego mógł pozostać bezstronnym arbitrem, szanowanym przez wszystkie znamienite rody. W ten sposób spraw kryminalnych w tej okolicy nie notowano.

W ciągu roku Sierioża mieszkał w Samarze, z rodzicami matki, ale ponieważ jego ojciec był Kazachem i pochodził z Uralska, w każdą kanikułę chłopiec przyjeżdżał w te strony. Z Malikiem znali się od małego. On i jego rodzina mieszkali na tym samym piętrze, drzwi w drzwi z dziadkami Sierioży. Prababcia Rosjanina żyła w stepie. Zajmowała betonowy barak na obrzeżach dawnego kołchozu Żusasaj. Ale od wiosny aż do pierwszych mrozów, wzorem wielu pokoleń przodków, koczowała w wojłokowym namiocie na bezkresnych obszarach pod Ałmatami. Wracała do osady, dopiero gdy przychodził zabójczy buran – stepowa zamieć śnieżna.

Lato spędzone w jurcie prababki od małego było dla Rosjanina wielką atrakcją. Jego opowieści budziły zazdrość rówieśników zarówno z Samary, jak i z Uralska. Choć nie wszyscy w nie wierzyli. Tyle było w nich magii i niezwykłości. Kiedy Sierioża skończył sześć lat, po raz pierwszy usłyszał to słowo: baksy[1]. Tak nazywano czarownika i wieszcza, który leczył chorych zaklęciami. Sierioża nigdy tak o Dżamie nie mówił. Zabroniła mu tego, bo – jak zaznaczyła – jako młoda dziewczyna nie została wybrana na szamankę, choć bardzo tego chciała. Potrafiła jednak wróżyć z kumalaków – czterdziestu jeden kamieni i kości, które sama zebrała i które wyznaczały linię jej życia. Ale tę umiejętność posiadła każda co sprytniejsza „babuszka” z bazaru. Dżama gardziła tymi oszustkami i utyskiwała, że otwieranie przez nie kumalaków ma więcej wspólnego z kuglarstwem niż z magią. Po prostu tak zarabiały na chleb. „Żaden szaman nie ma wypisanego cyrylicą cennika usług” – dodawała. Ale Sierioża jej nie wierzył. Musiała mieć moc, bo czuła energię, rozumiała ludzkie myśli i potrafiła przewidzieć, jakie słowa zostaną wypowiedziane. Jej prorocze sny zawsze się spełniały. Umiała też przynieść ulgę cierpiącym. Bywało, że uzdrawiała tych, wobec których dolegliwości zachodnia medycyna była bezradna. Dlatego też zjeżdżało do niej na leczenie pół zachodniego Kazachstanu.

Malik bał się czarownicy, choć widział ją tylko raz w życiu, i to z daleka. Sierioża o tym wiedział i wykorzystywał tę wiedzę przy każdej okazji. Wprawdzie młodsze dzieci miały odwagę szydzić z Dżamy, gdy pomarszczona jak najstarsze drzewa szła w barwnych szatach, z paciorkami z prawdziwych kości na szyi i wierną jak pies kozą u boku. Starsi zaś okazywali jej nabożny szacunek. Tylko dwa razy zgodziła się przyjechać do Uralska: na pogrzeb swata i kiedy zaniemógł kuzyn Sierioży – Dimasz. Tuż przed jej przybyciem mieszkańcy osiedla widzieli białą sowę – zjawisko co najmniej zadziwiające w środku miasta. Krążyła nad domem, a potem całą noc siedziała na drzewie naprzeciwko balkonu rodziców Dimasza. Nie dała się strącić patykami rzucanymi przez dzieciaki ani wypłoszyć strzałami z dubeltówki, choć Andriej Mikrorusznikow, znany pod ksywą Miko, tajny współpracownik uralskiej milicji, bardzo się starał. Rano, zupełnie znikąd, zjawiła się Dżama. Kiedy podeszła do łóżka umierającego, ten się ocknął. Następnego dnia był już całkiem zdrów. Jeszcze tydzień po uczcie z okazji ponownych narodzin młodego wojownika, jak nazwano powrót po klątwie do grona żywych kuzyna Sierioży, schodzili się ludzie i przynosili dary, prosząc o pomoc. Dżama nikomu nie odmówiła.

Sierioża czuł się dzięki niej kimś wyjątkowym. Dzień wcześniej, po dwóch tygodniach gościny u niej, wrócił z nowinami, którymi koniecznie chciał się podzielić z Malikiem, bo wkrótce miał wyjechać z rodzicami do Samary. Obaj chłopcy z niechęcią myśleli o początku roku szkolnego.

– One mają zdolności telepatyczne – ponownie podjął wątek Sierioża. – Wiesz, co to hipnoza?

Malik pokręcił głową.

– Ja też nie – przyznał niechętnie Rosjanin. – Ale mogą przybierać ludzką postać i żyć wśród ludzi. Potrafią o wiele więcej. Na przykład stać się niewidzialne.

– Kłamiesz! – oburzył się w końcu mały Kazach i popchnął kolegę.

Sierioża upadł na plecy, ale natychmiast się podniósł i zwinnie wskoczył na betonowy podest między garażami. Poza bawiącą się dzieciarnią na podwórku nie było nikogo.

– Nie widziałeś ałmysa! To bajki – roześmiał się Malik, chcąc ukryć zmieszanie, ale zaraz dodał groźnie: – Zresztą ałmysy wychodzą tylko zimą.

– Jakie bajki! Zapytaj Dimasza! – Sierioża zerwał się z kucek cały rozpromieniony, jakby tylko na to czekał. Chwycił zdezelowany urzyn i przymierzył z biodra, gotów do walki. – Był cały włochaty, jak niedźwiedź. Na nogach miał pazury. Ręce do kolan, ze dwa metry wzrostu. Prawdziwy potwór, przysięgam. Kręcił się wokół szałasu. Zapadał czerwony zmierzch, godzina duchów. Babcia od razu zaczęła się modlić. Na podwórze nie mogłem wychodzić przez dwa dni!

Malik nie tracił ani chwili. Naparł na Sieriożę całym ciałem, podciął go pod kolanami, zablokował łokciem i dwoma ciosami przewrócił. Na koniec unieruchomił.

– Nie rusza się – wychrypiał.

Sierioża nie zdążył nawet jęknąć. Ciężko dyszał. Malik się uśmiechnął.

– Boli? – upewnił się, przyciskając kolegę mocniej do ziemi.

Sierioża potwierdził oczyma. Kazach przydusił gardło przeciwnikowi.

– Nie oddycha!

Ręce Sierioży trzymał jak w kleszczach. Mimo to udało mu się jedną uwolnić. Zaciskał w niej swój kubotan. Zamierzył się nim na Malika, ale ten błyskawicznie zasłonił Rosjaninowi oczy. Cios okazał się niecelny. Chłopak zwinął się jednak z bólu i głośno jęczał. Kubotan poturlał się pod wejście do garaży.

– Nie widzi – mruknął dla porządku Malik i przeszukał kieszenie pokonanego. Z jednej z nich wyjął drewniany nóż i zamarkował cios w serce. – Nie żyje.

Dorzucił atrapę broni do kubotanu.

Sierioża podniósł się z trudem. Otarł twarz koszulką.

– Wygrałeś. Ale ja nie kłamię – powiedział i wyciągnął rękę na zgodę.

Mały Kazach siedział zacietrzewiony. Nie uścisnął jej.

– Trenujesz codziennie, co? – spróbował zmienić temat Sierioża.

Malik nie zareagował na słowa uznania.

– Nigdy więcej nie mów – odezwał się w końcu bardzo poważnie, jak dorosły – o ałmysach, duchach i potworach. Ty wyjedziesz, a my zostaniemy. Nie wolno ich wzywać. Dżama cię nie ostrzegała?

– Kiedy to wszystko prawda.

– Tak? To jaki ma kolor?

– Co?

– Jego futro.

– Brązowe. Jak u miszki.

– Tylko raz byłem w zoo. Misie schowały się w grocie. Było za gorąco.

– No taki kakaowy – dodał szybko Sierioża. – I śmierdział.

– Gównem?

– Nie, jak zepsuty kumys. Jakby coś zgniło.

– Fuj.

– Ohyda! – potwierdził Sierioża. – A zanim go zobaczyłem, słychać było gwizd. Najpierw myślałem, że przejechał pociąg. Ale skąd kolejka na stepie? Dopiero potem skojarzyłem. Dżama mówi, że one zawsze ostrzegają. Żeby ludzie nie patrzyli. Nie chcą nas niepokoić. Ale nie powiedziała, po co przyszedł. Wtedy usłyszałem od niej, że idzie czas wojowników.

– Bałeś się?

Sierioża długo milczał.

– Ja bym się bał – przyznał Malik.

– Jak już babcia mnie zamknęła, trochę się bałem. Pewnie.

Ich rozmowę przerwał ogłuszający pisk. Chłopcy aż podskoczyli. Malik wdrapał się na betonową półkę, a potem, zwinnie jak małpa, wspiął się na dach garażu.

– Coś się kroi – powiedział i pomachał do Sierioży, który podążył jego śladem.

Położyli się na brzuchach. Pomiędzy bujnymi koronami drzew mieli widok wprost na podjazd, sami pozostając osłonięci.

Przed blokiem zaparkowało już kilka żiguli, z których wysiadali Kazachowie. Większość z nich była w dresach. Niektórzy mieli w rękach metalowe rury. Pozostali zdjęli marynarki i rozpięli białe, wkładane od święta koszule. Z bagażników wyjęli automaty.

– Zmywamy się – mruknął Malik i przeczołgał się na drugi koniec dachu.

