Miłość czyni dobrym - Katarzyna Bonda - ebook + audiobook

Miłość czyni dobrym ebook i audiobook

Katarzyna Bonda

3,7

106 osób interesuje się tą książką

Opis

Zło, którego się dopuszczają, niewiele różni się od krwawych zbrodni. Wywołuje cierpienie, bezpowrotnie łamie ludzkie życie. Jednak w oszustach jest też coś, co nas intryguje, przyciąga jak magnes. To właśnie bezwzględnego, ale i doskonałego w swoim fachu oszusta – Daniela Skalskiego – zdecydowała się opisać Katarzyna Bonda w swojej najnowszej powieści „Miłość czyni dobrym”. Mężczyzna bez najmniejszych skrupułów manipuluje każdym, kto stanie na jego drodze. Począwszy od zakochanych w nim kobiet, po specjalistów od finansów.

Daniel Skalski marzy o zdobyciu naprawdę dużych pieniędzy i życiu w luksusie. W poszukiwaniu łatwego zarobku schodzi na drogę przestępczą, zostaje bezwzględnym oszustem. Odtąd jego codzienność to nakręcająca się spirala kłamstw i intryg, które zniszczą niejedno życie…

Pierwszą ofiarą oszusta jest zauroczona nim Gabrysia – pracownica banku. To ona zdradza Skalskiemu, że czeki są weryfikowane tylko raz na pół roku. Dzięki niej Daniel poznaje także słabe elementy zabezpieczania papierów wartościowych. Skalski najpierw okrada przedstawicieli firm handlowych w Polsce, a potem rozpoczyna działania na skalę międzynarodową, obracając milionami dolarów. Przenosi się do Londynu, gdzie konsekwentnie buduje swoją markę finansisty i maklera od funduszy hedgingowych. W otoczeniu Skalskiego, który zaczyna przedstawiać się jako spadkobierca rodziny Hochbergów, pojawiają się liczni oszuści i fałszerze. Wraz z nimi i przeciwko nim Daniel konstruuje kilka przemyślnych intryg, które jeszcze pomnażają jego zasoby…

"Akta sądowe jednego z największych oszustów III RP liczą ponad sto dwadzieścia tomów. Zapoznałam się z każdą włączoną do tego materiału kartą. To, co Państwu przedstawiam w postaci fabularnej opowieści, jest ledwie kroplą w morzu niegodziwości i krętactw, które miały miejsce w rzeczywistości. Praca ze zgromadzonym materiałem była tak dotkliwa, jakby to było obcowanie z diabłem. I taki też archetyp obrałam dla bohatera."
Katarzyna Bonda

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 740

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 23 godz. 1 min

Lektor: Katarzyna Bonda

Sortuj według:
dream_books25

Nie oderwiesz się od lektury

Katarzyna Bonda „Miłość czyni dobrym” Dziś przychodzę do Was z ostatnią już przeczytaną przez mnie książką w listopadzie. Jest to najnowsza premiera od Pani Katarzyny Bondy. Jednocześnie jest to już drugi tom z cyklu „Wiara, Nadzieja, Miłość”. Powieść podobnie jak „Miłość leczy rany” oparta została na faktach prawdziwych. Ażeby ją przeczytać nie potrzebna jest znajomość pierwszej części trylogii. Tym razem autorka wzięła na warsztat postać bardzo utalentowanego (jeżeli można go tak nazwać) oszusta. Daniel działa na ogromną skalę, nie tylko w kraju ale i zagranicą. Przez jego poczynania nie cierpią jedynie obcy ludzie lecz przede wszystkim jego najbliższa rodzina. Pomimo iż kiedyś już był w więzieniu to niestety nie udało się go zresocjalizować. Gdy tylko wyszedł na wolność powiedział: „Teraz będę już dobry. Będę tak dobry, że mnie więcej nie złapią.” -fragment z książki. Jak powiedział tak też działa przez niemal 750 stron powieści ;) Jak wypowiada się autorka oraz o czym świadczą p...
00

Popularność




Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redaktor prowadzący: Ewa Orzeszek-Szmytko

Redakcja: Irma Iwaszko

Redakcja techniczna: Sylwia Rogowska-Kusz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Lilianna Mieszczańska, Lingventa

© by Katarzyna Bonda

All rights reserved

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2020

Fotografie na okładce:

© Tatjana Kabanowa/Shutterstock.com

© rdonar/Shutterstock.com

Powieść na kanwie prawdziwych wydarzeń.