Spojrzał w dół. Za wysoko, żeby skakać. Ocenił odległość do kolejnego budynku. Z dobrym rozbiegiem daliby radę.

– Nu dawaj, Sierioża, bo tu zaraz będzie bitwa.

– A nasz urzyn? – Rosjanin spojrzał na leżące na ziemi akcesoria.

Zardzewiała broń, kubotan i ich dwa drewniane, własnoręcznie wystrugane noże pod blachą drzwi do garaży nagrzewały się od słońca.

– Trzeba zabrać – zdecydowali chłopcy i na wyścigi przeczołgali się na skraj dachu. Papa kleiła się im do kolan.

Już mieli skakać i biec do klatek schodowych, kiedy od ich strony na podjazd wjechało sportowe auto w kolorze lodów waniliowych, odcinając drogę ucieczki. W Uralsku, a może i w całym Kazachstanie było tylko jedno takie. Wszyscy w mieście wiedzieli, do kogo należy. Natychmiast przylgnęli do roztopionej mazi, rozpłaszczając się jak bliny. Głowy osłonili rękoma. Malika jednak zżerała ciekawość. Podniósł kark i przysunął się do krawędzi, by mieć lepszy widok.

Z samochodu zabaweczki wysiadał tymczasem smukły, szykowny Kazach. Twarz miał urodziwą, rysy szlachetne. Cerę tak białą, jakby była obsypana mąką. Z kącika ust zwisał mu cienki złoty papieros. Z daleka widać było, że płynie w nim krew starszego żuzu, kazachskiej kasty władców. Barwną koszulę w papugi nosił rozpiętą do połowy torsu, na którym lśnił gruby złoty kagan. Naoliwione włosy wydawały się w słońcu granatowe. Pozostali, już z metalowymi rurami w rękach, tylko na niego czekali, bo jak na komendę wszyscy skłonili głowy. Przybyły podszedł do towarzyszy. Z bagażnika wyciągnięto dwóch zdrowo już poturbowanych mężczyzn. Ale kaźń dopiero się zaczynała. Malikowi przemknęło przez myśl, że ci dwaj pobici są tylko kilka lat starsi od nich.

– Sierioża! – dobiegł ich nagle rozpaczliwy głos kobiety. – Sierioża, synku, do domu!

A potem rozległ się huk.

Chłopcy wymienili spojrzenia, ale żaden się nie ruszył z miejsca. Przywarli tylko mocniej do roztapiającej się papy. Głos matki Sierioży niósł się echem jeszcze jakiś czas, aż w końcu całkiem umilkł. Poza odgłosami uderzeń i jękami maltretowanych panowała teraz kompletna cisza. Jakby osiedle wymarło.

Malik wyraźnie widział oprawców. Było ich ze trzydziestu. Musieli być z innej dzielnicy, bo żadnego nie rozpoznawał. Ofiary zaś tylko dwie. Ich twarze zamieniły się już w miazgę. Krew bryzgała na boki i wsiąkała w trawę. Większość przybyłych stała znudzona, oparta o auta, z bronią długą wzdłuż ciała i pistoletami za paskiem. Ale szkoda im było amunicji dla chłopców. Trzech okładało ich kolbami karabinów. Kiedy ta trójka się zmęczyła, kaci się zmienili. Na ulicy, przy samochodach i pomiędzy drzewami wciąż przybywało publiki. Nikt jednak nie kwapił się do pomocy. Niektórzy wesoło rozmawiali, inni w milczeniu obserwowali operację, niczym gotowe do skoku komando.

Wtem z jednej z bram wyszedł atletyczny blondyn w okularach. Wzrostem i muskulaturą górował nad większością zgromadzonych. Nosił jasną koszulę i czerwone spodnie, które gryzły w oczy. Na przedramieniu miał przewieszoną żółtą kurtkę.

– Sensei – rozpoznał go Malik i aż zaparło mu dech w piersiach.

Jasne włosy nie pozwalały pomylić tego Kazacha z kim innym. Mężczyzna parł pewnie przed siebie jak taran. Wprost na pięknisia w papugi, który pieczołowicie doglądał tortur. Najdziwniejsze było to, że żaden z napastników nie ruszył się, by go zatrzymać. Jakby ich wszystkich oślepił i ogłuszył. Malik patrzył na tę scenę urzeczony. Zdawało mu się, że to film, który ogląda w zwolnionym tempie. Odgłos kroków. Podniesienie karabinów. Ruch do przodu kilku rezerwowych. I w tym momencie płowowłosy odrzucił ciuch. Pod żółtym czapanem ukrywał karabin z odciętą lufą. Czyżby ten sam, którym bawili się z Sieriożą całe wakacje? – zdążył pomyśleć Malik, zanim blondynem szarpnęło, ale natychmiast zdołał unieruchomić broń. Dopiero potem chłopiec usłyszał odgłos wystrzału. I kolejne salwy: jedna po drugiej. Automat nie był ustawiony na strzelanie seriami. Pierwszy upadł książę w papugi. Potem następni, którzy stali najbliżej szefa. Reszta, gdy tylko ciało herszta osunęło się na zakrwawiony trawnik, rzuciła się do ucieczki.

Zerwał się zgodny turkot odpalanych silników, a z podwórka zaczęły znikać auta. Wkrótce na ulicy zostały tylko trzy czarne żiguli i podziurawiona kulami waniliowa zabawka kazachskiego diuka. Z armii oprawców zaś jedynie grupa niedobitków w dresach. Broni mieli jednak pod dostatkiem. Ukryli się za samochodami oraz w klatkach schodowych. Odpowiadali ogniem.

Płowy dostał kilka razy, ale nie upadł. Raz tylko zgiął się wpół, mimo to ustał jak jakiś terminator. W końcu ukrył się za jednym z aut i ostrzeliwał zza otwartych drzwi. Malik nie zwlekał dłużej. Pacnął Sieriożę w bok, a ponieważ kolega się nie ruszył, szarpnął nim mocniej, żeby sprawdzić, czy żyje. Okulary Sierioży były potrzaskane, a on sam leżał z twarzą odwróconą do dachu, sparaliżowany przez strach. Wokół jego bioder gęstniała kałuża. Widać pogromca ałmysów i wnuk szamanki zsikał się ze strachu, pomyślał z politowaniem Malik. Susem skoczył na dach kolejnego garażu, a potem na następny. Nie myślał już o niczym. Nie obchodził go los kolegi ani pozostawione akcesoria. Za sobą słyszał kolejne wystrzały. Kanonada rozpoczęła się na dobre.

1 maja 2001 roku, Ząbkowice Śląskie, Polska

Zakwitł rzepak i pola wokół Srebrnej Góry wyglądały jak zielony patchwork poprzetykany złotem. Obezwładniająco pachniał pierwszy bez. Na hotelowe balkony wylegli liczni goście. Szkoda było w taki dzień śniadać w pomieszczeniu. Kelnerki bez słowa przynosiły stosy serwetek, które porywisty wiatr nieustannie zwiewał z restauracyjnej werandy. Niebo zaroiło się od paralotniarzy. Mieszczuchy, opatulone szalami i ciepłymi płaszczami, wystawiały twarze do słońca. Na jednym z balkonów jakaś leciwa dama opalała się w rozpiętym futrze i bikini, zaciągając się od niechcenia papierosem w fifce. Choć nie wybiła jeszcze jedenasta, miała pełny makijaż i świeciła brylantami. Jej towarzysz trwał dzielnie obok, skulony pod pledem. Zza rozpostartej gazety widać było tylko wysmagany wichrem nos koloru pomidora. Trudno było go rozpoznać, ale wszyscy wiedzieli, że to Olivier Souille, światowej sławy producent filmowy. Kobieta była Polką i jego żoną. Choć mogli wybrać na odpoczynek jeden z nowoczesnych hoteli z luksusami w każdym zakątku świata, przyjeżdżali w Góry Sowie i od lat zajmowali ten sam apartament ze ścianami ze sklejki i poplamioną wykładziną. Za to z najlepszym widokiem na miniaturową Srebrną Górę porośniętą karłowatymi drzewami. A oni właśnie tutaj się poznali. To z ich pokoju dobiegała teraz trzecia fantazja d-moll na fortepian. Mozart uparcie walczył o pierwszeństwo z hitem disco polo dudniącym z głośników otwartego na podjeździe auta, z którego dachu chwaccy młodzieńcy zdejmowali właśnie rowery, oraz dźwiękami porannego pasma w telewizji. Spomiędzy minorowych dźwięków pianoli i „umpa, umpa” o tańcach w szampanie przebijał aksamitny głos pogodynki, która zapewniała, że tegoroczna majówka zapowiada się nadzwyczaj upalnie.

Drzwi balkonowe w malutkim pokoju 13F w samym rogu na trzecim piętrze były zamknięte na głucho. Tośce Petry nie dane było, tak jak innym gościom, leniwie rozpocząć długi weekend i po raz pierwszy tej wiosny delektować się pełnią słońca. Święto Pracy miała spędzić na swoim stanowisku w klimatyzowanym pomieszczeniu banku. Tej nocy znów spała źle, więc by dodać sobie energii, o piątej udała się na przebieżkę, a potem przez godzinę medytowała. Zanim się wykąpała i wysuszyła włosy, było już kwadrans po siódmej. Nie zdążyła zjeść śniadania. Tak właśnie wygląda jej życie zgodne z jogą, pomyślała ponuro, biegnąc na przystanek autobusowy. Teraz zaś z ołówkiem w ręku siedziała nad stertą papierów i pogryzała znalezione na dnie szuflady sezamki. Delektowała się nimi, choć ich smak mógłby wskazywać, że są tak stare jak ząbkowicki rynek, przy którym ulokowano jej oddział. Do przeanalizowania pozostało jej jeszcze dwadzieścia sześć wniosków kredytowych. Jeśli dobrze pójdzie, skończy wieczorem. Ale czuła się podle. Wciąż nie mogła się uporać z natrętnymi myślami, więc praca szła wolno i Tośka pomyślała, że także nazajutrz część majówki spędzi w tym samym przybytku. Od biurka wstała tylko dwa razy: najpierw, żeby zrobić sobie herbatę, a następnie obmyć twarz lodowatą wodą, bo senność ogarnęła ją, gdy tylko włączyła drukarkę.

Wpatrywała się teraz w łazienkowe lustro pokazujące jej zmęczoną twarz. Ciekawe, czy smugi pod oczyma jeszcze kiedyś znikną, a przedwczesna jak na jej wiek lwia zmarszczka nie zamieni się w brzydką bruzdę i upodobni ją do wiedźmy. Co z nią nie tak? Dlaczego wybiera drogę wyłącznie pod górkę? Czy jej życie zawsze będzie już tylko ciągiem obowiązków? Po co więc żyć, skoro to nie daje radości? I natychmiast gdzieś w głębi serca rodziła się odpowiedź, że na wszystko, co jej się przytrafia, sama sobie zasłużyła. Jeśli nie teraz, to w poprzednim wcieleniu. Na pewno tak było. Bo jak wyjaśnić dojmujące poczucie bezsensu i braku miłości? Wprawdzie tę ostatnią miała w zasięgu ręki, ale odrzuciła. I bardzo tego żałowała, ale wiedziała, że odwrotu już nie ma. Dwa razy do tej samej rzeki wchodzić nie można. To jednak, co Tośka myślała o sobie, a raczej czego w sobie nie doceniała, nie znajdowało odzwierciedlenia w jej wyglądzie i dokonaniach życiowych, gdyż w opinii innych los nie poskąpił jej ani urody, ani tym bardziej szczęścia. Zachwyt postronnych mogły budzić lalkowate rysy twarzy, mimo że sama ich właścicielka całe bogactwo świata oddałaby za choć odrobinę pucołowate policzki z rozkosznymi dołkami i figlarne spojrzenie. Była długokoścista, lecz kształtna tam, gdzie kobieta zaokrąglona być powinna, i jak na standardy polskie wystarczająco wysoka, by móc chodzić po wybiegu. Niestety, nawet w dzieciństwie brakowało jej słodyczy. Ci, których drażniła, zarzucali jej, że się wynosi. A ona jedynie starała się nie stwarzać niepotrzebnych problemów. Miała tylko jedną przyjaciółkę. Starsza o sześć lat Connor była jej przeciwieństwem: odważna, rozbrykana i zawsze żądna przygód. Tośka wolała przebywać ze starszymi od siebie lub dziećmi. Zwykle jednak była sama. Aż pojawił się on. Odmienił w jej życiu wszystko. Nie chciała jednak teraz o tym myśleć. Sprawa była już zamknięta.

Opłukała jeszcze raz twarz i wytarła papierowym ręcznikiem. Smagła cera była teraz ziemista. To wszystko przez brak snu. Osadzone głęboko oczy jak migdały były lekko skośne, w ciepłym kolorze orzecha włoskiego. Zawsze zdradzały czujność i coś w nich wibrowało. Miała brwi grube niczym skrzydła jaskółki, więc nawet jeśli była w dobrym humorze, zdawało się, że patrzy na człowieka wilkiem. Długa kaskada nigdy niefarbowanych czarnych włosów – prostych i gęstych – spływała jej po plecach jak u Indianki. Do tego jedynego daru natury nie miała zastrzeżeń, uznając go za swoją mocną stronę. Ścięła je tylko raz i zanim odrosły, czuła się bardzo źle. I mimo że była ujmująco delikatna, nikt tego nie dostrzegał. W jej wyglądzie było jednocześnie coś egzotycznego i groźnego. Wstydziła się swej kruchości, dlatego odpowiadała jej ta maska osoby drapieżnej. Nie umiała się mizdrzyć czy flirtować. Głos miała mocny, ale mówiła cicho, ledwie słyszalnie, jakby trawił ją nieustanny lęk. Za to nie brakowało jej tego rodzaju chłodu, który momentalnie mroził obserwatora i zmuszał raczej do podziwiania z oddali, niż wyzwalał chęć przytulenia czy pieszczot – tak, lodowatego zimna Tośka miała w nadmiarze. Tylko jeden mężczyzna zdołał skruszyć ten lód, ale chyba nie był jej pisany.

W biurze była jeszcze tylko jej szefowa – Arleta Kobierzycka, zwana pieszczotliwie Kobrą. Tośka lubiła ją z wzajemnością. Kobra przyjęła ją na staż i posadziła przy kasie zaraz po liceum, choć wtedy dziewiętnastolatka nie miała żadnych kwalifikacji. Kobierzycka przyjaźniła się z matką dziewczyny i nie mogła patrzeć, jak Tośka marnuje się za barem w całodobowym klubie U Koniuszego. Mijało już pięć lat, ale dziewczyna nigdy nie zawiodła zaufania kierowniczki. Dostała się na studia, zrobiła licencjat z administracji, a za rok miała bronić magistra. Pracę już praktycznie napisała. Była obowiązkowa, a Kobra potrafiła to docenić. Nie tylko jednak z sympatii awansowała Tośkę i stała za nią murem. Znała jej historię, choć przez te lata rozmawiały tylko raz.

Ząbkowice Śląskie to niewielkie miasteczko na Dolnym Śląsku. Ludzkie sekrety są tutaj powszechnie znane. W taki czy inny sposób informacje przechodzą z ust do ust szybciej, niż zarazki mnożą się na zanieczyszczonej ranie. Kiedy rok temu w wyniku intryg władze miejskie domagały się zwolnienia Tośki, Kobra położyła na szali swoją głowę. Na plotki i oszczerstwa machnęła ręką. Najpierw, niczym surowy śledczy, przesłuchała swoją protegowaną, a potem wynajęła prawnika i uratowała z opresji je obie. Wtedy jednak, po tej rozmowie, Kobierzycka wymusiła na Tośce pełną lojalność. To dlatego dwudziestoczterolatka była gotowa siedzieć dla niej w biurze w święta, choćby i po nocach. Ale Kobra była czujna i miała doskonałą intuicję. Wężowe pseudo przylgnęło do niej nie bez powodu. Dopiero kiedy wyszła ze szklanego akwarium z napisem „Tchórz umiera tysiąc razy. Odważny tylko raz” i ruszyła do wyjścia służbowego, do uszu Tośki dobiegło pukanie.

Pochyliła się niżej nad stertą wniosków kredytowych. Powinny zostać wysłane do centrali już kilka dni temu.

– Jest Petry?

Zachrypnięty głos Romana Grajka niósł się echem po pustym wnętrzu. Mężczyzna dyszał ciężko jak zagoniony pies. A potem zabrzmiała skoczna melodyjka, która umilkła tak samo nagle, jak się rozległa.

Romana zazwyczaj rozpierała energia. Żartował, kiedy miał powód, a kiedy nie miał, sam go sobie znajdował. Tym razem w uszach Tosi dźwięczała niepokojąca cisza. Odłożyła pióro i nasłuchiwała chichotów Kobry, którą Roman zawsze podrywał, podobnie zresztą jak wszystkie kobiety – niezależnie od wieku i urody – napotkane po drodze, czym zasłużył sobie na przydomek Romeo. Tak też mówiono o nim w mieście, rzadko używając nazwiska, mimo że był najbogatszym człowiekiem w regionie i jako lokalnemu krezusowi należał mu się respekt. Kilka hoteli, bazar, sieć sklepów spożywczych w pobliskich wsiach i nowoczesne centrum spa – należały do jego rodziny. Żona, Monia, prowadziła salon piękności, dokładnie pod takim szyldem. Zięć – komis samochodowy, ale plotkowano, że chce zostać dilerem Forda we Wrocławiu. Romeo był ważnym klientem banku od początku jego istnienia. Często wpadał z wizytą, niosąc pod pachą kosz czekoladek czy dobre wino dla Kobry. Tośka przed chwilą skończyła analizę jego wniosku i przełożyła na kupkę „do realizacji”. Wiedziała, jak Romanowi na nim zależało. Chciał za te pieniądze uczynić z hotelu w Srebrnej Górze perełkę regionu. Dziś, zamiast upominków, miał w rękach plik urzędowo opieczętowanych papierów i nowiutką komórkę, którą co chwila wyłączał.

– Martwi się pan o swój kredyt? – zaczęła Kobra. – Po majówce prześlemy go do centrali.

– A gdzie tam, pani Arletko – zamruczał basem Romeo. – Wiem, że w pani rękach sprawa jest bezpieczna. Poza tym mam przecież zdolność. Idzie o czas.

Urwał.

– Mogę? – Głos mu zadrżał. – Wolałbym nie mówić w drzwiach.

Tośkę tknęło. Nagle zrobiło jej się zimno. Odsunęła papiery, włożyła przepisowy żakiet i nasłuchiwała bacznie.

– Wszystko w porządku? – dopytywała się Kobra.

– Nie, nic. To znaczy normalnie – zapewnił pośpiesznie Romeo.

Tośka już wiedziała, że kłamie.

– Tylko z młodą chciałbym. Jest, prawda? Prywatna sprawa. W hotelu ich pokój zamknięty, w domu też u niej byłem. Matka powiedziała, że wezwała ją pani do pracy. Dowala jej pani tej roboty, nawet w święta.