Przebieg fabularny, personalia, nazwy instytucji (w tym niektórych banków) są zmyślone.

ISBN 978-83-287-1553-0

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2020

fragment

Dla Doroty i Ady,

które wiedzą, że bycie dobrym nie oznacza bycia ślepym

…Więc wziął za

dobrą monetę swój przydział

żetonów. Nie wiedział, że to nie nagroda,

ale że po to je dostał, aby grać; że gra

dopiero się zaczyna.

Stanisław Barańczak, Wziął za dobrą monetę, Wiersze zebrane, Kraków 2005

KUP CAŁY TORT I POKRÓJ GO NA KAWAŁKI

Gruby Irek zginął od jednej kuli w głowę w Wigilię Bożego Narodzenia tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego siódmego roku. Snajper trafił gangstera, gdy ten wyszedł ze zgierskiej pizzerii, gdzie urządził świąteczną kolację, by pogodzić zwaśnione towarzystwo, którym dowodził. Do tej pory szef łódzkiej bandy nie ruszał się na krok bez ochroniarzy, naładowanej broni i kamizelki kuloodpornej. Tego dnia swój oręż zostawił za stołem wraz z prezentem od Taty – swojego doradcy i prawej ręki. Dedykacja w książce, którą Tato vel Materac podarował mocodawcy, brzmiała: „Przeczytać z uwagą”. Gruby Irek nie zdążył, ale też wiadomość nie była przeznaczona dla trupa. To żywi mieli wyzbyć się wątpliwości, kto stoi za zamachem stanu i komu będą teraz służyć.

Tato, jak wielu przed nim w tej branży, zaczynał jako cinkciarz i handlarz złotem. Kiedy stanął na szczycie struktury zbudowanej przez Grubego Irka, stał się nadzwyczaj ostrożny. Akcje przeprowadzał rękoma żołnierzy, a jego podpis nie pojawił się na żadnym z dokumentów. Choć był rencistą trzeciej grupy bez prawa do zasiłku, mieszkał w apartamencie wyłożonym marmurem i jedwabiami, a klamki wszystkich drzwi kazał odlać ze szczerego złota. Mówiono, że w bankach, na licznych kontach, miał zdeponowane miliony złotych; gromadził także dzieła sztuki. Jego pasją były jednak książki. Czytał w każdej wolnej chwili.

Za kierownictwa Taty łódzki gang rozrósł się i należał do najlepiej zorganizowanych w kraju. Oprócz bossów i szeregowych gangsterów w strukturach syndykatu działali lekarze, traderzy, urzędnicy państwowi, księgowi, funkcjonariusze Służby Więziennej i wpływowi biznesmeni z koneksjami na wysokich szczeblach. Okrzyknięta „łódzką ośmiornicą” pierwsza polska mafia miała wiele odnóg. Grupa wciąż zabijała i porywała dla okupu, lecz jej specjalnością stały się przestępstwa gospodarcze. Jej członkowie – w naj­lepszym okresie było ich ponad dwustu – często się nie znali. Dzięki temu w momencie wpadki „działu kryminalnego” ci zajmujący się oszustwami i wyłudzeniami mogli działać bez obaw, że zostaną wsypani. Z czasem to oni generowali największe zyski na rzecz gangu. Wkrótce na upranie czekała cała góra forsy.

Tato zatrudnił więc doradców finansowych wyszukujących luki w prawie. Stworzył zespół zajmujący się opracowywaniem fikcyjnych i fałszywych dokumentów – w tym weksli, czeków, papierów wartościowych. Miał na usługach brokerów ubezpieczających za łapówki różne transakcje firm krzaków, bankierów, kontrolerów, urzędników skarbowych, ale potrzebował łączników swojego świata z tym uczciwym. To on umożliwił działanie szwadronowi mistyfikatorów udających finansistów, których głównym zadaniem było pozyskanie drobnych biznesmenów w kłopotach, chcących nie do końca zgodnie z prawem dostać kredyt. Pragnienie bogactwa i sławy przedsiębiorców spotykało się z potrzebami Taty – upchnięcia gdzieś nielegalnie zdobytych środków i zalegalizowania ich.