Tośka nie wytrzymała. Wbiegła do śluzy, gdzie odbywała się rozmowa. Kobra zmierzyła ją służbowym spojrzeniem. Była w nim dezaprobata.

– Zostało około dwudziestu. – Dziewczyna dygnęła. – Tylko na chwilę wyjdę.

– Rozmawiajcie sobie spokojnie. – Szefowa położyła jej dłoń na ramieniu. – Gdybym była do czegoś potrzebna, będę w pobliżu. Sprawdzę, co to za zgromadzenie przed ratuszem. I złapię dymka.

– Ta, pewnie. Dla zdrowotności.

Romeo udał wesołego i mimo swojej potężnej sylwety gibko wkroczył do środka.

– Co nie odbierasz?

Tośka spojrzała na biurko. Słuchawka leżała odłożona. Zupełnie o niej zapomniała.

– Muszę to dziś skończyć. Są zaległości, a po majówce na kontrolę przyjeżdża Warszawa. Twój jest tam – pokazała. – Pozytywny.

Oboje byli zmieszani. Teraz Tośka mogła mu się przyjrzeć lepiej. Twarz miał upstrzoną czerwonymi plamkami. Błękitna koszula była mokra od potu na piersi i pod pachami. Na nogi biznesmen założył gumowe klapki, choć słynął z eleganckiego ubioru i nawet w upały nie nosił krótkich spodenek, tylko lniane, długie, typu safari. Do nich mokasyny albo markowe pepegi. Na głowie miał zawsze nieodłączną panamę. Dziś wyglądał, jakby nocował na działce i z pewnością się nie czesał. A owłosienia Bozia mu nie poskąpiła. Siwa czupryna wyglądała, jakby jakiś ptak dopiero co wił sobie na jego głowie gniazdo. Po kapeluszu nie było nawet śladu. Monia nie wypuściłaby go w takim stanie z domu. Tośka zrozumiała w jednej chwili, że to zwiastuje bardzo złe wieści.

– Co z nim?

– A nie wiem – wysapał Romeo. – Żarty sobie ze mnie stroicie? Tyle lat, zabiegów, pieniędzy na środki bezpieczeństwa! A wy to wszystko, ot tak, jednym ruchem, do kosza! To ja się ciebie pytam, dziewczyno, co jest, kurwa, grane?

Tośka wpatrywała się w biznesmena, jakby mówił do niej po chińsku. Zanim zdołała coś sensownego wydusić, Romeo zalał ją potokiem narzekań.

– Cały hotel ludzi. Jest komplet plus. Nawet te zapyziałe numery w suterenie się sprzedały. Francuz wydaje jutro bankiet. Niby z okazji remontu placówki po sezonie, choć wiem, że to dla żony. Ann-Marie przecież w majówkę skoczyła. Nie bez powodu przyjeżdżają zawsze w tym terminie. Celebryci, dziennikarze się zapowiedzieli. Władze miasta, politykierzy. Nieważne, ludzi jest w chuj. Co gorsza, wokół pełno mundurowych! Jagoda zarzeka się, że też nic nie wiedziała. Losują ludzi do przesłuchania i straszą mi klientów. Nakazem grożą! Jeszcze brakuje, żeby mi pokoje zapieczętowali. Trzeba było mnie uprzedzić! A może wcale nie zamierzaliście mi mówić? Może miałem się dowiedzieć z radia? – zakończył litanię i dopiero wtedy odetchnął.

– Roman, ale co się stało?

– Kto ja jestem? Jakiś patałach? Żebym ja się dowiadywał ostatni? – Znów się pieklił i trząsł dokumentami. – Niewdzięcznicy! Biegam jak dureń od urzędu do urzędu, załatwiam wizy: dla ciebie, dla mnie, dla Ruczajewa i Anastazji. Tak jak się umawialiśmy miesiąc temu! Płacę łapówki, smaruję, smaruję, wywiaduję się, smaruję, a wy mnie nawet nie uprzedzacie! Od tego smarowania jestem goły jak święty turecki! I wkurwiony. Nie znoszę tracić forsy! Każdą złotówkę oglądam dwa razy. A przecież nie jestem sknera. Ostatnią koszulę bym wam oddał. Przyjaźnimy się, tak? Czy może już nie? Oszukaliście mnie. Tyle ci powiem. Mam żal.

– Nie mów tak! – Tośka podeszła i chwyciła biznesmena za ramiona. – Jesteś dla mnie jak ojciec. Jak mogłabym cię oszukać!

Nie mogła pozwolić, by znów się rozszalał. Poczuła, że cały jest spocony i drży. Jakby w ciągu ostatniej godziny przebiegł półmaraton albo wyszedł z siłowni. I nie pachniał bottegą venetą, jak zwykle. Było źle.

– Ty nic nie wiesz? – Pojął wreszcie.

Rozejrzał się po pomieszczeniu, szukając świadków, choć poza nimi w budynku nie było przecież nikogo.

– Wzięli go do Wrocławia – zniżył głos. – Nie zdążyłem nic zrobić.

Świat w tej jednej chwili runął Tośce na głowę. Czarne motyle zafurkotały przed oczyma. Zgasło światło. A przecież był środek dnia, pełne słońce. Liczyła w myślach do dziesięciu i oddychała. Chciała powiedzieć, że w końcu musiało się to stać. Tego się bała od zawsze i na to czekała. Właściwie od pierwszej nocy, kiedy zostali kochankami. Każde pukanie do drzwi mogło być tym ostatnim. W głowie przewinął jej się przyśpieszony film ich związku. Były tam piękne chwile, magiczne, ale głównie strach i niepewność. Pukań w tym serialu było najwięcej. Poczuła, że oczy ją pieką, ale łzy nie popłynęły. Na zewnątrz nie było widać żadnych emocji. Nowiny nie skomentowała. Klapnęła tylko głucho na krzesło, bo nogi naprawdę się pod nią ugięły, a nie chciała zemdleć jak jakaś mimoza.

– Radia nie macie w tym banku? Całe miasto huczy od plotek.

– Kiedy?

– Dziś rano.

Myśli w głowie Tośki galopowały. Kiedy wychodziła pobiegać, jego już nie było. Gdy wróciła, dom nadal był pusty. Skupiona na sobie i swojej małej rozpaczy nie pomyślała o prawdziwym zagrożeniu. Czuła się jak idiotka. To musiało być wobec tego przed piątą. Jak? Gdzie go zatrzymali? Nic nie rozumiała.

– Nasi czy tamci?

– Nasi. – Roman wyraźnie złagodniał. Pokrzepiła go myśl, że nie tylko on został pominięty w dystrybucji danych. – Media robią z niego mordercę z kałachem. I zbója, który okłamał wszystkich. Ludzie się nastroszyli. Wygląda na to, że będzie z tego spory dym.

Tośka starała się odzyskać spokój. Raz, dwa, trzy, cztery – wdech, pięć, sześć, siedem, osiem – wydech. Czuła, że po plecach spływa jej struga potu, ale zaskoczyło ją, że doznawała ulgi. Tak jakby ktoś zdjął jej z barków ciężar, którego nie była w stanie już dźwigać. Koniec niewiadomych. Jasność sytuacji. Choć wiedziała, że dla jej kochanka aresztowanie to pewny wyrok.

– Dobrze, że żyje. – Instynktownie podniosła dłoń, by zrobić znak krzyża.

W ostatniej chwili się powstrzymała. Ale odruch zaskoczył ją i zastanowił. W kościele nie była od lat. Wzniosła oczy i podziękowała Opatrzności, że nie stało się najgorsze.

– Żyje, żyje – westchnął już przyjaźniej Romeo. – Tylko jest pod kluczem. A jaką promocję regionu nam zapewnił. Chyba wszystkie telewizory się zjechały. Do mnie dzwoniły już trzy ekipy. Nie licząc mojej własnej kablówki. Chociaż w niej mogę wprowadzić cenzurę. Na szczęście nie ma ani jednego miejsca w hotelach. Koczują po domach. Tak w każdym razie słyszałem. A skąd wzięli mój numer? – Potrząsnął komórką. – Przecież jest nowy. Sam go jeszcze nie pamiętam. Posłałem ich na razie do wszystkich diabłów. Ale adwokat mówi, że nie wiadomo, czy nam się nie przysłużą.

– Dziennikarze?

Romeo machnął ręką lekceważąco. Wypatrzył miniwieżę, która stała w kąciku kawowym, i poczłapał w tamtym kierunku. Przekręcił gałkę. Rozległy się trzaski, podano pełną godzinę, a potem wybrzmiał dżingiel zapowiadający wiadomości.

„Ciąg dalszy doniesień z ostatniej chwili. Niebezpieczny masowy morderca z Kazachstanu Kerej Kunanbajew, poszukiwany czerwonym listem gończym przez Interpol, został dziś rano aresztowany w Ząbkowicach Śląskich. Przestępca jest podejrzewany o to, że w Uralsku, w zachodnim Kazachstanie, będąc mózgiem lokalnego gangu, zastrzelił siedem osób i jedenaście ciężko ranił z karabinu typu Kałasznikow. Przestępca, używając fałszywych dokumentów tożsamości, przekroczył nielegalnie granice i ukrywał się w miasteczku na Dolnym Śląsku przez ponad pięć lat. Prokuratura Generalna Kazachstanu już się zwróciła do polskich władz o wydanie zatrzymanego. Ciąży na nim oskarżenie o siedmiokrotne zabójstwo, jedenastokrotne usiłowanie zabójstwa, nielegalne posiadanie broni, fałszowanie dokumentów, posługiwanie się fałszywymi dokumentami, nielegalne przekraczanie granic kilku państw i inne. Mieszkańcy Ząbkowic są zszokowani. Znali przestępcę jako Igora Gorcewa – trenera jogi i uzdrowiciela. Zapewniają, że wielu ludziom pomógł. Na rynku zbiera się tłum manifestujących, którzy nie wierzą w winę miejscowego znachora. Będziemy na bieżąco informować o przebiegu wydarzeń”.