Przestępcy prowadzili interesy w całym kraju i blisko współpracowali z innymi gangami – polskimi i zagranicznymi – świadcząc sobie nawzajem usługi. Szczególną estymą darzył Tato mafiozów włoskich, zwłaszcza sycylijskich. Podziwiał ich, wzorował się na ich sposobach działania. Mówiono, że podlegli mu bandyci mieli obowiązek przed audiencją całować jego sygnet. Kiedy prokuratura chwaliła się w mediach, że gang rozbito, a do więzienia trafiło ponad stu członków łódzkiej ośmiornicy, wyszkoleni na uniwersytecie Taty fałszywi finansiści zaczęli działać na własną rękę i zamiast po złotówki sięgać po dolary, funty szterlingi czy franki szwajcarskie.

Było ich tak wielu, że często o sobie nie wiedzieli, ale wszyscy w jakimś stopniu mieli wspólnego ojca. Eryk Szaja zwany Śpiewakiem prowadził drobny zakład krawiecki i kilka innych firm, które generowały straty. Drobny ciułacz dla postronnych, nieistotna płotka dla fiskusa – był głównym łącznikiem Taty ze światem rodzącej się finansjery. Ale właściwą moc Śpiewak zdobył dopiero wtedy, kiedy ojciec chrzestny łódzkiej ośmiornicy trafił za kraty. W gazetach zaś napisano, że mafii w Polsce już nie ma.

To na zlecenie Śpiewaka dwudziestego pierwszego lutego tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego ósmego roku z urzędu meldunkowego w Brescii (Lombardia) skradziono pięćset osiemdziesiąt dokumentów in blanco. Tekturowe formularze carta d’identità, czyli włoskie dowody osobiste, padły łupem włamywaczy tylko dlatego, że Marcello Waleski, urzędnik polskiego pochodzenia śpieszący się na swój własny ślub, nie zamknął ich, jak to miał w zwyczaju, w metalowej szafie otwieranej dwustopniowym kodem i przytwierdzonej do podłoża Ufficio Anagrafe. Sprawców włamania było dwóch, ich personaliów nie ustalono. Dostali się do budynku po balkonach, przepiłowali kraty. Zanim rozdzwonił się alarm, byli już w pobliskim ogrodzie. Przez cały weekend ochrona sądziła, że monitoring uruchomił zabłąkany kot, bo nie stwierdzono w urzędzie żadnych strat, a po budynku wałęsał się tłusty dachowiec. Świeżo upieczony żonkoś wrócił po tygodniowym urlopie i z miejsca stał się głównym podejrzanym. Śledztwo było drobiazgowe, trwało kilka miesięcy z okładem. Ostatecznie Waleskiego oczyszczono z zarzutów, odebrano mu tylko premię kwartalną. Klucz do kasety trzymał każdej nocy pod poduszką. Nigdy wcześniej ani później nie był karany, nie dostał upomnienia za jakiekolwiek uchybienie. Miesiąc po opisywanych zdarzeniach się rozwiódł. Jest bardzo przywiązany do kotki, którą wtedy przygarnął. Nadał jej imię Carta D’identità. Jej młodym zaś, bo pulchność okazała się stanem brzemiennym, ostatnie numery skradzionych dokumentów: Numero Uno i Numero Tre.

Mniej więcej w tym samym czasie policja w Neapolu zarejestrowała szereg napadów na cudzoziemców. Cristina Luiza Balbieri straciła w ten sposób torebkę ze skóry strusia zdobioną diamentowymi szprosami, którą otrzymała ponoć w darze od księcia Monako. To tej pamiątki żałowała najbardziej i z jej powodu zgłosiła się do carabinieri, domagając się natychmiastowego odnalezienia zguby. O paszporcie watykańskim, który znajdował się w bocznej przegródce torby, wspomniała dopiero pod koniec składania zeznań. Był wydany czasowo i miał numer 820, a nowiutki – stały już dokument – czekać miał na nią po powrocie do biura. Torebki nie odzyskano. Złodziej na skuterze, który wyrwał z dłoni Cristiny książęcy podarunek, odesłał jej szminki i skórzany pas do pończoch, o którym dyplomatka zapomniała wspomnieć na komendzie policji. Ślad po dokumentach i zawartości portfela obywatelki Państwa Watykańskiego zaginął. Później na jaw wyjdzie, że podobnych kradzieży dokonano również w innych miastach. W sumie zaginęło trzysta czterdzieści sześć paszportów z różnych krajów. Były też przypadki rabunku blankietów prawa jazdy, choć nie w takich ilościach. Wtedy nie połączono tych faktów z włamaniem w Brescii.