Następnie podano prognozę pogody i informacje o imprezach kulturalnych w okolicy. Wybrzmiały dźwięki Dislove Frankenstein Children. Ten kawałek Tośka lubiła najbardziej z całej płyty. Słuchali go w kółko, kiedy jedyny raz pojechali na urlop, bo Tosi zamarzyło się pokazać ukochanemu ze stepu polskie morze. Był to jeden z jej najgorszych pomysłów. Kerej nie wychodził z pokoju przez cały tydzień. Wszędzie widział czających się na niego kilerów. Piosenka jeszcze się nie skończyła, ale Tośka podeszła do radia i ściszyła głos. Przepełniały ją tkliwość i smutek, że w takiej chwili jej z nim nie ma. Że nie wytrzymała, stchórzyła. On orzekł, że niewystarczająco kochała – skoro uciekła z ringu przed najważniejszą rundą. Ale bała się o tym powiedzieć Romeowi. Wstydziła się.

– Kto go wydał?

– Ja nie. – Biznesmen wzruszył ramionami. I zaraz dorzucił: – Jagoda też odpada, bo siedzi u siebie i zalewa się łzami, jakby ktoś umarł. Kto nam zostaje? Ty?

Tośka odpowiedziała pogardliwym spojrzeniem.

– Żartowałem – błyskawicznie się wycofał.

– Nie – odparła twardo. – Sprawdzałeś mnie.

Zrozumiał chyba, że przeholował, bo natychmiast zmienił front.

– A kto to może wiedzieć? Skoro nie my, to tylko Ruczajew zna prawdę, ale są teraz z Anastazją na Ukrainie. Kobrze coś mówiłaś? Matce? Bratu?

– Nikt nic nie wiedział. Kłamałam im przez pięć lat.

– To może po prostu jeden z dwudziestu tysięcy życzliwych mieszkańców tego miasta? – diagnozował sytuację Romeo. – Wszyscy przecież znali kogoś, kto znał kogoś, kto chodził do doktora Igora na jogę lub po zioła. Mówiłem, że to się źle skończy. Ale nie, uparliście się. Trzeba pomagać. Masz swoje pomaganie.

Tośka miała na ten temat własną opinię: tajemnice zawsze wychodzą na jaw i to w najmniej oczekiwanym momencie. Taka już ich natura. Ale oczywiście zmilczała.

– Ponoć faks z listem gończym przyszedł ponad tydzień temu. – Roman wreszcie odezwał się konkretnie. – Interpol go namierzył. Kazachowie mieli tutaj swoich szpicli. Kiedy? Kto? Nie wiem. Tyle udało mi się wydobyć od burmistrza, a jemu od komendanta.

Tośka zamarła. Zapamięta wizytę tych trzech panów do końca życia. Mogłaby z detalami podać ich rysopisy. Ich znamiona na twarzy. Identyczne, śniły się jej czasem po nocach. To wtedy właśnie zaczęli się z Kerejem kłócić i ona się poddała. Romana akurat nie było w mieście, a Tośka nie wiedziała do dziś, dlaczego Kerej ukrył ten incydent przed przyjacielem. Biznesmen nie dostrzegł jednak zmiany w jej twarzy. Ciągnął dziarsko:

– Ale nasz sprytny Julek do faksu nawet nie zajrzał i tylko przyczepił go na komendzie do tablicy ogłoszeń. Przez siedem dni wszyscy mijali kwity i nikt nic. Takie w każdym razie mam przecieki.

Tośka podniosła głowę.

– Żartujesz?

– Choć raz w życiu staram się być poważny – nadął się Romeo. – Sioło nie zrobił tego dla ciebie. Miał imprezę z okazji awansu, a potem leciał ze swoją panną na urlop do Tel Awiwu. Ma sprawę o zaniedbanie. Może być zawieszony.

– Nie szkoda mi go.

– Ja też po nim płakać nie będę, ale pół miasta ma z niego ubaw. Trzeba więc uważać, bo na razie jest na służbie i, co gorsza, wściekły chodzi jak giez po koksie. Ponoć złożył raport in blanco o zwolnienie, jakby coś poszło nie tak. W jego interesie jest, by sprawa była krajowa. Albo i międzynarodowa. Coś czuję, że taka będzie. Triumfalne wydalenie zabójcy z Kazachstanu uratuje dupę Julcia, a może nawet umai pagony nowym kwiatuszkiem. Tyle.

– Więc jednak karma wraca – wyszeptała Tośka. – Świat dąży do równowagi. To wszystko prawda.

– Co ty tam mruczysz? – Roman zmarszczył czoło. – Ale dowiem się kto. To ci obiecuję. Znajdę zdrajcę.

To już nie ma znaczenia, pomyślała Tośka i uśmiechnęła się smutno, a potem pocałowała biznesmena w czoło. Nie musiał tego robić – nie musiał angażować się w ratowanie obcego dla siebie człowieka. Był prawdziwym sojusznikiem. Wiernym i niezawodnym. Nie to co ona. Gryzło ją sumienie.

– Wydalą go?

Romeo potrząsnął dokumentami.

– Nie tak szybko! Co się stało, nie odstanie. Nie wlejesz skwaśniałego mleka z powrotem do wymion czy jakoś tak. Zbieraj się, dziecino – zarządził. – Kwadrans temu powinniśmy być w Świdnicy. Lemir już czeka. Ściągnąłem go z leżaka. Jakiegoś mecenasa z Warszawy od praw człowieka załatwi. Wprawdzie to jego rodzina, ale będzie nas to podwójnie kosztowało.

Tośka podniosła brew. Odgarnęła włosy.

– Ja nie jadę.

– Myślisz, że masz wybór? – zdenerwował się Roman. – Jak na razie ja płacę.

Dziewczyna nie odpowiedziała. Usiadła przy biurku, obudziła komputer. Romeo patrzył na nią jak na niezrównoważoną.

– Kasą się nie martw – zaczął łagodniej. – Twój chłop życie mi uratował. Dwadzieścia dwa kilo dzięki niemu zrzuciłem. Inni pacjenci też są mu co nieco winni. Od nikogo nie wziął grosza. Nawet za te warsztaty, dzięki którym burmistrza mamy wciąż tego samego. Connor obiecała, że na bieżąco będzie szpiegować w komendzie. Kobra też wyszła tak ochoczo, bo jest na oriencie. Pewnie twoja matka jest lepiej poinformowana od ciebie. Nie łam się, Tosia. Przyszedł czas odpłaty. Porachujemy się, jak wydrzemy maleństwo z pazurów władzy. Nie takie rzeczy robiło się ze szwagrem. Mam plan.

– Roman, ja nie jadę – powtórzyła Tośka. – To już nie moja sprawa.

– A czyja? – Roman powoli zmieniał się w drapieżnika. – Moja?

– On by tego nie chciał.

– Nie, kurwa, chce wrócić do domu, żeby go zastrzelili.

Tośka nabrała powietrza, jakby miała mu wyznać wielką tajemnicę.

– Rozstaliśmy się. Po gigantycznej kłótni. Czekałam tylko na brata, żeby pomógł mi przewieźć rzeczy z hotelu.

Roman wybuchnął gwałtownym, oczyszczającym śmiechem.

– Ty durna! Wiesz, ile razy kłóciłem się z Monią? Ile walizek zebrałem z podjazdu? Nocy przespanych w biurze nie zliczę. Kobieto, cztery razy wycofywałem od adwokata pisma rozwodowe. Jakie to koszta! I jeszcze potem prezenty na zgodę, a ona lubi brylanty, więc poniżej dwóch karatów zejść już z naszym stażem się nie godzi. Do tego obowiązkowy urlop. Nienawidzę odpoczywać! Biznes mi wtedy stygnie. A robię to dla mojego Kaczątka. Przywitaj się z urokami małżeństwa, mała.

– Ja z Kerejem nie jesteśmy po ślubie.

– Co papier znaczy? – żachnął się Romeo. – Jak kochasz, to rozwiązujesz problemy, a nie od nich uciekasz. Halo, mała, tchórzysz?

Tosia zacisnęła usta i wbiła wzrok w ekran komputera, jakby spodziewała się znaleźć tam rozwiązanie. Za wszelką cenę unikała spojrzenia Romea, który wciąż uważał, że dziewczyna po prostu jest w szoku. Zgłupiała tylko chwilowo. Wreszcie zaczął ostrzej. Taki był w interesach. Znikła jowialna otoczka, rozkoszne żarciki i wsparcie.

– A może ty chcesz powiedzieć coś innego? To zwierz się. Będzie ci lżej na duszy. W sumie to ciekawy zbieg okoliczności, że zgarniają go zaraz po waszej kłótni.

Tośka spojrzała na przedsiębiorcę rozzłoszczona.

– To nie jest zabawne.

– A kto mówi, że ma być?

– Nie mam z tym nic wspólnego. Wiesz, że nigdy bym tego nie zrobiła.

– Ktoś zrobił.

Tego dla Tośki było już za wiele.

– Ale jeśli tak bardzo chcesz wiedzieć, to tak, czekałam na to całe pięć lat – prawie krzyknęła. – To naprawdę dużo dla kogoś, kto ma lat dwadzieścia cztery i właściwie całe dorosłe życie był zmuszony kłamać. Dlatego się rozstaliśmy. Miałam dość życia w strachu, nędzy, ukrywania się i jego alternatywnego życiorysu. Dostawałam świra, wszystko mi się mieszało. To mnie niszczyło. Już nie pamiętam, dlaczego się w nim zakochałam.