O sprawie przypomniano sobie dopiero kilka miesięcy później, kiedy od czerwca do września tego samego roku Crédit Agricole Indosuez Bank zgłaszał zuchwałe kradzieże czeków bankierskich. Podobne zawiadomienia stopniowo docierały z banków: TSB, Dresdner Bank, Deutsche Bank, HSBC, Landes Bank Essen, Rabobank i innych. Kiedy z mennicy zniknęły papiery wartościowe – w tym historycznej złotej linii kolejowej Stanów Zjednoczonych – a jedyny z zatrzymanych pracowników ochrony, który chciał zeznawać, popełnił samobójstwo w areszcie, prowadzący dochodzenie wyzbyli się wszelkich wątpliwości, że mają do czynienia z działaniem zorganizowanej szajki.

Większość zrabowanych papierów przez najbliższy rok realizowano na terenie Republiki Federalnej Niemiec. Wpadło kilkudziesięciu słupów, pośredników i pomocników łączników. Większość otrzymywała wyroki w zawieszeniu. Reszta sklonowanych papierów wypływała sukcesywnie przy okazji rozmaitych śledztw, nie tylko na terenie Europy Zachodniej. Nigdy nie udało się połączyć tych spraw.

Eksperci szacują, że policja, urzędy i banki nie zakwestionowały trzydziestu procent dokumentów, a środki wypłacono. Jest wielce prawdopodobne, że dokumenty te będą pojawiać się w różnych sprawach kryminalnych przez najbliższe lata – określono w prognozie kryminalnej.

Pracownicy służb zajmujących się śledztwem wspominają do dziś: ci fałszerze to byli artyści, dystrybutorzy ich dzieł natomiast – istne diabły. Ale jak to bywa z upadłymi aniołami, mają oni jedną cechę główną: do podpisania cyrografu nie nakłaniają ludzi uczciwych, lecz chciwców. Dobrego człowieka nie da się oszukać.

DZIESIĘĆ DIABŁY SPOTYKAJĄ SIĘ, PRZESTĘPCY RÓWNIEŻ

Chełm, Polska, wiosna 2016

Jestem, a więc nie ma się czego bać, pomyślał Daniel Skalski, gdy trzaskały za nim kolejne bramy. Strażnik otworzył śluzę, a za nią, jak okiem sięgnąć, rozciągał się więzienny plac. Tę połać prostopadle przecinała wąska aleja nazywana przez więźniów pacynką zmartwychwstania. Ten, kto szedł nią choć raz, wie, że człowiek czuje się wówczas, jakby mu przywracali życie. Jeśli ktoś dotarł aż tutaj, znów miał prawo oddychać pełną piersią. Daniel wciągnął potężny haust wolności i zatrzymał w płucach: kwiaty, paliwo, kurczaka z rożna gdzieś w oddali, lody pistacjowe. Dlaczego pod mamrem w Chełmie czuję gelato? – zdziwił się i jak na zawołanie na końcu języka poczuł smak łakoci z dużymi kawałkami pistacji podawanych we Fragoli. Słynna włoska cukiernia mieściła się tuż obok kei w Portoferraio, przy której Daniel zacumował „Daisy” – siedemdziesięciometrowy jacht z miejscem do lądowania dla helikoptera i całkowicie przeszklonym basenem zarejestrowany na jedną ze spółek Skalskiego – White Horse Trust Liberia LTD, do której jakimś cudem prokuraturze nie udało się dokopać.

To moja najbliższa przyszłość, uśmiechnął się do siebie. Byle tylko zdobyć drugi klucz i dostać się do skrytki. A gdyby i to się nie udało, pozostaje jeszcze plan awaryjny: wierny przyjaciel Fred. Trzeba zadbać, by włos mu z głowy nie spadł. Przynajmniej do czasu, aż Noell zawiadomi go o fortunie ojca.

Eskortujący go strażnicy zatrzymali się. Czekali, aż poprzednia brama się zamknie, bo dopiero wtedy mogli ruszyć dalej. Daniel zadarł głowę i wpatrywał się w chmury przemykające w pośpiechu, jakby spłoszone surowym wiatrem, który gnał je do bezpiecznej zagrody przed szarym kowadłem niechybnie zwiastującym deszcz, i to jeszcze tego popołudnia. Przypominały mu watę, jaką będąc dziec­kiem, układał na gałązkach świerku, albo smakołyk na patyku, który matka kupiła mu, kiedy jedyny raz wybrali się razem nad Bałtyk. Obłoki były wąskie, strzępiaste. Niektóre tak delikatne, że błękit nieba prześwitywał przez nie jak ciało pierwszej kochanki przez muślinową koszulkę. Daniel nie pamiętał imienia dziewczyny, ale zarys bioder i krągłość ud spowite tajemnicą przezroczystej materii pojawiały się w jego wspomnieniach w najmniej oczekiwanych momentach.

Zapowiedź deszczu mógł dostrzec na razie tylko wytrawny żeglarz. Wciąż było słonecznie, choć rześko, aż Daniela raz po raz przechodził dreszcz. Zdało mu się nagle, że ten cholerny smoking od Armaniego, w którym zatrzymano go cztery lata temu, jest mokry. A może i był zawilgocony, bo kiedy odebrał go z depozytu, pachniał jak wszystko w więzieniu: kapustą, ludzkim potem, nadmiarem testosteronu i nędzą. Odda go do pralni, jak tylko dotrze do domu, albo wyrzuci i kupi sobie nowy, równie markowy, zadecydował. Na razie upajał się tym, że pozbył się ohydnego więziennego drelichu i znów ma na sobie cywilne ubranie. Bez żalu oddał Śniademu, z którym dzielił celę, swoje całkiem nowe dresy i polary z logotypem Mercedesa. Zostawił też mydło, książki, przybory do pisania, a nawet okulary. Nigdy ich nie potrzebował. Nosił je tylko podczas procesu, gdyż adwokaci uważali, że to uwiarygodni jego wizerunek finansisty. Wziął jedynie swój sygnet z herbem rodu von Hochberg, a kiedy go zakładał, jakby wsuwał glocka do kabury, poczuł siłę wynikającą z przynależności do jednej z najstarszych rodzin arystokratycznych. Tej siły nie zastąpi nic innego. Dawne moce wróciły momentalnie, jak zawsze, kiedy wpatrywał się w miniaturki złotych lwów i dwugłowego orła na rubinie uosabiającym purpurowy płaszcz książęcy.

Strażnicy rozstąpili się wreszcie, a Daniel ustawił się przed ostatnią kratą. Dalej pójdzie już sam. Przyjrzał się kwitnącym forsycjom, którymi wysadzono aleję wzdłuż zakładu karnego, i przyszło mu do głowy, że Bóg musi naprawdę kochać ludzi i wierzyć w nich, bo z jakiej innej przyczyny dawałby mu szansę kolejny raz stać się wolnym człowiekiem. Skoro świat cyklicznie się kończy i odradza, a to, co było martwe, zasila to, co dopiero będzie istnieć, w naturze nie ma niczego, co mogłoby przynieść mu istotną szkodę.

– Do widzenia, książę. – Brama uchyliła się, a strażnik w dyżurce nieznacznie skinął głową.

Czyżby się uśmiechał?

– Żegnaj, gadzie – odparł lekko Daniel. – Będę ci wszystko pamiętał.

Z każdym krokiem czuł, jak opuszczają go strach, zwątpienie i złość. W ich miejsce wstępowała nadzieja. Daniel postanowił, że wraz z przekroczeniem bramy wymaże z pamięci czas pobytu w tym miejscu i po prostu zapomni, jak zapomina się głupstwa, które się mówi w złości, albo źle zakończone romanse. Pójdzie własną drogą. Dobrze wiedział, dokąd ona prowadzi.