– A co miłość ma tutaj do rzeczy?

– Niby z jakiej przyczyny miałabym być z kimś takim jak on? Co o nim wiem? Tyle, że zabił. Naprawdę do nich strzelał. Myślałam, że czterech, a tak naprawdę to siedmiu. Plus ranił tych jedenastu, którzy przeżyli. Bo kłamał też o tym. Miałam po dziurki w nosie fałszu i tej parszywej obsesji, że zaraz po niego przyjdą. Tak się nie da żyć! Ty tylko z nim piłeś, jeździłeś w delegacje, żartowałeś. Ja byłam z nim cały czas. Dzień i noc, dwadzieścia cztery godziny, pięć lat. Nic nie wiesz. Jak się bał, świrował. Nie mógł spać, w kółko szukał wrogów. Wszystkie nasze pieniądze wysyłał tamtej kobiecie. Na tamto dziecko. Ja na nią zarabiałam. Mnie mówił, że rodzinie, ale przecież tępa nie jestem. Czułam, wiedziałam… Jak znalazłam kwity rozwodowe, próbował się wypierać. – Urwała. – Nie mamy nic, Roman. Ani grosza na czarną godzinę, która właśnie przyszła. Tylko kredyt i moją pensję. Leczył ludzi, pewnie, ale za dobre słowo. Bo honor mu, kurwa, forsy od nich brać nie pozwalał. Gdyby nie twoje dobre serce, nie mielibyśmy gdzie mieszkać, bo mamy tylko długi. I walizkę szmat, którą przyniosłam z domu. Starych łachów i zdartych butów.

– Jesteś małostkowa. – Roman machnął ręką. – Wychodziłaś do pracy, on ciężko harował. Rzeczy nie mają znaczenia. Nie przesadzaj! Byliście szczęśliwi. To było widać.

– Mam dosyć noży powkładanych wszędzie, nawet pod poduszkę. – Tośka nie dała sobie przerwać. – Tych ludzi ze szramą, którzy mogli czaić się za winklem. Oni naprawdę chcieli go zabić. Widziałam tych szpicli. To byli bracia tamtych zabitych. Przyjechali się zemścić. Jak to się stało, że skończyło się na rozbitym nosie? Czy twoja Monia miała kiedyś potłuczoną twarz? Paznokcia nie pozwolisz jej złamać. Dlaczego zawrócili? Nie wiem. Ty o tym słyszałeś? Zająknął ci się? Bo nic o tym nie wiem. Kerej nigdy mi nic nie mówił. Dlaczego? Żeby mnie chronić. Pewnie, czułam się zajebiście chroniona. I dlatego powinnam dwa razy w tygodniu chodzić na strzelnicę, choć tego nienawidzę, bo jakby przyszło co do czego, to muszę umieć się bronić. Wiesz, że kupił mi pistolet? Jest w którymś kartonie. U ciebie w pokoju. W razie rewizji znajdą go. Mam też paralizator i gaz. Wiedziałeś? Kastet, kubotan. Linka do duszenia. – Zaczęła wyszarpywać zawartość torebki. – Noszę to wszystko ze sobą. W opakowaniu po strunach do pianina. W razie czego, wiesz… Każda dziewczyna po prostu marzy o takich przygodach! Mam dość, Roman. To dobre na filmie, ale tak się nie da żyć. Bo ja nie jestem taką dziewczyną. Chcę żyć spokojnie, mieć rodzinę. A nigdy nie będę mieć dziecka, bo przecież może się zdarzyć, że któregoś dnia przyjdą i mi je zabiją. Ta zemsta obowiązuje do któregoś tam pokolenia. W kółko to słyszałam. Dlatego wcale nie jestem zdziwiona. Cieszę się, wiesz? Przepełnia mnie kurewska radość. Musiało do tego dojść. I wiesz co, masz całkowicie rację: jak coś się zrobiło, to trzeba wziąć za to odpowiedzialność. A nie od niej uciekać. Możesz mu powiedzieć, że odeszłam, bo mam dość jego tchórzostwa. Zaczęłam nim gardzić.

Zamilkła, przerażona tym, co powiedziała. Ale pierwszy raz od dawna czuła się wolna. Jakby wypluła truciznę i wreszcie mogła spokojnie zasnąć, zrobić sobie przerwę, odpocząć.

Roman po stoicku przetrzymał jej oratorski popis.

– Wybornie – rzekł. – Patrz, jak ci los sprzyja. Marzenie się spełniło. Złapali go. Sprawa wyszła na jaw.

– Nienawidzę cię. Nie to próbuję ci powiedzieć.

– Ile razy ja to słyszałem – wycharczał Romeo. – A potem kocham, kocham i jak dobrze, że jesteś. Ech, baby.

Podszedł do Tośki i ujął jej drobną twarz w dłonie. Zbliżył oczy do jej oczu. Ścisnął jak w kleszczach.

– Kochasz go jeszcze czy nie, to nie ma znaczenia. Rozumiesz? Jesteś mu to winna. Tak po ludzku. Jak my wszyscy. Nie musisz z nim być. Nie musisz go szanować. Ani nawet przepraszać. Co powiedziane, zostanie, ale to przeszłość. A teraz pomóż mu, na ile zdołasz, bo on cię potrzebuje. Nas wszystkich. A to, o czym mówisz, on robił dla ciebie. Każdy porządny facet tak by postępował. Starał się cię chronić, bo jesteś dla niego wszystkim. I to przez ciebie go namierzyli, bo inaczej byłby ostrożny. Nie afiszował się. Ktoś z naszych go wydał. Jeśli go wydalą, będzie to twoja wina. Więc zbieraj w troki ten chudy tyłek i ruszamy do boju.

Po czym wyszedł uprzedzić Kobrę, że resztę wniosków będzie musiała sprawdzić sama.

PO PIERWSZE PODCHODZIĆ DO RZECZY ZGODNIEI NIE SPRZECIWIAĆ SIĘ

16 grudnia 1991 roku, Uralsk, Kazachstan

Sto trzydzieści siedem twarzy zwróciło się w stronę mistrza Kodara Kunanbajewa, który siedział tuż przy drabinkach, skrzyżowawszy nogi.

Po jego prawicy, na odległość dwóch ramion dorosłego wojownika, zajął miejsce syn – Kerej-ak. Przydomek „ak” nadano mu ze względu na niezwykły kolor włosów pozbawionych pigmentu. Legenda wojowników Bayuły głosiła, że raz na sto lat narodzi się wybraniec – dziecko z płową czupryną – które odmieni los narodu. Takiemu babisze szczęście będzie dopisywało całe życie. Członkowie plemienia Tana, do którego należeli Kunanbajewowie, jeszcze takiego daru od losu nie notowali w rodzinnych kiujach. Kerej był pierwszym i jak dotąd jedynym blondynem znanym w Uralsku i w promieniu tysięcy kilometrów wśród kazachskich plemion. Wprawdzie z czasem włosy mu ściemniały, nie były już białe, jak wtedy gdy był chłopcem, ale wciąż odróżniał się od pobratymców, którzy mieli owłosienie kruczoczarne i twarde jak końska sierść. Dlatego też, choć nie najstarszy, Kerej był przez ojca wychowywany na następcę przywódcy rodu. Taki obowiązek w dzieciństwie to raczej przekleństwo niż dar. Kerej-ak zaczął pracować już w trzynastym roku życia. Walczył, odkąd zaczął chodzić.

Po lewicy mistrza ulokowano matę najmłodszego uczestnika zajęć. Jura Pingot, pięcioletni syn dyrektora tutejszej kolei – choć z pochodzenia Polak – miał wielki talent do walki. Mówiono, że to z powodu tatarskich korzeni rodu Pingotów. Tradycja nakazywała Kazachom znać swój rodowód do dziewiątego pokolenia. Mieszkańcy tego kraju, choć innej narodowości, by zyskać szacunek tutejszych, również stosowali się do tej zasady. Tak też uczynił Kazimierz Pingot, znany w Uralsku pod imieniem Siergo. Wcześniej, na Syberii, Pingot był Siergiejem Pingotowem. W Polsce – Piekarzewskim, ale tego nazwiska nikt by tutaj nie wymówił, zresztą Siergo miał pamięć doskonałą, lecz krótką, i pamiętał tylko te fakty z życia, które mogły mu się do czegoś przydać.

Ten zesłany na Syberię kolejarz, prawdziwy pasjonat lokomotyw – dziś kolekcjoner, bo miał czternaście maszyn na własność i potrafił samodzielnie je naprawiać oraz mówić o nich godzinami – dorobił się na sprzedaży walut w Irkucku, a potem na łapownictwie, pośrednictwie w handlu złotem i załatwianiu rzeczy niezałatwialnych. Słowem, miał szeroką sieć przydatnych kontaktów. W tamtym czasie było to ważniejsze niż jakiekolwiek papiery, a już z pewnością ruble. Za młodu dobrze się czuł wśród typów spod ciemnej gwiazdy i mówiono, że musiał uciekać z Rosji, bo zadarł z miejscowymi włodarzami, a za komunizmu oznaczało to skrócenie o głowę. Ukrył się więc najpierw w Ułan Ude, a potem w Uralsku, który po ogłoszeniu niepodległości stał się Orałem, na samym skraju Azji, i tutaj doszedł do wysokiego stanowiska, kolaborując z Sowietami. Pewnie dlatego, że tak wiele im zawdzięczał, tak bardzo ich nienawidził. Najpierw, by przetrwać, a potem żyć godnie i wygodnie, wsparł kazachskich nacjonalistów, a trzeba przyznać, że ukochał kazachską kulturę i naprawdę szanował etos oraz za wszelką cenę starał się wkupić w ich łaski. Nie było tajemnicą, że marzy mu się kariera szarej eminencji, ale do tego potrzebował solidnego kandydata na deputowanego do parlamentu. Z autorytetem i linią rodu nieskalaną kolaboracją z Ruskimi. Tylko takiego poprą najstarsze rody, bo po przewrocie Rosjanie uciekali jak niepyszni, a ich stanowiska obsadzano Kazachami ze starych rodów. Bywało, że dotychczasowi włodarze sprzedawali wszystko w jedną noc, a resztę majątku zostawiali i wyjeżdżali w głąb Sojuza, byle na kraniec Azji.