– Teraz będę już dobry. Będę tak dobry, że mnie więcej nie złapią.

I wyszedł. Miał ochotę podskakiwać, krzyczeć, płakać. Szaleć, całować, przytulać, wirować. Ale nie zrobił nic, bo ulica przed więzieniem była pusta. Czyżby nikt po niego nie wyjechał? Rozejrzał się zaniepokojony. Odruchowo zerknął na przegub, chociaż pamiętał, że zarekwirowali wszystkie jego zegarki. W ręku miał tylko niebieski krawat, na nogach stare lakierki. Lśniły, bo Śniady, w podzięce za wszystkie rzeczy Daniela i wór obietnic, pucował je od samego rana.

Nagle rozległ się metaliczny grzmot, jakby rozerwała się chmura, a sklepienie przecięła błyskawica. Daniel podniósł dłoń, przysłonił oczy, ale niebo wciąż miało barwę indygo. Ten jednostajny, miarowy rytm dobiegał zza bram więzienia i narastał, niósł się po okolicy zwielokrotnionym echem. W oknach Skalski dostrzegł współwięźniów z łyżkami w rękach, więc na jego twarzy w jednej chwili wykwitł triumfujący uśmiech. Podniósł dłoń w podzięce za ten hołd, jakby był monarchą, i krzyknął z całej siły:

– Błogosławię wam, pacany. Nie zasiedźcie się. Do zobaczenia na szlaku.

Odwrócił się. Po drugiej stronie ulicy spostrzegł srebrną alpinę Z8. Najpierw zalała go fala ciepła, że Daria przyjechała. Potem dotarło do niego, że stan samochodu pozostawia wiele do życzenia. Bmw było powyginane w wielu miejscach, a na nadkolu zaszpachlowane, jakby parkowano, nie używając lusterek. Dachu, upstrzonego ptasimi odchodami, nie zdejmowano od bardzo dawna. Daniel podejrzewał, że doszczętnie przerdzewiał. Patrząc na ukochaną alpinę, czuł wręcz fizyczny ból, ale nie zamierzał powiedzieć kochance ani słowa, byle tylko go stąd zabrała.

Daria musiała go wreszcie zauważyć, bo opuściła szybę, rzuciła komórkę na siedzenie i zaczęła machać do niego tak gwałtownie, jakby poparzyła sobie dłonie. Długo nie docierało do niego, że wskazuje fotelik dziecięcy ulokowany na miejscu dla pasażera. W oczach zakręciły mu się łzy; zrobił krok, już niemal biegł do niej, już widział siebie w jej białych ramionach, kiedy pod wejście do aresztu podjechał czarny mercedes. I to auto Daniel dobrze pamiętał. Było czyste i dla odmiany w doskonałym stanie. Skalski czuł tutaj rękę ojca, który pokrzykiwał na matkę, że się guzdrała i dlatego się spóźnili. Lucjan szarpał Krystiana i Krysię, żeby biegli witać się z ojcem, choć oboje nie byli już dziećmi.

Emilia wysiadła z samochodu ostatnia. Daniel mimowolnie podążył za spojrzeniem żony. Patrzyła na Darię, która z kolei wpatrywała się w niego. Nigdy nie zapomni błagalnego, zbolałego wzroku kochanki.

– Wybacz mi, aniołku – starał się przekazać jej oczyma, ale kochanka widać nie tak to odczytała, bo szyba podnios­ła się i zmaltretowana alpina ruszyła z piskiem.

W złości Daria musiała pomylić biegi. Uderzyła tyłem w murek, potem podjechała do przodu i też ostro grzmotnęła, a kiedy odjeżdżała, poprawiła tylnym zderzakiem, aż zagrzechotał. Daniel miał wrażenie, że bierze na nim odwet. Zdawała sobie przecież sprawę, ile ten samochód dla niego znaczył. Podarował jej alpinę tuż przed areszto­waniem, choć kpiła, że kupił ją dla siebie. I była to prawda. Lubił widzieć ją w tym cacku, a i samemu nim powozić, koniecznie z otwartym dachem, gdy urywali się na zagraniczne eskapady. Kiedy Daria go mijała, Danielowi zdało się, że słyszy płacz dziecka. O dziwo, nic nie poczuł. Może tylko cień ulgi, że kolejny raz udało mu się uniknąć konfrontacji.

– Kurwa. – Splunął za nią ojciec Daniela. – Wstydu nie ma. Suka w rui.

– Tato, dzieci słyszą. – Emilia pouczyła teścia łagodnie i położyła mu dłoń na ramieniu, jakby chciała dodać, że jest ponad tym.

Ale nie była.

– Cześć, Foczko. – Daniel próbował odnaleźć się w sytuacji, robiąc słodką minę.

Żona nie odpowiedziała, ale nie miał wątpliwości, że wciąż jest pod wpływem jego czaru. Zacisnęła w gniewie wargi, oczy jednak zalśniły pożądaniem, a on z przykrością stwierdził, że żona w przeciwieństwie do Darii brzydko się starzeje. Ciemne włosy przycięte w kask eksponowały jej kartofelkowaty nos i małe wodniste oczy otoczone siateczką zmarszczek. Nigdy się nie malowała, teraz jednak byłoby to wskazane. Daniel z niechęcią pomyślał, że dziś, zamiast w ramionach kochanki, będzie zmuszony znaleźć się w jej łóżku.

– I niech słuchają – pienił się tymczasem Lucjan. – Oto bowiem jest w pełni adekwatne słowo na taką sucz. Kijami ją przeganiaj, a i tak wróci.

– Jak ty schudłeś, syneczku! – Do Daniela przylgnęła tymczasem mama.

A potem kolejno całowali go wszyscy.

– Jak dobrze wyglądasz!

– Pomijając ten wieśniacki fryz i brodę drwala, zaskakująco dobrze – dobiegł ich skrzekliwy francuski.

Daniel nie musiał się odwracać, by wiedzieć, kto zachodzi go od tyłu, ale rodzina rozstąpiła się, więc nie miał wyboru. Wyszedł naprzeciw Rollowi Sharkowi, chudemu Peruwiańczykowi, który kochał western i nawet w piżamie w jednorożce przypominałby kowboja.

– Co za niespodzianka, bracie – zagaił nieszczerze.

Rzucili się sobie w objęcia, jakby faktycznie za sobą tęsknili. Kiedy Rollo przytulił Daniela do piersi, zdecydowanie zbyt mocno jak na przyjacielski uścisk, Skalski poczuł kawał metalu za jego paskiem i wcale go to nie zdziwiło. Zmartwił się jedynie, że Shark znalazł go tak szybko, bo nie był jeszcze przygotowany. Wskazał imponujący kapelusz Rolla z mnóstwem piór.

– Ten jest najgorszy z całej twojej kolekcji.

– Spytałbym cię o zdanie, ale jakoś zniknąłeś mi z oczu.

– Było trochę problemów.

– Trzysta baniek wyparowało. Faktycznie kłopot.

Daniel nawet nie mrugnął. Wpatrywał się w Sharka z bladym uśmiechem i wiedział, że nie powinien przedłużać tej rozmowy. Ojciec i matka nie zrozumieją, Emilia – wręcz przeciwnie. Zanim dotrą do domu, znów będzie miał zmytą głowę. Jęki, płacze, wyrzuty. Nie będzie temu końca. Nie tak wyobrażał sobie pierwszy dzień wolności.

– Na szczęście to już za nami.

– Masz trzy dni.

Daniela zatkało.

– Dziś jest piątek – zdołał wydusić.

– Więc do północy w poniedziałek. Przelewy można robić w weekend, w nocy. Zawsze. Wiem, gdzie mieszkacie. Byłem już u was w Stasinie. Tylko nie chciałem przeszkadzać.

Rollo znów zwrócił rozpromienioną twarz w stronę Emilii, jakby konwersowali o zbliżającym się deszczu. Kobieta odwróciła się gwałtownie niczym uderzona w twarz i tylko ukradkiem ocierała łzy. Daniel podszedł do niej. Odtrąciła jego rękę. Zwrócił się więc do ojca.

– Wsiadajcie do wozu. Ochłodziło się.