Siergo nie bardzo miał dokąd wracać. W Rosji, z wiadomych przyczyn, grunt palił mu się pod nogami, a ojczyzny prawie nie pamiętał. Jego tatarskie korzenie kończyły się na pradziadkach i w wieku pięćdziesięciu trzech lat Kazimierz-Siergo musiałby zaczynać od zera gdzieś w Sokółce na polskim Podlasiu. Nawet nie wiedział, gdzie to jest. Drzewo genealogiczne zamówił więc u specjalisty. Trochę je podrasował, korzystając z tatarskiej krwi, ile się da, by skutecznie przeistoczyć się w przyjaciela rodu Tana. Zatem nie bez powodu zagorzale wspierał rodzinę Kunanbajewów i starał się być dla nich prawdziwym oparciem. A jeśli Siergo postanawiał zawrzeć sojusz, słowa dotrzymywał. Byleby widział lukratywne perspektywy.

Kodar, mistrz sambo, żyjąca chwała rodu Bayuły oraz autorytet moralny wszystkich młodych wojowników w Kazachstanie, który z powodu działalności opozycyjnej wobec Rosjan stracił swego czasu niemal wszystko – pracę, dobre imię, bo szykanowano go procesami i nasyłano poborców podatkowych, wreszcie był otwarcie napadany, choć zaniechano tego po czwartym incydencie, kiedy to sam jeden pokonał siedmiu przeciwników niczym legendarny samuraj Mishima – w zmieniającej się rzeczywistości politycznej miał wartość nieoszlifowanego diamentu. To taki kazachski Wałęsa, o którym Siergo czytał ostatnio w prasie i dobrze wiedział, że Kodar może być odkrytym przez niego politykiem tej miary. Może nawet dokonać rewolucji w całym kraju, ale zaczynać trzeba od czegoś małego, najpierw zdobyć przyczółek, a potem stopniowo rozszerzać wpływy, podsycając apetyt. Z tym Siergo nie miał problemu. Wiedział, czego Kazachowie dziś chcą i czego im brakuje. Taka wiedza zazwyczaj wystarcza, by dokonać zamachu stanu. Pingot, rzecz jasna, o przewrocie nie myślał. Nareszcie chciał zaznać spokoju, a bieg historii mu sprzyjał. Po dwóch latach nauk pobieranych przez jego syna u Kodara Siergo wiedział, że mistrz nie bez przyczyny tak malca wyróżnił. Kunanbajew również był zainteresowany tym, aby mający wpływy na kolei dyrektor stał za nim niczym skała. Dostęp do transportu kolejowego i magazynów chcieli mieć wszyscy: gangsterzy, biznesmeni i lokalni politycy. Jak na razie więc cele Sierga i Kodara były zbieżne. Reszta zaś miała się ukształtować – na to obydwaj liczyli.

– Zamknijcie oczy, rozluźnijcie się. Zakończymy nasze spotkanie medytacją dziękczynno-oczyszczającą – zaczął trener.

Nie mówił głośno, ale głos miał wibrujący, ton zdecydowany. Wiosną skończył pięćdziesiąt jeden lat. Jednak wciąż bez trudu, zaledwie w kilku ruchach, potrafił powalić na matę dobrze wyszkolonego przeciwnika. Nikt z zebranych w tej sali nie śmiałby mu się sprzeciwić. Panowała więc idealna cisza. Na kończące się właśnie zajęcia, mimo dnia wolnego od pracy i szkoły, przyszła rekordowa liczba zapaśników. Siedzieli teraz spoceni i głęboko odprężeni po dwóch godzinach walki na macie. Odkąd przed dwoma laty Kodar przy tutejszej szkole utworzył sekcję walki wręcz, uczestników przybywało z każdym dniem. Potem pałeczkę po ojcu przejął syn. Kerej-ak podszedł do sprawy nowatorsko. Miał dryg do biznesu. Założył fundację, płacił za salę, a od uczestników nigdy nie wziął nawet rubla. Z czasem trzeba było wprowadzić zapisy, bo chętni nie mogli się pomieścić. Przez te lata Kodar wyszkolił setki uczniów.

Ten dzień miał szczególny charakter. Sala była pełna dzieci, młodzieży, dorosłych oraz krzepkich starców. Ćwiczyli zdrowi i niepełnosprawni. Kazachowie, Rosjanie, Uzbecy, Ormianie oraz przedstawiciele wszystkich innych nacji żyjących na tym terenie. Nie hołubiono nikogo. Nie miały znaczenia status materialny, narodowość ani wiek. Wszyscy byli równi. Liczyły się godność, honor i szacunek dla innych. Kodar mawiał, że w każdym drzemie wojownik. I dowodził tego nieustannie. Jego uczniowie, zwani Złotymi Chłopcami Azji, z dumą wypowiadali się o trenerze. Początkowo Kodar zamierzał szkolić dzieci głównie z patologicznych środowisk oraz młodzież mieszkającą w biednych osiedlach, która spragniona autorytetu łatwo mogła wpaść w szpony miejscowych gangów. Kodarowi zależało jednak na tym, by poza sztukami walki oraz samoobroną stosowaną przez radzieckie służby specjalne, sztuką do niedawna elitarną, z której on sam zasłynął w całym kraju, uczyć, jak powinien żyć i postępować mężczyzna. Wpajano więc chłopcom zasady moralne, trenowano ciało i ducha. W krótkim czasie Szkoła Sztuk Walki Wręcz imienia Kodara Kunanbajewa w Uralsku, mistrza świata w sambo, dwukrotnego złotego medalisty w judo i legendy kazachskich wojowników plemienia Tana, zyskała renomę na miarę chińskiego klasztoru Shaolin.

Nagle pękła szyba, a mały Jurka Pingot upadł trafiony kamieniem. Tuż obok wylądował sportowy but. Z zewnątrz dobiegły do uszu medytujących śmiechy i przekleństwa, a potem odgłosy szarpaniny. Kodar obejrzał dziecko. Choć mały miał na ramieniu nabrzmiały krwiak, przyjął poprzednią pozycję kwiatu lotosu, jak gdyby nic się nie stało. Kodar dał znak Kerejowi. Jego syn wstał i podniósł kawałek płyty chodnikowej. Obejrzał – nie było żadnego liściku, tylko trochę ziemi. But miał duży rozmiar. Był porządnie rozdeptany, zagraniczny. Kerej-ak odłożył obuwie na parapet. Ocenił straty. Tylko Tusip i Dimasz, dwaj starsi uczniowie, siedzący naprzeciwko okien, zmienili miejsce, bo wokół pełno było odłamków. Reszta nie przerywała medytacji. Kerej przyniósł miotłę i wiadro z wodą. Tusip i Dima szybko zebrali szkło. Ale po chwili znów rozległ się huk, tym razem głośniejszy, a zaraz potem wszyscy usłyszeli świst. Kodar rozejrzał się w prawo i w lewo, żeby ustalić, skąd padają strzały. Wtedy niebo za oknem przecięła gorąca smuga – to były tylko świąteczne race. Ktoś w oddali zaintonował patriotyczną pieśń Elim-aj[2], pojawiły się fajerwerki. Słychać było odgłos skandującego tłumu. Gdzieś daleko w mieście trwał koncert z okazji powstania Republiki Kazachstanu. Dla mieszkańców tego kraju był to pierwszy dzień wyzwolenia spod radzieckiego jarzma.

Pierwsze rzędy siedziały wzorowo, ale ulokowani dalej uczniowie, którzy sądzili, że trener ich nie widzi, kierowali się już do wyjścia i chyłkiem przemykali na korytarz. Kodar nie tak wyobrażał sobie zwieńczenie dzisiejszego, świątecznego treningu. Uznał, że z powodu zamieszania czas kończyć.

– Podziękujcie swoim rywalom i partnerom za dzisiejszą walkę. Przejdzie ona do historii, bo od dziś przyszłość spocznie na waszych ramionach. Niech Bóg poszczęści wam w drodze. Obdarzy was wszystkim, byle nie okrucieństwem tych, którym nie leży na sercu dobro Kazachstanu. Niech zazdrośnikom i wrogom zgorzeją wnętrzności. Nadszedł czas jutra. Przesyłam wam swoje salem. – Złożył dłonie jak do modlitwy i ukłonił się, dotykając czołem ziemi.

Uczniowie uczynili to samo i zabrali się do odnoszenia mat. W drzwiach powstał potężny zator. Tłum tak naparł, że jedno skrzydło trzeba było zdjąć z zawiasów. Nagle chudy, bardzo wysoki chłopak z odstającymi uszami upadł na plecy i zwinął się wpół jak po ciosie w przyrodzenie. Kodar popatrzył zbulwersowany. Nie dowierzał, że w ten świąteczny dzień jego wychowankowie zachowali się tak niegodnie. Już ruszał, by zganić młodych za zapalczywość, kiedy tłum się rozstąpił, a prawdziwa przyczyna dziwnego zachowania uczniów ujawniła się sama. Do sali wdarła się zbrojna grupa dżygitów[3] ubranych w ekstrawaganckie skóry i zagraniczne dżinsy. Byli już zdrowo podchmieleni. Zza pasków wystawały kolby pistoletów. U ramion przybyszy wisiały mocno umalowane i wydekoltowane dziewczyny. Dwie z nich niemiłosiernie zawodziły. Niełatwo było rozpoznać, że śpiewają słynną pieśń ślubną Żar-żar. Grupa musiała świętować od rana, bo mężczyźni mieli w rękach butelki z wódką lub winem musującym, którymi potrząsali, po wielkopańsku polewając maty. Największy z  nich, iście zwierzęcej postury i tuszy, niósł nad sobą drzwi, które postawił obok przy ścianie, jakby to był arkusz papieru. Był tylko w jednym bucie.

– Patrz, jaki Buratino – zaśmiewały się dziewczyny z czerwonego ze wstydu dryblasa z odstającymi uszami.

Wtedy wszyscy dostrzegli, dlaczego chłopiec wciąż leży skulony na ziemi. Jeden z napakowanych dżygitów trzymał wymierzony w niego urzyn. Teraz, zadowolony, schował broń za plecami.

– Isa! – krzyknął Kerej-ak. – Wróć na miejsce!

Chłopak pośpiesznie wycofał się pod ścianę.

Kodar milczał, ale na jego twarzy malował się gniew. Skośne oczy zmieniły się w czarne szparki. Nie pochwalał picia alkoholu w ogóle, a w sali, w trakcie treningu – było to świętokradztwo. Dlatego uczniowie w napięciu czekali na reakcję mistrza, który ruszył do ostatniego rzędu, gdzie stał pobity chłopak z odstającymi uszami. Szepnął mu coś mrukliwie i z chmurą gradową na licu nadal obserwował sytuację. Konflikt wisiał w powietrzu. Starsi wojownicy wzięli do rąk bambusowe kije i stanęli przy ścianach. W każdej chwili byli gotowi do walki, jeśli tylko trener da im znak. Niektóre, co odważniejsze dzieci, również pozostały na sali, czując zew przygody.

– Miko, spójrz! Tam jest bucik naszego Wani – pisnęła do swojego chłopaka jedna z wyfiokowanych ślicznotek, wskazując parapet. Pozostałe zachichotały głupkowato, z pogardą spoglądając na armię Kunanbajewa. – Będzie draka, Bierik. Przedszkole staje przeciw wam.

Kerej wymienił spojrzenia z ojcem i zrozumiał, że jeszcze nie czas na atak. Mimo to ustawił w szeregu swoich najlepszych uczniów. Tusip z Dimaszem chwacko wystąpili z rzędu, deklarując swoją gotowość. Kerej zapamiętał ich zachowanie, choć nie powiedział ani słowa. Ale oni nie potrzebowali wyjaśnień. Przekaz mistrza był prosty: nikt z obecnych nie ma prawa opuszczać sali. Jeśli sytuacja się zaostrzy, będą mieli okazję sprawdzić swoje umiejętności. Nawet ci najmłodsi czuli podekscytowanie.

– Niech żyje Kazachstan! – wznieśli tymczasem toast intruzi.

– Sława! – odkrzyknęły pojedyncze głosy, a zaraz potem zapadła krępująca cisza.

Wtedy na sprzątających maty najmłodszych uczniów naparł rozochocony rówieśnik Kereja. Nie był wysoki, lecz twarz miał piękną, jak wyrzeźbioną z jasnego kamienia, bez zarostu. Wysokie kości policzkowe, nos godny Rzymianina. Oczy duże, lekko tylko skośne, a nad nimi cienkie, jakby narysowane brwi. Włosy krucze, długie. Jedno pasmo było splecione w kłos i ozdobione niebiesko-złotą wstęgą w barwach narodowych Kazachstanu.

– A wy, pacany, co tak siedzicie jak na jakichś torturach? – kpił bezczelnie z maluchów, choć i bez tych słów zrozumieli, że jest przywódcą tej bandy.

Reszta jego grupy zarechotała niemrawo, a potem zamarła, wpatrzona strachliwie w Kodara. Nikt nie odważył się odezwać. Jedynie rozdokazywany piękniś roześmiał się głośno, demonstrując pijacką wesołość. Podszedł do wyższego od niego o dwie głowy Kereja i wyciągnął ku niemu butelkę.

– Dziś świętujemy, bracie-ak. Odcięliśmy się od Sojuza. Mamy wreszcie nasz własny kraj. Będziemy się sami rządzić. Hola!

Młodego Kunanbajewa zmroziło. Pozostali też nie chcieli pić. Ale laluś tylko na chwilę stracił rezon. Oddał szkło kolegom, a potem wskazał olbrzyma, który przyniósł drzwi.

– Wania zgubił but.

Mięśniak jak na zawołanie raźno ruszył w stronę parapetu. Kerej był jednak szybszy. Chwycił adidas i wyprostował się, gotów do ataku. Wania przewyższał wzrostem syna Kunanbajewa i był porządnie spasiony. Jego ramiona przypominały skrzydła małego samolotu. Natarł na Kazacha z impetem, rozkładając ręce, jakby chciał płowowłosego schwycić w szczęki imadła. Kerej pochylił głowę i zamarkował cios w brzuch olbrzyma. Zamiast jednak uderzyć, wykonał półobrót. Błyskawicznie chwycił grubego pod ramię, podciął pod kolanami, zastosował „skrzydełko”, wykręcając mu łokieć, a kiedy ten skrzywił się z bólu i odchylił głowę, po prostu nim zachwiał niczym kolosem na glinianych nogach. Zanim panienki przybyszy zdołały wypić kolejny łyk szampana, czołg pięknisia, zwany Wanią, gruchnął na podłogę jak długi. Tak się złożyło, że z tego miejsca maty zostały już zabrane, więc spaślaka przez najbliższy tydzień powinna porządnie boleć każda kosteczka.

Fircyk skinął z uznaniem, lecz natychmiast wysłał naprzód kolejnego śmiałka ze swojej grupy.

– Miko, pokaż, co umiesz – powiedział rozbawiony. – Podobno byłeś na kilku zajęciach.

Mimo że ten napompowany sterydami lisek miał kastet, Kerej poradził sobie z nim jeszcze szybciej. Zanim Miko zdążył wyciągnąć z buta nóż sprężynowy, broń toczyła się już pod ścianę.

Trzeci zawodnik od razu wystartował ze sztyletem.

– Dosyć! – Widząc białą broń, Kodar wystąpił z grupy i stanął w rozkroku. – Kto szuka zła, nie czyni tego z nadmiaru rozumu.

Lalki przybyszy rozchichotały się na całego, ale urodziwy dżygit natychmiast je uciszył. Zmitygował się i pojął, co należy do jego powinności. Oddał flaszkę kolegom, wyplątał się z damskich ramion oraz padł na kolana i nie podnosząc głowy, z powagą się pokajał. Widać było, że nieobce mu są kwieciste przemowy. Po wulgarnym słownictwie i braku ogłady nie pozostał nawet ślad.

– Wybacz, Kodar-san. Niech oko mi wypłynie, jeśli kłamię. Nie zauważyłem cię. Tak mi wstyd.

Kodar nie powiedział ani słowa, oniemiały na widok zdolności aktorskich młodzieńca. Chłopak złożył dłonie na piersi, na twarz wypłynął mu delikatny rumieniec. Choć może był to skutek wypitego alkoholu. Przypominał przebiegłego węża, który tańczy, hipnotyzuje, odwraca uwagę. I tylko czeka na dogodny moment, by zadać jeden cios. Jeden, ale śmiertelny.

Trener milczał jeszcze chwilę, aż wreszcie nakazał chłopcu wstać. To dodało mu pewności siebie.

– Jako dzieciak miałem pokój wytapetowany twoimi plakatami, mistrzu. – Łasił się laluś. – Wielce cię podziwiałem. To zaszczyt w końcu poznać cię osobiście, Kodar-san. Mój ojciec, Jerboł Żyrensze Bajdały, wiele mi o tobie opowiadał. Ja mam na imię Rustem.

– Wiem, kim jesteś – oświadczył Kodar. – Kiedy rodzina twojej matki urządzała toj z okazji pierwszej wizyty, ojciec twój prosił, bym mu towarzyszył w swatach. Potem wstydził się swego pochodzenia i mowy. Został Rosjaninem, a gdy był na placówce w Moskwie, ty się urodziłeś. Znam go dłużej, niż ty żyjesz na świecie. Mimo to, proszę, przekaż mu moje pokojowe salem.

Rustem się zawahał. Wyraźnie miał ochotę odpowiedzieć wulgarnie na tę potwarz, ale odwrócił się do swoich spłoszonych kompanów i zmienił zdanie.

– Przekażę, Kodar-san – zapewnił najgrzeczniej, jak potrafił, lecz oczy trenera dostrzegły wyzwanie. – Skoro znacie się z moim tatą tak długo, mam wielką prośbę. Nie możesz jej odmówić ze względu na przymierze z Jerbołem.

Kodar czekał. Twarz mu znieruchomiała. Kerej wiedział, że to zwiastun z trudem hamowanego wybuchu.

– Mistrzu, uczyń nam zaszczyt i podejmij się trenowania mojej brygady – kontynuował młody Bajdały. – To, co pokazał twój uczeń, wielce mi się podoba.