Lucjan Skalski natychmiast popchnął żonę i synową oraz dzieci do SUV-a. Kiedy zostali sami, Daniel spróbował raz jeszcze:

– Wiesz, że to za mało. Muszę jechać osobiście, a przyblokowali mi wjazd do Niemiec, Monako i Szwajcarii. Analiza głosu nie wystarczy. Nie przy tej kwocie i prokuraturze na karku.

Rollo nie odpowiadał. Z zaciekawieniem przyglądał się rodzinie Skalskiego ukrytej za szybą samochodu, ale wpatrzonej w nich w napięciu.

– Myślałeś, że chłopcy zapomną?

– Chcę się rozliczyć – podkreślił Daniel. I zaraz dodał: – Miałem cię za przyjaciela, Rollo.

Shark odchrząknął. Poprawił kapelusz, włożył dłonie do kieszeni, kciuki wystawił na zewnątrz, jakby szykował się do pojedynku.

– I dlatego jestem. Veni, vidi. Liczę na vici. Wciąż mamy nadzieję, że zamotasz to po dżentelmeńsku.

– Admirał cię wysłał?

– VAL.

– Więc admirał jeszcze nie wie?

Rollo się zaśmiał.

– To jest trzysta baniek, Dany. Musisz się rozliczyć.

Skalski pochylił głowę.

– Nie mam wszystkiego. Nie tutaj. – Urwał. – Nawet jeśli dzisiaj złożę zlecenie, przynajmniej tydzień będą je rozpatrywać. Lepiej będzie, jeśli pojadę osobiście, a to trzeba przygotować. I nie życzę sobie, żebyś siedział mi na ogonie. To nic nie da.

– Nie masz wyboru. – Shark podłubał podkutym butem o chodnik. Wahał się, czy wyjawić coś jeszcze, ale się rozmyślił. – Tu się wychowałeś?

– Mniej więcej. W Biłgoraju.

– Byłem tam. Straszna dziura.

Daniel zniósł obelgę.

– Zrobiłeś karierę, bracie.

Daniel sam o tym wiedział.

– W ile zdołasz zdobyć?

– Miesiąc? Może.

– W miesiąc twoja rodzina znajdzie się w piekle.

Rollo odwrócił się. Spojrzał na murek wyszczerbiony przez alpinę.

– I tamta pani oraz jej dzidziuś. Jeszcze go nie widziałeś, prawda? Ma na imię Alexander. Fajny bobas, tylko chorowity. Gdybyś miał tę kasę, postawiłbyś im dom jak żonie i ojczulkowi, a nie zmuszał do kiszenia się w komunałce. Lublin, ulica Kołłątaja trzy. Numer kwatery – dziesięć. Niezła lokalizacja, ale nora straszna. O tyle dobrze, że mam blisko z Grandu. Zawsze mogę skoczyć odwiedzić. Wciąż niezła ta pani z recepcji. Chyba nie masz nic przeciw, jak ją na trochę przejmę? Nieraz wymienialiśmy się dziewczynami. Tak swoją drogą, Tarima zniknęła ze swoją połową. Jeśli jej nie znajdziemy, będziesz musiał uregulować i Wolfa. Powiedz szczerze, Dany, masz tę kasę?

Daniel poczuł, że oblewa go zimno.

– Kto mnie wykupił?

Shark dumnie uniósł głowę.

– Ty? – Daniel nie dowierzał. – Gwarancją bankową?

– Czysty szelest, bracie. Więc dolicz jeszcze dwie bańki w keszu. VAL nadzoruje rozliczenie. Dziesięć dni. Tik, tak, tik, tak. W przeciwnym razie zawiadamiam admirała.

A potem odmaszerował do starej corvetty w kolorze limonki ze sztukowanym żółtym dachem, którą sądząc po blachach, kupił w Polsce tylko po to, żeby mieć Daniela na oku. Głupi Peruwiańczyk myśli pewnie, że tą landarą nie będzie zwracał na siebie uwagi.

– Dziękuję, bracie – krzyknął, choć Shark już nie słuchał.

Daniel poczuł, że musi koniecznie, po prostu natychmiast, zjeść choć gałkę lodów pistacjowych. Ale najpierw fryzjer. Żaden kowboj nie będzie go pouczał, jak ma się czesać.

* * *

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: [email protected]

Dział zamówień: +4822 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz